Kochaj mnie ponad niebo - Julia Drozdek

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 2
Znam się na swoim fachu
Ellie
Głupi budzik.
Musiał zadzwonić? Nie mógł magicznie się wyłączyć, abym mogła sobie smacznie dalej chrapać i nie myśleć o tym, że czekało mnie osiem godzin męczarni w szkole?
Życie to porażka.
Zwlekając się niczym żółw z łóżka, wzięłam do ręki telefon, wyłączając ciągle dzwoniące ustrojstwo. Kliknęłam wiadomość od mamy, którą przysłała mi godzinę temu:
"Wyszłam wcześniej do pracy. Na stole w kuchni masz upieczone naleśniki. Kocham cię"
Codzienność.
Od śmierci ojca tak się zachowywała. Unikała mnie jak ognia i całe dnie siedziała w pracy. Jeśli jednak dochodziło do spotkania pytała tylko, jak mi idzie w szkole. Nic więcej. Nie było jej wtedy, gdy potrzebowałam się pozbierać po tym wszystkim.
Miałam wrażenie, że obwiniała mnie o śmierć taty, ale nie dziwiłam się jej. Bezpośrednio brałam udział w tym koszmarze. Jednak, gdyby nie ja, moja matka leżałaby obok niego - trzy metry pod ziemią, wąchając kwiatki od dołu, a ja zostałabym sierotą.
Odłożyłam komórkę na szafkę. Nie cierpiałam jej używać. Może to zabrzmieć głupio, ale bałam się jej. Używałam telefonu tylko w domu i to przez jakieś pięć minut, by sprawdzić wiadomości od mamy. Nie miałam więcej zapisanych kontaktów. Jeśli musiałam go użyć w innym zamiarze niż napisanie do mamy czy wyłączenie budzika - ręce zaczynały mi się trząść jak galareta. Zbyt wiele historii kończyło się na korzystaniu z niego.
Podeszłam do swojej toaletki i patrząc na dziewczynę w odbiciu lustra, wzięłam głęboki wdech.
Pierwszy dzień w nowej szkole dla wszystkich jest trudny - pomyślałam, jednak nie podniosło mnie to na duchu.
Nigdy przedtem nie zmieniałam szkoły, ale po tym wszystkim, co się stało nie mogłyśmy zostać z mamą w Kolorado. Musiałam dać radę, przecież to tylko szkoła. Wielka i przepełniona nabuzowanymi hormonami nastolatkami.
Już po mnie...
Nieśpiesznie podeszłam do szafy, z której wybrałam czarną, nieco za dużą bluzę oraz białe spodnie rurki. Sięgnęłam również po świeżą bieliznę i poszłam do łazienki.
Piętnaście minut później byłam już gotowa. Problem był tylko w tym, że miałam jeszcze pół godziny do wyjścia. Usiadłam przy wyspie kuchennej, nerwowo obgryzając paznokcie. Dawno się tak nie stresowałam. Spojrzałam w stronę sterty naleśników, które wyglądały smakowicie, ale gula, którą czułam w gardle, uniemożliwiła mi jedzenie. Sięgnęłam po butelkę z wodą i upiłam z niej kilka łyków.
Wzięłam do ręki telefon, by jeszcze raz zobaczyć rozkład szkoły. Znałam już go na pamięć. Plan budynku ściągnęłam w Kolorado, gdy tylko dowiedziałam się, do jakiej szkoły będę uczęszczała. Wolałam się nie spóźnić na lekcje już na starcie. I tak miałam pod górkę, ponieważ przeniosłam się ponad dwa i pół miesiąca po rozpoczęciu roku szkolnego.
Zazwyczaj się tak nie stresowałam. Do większości sytuacji podchodziłam z rezerwą, ale teraz bałam się jak nigdy. Miałam wrażenie, że gdy tylko przekroczę granicę szkoły, wszyscy dowiedzą się o moim sekrecie. O sekrecie, który ukrywałam od roku i nie umiałam sobie z nim poradzić. Wolałam nie pokazywać swoich uczuć, które teraz schowane były w dobrze zabezpieczonym sejfie. A tajemnica wraz z nimi. Uwalniając uczucia, uwolnię swoją mroczną stronę, a na to nie mogłam pozwolić. Wolałam odsuwać ludzi od siebie niż ich przyciągać. Odchyliłam głowę do tyłu, zamykając oczy.
- Ellie, ogarnij się. To tylko zwykła szkoła - mruknęłam do siebie.
Świetnie. Zaczęłam rozmawiać sama ze sobą.
Wstałam i udałam się do swojego pokoju, który był sporej wielkości. Ściany pomalowane były na biało, oprócz tej po prawej stronie wejścia. Tam były położone czarne cegiełki, na których wisiał telewizor. Naprzeciwko stało metalowe, dwuosobowe łóżko z milionem małych poduszeczek. Po jego obu stronach mieściły się szafeczki nocne, a na nich lampki nocne. Na lewo od wejścia stała moja toaletka, a obok niej było jeszcze dwoje drzwi. Za pierwszymi była szafa wnękowa, a dalej - mała łazienka. Naprzeciwko wejścia do pokoju znajdowały się okna wraz z szerokim parapetem, na którym położyłam mięciutkie poduszeczki, umożliwiające siadanie na nim i oglądanie świata za szyby mojego pokoju. Na lewo od okien stało moje biurko, a nad nim zawiesiłam półkę, która czekała na szkolne książki. Ciemnobrązowe panele idealnie pasowały do rozłożonego na nich białego, puchowego dywanu. Cały pokój został zaprojektowany w sposób minimalistyczny z dodatkiem nowoczesności. Uwielbiałam go, bo był zrobiony dokładnie tak, jak zawsze chciałam.
Zerknęłam do swojej torebki, sprawdzając, czy wszystko spakowałam. Kod do szafki i plan lekcji odebrałam wcześniej, dzięki czemu od razu mogłam wtopić się w tłum. Zagryzłam dolną wargę, czując, że mój stres wzrastał wraz z mijającym czasem do wyjścia z domu.
Przecież to szaleństwo. Czym ja się tak denerwowałam?
Ludźmi, nową sytuacją, nowym życiem - odpowiedziałam sobie w myślach, za co się skarciłam. Nawet moja podświadomość była przeciwko mnie.
Spojrzałam na zegarek, który wskazywał godzinę siódmą trzydzieści siedem. Biorąc ostatni, głęboki wdech, złapałam za torebkę i wyszłam z domu. Kilka minut później znalazłam się pod ogromnym budynkiem. Wyglądał jak typowe liceum z filmów dla młodzieży. Duże okna, szerokie wejście, ściany z czerwonych cegieł i dwa rozchodzące się na boki skrzydła. Przed szkołą znajdował się również parking dla uczniów oraz nauczycieli. Widząc tłumy uczniów stojących przed wejściem, miałam ochotę zawrócić i już nigdy nie wychodzić z domu. Brooklyn High School przerażało mnie jeszcze bardziej, doprowadzając do stanu, w którym ledwo się poruszałam.
Na sztywnych nogach udałam się w kierunku dużych drzwi. Mijając uczniów, słyszałam szepty i czułam na sobie ciekawskie spojrzenia. Co się dziwić? Nowa uczennica, która przychodzi do ich szkoły w środku roku szkolnego. Każdego ciekawiło, dlaczego się tutaj przepisałam, a ja ich rozumiałam. Ciekawość to cecha ludzka, która często prowadziła na złą ścieżkę. Jednak ciężko wyzbyć się tego, co ludzkie i towarzyszy nam przez całe życie.
Najgorsze nastało kilkadziesiąt sekund później, gdy znalazłam się w budynku. Uczniowie, którzy byli na korytarzu, wbili wzrok w moją poruszającą się sylwetkę. Ochota zapadnięcia się pod ziemię była silniejsza, niż mogłoby się wydawać. Ciekawskie spojrzenia i rozmowy, które docierały do moich uszu, sprawiły, że przyspieszyłam, kierując się w stronę swojej szafki. Gdy ją odnalazłam, czym prędzej wprowadziłam kod i po otwarciu się drzwiczek schowałam się za metalową powłoką.
Wzięłam głęboki wdech, uspakajając pędzące serce. Nikt nie wiedział o moim sekrecie. Tutaj byłam normalną nastolatką, która przeprowadziła się z innego miasta i była nową uczennicą w szkole. Tajemnica znajdowała się bezpiecznie w moim wewnętrznym sejfie, który otworzyć mogłam tylko ja. Nadal tkwiłam w swojej twierdzy.
Przymknęłam na chwilę oczy. Kiedy byłam pewna, że się nie rozpłaczę ani nie zemdleję na środku szkolnego korytarza, wypakowałam wszystkie swoje książki, które swoją drogą ważyły chyba tonę. Schowałam je do szafki, zabierając ze sobą tylko podręcznik do literatury. Zatrzasnęłam drzwiczki, po czym ze spuszczoną głową skierowałam się na pierwsze piętro, na którym znajdowała się sala. Spojrzenia uczniów wypalały w moich plecach dziurę. Czułam się obserwowana na każdym kroku i wiedziałam, że gdy tylko coś wywinę, będzie mnie widzieć większość szkoły.
Ta myśl zdążyła przewinąć się przez moją głowę i w tym samym momencie na kogoś wpadłam. Mocne zderzenie moich pośladków z podłogą uświadomiło mi, że zrobiłam to, czego najbardziej na świecie nie chciałam. Zwróciłam na siebie jeszcze większą uwagę.
- Jak idziesz, to patrz przed siebie, a nie na zasyfioną podłogę - warknął chłopak.
Mój wzrok powędrował na jego twarz i zamarłam.
Intensywnie zielone tęczówki wpatrywały się we mnie, szukając odpowiedzi, skąd mnie kojarzył. Kiedy otworzył szerzej oczy, wiedziałam, że mnie pamiętał. Czym prędzej zaczęłam zbierać rzeczy z podłogi, aby ulotnić się z miejsca przedstawienia.
- Przepraszam, nie zauważyłam cię - mruknęłam, głośno przełykając ślinę.
Jeśli myślałam, że ten dzień nie może być gorszy - jeszcze nigdy w życiu się tak nie myliłam.
- Nie przepraszaj, po prostu patrz, jak idziesz.
Gdy chciał już odejść, złapałam go za ramię, zwracając tym samym na siebie jego uwagę. To, co zamierzałam, było absurdalne, ale musiałam to zrobić.
- Nie znamy się, prawda? - powiedziałam to takim tonem, że nie dało się nie wyczuć w nim aluzji. Nie mogłam ryzykować wydaniem tego, że przywiózł mi wczoraj narkotyki. Nie dość, że ja miałabym problemy, to na dodatek zepsułabym nieskazitelną reputację mamy.
Chłopak zmrużył oczy, ściskając mocniej szczękę, a następnie wyrwał się z mojego uścisku. Odchodząc, odpowiedział słowami, które ściągnęły z mojego serca ogromny ciężar.
- Oczywiście, że nie.
Przerwa na lunch nadeszła bardzo szybko. Od porannej sytuacji nie zdarzyło się nic więcej. Pierwszy dzień szkoły okazał się nie być aż tak zły, jak sądziłam na początku. Ciekawskie spojrzenia i szepty na mój temat zmniejszyły się, a ja spokojnie mogłam chodzić po korytarzach, bez myśli, że jestem szkolną atrakcją.
Stanęłam w kolejce na stołówce, by wybrać sobie coś do jedzenia. Wszystko wyglądało tak, jakby było przeżute, po czym zostało wrzucone do różnych półmisków. Gdy wybrałam najbezpieczniejszą opcję, która okazała się zwykłą sałatką, zaczęłam rozglądać się za wolnym stołem.
Pomieszczenie było ogromne. Na wprost od lad z jedzeniem znajdował się ogromny herb szkoły - czarny sokół, otulający w swych skrzydłach nazwę naszej szkoły. Wielkie okna przepuszczały światło dzienne, dzięki czemu pomieszczenie sprawiało wrażenie ciepłego i przytulnego. Duża ilość metalowych stolików z krzesłami dookoła gwarantowała, że każdy znajdzie miejsce dla siebie.
Gdy odnalazłam idealny stolik, udałam się w jego stronę. Jak to w liceum bywa, tutaj również był podział na grupy. Wyrzutki szkolne swój kąt miały zaraz przy wejściu do stołówki. Dalej były nerdy oraz geniusze komputerowi, którzy aktualnie rozmawiali o nowinkach w świecie technologii. Następnie były kujony, odrabiający dodatkowe zadania lub uczący się tematów do przodu. Grupa emo i ogólnie świrusy z zamiłowaniem do czarnej magii, odbywali naradę dotyczącą najbliższego rytuału. Najważniejsi członkowie hierarchii swój stolik mieli na środku stołówki, tak by być na widoku. Cheerleaderki, sportowcy oraz szkolne gwiazdy siedzieli razem, śmiejąc się i żartując z jakiegoś ucznia. Jedna z nich, szczupła i "plastikowa" szatynka tkwiła na kolanach kapitana hokeistów. Widziałam go na zdjęciach z drużyną w gablotce sportowej.
Położyłam tackę wraz z książką na stół. Lubiłam czytać. Wtedy przenosiłam się do innego świata. Wyobrażałam sobie, że byłam głównym bohaterem, przeżywając wszystko, co działo się w powieści. Gdy czytałam czułam, że prawdziwy świat znikał, a moje problemy wraz nim. Jednak nigdy nie trwało to więcej niż kilka minut.
Nim zdążyłam otworzyć lekturę, zobaczyłam, że ktoś się do mnie dosiadł. Zaskoczona otworzyłam szerzej oczy, ponieważ nie spodziewałam się towarzystwa. Nikogo dzisiaj nie poznałam. Wędrując wzrokiem po ciele towarzysza, zobaczyłam prześwitujące przez koszulkę mięśnie brzucha. Ujrzawszy twarz osoby, która się do mnie dosiadła, serce podskoczyło mi do gardła.
- Czego chcesz? - zapytałam, udając, że nie miałam ochoty zwymiotować ze strachu.
- Chciałem sprawdzić, jak się miewa nowa uczennica. - Uśmiechnął się zawadiacko, a ja przełknęłam głośno ślinę.
Nie wiedziałam, co planował, ale błagałam, by się ode mnie odczepił. Czułam, że ciągnął za sobą problemy.
Chłopak wyciągnął w moją stronę dłoń.
- Jason - przedstawił się, a ja oddałam niepewnie uścisk.
- Ellie.
- Jak podoba ci się w naszej szkole? Fajni ludzie tu są, nieprawdaż? - zapytał, odkręcając butelkę wody i upijając z niej łyk.
- Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Nikogo nie poznałam, chociaż wszyscy pewnie o mnie plotkują - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, lekko mrużąc oczy. Coś mi tu śmierdziało. - Nie należysz do typów, którzy zaprzyjaźniają się z nowymi i szczerze wyciągają ku nim rękę. Czego ode mnie chcesz?
Chłopak złapał się teatralnie za serce, a ja przewróciłam oczami, odwracając się do niego bokiem i zaczęłam jeść swoją sałatkę. Nie była taka zła.
- Twoje słowa bolą, Ellie. Jestem pomocnym człowiekiem.
- Tak bardzo pomocnym, że aż rozwozisz dragi - mruknęłam cicho, zerkając w jego stronę.
- A ty je bierzesz. Domyślam się, że one ci pomagają, więc tak, pomagam ludziom - zauważył, a ja zacisnęłam szczękę.
Odechciało mi się jeść, mimo że żołądek mówił co innego. Odwróciłam się w stronę Jasona, po czym uśmiechnęłam się sztucznie.
- Słuchaj, jesteś tylko zwykłym dilerem i robisz to, co ci zlecą. Gdybyś był człowiekiem pomocnym, nie pozwoliłbyś im brać tego świństwa do ust. Więc z łaski swojej zostaw mnie w spokoju i pozwól przeczytać książkę. - Wskazałam palcem na lekturę.
Chłopak zaśmiał się, a ja przygryzłam wargę, dokładnie przyglądając się jego twarz. Intensywnie zielone oczy idealnie współgrały z czarnymi włosami, które delikatnymi loczkami opadały mu na czoło. Pełne, czerwone wargi zapewne zakręciły nie jednej dziewczynie w głowie. Mocne rysy twarzy kompletnie nie pasowały do dołeczków, które pojawiały się, gdy się uśmiechał. Był przystojny i to bardzo, ale jak dla mnie zbyt arogancki.
Jason wziął do ręki książkę, po czym spojrzał na jej okładkę. Widząc tytuł, uśmiechnął się pod nosem. W tym samym czasie zwróciłam uwagę na dwie rzeczy - jego nadgarstek i dłoń. Na pierwszym znajdowała się czarna bransoletka z białymi koralikami, na których były pojedyncze litery, tworzące jego imię. Na dłoni natomiast miał tatuaż. Przedstawiał czarną różę, wokół której wystawały kolce. Tatuaż był piękny i byłam pewna, że coś kryło się za jego stworzeniem.
Chłopak rzucił mi na kolana książkę, a następnie pochylił się nade mnie, przybierając na twarz ten swój firmowy uśmieszek.
- Tanie romansidło. Główna bohaterka umrze, a on trafi do więzienia. Szkoda czasu.
Chciałam skomentować jego chamskość, która wynikała z tego, że streścił mi książkę, gdy nagle poczułam jego ciepły oddech przy uchu.
- Myślisz, że nie jestem profesjonalistą i wygadałbym innym twój brudny sekrecik? Kochana, w tej szkole nie jesteś moją jedyną klientką. Znam się na swoim fachu - nawiązał do naszej porannej sytuacji, po czym po prostu sobie odszedł, nie pozwalając mi odpowiedzieć.
Ale co tak naprawdę bym mu powiedziała? Że bałam się wyjawienia prawdy? Że byłam tchórzem? To wszystko było prawdą. Z nerwów miałam ochotę zacząć obgryzać paznokcie. Typ, który dostarczał mi narkotyki, chodził do tej samej szkoły, co ja. Jeśli jakkolwiek bym mu podpadła - byłam skończona. Ja i matka. Nie mogłam na to pozwolić, ale też nie miałam zamiaru dawać sobą pomiatać.
I wkurzył mnie, streszczając mi książkę!
Ostatnia lekcja. Minęło dopiero piętnaście minut od jej rozpoczęcia, a ja miałam wrażenie, jakbym siedziała w klasie od godziny. Nauczyciel matematyki zapisywał jakieś dziwne cyfry wraz z literami, które skrywały się pod nazwą algebra. Byłam zielona z tego, jak i z całej matematyki.
Moje rozmyślania przerwało szturchnięcie w bok. Spojrzałam w stronę osoby, która mnie zaczepiła i natrafiłam na najśliczniejsze niebieskie oczy, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam.
Hermanie Wakens, była przepiękną dziewczyną o naturalnie rudych włosach. Jej błękitne tęczówki oraz piegi na nosie dodawały jej uroku. Szczupła oraz niziutka dziewczyna z włoskimi korzeniami, wydawała się naprawdę miłą i uczynną dziewczyną.
- Hej, rozumiesz coś z tego? - zapytała, wskazując czubkiem długopisu na tablicę.
Pokręciłam głową.
- Racja, kto by to kumał.
- Chyba Thomas. Mam wrażenie, że wyskoczył z książki od matmy. Widziałaś minę nauczyciela, gdy podawał odpowiedź, zanim napisał znak równania? - zaśmiałam się, przypominając sobie sytuację sprzed kilku minut.
- Och tak, szkoda, że nie mogłam zrobić zdjęcia.
- No cóż, na zawsze pozostanie w naszej pamięci - oświadczyłam, a dziewczyna się ze mną zgodziła.
- Skąd się przeniosłaś?
- Z Kolorado.
Hermanie westchnęła rozmarzona.
- Zawsze chciałam tam pojechać. Podobno pięknie tam jest.
- Tak i to bardzo - przyznałam, przypominając sobie widoki z okna mojego pokoju.
Skaliste wzgórza porośnięte mchem, a u ich podstawy - wąski strumyczek. Tęskniłam za tym miejscem. Mimo że działy się tam okropne rzeczy, miałam przyjaciół, szkołę, dobrą relację z mamą i całkiem normalne życie.
- Słuchaj - zagadnęła, a ja skierowałam na nią swój wzrok. - Masz jakieś plany po szkole?
Tak. Wrócić do domu, zjeść opakowanie lodów, obejrzeć serial, odrobić lekcje i pójść spać. Poczytałabym książkę, ale pewien dupek mi ją streścił, przez co musiałam udać się do biblioteki po nową. Chciałam trzymać się z dala od relacji międzyludzkich, ale Hermanie była taką osobą, której ciężko odmówić. Byłam w stu procentach pewna, że znajomość z Hermanie nie zmusi mnie do zburzenia swojej twierdzy.
- Nie, nie mam - uśmiechnęłam się lekko.
- Świetnie! Miałabyś ochotę na zakupy? - zapytała z cwaniackim uśmiechem i już wtedy wiedziałam, że się dogadamy.
Nigdy nie pomyślałabym, że wypad do centrum handlowego sprawi mi aż taką przyjemność. Poczułam, że dzisiejsze poranne, negatywne emocje zniknęły, zostawiając we mnie tylko wewnętrzny spokój, którego potrzebowałam. Chodzenie po sklepach z Hermanie było jak zabawa w wesołym miasteczku. Nie należała do osób, które marudziły, wręcz przeciwnie - była wulkanem energii. Przymierzała wszystko, co wpadło jej w oko. Hermanie miała dość nietypowy styl, który ciężko było określić. Od staromodnych ubrań, idealnie na niej leżących, po najbardziej typowe stroje każdego nastolatka dwudziestego pierwszego wieku.
- Co powiesz na tę? - Przyłożyła do swojego ciała prześliczną białą, koronkową sukienkę.
- Będzie świetna - przyznałam, a ona uśmiechnęła się szeroko. Przełożyła do drugiej ręki materiał, po czym złapała mnie za dłoń, ciągnąc w głąb sklepu.
- Pora, żebyś ty sobie coś znalazła - mówiąc to, zmarszczyła brwi, przeszukując wzrokiem sklep. Nagle w jej oczach zabłysnęły iskierki, a następnie sięgnęła po jakieś ubranie.
- Patrz! - Pokazała mi czerwoną sukienkę przed kolano.
- Nie jestem co do niej przekonana - skrzywiłam się, patrząc na jej wyzywający krój.
- Ellie, wyglądałabyś w niej fantastycznie! Musisz ją przymierzyć! - Popchnęła mnie w stronę przymierzalni, wręczając materiał. - Ja tutaj zaczekam. Masz mi się w niej pokazać - zagroziła, wpychając mnie do wąskiego pomieszczenia.
Raz jeszcze spojrzałam na ubranie, po czym głęboko westchnęłam i je założyłam.
Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Sukienka była obcisła, bez ramiączek, z dużym wycięciem na plecach oraz głębokim dekoltem. Satyna, z której został wykonany ciuch, delikatnie mieniła się pod światłem, dając niesamowity efekt. Byłam oszołomiona tym, jak dobrze na mnie wyglądała. Miałam szczupłą sylwetkę wraz z kobiecymi krągłościami, które teraz zostały idealnie podkreślone. Wyrazista czerwień stanowiła znakomite połączenie z moją ciemniejszą karnacją. Całość prezentowała się bardzo zmysłowo, ale nie wyzywająco.
Gdy tylko odsunęłam zasłonę przymierzalni, Hermanie otworzyła szeroko oczy i zapiszczała.
- Ellie wyglądasz jak bogini! Musisz ją założyć na piątkową imprezę!
Uniosłam pytająco brew.
- Jaką imprezę?
Dziewczyna uniosła bojowo podbródek.
- Zabieram cię na zabawę. W piątek. U Tristana.
Rozdział 3
Co ty tu robisz?
Jason
Gdy zgasiłem niedopałek papierosa butem, ze szkoły wybiegła malutka brunetka. Dziewczynka zaczęła rozglądać się na boki, aż jej piękne, niebiesko-zielone oczka zatrzymały się na mnie. Uśmiechnęła się szeroko, po czym popędziła w moją stronę. Pochyliłem się ku niej, wystawiając do przodu ręce. Dziewczynka wbiegła między nie, a ja złapałem jej drobne ciało i ją podniosłem. Przytuliłem do siebie brunetkę i zostawiłem na jej główce całusa.
- Hej malutka - przywitałem się, a ona zmarszczyła brwi.
- Nie jestem malutka. Zobacz. - Przyłożyła dłoń do swojego czoła, a następnie do mojego, chcąc porównać w ten sposób nasz wzrost. - Jestem tak duża, jak ty!
Zaśmiałem się. Dziewczynka, na której widokcały się rozpływałem, była moją młodszą siostrą - Maggie. Niziutka siedmiolatka ze złotym serduszkiem i urzekającymi oczami. Ta mała duszyczka była całym moim światem, oczkiem w głowie. Była jak księżniczka w zamku, a ja niczym smok pilnowałem, by nikt, kto nie zdobędzie mojego zaufania, się do niego nie dostał.
- Och, przyjmij moje przeprosiny - powiedziałem z pełną powagą, na co oboje parsknęliśmy śmiechem. Po chwili postawiłem ją na ziemię. - Chodź, jedziemy do domku. Babcia usmażyła naleśniki.
Widząc rozmarzoną minę Maggie, pokręciłem głową z rozbawieniem, a następnie usadowiłem ją na tylnym siedzeniu w moim samochodzie.
Gdy zająłem miejsce kierowcy, spojrzałem w tylne lusterko, w którym widać było jej odbicie.
- Pasy - zauważyłem, na co ze śmiechem przewróciła oczkami, zapinając je grzecznie.
Wyjechałem ze szkolnego parkingu i skierowałem się w stronę domu. Jechaliśmy w ciszy, którą przerywały tylko dźwięki z radia.
Zmarszczyłem brwi, ponieważ mojej siostrze buzia prawie nigdy się nie zamykała. Jedną z jej głównych cech była gadatliwość, a jeśli milczała, to znaczyło, że coś było nie tak.
Spojrzałem na siostrę w lusterku, a gdy zauważyłem jej smutną minę, poczułem, jakby ktoś ściskał mnie za serce.
- Maggie? Coś się stało? - zapytałem, nie odrywając wzroku od jej odbicia.
Dziewczynka cichutko westchnęła.
- Wszystko. Taty znowu nie ma, kolega z mojej klasy mi dokucza i do tego nie umiem napisać jednej literki, którą umieją wszyscy.
- Jaki kolega?
- Walter - szepnęła, a ja zacisnąłem dłonie na kierownicy.
Ten dzieciak jest bratem Justina - szkolnej gwiazdeczki, który grał w drużynie hokeistów. Justin Peterson był zadufanym w sobie egocentrykiem. Uważał się za najlepszego na świecie, dlatego nie zrozumiał, gdy na kapitana drużyny został wybrany Flynn Jenkins. Mścił na lodzie w taki sposób, że wielu graczy lądowało u higienistki przez tego palanta.
Najwyraźniej Walter brał przykład ze starszego brata.
- Załatwię to. Nie będzie cię już dręczył. - Posłałem jej pokrzepiający uśmiech, który odwzajemniła. - A co do literki... Po zjedzeniu stosu pysznych, babcinych naleśników z kremem czekoladowym i bitą śmietaną oraz leżeniu na kanapie z wypełnionym brzuchem, usiądę z tobą i razem poćwiczymy, co ty na to?
Maggie spojrzała na mnie z iskierkami w oczach i zaczęła skakać na siedzeniu.
- Jej! A obejrzysz ze mną Barbie? - zapytała, robiąc słodką minę.
- Jeśli szybko uporamy się z twoim problem, to masz moje słowo. Tylko proszę cię, nie tę część z wróżkami - odparłem, jednak widząc jej podstępny wyraz twarzy, zrozumiałem, że się wkopałem. - Znęcasz się nade mną - jęknąłem.
- To tak z miłości - wyrecytowała nasz typowy tekst, który używaliśmy, gdy się droczyliśmy.
Chwilę później zaparkowałem na chodniku, a Maggie niczym błyskawica, wyskoczyła z samochodu i pobiegła w stronę domu. Uśmiechnąłem się, po czym wziąłem z tylnego siedzenia jej plecaczek i sam ruszyłem w kierunku drzwi. Od samego wejścia można było wyczuć zapach smażonych pyszności, a na dźwięk przekładanych talerzy, poczułem, że mój brzuch skręcał się z głodu.
Ściągnąłem buty i kurtkę na przedpokoju, a plecak Maggie położyłem na stoliku obok. Skierowałem się do kuchni, skąd dochodziły chichoty babci i siostry.
- Cześć babciu - przywitałem się z nią, całując ją w policzek.
- Cześć skarbie. Jak w szkole? - zapytała, dokładając do sterty naleśników kolejnego.
- Nudno jak zawsze. Mam sporo nauki, więc gdy pomogę Maggie, wezmę się za swoje lekcje. - Posłałem babci ciepły uśmiech.
Rosa Marshall była najbardziej twardą kobietą, jaką znałem. Nigdy nie zostawiłaby mnie, Maggie i ojca tak, jak matka. Zawsze była, pomagała i wspierała nas, nawet jeśli u niej w życiu się nie układało. Dziadek zmarł osiem lat temu, przez wylew krwi do mózgu, a matka uciekła dla alkoholu zaraz po narodzinach mojej siostry, zrywając z nami jakikolwiek kontakt.
Od siedmiu lat nie mieliśmy od niej żadnych oznak życia. Jednak może to i lepiej. Nie mąciła w naszym życiu. Maggie była pewna, że jej mama zmarła przez powikłania przy porodzie. Nie mogliśmy jej przecież powiedzieć, że urodziła ją alkoholiczka, która wybrała uzależnienie zamiast własnej rodziny. Dla mnie była już martwa i dla Maggie też powinna. Tak miało zostać.
- Dobrze, a wychodzisz gdzieś dzisiaj? - Zerknęła w moją stronę, podstawiając mi pod nos trzy naleśniki, zwinięte w rulonik.
Nie chciałem okłamać babci, jednak nie miałem innego wyboru.
- Tak, muszę załatwić parę rzeczy. Mogłabyś zostać z Maggie? - zapytałem, wpychając do buzi kawałek jedzenia.
Babcia uśmiechnęła się i popatrzyła na mnie. Uwielbiała zajmować się małą.
- Jasne, nie ma problemu. Tylko postaraj się nie wrócić zbyt późno. - Poklepała mnie po ramieniu i wyszła z kuchni.
To był jeden z powodów, dla których tak bardzo kochałem tę kobietę.
Po obiecanym przeze mnie leniuchowaniu i oglądaniu z Maggie zbyt różowej, jak dla mnie bajki, poszedłem pomóc jej przy lekcjach. Nauczyłem ją, jak pisać problematyczną literkę, a następnie przećwiczyliśmy pozostałą część alfabetu oraz cyferki. Pomagając siostrze, zatęskniłem za pierwszą klasą. Za latami beztroski, zabawy i problemami, które tak łatwo można było rozwiązać.
Gdy skończyliśmy, sam usiadłem do nauki. Zadania domowe zrobiłem w trzydzieści minut. Rzeczy z biologii, które zostały zapowiedziane na sprawdzian, miałem w małym paluszku, więc ze spokojem usiadłem z książką na łóżku.
Lubiłem czytać. Może to nie pasowało do mojego stylu bycia, ale pozwalało mi się oderwać od życia. Gatunek był nieważny, byleby książka była dobra i godna przeczytania. A wszystko zależało od podejścia pisarza. Moim zdaniem, by powieść uznano za godną polecenia, musiała mieć oklepany główny wątek. Najważniejsze dla mnie było rozwinięcie historii i opis różnych wydarzeń. Bo prawda była taka, że każdy z głównych wątków, które znajdowały się w książkach, został już kiedyś użyty przez kogoś innego. Nie było takiej fabuły, która nie została gdzieś opisana. Od autora zależało, jak dalej się ona rozwinie i jak będzie wyglądało jej zakończenie. Nieświadomość dalszego ciągu historii i przyjemne uczucie zaskoczenia pod koniec lektury - dlatego uwielbiałem czytać.
Na zegarku wybiła godzina dwudziesta pierwsza, więc podszedłem do szafy i schyliłem się do najniższej szuflady. Otworzyłem ją, wyciągnąłem dno i moim oczom ukazały się małe woreczki z amfetaminą oraz listki tabletek, zawierających w sobie narkotyki.
Skrzywiłem się na ten widok, ale czym prędzej wziąłem woreczek i schowałem go do kieszeni, starannie zamykając szufladę. Upewniając się, że wszystko dokładnie ukryłem, złapałem za komórkę oraz klucze i zszedłem do przedpokoju, gdzie włożyłem buty oraz kurtkę.
- Wychodzę! - krzyknąłem, a następnie wyszedłem z mieszkania.
Wsiadając do auta, spojrzałem w okno Maggie. Dziewczynka stała przy nim, obserwując mnie, a gdy zauważyła, że patrzyłem się w jej stronę - energicznie do mnie pomachała. Odwzajemniłem to, uśmiechając się szeroko z radości, iż miałem obok siebie tak wspaniałą, malutką osobę.
Jednak mój uśmiech spełzł, gdy przypomniałem sobie, co musiałem zrobić i gdzie jechać. Brzydziłem się sobą, ale wiedziałem, że to jedyne rozwiązanie. Potrzebowaliśmy pieniędzy. To okropne uczucie, kiedy wiedziałeś, że jesteś dla kogoś wzorem, ale przy tym byłeś świadomy, ile zła wyrządzasz. Przez to bałeś się, że ta osoba pójdzie w twoje ślady.
Przetarłem dłońmi twarz, mając nadzieję, że w ten sposób pozbędę się wyrzutów sumienia. Na próżno. Odpaliłem samochód i skierowałem się na umówione miejsce.
Robisz to dla Maggie.
Głowa pełna myśli przed tego typu spotkaniem to była u mnie norma. Zawsze przynajmniej pięć razy pojawiał się w niej pomysł, by zawrócić. Jednak w ten sposób straciłbym ogromną ilość pieniędzy, których potrzebowałem. Musiałem zacisnąć zęby i robić to, co mi zlecono. Nie miałem wyboru.
Kilka minut później znalazłem się w umówionym miejscu. Były to tyły sklepu z hipsterskimi gadżetami, który został zamknięty w latach dziewięćdziesiątych. Jedynym plusem tego miejsca było to, że nie śmierdziało zgnilizną i nie było tu tak ciemno. Spokojnie mogłem dostrzec pożółkły kolor trawy oraz porozrzucane śmieci. Ludzie to fleje.
Gdy podniosłem wzrok ze szklanej butelki po jakimś alkoholu, dostrzegłem zbliżającą się ku mnie postać. Po sposobie, w jaki się poruszała, obstawiałem, że to dziewczyna. Wysoka i dosyć przy kości. Gdy uniosła głowę, skojarzyłem ją. Pierwszoklasistka z mojej szkoły. To z niej śmiała się ostatnio szkolna śmietanka towarzyska.
Dziewczyna była całkiem ładna. W dużych, brązowych oczach krył się strach, który za wszelką cenę chciała ukryć. Krótkie, do ramion, czarne włosy teraz zostały związane w mały kucyk. Ona sama była ubrana w zwykłe, granatowe spodnie oraz czarną, grubą bluzę. Nie dziwiłem się. Było jakieś pięć stopni na plusie.
- Masz na imię Jason, prawda? - spytała cichutko, a ja pokiwałem głową.
Wyciągnęła z kieszeni pięćdziesiąt dolarów i wystawiła je w moją stronę.
- Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? - zapytałem spokojnie, gdy dostrzegłem jej w jej oczach niezdecydowanie. Nie wyglądała mi na osobę uzależnioną. Obstawiałem, że to jej pierwszy raz, który był skutkiem bycia pośmiewiskiem.
Oto dowód na to, jak szkoła potrafiła doprowadzić na samo dno.
- Niczego nie jestem pewna - powiedziała, łamiącym się głosem.
Przetarłem dłonią po ustach, po czym wziąłem głęboki wdech i spojrzałem w jej przerażone oczy.
- Jak masz na imię?
- Elizabeth - odpowiedziała, sztywniejąc.
- Hej, nie musisz się mnie bać.
Zerknęła w moją stronę, przyglądając się mojej, miałem nadzieję, przyjacielskiej minie.
- Dlaczego nie każesz mi spadać? - zapytała niepewnie, a ja uśmiechnąłem się delikatnie.
- A dlaczego miałbym?
- Wszyscy to robią i używają przy tym okropnych wyzwisk. - Skrzywiła się, a ja obiecałem sobie, że nie dam już nikomu robić z innego człowieka zabaweczki do pośmiania.
- Nie jestem wszyscy. Nie zamierzam cię zrównywać z ziemią.
Dziewczyna głęboko westchnęła.
- Jestem beznadziejna.
- Nieprawda, zapewne jesteś fantastyczną osobą. Nie zawracaj sobie głowy tymi idiotami. Oni jeszcze nie dorośli. Zatrzymali się na poziomie podstawówki. Daj im czas i spróbuj się przed nimi bronić. Jesteś silna. Mimo że chciałaś sięgnąć po to gówno, to jednak cichy głosik w głowie wprawił cię w niepewność. Nie rób tego, bo bardzo łatwo zacząć, ale ciężko skończyć - przyznałem, a dziewczyna patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami.
Nie ma co się dziwić. Nie na co dzień diler próbuje cię odciągnąć od kupienia od niego narkotyków.
Elizabeth odchyliła głowę do tyłu, po czym zagryzła dolną wargę i spojrzała znowu na mnie.
- Można odwołać zamówienie? - Uśmiechnęła się delikatnie.
Oczywiście, że nie. Za jedno odwołane lub niedostarczone zamówienie zabierają mi półtorej stówy, ale nie mogłem jej pozwolić, by to wzięła. Niech nie wchodzi w ten świat, jeśli nie było takiej potrzeby. Dlatego skłamałem.
- Jasne - odpowiedziałem. - Ale gdy się rozejdziemy, musimy udawać, że się nie znamy. Powiedzmy, że to dodatkowe zabezpieczenie dla mnie. Jednak, gdyby było źle i nie będą chcieli dać ci spokoju - powiedz mi. Przemówię im do rozsądku - oświadczyłem, na co pokiwała głową, po czym odeszła, posyłając mi szeroki uśmiech.
Tacy ludzie jak ona nawet nie powinni myśleć o braniu narkotyków. To coś, co powinno się trzymać od nich z daleka.
Wyszedłem zza budynku i skierowałem się w stronę swojego samochodu, który stał spory kawałek dalej. Nie chciałem ryzykować ciekawskich spojrzeń.
Gdy tylko dostałem się na ulicę, oślepiło mnie mocne światło. Przymrużyłem oczy i gdy dostrzegłem, kto stoi przede mną, moje serce podskoczyło mi do gardła.
- Co pan tu robi o tej godzinie? - zapytał jeden z policjantów, wyłączając latarkę. Moje trybiki w głowie zaczęły pracować na najwyższych obrotach.
- Zwiedzałem. Lubię Brooklyn nocą. - Tylko część tej wypowiedzi była kłamstwem. Naprawdę lubiłem to miasto w blasku księżyca.
- Mogę prosić o dowód osobisty?
-- Oczywiście. - - Zacząłem szukać portfela, a gdy go znalazłem, wyciągnąłem to, o co prosił, po czym mu go podałem.
Policjant obejrzał dokładnie dowód, a ja dziękowałem Bogu, że miesiąc temu skończyłem osiemnaście lat.
Mężczyzna oddał mi dokument, po czym spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Czemu pan wyszedł zza tego sklepu? - dopytywał i wskazał głową towarzyszowi budynek, na co ten pokiwał głową i poszedł w stronę sklepu.
Czułem się, jakby ktoś polał mnie benzyną i przystawił do ciała zapaloną zapałkę, czekając aż drgnę, by się samemu podpalić.
Zachowuj się normalnie - powtarzałem sobie w głowie.
- Potrzebowałem bardzo mocno do toalety, a krzaki były moim jedynym wyjściem. - Zaśmiałem się nerwowo.
Kilka sekund później wrócił drugi policjant.
- Pusto - oznajmił.
Facet, który ze mną rozmawiał, spojrzał z powrotem na mnie.
- Jednak dla pewności zabierzemy pana na komendę. Jeśli nic nie ukrywasz, nie masz co się martwić - powiedział, po czym złapał mnie lekko za ramię i udaliśmy się kierunku radiowozu.
Posadził mnie na tylnym siedzeniu samochodu, a gdy zajęli miejsca z przodu, ruszyliśmy w stronę komisariatu.
Zaparkowaliśmy pod ogromnym budynkiem z szarej cegły. Policjanci wysiedli z radiowozu, po czym jeden z nich otworzył mi drzwi, ponownie łapiąc za ramię, a następnie skierowaliśmy się na komendę. Przeszklone drzwi otworzyły się automatycznie, a my weszliśmy do środka. Towarzyszący mi mężczyźni przywitali się z kobietą na recepcji, po czym udaliśmy się na pierwsze piętro, gdzie szliśmy chwilę przez długi korytarz. Posadzili mnie na krześle stojącym na jego końcu. - Niech pan tu zaczeka, zaraz przyjdzie inny policjant - oznajmił jeden z nich.
- A szkoda, fajnie spędziłem w wami czas - stwierdziłem, na co oni przewrócili oczami i się rozeszli.
W pierwszej chwili chciałem stąd po prostu wyjść, jednak w porę dostrzegłem innego funkcjonariusza, siedzącego kawałek dalej za ladą, który bacznie mnie obserwował. Skapitulowałem i grzecznie usadowiłem się na jednym z krzesełek.
Siedziałem piętnaście minut bezczynie, oczekując nienadchodzącego nadal policjanta. Zdążyłem już policzyć wszystkie dziury w ścianie - trzysta czterdzieści trzy. Mogliby zrobić tu remont.
Zobaczyłem przechodzącą policjantkę, więc wstałem i zaczepiłem ją.
- Przepraszam - powiedziałem, na co kobieta się odwróciła.
- Tak?
- Wie pani, kiedy przyjdzie przydzielony mi policjant? - zapytałem, mając nadzieję, że odpowiedź mnie usatysfakcjonuje.
- Przykro mi, nie mam pojęcia. Musisz jeszcze trochę zaczekać - skrzywiła się, jednak po chwili posłała mi ciepły uśmiech i poszła w nieznanym mi kierunku.
- Co ty tu robisz? - rozległ się znajomy głos.
Odwróciłem się w stronę Ellie, która patrzyła na mnie z zaskoczeniem.
- Czekam na policjanta, którego mieli mi przydzielić. - Wzruszyłem ramionami. - Powiedz lepiej, co ty tu robisz? Złapali cię na kradzieży marchewki? - zażartowałem, na co przewróciła oczami.
- Bardzo zabawne. Przyniosłam mamie coś do jedzenia. Jest profilerem policyjnym - oznajmiła.
- Przywozisz jej jedzenie o... - spojrzałem na zegarek wiszący na ścianie - dwudziestej drugiej?
- Mama często pracuje do bardzo późna, przez co rzadko kiedy bywa w domu. - Przygryzła wargę, zastanawiając się nad czymś.
Gdy już miało paść moje pytanie nad czym rozmyśla, dziewczyna podeszła do mnie i wtuliła się we mnie.
Stanąłem jak wryty, nie wiedząc, co się dzieje. Dlaczego mnie przytuliła?
- Nie wyobrażaj sobie za dużo. - Jej głos oderwał mnie od snucia wyjaśnień tej sytuacji. - To jedyny sposób bym mogła zapytać cię, dlaczego tu jesteś - wyjaśniła, a ja teraz już wszystko rozumiałem.
Złapałem dziewczynę za biodra, chowając głowę w zagłębienie jej szyi. Była niziutka, sięgała mi do klatki piersiowej i do tego ślicznie pachniała.
- Złapali mnie na sprzedawaniu dragów - przyznałem, a ona przestała na chwilę oddychać.
- Widzieli cię? - szepnęła, a jej ciepły oddech poczułem przez moje ubrania.
- Nie. Zobaczyli mnie, gdy wychodziłem z umówionego miejsca. Wyjaśniłem im, że spacerowałem po Brooklynie i nagle zachciało mi się sikać - zaśmiałem się, co odwzajemniła.
- Nie uwierzyli ci?
- A byłbym tu, gdyby to zrobili?
- Czasem zabierają, by mieć czyste sumienie. Masz jakąś działkę ze sobą? - spytała, po czym odsunęła głowę i objęła mnie wokół szyi. - Tęskniłam - oznajmiła nagle. Widząc, że nie rozumiałem, o co jej chodzi, pokierowała oczami w stronę przyglądającemu się nam zza lady policjantowi.
Rola: idealny chłopak - została aktywowana!
- Ja też. Nie mogłem się doczekać, kiedy cię zobaczę i będę mógł dotknąć. - Przesunąłem dłonią po jej policzku, na co a przymknęła oczy.
Potem znowu się w nią wtuliłem.
- Mam - odpowiedziałem na poprzednie pytanie. - Czemu pytasz?
- Będziesz przeszukiwany - powiedziała, a gula w moim gardle powiększyła się. - Gdzie je masz?
- W tylnej kieszeni spodni.
Dziewczyna, zerknęła w bok, po czym spojrzała na mnie z iskierkami w oczach.
- Usiądź.
- Po co? - zapytałem niepewnie.
Przewróciła oczami.
- Po prostu to zrób.
Gdy usiadłem, usadowiła się na moich kolanach. Wciągnąłem powietrze ze świstem, kompletnie się tego nie spodziewając.
Ellie uśmiechnęła się cwanie i przygryzła dolną wargę.
- Możesz poczuć się trochę nieswojo, ale jeśli nie chcesz trafić do paki, musisz być dobrym aktorem - oznajmiła, po czym jedną ręką delikatnie sunęła po moim ramieniu, aż do biodra.
Zerknąłem w stronę faceta, który wcześniej się na nas patrzył. Jego wzrok skupiony był na monitorze i nie zwracał już uwagi na naszą dwójkę. Chyba uznał, że jesteśmy zwykłą parą.
- Podnieś się delikatnie - szepnęła mi do ucha i zrobiłem to, o co prosiła.
Brunetka szybko wyciągnęła z mojej kieszeni woreczek z narkotykami i dyskretnie schowała go pod bluzkę.
- Proszę, jesteś już czysty - powiedziała z szerokim uśmiechem, po czym usiadła obok mnie.
Patrzyłem na nią z niedowierzaniem.
- Jesteś niesamowita - wyszeptałem, na co się zaśmiała. - Dziękuję. - Posłałem jej szeroki uśmiech.
W tej samej chwili drzwi na końcu korytarza otworzyły się i wyszedł z nich wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, po czterdziestce. Miał na twarzy kilkudniowy zarost, a na głowie artystyczny nieład. Jego niebieskie oczy świdrowały w mojej twarzy dziurę. Spojrzenie przeniósł na Ellie i jego ognisty wyraz twarzy zelżał.
- Młoda! - krzyknął, uśmiechając się szeroko.
- Stary! - Ellie się zaśmiała.
Podszedł do dziewczyny i się przytulili, po czym przybili razem żółwika.
- Dawno cię tu nie było! Jak w nowej szkole? - zapytał, kompletnie mnie zlewając.
- E, jakoś leci. Poznałam super dziewczynę i tego idiotę - wskazała na mnie. - Lubi znajdować się w złym miejscu o niewłaściwym czasie - zażartowała, jednak wyczułem w nim ziarenko prawdy.
Mężczyzna przeniósł na mnie swój wzrok, a jego wyraz twarzy nabrał powagi.
- Posterunkowy Shaw Henderson. - Wystawił dłoń w moim kierunku. Wstając z krzesła, odwzajemniłem uścisk. - Ty, jak rozumiem, jesteś Jason Ashby? - upewnił się, a ja pokiwałem głową.
- Shaw, Jason jest w porządku gościem. Jestem pewna, że nie zrobił nic złego, po prostu znalazł się tam, gdzie nie powinien. - Dziewczyna wstawiła się za mną, a ja już wiedziałem, że miałem u niej dług do końca życia.
Mężczyzna wyglądał, jakby walczył ze sobą, uważnie mi się przyglądając. Zapewne zastanawiał się, czy posłuchać się zaufanej osoby, czy zrobić to tak jak nakazują przepisy.
- Dobra Ashby, zrobimy tak... - zaczął - odpuszczę ci przesłuchanie, bo wierzę Ellie na słowo, ale muszę cię przeszukać. Dla świętego spokoju.
- Dobrze - powiedziałem, zaskakując go, gdyż zapewne nie oczekiwał mojego pozwolenia.
Wyciągnąłem z kieszeni portfel i klucze. Shaw zaczął mnie przeszukiwać, a następnie kazał mi ściągnąć buty oraz kurtkę, co również przetrzepał, zerkając co jakiś czas na mnie, szukając w moim wyrazie twarzy stresu. Jednak, gdy nic nie znalazł, wypuścił nas, krzycząc coś do Ellie, że wpadnie do nich niedługo, na co ona wystawiła kciuka do góry.
Gdy wyszliśmy z komendy, uderzyło w nas zimne, jesienne powietrze. Jeszcze nigdy w życiu się tak nie bałem o moją przyszłość, jak dzisiaj. Gdyby nie Ellie, siedziałbym teraz w areszcie, czekając na rozprawę sądową. A potem wylądowałbym w kiciu na parę lat.
Brunetka zadygotała. Gęsia skórka na jej dłoniach wskazywała, że było jej zimno. Ściągnąłem swoją kurtkę i położyłem na jej ramionach. Nadal buzowała we mnie adrenalina, przez którą było mi gorąco, a kurtka tylko pogarszała sprawę.
- Dziękuję - powiedziała cicho, na co kiwnąłem głową i się uśmiechnąłem.
Nie mogłem się doczekać, aż wrócę do domu i zobaczę słodko śpiącą Maggie oraz babcię, która rano będzie mi robiła wyrzuty, że nie powinienem tak późno wracać, bo miałem szkołę. To rzeczy, na które wcześniej nie zwracałem uwagi, ale teraz, będąc o włos od wpadki, to coś, czego nie mogłem się doczekać, aby zobaczyć i usłyszeć.
- Czemu uśmiechasz się jak głupi do sera? - zaśmiała się, a ja spojrzałem na nią.
Czy Ellie też miała do kogo tak wracać? Z tego, co mówiła, jej matka przesiadywała więcej w pracy niż w domu. A co z ojcem? Miała rodzeństwo? Czy może wracała do wielkiego, ale pustego domu?
- Dzięki tobie mogę dziś spokojnie wrócić do rodziny - przyznałem, a dziewczyna zarumieniła się.
- Cieszę się, że pomogłam. Chociaż raz w życiu zrobiłam coś dobrego.- Uśmiechnęła się smutno.
Chciałem zapytać, co miała na myśli, jednak uznałem to za zbyt wścibskie. Nie znaliśmy się zbyt dobrze.
- Podwieźć cię do domu? - zagadnęła po chwili, a ja dopiero wtedy skojarzyłem, że moje auto zostało niedaleko starego sklepu, gdzie wsadzono mnie do radiowozu.
- Potrzebowałbym raczej podwózki po mój samochód.
Zmarszczyła brwi, jednak zaraz na jej twarzy pojawił się wyraz zrozumienia.
- Jasne, nie ma problemu - odpowiedziała. - Gdzie jedziemy? - zapytała, stając obok białego Lexusa, którego widziałem pod jej domem.
- Wiesz, gdzie jest stary sklep z hipsterskimi rzeczami? Został zamknięty gdzieś w latach dziewięćdziesiątych.
- Tak, pewnie. Lubię tam chodzić wieczorami - oznajmiła, zajmując miejsce kierowcy. - Wsiadasz? - zagadnęła do mnie, gdy jak zaczarowany wpatrywałem się w jej auto.
- Tak, tak, już - odparłem, po czym usiadłem na miejscu pasażera i odjechaliśmy spod komendy.
Jechaliśmy w ciszy, którą przerywały dźwięki jakiejś tandetnej piosenki. Zmieniłem stację, za co dostałem po łapach od Ellie.
- Włącz tamtą stację! Leciała tam jedna z ulubionych piosenek - jęknęła, na co się zaśmiałem i wróciłem do poprzedniego kanału.
- Przecież to denny kawałek o miłości.
- James Arthur nie jest denny! Nie znasz się na dobrej muzyce! - zbeształa mnie.
Starałem się zachować poważnie, jednak kilka sekund później obydwoje wybuchliśmy gromkim śmiechem. W ten oto sposób zaczęliśmy się wykłócać o gusta muzyczne, dusząc się przy tym ze śmiechu.
- To... - zacząłem, jednak mówienie między napadami śmiechu, nie należało do najprostszych. - To tutaj - wskazałem palcem na czarnego pick-upa.
Dziewczyna zaparkowała obok mojego auta i opadła ciężko na siedzenie, łapiąc się za brzuch.
- O matko, dawno się tak nie uśmiałam. - Otarła oczy rękawem mojej kurtki oczy, zapominając, że miała na rzęsach tusz. - Szlag! Przepraszam, upiorę ci to - oznajmiła, patrząc na plamę na materiale.
Machnąłem ręką.
- Daj spokój, to tylko tusz.
- Nie, nie oddam ci ubrudzonej kurtki. Przyniosę ci ją w poniedziałek, bo na jutro nie zdąży wyschnąć.
- Nie ustąpisz?
- Nie ma opcji. - Posłała w moją stronę lekki uśmiech, który odwzajemniłem.
Patrzyłem na Ellie, zastanawiając się skąd się, u licha, wzięła. Wydawała mi się tajemniczą oraz nieśmiałą osobą, jednak przy tym upartą i niedającą sobie wejść na głowę. Była totalną mieszanką wybuchową, która mogła wystrzelić, gdyby dotarła do niej iskierka ognia.
- Dobra, ja się zmywam - powiedziałem. - A! Możesz już mi oddać działkę.
- A kto powiedział, że oddam? - droczyła się, na co pokręciłem ze śmiechem głową. - Dla kogo były te prochy?
- Dla klienta, któremu doradziłem, żeby nie brał tego świństwa i się mnie posłuchał.
- Żartujesz? - Otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia.
- Nie mogłem pozwolić, by problemy, z którymi umiałaby sobie poradzić bez dragów, przejęły nad nią kontrolę. - Wzruszyłem ramionami.
Wysiadłem z samochodu, ale zanim zatrzasnąłem drzwi, Ellie mnie zatrzymała.
- Poczekaj! - Po czym sięgnęła ręką na tylne siedzenie, skąd wzięła swoją torebkę. Wyciągnęła z portfela pięćdziesiąt dolarów. Wręczyła mi je. - Masz.
- Czemu mi je dajesz? - zapytałem, nie znając powodu.
- Bo nie chcę, by obcięli ci półtorej stówy z wypłaty. Spokojnie, wylądują w kiblu. - Uśmiechnęła się, a ja nie dowierzałem temu, co się dzieje.
Ta dziewczyna po raz drugi wyciągnęła mnie z problemów. To mój Anioł Stróż czy co?
Wziąłem od niej pieniądze, chowając je do kieszeni. Zanim jednak zamknąłem drzwi, zrobiłem jeszcze jedną rzecz, bez której nie mógłbym dzisiaj zasnąć.
- Dziękuję - zacząłem. - Dziękuję za wszystko, co dla mnie dzisiaj zrobiłaś.
- Do usług, Ashby.
Rozdział 1
W razie potrzeby wiesz, gdzie dzwonić
Jason
Kolejne zamówienie.
Kolejna osoba, która nieświadomie niszczy sobie życie.
Kolejna osoba bierze to świństwo, a ja je przywożę.
Nieraz zastanawiałem się, czy trafię za to do piekła. Pomagałem spaść ludziom na samo dno, czy tego chciałem, czy nie. Byłem ich przewodnikiem po królestwie diabła. Oni dawali mi pieniądze, a ja przeprowadzałem ich po prawdziwym morzu nikczemności. Oddając im towar, który zamówili, podpisywałem na nich wyrok. Niełatwo się z tego wyrwać - wiedziałem z doświadczenia. Wielu ludziom to nie wyszło i wylądowali jako "nikt w wielkim świecie". A przecież miał być tylko jeden raz - dla wyluzowania, dla zabawy, dla poznania czegoś nowego. Każdemu, kto tak pomyślał, gratuluję z całego serca głupoty.
Ależ ze mnie hipokryta.
Zwolniłem, wjeżdżając w ciemną uliczkę Brooklynu. Światło z lamp ulicznych nie docierało do zakamarków i przejść między starymi budynkami, a zapach stęchlizny oraz zepsutych resztek jedzenia unosił się w powietrzu, drażniąc mój nos. Musiałem być ostrożny. Zbyt wiele podejrzanych typów kręciło się po okolicy - groźnych i uzbrojonych. Sam miałem pistolet, jednak miał on służyć tylko do postraszenia. Nie wiem, czy byłbym w stanie go użyć.
Zatrzymałem samochód obok śmietnika i wysiadłem. Oparłem się plecami o drzwi auta, wyciągnąłem z kieszeni spodni paczkę papierosów i zapaliłem. Zaciągając się dymem, poczułem rozluźnienie w mięśniach. Nie paliłem często. Tylko wtedy, gdy tego potrzebowałem lub za dużo myślałem. Dzisiaj było to drugie.
Zerknąłem w bok, zauważając, że ktoś szedł w moją stronę. Miał na sobie kaptur, a głowę skierowaną w dół, przez co nie mogłem dostrzec jego twarzy. Zaraz jednak spojrzał na mnie zmęczonymi oczami, pod którymi były ogromne cienie. Wyglądał, jakby nie spał od kilku dni.
- Ty jesteś Jason? - zapytał chrapowatym głosem.
Przyjrzałem się mu dokładniej. Na oko miał jakieś szesnaście lat i gdyby nie sińce pod oczami i zbolały wyraz twarzy byłby człowiekiem, któremu natura nie poskąpiła urody. Mocno zarysowana szczęka, duże, teraz przekrwione, niebieskie oczy. Spod kaptura wystawały pojedyncze blond kosmyki włosów. Był dosyć umięśniony, co oznaczało, że ćwiczył.
Pokiwałem głową i wyciągnąłem z kieszeni kurtki woreczek z jego towarem. Chłopak chciał go zabrać, jednak cofnąłem dłoń, patrząc na niego spod uniesionych brwi.
- Najpierw kasa, potem działka - powiedziałem. Chłopak coś mruknął pod nosem i wręczył mi dwieście dolców. - Trzymaj. Pamiętaj, by nie brać wszystkiego na raz - ostrzegłem go, chowając pieniądze do tylnej kieszeni spodni.
- Czy wyglądam na świeżaka? Wiem, co robię.
- Taki doping nie pomoże ci w karierze sportowej, wierz mi.
Blondyn wyglądał, jakby chciał coś jeszcze odpowiedzieć, jednak odwrócił się i wyszedł z ciemnej uliczki.
Przeciągnąłem dłonią po włosach. Rzuciłem na ziemię niedopałek, depcząc go butem, wydmuchując przy tym resztki dymu z ust. Wsiadłem do samochodu i wyjechałem na główną ulicę. Jedną ręką trzymałem za kierownicę, a drugą przeskakiwałem po stacjach radiowych, szukając czegoś znośnego do słuchania. Po kilku próbach poddałem się, wzdychając ciężko. Zerknąłem na zegarek, który wskazywał, że jest kilka minut po dwudziestej trzeciej.
Miałem dość tej roboty. Fakt, łatwo i szybko można było zarobić parę stówek, ale kiedy wejdziesz w to bagno, ciężko jest z niego wyjść. Tristian - szef tego całego interesu pilnował, aby jego towar był rozwożony do klientów przez zaufane osoby. A wiadome było to, że zaufanie ciężko zdobyć. Zwłaszcza w tego typu interesach. Nie raz chciałem odejść, ale Tristan zawsze dzwonił ze sprawą i podbijał mi stawkę. Potrzebowałem pieniędzy. Mój ojciec jeździł na ciężarówkach, zarabiając przy tym grosze, a w domu mieliśmy jeszcze siedmiolatkę. Ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Musiałem znaleźć robotę, aby móc spokojnie się uczyć, a przy tym dobrze zarabiać. Handel narkotykami oferował najwięcej. Jednak męczące było zrywanie się w środku nocy, żeby dać jakiemuś ćpunowi kolejną działkę.
Moje rozmyślania przerwał dzwonek telefonu. Wziąłem go do ręki i widząc imię Tristana na wyświetlaczu, zacisnąłem zęby, a następnie odebrałem połączenie.
- Yo Jas, jest sprawa - zaczął, a ja byłem pewny, że z moich planów położenia się spać, nici. - Noah nie dał rady zawieźć jednego zamówienia. Masz może przy sobie dwadzieścia gramów?
Noah to mój najlepszy przyjaciel i kumpel z branży. Tak samo jak ja, rozwoził towar. Był trochę stukniętym, ale w porządku gościem. Rzadko kiedy nie dowoził zamówień. Dla niego każdy grosz był ważny, a jedno niedostarczone zamówienie to półtorej stówy mniej.
- Mam. Gdzie podjechać? - zapytałem.
- Wiedziałem, że na tobie można polegać. Down Street 14.
Zmarszczyłem brwi, słysząc adres, który mi podał. Przecież to dzielnica "wyższych sfer".
- Czekaj, to ja mam podjechać pod dom? Stary, to ulica na najbogatszej dzielnicy na Brooklynie. Nie będzie to podejrzane?
- Nie martw się. Laska mówiła, że w razie potrzeby ma wymówkę. Poza tym płaci podwójną stawkę za dowóz pod dom.
- Podwójną?
-- Dokładnie tak, jak mówisz.
- Już jadę. - Rozłączyłem i obrałem kurs na Down Street.
Kilka minut później znalazłem się w dzielnicy, w której żyli ludzie sukcesu. Na pierwszy rzut oka wiadomo było, że tutaj pieniądze nie stanowiły problemu. Ogromne wille, marmurowe posadzki, wielkie baseny, idealnie przystrzyżone krzewy i trawniki, drogie samochody stojące na podjazdach - typowy krajobraz dla ludzi zamieszkujących tę dzielnicę. Tutaj żyli pożądani na całym świecie chirurdzy. Piosenkarze i aktorzy, potrzebujący odsapnąć od show-biznesu. Uczeni, którzy wykładali na najlepszych uczelniach w kraju. Naukowcy, mający na kontach różnego rodzaju odkrycia i wynalazki. Biznesmeni i bizneswoman, posiadający własne, dobrze prosperujące firmy. Tutaj nie było miejsca dla takich jak ja. To zupełnie odrębny świat od tego, w którym żyłem.
Odnajdując numer czternaście, zatrzymałem się. Schowałem do kieszeni woreczek, a następnie wysiadłem z auta. Dom tej dziewczyny był ogromny. Ściany w kolorze śniegu idealnie pasowały do marmurowych schodów, czarnych opraw okien i dachu. Duży balkon nad drzwiami podtrzymywany był przez dwie, eleganckie kolumny. Od domu rozciągał się sporej wielkości garaż, przed którym stał biały Lexus. Idąc w kierunku drzwi, minąłem idealnie przystrzyżone krzewy.
Szaleństwo - pomyślałem, a następnie nacisnąłem dzwonek.
Po chwili drzwi otworzyły się, a moim oczom ukazała się urokliwa brunetka. Jej brązowe oczy zostały przysłonięte przez kosmyk włosów, który uwolnił się zza ucha. Pełne, malinowe wargi stanowiły niesamowity kontrast z delikatnymi rysami twarzy. Szczupła, lekko umięśniona sylwetka idealnie pasowała do brazylijskiej opalenizny, a różowy top i krótkie, czarne spodenki uwydatniały jej krągłości. Nawet z lekko rozmazanym tuszem do rzęs wyglądała pięknie.
- Słucham? - zapytała, przyglądając mi się spod zmrużonych powiek.
- Twoje zamówienie. - Wyciągnąłem z kieszeni woreczek, pokazując go dziewczynie.
Jej twarz zmieniła wyraz, po czym otworzyła szerzej drzwi.
- Wejdź na chwilę, muszę wziąć pieniądze. - Odwróciła się i poszła w głąb eleganckiego korytarza.
Idąc w jej ślady, przyglądałem się pomieszczeniu. Było długie i przestronne. Ściany pomalowano na kawowy kolor, a na podłodze położono kafelki, imitujące kwiaty. Po prawej stronie od wejścia stały dwie pary butów i wieszak, a na lewo znajdował się mały, szklany stolik, na którym stała lampka. Na ścianach wisiały fotografie rodzinne. Dziewczyna, dokładnie ta, która otworzyła mi drzwi, uśmiechała się do aparatu na każdym z nich. Wszystko tutaj było bardzo dobrej jakości i zapewne kosztowało majątek, jednak oprócz prestiżu, czuć było rodzinny klimat.
Chwilę później dziewczyna wróciła, trzymając w dłoni czarny portfel. Wyciągnęła z niego trzysta dolarów, które następnie mi wręczyła. Schowałem pieniądze i dałem jej zamówienie.
- Nie bierz wszystkiego na raz. W razie potrzeby wiesz, gdzie dzwonić - mruknąłem, po czym wyszedłem z jej domu i wsiadłem do samochodu.
Wyjechałem na ulicę, która o tej porze była prawie pusta. Zazwyczaj ludzie o tej godzinie spali. Były jednak takie wyjątki jak ja. Marzyłem już tylko o tym, by ściągnąć ubranie i położyć się spać. Jeżdżenie w środku nocy było naprawdę męczące, jednak wiedziałem, że dzięki temu zamówieniu dorobiłem sobie kilka groszy.
Zacząłem myśleć o pięknej brunetce. Byłem ciekaw, dlaczego bierze, skoro na pierwszy rzut oka wyglądała na szczęśliwą dziewczynę, żyjącą w kochającej się rodzinie. Zapewne, mając wszystko, chciała spróbować czegoś nowego. Ale to nieważne. Moja intuicja podpowiadała mi, że nigdy więcej jej nie spotkam.