Rozdział 1Zavier
Dorośli mężczyźni błagający o litość zawsze wywołują uśmiech na mojej twarzy.
Nie wiem, co to o mnie mówi, ale gdy ma się trzysta lat, morderstwo przynajmniej sprawia, że życie jest bardziej interesujące.
- Ty chory pojebie! - wrzeszczy z podłogi obrzydliwy mężczyzna z wystającym brzuchem, przyciskając rękę do kikuta nogi. Przetłuszczone włosy lepią mu się do twarzy, a ślina tryska przy każdym krzyku, niemal plamiąc moje nieskazitelne buty.
Patrzę spod zmarszczonych brwi na swój ostatni zakup, do którego zdążyłem się już przywiązać. Cofam się o krok, by uniknąć kolejnych potencjalnych wypadków.
Kręcę głową ze śmiechem i odpowiadam:
- Słyszałem gorsze rzeczy. I uważaj na moje buty.
Nie chcę, by wylądowała na nich choć kropelka jego obleśnych płynów ustrojowych. Nie dlatego, że boję się zostawić po sobie DNA albo jakiekolwiek ślady. To po prostu fajna zabawa - przekonanie się, jak czysty pozostanę.
Poza tym nie lubię krwi, chyba że ją piję. A nawet wtedy jestem cholernie wybredny.
Rozglądam się po pomieszczeniu i poświęcam chwilę na podziwianie swojego rękodzieła. Kałuże krwi i kończyny są rozsiane po całej podłodze magazynu. Ucięte głowy, powybijane zęby i poszarpane wnętrzności rozwieszone jak łańcuchy choinkowe. Z tego, co niegdyś było gangiem liczącym czterdziestu mężczyzn, został tylko jeden, a dookoła siebie mam szkarłatne dzieło sztuki.
Uśmiecham się szeroko do ostatniego żyjącego i ruszam powoli w jego stronę, moje kroki odbijają się echem od betonowych ścian. Poza nimi słychać jedynie ulewny deszcz na zewnątrz i ciężki oddech mojego wkrótce martwego znajomego.
Wrzeszczy, gdy się zbliżam, oczy ma szeroko otwarte ze strachu.
Bardzo lubię, gdy tak krzyczą. Przede wszystkim jednak karmi mnie przerażenie w ich oczach - świadomość, że ci ludzie, którzy robili okropne rzeczy innym, w końcu doświadczają ułamek tego, co czuły ich ofiary.
- Dlaczego to robisz? - zawodzi, z całych sił starając się czołgać do tyłu, ale to wszystko na nic. Udaje mu się jedynie przyspieszyć krwawienie z uszkodzonej tętnicy udowej, co tylko przybliża go do spotkania z koleżkami w zaświatach.
- Myślę, że wiesz, Peterze. - Bardzo przesadnie oblizuję kły i wsuwam ręce do kieszeni spodni, wciąż powolnie krocząc.
Zdecydowanie zbyt dobrze się bawię, dręcząc potężnych mężczyzn. To określenie wywołuje we mnie cichy śmiech.
Oni wszyscy są tak żałośni, kiedy już ich dorwę. Kruche ludzkie istoty.
Od ponad wieku nie miałem okazji do dobrej, porządnej walki.
- Proszę! Błagam cię. - Gile lecą mężczyźnie z nosa, a smród jego ciała sprawia, że się marszczę. Twarz ma poszarzałą, i to nie tylko ze strachu. Jego czas niemal dobiegł końca i on dobrze o tym wie. - Zrobię wszystko, co zechcesz! Potrzebujesz pieniędzy? Broni? Narkotyków? Przysięgam, że mogę to wszystko załatwić. Mam kontakty - błaga z wyciągniętymi rękami, krew tworzy przed nim coraz większą kałużę. Jego serce zwalnia. Powieki zaczynają ciążyć.
- Hmm. - Stukam palcem wskazującym w brodę i udaję, że rozważam jego ofertę. - Myślisz, że mógłbyś to dla mnie zrobić? - pytam z drwiną. - W sumie kiepsko u mnie z kasą.
Potakuje gwałtownie.
- Tak! Daj mi tylko zadzwonić do kumpla i wszystko załatwię.
Zabawne. Nawet na progu śmierci wciąż próbuje się układać, jakby to naprawdę było możliwe. Uwielbiam patrzeć na ten drobny przebłysk nadziei w ich oczach, nim całkiem ich jej pozbawię.
- Masz... - patrzę na goły nadgarstek - minutę, Peterze. Więc serio, marnujesz nasz czas.
- Zmień mnie! Zmień mnie w to... w to, czym ty jesteś.
To dlatego się targuje.
Nie powstrzymuję pełnego rozbawienia śmiechu, który wyrywa się z mojego gardła.
Wygląda na to, że trzecie stulecie życia, jeśli w ogóle można to nazwać życiem, uczyniło mnie trochę szurniętym. Ale przecież nie mogę liczyć na to, że policja będzie skutecznie wykonywała swoją pracę. Nudzę się. Równie dobrze mogę zrobić porządek na ulicach, a przy okazji zasiać trochę zamętu.
Podnoszę jego telefon z podłogi, gdzie wcześniej go kopnąłem, i mu go podaję. Następnie wyrywam zardzewiałą ołowianą rurę z uciętego ramienia poprzedniej ofiary i uderzam w rękę wciąż żyjącego mężczyzny, który wyje z bólu i upuszcza urządzenie.
Komórka upada na betonową podłogę, ekran się roztrzaskuje.
Takie to cholernie kruche.
Ludzie.
Ich rzeczy.
Wszystko.
Ale nie ja.
- Cholera! - Gdy Peter szlocha i tuli ramię do piersi, łzy płyną mu po policzkach jak krople wody po szybie. - Co jest? Proszę, proszę, proszę, nie zabijaj mnie. Mam żonę.
- Czy naprawdę myślałeś, że zainteresuje mnie twoja żałosna oferta? - Przechylam głowę na bok i cmokam z dezaprobatą. - Żyję dłużej, niż może ci się wydawać, więc mam dostęp do wszystkiego, co mi zaproponowałeś, i nie tylko. - Wzdycham, bo wiem, że nasz czas minął. - Myślałem, że bardziej mi to urozmaicisz, Peterze. - Grożę mu palcem. - A to, że wykorzystałeś swoją żonę, by wzbudzić moją sympatię? Czy myślałeś o niej, kiedy puszczałeś narkotyki w obieg? Albo gdy porywałeś dziewczynki i je sprzedawałeś? A może myślisz o niej tylko wtedy, gdy ma uratować twoje żałosne dupsko? - Przyglądam się swoim idealnym paznokciom. - Założę się, że nawet jej nie kochasz. Wielka szkoda. Miłość to jedyne, co sprawia, że warto żyć.
Kiedyś kochałem pewną kobietę, ale okazała się jeszcze bardziej stuknięta ode mnie, więc czym prędzej zwiałem z tego związku. Od tamtego czasu nie związałem się z nikim na poważnie, ale w głębi - cóż, nie mam serca, więc nie wiem, czego dokładnie - pozostałem romantykiem. Gdzieś tam wciąż nim jestem.
Mężczyzna błaga żarliwie o życie, a ja przewracam oczami. Ci "twardzi" zawsze miękną i jęczą. To psuje zabawę.
Wytężam słuch, bo z oddali dobiega wycie syren.
- Żegnaj, Peterze.
Wytrzeszcza oczy, gdy docierają do niego moje słowa, a sekundę później jego głowa turla się po betonowej podłodze. Wpada z wilgotnym plaśnięciem na drugą głowę, co wywołuje mój śmiech, bo toczą się jak dwa kręgle.
- Strike!1
Syreny wyją coraz bliżej, ale wiem, że dzięki nadprzyrodzonej prędkości mam wystarczająco czasu na ostatnie poprawki przy moim arcydziele. Poruszam się pędem po magazynie, ostrożnie zbieram wszystko, co niezbędne, i robię to, co wychodzi mi najlepiej.
Po ułożeniu głów dokładnie tak, jak sobie obmyśliłem, wsadzam palce w wyjątkowo paskudną kałużę krwi i maluję swój znak rozpoznawczy. Wstaję, wycieram dłonie w chusteczkę, którą zabrałem jednemu z pachołków, po czym rzucam nią przez ramię. Wampiry nie mają odcisków palców, więc policja nie będzie w stanie mnie namierzyć.
To kolejna rzecz, która tylko urozmaica całą tę zabawę - oni dosłownie ścigają ducha, którego nigdy nie zdołają schwytać.
Wspinam się po rusztowaniu i ruszam w stronę okna, gotowy do ucieczki.
Czas, by policja pobłądziła, tak jak zawsze. Banda idiotów. Od lat próbują mnie schwytać, gdy tak naprawdę powinni wysłać mi kwiaty i liścik z podziękowaniem.
Magazyn zalewają intensywnie czerwone, białe i niebieskie światła. Syreny wyją tak głośno, że aż się krzywię.
Ciekawe, co by pomyśleli, gdyby wiedzieli, że seryjny zabójca ukrywający się w Chicago nie jest nawet człowiekiem. Założę się, że ich żałośnie małe móżdżki nie byłyby w stanie tego pojąć.
Uśmiecham się do siebie i już mam odejść w ciemną noc pod osłoną burzy z piorunami, gdy nagle zamieram. Nie wiem, co mnie do tego skłania, ale odwracam się w stronę radiowozu, który zatrzymał się właśnie z piskiem opon przed drzwiami prowadzącymi do magazynu.
Mój wzrok przykuwają brązowe włosy opadające na kobiece ramiona niczym ciemna kurtyna. Przywodzą na myśl krucze skrzydła, a moje serce zamiera. Patrzę oczarowany, jak wysiada z samochodu - ukazują się długie umięśnione nogi w ciemnych obcisłych dżinsach i czarnych butach z wysoką cholewą. Atrakcyjne kobiety nie są mi obce, ale mam wrażenie, że do tej ciągnie mnie jakiś magnes. Chcę zebrać jej ciemne włosy w garść i odgarnąć z twarzy, do której zaczynają się lepić, śliskie od ulewnego deszczu. Harde spojrzenie omiata teren dookoła. Nie potrafię dokładnie określić koloru tęczówek. Wampiryzm nie jest lekiem na wszystko, więc mimo przemiany wciąż mam gówniany wzrok. Nie jest to takie złe, bo w okularach wyglądam naprawdę dobrze.
Ale jedno dostrzegam. Fascynuje mnie to, w jaki sposób się porusza. Widać, że jest silna, a jednak dostrzegam w niej wrażliwość. Chciałbym poczuć jej woń, ale utrudnia mi to zapach burzy i krwi z magazynu.
Moja reakcja mnie zaskakuje, bo żaden człowiek nigdy nie wywołał we mnie czegoś tak intensywnego. Tak, jakby... Nie, to niemożliwe.
Skrywam się w zacienionym kącie rusztowania, opieram plecami o ścianę i zamiast zgodnie z planem stąd odejść, obserwuję rozwój wydarzeń. Przy okazji rozprostowuję nogi. Wygląda na to, że dzisiejsza noc nie była kompletną stratą czasu, bo właśnie znalazłem swoją najnowszą obsesję.
Rozdział 2Celine
Większość dwudziestosześciolatków spędzałaby weekend w barze z przyjaciółmi. A ja? W tej chwili stoję przed czymś, co wygląda jak nieudolna podobizna uśmiechniętej buźki, zrobiona z odciętych głów i innych części ciał.
Co, do chuja?
Przechylam głowę na bok, kompletnie osłupiała, i staram się pojąć, na co patrzę.
- Detektywko Brennan.
Podnoszę głowę na dźwięk swojego nazwiska. Kapitan Barnes wyrywa mnie z zamyślenia.
- Tak, kapitanie? - Przestępuję z nogi na nogę, opieram ręce na biodrach i staję przodem do niego.
Drapie się po wąsach.
- Wiem, że to twoja pierwsza sprawa po awansie, ale muszę powiedzieć, że dla nas to w sumie nic nadzwyczajnego. Myślę, że powinnaś o tym wiedzieć.
Kapitan Barnes to przysadzisty mężczyzna o imponującej postawie. Brązowe włosy ma bardzo krótko przystrzyżone, a spojrzenie tak zasadnicze, jakby tylko czekał, aż spróbuje się go zrobić w konia. Nic dziwnego, że z tą bijącą od niego intensywnością ma na koncie najwięcej rozwiązanych spraw. Nie chciałabym być obiektem jego gniewu.
Znam tego człowieka od dzieciństwa. Mój ojciec też był detektywem, więc kapitan Barnes dosłownie widział, jak dorastam.
- Sir - odpowiadam beznamiętnie. - Mam rozumieć, że często widuje pan zakrwawione uśmiechnięte buźki zrobione z części ciał? - Staram się oddychać przez usta, bo zapach krwi i wymiocin jest przytłaczający.
W co ja się wpakowałam? Trzeba było zostać w patrolówce.
Kapitan kręci głową.
- Niestety tak. Od lat zmagamy się z morderstwami, które kończą się tymi prostackimi, groteskowymi i dziecinnymi obrazkami.
Przysięgam, że słyszę prychnięcie i rzucone z niedowierzaniem: "Dziecinnymi?", ale gdy się rozglądam, poza mną i kapitanem Barnesem nikogo tu nie ma.
Przełożony kładzie mi rękę na ramieniu i ściska.
- Wiem, że nie zostałaś jeszcze odpowiednio wprowadzona, bo dopiero cię awansowaliśmy, ale jesteś jedną z najbardziej obiecujących funkcjonariuszek w naszych szeregach. Jak dotąd twoja praca była wręcz wybitna, a my musimy dotrzeć do sedna tej sprawy. - Przeciąga ręką po głowie. - Zrozumiem, jeśli to będzie dla ciebie za dużo. Straciłem wielu funkcjonariuszy, którzy nie byli w stanie tego znieść. - Wskazuje na krew i kończyny.
Tyle krwi. Nie należę do delikatnych, ale nawet ja walczę z odruchem wymiotnym.
Staram się oszacować, z ilu ofiar musi pochodzić taka ilość krwi, ale do głowy przychodzi mi tylko jedno - z wielu.
- Okej - mówię przeciągle i rozglądam się po magazynie pełnym porozrzucanych części ciał. - Dziękuję za pańską szczerość, ale sobie poradzę. - Chyba. - O ilu morderstwach mówimy?
Kapitan Barnes wzdycha i bierze grubą teczkę od innego detektywa, który ją przynosi. Kartkuje dokumenty i liczy na głos. Przez ostatni miesiąc doszło do trzech identycznych zbrodni.
Gapię się na niego. To niespotykane.
- Czy mogę? - Wyciągam rękę po teczkę, a kapitan przytakuje.
Zdjęcia dołączone do raportów są obrzydliwe i nie mogę powstrzymać grymasu, gdy patrzę na ludzkie ciała ułożone tak, jak nie sądziłam, że to w ogóle możliwe. Trzy takie zbrodnie w ciągu miesiąca to więcej niż dużo, zwłaszcza że za każdym razem znajdowano minimum dziesięć ofiar. Zabicie jednej osoby w taki sposób to ogromny wysiłek dla ludzkiego organizmu, a co dopiero tak wielu. To nie ma sensu. Wydaje się wręcz niemożliwe.
- Zawsze robią krwawy bajzel, a jednak mają wystarczająco czasu, by posprzątać i zostawić nam ładny obrazek. - Mówiąc "posprzątać", palcami wykonuje znak cudzysłowu. - I za każdym razem zostawiają krwawy podpis.
Podchodzi do mnie i wskazuje na narysowaną krwią uśmiechniętą buźkę - czy to są kły? - która znajduje się na zdjęciach ze wszystkich miejsc zbrodni. Przechodzę przez tutejszą masakrę i ostrożnie omijam odcięty tors, aż znajduję krwawy "podpis".
- Co za banda popaprańców - mamroczę pod nosem. - To musi być grupa.
Nie ma takiej możliwości, żeby dokonała tego jedna osoba.
Kapitan Barnes prycha.
- To jak ganianie za duchem. Nigdy nie zostawiają DNA, a jeśli znajdujemy jakieś ślady butów, zawsze jest to jeden i ten sam rozmiar. Jeden sprawca kompletnie nie ma sensu, ale... - Urywa, po czym wzdycha ze znużeniem. - Och, jest jeszcze jeden ważny szczegół. - Pociera się po karku i wypuszcza oddech. - Kolejną wspólną cechą wszystkich tych morderstw jest to, że ofiarami są kryminaliści bądź całe grupy przestępcze, które próbujemy od lat rozpracować.
Odwracam się przodem do niego.
- Wszyscy byli przestępcami? - Jestem zdumiona, bo nie pojmuję, kto byłby zdolny i wystarczająco zmotywowany do czegoś takiego.
Ten ktoś bawi się w Dextera?
- Co do jednego. - Kapitan wygląda na równie skołowanego jak ja, ale dzięki tej obserwacji wiem, że to praca dla mnie. Mój przełożony raz jeszcze przygląda się scenie zbrodni. - Powiem to tylko tobie, ale poniekąd się cieszę, że ktoś pozbywa się gwałcicieli, pedofilów i przemytników. My nie mamy wystarczających zasobów, by dorwać ich wszystkich.
Odchodzi, gdy woła go jeden z policjantów.
Wzdycham i odgarniam mokre włosy z twarzy. Cieszę się, że przynajmniej jedno z nas wierzy w moje umiejętności. Ta scena zbrodni nie przypomina nic, z czym dotąd miałam do czynienia. Podczas szkolenia widziałam wiele powalonych rzeczy, w dodatku naprawdę lubię porządne horrory, ale z czymś takim jeszcze nigdy się nie spotkałam.
Wypuszczam oddech, a mój wzrok przykuwa ruch na rusztowaniu, tak jakby cień się poruszył. Podnoszę wzrok, ale nic tam nie ma.
- Pewnie szczur - mruczę pod nosem. - Nienawidzę pieprzonych szczurów.
***
Wrzucam klucze do miski na stoliku przy drzwiach i stoję w milczeniu. Zwariowani seryjni mordercy, którzy tworzą sztukę z ludzkich wnętrzności i obierają sobie za cel innych przestępców? Tego nie było na mojej karcie do bingo.
Kudłaty łebek ociera się o moją łydkę, a gdy spuszczam wzrok, widzę Midnighta, mojego odziedziczonego kota. Nie zamierzam nazywać go swoim, bo jestem pewna, że gdyby tylko mógł, sprzedałby mnie za kocimiętkę. W ciemności jego czarne futro sprawia, że wygląda jak niekształtny cień z intensywnie żółtymi oczami.
- Nie będę cię głaskać - mówię ostrzegawczo i odchodzę. Syczy na mnie. - Tak właśnie myślałam. Już ja znam te twoje gierki. - Wyciągam mokrą karmę z szafki i zaczynam proces karmienia zrzędliwego kocura. - Najpierw się przymilasz, a potem wbijasz mi nóż w plecy.
Midnight drepcze do mnie jak nadęty książę, którym zresztą jest, po czym wskakuje na blat i czeka na kolację. Z ogonem zawiniętym wokół puszystych łapek wygląda jak ucieleśnienie niewinności.
- Źle mi z tym, że karmię cię dzisiaj tak późno, ale lepiej późno niż wcale, prawda? - Opieram się łokciami o blat i patrzę, jak delikatnie liże jedzenie, które przed nim postawiłam. Powstrzymuję się od podrapania go za uchem. Może i jest uroczy, ale w gruncie rzeczy to zabójcza bestia. Mam automatyczny dozownik suchej karmy, który sypie jedzenie do miski o określonych godzinach, ale Midnight musi też dostać porcję mokrego pokarmu, w przeciwnym razie rozpęta się piekło.
Gdy patrzę na kota, nie mogę nie myśleć o tacie i jego sytuacji.
Moi rodzice byli w sobie szaleńczo zakochani. Aż przestali. A miało być "póki śmierć nas nie rozłączy", co nie? Wygląda na to, że jego żona w tę część przysięgi nie wierzyła. Tata w wieku pięćdziesięciu lat usłyszał diagnozę wczesnej demencji, co matką wstrząsnęło. Objawy zaczęły się powoli. Zapominał różne daty, produkty z listy zakupowej, powtarzał pytania, na które padła już odpowiedź. Potem zaczął błądzić, mylić ważne rzeczy, przestał rozpoznawać ludzi.
Mama spanikowała i nie mogła sobie z tym poradzić, choć odpowiedzialnością kochających partnerów jest zajmowanie się drugą połówką w dobrych i złych chwilach. Gdy tylko lekarz powiedział, że choroba będzie szybko postępować, a tata powinien trafić do domu opieki, spakowała się w pośpiechu i uciekła.
Bardzo długo z nią nie rozmawiałam. Przez te kilka lat próbowała się ze mną kontaktować, chociaż naprawdę nie wiem po co. Z poczucia winy? By błagać o wybaczenie?
Gdy odeszła, porzuciła nie tylko jego. Miałam zaledwie osiemnaście lat. Wciąż potrzebowałam mamy, a ona tak po prostu odeszła. Był to nawet większy cios niż diagnoza taty. Bo gdy on o mnie zapominał, to nie dlatego, że tak chciał.
Jako córce trudno było mi patrzeć, jak ten silny, dumny mężczyzna powoli się rozpada i zostaje z niego skorupa człowieka. Sam był kiedyś uwielbianym i świetnym detektywem, a ja widziałam, jak bardzo go bolało, gdy zatracał kolejne fragmenty siebie.
Mam nadzieję, że większość ludzi nigdy nie zazna tego okropnego bólu, kiedy wchodzi się do pomieszczenia, gdzie znajduje się jedna z najważniejszych osób w twoim życiu, która cię nie rozpoznaje.
Gdy to się stało po raz pierwszy, poczułam, jakby ktoś dźgnął mnie nożem. Po powrocie do domu szlochałam na kanapie. Wydaje mi się, że była to jedna z rzadkich okazji, gdy Midnight pozwolił, bym wykorzystała go jako pocieszenie, i mnie nie podrapał.
Choć jest małym gnojkiem, ten kot to jedna z ostatnich rzeczy, które wiążą mnie z tatą. Przez dziesięć lat był jego wspólnikiem w zbrodni. Kiedy tata wciąż jeszcze miał przebłyski świadomości, poprosił, bym się nim zajęła.
"Tylko tobie ufam, że się nim zaopiekujesz", powiedział, ostatni raz klepiąc swojego kota po głowie. Chciałam naciskać, by go zatrzymał, bo zwierzęta pomagają pacjentom z demencją, ale ze łzami w oczach odpowiedział, że ja potrzebuję go bardziej, bo będę sama.
- Auć! - Pocieram się po kostce, w którą Midnight postanowił mnie użreć. Spuszczam wzrok i widzę, że wpatruje się we mnie tymi żółtymi ślepiami i kołysze ogonem na boki. - Dałam ci kolację i przeprosiłam, że tak późno.
Warczy na mnie, a ja przewracam oczami i idę do sypialni, gdzie zamykam drzwi, by nie mógł za mną wejść. Zmęczenie jest uciążliwe, ale sen nie nadchodzi tak szybko, jak bym tego chciała. A wszystko to dlatego, że wiem, co czeka mnie jutro w pracy.
Rozdział 3Celine
- Dzień dobry, Celine - woła pogodny głos, gdy następnego dnia podchodzę do mojego biurka na komendzie.
Siadam, zawieszam skórzaną kurtkę na oparciu krzesła i sięgam po teczkę leżącą na środku blatu. Ava, sekretarka kapitana Barnesa oraz moja najbliższa przyjaciółka, uśmiecha się do mnie sprzed zamkniętych drzwi do jego biura.
Z falowanymi pasteloworóżowymi włosami oraz w zwiewnej białej bluzce wygląda jak kompletne przeciwieństwo mnie - z hebanowymi lokami oraz w czarnym stroju. Poznałam ją dwa lata temu podczas pierwszego dnia pracy i szybko się zaprzyjaźniłyśmy, choć potrzebowałam trochę czasu, by przywyknąć do jej energii.
Wygląda na to, że doświadczaną w naszym zawodzie deprawację kompensuje się na dwa sposoby: albo staje się optymistą jak Ava, albo niezachwianym realistą. Jak ja. Niektórzy nazywają mnie zrzędliwą, ale osobiście nie posunęłabym się do takiego określenia. To po prostu trudna profesja.
- Cieszysz się, że przejmujesz sprawę Masakratora? - Kołysze na boki długopisem, który trzyma między palcami, jakby musiała jakoś dać upust nagromadzonej energii.
- To tak nazywają tych morderców? - pytam, nie podnosząc wzroku znad akt, ale kątem oka wciąż dostrzegam jej ożywioną gestykulację. - Przecież wiesz, że nie powinniśmy nadawać im przezwisk. - Zerkam na nią z uniesioną brwią i staram się nie uśmiechnąć.
- Wiem - odpowiada ze śmiechem i układa ręce na biurku. - Ale każde morderstwo jest takie... - porusza dłonią z idealnie zrobionymi paznokciami, szukając właściwego słowa - ...obrzydliwie krwawe. I jeszcze wszystkie te ciała. Musisz przyznać, że umiejętność dokonywania tak brutalnych zbrodni jest naprawdę fascynująca.
- Skąd tyle wiesz o sprawie? - pytam, bo biorąc pod uwagę zajmowane przez nią stanowisko, nie powinna dysponować tak rozległą wiedzą.
- Pewnego wieczora przy drinku detektyw Kerr zwierzył się mnie i jeszcze kilku obecnym wtedy pracownikom. Mówił, że nie jest w stanie dłużej tego znieść, i wyjawił nam wiele szczegółów, które powinien pewnie zachować dla siebie. Wygląda na to, że ta sprawa złamała gościa. Wiedziałabyś, gdybyś częściej z nami wychodziła. - Patrzy na mnie stanowczo. - Cały zespół świetnie się spisuje, trzymając wszystko w tajemnicy, ale biorąc pod uwagę coraz większe zainteresowanie mediów, mieszkańcy zaczną panikować. - Stuka palcem w gazetę leżącą na jej biurku.
Pamiętam, że w drodze na miejsce zbrodni Barnes wspominał o wszystkich tych detektywach, którzy nie podołali sprawie.
- Kapitan mówi, że we mnie wierzy. - Kartkuję stos papierów i dodaję pod nosem: - Zero presji.
Chcę sprostać jego oczekiwaniom. Kapitan Barnes wierzył we mnie od pierwszego dnia. Wydaje mi się, że w ten sposób chce mi zrekompensować nieobecność ojca. Myślę, że łączy jego spuściznę z moim potencjałem, co może być lekką przesadą.
- Wiem, że sobie z tym poradzisz. Zawsze dajesz radę, a on nie awansowałby cię bez powodu. - Odwraca się z powrotem do komputera i stuka w klawiaturę. Nie mam pojęcia, jak daje radę z tak długimi paznokciami. Ja swoje obcinam tak krótko, jak to tylko możliwe.
Wstaję i idę do pokoju socjalnego, gdzie stoi ekspres do kawy, choć wiem, że w środku jest ta sama paskudna mieszanka, co każdego innego dnia.
Naprawdę muszę przekonać górę, żeby kupili nam Keuriga. Nie mam zielonego pojęcia, jak ktokolwiek może dawać z siebie wszystko podczas dochodzeń, jeśli musi spożywać tę parszywą podróbkę kofeiny.
Odwracam się na dźwięk kroków i widzę Avę, która stoi w progu, unosząc brwi, z moją kurtką zwisającą z palca.
- Kawowy Rój? - Uśmiecha się, rzucając nazwę naszej ulubionej kawiarni.
- Chwała ci, moja pani i wybawicielko. - Sięgam po kurtkę, wciągam ją na siebie i ruszam za przyjaciółką do wyjścia. - Chyba bym sobie dzisiaj nie poradziła bez tego wypadu na kawę.
- Właśnie od tego mnie masz, laska. - Ava klepie mnie po plecach.
- Ale ja stawiam. - Zatrzymuję się, zanim otwiera drzwi, i patrzę na nią znacząco. - Ostatnio ty płaciłaś, więc tym razem moja kolej.
- Dzięki, sponsorko. Nie odmówię darmowej kawy. - Wychodzi pierwsza i przytrzymuje dla mnie drzwi.
Październikowe powietrze rozwiewa moje ciemne pasma, a te opadają mi na twarz. Ściągam gumkę z nadgarstka i zbieram włosy w kucyk. Kawowy Rój znajduje się blisko posterunku i w ciągu dnia wielu pracowników wychodzi tam na kawę. Planowałam zacisnąć zęby i zadowolić się tą, którą mamy na miejscu, ale nie mogę odmówić Avie, skoro proponuje napicie się czegoś dobrego.
Słyszę, jak moja przyjaciółka wzdycha.
- Masz takie długie i piękne włosy, a zawsze nosisz je związane. - Ciągnie mnie lekko za końce.
Wzruszam ramionami i otulam się szczelnie kurtką, bo wiatr zaczyna mocniej wiać.
- Są strasznie gęste i wiecznie przeszkadzają.
Mimo to nie jestem w stanie znieść myśli, że miałabym je obciąć.
Tata zawsze powtarzał, jak bardzo kocha moje długie włosy. Nawet teraz, gdy mnie nie pamięta, wciąż je komentuje.
Gdy byłam u niego ostatnio, powiedział: "Moja córka ma dziesięć lat i prześliczne włosy. Sięgają jej do połowy pleców. Specjalnie dla niej nauczyłem się pleść warkocze".
Idziemy dalej ulicą w stronę kawiarni.
Już sięgam do klamki, by otworzyć drzwi, aż nagle zamieram, przez co Ava na mnie wpada.
- O co chodzi? - Rozgląda się po ulicy, gdy się odwracam i obserwuję otoczenie.
W naszym zawodzie człowiek uczy się mieć paranoję, a to dziwne mrowienie na plecach sprawia, że ogarnia mnie niepokój. Patrzę w lewo, potem w prawo, po czym omiatam spojrzeniem ulicę za nami.
- O nic - mamroczę, rozglądając się raz jeszcze. - Miałam wrażenie, jakby ktoś mnie obserwował.
Ava się zatrzymuje i zerka na boki.
- Nie widzę, żeby ktoś się patrzył.
- To pewnie moja wyobraźnia - odpowiadam, ale nie jestem w stanie pozbyć się tego dziwnego uczucia.
Wchodzimy do środka, gdzie otacza mnie zapach świeżo zmielonej kawy. Mruczę z zadowoleniem i się uśmiecham, gdy właścicielka, Luna, patrzy w naszą stronę, puszcza nam oczko i zaczyna przygotowywać nasze zamówienie. Znajdujemy pusty boks na tyłach, ukryty za roślinami, i czekamy na nasze latte.
Kawiarnia to eklektyczna mieszanka nowoczesności i rustykalności. Na czerwonych ceglanych ścianach wiszą rośliny, a między niektórymi znajdują się ramki z przeróżnymi obrazkami zrobionymi z ziaren kawy, które wyglądają jak pszczoły. Pomieszczenie wypełniają boksy, wygodne krzesła oraz drewniane stoły, a wszystko oświetlają zwisające z sufitu gołe żarówki.
- Co u twojego taty? - Pytanie odciąga moją uwagę od otoczenia.
- To samo, co zawsze. - Śledzę palcem wzór na drewnie. - Nic na to nie poradzę, ale po prostu mam nadzieję, że pewnego dnia magicznie ozdrowieje, co się przecież nigdy nie wydarzy. Fantastycznie się nim tam zajmują, więc nie mogę narzekać.
Gdy Ava dostrzega mój brak entuzjazmu w związku z tym tematem, wyciąga z torebki złożoną kartkę, którą zaraz kładzie na stole.
- Wiesz, czego ci potrzeba? Odrobiny rozrywki.
Przyglądam się kartce i nie jestem w stanie ukryć pogardy na mojej twarzy.
- Klub? Avo, nie mam pojęcia, ile razu muszę ci to powtarzać, ale to nie są moje klimaty. - Sięgam po ulotkę i ją prostuję. Znajduje się na niej informacja o otwarciu nowego klubu w centrum. - Czy nie możemy iść malować ceramiki? Albo nie wiem, wybrać się do kina? Nasz ulubiony aktor gra w jednej z ostatnich premier. - Staram się ją namówić na coś bardziej introwertycznego.
Ava jest duszą towarzystwa i rozkwita dosłownie wszędzie, podczas gdy ja wolę siedzieć w domu na kanapie i coś oglądać albo wybrać się na małą siłownię, gdzie uprawiam boks. On zawsze pomaga mi oczyścić głowę i przepracować wszystko, co mnie frustruje.
- Och, błagam. - Przewraca oczami. - Ty ciągle tylko siedzisz w domu i gadasz z tym cholernym kotem.
Otwieram usta, by zaprotestować, ale przyjaciółka gromi mnie ostrym spojrzeniem, więc sobie odpuszczam.
- Celine - mówi błagalnie i chwyta mnie za ręce. - Jesteś inteligentną, cudowną, wolną kobietą, która zasługuje na rozrywkę. Wyjdźmy na miasto, potańczmy, napijmy się i dobrze spędźmy czas! Może ktoś się nada na jednonocną przygodę? - Porusza z ekscytacją ramionami i rozgląda się po kawiarni w poszukiwaniu potencjalnego partnera. - Dla ciebie, nie dla mnie. Ja mam Spencera.
Pozostali klienci to głównie starsi ludzie oraz studenci pochyleni nad projektami na zajęcia. Trącam Avę w ramię, gdy nawiązuje kontakt wzrokowy z jednym ze studentów i do niego mruga, po czym bardzo sugestywnie wskazuje na mnie głową. Chłopak przenosi na mnie spojrzenie i uśmiecha się nieznacznie, a ja zasłaniam przed nim twarz.
Nie jestem dziewicą, ale obawiam się, że moje dolne rejony pozarastały pajęczynami. I nie jestem zainteresowana tym, by w najbliższym czasie to zmieniać.
Praca i tata to moje priorytety.
Nie chodzi o to, że nie podoba mi się pomysł, by się z kimś związać, ale to oznaczałoby staranie się, choćby wychodzenie na miasto albo założenie konta na aplikacji randkowej. Niestety tak się składa, że mężczyźni są jak rośliny - jeśli ich nie podlewasz, więdną, a ja nie mam ręki do roślin.
Luna podchodzi do naszego stolika z gotowymi napojami i ratuje mnie przed kompletnym zawstydzeniem. Kiwam głową, bez słowa dziękując za kawę i wybawienie. Ava zerka na mnie z dezaprobatą, bo wie, że właśnie się wymigałam.
- Pojawiły się jakieś interesujące sprawy? - pyta Luna z błyskiem w oczach.
Jest niemal w tym samym wieku, co ja i Ava, i już zdążyła otworzyć własny biznes. Kawowy Rój dobrze prosperuje. Zdarza się, że rano kolejka sięga aż za drzwi. To naprawdę inspirujące, jak wiele zrobiła z tym sypiącym się lokalem.
Wykonuję gest, jakbym zamykała buzię na kłódkę, przez co Luna z rozczarowaniem wydyma usta, a Ava się śmieje.
- Jesteście na bieżąco ze sprawą grupy handlującej ludźmi? - pyta tak bezpośrednio, że aż rozglądam się dookoła, by sprawdzić, czy inni klienci coś usłyszeli.
- Co? - zniżam głos. - Grupa handlująca ludźmi? - Nikt mi nic na ten temat nie wspomniał, ale to nic niezwykłego. Mamy tyle otwartych dochodzeń, że nie jestem w stanie za wszystkim nadążać.
Luna nachyla się i szepcze:
- Chodzą słuchy, że ten nowy klub, Vex, to przykrywka do znajdowania kobiet. Jeśli rzeczywiście tak się dzieje, to jest to coś paskudnego.
- Skąd masz tę informację? - pytam ostro, a Ava patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Mam swoje źródła. Och, poczekaj chwilę, Z! - Luna woła do czekającego klienta o rudych włosach i w okularach.
Mężczyzna posyła nam uśmiech, ale go ignoruję. Mam ważniejsze rzeczy na głowie niż uśmiechanie się do uroczego faceta.
Odwracam się do Avy i mówię:
- Wiesz co? Jednak mam ochotę wyjść.
Moja przyjaciółka wzdycha tak ciężko, że aż się osuwa na siedzeniu.
- Dlaczego nie jestem zaskoczona, że właśnie to zdołało cię przekonać? Ale - odchyla się na oparcie i unosi ręce - jeśli dzięki temu wyłonisz się z mieszkania, to nie mam zamiaru narzekać.
Rozdział 4Zavier
Celine Brennan.
Moja nowa obsesja, która nawet jeszcze o tym nie wie.
Ta sama, dla której zabijam teraz mężczyznę. Oczywiście powoli. Po prostu uwielbiam, gdy cierpią.
- Dlaczego to robisz? - Wspomniany mężczyzna pyta piskliwie, oparty o ścianę w opuszczonej alejce, do której go zaciągnąłem. Z jego brzucha, tam, gdzie go pociąłem, płynie krew, która wsiąka powoli w popękany chodnik.
Czy roślina jest w stanie przeżyć podlewana krwią? Chyba muszę to przetestować.
Wzdycham i silę się na cierpliwość.
- Mam déja vu. Dlaczego ludzie zawsze zadają te same pytania? - Obracam nóż w palcach i kucam przed mężczyzną. - Walczcie. Uciekajcie. Zróbcie z tego dobre przedstawienie. Zróbcie cokolwiek. Wszyscy jesteście nudni jak cholera.
Ludzie myślą, że chcą żyć wiecznie, ale nieśmiertelność potrafi być kurewsko nużąca.
- O czym ty mówisz?
Po jego policzku spływa samotna łza, a ja wykrzywiam usta w szyderczym grymasie, po czym szybko dźgam jej źródło - lewą gałkę oczną. Moja ofiara wrzeszczy i podnosi ręce, jakbym zaraz miał ją dźgnąć w drugie oko, ale tego nie robię. Przecież musi widzieć, co się za chwilę wydarzy.
Chwytam mężczyznę za ręce i słyszę, jak jego serce przyspiesza. Przerażony króliczek w pułapce, dokładnie tak, jak lubię.
- Wolisz kawę czy herbatę? - Gdy dostrzegam skołowanie w jego zdrowym oku, kontynuuję: - Ja nie znoszę jednego i drugiego. Nigdy nie lubiłem.
Gdy odpowiada mi cisza, ściskam mocno jego dłonie, aż trzeszczą mu kości, przez co krzyczy i duka:
- K-kawę.
Ciekawe, co by sobie pomyślał, gdyby wiedział, że się powstrzymuję. Że mógłbym bez najmniejszego wysiłku zmiażdżyć mu kości.
- Tak właśnie myślałem! - Klaszczę jego rękami. - W sumie to nie lubię oszukiwać, więc muszę być z tobą szczery i powiedzieć, że od początku znałem odpowiedź.
Wsuwam rękę do tylnej kieszeni, wyjmuję telefon i otwieram galerię. Przewijam różne zdjęcia przedstawiające cudowną istotę, która dręczy mnie od zeszłej nocy, aż docieram do tego, które mnie w tej chwili interesuje. Światło z ekranu oświetla zakrwawioną twarz mojego nowego przyjaciela, a ten wytrzeszcza oko, gdy widzi wyświetlane zdjęcie.
- Obserwowałeś mnie? Co jest? Kim jesteś? - Jego nagły przypływ złości sprawia, że moje nieistniejące serce zaczyna bić szybciej.
- Pytanie powinno raczej brzmieć: dlaczego z nią rozmawiałeś? - Wskazuję palcem na ciemnowłosą piękność, z którą ten kretyn konwersował, gdy zrobiłem zdjęcie.
- Przecież to jakaś obca laska. - Napieram na ranę na jego brzuchu, a on krzyczy. - Pomyślałem, że jest niezła! Flirtowaliśmy. Nie wiem! Jej przyjaciółka zasugerowała, że ona kogoś szuka. Uznałem, że łatwo będzie ją zaliczyć. - Mężczyzna odchyla gwałtownie głowę, bo nie jest w stanie znieść bólu. Słabeusz.
Jest tak kurewsko nudny. Jeden dzień obserwowania Celine Brennan wystarczył, bym wiedział, że ta żałosna podróbka mężczyzny nigdy nie zdołałaby dotrzymać jej kroku.
Poprawiam okulary, które zsunęły mi się na nosie, i powtarzam po nim:
- Pomyślałeś, że jest niezła?
Ludzcy mężczyźni to taki żałosny gatunek. I nieważne, że sam też byłem kiedyś człowiekiem.
Zaczyna mi się kończyć cierpliwość, więc kontynuuję:
- Chcesz wiedzieć, co myślę?
Powoli kręci głową i osuwa się na bok, po czym kuli, jakby chciał zniknąć. Nie robi mi to żadnej różnicy, gdy się ku niemu nachylam.
- Myślę... - jego kość ramienna pęka pod moim butem - że nie chcę, by tak przebrzydła kreatura jak ty... - kości jego palców z łatwością kruszą się w uścisku mojej dłoni - dotykała tego, co należy do mnie.
W tej chwili jest tak bliski śmierci z bólu i utraty krwi, że muszę się streszczać. Może i Celine nie wie, że jest moja, ale to się wkrótce zmieni, a ja nie potrzebuję, by śmiecie podobne do tego typa myślały, że mają szanse u tak eterycznej istoty.
- Ta cudowna anielica to błogosławieństwo dla oczu, a ty jesteś podłym śmieciem niewartym tego, by choćby na nią patrzeć. - Śmieję się złowieszczo i pławię w bijącym od mężczyzny strachu. Sam mój śmiech wystarcza, by się posikał. Jakie to, kurwa, żałosne. - A ja? Ja jestem potworem pod twoim łóżkiem, cieniami, które śledzą każdy twój ruch... - Mój oddech owiewa jego twarz, gdy kontynuuję: - I chodzącym koszmarem, który pozbywa się takich śmieci jak ty.
Szybko wyrywam najpierw jego zdrowe oko, a potem serce, by nie zdążył wrzasnąć. Są takie dni, gdy lubię słuchać tego dźwięku, ale dzisiaj chcę jak najprędzej wrócić do obserwowania Celine. Robię się niespokojny, gdy nie ma jej w pobliżu. Tak jakbym stracił coś ważnego, bez czego to ja miałbym skończyć na ziemi i się wykrwawić.
Przechylam głowę na bok. Coś podobnego jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło. Taka obsesja na punkcie człowieka. W tej chwili nie jestem w stanie zmusić się do tego, by rozmyślać o powodzie mojego zachowania. Mam pewne przeczucie, ale nie chcę rozbudzać własnej nadziei, w razie gdybym się jednak mylił. Dlatego skupiam się na odnalezieniu jej tak szybko, jak to możliwe. Gdy już ją zobaczę, znowu będę w stanie oddychać. Oczywiście czysto hipotetycznie.
Nie potrzebuję tlenu do przetrwania.
Moją uwagę przykuwa kałuża krwi na ziemi. Moczę w niej palec i rysuję na ścianie buźkę z kłami, które niestety bardziej przypominają wystające zęby, ale nie mogę pozwolić, by ktoś zgarnął zasługi za moją pracę. Wrzucam zwłoki do metalowego śmietnika i otrzepuję ręce. Potem wyciągam je do przodu i sprawdzam ubrania. Uśmiecham się, bo wygląda na to, że nie skapnęła na mnie nawet kropelka. Z zadowoleniem ruszam w stronę mieszkania Celine.
To oczywiste, że wczoraj ją śledziłem, gdy wracała po pracy do domu. Musiałem wiedzieć, gdzie mieszka, żeby moja mała kruczyca tak łatwo mi się nie wymknęła.
Z łatwością przeskakuję ogrodzenie z siatki i ruszam skąpanym w słońcu chodnikiem, jakby nic się nie wydarzyło. Wiatr mierzwi moje falowane szkarłatnorude włosy, a ja odchylam głowę i wzdycham z zadowoleniem. Uwielbiam taką pogodę, gdy czuję zapach zbliżającego się deszczu. Ciepło i zimno nie wpływają na wampiry, nie tak jak na ludzi. Czasami tęsknię za prawdziwym uczuciem ciepła na skórze albo dreszczy wywołanych chłodem. Bo teraz wszystko odczuwam tak samo.
Dotykam palcami srebrnego łańcuszka na szyi i pozwalam sobie pomyśleć o tym, jak by to było z bliska zaciągnąć się słodkim zapachem Celine. Przeciągnąć nosem po jej obojczyku, polizać skórę między piersiami i zatopić kły w delikatnej szyi.
Ta fiksacja całkowicie mnie pochłania. To nie tak, że nigdy wcześniej nie śledziłem swoich ofiar, tyle że Celine nią nie jest. Jest czymś więcej i po raz pierwszy, odkąd stałem się wampirem, czuję coś przypominającego strach. Bo jeśli jest tym, kim myślę, że jest, to dzierży moc zdolną mnie osłabić.
Nim to do mnie dociera, znajduję się przed budynkiem, w którym mieszka.
Zaczynam tracić rozum - a raczej to, co z niego pozostało - przez ludzką kobietę, której nawet nie znam. Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale nie obchodzi mnie to na tyle, żeby nad tym rozmyślać. Przez lata wypełniałem swoją egzystencję zabijaniem niegodnych. Ale z czasem i to przestanie zapełniać moją pustkę. Jednak od minionej nocy Celine wypełnia każdy zakątek mojego umysłu i ta przestrzeń zaczyna się coraz bardziej rozrastać. Do tego stopnia, że teraz potrafię myśleć tylko o niej. Obsesja szybko staje się niewystarczającym słowem na opisanie tego, co czuję.
Podchodzę sprężystym krokiem do żelaznych drzwi i chwytam za klamkę, ale jestem na tyle świadomy, by nie pokazać, z jaką łatwością je otwieram. Mężczyzna, który dopiero co wszedł do środka, szarpał się z nimi na wietrze.
Dochodzę do wniosku, że z moją prędkością szybciej wejdę po schodach i po zapachu sprawdzę każdy korytarz, dlatego ruszam w ich stronę. W rekordowym tempie trafiam na dwudzieste piętro, a tam zamieram, bo dociera do mnie słodka woń jeżyn, od której ślina napływa mi do ust, a kły zaczynają boleć. Czułem ją już wcześniej, tak jakby Celine czasami wybierała schody, ale tutaj zapach jest mocniejszy, cięższy.
Podążam za nim i idę korytarzem niczym dzieciak w sklepie z cukierkami, aż staję przed drzwiami z plakietką z numerem 2431.
To tutaj.
Wisi na nich wianek ze sztucznych czerwonych liści i jagód, a przed drzwiami leży wycieraczka z wizerunkiem czarnego kota wyglądającego zza rogu. To swojska ozdoba, która zdaje się nie pasować do zatwardziałej detektywki, którą śledziłem. Ale podoba mi się, że może mieć w sobie też tę łagodniejszą stronę, którą pokazuje tylko kilku osobom.
Podchodzę krok bliżej i tłumię narastający w piersi jęk, gdy zaciągam się mocno, chłonąc tak dużo jej zapachu, jak to tylko możliwe.
Wypełnia mnie i w wyjątkowy sposób dodaje sił - niemal mnie karmi, i to bardziej niż krew, która jest kluczowa dla mojego istnienia.
Gdy opieram czoło o drzwi, wyobrażam sobie, że ona stoi po ich drugiej stronie i za chwilę wpuści mnie do środka. Uśmiechnęłaby się do mnie tymi cudownymi ustami, a gdy oparłaby się o framugę, w jej brązowych oczach tańczyłyby iskierki. Nie zdołałbym się powstrzymać, chwycił ją w pasie i wpił się w te piękne usta. Jej wyimaginowane kwilenie wywołuje we mnie rozkosz, która wędruje prosto do kutasa, i tym razem nie jestem w stanie powstrzymać jęku.
- Mogę ci jakoś pomóc? - Po mojej prawej rozlega się irytujący głos.
Odwracam się i widzę młodego mężczyznę po dwudziestce. Trzyma torby z zakupami i przygląda mi się z zabawną miną.
Wstyd mi, że człowiek zdołał się do mnie zakraść.
Przyklejam do ust sztuczny uśmiech, wkładam ręce do kieszeni i odpowiadam:
- Hej, tak. Przyjechałem odwiedzić kuzynkę, Celine, ale głupiutka dała mi zły klucz. - Mam nadzieję, że to dobra wymówka i dzięki niej mój jęk ujdzie jako wyraz frustracji, a nie pożądania.
Kiwa niepewnie głową, brązowe włosy wpadają mu do oczu.
- Nigdy wcześniej cię nie widziałem i nie pamiętam, żeby wspominała o kuzynie. - Widzę, że pozostaje sceptycznie nastawiony.
- Naprawdę? Jesteśmy sobie bliscy, ale mieszkam w Kalifornii, więc nie odwiedzam jej zbyt często. - Wyciągam rękę, a on ściska ją niepewnie, wcześniej przełożywszy zakupy do drugiej ręki. Drży w reakcji na mój dotyk, łypie na mnie nieufnie. - Jestem Trent. - Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie ścisnąłem jego ręki mocniej, niż powinienem.
Bez względu na to, czego można się dowiedzieć z różnych historii, wampiry wcale się tak bardzo nie wyróżniają. Potrafimy z łatwością wmieszać się w tłum - właśnie to czyni nas takim zagrożeniem dla gatunku ludzkiego.
I choć mogę wyglądać jak człowiek, to nim nie jestem, a niektórzy, ci bardziej świadomi, dostrzegają czającego się we mnie drapieżnika. Ten tutaj jest jedną z takich osób. Zdradza go mowa ciała - przygarbia ramiona i rozgląda się na boki, jakby szukał najbliższej drogi ucieczki.
Nie planuję go zabić, chyba że powie coś głupiego, więc nie ma się o co martwić. Na razie.
- Miło mi cię poznać, Trent. Jestem Cory.
Zasuwa klika głośno, gdy mężczyzna przekręca klucz. Otwiera drzwi ramieniem.
- Pozwól, że ci pomogę. - Pospiesznie przytrzymuję drzwi i zabieram jedną z toreb z zakupami.
W mojej głowie powoli powstaje plan. Nie interesuje mnie eliminowanie ludzi, którzy nie zrobili nic złego, ale czasami jest to konieczne, bym dostał to, czego chcę. Mężczyzna z kawiarni zdecydowanie zrobił coś złego, gdy dotknął mojej dziewczyny.
- Dzięki. - Cory wchodzi do środka, a ja uśmiecham się pod nosem, kiedy drzwi zamykają się z cichym kliknięciem.
- Ładne mieszkanie.
Ostrożnie stawiam torbę z zakupami na wyspie kuchennej i wpraszam się do jego salonu, gdzie rozglądam się dookoła. Widzę, że jest zdenerwowany moim wtargnięciem.
- No, fajnie jest mieszkać w samym sercu miasta - odpowiada dla świętego spokoju, stojąc przed otwartą chłodziarką.
Chowa do niej kilka produktów, a ja w tym czasie podchodzę do balkonu. Otwieram szklane drzwi przesuwne i wychodzę na zewnątrz, gdzie wita mnie rozległy widok na miasto. Jestem przyjemnie zaskoczony, bo Celine ma balkon tuż obok. Gdybym wyciągnął rękę, mógłbym bez problemu dotknąć jej barierki. Niewielką przestrzeń ozdabiają uroczy stolik z krzesłami oraz światełka owinięte wokół barierki. Zerkam na drzwi detektywki i dostrzegam kawałek drewna wciśnięty w prowadnicę, który ma utrudnić włamanie się do środka.
Moja mądra dziewczyna. Nie żeby to miało mnie powstrzymać.
- Słuchaj, eee, nie chcę być niemiły, ale czy mógłbyś już wyjść? Naprawdę doceniam pomoc, ale niedługo wpadają do mnie przyjaciele. - Cory wskazuje kciukiem na drzwi, jakby chciał powiedzieć "wypierdalaj stąd".
Biją od niego strach i dezorientacja. Nie jest pewny, dlaczego się mnie boi, po prostu wie, że to właśnie czuje. Może i nie jest najgłupszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałem, ale zdecydowanie jest idiotą, jeśli myśli, że mu wierzę.
- Och, oczywiście. Głupi ja. - Unoszę ręce w niewinnym geście i go mijam. Wtedy się zatrzymuję i odwracam. - Zanim wyjdę, mam jeszcze jedno pytanie. Czy rozmawiasz może z Celine?
- Czasami. - Przeciąga ręką po włosach. - Próbowałem zaprosić ją na randkę, ale jest trochę oziębła. Kompletnie mnie zlała i nie dała mi szansy. Ale nie mów kuzynce, że ci o tym powiedziałem.
- Hmm. - Jeśli Celine olała tego faceta, to musiała mieć ku temu jakiś powód. Poruszam głową na boki. Moje usta rozciągają się w lodowatym uśmiechu. - W takim razie z pewnością nie będę się źle czuł z tego powodu. - Ułamek sekundy później robię zamach i uderzam go w twarz za to, że miał czelność powiedzieć coś złego na jej temat.
Pada bezwładnie na podłogę.
Trącam jego stopę czubkiem buta.
Stracił przytomność czy...?
Nie słyszę bicia serca.
- Ech, kurwa - klnę głośno i z irytacją. Czasami zapominam, by panować nad swoją siłą. - No cóż. - Wzruszam ramionami. - To może być nowy rekord trupów w ciągu doby - mówię z namysłem, patrząc na byłego sąsiada Celine. - Nie chciałem cię zabić, przynajmniej na razie, ale teraz to już nie ma znaczenia, prawda? - Śmieję się do siebie. - Przecież to nie tak, że mi odpowiesz.
Wzdycham, opieram ręce na biodrach i rozglądam się po mieszkaniu.
- No dobrze - mruczę, stukając rytmicznie nogą o podłogę. - Jak mam się ciebie pozbyć?
Nie potrzebuję dużo czasu, by zdecydować, że podłużne okno wychodzące na drugą stronę budynku to najlepszy wybór. Nie mogę go przecież wyrzucić przez balkon, choć Humpty Dumpty zasługuje na świetny upadek. Celine widziała już wczoraj wystarczająco przelanej przeze mnie krwi. Nie musi dodatkowo patrzeć ze swojego balkonu na bajzel na dole. Lepiej wywalić tego tutaj po drugiej stronie.
Okno się nie otwiera i choć szkło nie należy do najcieńszych, to nie jest w stanie wytrzymać wampirzego uderzenia. Wybijam szybę i patrzę w dół, na skąpane w cieniu krzaki i drzewa. Idealne do ukrycia ciała.
Podnoszę ciało Cory'ego z podłogi i niosę je do okna. Sprawdzam szybko, czy w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby zobaczyć, co zaraz zrobię.
- Uwaga tam na dole! - mówię ze śmiechem i wyrzucam zwłoki.
Sekundę później słyszę, jak uderzają o ziemię, i wtedy zaciągam zasłony. Wyjmuję telefon z kieszeni, żeby wysłać wiadomość do jednego z moich kontaktów, który pozbędzie się ciała i naprawi okno. Policja nie może tu węszyć i zawiadomić Celine o moich przewinieniach.
Opadam z westchnieniem na skórzaną kanapę i opieram głowę o poduszkę. Wpatruję się w sufit, a moje myśli krążą wokół detektywki, obok której właśnie zamieszkałem.
Jak na zawołanie mój wyczulony słuch wyłapuje kroki na korytarzu i pobrzękiwanie kluczy. Zrywam się z kanapy, wyglądam przez wizjer i patrzę, jak idzie ze zdeterminowanym wyrazem twarzy. Przyciska telefon do ucha, a ja słyszę głos jej przyjaciółki.
Musiała już być w budynku, gdy wyrzuciłem ciało przez okno.
- Avo. Powiedziałam ci już, że to idealna okazja, żeby powęszyć. - Wkłada klucz do zamka i sprawnie otwiera drzwi, po czym znika mi z oczu zdecydowanie za szybko, biorąc pod uwagę fakt, że nie widziałem jej przez kilka godzin. Wydymam usta i wracam do salonu, skąd dalej słucham jej rozmowy. - Okej, może i nasze powody wyjścia do klubu się różnią, ale dobrze wiesz, że nie możemy odwracać wzroku od czegoś takiego. Nie mogę pozwolić, żeby ktoś porywał i sprzedawał niewinnych ludzi, jeśli właśnie to się tam dzieje.
To przyciąga moją uwagę, więc wychylam się do przodu z nadzieją, że powie coś więcej.
- Poszperam w internecie, może dowiem się czegoś o właścicielu. Wyszykujemy się u ciebie, nie masz nic przeciwko? - Słyszę szelest materiału, jakby zdejmowała kurtkę. Potem kontynuuje: - Okej. Do zobaczenia później. Pa, Aves.
Wyciągam telefon i szukam informacji o nowych klubach w Chicago. Szybko odnajduję artykuł o wielkim otwarciu Vex, które odbędzie się jutro.
W co ty się pakujesz, Celine?