Kocha, lubi, szpieguje - Joanna Szarańska

Kup ebooka

38.90 zł
31.12 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Nie­spo­dzie­wana pro­po­zy­cja pada przy kro­kie­ciku i czer­wo­nym barsz­czu. Kro­kie­cik ma ru­mianą, chru­piącą pa­nierkę. Jest fa­sze­ro­wany aro­ma­tycz­nym na­dzie­niem z ka­pu­sty ki­szo­nej i su­szo­nych grzy­bów (naj­praw­dziw­szych praw­dziw­ków, po­cho­dzą­cych z ka­mion­kow­skich la­sów, nie z żad­nych tam su­per- albo co gor­sza hi­per­mar­ke­tów, a co wię­cej mo­czo­nych całą noc, na­stęp­nie go­to­wa­nych, a na­wet sma­żo­nych). Kro­kie­cik pach­nie obłęd­nie, a jak się oka­zuje, jesz­cze le­piej sma­kuje, to­też uno­sząc do ust srebrny wi­de­lec z kom­pletu, który matka wyj­muje tylko w Boże Na­ro­dze­nie, Nie­dzielę Wiel­ka­nocną i dzień od­wie­dzin Marka, po­rzu­cam mocne po­sta­no­wie­nie roz­po­czę­cia diety i de­cy­duję, że zjem jesz­cze jed­nego, a może na­wet i dwa. Swoje po­sta­no­wie­nie opi­jam łycz­kiem barsz­czyku o bar­wie doj­rza­łego ama­rantu. I wła­śnie wtedy pa­dają słowa, któ­rych ab­so­lut­nie bym się nie spo­dzie­wała.

- Skoro już nie­mal je­ste­śmy ro­dziną, to wła­ści­wie mógł­byś mó­wić do mnie mamo, Ma­reczku! - Z dzióbka mo­jej matki do­bywa się ra­do­sne ćwier­ka­nie.

Ka­wa­łek na­dzie­wa­nego na­le­śnika za­trzy­muje się w prze­łyku, mimo to udaje mi się ob­ró­cić nie­znacz­nie w kie­runku, gdzie za­siada męż­czy­zna, który od pew­nego czasu wzbu­dza mo­tylki w moim brzu­chu, jak rów­nież nie tylko tam. Usi­łuję oce­nić, ja­kie wra­że­nie czy­nią na nim sta­ra­nia mo­jej matki, która wbrew po­zo­rom do sub­tel­nych nie na­leży. Czy od­suwa już krze­sło, wstaje i ucieka tam, gdzie pieprz ro­śnie, a Tony Ha­lik krę­cił swoje pro­gramy?

Ku mo­jemu wiel­kiemu zdu­mie­niu Ma­rek wcale nie wy­biega z po­koju w po­pło­chu, gu­biąc po dro­dze strzępy kro­kie­tów i za­le­wa­jąc wszystko do­okoła go­rą­cym barsz­czem. Na jego lekko opa­lo­nej twa­rzy nie wi­dać pa­niki ani na­wet ner­wo­wych ti­ków. Wprost prze­ciw­nie! Mruga do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo, od­kłada wi­de­lec od świą­tecz­nego kom­pletu, roz­piera się wy­god­nie w krze­śle i ob­da­rza moją matkę pro­mien­nym uśmie­chem.

- W su­mie to ma­mu­sia ma ra­cję - oświad­cza ra­do­śnie, na co moja matka roz­pływa się w za­chwy­cie i mało co nie za­czyna mer­dać ogo­nem, któ­rego na­tu­ral­nie nie po­siada. - A skoro już nie­mal je­ste­śmy ro­dziną, to może ma­mu­sia po­może mi prze­ko­nać Ka­linkę, żeby ze mną za­miesz­kała?

Tego już dla mnie po pro­stu za wiele. I dla mo­jego prze­łyku rów­nież. Krztu­szę się smacz­nym kro­kie­ci­kiem mo­jej matki, kro­kie­ci­kiem z na­dzie­niem z ka­pu­sty ki­szo­nej i naj­praw­dziw­szych praw­dziw­ków. Krztu­szę się barsz­czem (nie z to­rebki) i strą­cam pod stół świą­teczny wi­de­lec. Usi­łuję bić się w pierś, aby od­zy­skać odro­binę po­wie­trza nie­zbędną do od­dy­cha­nia, ale mo­ich za­bie­gów nikt nie do­strzega. Matka i Ma­rek mie­rzą się twar­dymi spoj­rze­niami, choć ich ob­li­cza opro­mie­niają zło­ci­ste uśmie­chy. A to za­giął ma­mu­się, szczwany lis!

Moje dzia­ła­nia za­uważa wresz­cie oj­ciec, który po­mię­dzy jed­nym kę­sem a dru­gim pyta opa­no­wa­nym to­nem:

- Po­dać ci wody, Ka­linko?

Do­piero te­raz matka i Ma­rek do­strze­gają po­wód mo­jego braku za­an­ga­żo­wa­nia w ro­dzinną dys­ku­sję. Spo­glą­dają na mnie co­kol­wiek zi­ry­to­wani, że prze­ry­wam im ten pa­sjo­nu­jący po­je­dy­nek na siłę spoj­rzeń. W końcu Ma­rek de­li­kat­nie po­kle­puje mnie po ło­patce, a matka udziela tro­skli­wej rady:

- Nie ły­kaj ta­kich wiel­kich ka­wał­ków, bo się udła­wisz!

Po tak czu­łym prze­mó­wie­niu opada mi wszystko, co opaść może, łącz­nie z ape­ty­tem. Od­su­wam od sie­bie ta­le­rzyk i ocie­ram usta ser­wetką w kwie­ci­sty wzo­rek (lnianą, wy­kroch­ma­loną, nie pa­pie­rową). Bez słowa ob­ser­wuję spek­takl, w któ­rym ak­to­rami są moja ro­dzi­cielka oraz uko­chany męż­czy­zna.

- Mu­szę przy­znać, że za­sko­czy­łeś mnie, Ma­reczku. - Ton matki stra­cił na słod­ko­ści. Już nie przy­po­mina krówki cią­gutki, ra­czej dość kwa­śną lan­drynkę. - Ro­zu­miem, że chce­cie roz­po­cząć wspólne ży­cie. Ale za­miesz­kać ra­zem?

- Na ogół na tym po­lega wspólne ży­cie - mówi we­soło Ma­rek. - Na wspól­nym miesz­ka­niu.

- Ale to nie po bo­żemu!

- Nie po bo­żemu jest to, że do­ro­sła ko­bieta wciąż mieszka z ro­dzi­cami. Nie po to Pan Bóg stwo­rzył ko­bietę i męż­czy­znę - oświad­cza Ma­rek, który na pewne kwe­stie ma zde­cy­do­wane po­glądy. Wi­dzę wy­raz kon­ster­na­cji na twa­rzy mo­jej matki i za­czy­nam się do­brze ba­wić.

- No ale co po­wie ksiądz pro­boszcz? - Wy­raź­nie mar­twi się moja ro­dzi­cielka.

- O, księ­dzem pro­bosz­czem się nie przej­muj! - wtrą­cam. - Aku­rat on po­wie­dział, że po­piera.

- Pro­szę?! - Matkę ob­lewa zimny pot. - Jak to po­piera? Ży­cie w grze­chu po­piera?!

- No, może nie po­piera... - szu­kam wła­ści­wych słów. - Ale po­wie­dział, że tym ra­zem się nie bę­dzie mie­szał. Mó­wił, że miesz­ka­nie z po­przed­nim sta­now­czo mi od­ra­dzał, niby że bę­dziemy po­zna­wać się po ślu­bie. I o mało co nie sła­ła­bym pa­czek do kry­mi­nału. Bar­dzo się prze­jął. Dla­tego tym ra­zem nie bę­dzie się wtrą­cał.

Po­przed­nim, czyli Pa­try­kiem Cie­pla­kiem pseu­do­nim Cie­plar­nia. Nie­wier­nym eks­na­rze­czo­nym, któ­rego mu­sia­łam po­rzu­cić przed oł­ta­rzem, kiedy oka­zało się, że sku­tecz­nie za­okrą­glił w ta­lii moją przy­ja­ciółkę Jolę. To zda­rze­nie za­po­cząt­ko­wało la­winę in­nych, w wy­niku któ­rych tra­fi­łam do dworku w Ka­mion­kach, sta­łam się ma­larką la­ikiem, tre­nerką asy­stentką, a w końcu rów­nież de­tek­ty­wem ama­to­rem. W Ka­mion­kach po­zna­łam rów­nież Marka, który in­co­gnito roz­pra­co­wy­wał szajkę han­dla­rzy skra­dzio­nymi dzie­łami sztuki, Pa­tryka vel Cie­plar­nię mię­dzy in­nymi.

- Świat staje na gło­wie. - Moja matka wy­raź­nie zde­gu­sto­wana chowa twarz w dło­niach. - Cóż, ja prze­szka­dzać wam nie będę, jed­nakże za­chę­cać Ka­linki do grze­chu rów­nież nie. Jak to wy­gląda, tak bez ślubu?

- A kto po­wie­dział, że bez? - Ma­rek uśmie­cha się szel­mow­sko.

Tym ra­zem nie mam czym się za­krztu­sić, więc za­no­szę się su­chym kasz­lem. Matka po­syła mi pełne iry­ta­cji spoj­rze­nie, po czym całe swoje za­in­te­re­so­wa­nie prze­rzuca na Marka, na­chy­la­jąc się w jego kie­runku nad sto­łem na­kry­tym sztywno wy­pra­so­wa­nym ob­ru­sem.

- Mam ro­zu­mieć, że są już ja­kieś plany? - Jej ton się ocie­pla, być może nie jest jesz­cze krówką cią­gutką, ale oscy­luje gdzieś w oko­li­cach racz­ków z Wa­welu.

- Będą, będą plany. W tej kwe­stii także li­czę na wspar­cie ma­musi, bo Ka­linka oporna, nie­stety - oświad­cza Ma­rek zbo­la­łym to­nem.

W tym mo­men­cie spoj­rze­nia dwóch par oczu wę­drują w moim kie­runku, a do mnie do­ciera, jak czuje się mo­tyl przy­szpi­lony do kar­to­nika ka­wał­kiem drutu. Szare oczy mo­jej matki ci­skają gromy, bo jak można od­rzu­cać pro­po­zy­cję mał­żeń­stwa, kiedy ma się dwa­dzie­ścia osiem lat na karku, po­czątki cel­lu­litu i kilka si­wych wło­sów nad uchem? Błę­kitne oczy Marka wy­peł­niają fi­glarne dia­bliki, wszak kil­ka­krot­nie ostrze­gał mnie, że je­śli nie zgo­dzę się z nim za­miesz­kać, wy­do­bę­dzie ciężką ar­ty­le­rię, ale nie po­dej­rze­wa­łam, że tą ar­ty­le­rią bę­dzie moja wła­sna matka! Wiję się pod ob­strza­łem ich spoj­rzeń, ale na szczę­ście w su­kurs przy­cho­dzi mi oj­ciec.

- Mamy jesz­cze barsz­czyk? - pyta.

Go­dzinkę póź­niej prze­cha­dzamy się z Mar­kiem po po­bli­skim parku, ob­ser­wu­jąc gru­cha­jące go­łąbki i pary. To już nie­mal nasz stały nie­dzielny ry­tuał: spo­ty­kamy się w moim miesz­ka­niu, zja­damy z ro­dzi­cami to, co pysz­nego aku­rat przy­rzą­dziła matka, a na­stęp­nie spa­ce­ru­jemy, by uciec przed jej wścib­skim spoj­rze­niem i przy oka­zji spa­lić nieco ka­lo­rii, bo kuch­nia mo­jej ro­dzi­cielki do die­te­tycz­nych się nie­stety nie za­li­cza. Póź­niej idziemy na kawę albo do kina, jesz­cze póź­niej je­dziemy do Marka, który po­myśl­nie mieszka sam i spę­dzamy wie­czór w spo­sób, który moja matka pod­su­mo­wa­łaby sło­wem na g. I po­kro­piła świę­coną wodą, na­tu­ral­nie.

Tym ra­zem nie my­ślę o ni­czym na g, moją uwagę cał­ko­wi­cie za­prząta roz­mowa, która od­była się przy stole. Myśl, by co­dzien­nie mieć obok sie­bie Marka, za­sy­piać i bu­dzić się obok niego, jest ku­sząca. To myśl z ga­tunku tych, które po­wo­dują u mnie głu­pawy uśmie­szek i cie­lęce spoj­rze­nie. Od mo­mentu, kiedy po­ja­wił się w moim ży­ciu, mi­nie wkrótce rok. Rok pe­łen spo­tkań, śmie­chu, żar­tów, czu­ło­ści, mi­ło­ści, na­mięt­no­ści... Plus na­tu­ral­nie zło­ści, iry­ta­cji, prze­py­cha­nek słow­nych - cóż, w co­dzien­nym ży­ciu nie ma lekko. Na­wet naj­pięk­niej­szy książę po­trafi pod­nieść ko­bie­cie ci­śnie­nie i spra­wić, że ta chce dmuch­nąć, chuch­nąć i tup­nąć jak zły wilk w bajce o trzech świn­kach.

A na­sza hi­sto­ria od po­czątku była inna, co te­raz przy­wo­łuję w my­ślach z uśmie­chem. Jak wspo­mnia­łam, Ma­rek przy­był do dworku w Ka­mion­kach w roli de­tek­tywa roz­pra­co­wu­ją­cego szajkę zło­dziei dzieł sztuki. Aby prze­by­wać tam zu­peł­nie in­co­gnito, po­dał się za ma­la­rza od­na­wia­ją­cego fre­ski. Tym­cza­sem ja uzna­łam, że na pewno jest jed­nym z rze­zi­miesz­ków, któ­rzy wcze­śniej wła­mali się do dworku i po­lo­wali na cenny ob­raz ma­jący po­wró­cić z re­no­wa­cji. Po­sta­no­wi­łam Marka zde­ma­sko­wać i uniesz­ko­dli­wić. Z cięż­kim ser­cem, bo coś mię­dzy nami za­iskrzyło, i z ciężką en­cy­klo­pe­dią ru­szy­łam na od­siecz ka­mion­kow­skim za­byt­kom. Ma­rek do­stał w łeb, a wów­czas oka­zało się, że za wła­ma­niem stał mój wia­ro­łomny eks­na­rze­czony, który aku­rat dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści prze­by­wał w spa. Na szczę­ście Ma­rek nie chowa urazy, choć nie raz w żar­tach wy­po­mina mi, że mam nie tylko ciężki cha­rak­ter, ale i rękę.

Po po­wro­cie z Ka­mio­nek za­cie­śnia­li­śmy na­sze kon­takty, po­cząt­kowo na prze­słu­cha­niach na ko­men­dzie, na­stęp­nie na spa­ce­rach i w ka­wiar­niach, a jesz­cze póź­niej w za­ci­szu Mar­ko­wego miesz­ka­nia. I choć jest wspa­niale i czuję, że ko­cham go z ca­łego serca, to jed­nak mój spo­strze­gaw­czy de­tek­tyw nie kła­mie: je­stem oporna. Po przy­go­dach z Pa­try­kiem Cie­pla­kiem, który nie dość, że oka­zał się ba­wi­dam­kiem, ca­sa­novą i re­pro­duk­to­rem dzieci, to jesz­cze po­spo­li­tym prze­stępcą, mam obawy i nie umiem tak do końca za­ufać żad­nemu męż­czyź­nie. To tro­chę na za­sa­dzie: chcia­ła­bym, a boję się.

Tym­cza­sem on wy­czuwa mój na­strój i przy­ciąga do sie­bie.

- I co po­wiesz, hra­bianko? - Czę­sto mnie tak na­zywa, na­wią­zu­jąc do na­szej ka­mion­kow­skiej hi­sto­rii.

- Po­wiem, że moja matka do­sta­nie przez cie­bie nad­kwa­soty. - Kręcę głową.

- Nie­moż­liwe. Była za­chwy­cona. Mam do niej mó­wić mamo, sama sły­sza­łaś!

- Przez cie­bie spę­dzi pół nocy, sie­dząc przy ku­chen­nym stole i spi­su­jąc li­stę da­le­kich krew­nych, któ­rych ko­niecz­nie trzeba za­pro­sić na we­sele. Nie mia­łeś z czym wy­sko­czyć, tylko z tym, że mamy plany?

- A nie mamy? - śmieje się.

- Za­sta­wi­łeś na mnie pu­łapkę. - Ce­luję w niego pal­cem i mrużę zło­wiesz­czo oko pod­ma­lo­wane me­ta­licz­nym cie­niem. - Wcale się nie zdzi­wię, je­śli po po­wro­cie do domu za­stanę spa­ko­wane wa­lizki i na­kaz eks­mi­sji z ro­dzi­ciel­skiego gniazdka. Moja matka sprze­da­łaby mnie arab­skiemu szej­kowi, je­śli gwa­ran­to­wa­łoby to, że nie zo­stanę starą panną!

- Je­śli za­sta­niesz w przed­po­koju wa­lizki... - Ma­rek przy­ciąga mnie jesz­cze moc­niej i ca­łuje za uchem, tam gdzie, nie ukry­wam, bar­dzo lu­bię. - To ja udzielę ci schro­nie­nia. Mam prze­stronne miesz­ka­nie i po­patrz, je­ste­śmy bar­dzo bli­sko... Może zaj­rzymy tam na chwilkę?

Kręcę głową, uda­jąc obu­rze­nie, ale już czuję te mo­tylki. To są pod­stępne be­stie, te mo­tylki. Ni­gdy im nie ufaj­cie. Kiedy po cza­sie wy­cho­dzimy z miesz­ka­nia, je­dziemy po moje wa­lizki.

Miesz­kamy so­bie ra­zem - Ma­rek i ja.

Mi­nęły dwa mie­siące, nad­szedł sier­pień, a mimo to ta myśl wciąż wzbu­dza we mnie en­tu­zjazm i szcze­rze­nie zę­bów. Ro­bię to przed lu­strem, na wszelki wy­pa­dek, żeby nie wy­glą­dało dziw­nie. Kiedy mieszka się z kimś, trzeba bar­dzo uwa­żać, kiedy szcze­rzy się zęby, co się mówi, gdzie się dra­pie i co się je. Pierw­szą czyn­no­ścią, jaką wy­ko­na­łam po prze­pro­wadzce do Marka, było za­wie­sze­nie du­żego lu­stra w przed­po­koju. Ma­rek przy­glą­dał się temu odro­binę skon­fun­do­wany.

- Prze­cież mamy lu­stro! - za­wo­łał.

- To nie jest lu­stro, to jest ka­wa­łek lu­stra - ob­wie­ści­łam sta­now­czo, de­li­kat­nie ob­wi­ja­jąc ga­zetą kwa­drat szkła o wy­mia­rach pięt­na­ście na pięt­na­ście. Przy ta­kim ma­leń­stwie można przy­gła­dzić dło­nią włosy albo spraw­dzić przed wyj­ściem z domu, czy pod no­sem nie zo­stały wąsy po ket­chu­pie. Ale z pew­no­ścią nie można się pod­ma­lo­wać, ucze­sać, za­wią­zać apaszki w ar­ty­styczny wę­zeł. I po­rząd­nie wy­szcze­rzyć zę­bów też nie można.

Na szczę­ście Ma­rek jest in­te­li­gent­nym męż­czy­zną i po­zo­sta­wił mi pełną swo­bodę. Nie zna­czy to, że już pierw­szego dnia wy­rzu­ci­łam na śmiet­nik do­tych­cza­sowe wy­po­sa­że­nie i po­bie­głam z wy­wie­szo­nym ję­zy­kiem do sa­lonu me­blo­wego. Na­tu­ral­nie, że nie. Po pro­stu po­trze­bo­wa­łam czasu, żeby oswoić się z no­wym wnę­trzem. Po­zna­wa­łam je po­woli i nie­uf­nie, jak pies przy­nie­siony ze schro­ni­ska. I po­dob­nie jak pies znaj­duje so­bie ulu­bione le­go­wi­sko, ja także na­tra­fi­łam na swoje miej­sce w no­wym domu. Wy­ku­szowe okno w du­żym po­koju wy­ście­łam mięk­kimi po­du­chami, lu­bię spę­dzać tam desz­czowe ranki. Pa­trzę na za­lane wodą ulice, po­pi­jam kawę z mle­kiem z du­żego kubka i czy­tam albo szki­cuję. Po­byt w Ka­mion­kach obu­dził we mnie ar­ty­styczną du­szę!

Uwiel­biam na­sze wspólne miesz­ka­nie. Uwiel­biam po­ranki w łóżku. Mar­kową ja­jecz­nicę z za­war­to­ścią lo­dówki, czyli wszyst­kim, co do ja­jecz­nicy można wrzu­cić. Ła­ciatą sur­fi­nię, którą przy­nie­śli­śmy z Kle­pa­rza i wspól­nie po­sa­dzi­li­śmy w po­jem­niku po ki­lo­gra­mo­wym twa­rożku. Uwiel­biam nocny sto­lik za­wa­lony książ­kami i nie wku­rza mnie na­wet to, że Ma­rek wiecz­nie przy­kłada Ste­phe­nem Kin­giem moją Norę Ro­berts. Już wiem, że zmy­warka za­czyna dzia­łać po so­lid­nym kop­niaku, a pralki le­piej nie ty­kać w desz­czowe dni, bo też po­trafi ko­pać jak za­wo­dowy kick­bok­ser.

Nie lu­bię za to sa­mot­nych wie­czo­rów, kiedy Ma­rek pra­cuje do późna. Ak­cja w Ka­mion­kach była jego ostat­nią. Po do­pro­wa­dze­niu sprawy do końca zde­cy­do­wał się odejść z po­li­cji i za­ło­żyć wła­sną agen­cję de­tek­ty­wi­styczną. Te­raz po­cie­sza zdra­dzane żony, śle­dzi zdra­dza­ją­cych mę­żów, a na­wet po­szu­kuje za­gi­nio­nych eme­ry­tów. I czę­sto znika na dłu­gie go­dziny lub co gor­sza dni.

Jest jedna rzecz, któ­rej nie lu­bię rów­nie mocno, jak wie­czor­nych nie­obec­no­ści Marka. To na­loty mo­jej wła­snej ro­dzi­cielki, która od­wie­dza nas z czę­sto­tli­wo­ścią nie­mal do­rów­nu­jącą re­kla­mom w pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym. Na nie­szczę­ście miesz­ka­nie ro­dzi­ców jest za­le­d­wie kilka ulic da­lej, za­tem nie­za­po­wie­dziane wi­zyty nie sta­no­wią dla matki pro­blemu. Sta­no­wią jed­nak wielki pro­blem dla mnie. Nie­mal każda z nich koń­czy się kłót­nią.

We­dług ojca matka nie po­trafi po­ra­dzić so­bie z fak­tem, że jej pi­sklątko wy­le­ciało z gniazdka. We­dług mnie matka nie po­trafi po­ra­dzić so­bie z fak­tem, że przed wy­lo­tem z gniazdka pi­sklę nie zo­stało na­le­ży­cie za­ob­rącz­ko­wane. Ma­rek, zwany w moim ro­dzin­nym domu Ma­recz­kiem, zo­stał obec­nie spro­wa­dzony do rangi dra­pieżcy, który pi­sklę zba­ła­mu­cił, osku­bał z co ład­niej­szych pió­rek i upro­wa­dził. Chwi­lowo kro­kie­ciki po­szły w od­stawkę, a nie­dzielne obiadki wi­tają nas reszt­kami po­mi­do­ro­wej z ry­żem.

Uraza ma­try­mo­nialna, jak w du­chu na­zy­wam stan, w który za­pa­dła za­cna ma­trona, nie prze­szka­dza jej na­wie­dzać na­szego gniazda roz­pu­sty i rzu­cać czuj­nym okiem po wszyst­kich ką­tach. Czyni to na tyle dys­kret­nie, że nie spo­sób jej na tym przy­ła­pać, nie­mniej wciąż zdra­dzają ją ja­kieś szcze­góły. A to sześć ro­lek pa­pieru to­a­le­to­wego osten­ta­cyj­nie po­ło­żo­nych na ku­chen­nym stole, a to de­li­katna su­ge­stia, że skoro ze­psuł nam się od­ku­rzacz, naj­wyż­sza pora prze­pro­sić się ze zmiotką...

Dziś sub­tel­ność matki zo­staje wy­sta­wiona na próbę, bo obok fi­li­żanki z jej ulu­bioną kawą sta­wiam ta­le­rzyk z kup­nymi ciast­kami. Pa­trzę, jak ostroż­nie bie­rze w dwa palce kru­chy her­bat­nik i ob­raca go przed oczami z nie­sma­kiem wy­pi­sa­nym na twa­rzy. Osta­tecz­nie cia­steczko lą­duje na spodeczku, a matka wy­ciera dło­nie chu­s­teczką. Z jej piersi do­bywa się ża­ło­sne wes­tchnie­nie.

- Je­żeli już na­prawdę mu­sisz ku­po­wać ciastka, rób to przy­naj­mniej w do­brej cu­kierni, a nie w pierw­szym lep­szym mar­ke­cie - mówi.

- Wcale nie w pierw­szym lep­szym! - Je­stem ura­żona. - Za­wsze ro­bimy za­kupy w...

- I czy na­prawdę nie mo­gła­byś piec cia­ste­czek we­dług prze­pisu babci Le­oka­dii? Męż­czyźni nie lu­bią byle ja­kiego je­dze­nia. Nic dziw­nego, że Ma­rek nie chce się z tobą oże­nić. - Po­syła mi czujne spoj­rze­nie.

Uśmie­cham się, cho­wa­jąc twarz w kubku, z któ­rego wła­śnie upi­jam so­lidny łyk bia­łej kawy. To stała za­grywka mo­jej matki, ma­jąca spro­wa­dzić roz­mowę na te­maty ślubne i po­móc jej usta­lić, czy zo­stały już po­czy­nione ja­kieś plany, o któ­rych nie zo­stała po­in­for­mo­wana. Matka po­trafi na­wią­zać do mo­jego stanu cy­wil­nego w roz­mo­wie o ze­psu­tym sa­mo­cho­dzie ("Mę­żatki mogą przy­naj­mniej li­czyć na po­moc męża, kiedy coś im stuka pod ma­ską..."), mo­nar­chii bry­tyj­skiej ("Re­plika sukni ślub­nej księż­nej Kate wisi na wy­sta­wie ciu­cho­landu na Kró­lew­skiej!"), wy­gra­nej w to­to­lotka ("Z ta­kimi pie­niędzmi na­wet męża nie trzeba szu­kać!"), po­ziomu edu­ka­cji ("Być może dzieci twoje i Marka za­ha­czą o re­formę szkol­nic­twa..."), są­siadki, która spa­dła ze scho­dów ("Gdyby miała męża, to prze­cież po­sła­łaby go po kom­pot do piw­nicy!"), a na­wet ban­kruc­twa lo­kal­nego biz­nes­mena ("Mógł le­piej in­we­sto­wać w branżę ślubną, na tym to za­ro­biłby ko­kosy..."). Przy­zwy­cza­iłam się i na­wet je­śli odro­binę iry­tują mnie te uszczy­pli­wo­ści i próby in­wi­gi­la­cji, nie daję tego po so­bie po­znać. Nie ra­dzi so­bie z nimi z ko­lei Ma­rek, który naj­chęt­niej za­ob­rącz­ko­wałby uwie­dzioną pta­szynę, tylko nie za bar­dzo wie jak.

- Ale na­prawdę nie ma ta­kiej po­trzeby, mamo! My bar­dzo rzadko ja­damy sło­dy­cze. Mu­sisz wie­dzieć, że te cia­steczka ku­pi­łam spe­cjal­nie dla cie­bie, bo wiem, jak lu­bisz słod­kie do kawy! - Uśmie­cham się nie­win­nie.

- Oba­wiam się, że wy to w ogóle mało ja­da­cie! - pry­cha zi­ry­to­wana ro­dzi­cielka. - We­dług mnie Ma­rek nieco zmi­zer­niał.

- Zmi­zer­niał, bo bar­dzo dużo pra­cuje! - Je­stem zde­cy­do­wana bro­nić wła­sną pier­sią uko­cha­nego i opi­nii o mnie sa­mej, jako że matka in­sy­nu­uje, że Ma­rek mi­zer­nieje przez moje za­nie­dba­nia.

- Pra­cuje, pra­cuje. Nie samą pracą czło­wiek żyje. W ży­ciu li­czy się ro­dzina, dom, dzieci. Kiedy wy to w końcu zro­zu­mie­cie?

- Ależ my to do­sko­nale ro­zu­miemy! Spę­dzamy ra­zem tyle czasu, ile tylko się da!

- Prze­cież wiesz, że ja nie o tym mó­wię. - Matka wpada w ża­łobne tony. - Mar­twię się o cie­bie, bo lata upły­wają, a twoje ży­cie jest w roz­sypce. Tak wiele czasu stra­ci­łaś na tego buca, tego zra­mo­la­łego ca­sa­novę od sied­miu bo­le­ści. Już ja bym mu po­wie­działa, co o nim my­ślę. Ale nie zgo­dził się mnie wpi­sać na li­stę od­wie­dza­ją­cych.

- Mamo, po­wiedz, że tego nie zro­bi­łaś! - Krztu­szę się kawą.

- Chcia­łam z nim tylko po­roz­ma­wiać! - Matka przy­biera skru­szoną minkę. - Zresztą i tak się nie zgo­dził, więc na­prawdę nie ma o czym mó­wić.

- Mamo, nie wolno ci ro­bić ta­kich rze­czy! Prze­cież ja by­łam świad­kiem w jego spra­wie!

- No i co z tego? Mnie nikt nie prze­słu­chał, a też mia­łam parę rze­czy do po­wie­dze­nia. I jesz­cze jest ta... Jolka. - Imię mo­jej wia­ro­łom­nej przy­ja­ciółki matka wy­ma­wia ta­kim to­nem, jakby do ję­zyka przy­kleił jej się ka­wa­łek ko­ciego gó­wienka. - Wsko­czyła mu do łóżka jak pierw­sza lep­sza, za­szła z nim w ciążę, a po­tem miała czel­ność zja­wić się na ślu­bie. A ty wciąż się z nią za­da­jesz!

- Za­daję, bo Na­talka jest moją chrze­śnicą. Poza tym ja wy­ba­czy­łam Jolce. Twier­dzi, że przy­ćmiło ją po so­la­rium. I ja jej wie­rzę. W tam­tym okre­sie cho­dziła brą­zowa jak Mu­rzynka! Prze­pra­szam: Afro­ame­ry­kanka - po­pra­wiam się po­spiesz­nie, by nie zo­stać uznaną za nie­po­prawną po­li­tycz­nie.

- Szkoda, że nie przy­mknęła się w tym so­la­rium na tro­chę dłu­żej. Zro­bi­łyby się z niej skwa­reczki. Choć, jak żyję, skwar­ków z flą­dry nie wi­dzia­łam. - Matka po­ciąga no­sem, po czym sięga po kru­che cia­steczko i przy­gryza, sy­piąc na­około okrusz­kami. Na­gle krzywi się i spo­gląda na mnie wy­mow­nie. - Ta­kimi ciast­kami to Jolkę mo­żesz po­czę­sto­wać. A te­raz weź kartkę, dłu­go­pis i za­pisz prze­pis na cia­sto kru­che. To le­kar­stwo na wszel­kie bo­lączki tego świata - po­ucza.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki