***
Rzeźby są dwie. Niewielkie, z powyginanej blachy. Właściwie więcej w nich powietrza niż blachy. Dzisiaj nazywa się je "kompozycjami przestrzennymi". Ona sama mówiła na nie "Rzeźby (architektoniczne kompozycje)". Wokół tych kilku metalowych listew pomalowanych na biało i szaro snuje się dym. Nie wypuszczając papierosa z dłoni, Katarzyna Kobro przestawia rzeźby ze stołu na półkę przy łóżku, a z półki na parapet okna, tego z widokiem na park. Miejsce, ruch, czas. Rytm czasoprzestrzenny.
"Zadaniem rzeźby nie jest lepienie takich lub innych figurek - twierdziła. - Istotnym podłożem rzeźby jest przestrzeń i operowanie tą przestrzenią, organizacja rytmu proporcji, harmonia formy, związanej z przestrzenią. [...] Rzeźba powinna być zagadnieniem architektonicznym, laboratoryjnym organizowaniem metod rozwiązania przestrzeni, organizacji ruchu, planowania miasta, jego funkcjonalnego organizmu, wynikającego z realizacyjnych możliwości współczesnej sztuki, nauki i techniki, powinna być wyrazem dążeń, zmierzających do ponadindywidualnej organizacji społeczeństwa"[2].
Dawno już nie myślała o rytmie czasoprzestrzennym, dawno nie rzeźbiła. Te dwie rzeźby, które sobie zostawiła, zrobiła w 1932 i 1933 roku. Potem długo nic. Resztę ocalonych z wojennej poniewierki dzieł podaruje Muzeum Sztuki. Dyrektor Marian Minich dopiero co wrócił do Łodzi i na nowo organizuje placówkę.
"Pan chce mieć te prace, a? - pyta Kobro ze swoim rosyjskim zaśpiewem. - One są obliczone dla nowych funkcji życiowych. Moment etyczny, pan rozumie, a?"[3]
Minich zapamięta, że Kobro "była zmęczona i w silnej depresji".
Nowe funkcje życiowe... Moment etyczny... Przecież nie opowiedziałaby Marianowi Minichowi, jak kilka miesięcy wcześniej, ostatniej okupacyjnej mroźnej zimy, zaszczuta wyrzutami męża, że nie zadbała o opał i nie ma na czym ugotować jedzenia dla dziecka, zeszła do piwnicy i porąbała swoje drewniane rzeźby. Może jednak wcale nie był to akt rozpaczy, jak wszyscy piszą, może to był akurat akt buntu, obraźliwy gest wymierzony w męża. Popatrz, Strzemiński - mogła myśleć - popatrz, gdzie mam sztukę, na której tak ci zależy, jedyne, na czym ci zależy. Całe szczęście, że metal się nie pali, bo wtedy rzeźby Katarzyny Kobro znalibyśmy wyłącznie z rekonstrukcji i kilku słabych przedwojennych fotografii.
Kiedy mowa o życiu i twórczości Katarzyny Kobro, zawsze pojawia się kasza manna ugotowana dla córki na szczątkach nowoczesnych rzeźb, najnowocześniejszych w dziejach polskiej sztuki. I jeszcze drewniane szczudło, którym kaleki Władysław Strzemiński bił żonę. Nie uciekała przed nim, zasłaniała tylko głowę rękoma. Szczudła też trzeba było porąbać, zresztą przecież świetnie skakał na jednej nodze. Kilka dni po tym, jak Kobro spaliła swoje rzeźby, weszli Sowieci i wyzwolili Łódź. O kaszy mannie i o szczudle napisze po latach dziewczynka, która tę kaszę jadła i która widziała, jak tatuś "chce zabić mamusię"[4] - córka Katarzyny Kobro i Władysława Strzemińskiego Nika. "W Polsce popularność Katarzyny Kobro bardziej opiera się na jej biografii niż rozumieniu jej sztuki"[5] - stwierdza profesor Janusz Zagrodzki, pierwszy monografista rzeźbiarki. Wspomnienia córki zawładną wyobraźnią Polaków o wiele mocniej niż awangardowa twórczość artystki i jej teoria obliczania rytmu czasoprzestrzennego w rzeźbie.
Twórczość Katarzyny Kobro została przebadana i opisana, jest znana i ceniona na świecie i stale prezentowana w Muzeum Sztuki w Łodzi. Zachowany do naszych czasów dorobek artystki jest jednak niewielki: rzeźba abstrakcyjna, siedem gipsowych aktów, cztery rzeźby przestrzenne i dziewięć kompozycji przestrzennych, do tego sześć zrekonstruowanych prac (konstrukcje wiszące, rzeźby abstrakcyjne, rzeźba przestrzenna, kompozycja przestrzenna), jeden obraz namalowany na szkle i dwa pejzaże morskie, a z rzeczy mniej ważnych, mających znaczenie bardziej sentymentalne niż artystyczne - kilka pejzażyków narysowanych kolorowymi kredkami i portret córki naszkicowany ołówkiem.
Ale "popularność" to w przypadku Katarzyny Kobro za duże słowo. Poza kilkoma mocnymi epizodami jej biografia wcale nie jest dobrze znana, a o epizodach wiedzą tylko nieliczni. Trzeba przyznać, że badacze awangardy robili, co w ich mocy, żeby zbudować wiarygodny i jak najpełniejszy biogram artystki, ale i tak część faktów nadal wymaga weryfikacji. Ta pełna białych plam i niedomówień biografia stanowi raczej atrakcyjny zarys malowniczej historii. Bohaterką jest radykalna rzeźbiarka, propagatorka najbardziej nowoczesnych rozwiązań w sztuce. Obok niej występują inni nowocześnicy - Rosjanie: Kazimierz Malewicz, Władimir Tatlin, Wassily Kandinsky, Aleksandr Rodczenko, i Polacy: Mieczysław Szczuka, Teresa Żarnowerówna, Helena i Szymon Syrkusowie, Bohdan Lachert, Henryk Stażewski, Julian Przyboś, Jan Brzękowski i oczywiście ukochany, a potem mąż - Władysław Strzemiński; migną też Witkacy i Tytus Czyżewski. Miejsce akcji: hanzeatycka Ryga, Moskwa w czasach rewolucji, Smoleńsk podczas wojny polsko-bolszewickiej, potem mniej sensacyjne Wilno, Szczekociny, Brzeziny, Żakowice, Koluszki i Łódź.
Żeby spopularyzować biografię Katarzyny Kobro, trzeba by kogoś takiego jak Andrzej Wajda. W archiwum Muzeum Sztuki w Łodzi w teczce z papierami po Nice Strzemińskiej znajduję list, w którym Wajda deklaruje: "oświadczam, że jestem zainteresowany reżyserią filmu o życiu Katarzyny Kobro i Władysława Strzemińskiego, którego scenariusz oparty będzie na książce Niki Strzemińskiej pt. Miłość, sztuka i nienawiść". Podpis i data - 31 lipca 1993.
W lutym 2014 roku Andrzej Wajda mówi: "Nie mam już dużo czasu i myślę, że powinienem zrobić kilka filmów. Jednym z takich projektów jest film o Strzemińskim. Jest to jeden z najbardziej skrzywdzonych artystów w czasach socrealizmu. Zmagam się ze scenariuszem, ale uważam, że powinno się go przenieść na ekran, bo to nie jest tylko Strzemiński - wielki malarz, oryginalny, niepowtarzalny, nieznany nigdzie indziej. Strzemiński początkowo wykładał w Szkole Filmowej. Już go nie spotkałem, ale miałem możność obserwować, jak się go pozbyto"[6].
Na moje pytanie, dlaczego ponad dwadzieścia lat temu nie doszło do realizacji filmu o Katarzynie Kobro i Władysławie Strzemińskim, reżyser odpisuje: "To prawda, że interesowałem się tematami Kobro i Strzemiński, znam też książkę Niki. Niestety, Nika nie miała żadnych kwalifikacji do pisania o rodzicach, jako artystka. Jej książka to skarga dziecka. Pewno zresztą słuszna. Musi Pani sięgnąć do Teorii widzenia Strzemińskiego i książek o nim".
Katarzyna Kobro zmarła 21 lutego 1951 roku. Od lata 1947 była z mężem w separacji, mieszkali osobno. Po drugiej wojnie światowej, do czasu nastania realizmu socjalistycznego jako obowiązującej doktryny w sztuce, Władysław Strzemiński wykładał w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Łodzi. 19 stycznia 1950 roku minister kultury i sztuki Włodzimierz Sokorski podpisał "niezwłoczne wypowiedzenie umowy o pracę ob. prof. Strzemińskiemu Władysławowi"[7]. Usunięty z uczelni artysta brał zlecenia - projektował plakaty dla Powszechnej Spółdzielni Spożywców (PSS), dekorował wystawy sklepowe. Teoria widzenia wzięła początek z cyklu wykładów z historii sztuki. Jej głównym założeniem jest, że "o widzeniu rzeczywistości decyduje nie biologiczny odbiór doznań wzrokowych, lecz współpraca widzenia i myśli - historycznie uwarunkowany rozwój świadomości widzenia"[8]. Ciężko chory na gruźlicę Władysław pracował nad Teorią widzenia jeszcze w szpitalu, ale nie zdążył jej ukończyć. Odręczne notatki dopracowywali i przepisywali na maszynie malarz i pedagog Stefan Wegner oraz byli studenci Strzemińskiego i Wegnera - Stanisław Fijałkowski, Stefan Krygier i Jerzy Mackiewicz. Ten "katechizm artystycznej wiary" krążył po uczelni podawany z rąk do rąk. W oficjalnym obiegu Teoria widzenia, z przedmową Juliana Przybosia, ukazała się dopiero w 1958 roku w Wydawnictwie Literackim. Władysław Strzemiński tego nie doczekał - zmarł 26 grudnia 1952 roku.
Boję się, że Katarzyna Kobro może się do filmu Andrzeja Wajdy nie załapać. W każdym razie nie w roli głównej.
Na znanym zdjęciu z Julianem Przybosiem wyglądają trochę jak z innej planety. Ona w czapeczce przypominającej czepek pływacki i w bluzce, spódnicy z paskiem i szaliku, które zaprojektował dla niej mąż. Oboje lubią eksperymenty modowe, Katarzyna testuje pomysły swoje i Władysława - ubrania skomponowane na nowych zasadach, "o wyraźnych dążnościach do zastąpienia monotonnego rytmu powtarzających się form i kolorów oraz materiałów - nowym, arytmicznym i dającym szerokie pole do popisu w dziedzinie różnicowania faktury - pomysłom i wynalazkom"[9]. Marian Minich zapamiętał, że Kobro była "co najmniej ekscentryczna w stroju (nosiła np. pasiaste, różnokolorowe pończochy, ściągające okolicznych gapiów)"[10]. "Kompozycja sukni powinna być zarchitektonizowana. Linie architektoniczne kompozycji sukni wykreślamy, powtarzając linie elementów formy figury"[11] - mówi artystka, zasadnicza i konkretna niczym inżynier, nawet gdy chodzi o kieckę. On - przystojny, w dwurzędowym garniturze z samodziału i koszuli z dużym kołnierzem wyłożonym na klapy marynarki. Koszule z kołnierzykiem a la Juliusz Słowacki szyje mu żona. Ceruje też marynarki, które od szczudeł nieustannie przecierają się i drą pod pachami. Na zdjęciu nie widać, że jeden rękaw i jedna nogawka są puste. Katarzyna i Władysław patrzą w tym samym kierunku, jakby mieli wspólny cel. Idealna para, w której według słów Strzemińskiego "mąż przydawał blasku żonie, żona - mężowi"[12].
[^] Katarzyna Kobro, Władysław Strzemiński, Julian Przyboś,
ok. 1930-1931 roku
Jest początek lat trzydziestych i Strzemińskim dobrze się układa. Od kiedy na przełomie 1921 i 1922 roku przyjechali z Rosji do Polski, dali się już dobrze poznać jako artyści. Należą do awangardowych grup Blok i Praesens, biorą udział w licznych wystawach. Niestety sztuka nowoczesna nie znajduje powszechnego zrozumienia i aplauzu, a rzeźby Katarzyny Kobro długo będą uznawane za "metalowe figle"[13] i mylone z meblami. "Kiedy w roku 1928 - pisze Strzemiński - w Salonie Modernistów K. Kobro wystawiła swoje rzeźby, oparte na koncepcji łączności rzeźby z przestrzenią (wymienione rzeźby za punkt wyjścia mają ogólne zasady neoplastycyzmu, lecz na skutek postulatu przestrzenności znacznie odbiegły od np. Vantongerloo, który robi rzeźby - bryły) - zdobył się jeden z krytyków jedynie na wzmiankę, że to są meble i że nie są wygodne. [...] Czy tak trudno było przeczytać w katalogu, że to nie są meble, lecz rzeźby przestrzenne?"[14]
Strzemiński wciąż grzmi na ignorantów, wytyka współczesnym ślepotę i miałkość myślenia, edukuje, krytykuje tych kolegów po fachu, którzy nie trzymają jego wygórowanych standardów. On i Kobro wierzą, że sztuka ma powinności wobec życia, że może organizować życie i zmieniać świat. Strzemiński twierdzi, iż artyści awangardowi to "żołnierze na politycznym odcinku wspólnego frontu"[15], i zachowuje się często jak samozwańczy generał tej armii.
Na początku lat trzydziestych wraz z malarzem Henrykiem Stażewskim oraz poetami Julianem Przybosiem i Janem Brzękowskim tworzą grupę "a.r." - "awangarda rzeczywista" lub, jak wolał Przyboś, "artyści rewolucyjni" - i gromadzą dzieła artystów z całej Europy w celu stworzenia Międzynarodowej Kolekcji Sztuki Nowoczesnej. W 1931 roku w ramach Biblioteki "a.r." ukazuje się napisana przez Strzemińskich w 1929 praca Kompozycja przestrzeni. Obliczenia rytmu czasoprzestrzennego. Strzemiński ma też na koncie książkę Unizm w malarstwie, w której wyłożył swoją koncepcję obrazu. W dużym skrócie chodzi o to, że "obraz powinien być jednolity i płaski" i każdy jego centymetr kwadratowy ma taką samą wartość. I Władysław, i Katarzyna pracują w szkolnictwie, bo jak twierdzi Strzemiński, "jeśli człowiek nie ma ubocznego dochodu - ze szkoły, z kamienicy i in., to w sztuce staje się handlarzem"[16], a oni sztuką nie kupczą. Jeśli chodzi o sztukę, są nieprzejednani. "Powinno być: Sztuka - maksimum twórczości - dowodzi Strzemiński już w 1924 roku w artykule zatytułowanym B=2 w "Bloku". - Prawo akademickie postrzegania norm, ustalonych przez wszystkie śp. powagi i autorytety, prawo posłusznego i biernego trwania, prawo konserwatywne i sztuczne (a więc - martwe) - musi być zastąpione przez nakaz twórczości absolutnej"[17].
Grupa "a.r." dąży do unii literatury i sztuk plastycznych. Przygotowany przez Strzemińskich układ typograficzny Z ponad Przybosia to wzorcowy przykład poezji wizualnej (układ wierszy Ziemniaki i Zmęczeni zaprojektowała Katarzyna Kobro).