6.
W swojej szkole - właściwie była to państwowa szkoła, tak, jak ona była państwową nauczycielką - organizowała różne rzeczy. Spotkania z jakimiś przyjezdnymi artystami, wykłady, sprzedaż książek z biblioteki, konkursy czytania czy deklamowania wierszy. Zwykle nikt nie chciał brać w tym udziału, jedynie jej uczniowie dawali się namówić, zawsze niechętnie, raczej po to, by się jej przypodobać. Albo ponieważ nie mieli serca jej odmówić...
Trudno powiedzieć, co za tym wszystkim stało. Miała dziwne relacje z uczniami, jednak wiadomo było, że są dla niej ważni. Sprowadzała dla nich książki, a do szkoły załatwiła używaną kopiarkę. Korzystała z pomocy jakichś przyjaciół - często również nauczycieli - z kontynentu. Dziwiliśmy się głośno, trochę z pozy, a trochę z zazdrości, że gdzieś na świecie, z dala od nas, ma oddanych przyjaciół.
Złośliwie uśmiechnięty Adam Soriano rozpierał się na szkolnym krześle. Używał je tak, jakby swoim siedzeniem awansował je na obrotowy fotel szefa. Był menedżerem, który nie poczuwał się do obowiązku szanowania nieswoich sprzętów i nie była to jedyna rzecz, która odróżniała go od pozostałych kursantów, w tym pielęgnującego swe służbowe buty Manuela Rosy.
- Wszystko wskazuje na to, że tracę czas - stwierdziła ostro Nauczycielka głosem, który odmawiał powrotu w spokojne rejestry. - Skończmy więc temat na tym, że nie odwołuję testu.
Odwróciła się i poszła w stronę katedry. Wzięła z niej kredę i trzymając ją w palcach stanęła przed wiekową tablicą. Przybrała wyczekującą pozę, lecz mimo całej swej udrapowanej ostatentacji nie potrafiła pozbyć się zdenerwowania.
- W związku z nim całe dzisiejsze zajęcia poświęcimy na powtórkę. Kursantów proszę o podanie mi tematów, które ciągle jeszcze sprawiają problemy.
Kreda, którą ściskała w palcach, kruszyła się i osypywała na jej spódnicę. Zauważywszy to Nauczycielka ni z tego, ni z owego przypomniała sobie dobrych znajomych z kontynentu, jak ona nauczycieli. Opowiadali jej o swojej pracy: Już rzadko kto posługuje się kredą, usłyszała, czarne tablice nadają się tylko do muzeum. Nie mogła uwierzyć w marnotrawstwo pisania kosztownymi pisakami po plastikowej tablicy.
-Zacznijmy od gramatyki - oświadczyła głośniej niż należało.
W jej przypadku kreda, pozostawiająca po sobie tylko lekki pył, była znacznie praktyczniejsza. Wystarczy, że się otrzepię - wyjaśniła zaprzyjaźnionym nauczycielom - natomiast plamy z waszych pisaków zostałyby na mnie do końca życia.
- Pan Soriano zaczyna.
Jednak trudny kursant wcale nie miał ochoty na powtórkę francuskiej gramatyki. Uniósł się z krzesła odsuwając je tak hałaśliwie, że gdyby nie wąska przestrzeń między stolikami w rzędach, przewróciłoby się na podłogę. Plastikowy sprzęt oparł się o stojący z tyłu stół i wystawił przed siebie przednie nogi jak wychudzony, wierzgający źrebak. Zasłużył tym sobie na kopniaka, który choć dyskretniejszy od wymierzonego przez Nauczycielkę książce, był z pewnością celniejszy.
- Słucham pana - skomentowała pantomimę Nauczycielka, z ambiwalentną satysfakcją rejestrując przerwę w dopływie zimnej krwi nielubianego ucznia. - Pańskie pytania.
Jednak on, zmiótłszy z drogi przeszkodę, tylko na chwilę zatrzymał się przy stoliku, z którego zgarnął swą nieotwartą teczkę.
- Tak bardzo zajęliśmy się przesuwaniem testu, że zapomniałem o innych ważnych sprawach - oświadczył patrząc jej prosto w oczy. - Niestety, muszę już iść.
Ruszył wąskim przejściem między rzędami jakby szedł do tablicy, już nie uczeń, lecz zblazowany wizytator, który w połowie pokazowej lekcji aktywnie wyraża dezaprobatę. Pięć kroków przed katedrą, a zaledwie trzy przed miejscem, w którym czekała Nauczycielka, zatrzymał się w wyreżyserowanej pozie zawahania. Wykonawszy ostatnie, ociekające kpiną pożegnalne spojrzenie, niczym zręczny tancerz wykonał półobrót w kierunku drzwi - w napiętej ciszy był jedynym, który podczas trwania scenki nieźle się bawił - i wyszedł z sali, nawet się nie żegnając.
Dopiero gdy zamknęły się za nim drzwi, zwyczajnie i nie przesadnie głośno, ktoś z sali wstał i otworzył okno. Jak spiętrzona woda wlał się przez nie hałas, w którym odgłosy ulicy mieszały się z krzykiem ptaków zamieszkujących jedyne w okolicy stare drzewo. Obserwowana przez wszystkich Nauczycielka ocknęła się nagle, jakby ptasi wrzask spełnił funkcję gongu przywołującego ją do porządku. Nie wypuszczając z dłoni zduszonego do połowy objętości kawałka kredy, podbiegła do drzwi i wypadła na korytarz.
- Stop! - krzyknęła w ślad za odchodzącym mężczyzną. - Jeszcze nie skończyliśmy, panie Soriano!
Kiedyś próbowała urządzać występy poświęcone miejscowej sztuce. Naszej... kulturze. Na początek zaprosiła gitarzystów, chłopaków, którzy właściwie chcieli zrobić karierę jako grupa rockowa, jednak nie mając dość pieniędzy na komplet instrumentów i potrzebną oprawę, zarabiali ludowymi kawałkami granymi po hotelach. Mieli w repertuarze nie tylko muzykę z wyspy, ale właściwie wszystko, co mogło się podobać: obok La cucaracha lub Para ballar la bamba grali O sole mio czy nawet My heart will go on.
Na występy u Nauczycielki przewidziane było tylko to, co sami skomponowali. Kapeli miały towarzyszyć dziewczyny tańczące flamenco.
Adam Soriano zatrzymał się, choć dotarł do końca korytarza i nawet sięgał już dłonią po klamkę u drzwi wejściowych. Wiedziała, że na nią czekał; oddalony o wiele metrów i odwrócony tyłem, cieszył się z sytuacji, która zmuszała ją do oglądania jego obraźliwie szerokich pleców.
- Uważa pan, że wolno panu wychodzić z zajęć, kiedy się panu spodoba?
Okręcił się leniwie w jej stronę. Dopiero tu, w mrocznym korytarzu, uwolnił twarz od nienaturalnego uśmiechu, którym dopiero co okraszał pyskówkę w klasie zapełnionej podwładnymi.
- O tak - odpowiedział arogancko. - Dokładnie tak uważam.
Znowu mimowolnie zacisnęła pięści, co zauważył z satysfakcją, nie zamierzając pozwolić jej dojść do głosu.
- Będę wychodził z tego kursu, ilekroć przyjdzie mi na to ochota. Gdybym jednak miał wychodzić, bo coś mi się nie podoba, musiałbym to robić za każdym razem, kiedy pani pojawia się w drzwiach, se?ora - oświadczył uniesionym głosem,
W końcu mógł pozwolić sobie na szczerość - w dwuosobowej, bezpośredniej rozgrywce wolno mu było zrzucić z siebie rolę ironizującego twardziela z Hollywoodu.
- Bo to pani podoba mi się najmniej z wszystkiego! Jest pani żałosna, pani nauczycielko, w tej swojej zaciekłości, z tym skrzeczącym, wściekłym głosem i francuskim akcentem, z wszystkimi pani pseudo-zasadami! Za kogo się pani uważa? Chce pani bronić tych ludzi przede mną, bo jestem ich szefem? Więcej od nich zarabiam? Takie są reguły, pani nauczycielko: pies, który biegnie na przedzie, dostaje więcej jedzenia niż wszystkie biegnące z tyłu razem wzięte! I nikt nie musi go lubić, wystarczy, że będą mu zazdrościć, bać się i go naśladować.
- Jeśli chodzi o porównanie z psem... - Spróbowała wpaść mu w zdanie, jednak bez powodzenia.
- Nic mnie nie obchodzą ich okresy próbne, mam gdzieś ich podwyżki. Dla mnie kończenie kolejnych kursów to rozrywka, wypełnianie teczki osobowej, udowadnianie moim szefom, że jestem świetny, rozwojowy, otwarty! Wcale nie muszę tego robić i nikt mnie nie rozlicza. Dlatego też mam gdzieś pani testy!
Wyrzucał z ust kolejne, nawilżone lepką śliną słowa, każde z nich odrobinę głośniej. Wpatrywała się w niego skrupulatnie, jakby był robakiem, który staje się coraz mniejszy. Jej oczy przypominały obiektyw przykręcony do lufy snajpera, z krzyżykiem pośrodku.
- A ja mam gdzieś pana - wyrzuciła w końcu z siebie. Była pełna rozsierdzonej ulgi. -I może mi pan wierzyć, zamiast robić te cholerne francuskie testy z ludźmi, którymi pan tak pogardza, zamiast w ogóle uczyć ich obcego języka, ja również wolałabym skupić się na tym, jaka jestem świetna, rozwojowa i otwarta.
- Mógłbym rozejrzeć się za czymś dla pani - zaproponował ze skwapliwym szyderstwem.
- To doprawdy uprzejme z pana strony...
Zadarła do góry podbródek.
- Ja jednak pozostanę przy tym, co robię - powiedziała. - Tyle tylko, że muszę zacząć się lepiej starać.
- Jestem tego samego zdania.
- Powinnam mianowicie uczyć tych ludzi - oprócz, oczywiście, języka francuskiego - jak postępować z takimi gnojkami jak pan!
Z tamtych pracowicie przez nią zaplanowanych występów muzyczno-tanecznych także nic wielkiego jej nie wyszło.
Na ten wieczór udało się jej namówić wielu uczniów. Niektórzy, aby sprawić jej przyjemność, przyprowadzili nawet swoje rodziny. Ucieszyła się na ich widok, jakby zapowiadał wspólną fiestę obok części oficjalnej. Jednak to nie wystarczyło; publiczność nie dopisała na miarę jej wyobrażeń i prócz uczniów oraz rodzin artystów niewielu miejscowych mogło docenić jej trudy. Byliśmy tym cokolwiek zażenowani, zwłaszcza jej siedząca w pierwszym rzędzie przyjaciółka, która zdobyła się nawet na przyniesienie kwiatów - co naprawdę nie należało do naszych obyczajów... Wszystko wypadło jakoś blado i ponuro.
Próbowaliśmy jej potem tłumaczyć, że miejscem dla tańców i śpiewów nie jest odrapany szkolny budynek, że my lubimy je na placu, na ulicy... Albo w lokalu, jednak jednym z naszych, w gospodzie, w barze lub jednej z bodegas, bez wystilizowanych dla turystów bzdur. Nasi artyści nie potrzebują sceny, bo jak my lubią czuć się wzajemnie, wąchać się, dotykać. Włączać się do tańca, wspólnie śpiewać. Najlepiej pod gołym niebem.
Jednak ona nas nie zrozumiała. Nawet skrajnie nami rozczarowana nie zmieniła zdania i nadal nalegała, byśmy robili to w jej szkole.