Kobiety w życiu wielkich ludzi - Stanisław Antoni Wotowski

Kup ebooka

24.90 zł
19.92 zł (12,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wielka Teodora

 

Najmniejszą wadą kobiet, które się oddają miłostkomsą ich miłostki.

La Rochefoucauld

 

Jesteśmy na początku VI wieku w Bizancjum...

Potoki słońca zalewają złociste kopuły kościołów, tonące śród zieleni wspaniałe pałace patrycjuszów, w jego blaskach migocą tysiącami barw bogate mozaiki, którymi rozrzutnie ozdobiono domy... Tam i sam z zalotnym uśmiechem, podzwaniając ciężkimi złotymi bransoletami, snują się kobiety dyszące namiętnością i południowym żarem.

Kupcy zachwalają wschodnie towary a młodzież ściga wzrokiem niewieście sylwetki, poszukując towarzyszki do uniesień Erosa...

Jesteśmy na początku VI wieku w Bizancjum, a więc na rubieży starożytności i wieków średnich, na rubieży Europy i Azji... Usta tam jawnie szepcą chrześcijańskie modlitwy, lecz w sercach tkwi jeszcze głęboko kult pogańskiego piękna; czoła chylą się kornie przed posągami świętych, lecz oczy miłośnie się wznoszą do promienistego Apollina i słodkiej w swym wyuzdaniu Wenery... Świat jest niby inny, lecz w gruncie pozostały jeszcze tradycje dekadencji Romy i poetycznej mitologii Hellady...

W cieniu marmurowego portyku stoi dwóch młodzieńców. Ich posągowe, niby w kamei rżnięte profile świadczą, iż należą do potomków władców świata. W pozie znać pewną zniewieściałość, włosy mają kunsztownie trefione, palce pokrywa szereg drogocennych pierścieni.

– Patrz – szepcze jeden z nich, wskazując przechodzącą kobietę. – Klnę się na Bachusa – to istna Afrodyta!

– Ech! – krzywi się pogardliwie drugi.

Mijała ich właśnie wysoka blondynka, niedbale otulona w cieniutkie tkaniny. Spod nich wyzierały jakby toczone posągowe kształty godne dłuta Fidiasza. Szła w aureoli swych złotych włosów, lekko, lubieżnie kołysząc się w biodrach. Przechodząc obrzuciła obserwujących spojrzeniem wielkich niebieskich oczu, w którym było coś z niewinności dziecka i coś z wyuzdania bachantki.

– Czemuś się skrzywił? – pytał dalej pierwszy. – Któż to?

– Nie znasz? – odparł ze śmiechem pytany – Teodora, kurtyzana!

– Cóż z tego! Pragnę ją poznać! Wszak z urody – bogini!

– Nie licuje patrycjuszowi rozmawiać z taką dziewką!

– Czemu? Nie rozumiem?

– Widać, żeś niedawno przybył do stolicy! Toć nie dalej jak dni parę temu na uczcie u Marka Septimusa, czyniła takie bezeceństwa, że aż wstyd mnie, rycerzowi, o tym wspominać!... Nie szlachetna hetera to, a najgorsza ścierka...

– Co słyszę?

– Chyba szatan obdarzył ją dziwną urodą... Lecz mimo rozkosznego ciała, już wstręt tylko budzi!

 

 

*     *

 

*

 

 

Słyszeliśmy niezbyt pochlebne zdanie o kurtyzanie Teodorze, o tej Teodorze, co władczynią najpotężniejszego państwa stać się miała, a na której głowie stara korona bizantyjskich cesarzy jarzyła się nieprzeciętnym blaskiem chwały i sławy! Czy to możliwe? Ta sama Teodora, nierządnica? Tak! Ta sama! Bowiem nie istnieje na świecie rzecz tyle niemożliwa, by możliwą nie była.

Lecz przódy nieco biograficznych danych:

Teodora urodziła się w 501 roku jako córka prostych i bardzo ubogich rodziców. Jej ojciec, Acatius, zajmował „wysoką” posadę dozorcy cyrkowego. Zmarł około 511 roku, pozostawiwszy po sobie nieutuloną w żalu wdowę – która pośpieszyła co rychlej poszukać sobie nowego, aczkolwiek niezupełnie legalnego małżonka – oraz trzy córki: najstarszą Komitę, średnią Teodorę i najmłodszą Anastazję.

Uczucia miłosne winny się zawsze obracać w jednej sferze. Kochankiem pani Acatiusowej został również dygnitarz, czyli, mówiąc wyraźnie, stróż przy amfiteatrze, w którym odbywały się konne igrzyska dwóch największych wówczas partii: niebieskich i zielonych. Gdy jednak po dłuższej służbie, to u zielonych, to u niebieskich, stracił posadę, wdowa jęła się fachu najbardziej intratnego po wszystkie czasy, mianowicie poczęła stręczyć najstarszą Komitę przygodnym przechodniom. By zaś fach ten stał się jeszcze bardziej lukratywnym, wykierowała z czasem córkę na artystkę.

Wprawdzie ten artyzm zacna mama pojmowała swoiście: polegał on na tym, iż pojawiała się Komita w różnych pantomimach i żywych obrazach możliwie rozebrana – lecz właśnie o to najbardziej chodziło, a dobrobyt w domu począł kwitnąć.

Musimy przyznać, że w podobnych warunkach posiadła młoda Teodora wychowanie znakomite. Nosiła za starszą siostrą taboret, na którym ta podczas przerw w przedstawieniach odpoczywała, w domu zaś, usługując w czasie częstych libacji z „wielbicielami talentu”, uzupełniła wykształcenie, słysząc wciąż piosenki i rozmowy wcale niedwuznacznej treści.

Toteż i ona z kolei, zachęcona świetnym przykładem, gdy zaledwie miała lat czternaście, została „artystką”.

Nie była ani tancerką, ani śpiewaczką, lecz popisywała się jako akrobatka i mimiczka. Wspaniale rozwijająca się dziewczyna, w roku piętnastym skończona piękność – nie zapominajmy, że działo się to w Bizancjum, gdzie kobiety dojrzewały znacznie szybciej – zwróciła na siebie powszechną uwagę i skoro tylko ukazywała się na scenie, powstawała burza oklasków.

Nic nie ma nowego pod słońcem. Zmartwię tu wszelakich propagatorów gołej sztuki w teatrze! Występowała Teodora całkowicie nago, jedynie opasana szeroką jedwabną szarfą, z przodu zawiązaną w węzeł szeroki. Lecz i to jej ciążyło i skarżyła się stale biedna, że policja, nieposiadająca zrozumienia prawdziwego piękna po wszystkie czasy, zabrania występować bez wszelkich osłonek. Toteż srodze pokrzywdzona folgowała sobie podczas prób, wprawiając się śród mimów i akrobatów w rzucaniu dyskiem i innych gimnastycznych ćwiczeniach w stroju już zgoła wygodnym, bo w stroju naturalnym i niekrępującym naszej pramatki Ewy!

Gdyby Teodora była poprzestała na tak dziś modnym demonstrowaniu golizny i cyrkowych sztukach, nic by tak w tym dalece rozpaczliwego nie było. Lecz z samego zarania przejawił się niepohamowany, nienasycony temperament.

Z początku szuka kochanków śród kolegów z cyrkowej zgrai; niejednokrotnie przyłapać ją można w objęciach rosłego niewolnika oczekującego przed teatrem na swego pana, w końcu staje się zwykłą kurtyzaną i kupczy ciałem za pieniądze, niemal za byle co – kto ją chce, ten ją ma.

Postępowanie takie nawet w słynnym z rozwiązłości Bizancjum, wywołuje oburzenie. Wszędzie przez wykwintną młodzież zapraszana przedtem Teodora, jako wschodząca gwiazda i cud urody, poczyna być okryta wzgardą. Nawet w rozpuście musi być umiar! Jak cenić kobietę, która jednako namiętnie całuje patrycjusza i akrobatę, rycerza i niewolnika, tragarza i majtka. Punktem kulminacyjnym staje się słynna uczta, podczas której zbytnica rzuca się w objęcia dziesięciu arystokratycznym biesiadnikom, by natychmiast w ich obecności obsypać pieszczotami trzydziestu sługusów...

Scena ta przechodzi, co do bezwstydu wszystko znane w historii!

Nic też dziwnego, że „artystkę” Teodorę uprzejmie wypraszają z teatru, nic też dziwnego, że przy spotkaniu z kurtyzaną przechodnie usuwają się z drogi, jakby obawiając się zabrudzić nieczystym zetknięciem, nic też dziwnego, że ludzie pobożni spotkanie z rana Teodory już za zły omen poczytują...

Raz jeszcze w tym okresie uśmiecha się do niej szczęście, lecz na krótko. Nowo naznaczony prefekt prowincji, Pentanopulus Esebolus, snadź człowiek nieprzesądny, zakochuje się w tym bezdusznym i rozkosznym stworzeniu i uwozi piękną wszetecznicę z Bizancjum, Lecz Teodora nadal szaleje po swojemu. Rozrzuca pieniądze kochanka pełnymi garściami, po nocy z nim spędzonej jest jednako czuła dla jego koniuchów... Oburzony a na pół zrujnowany Esebolus przepędza kurtyzanę bez dalszych ceremonii i odszkodowań... i oto Teodora, niemal nago wyrzucona na ulicę, kupczy sobą, gdzie się da, by nie umrzeć z głodu, by dobrnąć z powrotem do Bizancjum...

Lecz czas mija. Ma już teraz 24 lata, czuje się znużona i wyczerpana. Toć podobne życie może wyniszczyć najpotężniejszy organizm!

Z trudem dociera do stolicy, chora, wynędzniała, przybita, wszak wszędzie ją czeka obojętność lub wzgarda.

Co dalej?

 

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.