Kobiety, o których myślę nocą - Mia Kankimäki

Kup ebooka

52.90 zł
42.32 zł (41,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II

Biała mgła, zima - wio­sna

W dłuż­szej wer­sji moja sy­tu­acja przed­sta­wia się na­stę­pu­jąco.

Li­sto­pad ubie­głego roku, Kioto. Leżę w swoim po­koju z pod­łogą ta­tami, jest lo­do­wato zimno, a ja wła­ści­wie wo­la­ła­bym w ogóle nie wsta­wać z fu­tonu. Przed pa­roma mie­sią­cami uka­zała się moja de­biu­tancka książka i przy­je­cha­łam tu­taj, aby za­sta­no­wić się, co da­lej. Szwen­da­łam się po wą­skich ulicz­kach uko­cha­nego mia­sta, spo­ty­ka­łam się z przy­ja­ciółmi, prze­sia­dy­wa­łam w her­ba­ciar­niach i wę­dro­wa­łam po świą­ty­niach, błysz­czą­cych po­ma­rań­czo­wym bla­skiem je­sieni, te­raz jed­nak w gło­wie czuję lep­kość.

My­ślę, że to ab­so­lutna strefa zero.

Skoń­czy­łam czter­dzie­ści dwa lata. Nie mam męża, dzieci ani pracy. Sprze­da­łam miesz­ka­nie, do­koń­czy­łam swoją pierw­szą książkę i zło­ży­łam osta­teczne wy­po­wie­dze­nie w miej­scu pracy. Wstą­pi­łam do bia­łej mgły - je­stem wolna i cał­ko­wi­cie ode­rwana.

Ale ten ga­tu­nek mgły zdaje się naj­gor­szy z moż­li­wych i na­prawdę nie mam po­ję­cia, co po­win­nam te­raz ro­bić. Do­kąd pójść? Za kim po­dą­żać? Co czter­dzie­sto­let­nia ko­bieta, bez ro­dziny, pracy i domu, może zro­bić ze swoim ży­ciem?

-

Mu­szę przy­znać, że ostat­nie lata były naj­cu­dow­niej­szym okre­sem mo­jego ży­cia. Wy­bra­łam ży­cie na wa­liz­kach, spę­dza­łam czas w Kioto, Lon­dy­nie, Taj­lan­dii i Ber­li­nie, a kiedy prze­by­wa­łam w Fin­lan­dii, po­miesz­ki­wa­łam a to u przy­ja­ciół, któ­rym pil­no­wa­łam domu, a to na pod­da­szu u ro­dzi­ców. Pi­sa­łam książkę i fru­wa­łam na wol­no­ści, owład­nięta tym nie­po­ję­tym uczu­ciem, że mogę wy­ko­rzy­stać czas do­kład­nie tak, jak mi się po­doba.

Kiedy pa­trzę na mo­ich przy­ja­ciół chwie­ją­cych się na gra­nicy wy­pa­le­nia za­wo­do­wego, ogar­nia mnie nie­ja­sne po­czu­cie winy. Zero nie­wol­ni­czych go­dzin pracy, zero ne­go­cja­cji w spra­wie zwol­nień, w domu nikt nie czeka, żeby się nim za­jąć - od­no­szę wra­że­nie, że zdo­ła­łam uciec z Al­ca­traz, a te­raz z nie­wła­ści­wych po­wo­dów bu­jam się na dmu­cha­nym ma­te­racu i ob­ser­wuję ha­rówkę po­zo­sta­łych. Za­krawa na bez­czel­ność, że mogę sama de­cy­do­wać o wszyst­kim, co ro­bię. Chyba jed­nak ży­cie nie ma prawa tak wy­glą­dać?

W za­sa­dzie wszystko jest do­sko­nałe, ale coś mnie przy­tła­cza.

Od­no­szę wra­że­nie, że po­dą­żam w swoim ży­ciu w do­kład­nie prze­ciw­nym kie­runku niż moi przy­ja­ciele. Inni urzą­dzają domy, pieką ciastka mig­da­łowe na szkolne kier­ma­sze swo­ich dzieci, bie­gają w ma­ra­to­nach, ku­pują domki let­nie i fun­dują so­bie luk­su­sowe week­endy w Eu­ro­pie Środ­ko­wej. Ja w wieku czter­dzie­stu lat po­wró­ci­łam do sy­tu­acji ży­cio­wej dwu­dzie­sto­latki - nie ogra­ni­czają mnie żadne obo­wiązki, gra­fik, miej­sce pracy ani tym bar­dziej pie­nią­dze i prze­pro­wa­dzi­łam się do tak ma­łej ka­wa­lerki, że w rów­nie cia­snej klitce nie miesz­ka­łam na­wet w cza­sach stu­diów. Je­stem wolna, ale rów­no­cze­śnie je­stem out­si­derką.

Kiedy jest źle, wy­daje mi się, że przez dwa­dzie­ścia lat nie zdo­ła­łam osią­gnąć ab­so­lut­nie nic.

Kiedy jest do­brze, wy­daje mi się, że zdo­ła­łam się od tego wszyst­kiego uwol­nić.

A te­raz na­le­ża­łoby od­na­leźć w tej po­dróży - ca­łego ży­cia czter­dzie­sto­let­niej ko­biety - nowy kie­ru­nek i sens. Gdy czu­wam, le­żąc na fu­to­nie w Kioto, w gło­wie za­czyna mi świ­tać zu­chwała myśl: może po­win­nam za­cząć po­dą­żać za tymi do­sko­na­łymi ko­bie­tami, o któ­rych my­ślę nocą? Mo­gła­bym pi­sać i po­dró­żo­wać; uda­ła­bym się do ich kra­jo­bra­zów w Afryce, Mek­syku, Po­li­ne­zji, Chi­nach, na pu­styni No­wego Mek­syku, do­okoła świata. Ale niby jak mo­głoby to być moż­liwe?

Któ­re­goś wie­czoru w pew­nej ma­gicz­nej her­ba­ciarni, którą sama zna­la­złam, wy­pi­jam zbyt późno fi­li­żankę moc­nej ja­sno­zie­lo­nej mat­chy i mój mózg za­czyna pra­co­wać na peł­nych ob­ro­tach. My­ślę, że miej­sce, które wła­śnie te­raz naj­bar­dziej mnie in­te­re­suje, to Afryka. I że Afryka jest dia­bel­nie prze­ra­ża­jąca. Ale wła­śnie dla­tego mu­szę tam po­je­chać.

Gdy wra­cam z Kioto do Fin­lan­dii, po­sta­na­wiam wy­słać pocztą swoją de­biu­tancką książkę do Tan­za­nii. Na paczce pi­szę ad­res zna­le­ziony w in­ter­ne­cie: Box 10, Aru­sza, Tan­za­nia. Wy­sy­łam Sei Sh?na­gon pew­nemu fiń­skiemu ba­da­czowi dzi­kich zwie­rząt - pod pre­tek­stem tego, że jego na­zwi­sko pada na dwu­dzie­stej szó­stej stro­nie książki, i do­łą­czam kartkę, na któ­rej zdra­dzam, że ma­rzę o po­dróży przez sa­wannę. Z roz­ma­rze­niem (i ab­so­lut­nie ab­sur­dal­nie) my­ślę o tym, jak Sei, moja po­słanka, zwia­dow­czyni, eg­zo­tyczna przy­nęta, mo­głaby i mnie po­rwać w po­dróż.

I tak wła­śnie robi.

W syl­we­stra do­staję wia­do­mość od fiń­skiego ba­da­cza przy­rody: "Dzię­kuję za książkę! Na­pi­szę wię­cej w e-ma­ilu, ale je­śli masz ochotę, przy­jeż­dżaj, kiedy chcesz".

Je­śli ocze­ki­wa­łam na ja­kiś znak, to wła­śnie nad­szedł. Czuję, jak w żo­łądku ro­śnie mi strach, ale, cho­lera ja­sna, je­śli te­raz nie od­ważę się wy­je­chać, to ni­gdy so­bie tego nie wy­ba­czę! Nie znam tego ca­łego Ol­lego ani tro­chę, ni­gdy się nie spo­tka­li­śmy, ale na pod­sta­wie jego ksią­żek trak­tu­ją­cych o przy­ro­dzie tan­zań­skiej i jed­nej roz­mowy sprzed trzech lat wy­ro­bi­łam so­bie na jego te­mat opi­nię czło­wieka uj­mu­jąco szcze­rego (i nad­zwy­czaj ga­da­tli­wego). Czy­tam w sieci, że ma dom na pro­win­cji gdzieś nie­da­leko Aru­szy - czy to tam mnie za­pra­sza? (Oczami wy­obraźni wi­dzę już ja­ka­randy ro­snące po obu stro­nach uli­czek, ku­cha­rzy oraz ogrod­ni­ków, ale w grę może wcho­dzić byle cha­łu­pina z gliny). On chyba nie wy­obraża so­bie, że mam wo­bec niego ja­kieś ro­man­tyczne za­miary, skoro tak mi za­leży na przy­jeź­dzie? (Mój eks: "Słu­chaj, je­śli biały męż­czy­zna mieszka w Afryce, to bar­dzo wąt­pię, żeby ja­kaś Finka w śred­nim wieku miała sta­no­wić dla niego wielką atrak­cję").

Może to jest je­dyny mo­ment, by wy­ko­rzy­stać konto Ka­ren Bli­xen - konto oszczęd­no­ściowe, na któ­rym przez lata gro­ma­dzi­łam pie­nią­dze z my­ślą o po­dró­żach ma­rzeń. O wszyst­kich tych po­dró­żach, w które albo się od­ważę wy­je­chać, albo nie.

Ka­ren Bli­xen jest dla mnie uoso­bie­niem nie tylko nie­zna­nych kon­ty­nen­tów i dzi­kiej afry­kań­skiej przy­rody, lecz także god­nej na­śla­do­wa­nia od­wagi.

By­łam w Afryce dwu­krot­nie: obie po­dróże oka­zały się speł­nie­niem mo­ich ma­rzeń i pod­czas obu umie­ra­łam ze stra­chu. Trudno mi wy­tłu­ma­czyć, jak kto­kol­wiek może się bać w cza­sie zor­ga­ni­zo­wa­nej wy­cieczki, bo na czymś ta­kim wpada się ra­czej w odrę­twie­nie - po­dró­żu­jąc po Afryce Po­łu­dnio­wej, spę­dza­li­śmy tyle go­dzin w po­zy­cji sie­dzą­cej (zda­rzało nam się prze­jeż­dżać sie­dem­set ki­lo­me­trów dzien­nie), że gdy wresz­cie pół­przy­tomna wy­sia­da­łam z mi­ni­busa gdzieś po­środku pro­win­cji Eswa­tini, aby roz­ru­szać nogi, nie chciało mi się na­wet zdej­mo­wać z szyi na­dmu­chi­wa­nej po­duszki. A mimo to czu­łam strach. Gdy spę­dza­łam pierw­szą noc na sa­fari i po raz pierw­szy usły­sza­łam ryk lwa, ba­łam się tak bar­dzo, że szczę­ka­łam zę­bami. (Nie wie­dzia­łam wcze­śniej, że zęby na­prawdę mogą szczę­kać ze stra­chu).

Z ko­lei Ka­ren Bli­xen na pewno się nie bała. Pro­wa­dziła farmę na pła­sko­wyżu Afryki Wschod­niej i od­by­wała trwa­jące ty­go­dniami i mie­sią­cami po­lo­wa­nia, pod­czas któ­rych ja­dało się przy­go­to­wane przez słu­żą­cych ko­la­cje przy ogni­sku, piło szam­pana z krysz­ta­łów i słu­chało Schu­berta z gra­mo­fo­no­wych płyt. W mo­ich wy­obra­że­niach Ka­ren Bli­xen ma na so­bie długą spód­nicę, białą bluzkę i sznu­ro­wane skó­rzane buty, a w tle wi­dać bez­kres żół­tych traw sa­wanny, pa­ra­so­lo­wate drzewa aka­cji, ze­bry, ży­rafy i ma­szynę do pi­sa­nia. Kto oglą­dał film Syd­neya Pol­lacka, praw­do­po­dob­nie wi­dzi na tym ob­razku także przy­stoj­nego męż­czy­znę wspar­tego na łok­ciach i z chu­stą na szyi.

Dzięki lek­tu­rze Po­że­gna­nia z Afryką, au­to­bio­gra­ficz­nej książki Ka­ren Bli­xen, staje się ja­sne, że Ka­ren była od­ważna, mą­dra i zdolna wszystko za­ła­twić, miała też godne po­zaz­drosz­cze­nia umie­jęt­no­ści prze­trwa­nia. Nie­kiedy wy­daje się wręcz nie­do­ści­głą su­per­ko­bietą. Na­wet po­bieżna li­sta za­sług stwo­rzona na pod­sta­wie książki robi wra­że­nie:

1. Ka­ren ho­duje kawę w Afryce.

2. Ka­ren do­sko­nale po­luje. Pew­nego razu Ma­sa­jo­wie pro­szą ją o za­strze­le­nie lwa nę­ka­ją­cego by­dło, cza­sem za­bija ze­brę lub dwie na nie­dzielny obiad dla służby.

3. Ka­ren wy­pra­wia się w dziki te­ren. Wy­jeż­dża sama w to­wa­rzy­stwie Ki­ku­ju­sów i So­ma­lij­czy­ków i ze swo­imi psami jeź­dzi konno mię­dzy sta­dami an­ty­lop.

4. Ka­ren cie­szy się sławą le­karki, która co rano przyj­muje pa­cjen­tów. Cho­rzy cier­pią na dżumę, ospę, ty­fus, mają rany, stłu­cze­nia, po­ury­wane koń­czyny, opa­rze­nia i uką­sze­nia wę­żów, a w naj­trud­niej­szych przy­pad­kach Ka­ren za­wozi ich do szpi­tala w Na­irobi lub na mi­sję. Raz sama przedaw­ko­wuje przez przy­pa­dek ar­sze­nik, ale wpada na to, by po­szu­kać ra­tunku w po­wie­ści Ale­xan­dra Du­masa, i udaje jej się zneu­tra­li­zo­wać dzia­ła­nie tru­ci­zny za po­mocą mleka i białka jaja.

5. Ka­ren jest też na­uczy­cielką, sę­dzią i dzia­łaczką cha­ry­ta­tywną. Za­ło­żyła na swo­jej far­mie szkołę i działa jako ar­bi­ter w spo­rach po­mię­dzy miej­sco­wymi. Po­ran­kami zbiera kawę wraz ze swo­imi pra­cow­ni­kami, któ­rych ko­cha. W nie­dziele roz­dziela wśród sta­rych ko­biet ta­bakę.

6. Pew­nego razu Ka­ren znaj­duje na ścieżce ciało sta­rego Knud­sena i ra­zem z tu­byl­czym chłop­cem prze­nosi je do chaty. Nie boi się zmar­łych, w prze­ci­wień­stwie do miej­sco­wych (i mnie). Nie boi się też ni­czego in­nego.

7. Ka­ren jest fe­no­me­nalną ku­charką. Zdo­była umie­jęt­no­ści u fran­cu­skiego szefa kuchni w do­sko­na­łej duń­skiej re­stau­ra­cji, a jej przy­ję­cia słyną w ca­łej wschod­niej Afryce.

8. Gdy pora desz­czowa nie chce na­dejść, Ka­ren wie­czo­rami pi­sze opo­wia­da­nia. To oczy­wi­ste, że po­trafi pi­sać. Jej głos jest spo­kojny, przej­rzy­sty i czuły. To silna ko­bieta, która wie, kim jest. Ona ro­zu­mie, ona po­trafi i nic nią nie za­chwieje.

Być jak Ka­ren!

No ale naj­wy­raź­niej nie je­stem. Sie­dzę na fo­telu w sa­mo­lo­cie KLM i czuję na­ra­sta­jącą pa­nikę. Do­trę do Ki­li­man­dżaro o dzie­wią­tej wie­czo­rem, w sam śro­dek afry­kań­skich ciem­no­ści. Czy ten Olli w ogóle się po­jawi, żeby mnie ode­brać?

W ma­ilu py­ta­łam go o mo­ski­tiery i "grun­towne spry­ski­wa­nie ubrań per­me­tryną", które prze­wod­niki tu­ry­styczne zde­cy­do­wa­nie za­le­cają do ochrony przed ma­la­rią, ale Olli na­ka­zał mi się uspo­koić: je­śli będę pa­mię­tać o pro­fi­lak­tycz­nych le­kach, spo­koj­nie mogę po­da­ro­wać so­bie całą resztę. Mimo to dam so­bie głowę uciąć, że le­karka z ośrodka zdro­wia wy­glą­dała na zmar­twioną, kiedy prze­pi­sy­wała mi re­ceptę na an­ty­ma­la­ryk.

Nie daje mi spo­koju myśl, że cała za­chod­nia kon­cep­cja Afryki jest wła­śnie tak jed­no­stronna i znie­kształ­cona, jak oce­nił to chi­lij­ski ar­ty­sta Al­fredo Jaar, któ­rego wy­stawę do­piero co oglą­da­łam w mu­zeum sztuki współ­cze­snej Kia­sma. Ze­brane przez niego okładki cza­so­pi­sma "Ti­mes" po­ka­zują z do­bitną ja­sno­ścią, ja­kimi wy­obra­że­niami na te­mat Afryki je­ste­śmy kar­mieni: dzi­kie zwie­rzęta, klę­ska głodu, cho­roby i wojny. Z ko­lei mia­sta, ży­cie kul­tu­ralne i uni­wer­sy­tety - całe zwy­czajne ży­cie afry­kań­skiej klasy śred­niej - zo­stały sku­tecz­nie wy­ma­zane. Sama nie je­stem lep­sza: kiedy my­ślę o Afryce, my­ślę o cho­ro­bach, pro­ble­mach z hi­gieną i ata­kach ter­ro­ry­stycz­nych. O na­pa­dach, gwał­tach, po­rwa­niach, wy­pad­kach dro­go­wych. O ko­ma­rach, wę­żach, mu­chach tse-tse. Ame­bach, bil­har­cjo­zie, ma­la­rii mó­zgo­wej. O roz­wol­nie­niu, po­ra­że­niu sło­necz­nym, żół­tej fe­brze, cho­le­rze, HIV i eboli.

Albo jesz­cze go­rzej: my­ślę o czymś, czego w ogóle nie ma. Kiedy py­tam o wska­zówki paru pra­cu­ją­cych w Na­irobi przy­ja­ciół mo­ich przy­ja­ciół, do­ciera do mnie, że kar­mię się nie­stwo­rzo­nymi mrzon­kami. Ci lu­dzie mó­wią o wiel­kiej dziel­nicy slum­sów w Ki­be­rze i o dzia­łal­no­ści or­ga­ni­za­cji wspie­ra­ją­cych uchodź­ców, bo dla nich jest rze­czą oczy­wi­stą, że do Ke­nii je­dzie się po to, by pra­co­wać w po­mocy roz­wo­jo­wej, w obo­zach uchodź­ców albo z dziećmi ulicy. Nie śmiem im się przy­znać, o czym ma­rzę: o sa­fari w stylu ko­lo­nial­nym i cza­rze mi­nio­nego świata. O tym, by la­tać mi­ni­sa­mo­lo­tem nad sa­wanną, za­cząć ro­zu­mieć ję­zyk słoni i spoj­rzeć pro­sto w oczy lwa. Chcia­ła­bym sie­dzieć wie­czo­rami na roz­kła­da­nym krze­sełku przed na­mio­tem i pi­sać na sta­ro­świec­kiej ma­szy­nie albo czy­tać książkę w skó­rza­nej opra­wie, ma­jąc w za­sięgu ręki drinka w krysz­ta­ło­wym kie­liszku.

Nie­za­leż­nie od przy­go­to­wań do po­dróży i ba­dań nad Ka­ren ta wio­sna jest wy­jąt­kowo spe­cy­ficzna. W lu­tym prze­cho­dzę skom­pli­ko­wany za­bieg usu­nię­cia zę­bów mą­dro­ści, po któ­rym przez trzy ty­go­dnie nie je­stem w sta­nie otwo­rzyć ust. Leżę na pod­da­szu w domu ro­dzi­ców, otu­ma­niona le­kami, piję przez słomkę papki, które przy­go­to­wuje dla mnie mama, czy­tam Afrikka-kirja au­tor­stwa Ak­se­lego Gal­len-Kal­leli i za­zdrosz­czę hi­po­po­ta­mom z te­le­wi­zji, które po­tra­fią otwo­rzyć pasz­czę pod ką­tem stu osiem­dzie­się­ciu stopni. Z ko­lei w marcu z po­wodu pro­ble­mów z gar­dłem tra­fiam na te­ra­pię, gdzie wy­ko­nuję co dziw­niej­sze ćwi­cze­nia emi­sji głosu, mię­dzy in­nymi śpie­wam wraz ze swoją te­ra­peutką hymn Fin­lan­dii na dwa głosy, dmu­cha­jąc w szklaną rurkę umiesz­czoną w szklance wody. Naj­bar­dziej ab­sur­dalny jest jed­nak wy­nik ba­da­nia od­wzo­ro­wu­ją­cego moją skalę gło­sową - oka­zuje się, że mó­wię naj­niż­szym moż­li­wym gło­sem w swo­jej skali, mimo że tak na­prawdę je­stem so­pra­nem. So­pra­nem! Koń by się uśmiał. Całe moje ja opie­rało się na prze­świad­cze­niu, że je­stem po­sęp­nym i fleg­ma­tycz­nym al­tem, ale te­raz na­gle mam się stać kimś zu­peł­nie in­nym - ra­do­snym, pod­eks­cy­to­wa­nym i peł­nym ener­gii czło­wie­kiem, który przez czter­dzie­ści dwa lata swego ży­cia po­słu­gi­wał się nie swoim gło­sem!

Ta sym­bo­lika jest świ­dru­jąca, wszak wy­bie­ram się w tę po­dróż wła­śnie po to, by od­na­leźć nowy wła­sny głos: głos od­waż­nej ko­biety, która kro­czy przez ży­cie ze swo­bod­nym uśmie­chem.

Jesz­cze go nie zna­la­złam.

Pi­szę na ser­wetce wia­do­mość do Ka­ren. Nie wiem wtedy, że mój sto­su­nek do niej okaże się z cza­sem za­ska­ku­jąco am­bi­wa­lentny.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

W SE­RII DZIEŁ PI­SA­RZY SKAN­DY­NAW­SKICHUKA­ZAŁY SIĘ DO­TYCH­CZAS:

Roy JACOB­SEN, Nie­godni, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Ka­rin SMIR­NOFF, Wra­cam do domu, prze­ło­żyła Agata Te­pe­rek

Carl Frode TIL­LER, Ucieczka, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Tun­kiel

Nina WÄHÄ, Ba­betta, prze­ło­żyła Ju­styna Kwiat­kow­ska

Ka­rin SMIR­NOFF, Je­dziemy z matką na pół­noc, prze­ło­żyła Agata Te­pe­rek

Tar­jei VESAAS, Wio­senna noc / Za­mek z lodu, prze­ło­żyła Ma­ria Go­łę­biew­ska-Bi­jak

Tommi KIN­NU­NEN, Po­wie­działa, że nie ża­łuje, prze­ło­żył Se­ba­stian Mu­sie­lak

Roy JACOB­SEN, An­ne­liese PITZ, Czło­wiek, który ko­chał Sy­be­rię, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Helga FLA­TLAND, Ostatni raz, prze­ło­żyła Ka­ro­lina Droz­dow­ska

Ka­rin SMIR­NOFF, Po­je­cha­łam do brata na po­łu­dnie, prze­ło­żyła Agata Te­pe­rek

Nina WÄHÄ, Te­sta­ment, prze­ło­żyła Ju­styna Cze­chow­ska

Kjell WESTÖ, Niebo w ko­lo­rze siarki, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Tu­by­le­wicz

Roy JACOB­SEN, Tylko matka, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Knut HAM­SUN, Sza­rady, prze­ło­żyła Ma­ria Go­łę­biew­ska-Bi­jak

Laura LIN­D­STEDT, One­iron, prze­ło­żył Se­ba­stian Mu­sie­lak

Roy JACOB­SEN, Oczy z Ri­gela, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Stig DAGER­MAN, Po­pa­rzone dziecko, prze­ło­żyła Ju­styna Cze­chow­ska

Au­?ur Ava OLA­FS­DÓT­TIR, Bli­zna, prze­ło­żył Ja­cek Go­dek

Jo­nas T. BENGTS­SON, Ży­cie Sus, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Roy JACOB­SEN, Białe mo­rze, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Ka­ren BLI­XEN, Po­że­gna­nie z Afryką, prze­ło­żyli Jó­zef Gie­buł­to­wicz i Ja­dwiga Piąt­kow­ska

Carl Frode TIL­LER, Po­czątki, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Tun­kiel

Helga FLA­TLAND, Współ­cze­sna ro­dzina, prze­ło­żyła Ka­ro­lina Droz­dow­ska

Roy JACOB­SEN, Nie­wi­dzialni, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

I

Nocne ko­biety: Wy­zna­nie

Je­stem M. Mam czter­dzie­ści trzy lata. Pod­czas nie­zli­czo­nych nocy w ciągu mi­nio­nych lat my­śla­łam o ko­bie­tach - i nie ma to naj­mniej­szego związku z sek­sem.

My­śla­łam o ko­bie­tach pod­czas bez­sen­nych nocy, kiedy moje ży­cie / sprawy dam­sko-mę­skie / ogólne na­sta­wie­nie sta­wały się nie do znie­sie­nia, a okropna go­dzina wilka zda­wała się trwać bez końca. Pod­czas tych nocy zgro­ma­dzi­łam dla sie­bie nie­wi­dzialną straż przy­boczną zło­żoną z hi­sto­rycz­nych ko­biet, mo­ich świę­tych pa­tro­nek, które wska­zują mi drogę.

Ich ży­cie nie bie­gło utar­tymi szla­kami. Te in­spi­ru­jące nocne ko­biety ła­mały gra­nice i ro­biły rze­czy, któ­rych nikt od nich nie ocze­ki­wał. Wiele z nich było ar­tyst­kami i pi­sar­kami, tymi, któ­rych praca jest sa­mot­ni­cza i ukie­run­ko­wana do we­wnątrz. Więk­szość nie miała ro­dziny lub dzieci, a ich związki z męż­czy­znami od­bie­gały od tra­dy­cyj­nych. Spora część wy­ru­szała w po­dróże lub prze­pro­wa­dzała się do no­wej kul­tury i już w doj­rza­łym wieku do­ko­ny­wała prze­ło­mo­wych ży­cio­wych zmian. Nie­które przez całe ży­cie miesz­kały ze swo­imi mat­kami, roz­liczne zma­gały się z cho­ro­bami i pro­ble­mami zdro­wia psy­chicz­nego, ale wszyst­kie po­dą­żały za swo­imi pa­sjami i po­dej­mo­wały de­cy­zje, nie zwa­ża­jąc na du­cha cza­sów, w ja­kich żyły. Te wła­śnie godne na­śla­do­wa­nia ko­biety miały być moim pla­nem B - który zre­ali­zuję, gdyby wszystko inne wzięło w łeb.

Na mo­jej li­ście znaj­duje się Sei Sh?na­gon, dama dworu i pi­sarka ży­jąca ty­siąc lat temu w Kioto, która zo­stała bo­ha­terką mo­jej pierw­szej książki. Ale są też inne. No­cami my­ślę o Fri­dzie Kahlo; jej bio­gra­fię prze­czy­ta­łam, gdy mia­łam osiem­na­ście lat, i ta książka zmie­niła moje my­śle­nie o ko­bie­co­ści. My­ślę o Geo­r­gii O'Ke­effe, która wy­lą­do­wała sa­mot­nie na pu­styni w No­wym Mek­syku, aby ma­lo­wać czaszki ba­wo­łów, i wy­ru­szyła w swoją pierw­szą po­dróż do­okoła świata w wieku po­nad sie­dem­dzie­się­ciu lat. My­ślę o Ja­ponce Yayoi Ku­sa­mie, która po­sta­no­wiła zo­stać ar­tystką i na­pi­sała do Geo­r­gii O'Ke­effe z prośbą o po­radę, a lata póź­niej, po tym jak wstrzą­snęła no­wo­jor­skim świa­tem sztuki lat sześć­dzie­sią­tych, po­wró­ciła do To­kio, gdzie po­pro­siła o moż­li­wość za­miesz­ka­nia w szpi­talu psy­chia­trycz­nym. My­ślę o Ka­ren Bli­xen, która udała się za mę­żem do Afryki, a ko­niec koń­ców mu­siała sa­mo­dziel­nie pro­wa­dzić farmę. My­ślę o Jane Au­sten, która zmo­der­ni­zo­wała całą sztukę po­wie­ściową, choć była starą panną z an­giel­skiej pro­win­cji, miesz­ka­jącą na pod­da­szu w domu swo­ich ro­dzi­ców. My­ślę o Emie Sa­ik?, ja­poń­skiej po­etce i ar­ty­stce okresu Edo: w go­dzi­nie wilka jej spo­kój zsyła wresz­cie na mnie sen.

Za­sta­na­wiam się, skąd wszyst­kie te ko­biety czer­pały od­wagę. Co by mi po­ra­dziły, gdy­by­śmy się spo­tkały? A przede wszyst­kim: czy mo­gła­bym wy­ru­szyć w wy­prawę ich śla­dem?

Je­stem w tej po­dróży już od ja­kie­goś czasu. Mój umysł roz­pa­lają ko­lejne za­po­mniane nocne ko­biety, od­naj­duję ich co­raz wię­cej, a w mo­jej gło­wie roz­ra­sta się wciąż ich sieć - ży­ją­cych w róż­nych stu­le­ciach i róż­nych za­kąt­kach świata. Liczne Mary, Ka­ren, Idy, Nel­lie, Mar­thy, Ale­xiny, So­fo­nisby, Bat­ti­sty - pi­sarki, ar­tystki, od­kryw­czy­nie, stare panny cier­piące na de­pre­sję, ko­re­spon­dentki wo­jenne, żony re­ne­san­so­wych ary­sto­kra­tów.

To ko­biety, o któ­rych my­ślę nocą. Po­cząt­kowo de­li­be­ro­wa­łam nad nimi pod­czas bez­sen­nych go­dzin w po­szu­ki­wa­niu siły, in­spi­ra­cji i sensu ży­cia. Dziś nie mogę przez nie spać, po­nie­waż mnie eks­cy­tują. Dla­czego mi się uka­zały, ucze­piły się mnie, po­cią­gnęły mnie za sobą? Dla­czego po­roz­kła­da­łam ich fo­to­gra­fie na ca­łym biurku; dla­czego książki, które o nich opo­wia­dają, ro­sną na pod­ło­dze w co­raz wyż­szych sto­sach; dla­czego zbie­ram szcze­góły na te­mat tych ko­biet jak ta­li­zmany?

Roz­pocznę od po­czątku, od pierw­szej fo­to­gra­fii.

Ale naj­pierw mu­szę spa­ko­wać wa­lizkę, bo wkrótce mam sa­mo­lot.