II
Biała mgła, zima - wiosna
W dłuższej wersji moja sytuacja przedstawia się następująco.
Listopad ubiegłego roku, Kioto. Leżę w swoim pokoju z podłogą tatami, jest lodowato zimno, a ja właściwie wolałabym w ogóle nie wstawać z futonu. Przed paroma miesiącami ukazała się moja debiutancka książka i przyjechałam tutaj, aby zastanowić się, co dalej. Szwendałam się po wąskich uliczkach ukochanego miasta, spotykałam się z przyjaciółmi, przesiadywałam w herbaciarniach i wędrowałam po świątyniach, błyszczących pomarańczowym blaskiem jesieni, teraz jednak w głowie czuję lepkość.
Myślę, że to absolutna strefa zero.
Skończyłam czterdzieści dwa lata. Nie mam męża, dzieci ani pracy. Sprzedałam mieszkanie, dokończyłam swoją pierwszą książkę i złożyłam ostateczne wypowiedzenie w miejscu pracy. Wstąpiłam do białej mgły - jestem wolna i całkowicie oderwana.
Ale ten gatunek mgły zdaje się najgorszy z możliwych i naprawdę nie mam pojęcia, co powinnam teraz robić. Dokąd pójść? Za kim podążać? Co czterdziestoletnia kobieta, bez rodziny, pracy i domu, może zrobić ze swoim życiem?
-
Muszę przyznać, że ostatnie lata były najcudowniejszym okresem mojego życia. Wybrałam życie na walizkach, spędzałam czas w Kioto, Londynie, Tajlandii i Berlinie, a kiedy przebywałam w Finlandii, pomieszkiwałam a to u przyjaciół, którym pilnowałam domu, a to na poddaszu u rodziców. Pisałam książkę i fruwałam na wolności, owładnięta tym niepojętym uczuciem, że mogę wykorzystać czas dokładnie tak, jak mi się podoba.
Kiedy patrzę na moich przyjaciół chwiejących się na granicy wypalenia zawodowego, ogarnia mnie niejasne poczucie winy. Zero niewolniczych godzin pracy, zero negocjacji w sprawie zwolnień, w domu nikt nie czeka, żeby się nim zająć - odnoszę wrażenie, że zdołałam uciec z Alcatraz, a teraz z niewłaściwych powodów bujam się na dmuchanym materacu i obserwuję harówkę pozostałych. Zakrawa na bezczelność, że mogę sama decydować o wszystkim, co robię. Chyba jednak życie nie ma prawa tak wyglądać?
W zasadzie wszystko jest doskonałe, ale coś mnie przytłacza.
Odnoszę wrażenie, że podążam w swoim życiu w dokładnie przeciwnym kierunku niż moi przyjaciele. Inni urządzają domy, pieką ciastka migdałowe na szkolne kiermasze swoich dzieci, biegają w maratonach, kupują domki letnie i fundują sobie luksusowe weekendy w Europie Środkowej. Ja w wieku czterdziestu lat powróciłam do sytuacji życiowej dwudziestolatki - nie ograniczają mnie żadne obowiązki, grafik, miejsce pracy ani tym bardziej pieniądze i przeprowadziłam się do tak małej kawalerki, że w równie ciasnej klitce nie mieszkałam nawet w czasach studiów. Jestem wolna, ale równocześnie jestem outsiderką.
Kiedy jest źle, wydaje mi się, że przez dwadzieścia lat nie zdołałam osiągnąć absolutnie nic.
Kiedy jest dobrze, wydaje mi się, że zdołałam się od tego wszystkiego uwolnić.
A teraz należałoby odnaleźć w tej podróży - całego życia czterdziestoletniej kobiety - nowy kierunek i sens. Gdy czuwam, leżąc na futonie w Kioto, w głowie zaczyna mi świtać zuchwała myśl: może powinnam zacząć podążać za tymi doskonałymi kobietami, o których myślę nocą? Mogłabym pisać i podróżować; udałabym się do ich krajobrazów w Afryce, Meksyku, Polinezji, Chinach, na pustyni Nowego Meksyku, dookoła świata. Ale niby jak mogłoby to być możliwe?
Któregoś wieczoru w pewnej magicznej herbaciarni, którą sama znalazłam, wypijam zbyt późno filiżankę mocnej jasnozielonej matchy i mój mózg zaczyna pracować na pełnych obrotach. Myślę, że miejsce, które właśnie teraz najbardziej mnie interesuje, to Afryka. I że Afryka jest diabelnie przerażająca. Ale właśnie dlatego muszę tam pojechać.
Gdy wracam z Kioto do Finlandii, postanawiam wysłać pocztą swoją debiutancką książkę do Tanzanii. Na paczce piszę adres znaleziony w internecie: Box 10, Arusza, Tanzania. Wysyłam Sei Sh?nagon pewnemu fińskiemu badaczowi dzikich zwierząt - pod pretekstem tego, że jego nazwisko pada na dwudziestej szóstej stronie książki, i dołączam kartkę, na której zdradzam, że marzę o podróży przez sawannę. Z rozmarzeniem (i absolutnie absurdalnie) myślę o tym, jak Sei, moja posłanka, zwiadowczyni, egzotyczna przynęta, mogłaby i mnie porwać w podróż.
I tak właśnie robi.
W sylwestra dostaję wiadomość od fińskiego badacza przyrody: "Dziękuję za książkę! Napiszę więcej w e-mailu, ale jeśli masz ochotę, przyjeżdżaj, kiedy chcesz".
Jeśli oczekiwałam na jakiś znak, to właśnie nadszedł. Czuję, jak w żołądku rośnie mi strach, ale, cholera jasna, jeśli teraz nie odważę się wyjechać, to nigdy sobie tego nie wybaczę! Nie znam tego całego Ollego ani trochę, nigdy się nie spotkaliśmy, ale na podstawie jego książek traktujących o przyrodzie tanzańskiej i jednej rozmowy sprzed trzech lat wyrobiłam sobie na jego temat opinię człowieka ujmująco szczerego (i nadzwyczaj gadatliwego). Czytam w sieci, że ma dom na prowincji gdzieś niedaleko Aruszy - czy to tam mnie zaprasza? (Oczami wyobraźni widzę już jakarandy rosnące po obu stronach uliczek, kucharzy oraz ogrodników, ale w grę może wchodzić byle chałupina z gliny). On chyba nie wyobraża sobie, że mam wobec niego jakieś romantyczne zamiary, skoro tak mi zależy na przyjeździe? (Mój eks: "Słuchaj, jeśli biały mężczyzna mieszka w Afryce, to bardzo wątpię, żeby jakaś Finka w średnim wieku miała stanowić dla niego wielką atrakcję").
Może to jest jedyny moment, by wykorzystać konto Karen Blixen - konto oszczędnościowe, na którym przez lata gromadziłam pieniądze z myślą o podróżach marzeń. O wszystkich tych podróżach, w które albo się odważę wyjechać, albo nie.
Karen Blixen jest dla mnie uosobieniem nie tylko nieznanych kontynentów i dzikiej afrykańskiej przyrody, lecz także godnej naśladowania odwagi.
Byłam w Afryce dwukrotnie: obie podróże okazały się spełnieniem moich marzeń i podczas obu umierałam ze strachu. Trudno mi wytłumaczyć, jak ktokolwiek może się bać w czasie zorganizowanej wycieczki, bo na czymś takim wpada się raczej w odrętwienie - podróżując po Afryce Południowej, spędzaliśmy tyle godzin w pozycji siedzącej (zdarzało nam się przejeżdżać siedemset kilometrów dziennie), że gdy wreszcie półprzytomna wysiadałam z minibusa gdzieś pośrodku prowincji Eswatini, aby rozruszać nogi, nie chciało mi się nawet zdejmować z szyi nadmuchiwanej poduszki. A mimo to czułam strach. Gdy spędzałam pierwszą noc na safari i po raz pierwszy usłyszałam ryk lwa, bałam się tak bardzo, że szczękałam zębami. (Nie wiedziałam wcześniej, że zęby naprawdę mogą szczękać ze strachu).
Z kolei Karen Blixen na pewno się nie bała. Prowadziła farmę na płaskowyżu Afryki Wschodniej i odbywała trwające tygodniami i miesiącami polowania, podczas których jadało się przygotowane przez służących kolacje przy ognisku, piło szampana z kryształów i słuchało Schuberta z gramofonowych płyt. W moich wyobrażeniach Karen Blixen ma na sobie długą spódnicę, białą bluzkę i sznurowane skórzane buty, a w tle widać bezkres żółtych traw sawanny, parasolowate drzewa akacji, zebry, żyrafy i maszynę do pisania. Kto oglądał film Sydneya Pollacka, prawdopodobnie widzi na tym obrazku także przystojnego mężczyznę wspartego na łokciach i z chustą na szyi.
Dzięki lekturze Pożegnania z Afryką, autobiograficznej książki Karen Blixen, staje się jasne, że Karen była odważna, mądra i zdolna wszystko załatwić, miała też godne pozazdroszczenia umiejętności przetrwania. Niekiedy wydaje się wręcz niedościgłą superkobietą. Nawet pobieżna lista zasług stworzona na podstawie książki robi wrażenie:
1. Karen hoduje kawę w Afryce.
2. Karen doskonale poluje. Pewnego razu Masajowie proszą ją o zastrzelenie lwa nękającego bydło, czasem zabija zebrę lub dwie na niedzielny obiad dla służby.
3. Karen wyprawia się w dziki teren. Wyjeżdża sama w towarzystwie Kikujusów i Somalijczyków i ze swoimi psami jeździ konno między stadami antylop.
4. Karen cieszy się sławą lekarki, która co rano przyjmuje pacjentów. Chorzy cierpią na dżumę, ospę, tyfus, mają rany, stłuczenia, pourywane kończyny, oparzenia i ukąszenia wężów, a w najtrudniejszych przypadkach Karen zawozi ich do szpitala w Nairobi lub na misję. Raz sama przedawkowuje przez przypadek arszenik, ale wpada na to, by poszukać ratunku w powieści Alexandra Dumasa, i udaje jej się zneutralizować działanie trucizny za pomocą mleka i białka jaja.
5. Karen jest też nauczycielką, sędzią i działaczką charytatywną. Założyła na swojej farmie szkołę i działa jako arbiter w sporach pomiędzy miejscowymi. Porankami zbiera kawę wraz ze swoimi pracownikami, których kocha. W niedziele rozdziela wśród starych kobiet tabakę.
6. Pewnego razu Karen znajduje na ścieżce ciało starego Knudsena i razem z tubylczym chłopcem przenosi je do chaty. Nie boi się zmarłych, w przeciwieństwie do miejscowych (i mnie). Nie boi się też niczego innego.
7. Karen jest fenomenalną kucharką. Zdobyła umiejętności u francuskiego szefa kuchni w doskonałej duńskiej restauracji, a jej przyjęcia słyną w całej wschodniej Afryce.
8. Gdy pora deszczowa nie chce nadejść, Karen wieczorami pisze opowiadania. To oczywiste, że potrafi pisać. Jej głos jest spokojny, przejrzysty i czuły. To silna kobieta, która wie, kim jest. Ona rozumie, ona potrafi i nic nią nie zachwieje.
Być jak Karen!
No ale najwyraźniej nie jestem. Siedzę na fotelu w samolocie KLM i czuję narastającą panikę. Dotrę do Kilimandżaro o dziewiątej wieczorem, w sam środek afrykańskich ciemności. Czy ten Olli w ogóle się pojawi, żeby mnie odebrać?
W mailu pytałam go o moskitiery i "gruntowne spryskiwanie ubrań permetryną", które przewodniki turystyczne zdecydowanie zalecają do ochrony przed malarią, ale Olli nakazał mi się uspokoić: jeśli będę pamiętać o profilaktycznych lekach, spokojnie mogę podarować sobie całą resztę. Mimo to dam sobie głowę uciąć, że lekarka z ośrodka zdrowia wyglądała na zmartwioną, kiedy przepisywała mi receptę na antymalaryk.
Nie daje mi spokoju myśl, że cała zachodnia koncepcja Afryki jest właśnie tak jednostronna i zniekształcona, jak ocenił to chilijski artysta Alfredo Jaar, którego wystawę dopiero co oglądałam w muzeum sztuki współczesnej Kiasma. Zebrane przez niego okładki czasopisma "Times" pokazują z dobitną jasnością, jakimi wyobrażeniami na temat Afryki jesteśmy karmieni: dzikie zwierzęta, klęska głodu, choroby i wojny. Z kolei miasta, życie kulturalne i uniwersytety - całe zwyczajne życie afrykańskiej klasy średniej - zostały skutecznie wymazane. Sama nie jestem lepsza: kiedy myślę o Afryce, myślę o chorobach, problemach z higieną i atakach terrorystycznych. O napadach, gwałtach, porwaniach, wypadkach drogowych. O komarach, wężach, muchach tse-tse. Amebach, bilharcjozie, malarii mózgowej. O rozwolnieniu, porażeniu słonecznym, żółtej febrze, cholerze, HIV i eboli.
Albo jeszcze gorzej: myślę o czymś, czego w ogóle nie ma. Kiedy pytam o wskazówki paru pracujących w Nairobi przyjaciół moich przyjaciół, dociera do mnie, że karmię się niestworzonymi mrzonkami. Ci ludzie mówią o wielkiej dzielnicy slumsów w Kiberze i o działalności organizacji wspierających uchodźców, bo dla nich jest rzeczą oczywistą, że do Kenii jedzie się po to, by pracować w pomocy rozwojowej, w obozach uchodźców albo z dziećmi ulicy. Nie śmiem im się przyznać, o czym marzę: o safari w stylu kolonialnym i czarze minionego świata. O tym, by latać minisamolotem nad sawanną, zacząć rozumieć język słoni i spojrzeć prosto w oczy lwa. Chciałabym siedzieć wieczorami na rozkładanym krzesełku przed namiotem i pisać na staroświeckiej maszynie albo czytać książkę w skórzanej oprawie, mając w zasięgu ręki drinka w kryształowym kieliszku.
Niezależnie od przygotowań do podróży i badań nad Karen ta wiosna jest wyjątkowo specyficzna. W lutym przechodzę skomplikowany zabieg usunięcia zębów mądrości, po którym przez trzy tygodnie nie jestem w stanie otworzyć ust. Leżę na poddaszu w domu rodziców, otumaniona lekami, piję przez słomkę papki, które przygotowuje dla mnie mama, czytam Afrikka-kirja autorstwa Akselego Gallen-Kalleli i zazdroszczę hipopotamom z telewizji, które potrafią otworzyć paszczę pod kątem stu osiemdziesięciu stopni. Z kolei w marcu z powodu problemów z gardłem trafiam na terapię, gdzie wykonuję co dziwniejsze ćwiczenia emisji głosu, między innymi śpiewam wraz ze swoją terapeutką hymn Finlandii na dwa głosy, dmuchając w szklaną rurkę umieszczoną w szklance wody. Najbardziej absurdalny jest jednak wynik badania odwzorowującego moją skalę głosową - okazuje się, że mówię najniższym możliwym głosem w swojej skali, mimo że tak naprawdę jestem sopranem. Sopranem! Koń by się uśmiał. Całe moje ja opierało się na przeświadczeniu, że jestem posępnym i flegmatycznym altem, ale teraz nagle mam się stać kimś zupełnie innym - radosnym, podekscytowanym i pełnym energii człowiekiem, który przez czterdzieści dwa lata swego życia posługiwał się nie swoim głosem!
Ta symbolika jest świdrująca, wszak wybieram się w tę podróż właśnie po to, by odnaleźć nowy własny głos: głos odważnej kobiety, która kroczy przez życie ze swobodnym uśmiechem.
Jeszcze go nie znalazłam.
Piszę na serwetce wiadomość do Karen. Nie wiem wtedy, że mój stosunek do niej okaże się z czasem zaskakująco ambiwalentny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki