Kobiety nieidealne. Magda. Tom 1 - Małgorzata Hayles, Magdalena Kawka

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

*

Było tak wcześnie rano, że sen najwyraźniej jeszcze ze mnie nie wyparował. Jest to szczególnie trudne w takie zimne i wilgotne grudniowe poranki jak dziś, kiedy najpierw wstaje mgła, a dopiero potem niechętne słońce, ociągające się jak moje dziecko, które trudno wyciągnąć z łóżka. Tolek do późnej nocy oglądał najnowszy sezon Gry o tron, a ja nie miałam siły kolejny raz podnosić argumentu, że kiedyś to się chociaż książki czytało pod kołdrą z latarką.

Wszystko się zmienia.

Jechałam autobusem pełnym sennych pasażerów, oglądając w szybie swoją bladą twarz bez makijażu i, co gorsza, bez szans na jakikolwiek makijaż tego dnia. Kosmetyczka została w samochodzie. Zwykle szybko się maluję zaraz po odstawieniu Tolka, nie tracąc na to czasu w domu. Wtedy mam pewność, że moje dziecko nie spóźni się do szkoły, do której mamy teraz dużo dalej, ale bardzo mi zależało, by choć to się w jego życiu nie zmieniło. Samochód jednak dziś rano się zbuntował i na wszelkie próby ruszenia go z miejsca odpowiadał obrażonym prychnięciem. Niemal dokładanie tak jak mój dwunastolatek trzydzieści minut wcześniej. Wiercąc kluczykiem w stacyjce, grzecznie zaklinałam i prosiłam swoje kapryśne auto: "No proszę cię, obiecuję, że zaraz po powrocie cię umyję, ba, nawet akumulator ci naładuję, no proszę, a co powiesz na przegląd? Zabiorę cię na przegląd w tę sobotę". Wyciągnęłam opierające się dziecko za rękę i poleciałam w kierunku najbliższego przystanku autobusowego.

Teraz, w bezlitosnym porannym świetle słońca, które nie grzeje, a tylko prześwietla, jakby wiedziało o mnie wszystko, nie przypominałam siebie sprzed zaledwie dwunastu miesięcy. Nie przypominałam w zasadzie nikogo, jakby brakowało mi twarzy. W kieszeni namacałam list, który wyjęłam dziś rano ze skrzynki. Jak zawsze był bez znaczka, a na nim skreślone zamaszyście "Magda". Nie wyciągając ręki z kieszeni, zmięłam go w kulkę i nie czytając, wyrzuciłam do kosza na śmieci zaraz po wyjściu z autobusu.

Jak się okazało wieczorem, nie ja jedna miewałam ostatnio problemy z twarzą, a w zasadzie z jej brakiem.

Spotkałyśmy się w domu Baśki, której mąż zorganizował sobie wyjazd w bardzo ważnej sprawie, gdy tylko dowiedział się, że Baśka znowu ma plany modernizacyjne wobec swojego ciała. Doskonale zdawał sobie sprawę, podobnie jak my, jak będzie przebiegał ten proces. Najpierw kilka tygodni podekscytowania, gdy jego ukochana Basieńka oczyma wyobraźni widzi siebie piękną i odmłodzoną, ostrzykniętą botoksem, kwasem, własnym osoczem czy jakąkolwiek substancją na daną chwilę wstrzykiwaną w ludzkie ciało. Później kilka dni, a czasem tygodni, aresztu domowego, kiedy zrozpaczona siedzi w domu, podczas gdy wszelkiego rodzaju ranki, siniaki, nawisy i opuchlizny babrzą się, zamiast goić, a ona przeklina dzień, kiedy wbrew złożonym sobie przyrzeczeniom postanowiła znowu ulec obietnicom medycyny estetycznej.

Cóż... w odróżnieniu od tych składanych sobie, obietnice chirurgii estetycznej są zawsze opatrzone zdjęciami "przed" i "po".

Baśka powiedziała nam przez telefon, że spotkanie tylko u niej, bo absolutnie nie zmusimy jej do wyjścia z domu. Nie otwiera nikomu drzwi, a jeśli wyjątkowo uporczywy kurier dojrzy przez okno jej przemykającą postać i nie przestaje wydzwaniać, a nawet woła ją - mówi, że nikogo dorosłego nie ma w domu.

- Nie przesadzaj - pocieszyłam ją przez telefon - na pewno nie jest tak źle. Zawsze przeżywasz, a potem jest okej. Wystarczyłyby zapewne ciemne okulary i grubsza warstwa podkładu. Wiesz, jak to jest. Patrzymy na siebie najbardziej krytycznie. Inni, zajęci sobą, zaledwie prześlizgują się po nas wzrokiem.

Prześlizgnięcie się czymkolwiek, a zwłaszcza wzrokiem, po miejscu, w którym wcześniej widniała twarz Baśki, nie było możliwe. Zdałam sobie z tego sprawę, gdy tylko otworzyła mi drzwi.

- Och - powiedziałam na jej widok. Nie chciałam dolewać oliwy do ognia. Rozgrzana patelnia, która pojawiła się nad szyją w miejscu jej twarzy, niemal rzucała iskry, głowa spuchła, jakby Baśkę pokąsały osy, a w miejscu oczu pod brwiami błyszczały dwie małe szparki. Mój wzrok mimowolnie powędrował w kierunku skomplikowanej konstrukcji wieńczącej jej zmierzwione czarne loki; czegoś w rodzaju tiulowej wieżyczki wykończonej podpiętą woalką.

- Och - powtórzyłam bezwiednie - czy ta... hmm... czapeczka ma za zadanie odwrócić uwagę od twojej twarzy?

- Nie rozśmieszaj mnie - chrząknęła żałośnie Baśka, choć doskonale widziałam, że wcale nie jest jej do śmiechu. Poprowadziła mnie, wzdychając, do przestronnego salonu z chromu i szkła, z wielkim kominkiem pełniącym podobno funkcję punktu skupiającego uwagę. Przynajmniej tak założył znany architekt projektujący dom. Zawsze gdy odwiedzałam Baśkę, myślałam o tym, że trudno nie skupić na nim uwagi, do złudzenia przypominał bowiem piec krematoryjny.

Czułam się nieswojo w tym wnętrzu, bo nie mogłam niczego nigdzie odłożyć. To znaczy teoretycznie mogłam, ale nagle wcale nie chciałam. Być może dlatego, że moje rzeczy traciły na tle tego linearnego wnętrza wszelką wartość użytkową i stawały się abstrakcją. Naprawdę. Kiedyś postanowiłam to przetestować i położyłam na ich beżowej designerskiej kanapie torebkę. Wyglądała jak rzecz omyłkowo pozostawiona na planie filmowym przez statystkę. "Halo, halo!" - czekałam, aż rozlegnie się przez megafon. "Niech mi ktoś zabierze to gówno z kadru!" Teraz też gorączkowo ściskałam torbę w rękach.

Baśka błysnęła w moim kierunku czerwienią, a szparki skrzyżowały ze mną spojrzenie. Dziwne uczucie.

- Staram się nie ruszać twarzą. Fraxel - dodała po chwili.

- Och - bąknęłam pod nosem - a cóż to takiego?

Z fotela podniosła się Joasia i mrugnęła porozumiewawczo.

- Jak to co? Znakomity pomysł na biznes. Najpierw masakrują ci twarz za kupę kasy, potem czeka cię życie w całkowitej izolacji, jakbyś ćwiczyła swoją śmierć. Codziennie wstajesz i oglądasz to coś, co masz między czubkiem głowy a szyją. Rozpaczasz i pytasz: "Kurde, dlaczego fraxel?". A potem wreszcie wszystko szczęśliwie się goi, twarz wygląda tak samo jak przed zabiegiem, a ty stwierdzasz z ulgą, że mimo wszystko było warto. Tylko jakoś do głowy ci nie przyjdzie, że gdyby ktoś dał ci porządnie po pysku, rozjechała cię ciężarówka albo gdybyś wytarzała gębę w mrowisku, to kiedy po miesiącu zagoiłyby się obrażenia, uznałabyś, że jesteś jak nowa. Znaczy jak stara nowa. - Joanna z lekką obawą spojrzała na Baśkę.

Rozumiałam ją. Baśka zawsze starała się trzymać fason, udając, że jest zdystansowana, ale w gruncie rzeczy na punkcie własnego wyglądu była bardzo drażliwa. Pieniędzy miała tyle, ile pół mojego osiedla razem wzięte, i zawsze nam powtarzała, że nie musi się starzeć z godnością. Że w ogóle nie zamierza się starzeć. Ja też nie zamierzałam, ale z moich zamierzeń nic nie wynikało.

Roześmiałyśmy się, Baśka z nami, jakoś tak szczekliwie i jęcząc z bólu, bo mięśnie twarzy miała napięte, jakby planowała z nich strzelać.

- Zazdrosna jesteś i tyle - oświadczyła. Zabrzmiało to mniej więcej jak: sasosna estes y tyle.

Zlitowałam się nad nią.

- Ty już lepiej nic nie gadaj. Gój się. A swoją drogą po cholerę nas tu ściągnęłaś, skoro się do ludzi nie nadajesz?

- Wy nie jesteście ludzie, wy jesteście moje przyjaciółki i macie mnie wspierać - stęknęła Baśka żałośnie, starając się nie seplenić. Sięgnęła po korkociąg. - Sama pewnie bym się upiła z rozpaczy, a z wami będę się delektować.

- Wolno ci? - zdziwiła się Joanna, ale nie czekając na odpowiedź, poszła do kuchni.

Poczułam, jak ogarnia mnie dziwny stan. W niedzielę obiecałam sobie, że do końca tygodnia nie sięgnę po wino. Był piątek.

- Iza będzie? - zapytała rzeczowo Joanna, stawiając na stole przepiękne kryształowe kieliszki. Baśka wszystko musiała mieć prima sort.

Przypomniała mi się wczorajsza rozmowa przez telefon.

- Iza wczoraj dzwoniła. Była wściekła. Ponoć sekretarka tego jej Japończyka wsadziła Harumiego nie w ten samolot, co trzeba, i dzieciak wylądował w Budapeszcie. Młody jest przytomny, więc próbował na lotnisku się z kimś dogadać, ale możecie sobie wyobrazić...

Iza rzeczywiście była wściekła, ale pod tą jej władczą i pragmatyczną wierzchnią warstwą solidarnie czułam niepokój matki. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby to Tolek utknął gdzieś w świecie. Można powiedzieć, że Harumi był kosmopolitycznym podróżnikiem z przymusu, na niejednym lotnisku zjadł zęby, ale w końcu nie da się ukryć, że był tylko dwunastoletnim chłopcem, synem nieprzytomnego z przepracowania Japończyka i chorobliwie ambitnej Polki, robiącej międzynarodową karierę w jakiejś Strasznie Ważnej Korporacji z branży BPO/SSC, cokolwiek to znaczy. Iza czasami próbowała nam tłumaczyć, jak kluczowa dla świata to dziedzina, ale dała sobie spokój po tym, jak Baśka dogryzła jej kiedyś w przypływie szczerości, żeby już tak się nie nadymała, bo na świecie jest wiele kluczowych zawodów, o których ludzie nie mają pojęcia; jak choćby kontroler zapachów z odbytu. Zapewne pokłóciłyby się wtedy potężnie, gdyby nie to, że obie były nieco wstawione.

- Japończyk chciał się dogadać z Węgrem? - Joanna napełniła trzy kieliszki ciemnoczerwonym, aksamitnym winem. - To brzmi jak kawał. Zresztą, życie w ogóle brzmi jak kawał - wygłosiła głęboką prawdę, dla podkreślenia wagi słów unosząc kieliszek. - Wczoraj Luśka mówi do mnie: "Mamo, a ty miałaś fajne życie?". Pytam z niepokojem: "Miałam?". "No bo wiesz, tak znowu dużo to ci go już nie zostało..." Nie wiedziałam, że gadzinę wyhodowałam na własnej piersi.

Baśka kolejny raz zerknęła w podręczne lusterko i czym prędzej odłożyła je z obrzydzeniem.

- Zawsze wam mówiłam, że dzieci są wredne. - Naprawdę jakoś musiała poprawić sobie nastrój. - Zupełnie nie rozumiem, do czego wam one potrzebne.

- Nie bądź taka mądra - żachnęła się Joanna. Podparła się wygodniej i zapatrzyła w karminowe refleksy na grubo rżniętym szkle. - Dzieci są jak wirus... Ani się spostrzeżesz, a złapałaś. To się roznosi i rozprzestrzenia. Zakażone jest całe społeczeństwo; wszędzie widzisz wózki, place zabaw, ciążowe brzuchy, sklepy z zabawkami, i nagle pewnego dnia odkrywasz, że ty też chcesz być chora. Chcesz mieć takie swoje, małe i kochane. Takie coś, co należy tylko do ciebie... Myślisz, że będzie cię kochać za to, że powołałaś je do życia, że jesteś taka jedyna i wyjątkowa. Dopiero potem zdajesz sobie sprawę, że świat cię oszukał i zamiast swojego słodkiego malucha masz w domu jakiś obcy, wrogi byt, który na okrągło domaga się pożywienia i cały czas kombinuje, jak cię zrobić w balona. - Joanna zmarszczyła groźnie brwi i wydęła wargi.

- I któremu zawsze śmierdzą skarpetki - dodałam na myśl o tym, ile pieniędzy wydaję na proszki do prania i płyny do płukania. - Poważnie. Tolek włoży je na stopy na pięć minut i już śmierdzą. Ba, czasem tylko przejdzie obok. To jakiś wyjątkowy składnik potu dorastającego chłopca. Tajemnicza substancja, dzięki której skarpetki młodego są bronią chemiczną. Powinnam zacząć je składować na wypadek jakiegoś światowego konfliktu.

Baśka poprawiła czapeczkę z bandaża i oświadczyła bezlitośnie:

- Dobrze wiecie, że w gruncie rzeczy jesteście zwykłymi mieszczańskimi mamuśkami, które jak kwoki wysiadują sobie przedłużenie własnego ego. Skąd w was tyle przekonania, że świat czeka na wasze kopie? Społeczeństwo wam wmówiło, że bycie matką to szlachetna misja, a w rzeczywistości to ograniczająca ułomność...

Tego rodzaju rozmowy prowadziłyśmy raz na jakiś czas. My leczyłyśmy nimi kompleks nadmiernej odpowiedzialności oraz braku czasu i wolności, a Baśka braku potomstwa. Wszystkim nam dobrze to robiło.

Szybki, terkoczący dzwonek zasygnalizował nadejście Izy, której zawsze się spieszyło i nawet ze spokojnego motywu muzycznego, który Baśka z mężem wgrali w swój wideodomofon, potrafiła stworzyć hymn pijanych w sztok surykatek. Wyszłam jej na spotkanie, oszczędzając Baśkę, która właśnie zaczęła smarować twarz tajemniczym mazidłem wyciągniętym z lodówki. Iza wkroczyła jak zawsze z impetem i zaraz za progiem zrzuciła lśniące louboutiny. Stanęła obok mnie, nagle drobna jak dziewczynka.

- Nienawidzę, jak mi się każą relaksować. Byłam właśnie na masażu, baba jeździła po mnie gorącymi kamieniami, jakby mnie chciała ukamieniować. Na gorąco. Stale przy tym powtarzała: "Proszę o niczym nie myśleć, proszę zamknąć oczy i się relaksować. Jest pani taka spięta, mięśnie na karku jak powrozy". Jak mam się, cholera jasna, relaksować, kiedy Harumi siedzi na dworcu w Budapeszcie! Wróci w końcu pociągiem, bo nic sensownego stamtąd dziś nie odlatuje, ma już bilet i miejsce w wagonie sypialnym. On jest taki malutki, sama wiesz, nie wygląda na swoje dwanaście lat, żeby się tylko nie zgubił, mój kochany owoc wiosny.

Iza tak go czasem pieszczotliwie nazywała, bo dokładnie to oznaczało jego japońskie imię.

- Nie przesadzaj. Nie jest aż tak malutki, żeby się zgubić w pociągu, to w końcu nie jakiś... - zabrakło mi słowa - Calineczek.

Nie chciałam dodawać, że jak obie dobrze wiemy, mały Harumi to niezłe ziółko, które po matce odziedziczyło szatańską wręcz przebiegłość, a po ojcu ekscentryczność, co bywało mieszanką wybuchową. Nasz "owoc wiosny" owszem, może i opuści pociąg relacji Budapeszt-Berlin, zanim ten dotrze do Poznania, ale nie dlatego, że się zgubi, tylko dlatego, że zostanie z tego pociągu wyproszony. Cała nadzieja w tym, że zważywszy na jego egzotyczny wygląd, konduktor będzie wolał omijać go szerokim łukiem. Różnica w ocenie Harumiego między światem a Izą polegała głównie na tym, że choć wszyscy myśleli o nim to samo, Iza nigdy by się do tego publicznie nie przyznała. Wszystkie wybryki syna były dla niej jedynie manifestacją jego ponadprzeciętnej inteligencji i wybitnej kreatywności. Nawet wtedy, gdy jako uroczy ośmiolatek z nieodłączną kartką na szyi usiłował podpalić samolot, gwizdnąwszy w tym celu zapalniczkę stewardessie, która po kryjomu paliła papierosy na zapleczu. Na szczęście obeszło się bez konsekwencji: przerażona kobieta wolała nie przyznawać się do zakazanych praktyk, a mały cwaniak szybko to wykorzystał i jeszcze wyciągnął od niej pięć dolarów.

- Jeszcze zobaczycie, że on proch kiedyś wymyśli - mawiała Iza, a na nieśmiałą sugestię, że ktoś już zdążył go ubiec, wściekała się, że nie rozumiemy najprostszych przenośni.

- Nalejcie mi - zażądała teraz, sadowiąc się na sofie i kładąc sobie poduszkę na kolanach. - Muszę się zrelaksować po tym relaksie. Jezu! Coś ty zrobiła z twarzą! - wykrzyknęła na widok Baśki.

Spojrzałam i też się wzdrygnęłam. Pięć minut temu twarz Baśki była jedynie czerwona, teraz świeciła się na czerwono.

- No i co się tak gapicie? - zapytała Baśka z wyrzutem, usiłując dosięgnąć wargami wina w taki sposób, żeby nie upaćkać kieliszka tłustą mazią, która grubą warstwą pokrywała jej twarz. - Muszę się tym smarować, lekarz kazał, nie moja wina, że się błyszczy...

- Wyglądasz, jakbyś dostała po pysku, a potem się spociła. I jeszcze za to zapłaciłaś. Ja bym ci mogła przywalić za darmo - zaproponowała Iza wspaniałomyślnie.

- Śmiej się, śmiej. - Zniesmaczona Baśka wytarła brzeg kieliszka chusteczką. Jej próby osiągnięcia perfekcjonizmu w każdej sytuacji i za wszelką cenę nieodmiennie mnie zadziwiały. - Pękniesz z zazdrości, jak mnie zobaczysz za miesiąc. Będę miała perfekcyjną twarz - oświadczyła, jakby czytała mi w myślach.

- Możliwe, ale na razie pęknę raczej ze śmiechu. Mogłabyś robić za lampkę w dzielnicy czerwonych latarni.

- Oj, dajcie już spokój - poprosiła Joanna, kiedy już wszystkie, nie wyłączając Baśki, przestałyśmy się śmiać. - Sama bym sobie coś takiego zafundowała, ale wiecie... Z mojej pensji przedszkolanki to się mogę co najwyżej przelecieć do osiedlowego fryzjera.

- A tobie to po co? - zdziwiłam się.

Joanna miała twarz dwudziestopięciolatki i tylko drobna siateczka zmarszczek w kącikach oczu zdradzała, że ten wiek ma już dawno za sobą. Od czasów szkolnych unikała słońca i ganiła nas, gdy zachłannie łapałyśmy każdy jego promyk, wystawiając twarze gdzie i jak tylko się dało. Kiedy jako świeżo upieczone licealistki pojechałyśmy na dwa tygodnie do Łeby, Joanna spędzała czas okutana w jakieś cienkie chusty, kryjąc się przed słońcem pod ogromnym parasolem, który dzień w dzień targała ze sobą na plażę, nic sobie nie robiąc z naszych kpin. W drodze powrotnej, w pociągu, jakaś pani współczująco pogłaskała ją po przeźroczystej buzi i poradziła, żeby bidulka jadła więcej buraków, to przestanie tak niezdrowo wyglądać. Rzeczywiście, na tle naszych czerstwych, ogorzałych od wiatru i spalonych słońcem twarzy, w których bielą błyskały tylko zęby i białka, sprawiała wrażenie, jakby uciekła z kostnicy chwilę przed własnym pogrzebem.

- Jak to po co? - Teraz z kolei ona się zdziwiła. - Myślisz, że nie widzę, jak mi policzki zaczynają zwisać? - żachnęła się. - Moja babcia mówiła, że to ziemia woła...

- Zwariowała - zakomunikowała Iza, pukając się w czoło. - Mówiłam wam, dziewczyny, to wpływ nowego faceta w jej życiu.

Baśka od dłuższej chwili sprawiała wrażenie, jakby przestała być zainteresowana tematem, który aktualnie najbardziej jej dotyczył. Złapałam to spojrzenie i już wiedziałam, co będzie dalej.

- A propos żonkosia - zaczęła, wpatrując się we mnie jak głodny wąż w szczura. - Magda, kiedy ty ostatni raz widziałaś gołego faceta?

Zagapiłam się w dal, która kończyła się na tiulowej firance, śnieżnobiałej tym odcieniem bieli, jakiej nigdy nie udało mi się uzyskać w odniesieniu do firanek wyciąganych z pralki. Przed oczami stanął mi obraz owiniętego w ręcznik Tolka, uskuteczniającego powódź w łazience i z zapałem odkręcającego słuchawkę prysznica od węża, w celu, jak informował mnie co wieczór, uzyskania większego ciśnienia wody, co nieodmiennie doprowadzało mnie do szału. Jednak wiedziałam, że nie o to Baśce chodziło.

Iza i Joanna zaciekawione przerwały rozmowę.

- Baśka ma rację - zaczęła Iza bezlitośnie, otwierając kolejną butelkę. - Swoją drogą, jakieś małe je teraz robią... Cztery kieliszki i po ptakach - mruknęła z pretensją nie wiadomo do kogo. - Od kiedy Zembaty z podkulonym ogonem wrócił do żony, najwyraźniej postanowiłaś się umartwiać. - Wróciła do tematu, siłując się z korkociągiem. Za oknem, w buro błotnistej rzeczywistości zapadły już ciemności. Wszyscy z utęsknieniem wyczekiwali śniegu.

- Ile to już? - Spojrzała pytająco na dziewczyny.

- Chyba rok. Magda?

- Jezu, dziewczyno! Od roku jesteś samotna!

Samotna to ja byłam przez dwanaście lat mojego małżeństwa. Byłam samotna tym najgorszym z możliwych rodzajem samotności, z której nie zdajesz sobie nawet sprawy, dopóki nie zjawi się ktoś, kto ci to uświadomi. Wtedy byłam samotna, teraz jestem po prostu sama.

- A pamiętacie, jak opowiadała o seksie z Zembatym? - rozmarzyła się Joanna, a ja pożałowałam, że mi wtedy język kołkiem nie stanął. Ale cóż, w ciągu tych pierwszych tygodni z Gustawem moje ciało było zbudowane wyłącznie z pulsujących, wilgotnych cząsteczek, wrażliwych na jego zapach, dotyk, na niski tembr głosu, przez który dziewczyny przezwały go Zembatym. Odkryłam, że seks może być sztuką. Odkryłam seks. Kropka.

- Jak otwierał usta, to się musiałam powstrzymywać, żeby mu nie wskoczyć do łóżka - zachichotała Iza. - No co, nie patrz tak - żachnęła się pod wpływem mojego spojrzenia. - To przecież nieaktualne, a wiedza zostaje. Tembr głosu u mężczyzny ważniejszy niż wielkość... Dobrze już, dobrze. - Udała, że zamyka usta niewidzialnym kluczem.

Joanna nieoczekiwanie trzasnęła pięścią w stół, aż zadźwięczały kieliszki. Butelka, na szczęście już prawie pusta, przewróciła się i potoczyła, znacząc na szklanym, perfekcyjnym blacie krwawy ślad.

- Dobrze, że nie ma Jacka... - mruknęła Baśka. - Umarłby z rozpaczy. Musisz tak walić?

- Bo wpadłam na pomysł - usprawiedliwiła się Joanna. - I akustycznie musiałam dać temu wyraz. Otóż, słuchajcie, założymy jej konto! - oświadczyła pełna entuzjazmu.

Poderwałam się z sofy, z trudem zachowując równowagę. Wino już nieźle szumiało mi w głowie, szarpiąc mój błędnik na wszystkie strony i traktując go bardzo brutalnie.

- Bez przesady! - wyprostowałam się, z godnością obciągając sweter. Od czasu, kiedy z mojego życia zniknął finansowo ojciec Tolka, nie radziłam sobie może jakoś rewelacyjnie, ale z głodu jeszcze nie umierałam. I żebrać też nie musiałam. A już na pewno nie zamierzałam przyjmować jałmużny od najbliższych przyjaciółek.

- Żadne bez przesady - zawtórowała Joannie Baśka. - To rewelacyjny pomysł! Zakładamy i nie masz nic do gadania! Jak chcesz, to ci zrobię wstępną selekcję. Nie każdy się nadaje, a po co masz się grzebać w śmieciach.

Poczułam się lekko oszołomiona. Nie dość, że chciały założyć mi konto, to jeszcze uważały, że powinny za mnie wybrać bank. Może w niektórych okradają klientów? Albo oszukują przy naliczaniu prowizji? Znowu chciałam zaprotestować, ale moja głowa robiła się coraz cięższa i wszystkie procesy myślowe zaczęły zwalniać aż do całkowitego wyhamowania.

- Ale po co mi nowe konto? - Zmusiłam się i pogoniłam oporne komórki. - Stare jest całkiem okej...

- Jak to? Nic nie mówiłaś... - Joanna była autentycznie zdziwiona.

Teraz już naprawdę się pogubiłam. Zajrzałam pod stół: cztery butelki czerwonego Solatro Morellino di Scansano turlały się w tę i z powrotem, osuszone do ostatniej kropelki, ale w końcu cóż znaczyły cztery butelki na cztery dorodne kobiety? Na pewno nie była to liczba, od której mogłoby się pomieszać w głowie.

- Co miałam mówić? Jak chcesz, mogę ci polecić... Całkiem dobra obsługa, wygodnie się korzysta.

- No wiesz! - oburzyła się Joanna, również zaglądając pod stół. Jej natura porządnickiej zodiakalnej panny nie pozwoliła obojętnie przyglądać się butelkom. Pozbierała je i ustawiła równo, nie wiedzieć czemu, przy kaloryferze. - Niedawno wyszłam za mąż, zapomniałaś?

- Mają też oferty małżeńskie - ucieszyłam się, nie zwracając uwagi na jej oburzenie.

- O - zainteresowała się nagle Iza - dla swingersów? Nie mówiłaś, że bawiliście się z Arturem w takie rzeczy. - Mrugnęła porozumiewawczo. - Też kiedyś próbowałam, ale to nie dla mnie. Królowa może być tylko jedna - roześmiała się, przeciągając się jak kotka i poprawiając obcisłą sukienkę, która brzydko zmarszczyła się na brzuchu. Iza miała figurę, której mogła jej pozazdrościć niejedna nastolatka. Zresztą co tu mówić o nastolatkach: ja jej zazdrościłam jak wszyscy diabli. Płaski brzuch i mały biust śniły mi się po nocach. Jednak nie zmieniało to faktu, że coraz mniej z tego wszystkiego rozumiałam.

- W co się niby bawiliśmy? On miał swoje, ja swoje... - Wzruszyłam ramionami. Zaczynał mnie męczyć surrealizm tej rozmowy. Nagle zatęskniłam za swoim wysłużonym, starym fotelem. Mogłabym się zwinąć w kłębek i poczytać książkę, którą, dla miłej odmiany, rozumiałabym od początku do końca.

- I pozwalałaś na to? Hmm, no cóż, rozumiem, w końcu jestem twoją przyjaciółką i nie zamierzam cię oceniać, ale on? To chyba lekka przesada... Krył się chociaż?

- Czy ja wiem? Czasem mi pokazywał, w końcu dobrze zarabiał.

Iza zdębiała. Widziałam jej szeroko otwarte, okrągłe oczy i coraz bardziej debilny wyraz twarzy. Wyglądała jak ten kot z internetu, który zagapił się w ścianę i zapomniał zamknąć pyszczka.

- Że co? - dołączyła się Baśka.

- Czekajcie, o czym my właściwie rozmawiamy? - zreflektowała się w końcu jedna z nas.

- O koncie - odpowiedziały jej chórem trzy pozostałe.

Pół godziny i kolejną butelkę wina później, gdy przekrzykując się wzajemnie i przerywając sobie na każdym kroku, zdołałyśmy wyjaśnić nieporozumienie, Baśka wzięła nas do galopu.

- Jazda, zakładamy jej to konto na Poznajmysię.pl. I to szybko, póki jeszcze jesteśmy trzeźwe...

- Myślisz? - czknęła Joanna. - Ja na ten przykład już nie jestem...

Joanna miała z nas wszystkich najsłabszą głowę. Twierdziła rozżalona, że zawsze omija ją najlepsza zabawa, bo zanim alkohol zdąży wybystrzyć jej mózg i wyostrzyć intelekt - pada jak dętka.

- Tym lepiej - odparowała Iza. - Konto powinno się zakładać po pijaku. Tylko wtedy człowiek jest w stanie wykrzesać z siebie odrobinę szczerości.

- A po cholerę ci szczerość? Masz być atrakcyjna, a nie szczera. No dalej, Magda, wybierz nazwę użytkownika. - Baśka zajrzała w monitor komputera. - Trzydzieści znaków, bez polskich i specjalnych - przeczytała.

- Dlaczego bez polskich? - Nie wiedzieć czemu poczułam się w obowiązku stanąć w obronie polskich znaków. Nastrój miałam bojowy. - Przeszkadza im o z kreską czy żet? A gżegżółka nie łaska?

- Magda, Chryste, nie czepiaj się, chcesz się nazywać Gżegżółka? No już, wymyślaj imię!

Miałam rozmazany makijaż i potargane włosy, byłam lekko wstawiona i na dodatek na kremowym swetrze wykwitła mi karminowa plama w kształcie Australii, bo nie trafiłam kieliszkiem do ust, a tu się właśnie okazywało, że za chwilę odbędzie się mój chrzest. Mój pierwszy, świadomy chrzest. Pierwszy raz w życiu będę mogła wybrać sobie imię i tożsamość. Precz z Gżegżółką!

- Tomb Raider... - westchnęłam rozmarzona i w tym samym momencie usłyszałam zbiorowe: "Hę?". - To znaczy Lara - poprawiłam się szybko. - No wiecie, chuda i umięśniona Lara Croft, która kosi facetów jak kombajn z napędem odrzutowym. Mam smagłą cerę, długie nogi i jestem skuteczna i szybka jak... - Energicznie machnęłam kieliszkiem, trafiając Izę w nos, ale zabrakło mi określenia. Wiatr wydał mi się zbyt banalny i zupełnie nieoddający mojej nieziemskiej prędkości. - No wiecie, po prostu szybka. Kobieta-maszyna, której niepotrzebny żaden facet. Sama zaorze pole, wychowa tuzin dzieci, naprawi pralkę, a w przerwie wykopie z domu komornika, jak przyjdzie zająć telewizor za niezapłacony mandat. Umorzy długi, zlikwiduje bezrobocie i rozwiąże problem światowego głodu.

- Ała - powiedziała Iza z wyrzutem, drapiąc się po nosie. - Uważaj, Tomb Raiderze, bo w tym szale likwidowania zlikwidujesz przyjaciółkę.

- Bez sensu. - Baśka wertowała internetowe strony w poszukiwaniu natchnienia. - Co ty chcesz być? Jakaś superwoman? Tak nie przyciągniesz facetów. Oni się muszą kimś opiekować.

- Kotka niech se kupią. Albo kanarka - mruknęłam, zła, że moja nowa tożsamość poszybowała w kosmos, zanim zdążyłam się nią nacieszyć.

- Słodka Candy! - krzyknęła Baśka odkrywczo.

- Zaraz się porzygam - doleciało od strony kaloryfera. Joanna postanowiła inaczej ustawić butelki. - Brązowe nie powinny stać obok zielonych. Trzeba je posegregować: zielone do zielonych, brązowe do brązowych... - mamrotała, nie zwracając na nas uwagi.

- Ona się porzyga z pijaństwa czy od tej Słodkiej Candy? - Iza zajrzała Baśce przez ramię. - A, stąd to wzięłaś...

Przysunęłam się bliżej. Z ekranu łypały na mnie wielkie cycki i równie wielkie usta. Strona agencji towarzyskiej przedstawiała bogaty wybór asortymentu i równie bogaty wybór pseudonimów: Ciućka, Kobra, Kakaowa Algida, Cycata Blondiiii, Finał w ustach, Biust 10, Najlepszy lodzik.

Doszłam do wniosku, że w sumie powinnam się cieszyć ze Słodkiej Candy...

- A nie mogę zostać po prostu Magdaleną?

- Hmm... - zastanowiła się Baśka, ekspert w sprawach damsko-męskich. - W zasadzie możesz. Magdalena... - Ze smakiem obracała w ustach moje imię. - Jawnogrzesznica... To by mogło przyciągnąć facetów. Wiesz, że niby subtelna dama w salonie, dziwka w łóżku. Ale problem polega na tym, że oni mogą nie kojarzyć tej analogii.

- Basia, ale czy ja będę musiała się spotykać z każdym? Bo ja bym wolała tych, co skojarzą... - miauknęłam.

- Nie jęcz - warknął niewzruszony Goebbels w spódnicy. Nagle zaczęła mówić wyraźniej, jakby zaaferowana zapomniała o swoim przefraxelowanym czole. - Na początku nie możesz wybrzydzać. Iza, powiedz jej.

- Mówię.

- No właśnie. Iza się zna. Jak chcesz znaleźć kogoś, kto przegoni komornika, musisz się nas słuchać.

Przyszło mi do głowy, że prościej będzie kupić rottweilera, ale nie chciałam dziewczynom psuć zabawy. Zaangażowały się. Poza tym miałam Mordora.

- Potrzebne będzie jakieś dobre zdjęcie profilowe, masz coś w telefonie?

Z ociąganiem podałam im komórkę.

- Tylko błagam, niczego nie usuwajcie. To moje życie... No dobra, może nudne, ale moje.

Za chwilę poczułam się zbędna jak pacjent, który przyniósł do gabinetu lekarskiego wyjątkowo ciekawą, egzotyczną chorobę i teraz najlepiej, jakby ją lekarzowi zostawił na kozetce, a sam sobie poszedł chorować gdzie indziej. Baśka i Iza pochyliły się nisko nad moim telefonem, tak że czarne loki tej pierwszej, wymykające się tu i ówdzie spod bandaży, dotykały wymuskanego boba tej drugiej. W ich oczach pojawiły się dziwne światełka. Widuje się takie czasem u grzybiarza, który znalazł rodzinę kurek w zagajniku i na klęczkach idzie ich tropem po więcej, nie zważając na ostre gałązki kłujące go w twarz, ba, w oczy niemal, i igliwie wpadające za kołnierz.

Joanna, która wreszcie uporała się z szeregiem butelek, spojrzała na mnie ze współczującym uśmiechem. Nie jestem jednak pewna, czy była po mojej stronie. Wszelkie światełka w jej oczach były obecnie w fazie wygaszania.

- Magda, kurde, co ty masz za zdjęcia? Wszędzie tylko las albo Tolek, Tolek albo las, czasem jeszcze Tolek w lesie - jęknęła Iza.

- Lubię las... Jak światło prześwituje przez liście, jak się buki przebarwiają w październiku i soczysta jarzębina na tym tle wygląda jak... - najwyraźniej mnie nie słuchały, postanowiłam więc sprawdzić ich czujność - ...strzęp mięsa, przeżutego przez wielkiego psa, który właśnie odlał się w krzakach.

- Iza, zapomniałaś jeszcze o Mordorze - dodała Basia, wyłapując najwyraźniej tylko psa z mojej wypowiedzi, i to tak jakoś peryferyjnie. - Najbardziej obfotografowanym psiaku świata. Żebyś chociaż miała zdjęcie z Mordorem, niektórzy faceci to lubią. Że niby miłośniczka zwierząt, to na pewno będzie miała dobre serce.

- Z drugiej strony nie ograniczajmy grupy docelowej. Słuchaj, Magda powinna być moim zdaniem na zdjęciu bez żadnych psów czy dzieci. Tak jak dom na sprzedaż. Neutralnie. Niech facet sam sobie wyobraża, jak ją umebluje.

- Chwileczkę. - Próbowałam słabo protestować. - Nie jestem żadnym domem. Wypraszam sobie.

- Czyli to jedno z Tolkiem w lesie odpada?

- Oczywiście. Tolek jest za stary.

Ewidentnie mnie nie słuchały, więc znowu uciekłam myślami do fotela i do Mordora zwiniętego u moich stóp. Wydawało mi się, że to ja i Tolek przygarnęliśmy tego psa na początku dziwnego, nowego życia w mieszkaniu, w którym wszystko wydawało się tymczasowe. Ale tak naprawdę to Mordor przygarnął nas. Pokochał i sprawił, że wyjazdy matki z dwunastolatkiem za miasto, od których dwunastolatek by się normalnie wykręcał, stały się wyjazdem matki i dwunastolatka z psem. Mordor dał nam znakomite alibi do bycia razem i w jakiś sposób przywrócił trzyosobową, a raczej, hmm... trzyistotową dynamikę, do której byliśmy przecież przyzwyczajeni. Choć nie miałam oczywiście złudzeń. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że nie nabiorę Tolka. Mój syn ani przez jedną chwilę nie pomyśli, że Mordor to jakiś substytut ojca w domu.

Ze smętnych rozmyślań wyrwała mnie Baśka, która siadła koło mnie z naręczem ubrań.

- Basieńko, przecież ja się w życiu w to nie zmieszczę, jaki ty nosisz rozmiar, trzydzieści sześć?

- Nie przesadzaj, noszę czterdzieści, i to w dni, kiedy sobie poprawiam humor. Poza tym najwyższa pora, żebyś zapomniała o tych swoich ukochanych spodniach z gumą w talii i tunikach przypominających - nomen omen - pokutne worki i włożyła coś dopasowanego. Szpilki by się jeszcze przydały. Oczywiście przyszłaś w swoich plaskaczach...

Co się odpowiada na retoryczne pytania?

- Są wygodne, idealne na spacery z Mordorem i do prowadzenia auta, i na zakupy... - Zastanawiałam się, czy już nadszedł ten moment, w którym powinnam się obrazić i być może rozpłakać dla większego efektu, ale nic z tego. Widocznie wino mocno mnie rozluźniło.

- Jednym słowem, są idealne do twojego obecnego życia? - wpadła mi w zdanie Iza.

- No, chyba tak. Zdecydowanie tak.

- A nie przyszło ci do głowy, że być może potrzebujesz butów na trochę inne życie? I że ono ci się nie przydarzy, dopóki nie będziesz miała w czym w tym życiu chodzić?

- Ależ głębia, fiu, fiu! Wypijmy za to. - Baśka uniosła kieliszek do ust.

Spojrzałyśmy na Joannę, która zdążyła już zasnąć i cichutko pochrapywała.

- Joanna nosi twój rozmiar - szybko zakomenderowała Iza i po chwili wciskałam się już w granatowe szpilki Joanny i grafitowe spodnium Baśki z regulowanym w talii paskiem, które całe szczęście zakładało wiele możliwości i było jednym z tych cudownych ciuchów mogących towarzyszyć kobiecie przez różne wagowe wzloty i upadki, niczym wierny pies.

- Wow! - krzyknęły Iza z Baśką unisono i nawet Joasia na chwilę otworzyła oczy.

- Ocholeraokurde - powiedziała na jednym wdechu.

Postanowiłam zinterpretować to na swoją korzyść. Sama musiałam przyznać, że wyglądam nieźle, całkiem nieźle. Nagle zyskałam wyraźnie zarysowaną talię i nogi aż po szyję, a piersi, na ogół nieposłuszne, mające wiecznie własne zdanie na temat każdego mojego stroju, wyraźnie poczuły respekt przed tym spodnium i posłusznie wybrzuszały się tylko tam, gdzie powinny, i tylko na tyle, na ile spodnium udzieliło im pozwolenia. Przemknęła mi przez głowę myśl, że szkoda, że mnie Gustaw vel Zembaty nie może teraz zobaczyć, ale przegnałam ją, gdzie pieprz rośnie.

- A mówią, że ciuch jest ciuch, i przepłacamy za markę. Gówno prawda. Baśka, nie będę cię nawet pytać, ile to kosztowało. Pewnie moją miesięczną pensję. Nie stać mnie, cholera.

Baśka zarumieniła się aż po cebulki włosów, co dało dziwny efekt, zważywszy na jej już czerwoną do, wydawałoby się, granic możliwości twarz.

- Daj spokój, przecież mnie też nie stać. Jacek płacił. Szczerze mówiąc, na mnie nie leży tak dobrze jak na tobie i możesz je sobie zatrzymać. No, nie patrz tak na mnie tymi sarnimi oczami i się nie wzruszaj. No, cholera, nie wzruszaj się! Poczekaj, poprawię ci jeszcze makijaż.

- Moje serce to jest muzyk, który zwiał z orkiestry, bo nie z każdym lubi grać... - zaczęłam podśpiewywać, jak zawsze, kiedy byłam zdenerwowana.

- No chyba sobie żartujesz. - Dziewczyny wymieniły spojrzenia. - Przestań z tymi starociami, od razu zdradzasz swój wiek. Równie dobrze mogłabyś się od razu przedstawiać: "Mam na imię Magda i za chwilę skończę czterdziestkę. Poproszę o gustowną trumnę".

- Ale to przecież Ewa Bem, kto nie lubi Ewy Bem?

- Ja nie lubię - ucięła krótko Iza. - Jak już zaczniesz chodzić na randki, to wiesz, nuć sobie, czy ja wiem... Rihannę. Tylko pamiętaj, tego "h" się nie wymawia. Riannę.

- Ale ja nie znam jej piosenek.

- Kawałków - poprawiła mnie Baśka i podeszła do sprzętu wyglądającego jak centrum dowodzenia wojskami międzyplanetarnymi. Na wielkim ekranie, który rozwinął się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ukazała się twarz Rihanny (zapamiętać, że bez "h"). Z głośników, ukrytych nie wiadomo gdzie, popłynęły dźwięki Diamonds. Akurat to, na całe szczęście, potrafiłam wymówić.

A potem Iza, której Rihanna dodała jeszcze energii, choć żadna z nas nie sądziła, że to jest fizycznie możliwe, zdjęła buty i zaczęła skakać po luksusowych meblach Baśki i trzaskać z wysoka i niska zdjęcia swoim najbardziej smart ze wszystkich smartfonów.

I właśnie w tej chwili sprawy zaczęły się wymykać spod kontroli, bo w tym samym czasie dokończyłyśmy ostatnią butelkę wina, w dodatku tylko we dwie. Baśka stwierdziła, że jest jej już niedobrze, i kiedy pytała lekarza, czy może pić alkohol po zabiegu, wspomniał coś o małym kieliszku na rozluźnienie. Stan obecny natomiast zaczynał przypominać libację. Pomyślałam z niesmakiem, że libacje urządzali sąsiedzi piętro wyżej, niereagujący na akustyczne sugestie mojej ciotki walącej miotłą w sufit. I że nasze spotkanie w żadnym aspekcie nie przypomina tamtych imprez, bo jest zbyt kameralne i wyrafinowane. I nawet policja się nie pofatyguje...

Joanna natomiast przykryła się kocem i wyglądało na to, że zostanie u Baśki na noc. Zapomniała, gdzie się znajduje i jaki jest dzień, a zanim odwróciła się na drugi bok, wymamrotała, że musi szybko wytrzeźwieć, bo za chwilę zabiera swojego nowo poślubionego męża do kopalni...

Postarałam się nie okazać zdziwienia. Jakie w końcu miałam prawo do ingerowania w cudze sny?

- Joasiu, za chwilę to jest sobota - napomniałam ją delikatnie, z nową pewnością siebie, którą daje kobiecie metalicznie połyskujące, niegniotące się, wyszczuplające, wyglądające na bardzo drogie i tak naprawdę jeszcze odrobinę droższe spodnium.

- Do jakiej kopalni? - zainteresowała się Iza, poprawiając także i swój makijaż; uznała, że oświetlenie u Baśki jest idealne i każda okazja jest dobra, by sobie machnąć selfie. Przy okazji oprószyła sypkim pudrem pół białej sofy z nadzieją, że jutro zwali to na którąś z nas.

- Jak to do jakiej? Kopalni diamentów, oczywiście. - Joanna nawet przez sen była metodyczna i zorganizowana. - Mój mąż uwielbia diamenty. Jest jak krasnoludek i Marilyn Monroe w jednym.

Przypomniałam sobie właśnie wtedy, że na ten weekend rodzice zapowiedzieli się z wizytą, pierwszą odkąd... odkąd znalazłam się na swojej Elbie, na trzecim piętrze wysłużonego bloku na osiedlu Przyjaźni, w niewielkim, dwupokojowym mieszkanku z długim korytarzem i przechodnim pokojem dziennym. Z upierdliwymi sąsiadami i głośnym placem zabaw pod oknem. Już sobie wyobrażałam, jak mój ojciec pada trupem na ten widok. Dla animuszu wypiłam łapczywie jeszcze jeden kieliszek wina, po którym, wstyd się przyznać, urwał mi się film.

*

Obudziłam się, całe szczęście, we własnym łóżku. Cudne spodnium od Baśki leżało, o dziwo, porządnie złożone w kostkę na krześle obok. Na nim... O kurde, szpilki Joasi! Cóż, będzie musiała po tej wyimaginowanej kopalni oprowadzać swojego zdalnego męża w moich plaskaczach. Spojrzałam podejrzliwie na Mordora, który podniósł głowę i zaczął z nadzieją dyszeć, gdy tylko otworzyłam oczy. Przecież pies nie poskładał mi ubrań, skarciłam się w duchu. Chyba byłam jeszcze pijana, co miłosiernie oddalało w czasie gigantycznego kaca. W sumie kac nie był zły - wymuszał refleksje w stylu tych noworocznych: nigdy więcej nie będę... zawsze będę... postaram się nie być... postaram się być... Zaklęcia bez konsekwencji, za to chwilowo poprawiające nastrój.

Wymacałam pod poduchą telefon, znakomite źródło materiału dowodowego. Miało to swoje dobre i - jak się okazało - złe strony. Zaczęło do mnie powoli wracać zakończenie wczorajszego wieczoru. Wysłanych SMS-ów: trzy.

Żaden w języku polskim, ale całe szczęście blisko.

Do Baśki: "Dieki za supr wiczor, sorry wieczur, sorr wieczór".

Do Joasi: "Mam buuuuty".

Do Zembatego: "Cichot".

Tego ostatniego wolałam nie rozszyfrowywać. Do perfekcji opanowałam wypieranie, więc już w okolicach obiadu uznałam, że do Zembatego niczego nie wysyłałam.

O cholera. Szybko usunęłam SMS-y, postanawiając sobie po raz dwieście dwunasty, odkąd pierwszy raz za dużo wypiłam, że zostanę koneserem i będę pić jedynie kieliszek dobrej nalewki dla zdrowotności przed snem, i wino z san blebleble, mój rocznik, wąchane, kołysane i ledwie tylko smakowane przy obiedzie.

Po przeglądzie historii połączeń (całe szczęście tylko jedno, do firmy taksówkarskiej) przyszła kolej na zdjęcia, które Iza wysłała mi mailem. Zdjęć było zatrważająco dużo i choć moje ciało prezentowało się na nich nieźle, twarz była coraz bardziej nieostra, bynajmniej nie z powodu technicznych możliwości telefonu Izy. Choć nie to było ich największym problemem: ja w czepku pielęgniarki (który Basia wyszukała w szafie ze strojami do przebieranek. Poważnie, Baśka posiada całą oddzielną szafę na takie stroje. Nie komentuję, ja zbieram Świeżaki z Biedronki), Baśka w swoich bandażach, ja nad nią w tym czepku z wielką strzykawą. Iza i ja niesiemy między sobą Joannę, każda z nas trzyma jeden koniec koca. Ja w mundurze Jacka, z jego szafy. Iza i ja w maskach z fajkami do snorkelingu, między nami Baśka w dziwnej kolii, która wygląda (Jezu, mam nadzieję, że tylko wygląda) na diamentową. Kto, do cholery, zrobił to zdjęcie? Joanna? Coś mi się przypomina, jakiś huk, kiedy koc upadł nam na podłogę i wkurzona Joanna wgramoliła się na kanapę. Może wtedy?

Chichotałam już bardzo głośno, jednocześnie potwornie się za nas wszystkie wstydząc, no bo w końcu ile my mamy lat i co by na to powiedzieli moi rodzice, którzy... Cholera! Przyjeżdżają już dzisiaj! Całe szczęście Tolek jeszcze spał i nawet szczekający Mordor nie był w stanie go obudzić.

- Cicho, Mordor, cicho. - Przypomniał mi się znowu nieszczęsny SMS wysłany do G. Nie wymówiłam jego imienia nawet w głowie od momentu, kiedy to wszystko się wypełniło niczym w Biblii. Mogłam o nim myśleć "Zembaty", to nie bolało. Za to głowa zaczynała mnie boleć coraz bardziej.

Zaraz, zaraz, pozostała jeszcze jedna rzecz do sprawdzenia. Otworzyłam historię buszowania w internecie i niemal wypuściłam telefon z ręki, a resztki oparów alkoholowych ulotniły się w mgnieniu oka, tak jak resztki mojej godności.

Ostatnia strona, którą odwiedziłam przed zaśnięciem, to Poznajmysię.pl. A tam, wśród ostatnio dodanych anonsów kobiet, mój. Nawet nie jak byk, tylko jak... Koinoyokan. Czyli jednak, prawie postawiłam na swoim, za akceptacją Izy, która całe szczęście miała słabość do języka japońskiego. Nie zostałam jawnogrzeszną Magdaleną, ale Słodka Candy również rozpłynęła się w niebycie. Baśka, przypominam sobie, nie oponowała. Stwierdziła, że będzie to dobry pretekst do zagajenia, a mężczyźni na ogół są za to wdzięczni i z tej wdzięczności już bardzo pozytywnie nastawieni.

Koi no yokan - wyrażenie stanowiące wyzwanie dla tłumacza japońskiego, oznaczające mniej więcej: "Uczucie, gdy spotykasz kogoś po raz pierwszy i od razu wiesz, że się w sobie zakochacie. Masz świadomość, że miłość między wami jest po prostu nieunikniona". Pamiętam, jak Iza opowiedziała mi o tym idiomie, od razu postanowiłam sobie owo koi no yokan zapamiętać na całe życie. Cóż, cała ja, niepoprawna romantyczka. Zielone Wzgórza nad Poznaniem...

Teraz co prawda brzmiało to w moich uszach odrobinę za bardzo jak "kij ci w oko", ale cóż, wszystko lepsze od Słodkiej Candy.

Dodałyśmy też opis profilowy. "Jestem jawnogrzesznicą, zawieszoną wiecznie na wietrze między niebem a piekłem. Nadążysz za mną? Jestem głodna wrażeń i emocji. Głodna ludzi. Napisz". O dziwo bez literówek. Oznaczyłam nawet swój zwierzęcy profil - przypomniałam sobie teraz, że dziewczyny odpowiadały na pytania i wypadło na delfina. Najlepsze jednak było zdjęcie. Majaczyło mi w pamięci, że próbowałyśmy wstawić zdjęcie naszej trójki, aby mi było raźniej tam wisieć, to z Baśką w kolii i bandażach, w obstawie mnie i Izy z fajkami do nurkowania w zębach, ale moderator widocznie go nie przepuścił. A szkoda. Na zdjęciu profilowym jestem więc ja w pełnej krasie. Koinoyokan, jawnogrzesznica. To ładne zdjęcie, zamglenie winne sprawia, że wyglądam na rozmarzoną i trochę jakbym dopiero wstała. Tylko oczy mam smutne. Więc to wygląda trochę tak, jakbym wstała do smutku.

Przerażona, już miałam usunąć profil, ale ciekawość mi na to nie pozwoliła. W ciągu tych siedmiu godzin, kiedy spałam, odwiedziło mnie piętnastu nocnych marków, dwóch panów dodało mój profil do ulubionych, pięciu wysłało mi oczko, cokolwiek to znaczy, a w skrzynce czekały na mnie dwie wiadomości. Nie byłabym sobą, gdybym nie chciała ich przeczytać, zanim zlikwiduję profil, ale najpierw musiałam się zmierzyć z wizytą rodziców.

Oczywiście, że zlikwiduję ten profil. Nie zamierzam się wystawiać na targu seksualnej próżności. To, co jest zabawne, gdy jesteśmy we cztery, w pojedynkę staje się żałosne. Zabawa przestaje być zabawą, a dowcip zmienia się w desperację. Dumałam sobie nad tym filozoficznie, szorując podłogę w łazience. Tolek poleciał wypróbować nową deskorolkę i zapowiadało się, że szybko nie wróci. Rano obiecał mi, że odkurzy samochód, ale już koło południa doszedł do wniosku, że nie opłaca mu się za dziesięć złotych. W sumie go rozumiałam: ojciec założył mu konto i co miesiąc przelewał dwieście złotych, więc moje dziesięć mogło go co najwyżej rozbawić. Próbowałam sterroryzować go dziadkiem, który z pewnością wykaże dezaprobatę na widok miliona roztoczy na moich wycieraczkach, ale osiągnęłam tyle, że Tolek, przemądrzały smarkacz, zauważył z niesmakiem: "Mamo, doucz się, roztoczy nie widać".

Od rana próbowałam go namówić, żeby pojechał ze mną po dziadków na lotnisko, jednocześnie udając, że wcale mi na tym nie zależy. "Może, zobaczę" - oświadczył. "A co mi za to dasz?" - zapytał zaraz potem, doskonale wyczuwając, że to on rozdaje karty. Jaki komfort miałaby każda kobieta, gdyby nie musiała być międzypokoleniowym, empatycznym rodzinnym tłumaczem. Ile bym dała, by nie musieć tłumaczyć ojcu, że wnuk wcale nie miał na myśli tego, co właśnie powiedział, a wnukowi, że dziadek wcale na niego nie krzyczy i naprawdę go kocha, tylko jest już stary i ma coraz mniej cierpliwości. Wiedziałam, że mój ojciec czeka na Tolka, problem polegał jednak na tym, że bardziej czekał na wyobrażonego, idealnego wnuka niż na pyskującego dwunastolatka. Czasem się zastanawiałam, ile krzywdy robią ludziom reklamy, wdrukowując im w głowy absurdalne obrazy: świąteczna atmosfera, płonący kominek, czerwone skarpety nad kominkiem. I jowialny, dobroduszny dziadek w otoczeniu wnuków, które z rozdziawionymi buziami chłoną jego gadanie.

U nas wyglądało to zgoła inaczej: dziadek z wielkim wejściem zaczynał opowieść, tę samą, co roku o tej porze, a Tolek zaczynał się nerwowo wiercić i do głowy mu nie przyszło, żeby z nabożnym bezkrytycyzmem przyjmować dziadkowe gadanie. "Może tak było w dwudziestym wieku" - prychał. - "Teraz jest inaczej, ty, dziadek, tego nie rozumiesz, wy jesteście pokolenie na wymarciu. Jak dinozaury". To zazwyczaj wystarczało, żeby dziadek ze stanu dobrotliwie wymuszonej wyrozumiałości przechodził momentalnie w stan irytacji. Na Tolku nie robiło to najmniejszego wrażenia, w odróżnieniu ode mnie i od babci, która leciała gasić pożar i uspokajać dziadka, zazwyczaj tymi samymi słowami: "Oj, daj spokój, Ludwik. Przecież wiesz, że on tak nie myśli. Przeproś dziadka" - syczała po chwili, po to tylko, by zauważyć, że znudzony sytuacją Tolek już dawno sobie poszedł. Nastroje mojego ojca w jakiś niepojęty sposób stawały się naszymi nastrojami i robiłyśmy, co tylko w naszej mocy, żeby rozluźnić nerwową atmosferę.

Wiedziałam, że dziś również lekko nie będzie. Zamierzałam pogadać z Tolkiem, żeby nie denerwował dziadka, kładąc nacisk na sędziwy, dziadkowy wiek, ale jednak czułam jakiś wewnętrzny opór. W głębi duszy chyba chciałam być uczciwa: nie mogłam przecież traktować dwunastolatka jak partnera, a sześćdziesięciopięcioletniego mężczyznę jak zniedołężniałego starca. Najwidoczniej wciąż miałam problem z lojalnością. Moja terapeutka powiedziała, że mam kryzys tożsamości i nie umiem być jednocześnie matką i córką, i że gubię się między ojcem a synem. Za tę wątpliwie przyjemną diagnozę zapłaciłam sto złotych. I natychmiast wyparłam to z pamięci, wbrew jej naukom, że niczego nie wolno wypierać, bo wszystko nas buduje.

W końcu machnęłam ręką na towarzystwo Tolka. Jakoś to ojcu wytłumaczę. Żywiłam nadzieję, że zaaferowani pobytem w Hiszpanii będą mieli tyle wrażeń do przekazania, że nie zwrócą uwagi na brak wnuka na lotnisku. Przygotowałam schabowe, pieczone ziemniaki wymagały jedynie podgrzania, i zrobiłam mizerię. Przypuszczałam, że po tych wszystkich tapasach zatęsknili za polskim tłuszczem.

Samolot spóźnił się kilkanaście minut, potem długo czekali na bagaże, a ja czekałam na nich, stojąc wśród tłumu wypatrujących. Co parę minut otwierały się rozsuwane drzwi, wypuszczając pasażerów, którzy mieli w oczach ten specyficzny rodzaj dezorientacji, jaką powoduje przeskok przez pół Europy w dwie godziny.

W końcu wyszli, ciągnąc za sobą walizki. Kiedy widzisz rodziców na co dzień, nie czujesz, że czas płynie. Wiesz to, ale tego nie czujesz. Polecieli na te swoje zimowe wakacje zaledwie dziesięć dni temu, a wrócili starsi o pół wieku. Patrzyłam na nich i chciało mi się płakać. Na pozór niczym się nie wyróżniali z tłumu innych podróżnych, a jednak wydawało mi się, że bardzo się różnią. Byli jacyś tacy mali, skurczeni, niepasujący do przytłaczającego ogromu lotniska i tłumu anonimowych ludzi, do kolorowych walizek, migających napisów i komunikatów po angielsku. Byli obcy.

- Musisz tu trzymać te wszystkie szmaty? - zapytał ojciec, sadowiąc się na tylnym siedzeniu mojego wysłużonego audi, z rdzewiejącym błotnikiem, którego nie mógł mi darować. A raczej nie mógł darować Arturowi. Dresowa bluza, szary koc, dwa nowe śpiwory, przeciwdeszczowa kurtka, parę kolorowych chustek pod szyję, zielony sweter, poduszka z przeceny, zamszowe kozaki i dwa białe T-shirty Tolka na wf - woziłam to wszystko na tylnym siedzeniu, od kiedy straciłam orientację, gdzie jest mój dom.

- Wypakuję - mruknęłam, w głębi duszy wdzięczna, że ten obcy mężczyzna zwrócił mi ojca... We wstecznym lusterku ujrzałam dobrze mi znany grymas na jego twarzy. Dopiero teraz zauważyłam, że rodzice mają na sobie bliźniaczo podobne zimowe kurtki. Różniły się bodajże tylko kolorem mankietów i kołnierzyka. Z wiekiem upodabniali się do niemieckich małżeństw, przemierzających Europę w autokarach i takich samych wygodnych turystycznych strojach do zwiedzania. - Dobrze, tato, że w ogóle odpalił po naładowaniu akumulatora. Wczoraj kaprysił.

Myślałam w swojej naiwności, że ojciec pochwali mnie za czujność i poradzenie sobie z podłączeniem akumulatora do prostownika.

- No wiesz, samochód jest jak kobieta, trzeba mu poświęcić trochę uwagi, a nie tylko wlewać benzynę. - Ojciec zamilkł, zmieszany swoją metaforą, a siedząca obok mnie mama szybko zaczęła opowiadać o najsmaczniejszych krewetkach, jakie w życiu jedli, chyba w nadziei, że obraz krewetek wymaże z naszych głów wizję kobiety, w którą się wlewa benzynę. Przez chwilę było nawet wesoło, to znaczy do momentu, gdy podjechaliśmy na osiedle Przyjaźni, pod moją klatkę. W ich mniemaniu chyba dosłownie moją klatkę.

- Ach - powiedział tylko ojciec, podczas gdy ja przytrzymywałam ciężkie drzwi, by rodzice mogli wygodnie przejść ze swoimi walizkami. Walizka mamy była na kółkach, ojca wyglądała na schedę po dziadku i dźwigał ją w ręku.

- Jaki ładny blok. I nie ma w klatce zsypu na śmieci. - Nie wiedziałam co prawda, o czym matka mówi, pewnie o jakimś przeżytku z czasów peerelu, niemniej swój niepoprawny optymizm odziedziczyłam najwyraźniej po niej. - Dobrze, nie będzie śmierdziało.

Wchodzenie do klatki przebiegało najwyraźniej zbyt sprawnie, a mój ojciec lubił wyzwania, więc postanowił pomóc matce z jej bagażem. Matka, która nie lubiła, gdy ją ktoś wyręczał, stanęła okoniem i przez chwilę wyrywali sobie uchwyt walizki z rąk. Ojciec nie dawał jednak łatwo za wygraną. Wyzwania? Cóż, moja terapeutka nazwałaby to potrzebą kontroli za wszelką cenę.

- Przytrzymaj, Magda. - Rozbujał swoją czarną pękatą torbę w moim kierunku bez uprzedzenia, a gdy ją złapałam, nie myśląc o tym, jakby to była wymiana jednego ciężaru na inny, puściłam automatyczne drzwi i spoceni rodzice znaleźli się po ich drugiej stronie. Przez chwilę liczyłam na to, że po prostu znikną. Spojrzałam przez małą szybkę w drzwiach. Nic z tego. Stali tam ze zdziwionymi minami.

Wdrapanie się na trzecie piętro poszło nieco łatwiej. Ojciec niósł swoją torbę w jednej ręce, walizkę mamy w drugiej. Przodem ja, wlokąc się, jak to tylko możliwe, by nie mieć własnego ojca na sumieniu. Sapał przy tym przeraźliwie, ale obie wiedziałyśmy, że na jego upór nie ma rady. Mama zamykała pochód, zakładając, że w razie czego uratuje spadającego ze schodów ojca lub chociaż walizy zawierające cenne hiszpańskie zakupy. Ojciec przystawał po każdej porcji stopni, dysząc jak Mordor, ale ponieważ nigdy w życiu by się nie przyznał do zmęczenia graniczącego ze stanem przedzawałowym, za każdym razem udawał, że podziwia kwiatki doniczkowe, ustawione przez sąsiadów na każdym półpiętrze, lub zastanawia się, dlaczego ludzie obecnie nie umieszczają tabliczek z nazwiskami na drzwiach. Wolałam, by nie robił tego tak głośno, więc szybko postanowiłam podzielić się swoją tezą:

- Myślę, tato, że lokatorzy mieszkań wymieniają się obecnie zbyt szybko, no i ludzie cenią sobie anonimowość.

- Ciekawe. Jakoś na Facebooku sobie tej anonimowości wcale nie cenią.

- Bo tam nikt nie zapuka do twoich prawdziwych drzwi. Tylko do wirtualnych, prawda?

Ojciec pokonywał właśnie ostatnie dziesięć stopni, po raz ostatni tłumacząc nam, że sam doniesie torby; nie są w ogóle ciężkie i on na co dzień nosi większe ciężary.

- Jakie to niby nosisz ciężary? - Mama już miała się obruszyć, ale całe szczęście weszliśmy do korytarza, z którego szybko usunęłam zostawioną na samym środku deskorolkę Tolka. I choć ojciec mógłby jej użyć do przewiezienia toreb do pokoju mojego syna, w którym mieli spać, wiedziałam, że tak banalne rozwiązanie go nie zadowoli i zamiast tego spróbuje się na tej deskorolce poślizgnąć i złamać kończynę. Tylko jedną, bo dźwiganie waliz na trzecie piętro zaspokoiło w jakiejś mierze jego potrzebę udowadniania nam, że jest tak samo silny i sprawny jak czterdzieści lat temu.

Po wesołym przywitaniu z Tolkiem i Mordorem oraz przekazaniu nam przedziwnych suwenirów z Barcelony (Tolek dostał album, który rodzice kupili w muzeum Miro, a ja naszyjnik etniczny z rodzaju tych, których nigdy nie noszę) tata powiódł wzrokiem po naszym mieszkaniu. Szczerze? Nie było za bardzo po czym wieść, bo jednym spojrzeniem można było w zasadzie ogarnąć wszystko poza skromnym balkonem, i znowu powiedział tylko:

- Ach.

Dreszczy zaczęłam dostawać od tych jego achów.

- Ładne kolory - dodała mama, ale nawet ona zamilkła i uciekła wzrokiem w bok. Wiedziałam, że dla rodziców, według których pana Boga za nogi złapałam, wychodząc za ustatkowanego mężczyznę, nieco starszego, w dodatku lekarza, to mieszkanie było nie tyle moją Elbą, co moim Waterloo, jeśli się już trzymać napoleońskich metafor. W Elbę uparcie nie chcieli wierzyć przez wiele tygodni i chyba to był powód, dla którego tak wiele czasu zajęło im odwiedzenie mnie i Tolka w tym nowym lokum. To oraz praktyczne podejście do życia. Ojciec wszystkie wydatki próbował zawsze racjonalizować, w związku z tym wizyta w Poznaniu, tylko u córki, niepołączona z jakąś potrzebą zakupową, wizytą lekarską czy wyjazdem zagranicznym właśnie, nie miała po prostu racji bytu. Zatrzymaliby się tu i w drodze do Hiszpanii, wylot też był z Poznania, ale wypadał akurat w środę.

- Wiesz, że nie lubimy nocować poza domem w środku tygodnia - powiedziała krótko mama, gdy ją o to zapytałam. Wolałam nie podnosić kwestii nocowania poza domem na wyjeździe, podczas co najmniej kilku środków tygodnia. Życie nauczyło mnie nie dyskutować z logiką rodziców. Odwiozłam ich wtedy prosto z dworca na lotnisko.

Teraz czekali na obiad, udając, że nie widzą pustego miejsca przy stole, które normalnie zajmowałby ich zięć. Rzecz jasna nie przy tym tanim stole z Ikei, nie w tym maleńkim mieszkanku i nie zięć, który kupił dla nas piękny dom za miastem, z wielkim ogrodem, i nie oczekiwał ode mnie nigdy niczego poza tym, że w jakiejś tam bliżej nieokreślonej przyszłości urodzę mu dziecko, może dwoje, i całą tę drogą i olbrzymią przestrzeń wypełnię czy ja wiem, szelestem sukien, szczebiotem dzieci albo świergotem ptactwa, czy co tam jeszcze mężczyźni rzekomo bez oczekiwań sobie wyobrażają.

Krzątałam się po kuchni, która w porównaniu z tamtą, urządzaną przeze mnie przez wiele lat, przypominała miniaturowe pudełko w domku dla lalek. W momencie, gdy przy kuchennym stole siedziały dwie osoby dorosłe i jedno dziecko, sięganie po różne rzeczy i otwieranie piekarnika graniczyło z cudem. Rodzice w wyjątkowej ciszy sączyli swoje kawy. Z wiekiem zaczęli się upodabniać i pod tym względem. Mama zrezygnowała z czarnej i mocnej jak sto diabłów, jak mówiła babcia, i teraz oboje z namaszczeniem dolewali mleka pół na pół i z lubością mieszali cukier.

- Wiesz, może my ci stąd wyjdziemy? - poderwała się mama. - Przejdziemy do saloniku. Ludwik, rusz się.

Omal się nie zakrztusiłam na hasło "salonik" w odniesieniu do pokoju, w którym próbowałam zmieścić całe swoje dotychczasowe życie, a nie starczało w nim miejsca nawet na wszystkie moje książki.

- Ale dlaczego, tu jest tak... przytulnie. I ładnie pachnie. - Ojciec za dobre uznawał tylko własne pomysły, więc choć w głębi duszy zgadzał się z mamą, postanowił zignorować jej inicjatywę. Rodzice mieli silne osobowości, ale zwykle potrafili ze sobą współpracować, mogłam to wszystko zganić tylko na napięcie, które towarzyszyło nam wszystkim pod tym udawanym spokojem.

Mieszkanie, z którego jeszcze wczoraj, ba, jeszcze dziś rano byłam tak dumna, bo choć niewielkie i nie do końca odzwierciedlające mój gust, było pierwszym mieszkaniem, za które nie płacił żaden mężczyzna, tylko ja sama, nagle wydało mi się żałośnie małe i smutne, jakbym je zobaczyła po raz pierwszy. Ich oczami. Farba na ścianach była nieco przybrudzona, a w korytarzu królowała przedpotopowa boazeria. Ponieważ był długi, nie dało się tej boazerii nie zauważyć. Mieszkanie miało jednak bezsprzeczną zaletę: było tanie, a ja dopiero zaczęłam pracę w wydawnictwie i nie mogłam jeszcze liczyć na dobrą pensję. Cieszyłam się, że po tylu latach w ogóle znalazłam pracę.

- Mamo, dlaczego ten kotlet jest w kształcie penisa? - Na moim synu zawsze mogłam polegać. Niemal wszyscy zakrztusiliśmy się schabowym.

- Jakiego znowu penisa? - prychnęłam ze śmiechem, ale rodzice mieli dziwnie sztywne twarze.

- Tolek, czy nikt ci nie powiedział, że nie używa się takich słów? A już na pewno nie przy rodzinnym obiedzie! Przy stole siedzą kobiety, twoja matka i twoja babka.

- Oj tato, nie widzisz, że chce po prostu zwrócić na siebie uwagę, a ty dajesz mu wyłącznie satysfakcję, że dopiął swego? - Próbowałam zbagatelizować sprawę, ale czułam, że niedługo usłyszę, że to pierwsze efekty wychowywania chłopca w domu "bez ojca".

- No wiesz, Magda, to nie znaczy, że nie należy mu zwrócić uwagi. - Mama postanowiła tym razem zgodzić się z ojcem. Spojrzałam na nią ze zdziwieniem; na tym etapie życia nie oczekiwałam już chyba żadnej solidarności jajników z jej strony, ale choć trochę zrozumienia w tym chaosie, którym stało się moje życie. Przez chwilę myślałam, że się rozpłaczę, ale w tym momencie szczęśliwie piekarnik obwieścił wszem i wobec krótkim sygnałem dźwiękowym, że ziemniaki są gotowe.

Rozmawialiśmy o Tolku, jakby był nieobecny, więc z głupim uśmieszkiem, pełnym samozadowolenia, pochylił się nad talerzem. Nie wiem, na co liczyłam. Być może na to, że dymiący półmisek z kotletami i blacha z ziemniakami pieczonymi w ziołach wykreują coś w rodzaju zasłony dymnej, za którą będę się mogła schować. No cóż. Wiedziałam, że ten plan spalił na panewce, gdy tylko Tolek poszedł do swojego pokoju, rzekomo odrobić lekcje, a tak naprawdę rozegrać z kumplami jakąś misję w Counter-Strike'a, a rodzice zaczęli się niespokojnie kręcić. Swoją drogą, czy ktoś w ogóle jeszcze wie, co to jest ta panewka?

- Kochanie, jak długo to jeszcze potrwa? - zapytał ojciec surowym głosem, jakbym przebywała na przedłużających się wagarach. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego mając już na karku czterdziestkę, wciąż czuję się przy nim jak karcone dziecko. Z tej potrzeby zadowolenia go za wszelką cenę moja terapeutka mogłaby się doktoryzować.

- Kochanie, czy naprawdę nie ma szansy, byście się z Arturem wreszcie dogadali? - Mama pogłaskała mnie lekko po ręce. Nie wiem, czy się wcześniej umówili, ale najwyraźniej to ojciec miał być podczas tej rozmowy złym policjantem. O cholera, zaczęło do mnie docierać, że w ich uporządkowanym świecie nie ma miejsca na to, co się stało, na to, co zrobiłam. Nie wiedzieli rzecz jasna nic o zdradzie, a jeśli nawet coś podejrzewali, byłam pewna, że to właśnie Artura posądzali o niewierność. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że pewnego dnia postanowiliśmy się rozstać, a ja zrzekłam się swoich praw do połowy pięknego domu i wyprowadziłam z Tolkiem do tego mieszkania? Nie mieli pojęcia, że zrzekłam się ich w zamian za rozwód bez orzekania o winie, w zamian za milczenie Artura. Dotrzymał słowa. Nie puścił pary z ust, kiedy ojciec próbował z nim rozmawiać zaraz po fakcie. Szlag mnie trafiał na myśl o tej rozmowie. Jeden mężczyzna rozmawiał z drugim mężczyzną za moimi plecami o moim życiu.

- Nie ma takiej szansy. Słuchajcie, kocham was, ale naprawdę nie chcę o tym rozmawiać. Tak postanowiliśmy i tak będzie lepiej dla wszystkich...

- A Tolek? Już zaczyna o penisach. - Obrażony ojciec wydął wargi.

- Nie przesadzasz, tato? Po prostu się wydurniał, nie pamiętasz, jaki to jest głupi wiek? Nie pamiętasz, jaki sam byłeś?

- Ja w tym wieku pomagałem dziadkowi w pracach polowych, moja droga, i co rano z pierwszym brzaskiem rozpalałem w piecach.

Kurczę, że też nie ugryzłam się w język. Nadchodziła Konopnicka w interpretacji mojego ojca; nawet mama nie mogła już tego słuchać i wzięła się za mycie naczyń. Zaczęłam odliczać godziny do końca tego dnia i tej chwili, kiedy wszyscy pójdą spać, a ja z lampką wina będę mogła wreszcie sprawdzić, kto do mnie napisał na portalu randkowym. Jednak na razie zanosiło się na to, że jeszcze przez jakiś czas będę musiała wysłuchiwać tego, co ma do powiedzenia ojciec. Mogłam co prawda oświadczyć, że boli mnie głowa i pójść do siebie, problem polegał jednak na tym, że moje "u siebie" chwilowo zajmowali rodzice, a ja pierwszy raz od wielu lat stanęłam przed dylematem, jak w dwóch pokojach pomieścić cztery osoby, z których każda ma inne potrzeby. Tolek głośno gadał z wirtualnymi kumplami i wspólnie likwidowali kolejnych terrorystów, ojciec chciał oglądać wiadomości, w przerwie rzucając mi jakąś bezcenną, życiową wskazówkę, mama stękała, że jest zmęczona, boli ją głowa i najchętniej w spokoju poczytałaby książkę. Ja potrzebowałam ciszy i samotności - deficytowego towaru w dwupokojowym mieszkaniu na osiedlu Przyjaźni w sobotę o godzinie osiemnastej.

- Rodzina jest po to, żeby się wspierać... - oświadczył ojciec filozoficznie, zupełnie nieświadomy, że właśnie kombinuję, jak tu umościć sobie odosobnione legowisko w wannie. Albo w szafie. - Ludzie czasem się kłócą, ale to nie powód, żeby od razu się rozwodzić. W małżeństwie zdarzają się trudne momenty. Naprawdę nie umiesz mu wybaczyć? - wypalił w końcu z grubej rury. - Wiesz, mężczyźni czasami... - chrząknął zakłopotany pod wpływem piorunującego spojrzenia mamy. - Nie patrz tak - burknął. - Próbuję zapobiec tragedii. Zobaczysz, że ona jeszcze kiedyś będzie tego żałować.

Mama wytarła mokre ręce w ścierkę, krytycznym wzrokiem obrzucając buty, które ojciec zdjął i ustawił przy stołowej nodze.

- Lepiej, żeby była sama niż z facetem, któremu się spodnie palą. - Nieoczekiwanie wzięła mnie w obronę. - Każda wyrozumiałość ma swoje granice... Nie powiem, lubię Artura, ale od początku mi się nie podobał ten jego zawód. Ginekolog! - prychnęła. - Pieniądze może i dobre, ale normalnemu facetowi może się w głowie tentego... - Spojrzała na ojca. - Przecież on cały dzień grzebie w...

- Ciii! - syknął ojciec, bo właśnie do kuchni zajrzał Tolek.

- W czym grzebie? - zapytało moje dziecko odruchowo.

- Nic, nic, babcia właśnie opowiada o jednym znajomym, który lubi pracę w ogródku. - Dziadek wzniósł się na szczyty intelektu, jednak spiekł przy tym takiego raka, że Tolek domyślnie kiwnął głową.

- A, gadacie o tacie. No, moi kumple też się ciągle pytają, jak to jest mieć ojca, co zagląda babom między nogi - rzucił w przelocie. Wyciągnął z lodówki parówkę i zniknął w swoim pokoju.

- Widzisz, a nie mówiłam? - tryumfowała mama.

Nie bardzo wiedziałam, co ojciec miałby zobaczyć, ale wolałam nie wnikać.

- I w ogóle dałbyś jej już spokój, to jej życie, trudno... - westchnęła ostentacyjnie.

Doskonale umiałam czytać między wierszami w wypowiedziach mojej mamy i dobrze wiedziałam, że to jedno małe, zabłąkane słówko "trudno", wtrącone jakby mimochodem, kompletnie zmienia sens wypowiedzi, która tak naprawdę brzmi: "Tyle lat ją wychowywaliśmy, najlepiej, jak potrafiliśmy, poświęcaliśmy się, żeby wszystko miała, żeby było jej w życiu łatwiej niż nam, od ust sobie odejmowaliśmy. A ona bezmyślnie i niewdzięcznie wszystko zmarnowała".

Ojciec najwyraźniej nie był biegły w podtekstach.

- Nie dam jej spokoju! - Huknął pięścią w stół. - Ktoś tu powinien wykazać się rozsądkiem. Proponuję zrobić rodzinne spotkanie. Zaprosimy do nas Artura, Magda przyjedzie z Tolkiem... Na neutralnym gruncie inaczej się rozmawia, mniej emocjonalnie, a na moje oko to właśnie nadmierne emocje są wszystkiemu winne. Co ty na to?

Już otwierałam usta, żeby go poinformować, co ja na to, kiedy się zorientowałam, że pytanie nie było skierowane do mnie.

- Może masz rację... - Mamie rozbłysły oczy. - W końcu Artur zawsze lubił do nas przyjeżdżać. Zabrałbyś go na to świąteczne polowanie z nagonką, rozerwałby się, przypomniałby sobie rodzinną atmosferę... Zaprosilibyśmy ciocię Jadzię, i może Marczewskich - podniecała się coraz bardziej. - Pamiętasz, jak się kiedyś upił z Antonim i próbowali dosiadać tego starego renifera z choinkowych lampek? Artur wyznał mi wtedy, że jeszcze nigdy nie spędził tak wesoło Wigilii. Mój Boże, święta potrafią zdziałać cuda. Może nawet zapomniałby o tamtej... Wiem, wiem, kochanie - pogłaskała mnie po policzku - że to cię na pewno boli, ale kobieta musi być wyrozumiała, inaczej żaden związek by nie przetrwał. Mężczyźni są słabi i trzeba im to wybaczyć.

Przy mojej matce chorągiewka na wietrze zrobiona była z granitu.

- To co? Ustalone? - Ojciec klasnął w dłonie.

Są w życiu człowieka takie chwile, kiedy odbiera mu mowę. Taka chwila trwała dla mnie właśnie teraz.

Następnego dnia musiałam jeszcze przeżyć wizytę z rodzicami w salonie meblowym, ponieważ po nocy spędzonej na wysłużonej kanapie poprzednich właścicieli mojego mieszkania ojciec oświadczył:

- Wiesz, to naprawdę wstyd, żebyś ty się gnieździła co noc na cudzym łóżku. Wystarczy, że mieszkanie jest cudze...

- Jest moje - przypomniałam mu.

- Ale na kredyt. Twoje będzie, jak spłacisz.

Jak zawsze opadły mi ręce i odechciało mi się polemiki. Im starszy był mój ojciec, tym trudniej było go do czegokolwiek przekonać.

Z zaciśniętymi zębami usiadłam za kierownicą.

- Jeździsz bardzo agresywnie - zauważyła mama, kiedy niemrawo wyprzedzałam rowerzystę. - Zresztą wy tu w ogóle w mieście jeździcie jak wariaci. O! Jak to się wpycha! Cwaniak jeden! - zawołała na widok niebieskiej terenówki usiłującej zmienić pas. - Przyspiesz! Nie wpuszczaj go! Niech sobie w korku postoi, to mu się odechce cwaniakowania.

Westchnęłam.

- Mamo, wszyscy jeżdżą na zakładkę, ja też. To nie jest cwaniactwo, tak jest po prostu szybciej i sprawniej.

Modliłam się w duchu, żeby wytrzymać do siedemnastej. O tej godzinie mieli powrotny pociąg do swojego maleńkiego miasteczka, gdzie ludzie się nie rozwodzili, nie jeździli agresywnie, nie cwaniakowali za kierownicą, a ginekolodzy nie mieli żon. Od kiedy trzydzieści lat temu wyprowadzili się z Poznania, stali się rasowymi prowincjuszami, dla których wielkie miasta stanowiły źródło nieustannych zadziwień. Hałas, spaliny, wieczny brak czasu i ta obojętna anonimowość. "Jak wy możecie tu wytrzymać?" - wciąż pytała moja mama, zapominając, że w owym tu spędziła prawie połowę życia.

Miałam dziesięć lat, kiedy wylądowaliśmy w maleńkiej podczaplińskiej wsi i w zasadzie było mi wszystko jedno, czy przeprowadzamy się w Bieszczady, czy na Księżyc. I tak zmuszona byłam zostawić swoje podstawówkowe przyjaciółki, a to był wystarczający powód do rozpaczy. Wszystko inne było drugorzędne. Wróciłam do nich dopiero w liceum, kiedy zaszantażowałam rodziców, że prędzej się zabiję, niż pójdę do szkoły średniej w Czaplinku. Oczywiście nie uwierzyli, byłam zbyt rozsądna, ale machnęli ręką na upór piętnastolatki i tym sposobem po pięciu latach wróciłam do Poznania.

Kupno nowej sofy poszło sprawnie i, o dziwo, ojciec nie kręcił nosem na mój wybór. Już dawno miałam to zrobić, ale jakoś nigdy nie mogłam znaleźć czasu, a może energii, więc kiedy opadły emocje, poczułam coś w rodzaju wdzięczności. Awantura wybuchła, gdy się okazało, że sama chcę zapłacić. Wyjął portfel i oświadczył stanowczo i głośno, żeby na pewno wszyscy słyszeli:

- Jeszcze stać mnie na to, żeby własnej córce kupić łóżko.

Mogłam się uprzeć, ale miałam poważne obawy, że chyba musiałabym się z nim bić, żeby postawić na swoim. Mój ojciec lubił być dumnym kogutem, który z despotyczną troską zagarnia swoje stadko kurek. Machnęłam więc ręką i pożałowałam, że nie wybrałam jakiejś bardziej luksusowej wersji.

Mama najwyraźniej nie chciała być gorsza, bo zaciągnęła mnie do działu z tekstyliami i wybrała piękną, satynową pościel w kolorze czerwieni z Falun (nie wiem, co to znaczy, ale tak było napisane na opakowaniu), po czym dołożyła do niej dwa puszyste kąpielowe ręczniki w tym samym odcieniu. Nie rozumiałam wprawdzie, dlaczego to wszystko jest takie krwiste, ale wolałam nie wnikać.

Cóż, najwidoczniej gromadziła mi ekskluzywny rozwodowy posag na nową, samotną drogę życia. Nawet ją rozumiałam, pewnie się chciała zrehabilitować za to, że w prezencie ślubnym podarowała mi biały, bawełniany obrus na dziesięciometrowy stół, z którego w chudych latach uszyłam pieluszki dla Tolka, bo na nic innego się nie nadawał.

Jednak najlepsza scena rozegrała się na dworcu. Jakimś cudem udało mi się znaleźć wolne miejsce do zaparkowania i odetchnąwszy, już się schylałam, żeby w bocznym lusterku poprawić makijaż, kiedy nagle stojący z boku ojciec gwałtownie pociągnął mnie za rękę. Czerwona pomadka, która miała się znaleźć na ustach, wylądowała mi na czole, dzieląc je na pół szkarłatną pręgą. Wyglądałam, jakby ktoś wbił mi w głowę siekierę, a następnie nerwowo ją wyszarpnął.

- Tato... - jęknęłam, gorączkowo grzebiąc w torbie w poszukiwaniu chusteczki.

- Ja... tego... To my tu z Magdą walizki wyciągniemy z bagażnika, a ty idź zobacz, czy są kolejki przy kasach - zwrócił się do mamy, zupełnie ignorując moje pretensje.

Mama wzruszyła ramionami, sprawdziła, czy ma portfel na swoim miejscu, wsadziła pod pachę torebkę i, stukając obcasami, ruszyła w stronę hali dworcowej. Po chwili pozostała po niej jedynie ledwie wyczuwalna smużka Le Monde'a... Tak, mojej mamie zawsze towarzyszył jej świat, bez względu na to, gdzie się aktualnie znajdowała.

- O co chodzi? - przestraszyłam się, kiedy zostaliśmy sami. Ojciec spławił ją zbyt bezceremonialnie, żebym mogła udawać, że nie zauważyłam.

Zamiast odpowiedzieć na moje pytanie, wyciągnął portfel. Wyjął z niego zwitek banknotów.

- Wiem, że ci trudno. - Zamachał rękami, broniąc się przed moim protestem. - Oj, już daj spokój! Nic nie mówisz, ale nie jestem ślepy. Widziałem na lodówce niezapłacony rachunek za prąd za zeszły miesiąc. Tolek chodzi w dziurawych spodniach... Mordor też jakiś taki chudy ostatnio. Kochanie, kto ma ci pomóc, jak nie ojciec? Nie pora na dumę...

- Tato - jęknęłam, łapiąc się za głowę. - Za zeszły miesiąc płaci się zbiorczo w tym miesiącu, Tolek ma podarte dżinsy, które notabene kosztowały majątek, bo moda teraz durna, im bardziej podarte, tym lepiej. Artur mu kupił. A z Mordorem byłam u fryzjera, już zupełnie zarósł i po całym domu kłaki rozsiewał, nie nadążałam z odkurzaniem. Dlatego wygląda, jakby się skurczył. Kilo futra mu zgolili! Jezu, tato, ja naprawdę sobie radzę.

- Ale masła nie miałaś - odparował natychmiast.

- Bo zapomniałam kupić, my z Tolkiem nie jadamy.

Ojciec nie dał się zbić z pantałyku.

- Dobrze, dobrze - oświadczył, wciskając mi pieniądze do kieszeni kurtki - zawsze byłaś wygadana, ale ja swoje wiem. Bierz i nie marudź. Samotnym kobietom nie jest łatwo w życiu, ale, kochanie, obiecuję ci, dopóki masz ojca, dopóty ci masła nie zabraknie. I, hmm... - Zmieszał się. - Nie musimy o tym mówić mamie, wiesz, jaka ona jest, zaraz się zacznie niepotrzebnie martwić.

Po piętnastu minutach podobna scena rozegrała się na peronie.

- Ludwik, co tak stoisz, zanieś walizki do przedziału. - Mama wymagała natychmiastowego wykonywania poleceń. - I pamiętaj, żebym przy oknie siedziała! - zawołała za ojcem, który próbował wtaszczyć bagaże do wagonu. Zasapał się nieco, usiłując sprawiać wrażenie człowieka, który dla rozrywki żongluje walizkami. Patrzyłam zaniepokojona, jak pasek od spodni zjeżdża mu poniżej brzucha; przez krótką chwilę obserwowałyśmy go jeszcze z mamą z mieszanką miłości i zażenowania (ja) oraz miłości i lekkiej odrazy (ona).

- Kochanie - zaczęła mama, konspiracyjnie odwracając się tyłem do pociągu i łapiąc mnie za rękę. - Wiem, że nie jest ci lekko... Życie takie drogie, a ty z tej jednej marnej pensji...

Zamierzałam zaprotestować, że wcale nie jest taka marna, ale nie dała mi szansy.

- Nie przerywaj! Ja swoje wiem. Widziałam w lodówce przeterminowane jogurty... Jak wy się odżywiacie! Przecież to dziecko rośnie, potrzebuje owoców, mięsa. A tu nawet masła nie ma, musiałam rano ojcu kanapkę z majonezem zrobić.

Słusznie ktoś kiedyś zauważył, że milczenie jest złotem.

- I nie myśl, że nie widziałam, jak płuczesz włosy w occie i robisz odżywkę z żółtek. Masz tu, kup sobie dobry szampon, bo z tymi włosami wyglądasz jak koczkodan. - Wcisnęła mi w kieszeń zwitek banknotów. Na szczęście była to inna kieszeń niż ta, w której tkwił taki sam zwitek od ojca. - W przyszłym miesiącu przeleję ci na konto, to pójdziesz do fryzjera. Ale pamiętaj, nic nie mów ojcu, niech to będzie nasza mała, babska tajemnica.

Kiedy rodzice wreszcie odjechali, zostawiając mnie w znajomym stanie trudnych do nazwania emocji, w których poczucie winy mieszało się z tkliwością, a poczucie lojalności z ulgą i złością, dorwałam się wreszcie do komputera, by sprawdzić, jak się ma moje randkowe alter ego. Ku mojemu zdziwieniu miało się niezwykle dobrze, wręcz dużo lepiej ode mnie. Profil był bardzo często odwiedzany, do ulubionych dodało mnie czternastu facetów, odwiedziło mnie stu sześciu, co dawało współczynnik popularności... szybko znudziło mi się liczenie. Ponad trzydziestu puściło mi wirtualne oczko, cokolwiek to miało oznaczać, pewnie jakąś cyberzaczepkę od tych, którym nie chciało się pisać i liczyli w duchu, że załatwimy sobie ten śmieszny taniec godowy mruganiem oczami. Jednak dziesięciu mężczyznom chciało się napisać i tyle wiadomości figurowało w mojej randkowej skrzynce.

Siedziałam przez chwilę zdziwiona. Co też było na tym zdjęciu i w opisie, że spowodowało tyle zainteresowania? Jakoś na ulicy tłumnie się na mnie nie rzucali. Dopiero później miałam zrozumieć prawa, jakimi się rządzą takie portale. Byłam niczym nowy dzieciak w szkole, ba, w klasie. Ponieważ mieszkałam w dużym mieście, nie da się ukryć, że mężczyzn o wcześniej określonych przeze mnie parametrach (cóż za cudownie romantyczne określenie), czyli stanu wolnego i w widełkach wiekowych od 35 do 50 lat, było naprawdę sporo. Należało więc sobie wyobrazić taką szkołę dla chłopców, którzy przez ulicę spoglądają na panny ze szkoły dla dziewcząt. Każdego dnia przechadzały się tam różne, z całą pewnością często mądrzejsze i piękniejsze ode mnie, ale dobrze już znane, być może z wymiany maili czy z uporczywego milczenia, a może z nieudanego spotkania. Miałam nad nimi jedną cenną przewagę: byłam nowa. Mój profil wyświetlał się na samej górze, w ostatnio dodanych, i trudno go było przeoczyć. Byłam jak produkt promowany w sekcji "nowości" w sklepie internetowym.

Jeśli wcześniej czułam się skonsternowana, teraz byłam przerażona. Nalałam sobie kieliszek, a w zasadzie puchar wina, bo wszystkie sześć kieliszków, które zabrałam z małżeńskiego domu, uległo unicestwieniu podczas przeprowadzki i chwilowo ze szklanych przedmiotów dysponowałam średniej wielkości pucharem, przeznaczonym przez dość ograniczonego w swojej fantazji producenta do deserów lodowych. Nie zamierzałam pić wina z kubka, istniały w końcu jakieś granice w tej zmianie statusu i stopy życiowej, poza które nie chciałam postawić już ani kroku.

Od razu postanowiłam sobie odpuścić wszystkich, którzy wyłącznie puścili do mnie oczko. Za bardzo kojarzyło się to z podstawówką. Później obejrzałam profile tych, którzy dodali mnie do ulubionych. Nie rozumiałam tak olbrzymiej rozpiętości gustów. Był tam i rychu12, który wśród zainteresowań wymieniał seks, którego wymarzona partnerka lubi seks, a w części "o mnie" napisał... uwaga, werble... że bardzo lubi seks, ale i niejaki genius_loci, którego wymarzona partnerka byłaby uosobieniem fizycznej skromności i emocjonalnej rozrzutności.

Odkąd się zalogowałam, zaczęły przychodzić coraz to nowsze informacje o mężczyznach oglądających mój profil. Dawidos135, poznaniak149, sansei8, wojtek951, bawidamek11... i posypały się oczka oraz zaczepki w okienku do wymiany wiadomości.

"Witaj, jawnogrzesznico, pogrzeszymy razem?"

"Co ty taka przestraszona na tym zdjęciu?"

"Cześć, fajny opis, szukam Cię od lat".

"No, no... taka niegrzeczna".

"Witaj, mam na imię Dawid".

"Witaj, mam na imię Wojtek".

"Witaj, mam na imię Tomek, bez nałogów, zapraszam do kontaktu".

"Spotkamy się? Tu Marek z Poznania".

Od czasu do czasu trafiała się wiadomość ciut dłuższa, choć czułam, że rozsyłana masowo do wielu pań. Na przykład lukas41 napisał: "Zdaję sobie sprawę, że nie mam większych szans, ale podobno do odważnych świat należy, prawda? Jesteś taka piękna! Dzisiaj w nocy miałem cudowny sen, teraz już wiem, kto mi się śnił... Z taką kobietą chciałbym pić szampana, jeść romantyczne kolacje, a potem zostawać do śniadania... Spełniać Jej marzenia, podróżować, patrzeć, jak się uśmiecha... A w łóżku? Dawać nieziemską rozkosz, zaspokajać wszystkie fantazje, odkrywać ciało kawałek po kawałku... Zauroczyłem się..."

Nie było nawet literówek. Profesjonalna robota, choć w pierwszej chwili przeczytałam, że chciałby odrywać ciało kawałek po kawałku...

Wzdrygnęłam się. Przez to wszystko poczułam się jak gazela otoczona przez tygrysy, które podchodzą krok po kroku, coraz bliżej, a za chwilę rzucą się i rozszarpią mnie na strzępy. Szybko zamknęłam wieko laptopa.

Nie byłam na to przygotowana. Poczułam złość na Artura i żal do Zembatego, że to przez nich muszę się teraz wystawiać na tym targowisku ludzi jak jakaś... Wolałam nie kończyć. Z jednej strony wiedziałam, że w dzisiejszych czasach to bardzo skuteczny sposób poznawania nowych ludzi, w zasadzie tak samo bezpieczny, jak poznawanie ich w miejscu publicznym, ponieważ każdy może i napisać, i powiedzieć o sobie wszystko, no może tylko łatwiej wykryć fałsz w bezpośrednim kontakcie. Z drugiej - widziałam w tym jakieś okropne uproszczenie. Przecież ustawiając takie, a nie inne filtry, nawet jeśli zgodne z faktycznym, nazwijmy to, celem poszukiwań, można się było pozbawić ogromnej i przewrotnej przyjemności poznania kogoś i zakochania się w kimś, kto nie spełnia nawet połowy kryteriów. Dajmy na to trzydziestoczteroletniego biologa molekularnego, który jest tylko o rok młodszy, niż założyłam, a w swoim opisie plecie okropne głupoty, ponieważ zwyczajnie nie potrafi sklecić ładnego zdania. Za to ma wielkie serce, mogłabym się skryć w uścisku jego męskich ramion i przynosiłby mi w niedzielę naleśniki z wiśniami do łóżka, gdybym tylko go z góry i arbitralnie nie pozbawiła tej szansy.

Po chwili wróciłam pokornie na stronę, by przeczytać wszystkie wiadomości. Byłam w gruncie rzeczy kulturalnym człowiekiem i uczono mnie, że na listy wypada odpisywać. Listy... Cóż, wojtek951 zdążył takich "listów" wysłać już pięć, w pierwszym napisał, że na imię mu Wojtek i chętnie się spotka, w drugim już się wściekał, że nie odpowiadam, w trzecim rzucił nerwowo: "Taka niby z ciebie lala, że się nie odzywasz?", w czwartym warknął: "Szkoda mi na ciebie czasu", co mnie ucieszyło, bo sprawy przybrały nieprzyjemny obrót. Ale niestety chyba przemyślał sobie sprawę w ubikacji (tylko na taką wizytę miał czas, odkąd wysłał czwarty "list"), bo w okienku po chwili migotała piąta wiadomość od niego, którą już się bałam otworzyć. I słusznie. Były tam tylko słowa rozżalonego chłopca: "W takim razie powodzenia z innymi. Jeszcze będziesz żałowała". Miałam nawet odpisać coś pojednawczego, zaczęłam czuć się winna, jakbym popsuła niedzielny wieczór temu obcemu człowiekowi, ale nie zdążyłam. Znowu napisał, tym razem zobaczył chyba zieloną kropkę migającą przy moim nicku i oznaczającą, że jestem - nomen omen - "dostępna", i zapytał: "Jesteś tam? Pogadamy?", wybaczając mi jakby wszystkie wcześniejsze swary i nieporozumienia. Na całe szczęście do tego momentu odkryłam, że portal umożliwia blokowanie niektórych użytkowników, pewnie tych bardziej natarczywych, niemiłych czy nadpobudliwych, i postanowiłam wypróbować tę funkcję na wojtku951. Podziałało, a ja, czując się jak niedobra kobieta, która odtrąca mężczyzn i nie wiadomo czego szuka na tym portalu, wychyliłam drugi łyk wina ze swojego pucharu, głęboko odetchnęłam i brnęłam przez wiadomości otrzymane od innych, nie podejrzewając wcześniej, że to taka katorga.

- Mnogość jest niedobra, pojedynczość jest dobra - mruczałam do siebie po chwili.

Łyki z pucharu były najwyraźniej większe i mniej dystyngowane od łyków z kieliszka. Pomyślałam, że nawet małe, puchate kociaki, które pojedynczo, no dobrze, nawet trójkami są słodkie i przytulaśne, w ilości czterdziestu przypominają już tylko kłębiącą się, rozmiauczaną masę, szukającą żeru i sikającą po kątach. Czytane wiadomości zaczęły mi się zlewać w jedno. Przeglądane profile, zdjęcia, opisy, marzenia, pragnienia, intymne przecież i niejednokrotnie z pewnością odsłaniające samotność taką jak moja, zwielokrotnione w ten sposób wydały mi się dziwnie odczłowieczone. Poczułam nagle smutek i jakby tęsknotę. Nie, nie za Arturem, nawet nie za Zembatym. Pomyślałam o rodzicach, którzy niedawno zapewne dotarli do swojego małego wiejskiego domu z wielkim ogrodem. Wyobraziłam sobie, jak wchodząc do środka, mama mówi, że trzeba znowu odgarnąć śnieg od muru, żeby nie zawilgotniał, a ojciec stawia walizki na progu i otwiera ciężkie, drewniane okiennice. Potem otrzepują buty ze śniegu i wchodzą do sieni, w której pachnie wyniesionymi tam przez mamę jesienią jabłkami. Zatęskniłam, nie do rodziców przecież, ale do tej sieni, do tego rodzaju pewności i przekonania, które towarzyszy moim rodzicom na każdym kroku i przy każdym z ich codziennych rytuałów.

Zastanawiałam się właśnie nad tytułem starej powieści Rodziewiczówny Między ustami a brzegiem pucharu, kiedy to wiele mogło się zdarzyć, a tymczasem moje usta po prostu łapczywie wychłeptały resztę wina, gdy jedna z otrzymanych wiadomości przykuła wreszcie moją uwagę. Przebiegłam szybko wzrokiem po tekście, koncentrując się na wybranych akapitach. Wiedziałam, że potem przeczytam ten list w całości jeszcze kilka razy.

"Czy wyczuwasz, ile tu desperacji i przygnębienia, nawet jeśli ludzie deklarują, że szukają tylko zabawy i rozrywki? Jest w tym jakaś rozpacz i dojmujący smutek..."

Wyprostowałam się w fotelu i odstawiłam kieliszek. Znaczy się, puchar. I tak mi już od niego zdrętwiała ręka. Wpatrywałam się w czarne literki i czułam, że już przez to jedno małe słowo mogłabym się wydać za tego faceta po drugiej stronie ekranu. Dojmujący... Kto dziś tak mówi? Natychmiast ochrzciłam go Panem Dojmującym.

"Jest mi bardzo bliskie to, co piszesz. Wiele z Twoich słów o Tobie pasuje bardzo do mnie. Ten głód, o którym piszesz. Głód wrażeń i emocji, doznań. Ludzi też, choć mniej. A jednocześnie to właśnie ludzie są źródłem owych wrażeń, emocji, doznań... Myślę też, że jestem w tym wszystkim jakoś rozważny. Nie wiem zresztą. Może się mylę.

Pomimo tego, co napisałaś o rozedrganiu i zawieszeniu na wietrze, w jakiś dziwny sposób wyczuwam w Tobie spokój i równowagę; głęboko ukryte, ale czuję, że jednak tam są. Sam nie pojmuję, skąd to wrażenie antynomii. Jakbyś była czarna i biała jednocześnie. Pełna sprzeczności...

Jestem optymistą, gdy myślę o człowieku, i pesymistą, gdy myślę o ludzkości.

Ludzie, ich historie... Wszystko to jest szalenie ciekawe.

Jestem emocjonalnym schizofrenikiem, mam często takie poczucie wiecznego niepokoju, który nie daje odpocząć. Najlepszym przykładem, gdy o tym myślę, gdy myślę o sobie w tym, jest podróż. Czasem mnie roznosi, czuję, że muszę wyjechać, choćby na jeden dzień, do innego miasta, szukam wtedy pretekstu, powodu związanego z pracą. A potem, gdy już siedzę w samochodzie albo w pociągu, gdy krajobraz powoli zaczyna się przesuwać za oknem, niemal natychmiast zaczynam odczuwać tęsknotę za domem.

To osiągnięcie spokoju, równowagi w sobie, jest bardzo trudne.

Chciałbym, żebyś poznała moją historię, ale wiem również, że tych najważniejszych rzeczy nie da się wyrazić za pomocą kilku słów. Jeśli przyjdzie czas i jeśli zechcesz - otworzysz się i ja się otworzę. Nic na siłę, nic wbrew nam. To, co zechcesz mi pokazać, opowiedzieć, odsłonić - wezmę z radością i wdzięcznością. Nie oczekuję i nie chcę niczego ponad to, co sama chcesz dać.

I nie chcę Ci dać niczego ponad to, co zechcesz przyjąć".

I tyle. Żadnego "czekam na odpowiedź", żadnego "chcę, żebyś mi się przyśniła", żadnego "masz piękne oczy"... Nawet się nie podpisał.

Zerknęłam na profil: Kot Makawity. Zamiast zdjęcia - demoniczny uśmiech Kota z Cheshire.

Najwyraźniej koty mu się pomyliły.

W opisie:

"Któż jest jak Makawity? Któż jest jak Makawity?

To potwór deprawacji, czort w kocim ciele skryty.

Miniesz go na ulicy i przejdziesz tuż obok niego,

Ale na miejscu zbrodni NIE MA MAKAWITEGO!".

Nieco mnie zamurowało. Podejrzliwie zerknęłam na pustą butelkę; ta ilość wina nie mogła mi chyba do tego stopnia zakrzywić rzeczywistości. Potwór deprawacji... Robi wrażenie, i zapewne o to mu chodziło. Pan Dojmujący postanowił być Panem Intrygującym. Swoją drogą wydawał się dość konsekwentny w tym mataczeniu kotami: nie ma Makawitego, za to jest Kot z Cheshire. Sięgnęłam w nieco zamroczone odmęty pamięci i wyciągnęłam stamtąd Brombę, Fikandera, detektywa Kajetana Chrumpsa, no i oczywiście groźnego przestępcę, Kota Makawitego, który w ostatecznym rozrachunku przegrywa szachowy pojedynek z Kajetanem i przekonuje się do uczciwego życia.

Zaintrygowana pochyliłam się nad klawiaturą.

"Chętnie poznam Twoją historię, bo jakoś mnie te koty zaciekawiły. Wiem, pisałam dość enigmatycznie, ale trudno się tu otworzyć... A może największą trudność stanowi fakt, że trzeba znaleźć słowa, ubrać w nie zdarzenia, fakty i emocje, a potem jeszcze się z tym zmierzyć? Zdania, frazy na białej kartce... A co, jeśli się wtedy okaże, że król jest nagi?

Wiem, co miałeś na myśli, kiedy pisałeś o emocjonalnej schizofrenii. Myślę, że kluczem jest odnalezienie spokoju w sobie. Może wtedy ten głód miejsc i ludzi nie jest tak uciążliwy? A może wcale nie? Może emocjonalna schizofrenia to coś takiego jak kolor włosów na przykład. Możesz farbować, ile chcesz, ale w końcu i tak pojawią się odrosty.

Nie umiem grać w szachy, ale za to wiem, kto to Psztymucel" - zakończyłam i, żeby się nie rozmyślić, szybko nacisnęłam enter.

Niestety, już po chwili się okazało, że to jednak nie był enter. Palec mi się omsknął i ku mojej rozpaczy cały tekst diabli wzięli. Kursor migał sobie beztrosko na białym ekranie.

Westchnęłam ze dwa razy i wobec tego napisałam:

"Cześć, fajnie, że się odezwałeś, też chętnie Cię poznam. Magda".

Po czym poszłam spać.