Kobiety mojej duszy - Isabel Allende

-
Proszę czekać

Nie­dawno, w trak­cie jed­nego z tych de­ner­wu­ją­cych wy­wia­dów po­le­ga­ją­cych na bom­bar­do­wa­niu roz­mówcy try­wial­nymi py­ta­niami i zmu­sza­niem go do udzie­le­nia bły­ska­wicz­nych od­po­wie­dzi, jak w uciąż­li­wym te­ście psy­cho­lo­gicz­nym, mu­sia­łam w ciągu dwóch se­kund zde­cy­do­wać, z któ­rym bo­ha­te­rem mo­ich po­wie­ści chcia­ła­bym pójść na ko­la­cję. Gdyby za­py­tano mnie, z kim w ogóle chcia­ła­bym zjeść ko­la­cję, od­par­ła­bym na­tych­miast: z moją córką Paulą i z matką, Pan­chitą, dwoma du­chami, które bez­u­stan­nie krążą wo­kół mnie. Cho­dziło jed­nak o po­stać li­te­racką. Nie po­tra­fi­łam od­po­wie­dzieć od razu, czego do­ma­gał się pro­wa­dzący wy­wiad, bo na­pi­sa­łam po­nad dwa­dzie­ścia ksią­żek i chcia­ła­bym zjeść ko­la­cję nie­mal ze wszyst­kimi mo­imi bo­ha­te­rami, ko­bie­tami i męż­czy­znami. Kiedy jed­nak zna­la­złam czas, by to prze­my­śleć, do­szłam do wnio­sku, że za­pro­si­ła­bym Elizę Som­mers z Córki for­tuny. Pod­czas mo­jego po­bytu w Hisz­pa­nii w 1999 roku z oka­zji wy­da­nia tej po­wie­ści ja­kiś by­stry dzien­ni­karz po­wie­dział mi, że jest ona ale­go­rią fe­mi­ni­zmu. Miał ra­cję, choć szcze­rze mó­wiąc, nie przy­szło mi to wcze­śniej do głowy.

W po­ło­wie XIX wieku, w cza­sach roz­kwitu epoki wik­to­riań­skiej, Eliza Som­mers, na­sto­latka uwię­ziona w gor­se­cie, za­mknięta w domu, po­zba­wiona do­stępu do po­rząd­nego wy­kształ­ce­nia i w jesz­cze więk­szym stop­niu po­zba­wiona praw, któ­rej przy­szłość ogra­ni­czała się do mał­żeń­stwa i ro­dze­nia dzieci, po­rzu­ciła bez­pieczne ogni­sko do­mowe i wy­je­chała z Chile do ogar­nię­tej go­rączką złota Ka­li­for­nii. Żeby prze­żyć, prze­brała się za męż­czy­znę i na­uczyła ra­dzić so­bie sama w hi­per­mę­skim oto­cze­niu, w któ­rym do­mi­no­wały chci­wość, am­bi­cje i prze­moc. Po­ko­nała nie­zli­czone prze­szkody, sta­wiła czoło wielu nie­bez­pie­czeń­stwom, by osta­tecz­nie wró­cić do swo­jego ko­bie­cego stroju. Ni­gdy jed­nak nie za­ło­żyła już gor­setu. Wy­wal­czyła wol­ność i nie miała za­miaru z niej re­zy­gno­wać.

Drogę ży­ciową Elizy można po­rów­nać do eman­cy­pa­cji ko­biet, które sztur­mem wtar­gnęły do świata męż­czyzn. Mu­sia­ły­śmy po­stę­po­wać jak oni, na­uczyć się ich tak­tyki, ry­wa­li­zo­wać. Pa­mię­tam czasy, gdy urzęd­niczki cho­dziły do pracy w spodniach, ma­ry­nar­kach, a nie­kiedy na­wet pod kra­wa­tem, bo tylko wtedy trak­to­wano je po­waż­nie. Te­raz nie mu­simy już tego ro­bić, mo­żemy ko­rzy­stać z na­szych upraw­nień, nie wy­rze­ka­jąc się ko­bie­co­ści. Tak jak Eliza uzy­ska­ły­śmy wol­ność i wal­czymy o jej za­cho­wa­nie, po­sze­rze­nie i ob­ję­cie nią wszyst­kich. Wła­śnie o tym chcia­ła­bym opo­wie­dzieć Eli­zie, gdyby po­szła ze mną na ko­la­cję.

Inną lek­cją, jaką wy­nio­słam z te­ra­pii w wieku pięć­dzie­się­ciu lat, jest prze­ko­na­nie, że do mo­jego buntu przy­czy­nił się z całą pew­no­ścią rów­nież brak ojca w dzie­ciń­stwie. Dużo czasu za­jęło mi za­ak­cep­to­wa­nie wujka Ra­móna - jak za­wsze na­zy­wa­łam męż­czy­znę, z któ­rym zwią­zała się Pan­chita, kiedy mia­łam około je­de­na­stu lat - i zro­zu­mie­nie, że nie mo­głam so­bie wy­ma­rzyć lep­szego ojca niż on. Zda­łam so­bie z tego sprawę, gdy uro­dziła się moja córka, Paula. Oj­czym, któ­remu kie­dyś wy­po­wie­dzia­łam wojnę, od razu ją po­ko­chał (z wza­jem­no­ścią), a ja do­piero wtedy zo­ba­czy­łam, jak bar­dzo jest wraż­liwy, uczu­ciowy i dow­cipny. Jako na­sto­latka nie­na­wi­dzi­łam go, pod­wa­ża­łam jego au­to­ry­tet, ale po­nie­waż był nie­po­praw­nym opty­mi­stą, na­wet tego nie do­strze­gał. Za­wsze uwa­żał mnie za przy­kładną córkę. Nie miał pa­mięci do złych rze­czy, do tego stop­nia, że na stare lata na­zy­wał mnie An­gélicą (moje dru­gie imię) i prze­strze­gał, że­bym spała na boku, bo przy­gniotę so­bie aniel­skie skrzy­dła. Po­wta­rzał to do końca swo­ich dni, kiedy z po­wodu de­men­cji i zmę­cze­nia ży­ciem stał się cie­niem sa­mego sie­bie sprzed lat.

Z cza­sem wu­jek Ra­món zo­stał moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i po­wier­ni­kiem. Był we­soły, wład­czy, dumny i ma­czy­stow­ski, choć za­prze­czał temu ostat­niemu za­rzu­towi, ar­gu­men­tu­jąc, że nikt nie sza­nuje ko­biet bar­dziej niż on. Nie udało mi się wy­tłu­ma­czyć mu do końca, na czym po­le­gał ten jego okropny ma­czyzm. Po­rzu­cił żonę, z którą miał czwórkę dzieci, i ni­gdy nie unie­waż­nił mał­żeń­stwa, co po­zwo­li­łoby mu za­le­ga­li­zo­wać zwią­zek z moją matką. Nie prze­szko­dziło im to w spę­dze­niu ze sobą pra­wie sie­dem­dzie­się­ciu lat, po­cząt­kowo to­wa­rzy­szyła im at­mos­fera skan­dalu i plo­tek, jed­nak wraz z upły­wem czasu ich re­la­cja co­raz mniej gor­szyła lu­dzi, bo oby­czaje ule­gły roz­luź­nie­niu, a po­nie­waż nie było roz­wo­dów, związki two­rzyły się i roz­pa­dały bez udziału biu­ro­kra­cji.

Pan­chita krzy­wiła się na jego wady, ale po­tra­fiła do­ce­nić za­lety. Za­ak­cep­to­wała rolę zdo­mi­no­wa­nej żony, choć czę­sto była wście­kła, że tak bar­dzo go ko­cha. I że nie jest w sta­nie sama wy­cho­wać dzieci. Utrzy­ma­nie i bez­pie­czeń­stwo miały swoją cenę.

Fe­mi­nizm zwy­kle bu­dzi lęk, wy­daje się bo­wiem bar­dzo ra­dy­kalny albo jest in­ter­pre­to­wany jako nie­na­wiść do męż­czyzn, dla­tego za­nim przejdę da­lej, mu­szę wy­ja­śnić co nieco nie­któ­rym spo­śród mo­ich czy­tel­ni­czek. Za­cznijmy od słowa "pa­triar­chat".

Moja de­fi­ni­cja "pa­triar­chatu" za­pewne różni się tro­chę od tej z Wi­ki­pe­dii czy su­ge­ro­wa­nej przez Kró­lew­ską Aka­de­mię Hisz­pań­ską. Pier­wot­nie słowo to ozna­czało ab­so­lutną su­pre­ma­cję męż­czy­zny nad ko­bietą, nad in­nymi ga­tun­kami i ca­łym świa­tem przy­rody jako ta­kim. Ruch fe­mi­ni­styczny pod­wa­żył tę nie­ogra­ni­czoną wła­dzę w wielu ob­sza­rach, ale w in­nych ma się ona rów­nie do­brze jak ty­siące lat temu. Mimo że zmie­niono sporo dys­kry­mi­nu­ją­cych praw, pa­triar­chat utrzy­mał się jako sys­tem uci­sku po­li­tycz­nego, eko­no­micz­nego, kul­tu­ro­wego i re­li­gij­nego, przy­zna­jący wła­dzę zwierzch­nią i przy­wi­leje płci mę­skiej. Oprócz mi­zo­gi­nii (awer­sji do ko­biet) sys­tem ten obej­muje roz­ma­ite formy wy­klu­cze­nia i agre­sji: ra­sizm, ho­mo­fo­bię, kla­sizm, kse­no­fo­bię oraz nie­to­le­ran­cję wo­bec idei i lu­dzi od­bie­ga­ją­cych od norm, które na­rzuca pa­triar­chat. A na­rzuca je w spo­sób agre­sywny, wy­maga po­słu­szeń­stwa i ka­rze tych, któ­rzy mają od­wagę mu się prze­ciw­sta­wić.

Na czym więc po­lega mój fe­mi­nizm? Nie cho­dzi o to, co mamy mię­dzy no­gami, tylko o to, co mamy mię­dzy uszami. To po­stawa fi­lo­zo­ficzna i bunt prze­ciwko wła­dzy męż­czyzn. Spo­sób ro­zu­mie­nia re­la­cji mię­dzy­ludz­kich i po­strze­ga­nia świata, za­an­ga­żo­wa­nie na rzecz spra­wie­dli­wo­ści, walka o eman­cy­pa­cję ko­biet, ge­jów, les­bi­jek, osób qu­eer (LGB­TIQ+), wszyst­kich uci­ska­nych przez sys­tem i tych, któ­rzy czują się uci­skani. "Je­ste­ście mile wi­dzianx"[1], jak na­pi­sa­liby dzi­siejsi mło­dzi; im bę­dzie nas wię­cej, tym le­piej.

W la­tach mło­do­ści wal­czy­łam o rów­ność, chcia­łam móc brać udział w mę­skiej grze, ale w wieku doj­rza­łym zro­zu­mia­łam, że ta gra to sza­leń­stwo, które pro­wa­dzi do znisz­cze­nia pla­nety i tkanki mo­ral­nej ludz­ko­ści. Nie cho­dzi o to, by po­wie­lać ka­ta­strofę, ale o to, by jej za­po­bie­gać. Oczy­wi­ście, ten ruch ma prze­ciwko so­bie po­tężne siły re­ak­cyjne, ta­kie jak fun­da­men­ta­lizm, fa­szyzm, tra­dy­cja i wiele in­nych. Przy­gnę­bia mnie, że po dru­giej stro­nie ba­ry­kady jest tak wiele ko­biet, które boją się zmian i nie wy­obra­żają so­bie in­nej przy­szło­ści.

Pa­triar­chat jest ni­czym skała. Fe­mi­nizm jest jak ocean - płynny, po­tężny, głę­boki, za­wie­ra­jący w so­bie nie­skoń­czoną róż­no­rod­ność form ży­cia, w cią­głym ru­chu za sprawą fal, prą­dów, pły­wów, a cza­sami gwał­tow­nych sztor­mów. I tak jak ocean, fe­mi­nizm ni­gdy nie milk­nie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Ma­czyzm za­czął mnie iry­to­wać już w dzie­ciń­stwie. Po­strze­ga­łam matkę i służbę do­mową jako ofiary, pod­władne bez środ­ków do ży­cia i prawa głosu z po­wodu zlek­ce­wa­że­nia kon­we­nan­sów w przy­padku tej pierw­szej, i ubó­stwa w przy­padku tej dru­giej. Oczy­wi­ście wtedy tego nie ro­zu­mia­łam, do ta­kiego wnio­sku do­szłam w wieku pięć­dzie­się­ciu lat, w trak­cie te­ra­pii. Ale cho­ciaż nie umia­łam ich ra­cjo­nal­nie wy­ja­śnić, fru­stra­cje, które wów­czas prze­ży­wa­łam, były tak silne, że na całe ży­cie na­zna­czyły mnie ob­se­syj­nym pra­gnie­niem spra­wie­dli­wo­ści i in­stynk­tow­nym bra­kiem zgody na ma­czyzm. Tę nie­chęć uznano za nie­nor­malną na­wet w ro­dzi­nie, która uwa­żała się za in­te­li­gencką i no­wo­cze­sną, choć zgod­nie z obec­nymi kry­te­riami była, szcze­rze mó­wiąc, ni­czym z epoki ka­mie­nia łu­pa­nego.

Pan­chita szu­kała po­rady u nie­jed­nego le­ka­rza, żeby do­wie­dzieć się, co mi do­lega. Może to kolka albo ta­sie­miec? Uparty, bun­tow­ni­czy, trudny cha­rak­ter, apro­bo­wany u mo­ich braci jako istotny ele­ment mę­sko­ści, u mnie był sta­nem cho­ro­bo­wym. Czyż nie tak jest naj­czę­ściej? Dziew­czyn­kom od­ma­wia się prawa do wy­ra­ża­nia zło­ści, do tup­nię­cia nogą. W Chile ist­nieli psy­cho­lo­dzy, może na­wet psy­cho­lo­dzy dzie­cięcy, ale w tam­tych cza­sach, zdo­mi­no­wa­nych przez roz­ma­ite tabu, ich po­rady były za­re­zer­wo­wane dla nie­ule­czal­nych sza­leń­ców, a w mo­jej ro­dzi­nie na­wet i nie dla nich. Na­szych obłą­ka­nych krew­nych mu­sie­li­śmy zno­sić bez roz­głosu, w ta­jem­nicy. Matka bła­gała mnie o więk­szą po­wścią­gli­wość. "Nie wiem, skąd przy­cho­dzi ci to do głowy; jesz­cze roz­nie­sie się, że je­steś ja­kimś ba­bo­chło­pem" - po­wie­działa mi kie­dyś, nie wy­ja­śnia­jąc zna­cze­nia tego dziw­nego słowa.

Jej nie­po­kój wy­da­wał się uza­sad­niony. W wieku sze­ściu lat wy­rzu­cono mnie ze szkoły pro­wa­dzo­nej przez nie­miec­kie za­kon­nice za nie­po­słu­szeń­stwo, a to oka­zało się do­piero pre­lu­dium tego, co miało dziać się ze mną póź­niej. Te­raz my­ślę, że tak na­prawdę cho­dziło o to, że Pan­chita była z praw­nego punktu wi­dze­nia sa­motną matką trójki dzieci. To nie po­winno wy­wo­ły­wać zgor­sze­nia u za­kon­nic, bo w Chile więk­szość dzieci ro­dzi się ze związ­ków po­za­mał­żeń­skich. Ale nie w kla­sie spo­łecz­nej, do któ­rej na­le­żały uczen­nice tej szkoły.

Przez dzie­siątki lat my­śla­łam o swo­jej matce jako ofie­rze, ale po­tem zda­łam so­bie sprawę, że ofiara to ktoś, kto nie ma kon­troli i wła­dzy nad wła­snym ży­ciem, a to nie był, jak są­dzę, jej przy­pa­dek. Ow­szem, matka wy­glą­dała na zła­paną w po­trzask, bez­bronną, cza­sami zde­spe­ro­waną, ale jej sy­tu­acja zmie­niła się, kiedy po­znała mo­jego oj­czyma i oboje za­częli po­dró­żo­wać. My­ślę, że mu się pod­po­rząd­ko­wała, choć mo­gła po­wal­czyć o więk­szą nie­za­leż­ność, o to, by żyć tak, jak chciała, i roz­wi­jać swój wielki po­ten­cjał. Moja opi­nia jed­nak się nie li­czy, na­leżę prze­cież do po­ko­le­nia fe­mi­ni­stek - ko­rzy­sta­łam z moż­li­wo­ści, któ­rymi ona ni­gdy nie dys­po­no­wała.

Nie prze­sa­dzę, je­śli stwier­dzę, że fe­mi­nistką by­łam już w wieku przed­szkol­nym, jesz­cze za­nim ze­tknęła się z tym po­ję­ciem moja ro­dzina. Uro­dzi­łam się w roku 1942, mó­wimy więc o za­mierz­chłej prze­szło­ści. My­ślę, że przy­czyną mo­jego buntu prze­ciwko wła­dzy męż­czyzn była sy­tu­acja Pan­chity, mo­jej matki, którą mąż po­rzu­cił w Peru z dwójką ma­leń­kich dzieci i no­wo­rod­kiem na ręku. To zmu­siło ją do szu­ka­nia schro­nie­nia w domu ro­dzi­ców, w Chile. Tam spę­dzi­łam pierw­sze lata dzie­ciń­stwa.

Dom mo­ich dziad­ków w San­tiago, w dziel­nicy Pro­vi­den­cia, która wów­czas miała za­bu­dowę wil­lową, a dziś jest la­bi­ryn­tem cen­trów han­dlo­wych i biu­row­ców, był wielki i brzydki. Be­to­nowe mon­strum o wy­so­kich po­ko­jach, w któ­rych hu­lał wiatr, ze ścia­nami brud­nymi od sa­dzy z pie­cy­ków naf­to­wych, cięż­kimi za­sło­nami z czer­wo­nego plu­szu, hisz­pań­skimi me­blami od­po­wied­nio so­lid­nymi, by prze­trwały sto lat, okrop­nymi por­tre­tami zmar­łych krew­nych i sto­sami za­ku­rzo­nych ksią­żek. Front domu pre­zen­to­wał się wiel­ko­pań­sko. Ktoś wy­raź­nie się sta­rał, by sa­lon, bi­blio­teka i po­kój sto­łowy wy­glą­dały ele­gancko, ale bar­dzo rzadko z nich ko­rzy­stano. Po­zo­stałą część domu sta­no­wiło pełne za­mętu kró­le­stwo babci, dzieci (mo­ich dwóch braci i mnie), słu­żą­cych, dwóch czy trzech psów nie­okre­ślo­nej rasy i pół­dzi­kich ko­tów, które roz­mna­żały się za lo­dówką bez żad­nej kon­troli (ku­charka to­piła po­tem ko­ciaki w wia­drze na pa­tio).

We­so­łość i świa­tło tego domu ulot­niły się wraz z przed­wcze­sną śmier­cią babci. Wspo­mi­nam dzie­ciń­stwo jako czas lęku i mroku.

Czego się ba­łam? Że moja matka umrze i tra­fimy do sie­ro­cińca, że po­rwą mnie Cy­ga­nie, że w lu­strze po­jawi się na­gle dia­beł i że przy­tra­fią mi się inne tego ro­dzaju bzdury. Dziś je­stem wdzięczna za to nie­szczę­śliwe dzie­ciń­stwo, bo dało mi ma­te­riał do pi­sa­nia. Nie wiem, jak so­bie ra­dzą po­wie­ścio­pi­sa­rze, któ­rych pierw­sze lata ży­cia upły­nęły bez­tro­sko w nor­mal­nym domu.

Bar­dzo wcze­śnie zda­łam so­bie sprawę z tego, że moja matka znaj­do­wała się w gor­szym po­ło­że­niu niż mę­scy człon­ko­wie ro­dziny. Wy­szła za mąż wbrew woli ro­dzi­ców i po­nio­sła po­rażkę, przed którą ją ostrze­gali. Unie­waż­niła mał­żeń­stwo, co było je­dy­nym roz­wią­za­niem w kraju, gdzie roz­wody za­le­ga­li­zo­wano do­piero w 2004 roku. Nie zo­stała przy­go­to­wana do pod­ję­cia ja­kiej­kol­wiek pracy, nie miała pie­nię­dzy, nie była nie­za­leżna. No i stała się przed­mio­tem zło­śli­wych plo­tek, bo nie dość, że żyła w se­pa­ra­cji z mę­żem, to w do­datku była młoda, ładna i za­lotna.