ZAMIAST WSTĘPU
Droga czytelniczko,
jeśli trzymasz tę książkę w rękach, to znaczy, że być może wiesz, jak to
jest wstydzić się za bardzo. Może zdarzyło ci się kiedyś podczas
rodzinnego obiadu, na który przyjechali wszyscy krewni, uświadomić
sobie, że pod rękawem twojej nowej, zachwycającej sukienki dumnie
powiewa metka. Albo wygłaszając przemówienie na ważnym spotkaniu, nagle
zdałaś sobie sprawę, że przez cały czas miałaś papier toaletowy
przyklejony do buta i wszyscy go widzieli. A może na eleganckim
przyjęciu, gdzie wszyscy wokół rozmawiali po angielsku, nie miałaś
pojęcia, o czym mówią, w dodatku ktoś cię o coś zapytał, a ty nie
potrafiłaś odpowiedzieć. Albo jakaś rozmowa zeszła na temat znanej
książki, której nie przeczytałaś, i wszyscy czekali na twoją opinię, a ty poczułaś, że twarz zaczęła ci płonąć, bo nie miałaś nic do
powiedzenia. To w gruncie rzeczy są te małe momenty wstydu, o których
łatwo opowiedzieć, bo każda z nas ich doświadczyła. Ale wiem też, że są
takie rzeczy, których wstydzimy się znacznie bardziej - tak bardzo, że
nawet nie potrafimy ich wypowiedzieć na głos.
Bo czym jest naprawdę wstyd? Nie chodzi przecież tylko o plamę na
sukience. Jeśli poprosiłabym cię, byś wymieniła dziesięć rzeczy, których
wstydzisz się najbardziej... No dobra, trzy rzeczy, o których nawet
wstydzisz się wspominać... Zastanów się chwilę. Czego byś nie powiedziała?
Ze wstydu. Może to coś, co zrobiłaś dawno temu, a co wciąż cię
prześladuje. Może to jakieś twoje uczucie, którego nie potrafisz
zrozumieć ani zaakceptować. Może to myśl, że nie jesteś wystarczająco
dobrą matką, żoną, córką, pracownicą. Może to obawa, że jeśli ktoś
naprawdę cię pozna, zobaczy, że nie jesteś tą idealną osobą, za jaką
chciałabyś uchodzić. Tak, wstyd ma wiele twarzy. To uczucie, które
potrafi nas zamknąć w klatce naszych własnych myśli i sprawić, że
czujemy się całkowicie same, nawet gdy jesteśmy otoczone ludźmi. Wstyd
mówi nam, że nie jesteśmy wystarczająco dobre, że nie zasługujemy na
miłość i akceptację.
Ale wiesz co? Wstyd nie musi nas definiować. Wstyd, choć bolesny i trudny do zniesienia, jest częścią ludzkiego doświadczenia. Nie tylko ty
go czujesz. I właśnie dlatego napisałam tę książkę - by pokazać, że
wstyd można zrozumieć, oswoić, a nawet wykorzystać jako siłę do
działania.
Pozwól, że podzielę się z tobą historią z mojego życia - historią, która
przypomina mi, że wstyd, choć często przytłaczający, nie musi nami
rządzić. Oczywiście nie będzie to jedna z tych historii, których nigdy w życiu nie wyjawiłabym nikomu, nawet gdyby mnie grillowano, bo przecież
się wstydzę. Za siebie, za innych, za wszystko. Ale mam takie, uwierz
mi. Są jak ciężki kamień u szyi, który wciąż noszę, bo to wcale nie tak
łatwo pozbyć się wspomnienia dawnych błędów, grzechów, wstydów. Pewnie
zabiorę je ze sobą do trumny. A może do urny... Nie, nie już postanowiłam
- swoje ciało, którego bardzo się wstydzę, oddam na cele badawcze dla
studentów uniwersytetu medycznego. Na kimś uczyć się muszą, więc
dlaczego nie na mnie? Mam tylko nadzieję, że po śmierci nie odczuwa się
wstydu. Ale dziś opowiem ci o wstydzie mniejszym, choć również bolesnym.
Opowiem, bo z nim sobie poradziłam, więc to żadne bohaterstwo. Pewnego
dnia, dawno temu (no dobrze, nie tak dawno), miałam wyjątkowo ważne
spotkanie biznesowe. W moim zawodzie "biznesowe" oczywiście brzmi
śmiesznie, więc może "służbowe"? No w każdym razie ważne. Postanowiłam
włożyć swój najlepszy garnitur - nowiutki, śnieżnobiały, który miał mi
dodać pewności siebie. Byłam gotowa na podbój świata. Tuż przed samym
spotkaniem zaproponowano mi kawę. Małe espresso! Zdecydowałam się na
szybki łyk, żeby dodać sobie energii. Oczywiście, jak to bywa, gdy
podnosiłam filiżankę, los postanowił zagrać mi na nosie - kawa
wylądowała na moim śnieżnobiałym ubraniu. Pierwsza myśl? "Zniknij,
zniknij, zniknij!" Serce mi waliło, twarz czerwieniła się z każdą
sekundą coraz bardziej. Ale zamiast uciekać, wzięłam głęboki oddech,
podniosłam głowę i... weszłam na to spotkanie z plamą na środku ubrania.
Zamiast ukrywać, postanowiłam wykorzystać tę sytuację. "Proszę państwa -
powiedziałam na wstępie - dzisiejszy trend w modzie to kawa na ubraniu.
Jak widzicie, jestem trendsetterką, co może dobrze wróżyć naszemu
projektowi". Co się stało? Śmiech rozładował atmosferę, a wstyd, który
wcześniej wydawał się gigantyczny, zmalał do rozmiaru małej plamki na
mojej marynarce.
Tak, to jest przykład wstydu, o którym łatwo mówić. Ale co z tymi
wstydami, które nosimy głęboko w sobie, których nie dzielimy nawet z najbliższymi przyjaciółkami? Co z tym wstydem, który mówi nam, że
jesteśmy gorsze, że coś z nami jest nie tak? Mam ich całą walizkę! Ten
wstyd jest bardziej złożony i trudniejszy do przezwyciężenia. Znasz go
przecież, prawda? Ale właśnie dlatego ta książka jest dla ciebie. Aby
pomóc ci zrozumieć, że nie jesteś sama, że każda z nas nosi w sobie
takie sekrety, ale może doprowadzić do tego, żeby wstyd przestał być
ciężarem, a stał się siłą.
W tej książce znajdziesz historie znanych kobiet, które z naszej
perspektywy nie mają się czego wstydzić. A jednak! Pokazują, jak radzą
sobie ze wstydem, jak go oswajają i przekształcają w siłę. To także
miejsce, gdzie możemy razem śmiać się z tych chwil, które na pierwszy
rzut oka wydają się katastrofami, ale z perspektywy czasu stają się
zabawnymi anegdotami. Będziemy razem odkrywać, jak wstyd może się stać
naszym sprzymierzeńcem, a nie wrogiem. W końcu, jak mówi znane
powiedzenie: "Co nas nie zabije, to nas wzmocni".
Nie obiecuję, że po przeczytaniu tej książki wstyd całkowicie zniknie z twojego życia - ale obiecuję, że nauczysz się patrzeć na niego z innej
perspektywy. W końcu każda z nas ma chwile słabości, ale definiuje nas
to, jak sobie z nimi radzimy.
Rozsiądź się więc wygodnie, zaparz sobie filiżankę kawy (choć może tym
razem bez śnieżnobiałego garnituru) i zanurz się w opowieści o kobietach, które wstydzą się za bardzo - i o tym, jak znalazły sposób,
by to zmienić.
Witaj w klubie!
ROZDZIAŁ 1
CZEGO SIĘ WSTYDZIMY?
czyli rozmowa, której nikt nie chce zacząć
Wiesz, wstyd to taki dziwny towarzysz, który pojawia się znienacka,
czasem nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się w porządku. "Wstyd - pisze w książce Dary niedoskonałości Brené Brown - czai się w różnych
miejscach, które bardzo dobrze znamy. A to przylgnie do wyglądu
zewnętrznego czy wyobrażenia o naszym ciele, a to będzie się czepiał
rodziny, rodzicielstwa, pieniędzy czy pracy. Może dotyczyć stanu naszego
zdrowia, uzależnień, seksu, starości czy religii". Wstyd jest jak cichy
głos w głowie, który przypomina o tym, o czym wolałybyśmy zapomnieć.
Czasami to drobnostka, czasami coś, co tkwi w nas głęboko od lat. Ale
gdyby ktoś zapytał cię wprost: "Czego naprawdę się wstydzisz?", czy
byłoby łatwo odpowiedzieć? Nie, bo wstyd to coś, co często skrywamy
nawet przed sobą.
Wstyd za przeszłość czyli chwile, które najchętniej wymazałybyśmy z pamięci
Każda z nas nosi w sobie wspomnienia, które najchętniej wymazałaby z pamięci. To momenty, które przypominają o naszych słabościach, o decyzjach, które z perspektywy czasu wydają się zupełnie niezrozumiałe.
Może to była chwila, w której działałaś pod wpływem emocji, pozwalając,
by lęk, gniew czy poczucie samotności kierowały twoimi wyborami. A może
to była decyzja, którą podjęłaś w nadziei na lepsze jutro, ale która
ostatecznie przyniosła więcej bólu niż radości. Ja również mam takie
momenty w swojej przeszłości, które najchętniej bym wymazała. Pamiętam,
jak zaangażowałam się w związek, który od samego początku nie miał
przyszłości. Gdzieś w głębi duszy wiedziałam, że to nie to, że ten
mężczyzna nie jest dla mnie. Ale strach przed samotnością był silniejszy
niż rozsądek. Trzymałam się tej relacji, jakby była ostatnią deską
ratunku, choć wiedziałam, że z każdym dniem coraz bardziej się w niej
zatracam. I teraz, kiedy o tym myślę, czuję wstyd - nie tylko za to, że
byłam w tym związku, ale za to, że pozwoliłam sobie na taką desperację.
Wstyd za to, że tak bardzo bałam się być sama, że wolałam trwać w czymś,
co mnie niszczyło, niż zmierzyć się z rzeczywistością samotności. Ale
wstyd za przeszłość nie ogranicza się tylko do błędnych związków. Są też
inne momenty, które powracają, choć chciałabyś, by pozostały zapomniane.
Może ktoś przypomniał ci coś, co zrobiłaś wiele lat temu - błąd, którego
wtedy nie potrafiłaś uniknąć, słowa, które wypowiedziałaś w gniewie. I nagle, choć minęło tyle czasu, poczułaś taki wstyd, jakby to wszystko
wydarzyło się zaledwie wczoraj. To uczucie, które potrafi wrócić z zaskoczenia, przypominając ci, że przeszłość nie zawsze chce zostać w przeszłości.
Wstyd za przeszłość należy do najtrudniejszych do przezwyciężenia, bo
dotyka nas w miejscach, które są najbardziej wrażliwe. Każda z tych
chwil przypomina o tym, kim kiedyś byłyśmy, o naszych słabościach, o tym, jak daleko mogłyśmy zboczyć z drogi, którą sobie wyznaczyłyśmy. To
wstyd, który może być tak silny, że nawet po wielu latach wciąż potrafi
nas zranić, wciąż potrafi wywołać ból, który staramy się ukryć. W dodatku przeszłości nie możemy już zmienić, naprawić ani wygumkować. Ale
czy naprawdę trzeba? Warto pamiętać, że przeszłość, chociaż bolesna,
jest częścią tego, co nas ukształtowało, co nas nauczyło, co
doprowadziło nas do miejsca, w którym jesteśmy teraz. Nie możemy wymazać
tych momentów, ale możemy spróbować spojrzeć na nie inaczej - nie jak na
porażki, ale jak na lekcje. Każda z tych chwil, każdy błąd, każda
decyzja, która wydaje się teraz niewłaściwa, była krokiem na drodze do
zrozumienia siebie, do odkrycia, kim naprawdę jesteśmy, czego chcemy, a co na pewno nie wyjdzie nam na dobre. Takie życiowe lekcje, jak to
lekcje, muszą przecież kosztować. Czasem słono. Wstyd i tak jest
najniższą ceną. Pamiętaj o tym. I o tym, żeby był po coś. Ludzie często
mówią: "Wszystko, co nas spotyka, dzieje się po coś". Tak, pod
warunkiem, że coś z tym zrobimy. Jeśli nie, dzieje się po nic. Wstyd za
przeszłość może być żywy, ale to my decydujemy, jaką rolę odegra w naszym życiu. Możemy pozwolić mu, by nas paraliżował, by trzymał nas w miejscu, ale możemy też zdecydować, że nie będziemy dłużej więźniami
swoich dawnych błędów. Nie musisz zapominać, ale możesz dokonać wyboru i postanowić nie żyć już dłużej w cieniu przeszłości. Twoje życie to coś
więcej niż chwile, które chciałabyś wymazać. To również momenty, które
wciąż masz przed sobą, pełne nowych szans i możliwości.
Wstyd za rodzinę czyli gdy korzenie ciążą zbyt mocno
Rodzina. Dla wielu źródło dumy, ale dla innych - źródło wstydu. Marta,
jedna z moich dawnych znajomych, dorastała w małym miasteczku, gdzie
wszyscy się znali. Jej rodzina, choć była kiedyś szanowana, z czasem
zaczęła stawać się przedmiotem plotek. Jej ojciec, niegdyś ceniony w społeczności, popadł w długi i zaczął mieć problemy z prawem. Miasteczko
szybko dowiedziało się o jego kłopotach, a jego nazwisko stało się
symbolem upadku. Marta zawsze unikała rozmów o rodzinie. W szkole była
cicha, starała się nie zwracać na siebie uwagi. Pewnego dnia podczas
przerwy kilka dziewczyn zaczęło rozmawiać o najnowszych plotkach z miasta. Jedna z nich, nieświadoma, że Marta może to słyszeć, zaczęła
opowiadać o kłótni, która wybuchła poprzedniej nocy w ich sąsiedztwie.
"Podobno to rodzina Kowalskich znów narobiła hałasu. Co się z nimi
stało?" - zapytała. Marta, siedząc w kącie, czuła, jak rumieńce zalewają
jej twarz. Wiedziała, że mowa o jej ojcu, który znów wdał się w awanturę
po tym, jak wierzyciele przyszli żądać spłaty długów. Przez lata Marta
starała się odciąć od tej przeszłości. Kiedy dorosła, wyjechała do
dużego miasta, próbując zostawić za sobą to, co wydarzyło się w miasteczku. Ale cień przeszłości nie opuszczał jej tak łatwo. Każdy
dzwonek telefonu, każda niespodziewana wiadomość przypominała jej o tym,
o czym starała się zapomnieć. Zawsze się bała, że ktoś z jej nowego
otoczenia dowie się o jej pochodzeniu i zacznie patrzeć na nią przez
pryzmat dawnych wydarzeń. Marta często wspominała dzieciństwo z mieszanymi uczuciami. Choć kochała rodzinę, nie mogła zignorować
ciężaru, jaki na nią nałożyła. Z czasem nauczyła się jednak, że jej
wartość nie zależy od tego, co zrobili inni. Zaczęła budować swoją
przyszłość na własnych warunkach, choć czasem, w chwilach słabości,
wciąż się zastanawiała, jak wyglądałoby jej życie, gdyby los jej rodziny
potoczył się inaczej.
Wstyd za ciało czyli to nie tylko o "wygląd" chodzi
Ach, ciało. Temat rzeka, prawda? Nasze ciało jest z nami od zawsze, a jednak często czujemy się z nim obco, jakbyśmy nosiły na sobie coś,
czego nie akceptujemy. I nie chodzi tu tylko o to, że mamy parę kilo za
dużo czy zmarszczki, których z biegiem lat przybywa coraz więcej. To
znacznie głębsza historia, historia, która zaczyna się często już w dzieciństwie. Pamiętam, jak jako dziecko wstydziłam się, że jestem chuda
i mam odstające uszy. Byłam faktycznie bardzo szczupła, co w tamtych
latach było dla mnie powodem nieustającego dyskomfortu. Dzisiaj, patrząc
wstecz, oddałabym wiele, żeby z powrotem mieć taki wstyd. Co do uszu -
chyba po prostu sobie je wymyśliłam, bo teraz widzę, że nie mogły być
żadnym problemem. Jednak wtedy były dla mnie symbolem wszystkiego, co
uważałam za niedoskonałe w swoim wyglądzie. Pamiętam też, jak unikałam
basenów i plaż, bo byłam przekonana, że wszyscy patrzą tylko na moje
niedoskonałości. Myślałam, że każde spojrzenie, każdy uśmiech w moją
stronę kryje za sobą ocenę, krytykę. To były lata, kiedy wstyd związany
z ciałem przenikał każdy aspekt mojego życia - od ubrań, które
wybierałam, po miejsca, które odwiedzałam. A później przyszedł czas,
kiedy po operacji czułam się wręcz odrażająca. Blizna, którą nosiłam,
była dla mnie jak piętno, które chciałam ukryć przed całym światem.
Każde spojrzenie innych wydawało mi się pełne litości albo odrazy, choć
teraz wiem, że większość z tych spojrzeń była po prostu obojętna. To ja
sama widziałam w sobie coś, czego inni w ogóle nie dostrzegali. Ale to
nie koniec. Powinnam wyrosnąć ze wstydu, tymczasem on czaił się przez
lata gdzieś w kąciku, by znów mnie niespodziewanie dopaść. Pamiętam to
ciepłe, leniwe popołudnie. Siedziałam w kawiarni, którą zawsze
wybierałam na chwilę odpoczynku po zakupach. Duże okno wpuszczało
miękkie światło, a ja, jak zawsze, zajęłam miejsce przy samym szkle,
żeby obserwować ludzi przechodzących obok. Lubiłam to. Dawało mi
poczucie, że jestem częścią miasta, częścią czegoś większego. Tego dnia
czekałam na kelnerkę, która była do tego stopnia pochłonięta rozmowami z młodymi klientkami, że nie zwróciła uwagi na mój delikatnie uniesiony
palec.
Patrzyłam na swoje odbicie w szybie. Nie było to zamierzone. Po prostu
światło tak padło, że zobaczyłam swoją sylwetkę - niemal przezroczystą,
wtapiającą się w tło. Mój wzrok powędrował ku ramionom. Bluzka na
cienkich ramiączkach, która rano wydawała się odpowiednia, teraz
uwydatniała coś, czego wolałabym nie widzieć. Moje ramiona - obwisłe,
pomarszczone, jakby niepasujące do mnie, do tej wersji siebie, którą
wciąż nosiłam w głowie. Dwie młode kobiety przy stoliku obok roześmiały
się głośno. Czy na mnie patrzyły? Czy coś zauważyły? Czy tylko sobie
wmawiałam, że ich śmiech miał jakikolwiek związek ze mną? Poczułam, jak
ciepło wstydu zalewa mi twarz, jakby ktoś skierował reflektor na moją
niedoskonałość. Spuściłam oczy, schowałam ręce pod stół i nagle poczułam
się jak cień samej siebie. Transparentna. Starsza pani, na którą nikt
nie zwraca uwagi, chyba że z odrobiną litości. Tego dnia wróciłam do
domu wcześniej niż zwykle. Lustrzane odbicie w korytarzu powitało mnie
zimnym spojrzeniem. Zdjęłam bluzkę i stanęłam przed lustrem, patrząc na
swoje ramiona, których wcześniej tak naprawdę nigdy nie zauważałam. Były
tam - zawsze były - ale teraz wydawały się symbolem wszystkiego, co
traciłam z wiekiem: jędrności, pewności siebie, poczucia, że jestem
widoczna dla świata.
Nie wiem, dlaczego tego dnia się nie rozpłakałam. Może to był moment
buntu. Wzięłam szal, który leżał na fotelu w salonie, owinęłam go wokół
ramion i spojrzałam na siebie z innej perspektywy. Wyglądałam...
dostojnie. Trochę jak postać z portretu. Uśmiechnęłam się do tego
odbicia, jakbym spotkała kogoś, kogo dawno nie widziałam. Kogoś, kto
wciąż był we mnie - w środku. Następnego dnia poszłam na zakupy. Nie,
nie kupiłam ubrań, które miałyby ukryć moje ramiona. Zamiast tego
poszłam do księgarni. Kupiłam książkę o akceptacji swojego ciała i przeczytałam ją w jeden weekend. Słowa autorki - kobiety, która przeszła
przez podobne uczucia - były jak rozmowa z przyjaciółką, której
brakowało mi w tamtej kawiarni. Zaczęłam robić małe kroki. Ciepłe dni
przestały mnie przerażać. Gdy wychodziłam na spacer, zabierałam lekki
szal, nie jako zasłonę, ale jako ozdobę, coś, co mówiło: "To jestem ja -
w pełni". Zapisałam się też na zajęcia jogi. Nie żeby "walczyć" z moim
ciałem, ale żeby lepiej je poznać, poczuć je takim, jakie jest teraz.
Trochę później wróciłam do tej samej kawiarni. Tym razem usiadłam w środku. Kelnerka, ta sama co wtedy, podała mi kawę z uśmiechem, jakby
rozpoznawała stałą klientkę. Byłam ubrana w prostą sukienkę z odkrytymi
ramionami. Patrzyłam na ludzi wokół i zorientowałam się, że nikt mnie
nie zauważa. Ale nie było w tym smutku. To była wolność. Nikt nie
patrzył, bo nie musiał. A ja byłam w pełni widoczna dla siebie. I to
wystarczyło.
Wiem, że nie jestem w tym osamotniona. Znam wiele kobiet, które zmagają
się z podobnym wstydem. Jedna z moich przyjaciółek, mama dwójki dzieci,
wstydzi się rozstępów po ciąży. Mówi, że choć kocha swoje dzieci nad
życie, to patrzenie na swoje ciało przypomina jej o wszystkim, co
straciła - o młodzieńczej urodzie, o poczuciu atrakcyjności, które
kiedyś było dla niej tak ważne. Dla niej te rozstępy są jak trwały zapis
przemian, przez które przeszło jej ciało, zapis, który przypomina o tym,
że nigdy już nie będzie wyglądać tak jak kiedyś. Inna przyjaciółka
wstydzi się swojego ciała, bo czuje, że ono ją zawiodło. Przez lata
pragnęła mieć dzieci, ale jej ciało nie było w stanie spełnić tego
pragnienia. To nie jest tylko wstyd za wygląd - to wstyd za to, że ciało
nie spełnia oczekiwań, że nie jest takie, jakie "powinno" być. Wstyd za
to, że coś, co powinno być źródłem radości, stało się źródłem smutku i rozczarowania.
Ciało często postrzegamy jako coś, co powinno być doskonałe, niezawodne,
piękne według standardów, które nie zawsze są nasze. Każda zmarszczka,
każde dodatkowe kilogramy, każda blizna przypomina nam o upływie czasu,
o zmianach, które zachodzą, mimo że w środku wciąż czujemy się tak samo.
I choć nasze ciała są naturalną częścią nas, często traktujemy je jak
coś, co powinno być poddane ciągłej kontroli. Ale ciało nie jest tylko
"naczyniem", które nosi nas przez życie. To coś więcej - to świadectwo
naszej historii, naszych doświadczeń, naszego życia. Każda blizna, każda
zmarszczka, każdy rozstęp opowiada jakąś historię. Może to być historia
narodzin dziecka, przezwyciężenia choroby, przeżycia ciężkich chwil.
Ciało może być dla nas trudne do zaakceptowania, bo przypomina o tym, co
przeszłyśmy, o bólu, rozczarowaniach, utratach. Wstyd za ciało jest
czymś, co dotyka wielu z nas, bo ciało to coś, co widzą inni, co
oceniają. Ale warto pamiętać, że ciało to również coś, co nosi w sobie
nasze siły, nasze triumfy, nasze zwycięstwa.
Wstyd za emocje czyli gdy uczucia stają się naszym cieniem
Wstyd za emocje? Tak, to też jest coś, co znamy aż za dobrze. Odkąd
pamiętam, uczono mnie, że złość, smutek, zazdrość to złe emocje, które
trzeba tłumić, ukrywać, nie pokazywać światu. "Nie płacz, bądź dzielna"
- mówiono mi, gdy coś mnie zraniło. "Nie złość się, to nieładnie" -
słyszałam, kiedy coś wyprowadzało mnie z równowagi. Dorastałam w przekonaniu, że tylko "dobre" emocje zasługują na to, by je wyrażać, a wszystkie inne są czymś, czego powinnam się wstydzić. Dziś psychologowie
patrzą na to inaczej. Nie ma emocji dobrych i złych. Wszystkie są dobre,
bo wszystkie czemuś służą, wszystkie są po coś.
Pamiętam dzień, kiedy wracałam do domu po wyjątkowo trudnym spotkaniu w pracy. Wszystko we mnie wrzało - złość, frustracja, poczucie
niesprawiedliwości. Czułam, że zaraz eksploduję, ale zamiast to wyrazić,
tłumiłam wszystko w sobie, jak zawsze. Wieczorem, siedząc samotnie w kuchni, łzy zaczęły płynąć mi po policzkach. Złapałam się wtedy na
myśli, że przecież nie powinnam płakać - przecież to tylko praca,
przecież trzeba być twardym. Ale nie mogłam przestać. Te łzy były czymś
więcej niż tylko reakcją na tamto spotkanie - były wynikiem lat
tłumienia wszystkich tych emocji, które we mnie narastały. I wtedy
poczułam się słaba. Wstydziłam się, że nie potrafię zapanować nad swoimi
uczuciami, że dałam im się ponieść. Wstydziłam się, że jestem "zbyt
emocjonalna", że nie umiem być tą silną osobą, której wszyscy
oczekiwali. Ale te emocje były zbyt silne, by je dłużej ignorować.
Zrozumiałam wtedy, że nie można ciągle tłumić tego, co w nas jest, bo w końcu to nas przytłoczy.
Często prześladowało mnie również inne uczucie - zazdrość. Pamiętam, jak
pewnego dnia dowiedziałam się, że przyjaciółka, z którą dorastałam,
właśnie awansowała na prestiżowe stanowisko. Powinnam była cieszyć się
jej szczęściem, powinnam była gratulować jej z całego serca. Ale gdzieś
głęboko poczułam ukłucie zazdrości. Dlaczego jej się udało, a mnie nie?
Dlaczego jej życie wydawało się tak idealne, podczas gdy moje było pełne
trudności? Wiedziałam, że nie powinnam tak myśleć - to przecież nie było
fair wobec niej ani wobec mnie samej. Ale to uczucie pojawiło się i nie
chciało odejść. Zamiast pozwolić sobie na pełne odczucie tej zazdrości i zrozumienie, skąd się wzięła, tłumiłam ją, tak jak tłumiłam wiele innych
emocji. Przez lata nauczyłam się "zarządzać" swoimi uczuciami, bo
uważałam, że to ja powinnam panować nad nimi, a nie one nade mną.
Myślałam, że to sposób na to, by być silną, by nie pozwolić, aby emocje
kontrolowały moje życie. Ale jaki był efekt? Przyszedł moment, kiedy
moje ciało zaczęło wystawiać mi rachunek za te lata tłumienia. Rak
piersi, depresja - to były fizyczne i psychiczne konsekwencje lat
spędzonych na ignorowaniu tego, co naprawdę czułam.
Jest też inna strona tego problemu - a co, jeśli masz ochotę krzyczeć,
płakać, wyrazić swoją złość, ale wstyd powstrzymuje cię przed tym? Jeśli
wstydzisz się tego, że nie jesteś zawsze opanowana, że czasem emocje
biorą górę nad rozsądkiem? Pamiętam, jak raz w gniewie powiedziałam coś,
czego natychmiast pożałowałam. To były słowa raniące, wypowiedziane w przypływie złości, których już nie mogłam cofnąć. I ten wstyd - za to,
że dałam się ponieść emocjom, za to, że zraniłam kogoś, kogo kocham -
prześladował mnie przez długi czas. Wstyd za emocje to ciężar, który
może nas zniszczyć, jeśli nie nauczymy się go rozumieć i akceptować.
Emocje są częścią nas, są nieodłącznym elementem naszego życia. I choć
może nas nauczono, że niektóre z nich są złe, że powinniśmy je tłumić,
to w rzeczywistości tłumienie ich nie sprawia, że znikają. One po prostu
znajdują inne ujście - w naszym ciele, w naszym zdrowiu, w naszych
relacjach. Nauka akceptacji własnych emocji to nie tylko umiejętność ich
wyrażania, ale przede wszystkim zrozumienia. Zrozumienia, że mamy prawo
czuć, że nasze uczucia - jakkolwiek trudne - są ważne. I że nie musimy
być zawsze idealne, by zasługiwać na miłość i szacunek - zarówno od
innych, jak i od siebie samej. Prawdziwa siła nie polega na tłumieniu
emocji, ale na ich przyjmowaniu, na dawaniu sobie prawa do ich
odczuwania i wyrażania. Tak, czasem krzyczymy, czasem płaczemy, czasem
czujemy zazdrość - i to jest w porządku. Bo to, co czujemy, czyni nas
ludźmi. I choć wstyd za emocje może być głęboko zakorzeniony, możemy
nauczyć się go przezwyciężać, ucząc się akceptacji siebie - takimi,
jakie naprawdę jesteśmy.
Wstyd za pochodzenie czyli gdy historia przeszkadza iść naprzód
Niektóre historie życiowe wydają się tak głęboko zakorzenione, że trudno
się od nich uwolnić. Weźmy przykład mojej koleżanki ze studiów, Kasi,
która dorastała w maleńkiej wiosce, gdzie każdy znał każdego, a życie
toczyło się według prostych, surowych zasad. Kasia od zawsze marzyła o wielkim świecie, ale czuła, że jej pochodzenie trzyma ją w miejscu,
jakby była przykuta do tego, co znała od dziecka. Jej rodzina nie była
zamożna - wręcz przeciwnie, często brakowało im pieniędzy na podstawowe
potrzeby, a o luksusach mogła tylko śnić. Kasia pamiętała, jak w szkole
unikała rozmów o swoim domu. Wiedziała, że inne dzieci przychodziły z opowieściami o wyjazdach na wakacje, drogich zabawkach i eleganckich
ubraniach, podczas gdy ona musiała zadowolić się ubraniami po starszym
rodzeństwie i skromnymi prezentami. Często słyszała komentarze na temat
swojego akcentu, który zdradzał jej wiejskie korzenie, co sprawiało, że
czuła się jeszcze bardziej "inna".
Kiedy dorosła, zrobiła wszystko, by uciec od swojej przeszłości.
Wyjechała do dużego miasta, zmieniła styl, starała się mówić bardziej
elegancko, próbując dopasować się do nowego środowiska. W pracy nigdy
nie wspominała o swoim dzieciństwie, a jeśli ktoś pytał, skąd pochodzi,
odpowiadała wymijająco, nie wdając się w szczegóły. Czuła, że aby
pasować do świata, w którym teraz żyła, musiała ukrywać swoją
przeszłość. Wstyd za pochodzenie dla Kasi nie dotyczył tylko pieniędzy
czy wykształcenia - to był wstyd za całe jej dzieciństwo. Kasia nosiła w sobie poczucie, że zawsze musi być lepsza, bardziej wyrafinowana, aby
nikt nie odkrył jej korzeni. Nie chodziło tylko o akcent czy sposób
mówienia, ale o to, że wartości, które wyniosła z domu - prostota,
oszczędność, skromność - nie pasowały do świata, w którym teraz
próbowała się odnaleźć.
Pewnego dnia Kasia, już jako młoda kobieta pracująca w dużej korporacji,
trafiła na spotkanie autorskie z noblistką Olgą Tokarczuk. Na sali
zapanowała cisza, gdy pisarka zaczęła mówić o swoim dzieciństwie.
Zamiast opowiadać o wielkomiejskim świecie, Tokarczuk opisywała małą
wioskę w Kotlinie Kłodzkiej, jej zapachy, kolory, a nawet dźwięki
dzwonków krów wracających z pastwisk. Mówiła o tym z takim ciepłem i dumą, że cała sala wydawała się wsłuchana w tę historię. "To miejsce
mnie ukształtowało - powiedziała Tokarczuk. - To tam nauczyłam się
obserwować świat, rozumieć ludzi i dostrzegać piękno w rzeczach
prostych. Wszędzie tam, gdzie jadę, zabieram ze sobą kawałek tej ziemi.
Wstydzić się miejsca, z którego pochodzimy, to jak wstydzić się własnych
korzeni. A przecież bez korzeni żadne drzewo nie przetrwa".
Słowa te wstrząsnęły Kasią. Przypomniała sobie wieczory, kiedy jako mała
dziewczynka siedziała na ławce przed domem z babcią i słuchała jej
opowieści. Przypomniała sobie zapach pieczonego chleba w starym piecu,
szum lasu za domem i widok pól, które ciągnęły się aż po horyzont. To
wszystko kiedyś ją ukształtowało, a teraz, w pogoni za nowym życiem,
próbowała to wszystko wymazać. Kiedy wróciła do domu, otworzyła starą,
zakurzoną skrzynię. W środku znalazła zdjęcia rodzinne - dziadek
pracujący na polu, babcia z wiklinowym koszem, mała Kasia biegająca boso
po łące. Poczuła ciepło, które wyparło wstyd. Tego dnia postanowiła, że
przestanie ukrywać swoje pochodzenie.
Kilka tygodni później, podczas lunchu w pracy, ktoś zapytał Kasię, skąd
pochodzi. Tym razem nie spuściła wzroku i nie wykręciła się od
odpowiedzi. Spojrzała rozmówcy prosto w oczy i powiedziała z uśmiechem:
"Pochodzę z małej wioski, którą kocham za to, że nauczyła mnie pokory,
pracy i doceniania drobnych rzeczy. I wiesz co? To miejsce jest częścią
mnie, tak samo jak to miasto".
Kasia poczuła, jak ciężar znika z jej ramion. Nie musiała już udawać.
Zrozumiała, że wstydzić się swojego pochodzenia to odrzucać siebie, a to, kim jest, było więcej niż wystarczające. Przekonała się, że ucieczka
od własnej przeszłości jest niemożliwa. I głupia. Historia, którą nosiła
w sercu, mimo że bolesna, była przecież częścią jej samej. To, co kiedyś
wydawało się przeszkodą, zaczęło nabierać innego znaczenia - stało się
źródłem siły, której wcześniej nie doceniała. W końcu zrozumiała, że to
właśnie te doświadczenia, te korzenie, ukształtowały ją jako osobę i pomogły jej osiągnąć to, kim jest dzisiaj.
Wstyd za samotność czyli bo wydaje ci się, że powinnaś być z kimś
Uczucie samotności może być przytłaczające, szczególnie gdy otacza cię
świat, w którym wszyscy wydają się mieć kogoś obok. Może jesteś
singielką, choć twoje serce pragnie bliskości, miłości, tej wyjątkowej
relacji, którą widzisz u innych. Może każda wizyta u rodziny, każde
spotkanie ze znajomymi przypomina ci, że twoje życie nie wygląda tak,
jak wielu by tego oczekiwało. Pytania o twoje życie miłosne, choć
zadawane w dobrej wierze, są jak ciche przypomnienia, że coś jest "nie
tak". Czujesz, że powinnaś być z kimś, że samotność to znak, że coś ci
umyka, że coś robisz źle. A może jesteś w związku, ale mimo to czujesz
się samotna, jakbyś była w nim sama. Relacja, która miała przynieść
radość i wsparcie, stała się źródłem frustracji, poczucia osamotnienia.
Czujesz, że powinnaś być szczęśliwa, wdzięczna za to, co masz, ale w głębi duszy coś nie daje ci spokoju. Mimo że masz kogoś obok siebie,
nadal czujesz się tak, jakbyś była sama. To uczucie jest szczególnie
trudne do zniesienia, bo przecież związek powinien przynosić ukojenie,
prawda? A jednak, chociaż jesteś z kimś, czujesz się bardziej samotna
niż kiedykolwiek.
Wstyd za samotność jest bolesny, bo żyjemy w świecie, który kładzie
ogromny nacisk na relacje, na bycie z kimś. Społeczne oczekiwania mówią
nam, że powinniśmy być w związku, że życie singla to tylko etap
przejściowy, a prawdziwe spełnienie przychodzi dopiero wtedy, gdy
znajdziemy "tę" osobę. I choć, racjonalnie rzecz biorąc, wiesz, że każdy
ma własną drogę, że samotność nie jest wyrokiem, emocje mówią co innego.
Czujesz się jak outsiderka, ktoś niekompletny bez drugiej osoby. To
uczucie wstydu może być szczególnie silne, gdy porównujesz się do
innych. Widzisz pary spacerujące po parku, przyjaciółki, które
opowiadają o swoich partnerach, rodzinę, która z dumą mówi o swoich
relacjach. Zastanawiasz się, dlaczego nie możesz znaleźć tego, co mają
inni. I choć wiesz, że relacje nie są idealne, że każdy związek ma swoje
trudności, to mimo wszystko ciężko jest oprzeć się wrażeniu, że coś jest
nie tak z tobą.
Ale samotność nie musi być oznaką porażki. Może być przestrzenią, w której odkrywasz siebie, uczysz się, kim jesteś, czego naprawdę chcesz
od życia i od relacji. "Masz za duże wymagania" - mówią przyjaciele. Ale
co? Mam ich nie mieć wcale? Za wszelką cenę powinnam być w "związku"?
Ten cudzysłów bierze się stąd, że dla mnie to nie związek, jeśli muszę
odpuścić zbyt wiele. To już wolę samotność. Możesz w tym czasie rozwijać
swoje pasje, realizować marzenia, które zostałyby zapomniane, gdybyś
była w związku. Samotność nie definiuje twojej wartości. Nie jesteś
mniej wartościowa, bo nie masz partnera czy partnerki. Nie jesteś mniej
godna miłości, bo teraz jesteś sama. Bycie samotnym to nie wyrok, to
część twojej drogi. Może przynieść ci wiele cennych lekcji, nauczyć cię
samodzielności, siły, zaufania do siebie. Może zrozumiesz, jak kochać
siebie, zanim pozwolisz na to komuś innemu.
W świecie, który kładzie tak duży nacisk na związki, samotność może być
aktem odwagi - powiedzeniem sobie, że jesteś warta miłości, ale nie za
wszelką cenę. Wstyd za samotność może być trudny do przezwyciężenia, ale
pamiętaj, że nie musisz spełniać cudzych oczekiwań, by być szczęśliwą.
Masz prawo do swojej drogi, do swojego tempa, do swoich wyborów. I niezależnie od tego, czy znajdziesz kogoś, z kim będziesz dzielić życie,
czy zdecydujesz się iść przez nie sama, twoja wartość pozostaje
niezmienna. Samotność nie jest dowodem na to, że coś jest z tobą nie
tak. Jest po prostu jednym z wielu etapów życia - czasem trudnym, ale
też pełnym możliwości do wzrostu i odkrywania siebie. Pozwól sobie na
to, by być sobą, niezależnie od tego, czy jesteś z kimś, czy nie. Twoje
życie jest twoje, i to ty decydujesz, co czyni je wartościowym.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki