WPROWADZENIE
Jeżeli miłość oznacza dla nas cierpienie,
kochamy za bardzo. Jeżeli z przyjaciółmi rozmawiamy głównie o nim, o jego problemach, jego poglądach, jego uczuciach; jeżeli prawie każda
nasza wypowiedź rozpoczyna się słowem "on", kochamy za bardzo.
Jeżeli wciąż rozgrzeszamy go ze złych humorów, znieczulicy, przykrego
usposobienia, wybuchów złości, kładąc wszystko na karb nieszczęśliwego
dzieciństwa; jeżeli staramy się być terapeutką, kochamy za bardzo.
Jeżeli w trakcie lektury jakiegoś poradnika zakreślamy ustępy, które
mogą mu się okazać przydatne, kochamy za bardzo.
Jeżeli nie lubimy jego charakteru, zachowania i postaw, a zarazem
sądzimy, że zechce się dla nas zmienić, jeśli tylko będziemy dość
atrakcyjne i czułe, kochamy za bardzo.
Jeżeli związek z nim naraża na szwank naszą równowagę emocjonalną, a nawet nasze zdrowie i bezpieczeństwo, z pewnością kochamy za bardzo.
Choć bolesne i rozczarowujące, doświadczenie to jest udziałem tylu
kobiet, że niemal uwierzyłyśmy, iż tak właśnie musi wyglądać intymny
związek z mężczyzną. Większość z nas kochała za bardzo przynajmniej raz
w życiu, a dla wielu stało się to powracającym wątkiem w biografii.
Części z nas obsesja na tle partnera i wzajemnych stosunków wręcz
uniemożliwia normalne funkcjonowanie.
W niniejszej książce przypatrzymy się bacznie przyczynom, dla których
wiele kobiet - szukając kogoś, kto by je kochał - zdaje się nieuchronnie
trafiać na partnerów zimnych i szkodliwych. Postarajmy się wyjaśnić,
dlaczego, wiedząc już, że związek nie zaspokaja naszych potrzeb, nie
potrafimy położyć mu kresu. Pokażemy również, jak miłość przeradza się w miłość przesadną, gdy partner okazuje się nieodpowiedni, obojętny lub
nieprzystępny, a my nie umiemy się z nim rozstać, ponieważ tym bardziej
nas do niego ciągnie. Zrozumiemy wówczas, jak nasza potrzeba miłości,
nasza tęsknota za miłością, a wreszcie sama miłość staje się nałogiem.
Termin "nałóg" brzmi groźnie. Podsuwa obraz ofiary heroiny, której ręce
pokłute są igłami, a życie jawnie zmierza ku autodestrukcji. Nie życzymy
sobie, by określać tym mianem sposób, w jaki odnosimy się do płci
przeciwnej. Tymczasem wiele z nas naprawdę traktuje mężczyzn jak
narkotyk. I nie wydobędzie się z tego, nie pojąwszy uprzednio całej
powagi swej sytuacji.
Jeżeli kiedykolwiek dałaś się opętać mężczyźnie, musiałaś chyba czasem
mieć wrażenie, że źródłem wszystkiego nie jest miłość, lecz strach. Kto
kocha obsesyjnie, wciąż się boi - boi się samotności, boi się bycia
niekochanym i niedocenianym, boi się zlekceważenia, opuszczenia, a nawet
zagłady. Kochamy w rozpaczliwej nadziei, że mężczyzna uśmierzy nasze
lęki. Niestety, lęki - a wraz z nimi obsesja - pogłębiają się, aż w końcu darzenie miłością po to, by ją otrzymać w zamian, przeistacza się
w główną siłę napędową naszego życia. A skoro strategia nie przynosi
efektów, próbujemy jeszcze raz, kochamy jeszcze mocniej. I tak zaczynamy
kochać za bardzo.
Na trop "kochania za bardzo" jako szczególnego zespołu myśli, uczuć i zachowań wpadłam po wielu latach pracy w poradni dla alkoholików i narkomanów. Przeprowadziwszy setki wywiadów z nałogowcami i ich
rodzinami, dokonałam zdumiewającego odkrycia. Pacjenci wzrastali w otoczeniu dość różnorodnym, natomiast partnerki pacjentów wywodziły się
prawie zawsze z rodzin "trudnych", dysfunkcyjnych; z rodzin, w których
zaznawały więcej stresów i cierpień, niż dzieje się to zwykle. Borykając
się z nałogiem swych towarzyszy, kobiety te (zwane w poradnianym
żargonie "współuzależnionymi") nieświadomie odtwarzały i przeżywały na
nowo ważne aspekty własnego dzieciństwa.
Dzięki kontaktom z żonami i przyjaciółkami nałogowców zaczęłam stopniowo
docierać do sedna "kochania za bardzo". Z ich biografii wyzierała
potrzeba wyższości połączonej z cierpieniem, czego przecież nie można
nie doświadczyć w roli "wybawicielki". Zrozumiałam, co tak przemożnie
przykuwa je do mężczyzny, który z kolei przykuł się do jakiejś
substancji. Obu stronom trzeba pomóc, ponieważ obie wykańcza nałóg: w jednym przypadku zatrucie chemiczne, w drugim zaś zatrucie złym
uczuciem.
Dzięki tym kobietom uprzytomniłam sobie, jak dalece dzieciństwo wyciska
swe piętno na sposobach odnoszenia się do płci przeciwnej w życiu
dorosłym. Ich głosów powinien wysłuchać każdy, kto kocha za bardzo,
jeżeli chce wiedzieć, skąd się wzięła owa predylekcja do chorobliwych
związków i jak się z nią uporać, by wyzdrowieć.
Nie twierdzę wcale, że jedynie kobiety mają skłonność do kochania za
bardzo. W nałóg taki popadają także niektórzy mężczyźni, a ich odczucia
i zachowania wypływają z analogicznych źródeł. Na ogół jednak
emocjonalne okaleczenie w dzieciństwie nie wywołuje u mężczyzn tendencji
do "chorej miłości". Wskutek całego splotu czynników kulturowych i biologicznych ratują się oni zwykle poprzez pogoń za czymś raczej
bezosobowym i zewnętrznym niż intymnym. Obsesyjnie zajmują się pracą,
sportem czy jakimś hobby, podczas gdy kobiety - uwarunkowane przez
biologię i kulturę - rzucają się w romans. Często właśnie z człowiekiem
emocjonalnie upośledzonym.
Mam nadzieję, że lektura niniejszej książki pomoże wszystkim, którzy
kochają za bardzo. Ale adresowałam ją przede wszystkim do kobiet, gdyż
jest to przypadłość głównie kobieca. Przyświecały mi cele dość
konkretne: uzmysłowić czytelniczkom destrukcyjny charakter takiego
wzorca, wskazać jego genezę i dostarczyć narzędzi do skutecznego
uporania się z nim.
Jeżeli kochasz za bardzo, muszę lojalnie ostrzec: książka nie będzie
łatwa ani przyjemna. I jeśli pasujesz do przytoczonego na początku
opisu, a mimo to lektura zupełnie cię nie poruszy bądź wręcz znudzi czy
zirytuje, jeżeli nie zdołasz się w nią wciągnąć lub uznasz, że
przydałaby się raczej komuś innemu, gorąco radzę sięgnąć po książkę za
jakiś czas. Wszyscy bowiem zaprzeczamy czemuś, co okazuje się zbyt
bolesne lub groźne, czego nie potrafimy zaakceptować. Zaprzeczenie to
naturalny środek samoobrony, działa automatycznie i spontanicznie. Być
może dopiero przy powtórnej lekturze będziesz umiała stawić czoło swym
doznaniom i najgłębszym przeżyciom.
Czytaj powoli, starając się wczuć intelektualnie i emocjonalnie w kobiece opowieści. Przypadki te mogą ci się wydać skrajne. Zapewniam
jednak, że jest wręcz przeciwnie. Spotkałam setki kobiet (prywatnie i zawodowo), które kochają za bardzo. Ich sylwetki, charaktery i perypetie
nie zostały tu wcale odmalowane w barwach przesadnych. W rzeczywistości
bywa dużo, dużo gorzej. Gdybyś więc odniosła wrażenie, że twój przypadek
należy do stosunkowo błahych, pragnę ci powiedzieć, że tak właśnie
wygląda typowa pierwsza reakcja większości mych pacjentek. Każda na
początek bagatelizuje własną sprawę ("nie jest ze mną aż tak źle") i z pasją rozprawia o fatalnej sytuacji innych kobiet, które mają "prawdziwe
problemy".
Jeden z paradoksów życia polega na tym, że kobiety reagują ze
współczuciem i zrozumieniem na nieszczęścia cudze, a zarazem kompletnie
nie dostrzegają (jak gdyby zaślepione) nieszczęść, które przygniatają je
same. Znam to doskonale z autopsji. Kochałam za bardzo przez wiele lat i dopiero znaczny uszczerbek zdrowia fizycznego i psychicznego zmusił mnie
do analizy dotychczasowych układów z mężczyznami. Udało mi się zmienić
chorobliwy schemat, co przyniosło zbawienne skutki.
Toteż mam nadzieję, że lektura pomoże ci nie tylko lepiej zrozumieć
własną kondycję, lecz także zachęci do przełomu: do skierowania owej
troskliwej uwagi nie na związek z partnerem, ale na twoje życie i zdrowie.
Trzeba tu wystąpić z kolejną przestrogą. Książka ta przedstawia - wzorem
większości poradników - wiele kroków, jakie należy poczynić w celu
zmiany sytuacji. Jeżeli się na nie zdecydujesz, czekają cię lata pracy i całkowitego zaangażowania w sprawę. Nie istnieje bowiem żadna "droga na
skróty", która wyprowadzi cię z pułapki schematu. Wyuczyłaś się go dawno
temu i stosowałaś wielokrotnie. Nic więc dziwnego, że próby wydobycia
się zeń wymagać będą wytrwałości, hartu i odwagi. Lecz głowa do góry!
Jeżeli niczego nie zmienisz, i tak czekają cię ciężkie boje. Wolisz
walczyć o zwykłe przetrwanie czy też o swój rozwój? Jeżeli wybierzesz
rekonwalescencję zamiast osoby kochającej kogoś aż do bólu, pojawi się
kobieta, która kocha siebie wystarczająco mocno, by położyć bólowi kres.
ROZDZIAŁ 1
KOCHAĆ MĘŻCZYZN BEZ WZAJEMNOŚCI
Męczennico miłości,
Nie podziwia cię nikt, nie współczuje,
Choć prawdziwy i ogromny jest twój ból,
Niewolnico miłości,
Tak okrutnie zły los cię traktuje,
Choć grasz świetnie tę najprostszą z damskich ról.
Raz namiętność, raz kopniak - balansujesz na linie,
Cały świat niech przepadnie, twoja miłość nie zginie.
Męczennica miłości
Było to pierwsze spotkanie Jill z terapeutą, sprawiała więc wrażenie nieco speszonej. Żwawa i drobna, z blond loczkami w stylu królewny z bajek, przysiadła sztywno na brzegu
krzesła. Wszystko w niej wydawało się okrągłe: twarz, dość pełna figura,
a zwłaszcza błękitne oczy, którymi zlustrowała dyplomy zawieszone na
ścianie gabinetu. Wypytała mnie o studia i zezwolenie na praktykę,
wspominając nie bez widocznej dumy, że sama studiuje prawo.
Potem zamilkła. Przyjrzała się własnym splecionym palcom.
- Chyba powinnam powiedzieć, dlaczego tu przyszłam - wyrzuciła z siebie
nagle, jakby z każdym słowem nabierając odwagi - przyszłam tu, to znaczy
na psychoterapię, bo jestem nieszczęśliwa. Oczywiście chodzi o mężczyzn.
Zawsze zrobię coś takiego, że odchodzą. Zaczyna się niby dobrze. Starają
się i tak dalej, ale kiedy tylko poznamy się bliżej - w tym miejscu
skrzywiła się - wszystko się sypie...
Oczy Jill zalśniły od powstrzymywanych z trudem łez. Zwolniła tempo
mówienia.
- Chciałabym się dowiedzieć, co robię nie tak, co mam w sobie zmienić.
Na pewno dam radę. Nie wymiguję się od niczego. Jestem naprawdę
pracowita - znów zaczęła mówić szybciej - i chętna. Tylko nie wiem, dlaczego to mi się wciąż przytrafia. Boję się
jeszcze raz sparzyć. W kółko to samo, cierpienia i cierpienia. Ja po
prostu zaczęłam się bać mężczyzn. Potrząsnęła loczkami i rozżaliła się
na całego. - Nie wytrzymam tego dłużej. Jestem taka strasznie samotna.
Na prawie dają nam niezły wycisk, a ja przecież muszę poza tym zarobić
na siebie. Haruję od rana do wieczora. Tak właśnie wyglądał ostatni rok.
Najpierw do pracy, potem na wykłady, potem książki, skrypty i wkuwanie,
wreszcie resztką sił do łóżka. I nikogo, nikogo bliskiego... Wtedy pojawił
się Randy - ciągnęła szybko dalej - dwa miesiące temu wybrałam się do
San Diego odwiedzić znajomych. On jest adwokatem, a spotkaliśmy się na
dansingu, ci znajomi wyciągnęli mnie tam wieczorem. Od razu coś między
nami zaskoczyło. Mieliśmy sobie tyle do powiedzenia, chociaż może
głównie to ja mówiłam. Ale wyglądało na to, że mu się to podoba. Ach,
jak dobrze być z mężczyzną, który interesuje się czymś, co i dla mnie
jest ważne! - Ściągnęła brwi. - Naprawdę musiałam mu wpaść w oko. Wie
pani, wypytywał, czy jestem mężatką - ja się dwa lata temu rozwiodłam -
czy mieszkam sama, no, takie rzeczy...
Mogłam już sobie doskonale wyobrazić zapał, z jakim Jill rozprawiała
tego pierwszego wieczoru przy dźwiękach muzyki. A także skwapliwość, z jaką powitała Randy'ego, gdy tydzień później podczas służbowego wyjazdu
nadłożył sto mil, żeby się z nią zobaczyć. Po kolacji na mieście
zaproponowała mu nocleg u siebie. Powinien przecież odpocząć przed drogą
powrotną. Randy nie miał nic przeciwko temu i tak się zaczęło.
- Było cudownie. Pozwolił mi coś dla siebie przyrządzić i cieszył się,
że ktoś tak się nim zajmuje. Rano przed odjazdem wyprasowałam mu
koszulę. Ja uwielbiam troszczyć się o mężczyzn. Naprawdę świetnie do
siebie pasowaliśmy.
Twarz Jill rozbłysła tęsknym uśmiechem. W miarę dalszej opowieści
stawało się jednak coraz bardziej jasne, że natychmiast popadła w obsesję.
Kiedy Randy dotarł do swego mieszkania w San Diego, telefon już dzwonił.
Jill się niepokoiła; w końcu to długa podróż. Jak to dobrze, że
nareszcie dojechał szczęśliwie do domu. Odniosła wrażenie, że trochę go
ten telefon zniecierpliwił, więc przeprosiwszy za kłopot, odwiesiła
słuchawkę. Ale zaraz poczuła niemiłe ukłucie. Oto znów jest tą stroną,
która okazuje więcej uwagi i serca.
- Randy powiedział mi kiedyś, że jeśli będę natrętna, zniknie.
Przestraszyłam się okropnie. Wszystko na mojej głowie. Mam go kochać, a jednocześnie dać mu spokój. Nie mogłam tak postąpić. I im bardziej się
denerwowałam, tym częściej szukałam z nim kontaktu.
Wkrótce Jill zaczęła dzwonić co wieczór. Umówili się, że będą
telefonować na przemian, ale gdy wypadła kolejka Randy'ego i robiło się
coraz później, nie umiała sobie znaleźć miejsca. Nie było mowy o spaniu,
więc oczywiście łapała za telefon. Ich rozmowy trwały długo i odznaczały
się dość niewielką klarownością.
- Tłumaczył mi, że zapomniał, a ja mu na to: "Jak mogłeś zapomnieć? Ja
przecież nigdy nie zapomniałam". Mówiliśmy o przyczynach i wtedy
wyczuwałam jego lęk przed zbliżeniem, no to usiłowałam mu pomóc to
przełamać. Wciąż powtarzał, że nie wie, czego chce od życia, więc
starałam się mu wyjaśnić, co ma do wyboru.
I tak Jill przyjęła wobec Randy'ego postawę "terapeutki", w nadziei, iż
to go ośmieli do żywszych emocjonalnie reakcji. Gdyby ktoś wówczas
powiedział: Randy po prostu cię nie chce, nie uwierzyłaby własnym uszom.
Przecież już zdecydowała, że jest mu potrzebna.
Dwukrotnie wybrała się na weekend samolotem do San Diego. Za drugim
razem Randy spędził całą niedzielę przed telewizorem, popijając piwo i kompletnie ignorując obecność Jill. To był naprawdę "czarny dzień".
- A czy on w ogóle dużo pił? - spytałam.
Jill lekko się wzdrygnęła.
- Ależ skąd, nie... chociaż w gruncie rzeczy nie wiem. Nigdy o tym nie
myślałam. Oczywiście popijał tego wieczoru, gdyśmy się poznali. No, ale
to naturalne, w końcu byliśmy w lokalu. Czasem słyszałam przez telefon
grzechotanie kostek lodu w szklance. I nawet dokuczałam mu trochę na ten
temat, że niedobrze pić solo, i tak dalej... Chyba zawsze popijał, kiedy
go widziałam. Ale sądziłam, że on zwyczajnie lubi wypić drinka. To chyba
normalne, nie? - Jill zadumała się na chwilę. - Czasem przez telefon
mówił śmiesznie, zwłaszcza jak na adwokata. Tak jakoś mętnie, od rzeczy,
bez ładu i składu. Ale nie przyszło mi do głowy, że to ma związek z piciem. Nie pamiętam, jak sobie to tłumaczyłam. Pewnie wcale się nad tym
nie zastanawiałam. - Oczy Jill zrobiły się smutne. - Może rzeczywiście pił za dużo, ale to na pewno
dlatego, że go nudziłam. Chyba okazałam się nie dość interesująca i nie
chciał być ze mną - tu w głosie Jill pojawił się niepokój - mój mąż też
nie chciał być ze mną, to jasne jak słońce! I tak samo mój ojciec. Co
jest we mnie? Dlaczego oni wszyscy odbierają mnie w ten sposób? Co robię
źle?
Gdy tylko Jill uświadamiała sobie jakiś problem w swych stosunkach z osobami dla niej ważnymi, usiłowała natychmiast go rozwiązać, a co
więcej, usiłowała wziąć natychmiast na siebie całą odpowiedzialność za
to, że ów problem zaistniał. Skoro Randy, mąż i ojciec nie zdołali jej
pokochać, widać zrobiła coś "nie tak". Albo jakoś "nawaliła".
Uczucia, zachowania, postawy i doświadczenia życiowe Jill były typowymi
uczuciami, zachowaniami, postawami i doświadczeniami kobiety, której
miłość kojarzy się z wiecznym cierpieniem. Kobiety, która kocha za
bardzo. Takich kobiet są tysiące. I choć ich biografie różnią się
szczegółami, choć jedne tkwią w długotrwałym, bolesnym związku z tym
samym partnerem, inne zaś zmieniają mężczyzn jak rękawiczki, wszystkie
one wydają się wycięte z podobnego szablonu. Bo kochać za bardzo nie
znaczy bynajmniej kochać zbyt wielu, zbyt często bądź zbyt głęboko.
Kochać za bardzo to popaść w obsesję i nazwać ją "miłością", a następnie
pozwolić, by owładnęła naszymi uczuciami i zachowaniem do tego stopnia,
że nie potrafimy odejść od mężczyzny, choć doskonale wiemy, że ma to
rujnujące skutki dla naszego zdrowia i równowagi psychicznej. Kochać za
bardzo to mierzyć miłość rozmiarami naszych męczarni.
W trakcie lektury tej książki możesz zacząć utożsamiać się z Jill i innymi postaciami opisanymi na jej kartach, zadając sobie jednocześnie
pytanie, czy naprawdę jesteś kobietą, która kocha za bardzo.
Niewykluczone, że masz analogiczne kłopoty z mężczyznami, ale peszą cię
pewne "etykietki", jakie pojawiają się w opisach rodzinnego tła tych
opowieści. Wszyscy reagujemy silnymi emocjami na takie słowa, jak alkoholizm, molestowanie, gwałt czy nałóg, i często nie umiemy spojrzeć realistycznie na
własne życie, ponieważ boimy się odnieść je do nas samych lub do tych,
których kochamy. Niestety bez nazwania rzeczy po imieniu nie sposób
ruszyć z miejsca. Z drugiej jednak strony te przerażające terminy mogą
istotnie nie odnosić się do twojego życia. Mogłaś mieć w dzieciństwie
problemy subtelniejszego kalibru. Na przykład z ojcem, który utrzymywał
dom na należytym poziomie, ale z zasady nie lubił kobiet i im nie ufał,
dlatego i ty nie polubiłaś samej siebie. Albo z matką, która w czterech
ścianach przybierała zawsze postawę zawistną i rywalizacyjną, a jednocześnie popisywała się i pyszniła tobą przed obcymi, wskutek czego
musiałaś wszędzie zbierać "same piątki", żeby ją zadowolić, a zarazem
stale drżałaś na myśl o wrogości, jaką wzbudzą w niej twe sukcesy.
Nie da się w jednej książce opisać owych niezliczonych przypadków
mających znamiona choroby, na które może cierpieć rodzina. Nie spisałby
tego na wołowej skórze! Ale wszystkie zaburzone rodziny mają pewną cechę
wspólną: jest to nieumiejętność poruszania spraw
kluczowych, podstawowych, najbardziej istotnych. Mówi się w nich na
różne tematy, czasami aż do znudzenia, ale nigdy o tym, co sprawia, że
rodzina nie funkcjonuje prawidłowo. Stopień patologii i emocjonalnego
upośledzenia jej członków zależy raczej od stopnia utajnienia problemu
niż od jego obiektywnych wymiarów.
W rodzinie, która nie funkcjonuje prawidłowo, wszyscy odgrywają sztywno
swe role, a komunikowanie się zostaje ograniczone do wypowiedzi zgodnych
z rolami. Nikt nie opowiada swobodnie o tym, co czuje, czego chce, co mu
się właśnie przytrafiło, czego mu brak; każdy recytuje wyłącznie te
kwestie, które pasują do kwestii wygłaszanych przez innych. Oczywiście
pewne role są we wszystkich rodzinach, niemniej warunki wciąż się
zmieniają, a wraz z nimi ulega modyfikacjom nastawienie poszczególnych
osób. W przeciwnym razie biada rodzinie! By posłużyć się najprostszym
przykładem: ten rodzaj "matkowania", jakim raczymy roczne dziecko, byłby
czymś zupełnie niewłaściwym wobec nastolatka. Rola matki musi
dostosowywać się do rzeczywistości. W rodzinach dysfunkcyjnych
rzeczywistość (a zwłaszcza główne jej rysy) jest stale negowana,
przyjęte role zaś są kompletnie nieelastyczne.
Jeżeli nikt nawet nie zająknie się o tym, co doskwiera każdemu z osobna
i wszystkim naraz; jeśli poruszanie takich spraw jest zakazane explicite
("U nas się o tym nie mówi!") bądź implicite (przez natychmiastowe
zmiany tematu) - uczymy się nie dowierzać swym spostrzeżeniom i uczuciom. Ponieważ nasza rodzina zaprzecza podstawowym realiom, my
zaczynamy robić to samo. W efekcie nie wykształcają się w nas pewne
elementarne narzędzia radzenia sobie z życiem, z ludźmi i z sytuacjami.
Tego właśnie brak kobietom, które kochają za bardzo. Nie potrafią
zauważyć, że ktoś lub coś nie wychodzi im na zdrowie. Nie potrafią
odrzucić człowieka czy układu, którego inni w naturalny sposób by
unikali jako zbyt zagrażającego, niewygodnego bądź szkodliwego dla
siebie. Nie potrafią ocenić sytuacji realistycznie, czyli uwzględniając
także własne interesy i dobro. Takie kobiety nie ufają temu, co
podpowiadają im uczucia. Albo też posługują się uczuciami, by się
oszukiwać. Pozbawione odruchów samozachowawczych, wplątują się w niebezpieczeństwa, intrygi, dramaty i uwikłania, od których natychmiast
ucieknie każdy, kto ma choć odrobinę oleju w głowie, a ponieważ to, co
je pociąga, jest na ogół repliką tego, w czym wzrastały, dostają kolejny
raz po uszach. Wciąż zbierają ciosy.
Kochanie za bardzo nie jest skłonnością przypadkową. To wypadkowa
wychowania kobiety w konkretnym społeczeństwie i konkretnej rodzinie. A oto typowe cechy charakteryzujące taką kobietę:
Wychowałaś się w rodzinie dysfunkcyjnej, która nie zaspokajała twych
potrzeb emocjonalnych.
Pozbawiona prawdziwej troski i wsparcia usiłujesz to nadrobić w sposób namiastkowy, stając się czyjąś piastunką; najczęściej mężczyzny,
który sprawia wrażenie potrzebującego.
Nie zdołałaś zmienić rodziców (lub jednego z nich) w ciepłych i czułych opiekunów. Wobec tego reagujesz silnie na swojską postać kogoś,
kto jest uczuciowo nieprzystępny. Chcesz znów dokonać cudu.
Czarodziejskim środkiem ma być twoja miłość.
Panicznie boisz się opuszczenia; zrobisz więc wszystko, aby tylko
związek trwał.
Nic nie jest zbyt trudne, czasochłonne czy za drogie, jeżeli może
"pomóc" twojemu mężczyźnie.
Przywykłaś do braku wzajemności. Będziesz czekać, żywić nadzieję i wciąż próbować na nowo.
Zawsze bierzesz na siebie ponad pięćdziesiąt procent
odpowiedzialności i winy.
Oceniasz samą siebie niezwykle nisko. W głębi ducha nie wierzysz, byś
zasługiwała na szczęście. Sądzisz raczej, że musisz zapracować na
przywilej cieszenia się życiem.
Ponieważ nie zaznałaś w dzieciństwie poczucia bezpieczeństwa,
przejawiasz ogromną potrzebę panowania nad partnerem i waszym związkiem.
Władcze zapędy maskujesz chęcią "bycia pomocną".
W każdym układzie damsko-męskim kierujesz się nie tyle wglądem w rzeczywistą sytuację, ile swymi marzeniami o tym, jak mogłaby się ona
przedstawiać.
Nie umiesz się obejść bez mężczyzn i cierpień.
Możesz mieć emocjonalne, a nawet biochemiczne predyspozycje do
nałogowego picia, zażywania narkotyków lub lekarstw bądź objadania się,
szczególnie słodyczami.
Ciągnie cię do ludzi "trudnych". Bezustannie wplątujesz się w skomplikowane, chaotyczne i przykre afery miłosne. Unikasz w ten sposób
skoncentrowania się na własnych problemach i własnym życiu.
Przypuszczalnie często popadasz w depresję. Starasz się jej
zapobiec, fundując sobie porcję podniecenia związanego z niepewną i zawiłą relacją.
Nie podobają ci się mężczyźni zrównoważeni, spolegliwi, sympatyczni
i wyraźnie tobą zainteresowani. Uważasz ich za "nudziarzy".
U Jill występowały w mniejszym lub większym stopniu wszystkie wymienione
wyżej objawy. I właśnie to, a nie jej opowieść, kazało mi natychmiast
podejrzewać, że Randy tęgo popijał. Kobiety o takim profilu
psychologicznym uganiają się bowiem za partnerami, którzy z jakiegoś
powodu są emocjonalnie nieprzystępni. A czy można sobie wyobrazić lepszy
powód niż nałóg?
Od samego początku Jill przejawiała inicjatywę. Jak wiele kobiet
kochających za bardzo, była osóbką szalenie odpowiedzialną, ambitną i energiczną. Lecz mimo osiągnięć w różnych dziedzinach nie nabrała
dobrego mniemania o sobie. Żaden sukces w pracy czy na uczelni nie
potrafił zrównoważyć owych dotkliwych porażek, jakie ponosiła w życiu
osobistym. Każdy natomiast wieczór bez telefonu od Randy'ego stanowił
dla niej potężny cios, który usiłowała sparować, gromadząc skrzętnie
wszelkie oznaki rzekomego przywiązania partnera. Co charakterystyczne,
za fiasko romansu obwiniała wyłącznie siebie. Nie potrafiła też
realistycznie ocenić całej sytuacji i ratować się odejściem w momencie,
gdy stało się oczywiste, że na wzajemność nie ma co liczyć.
Kobiety kochające za bardzo nie dbają o swą integralność psychiczną.
Starają się usilnie zmienić postawy i uczucia innych za pomocą
rozpaczliwych manipulacji, których świetnym przykładem mogą być
międzymiastowe rozmowy Jill i wypady samolotem do San Diego (w kontekście niesłychanie napiętego budżetu!). "Terapeutyczne sesje" przez
telefon miały raczej ukształtować Randy'ego na obraz i podobieństwo jej
pragnień, aniżeli skłonić go do odkrywania własnej tożsamości. Warto
zauważyć, że Randy bynajmniej nie palił się do takich "odkryć". Gdyby
istotnie zależało mu na autoanalizie, zabrałby się do niej sam, a nie
poddawał biernie zapędom Jill. Cóż jednak biedaczce pozostawało?
Musiałaby uznać Randy'ego za kogoś, kim był naprawdę - za człowieka
obojętnego na jej uczucia i dalsze losy ich związku.
Powróćmy do opowieści Jill, by lepiej zrozumieć powody, które przywiodły
ją do mego gabinetu. Zaczęła wspominać swego ojca.
- Nigdy nie spotkałam takiego uparciucha. Poprzysięgłam sobie, że kiedyś
pokonam tatę w dyskusji - tu popadła na chwilę w zadumę - ale jakoś
nigdy mi się to nie udało... Chyba dlatego poszłam na prawo. To wspaniałe:
przedstawić argumenty i wygrać sprawę! - Uśmiechnęła się szeroko do
własnych myśli, ale zaraz spoważniała. - Wie pani, co raz zrobiłam?
Doprowadziłam do tego, że mi powiedział, że mnie kocha! Doprowadziłam do
tego, że mnie przytulił! Usiłowała przedstawić to jako zabawną anegdotkę
z okresu dorastania, ale jej nie wychodziło. Między wierszami pojawiał
się wciąż cień zranionej dziewczyny. - Nigdy by się nie przełamał,
gdybym go nie nakłoniła. On mnie kochał, ale po prostu nie umiał tego
okazać. I już nigdy więcej się nie nagiął. W sumie się cieszę. Inaczej
nigdy bym tego nie usłyszała. Mogłam sobie czekać i czekać... Akurat
skończyłam osiemnaście lat. Masz mi zaraz powiedzieć, że mnie kochasz,
inaczej się stąd nie ruszę. Tak postawiłam sprawę. I rzeczywiście nie
ruszyłam się z miejsca, aż to powiedział. A potem poprosiłam, żeby mnie
przytulił. Co prawda to ja musiałam objąć go pierwsza, a on właściwie
tylko poklepał mnie po ramieniu, ale nic nie szkodzi... tak bardzo tego
chciałam... - Nie powstrzymywała już łez. Spływały ciurkiem po krągłych
policzkach. - Dlaczego tak trudno mu było to wykrztusić? W końcu nie ma
przecież nic prostszego, niż powiedzieć
rodzonej córce, że się ją kocha... - Znów przyjrzała się swym splecionym
palcom. - Tak bardzo się starałam. Pewnie dlatego wciąż z nim wojowałam
i wdawałam się w kłótnie. Myślałam, że jeśli go wreszcie przekonam, będę
górą, wygram, zacznie być ze mnie dumny. Przyzna, że jestem niezła.
Potrzebowałam jego aprobaty, to znaczy chyba jego miłości... potrzebowałam
jak niczego na świecie...
Rodzina kładła odrzucenie Jill przez ojca na karb jej płci. Oczekiwał
syna, urodziła się córka. Najwidoczniej wszystkim, nie wyłączając Jill,
łatwiej było przystać na to proste wyjaśnienie chłodu wobec własnego
dziecka, aniżeli pogodzić się z prawdą o głowie domu. Dopiero po wielu
sesjach terapeutycznych Jill uprzytomniła sobie, że w gruncie rzeczy
ojciec trzymał na dystans każdego; że w zasadzie nie umiał okazać
ciepła, aprobaty i miłości nikomu z domowników. Zawsze istniały po temu
"powody". A to kłótnia. A to różnica zdań. A to jakiś nieodwracalny fakt
w rodzaju płci Jill. Członkowie rodziny uznawali owe "racje" za
uzasadnione. W przeciwnym razie musieliby zacząć się zastanawiać nad
sensem tak osobliwych stosunków w domu.
Jill wolała winić siebie, niż przyjąć do wiadomości, iż ojciec jest
niezdolny do kochania. Wina bowiem oznaczała zarazem nadzieję: jeśli
tylko naprawi swój błąd, w ojcu nastąpi metamorfoza.
Nic w tym dziwnego. Gdy spotyka nas coś, co dotkliwie rani nasze
uczucia, i gdy powiemy sobie, że przyczyny należy szukać w nas samych, w "tunelu błyska światełko". Znów panujemy nad sytuacją. Wystarczy coś
zmienić, a ból ustanie. Podobny mechanizm działa u kobiet, które kochają
za bardzo. Obwiniając siebie o wszystko, nie tracą nadziei: trzeba
jedynie wpaść na to, co się robi "nie tak", i skorygować postępowanie, a sprawy ułożą się pomyślnie.
Obecność tego mechanizmu w psychice Jill ujawniła się szczególnie ostro
w trakcie kolejnej sesji, gdy opowiadała o swym małżeństwie. Ciągnęło ją
nieodparcie do kogoś, z kim mogłaby odtworzyć smutny klimat uczuciowy
swego dorastania. Zamążpójście stanowiło okazję do ponownej próby
zdobycia miłości z "zapieczętowanego źródła".
Jill zaczęła opisywać okoliczności, w których poznała męża, a mnie
przypomniała się sentencja znajomego terapeuty: głodny kupuje byle co.
Złakniona ciepła i aprobaty, a zarazem przyzwyczajona do odrzucenia
(choć nieskłonna brać go serio), Jill nie mogła nie trafić na człowieka
w rodzaju Paula.
- Spotkaliśmy się w barze. Zaniosłam bieliznę do pralni i wstąpiłam na
chwilę do tej spelunki obok. Paul grał tam w bilard i zapytał, czy się
przyłączę. Czemu nie, odparłam. Potem zaproponował, byśmy się gdzieś
wybrali. Odmówiłam, nie mam zwyczaju chodzić z mężczyznami poznanymi w barach. Więc poszedł ze mną odebrać pranie i cały czas coś mówił. Dałam
mu w końcu numer telefonu i na drugi dzień wyskoczyliśmy do lokalu. Nie
do wiary, ale już po dwóch tygodniach żyliśmy pod jednym dachem. On nie
miał gdzie mieszkać, ja się akurat wyprowadziłam, no to wynajęliśmy coś
razem... Właściwie wszystko było takie sobie... I łóżko, i wzajemne
towarzystwo, i inne rzeczy... Ale po roku moja mama wszczęła alarm, więc
wzięliśmy ślub.
Tu Jill znów potrząsnęła loczkami. Mimo banalnych i przypadkowych
początków przywiązała się do męża w sposób obsesyjny. Ponieważ
dzieciństwo i lata młodzieńcze strawiła na daremnych próbach
przemieniania zła w dobro, wniosła oczywiście ów wzorzec w posagu.
- Tak bardzo się starałam. Kochałam go naprawdę i byłam gotowa na
wszystko, żeby tylko on też mnie pokochał. Chciałam być idealną żoną.
Ciągle gotowałam i sprzątałam jak szalona, choć przecież trzeba było
także biegać na wykłady... A on na ogół nigdzie nie pracował. Wylegiwał
się albo znikał gdzieś na całe dnie. To piekło, wciąż czekać i czekać z duszą na ramieniu... Nauczyłam się jednak, że lepiej nie pytać, gdzie się
podziewa, bo... - Tu Jill zawahała się i skuliła na krześle. - Trudno mi o tym mówić. Tak bardzo się starałam, żeby nam się ułożyło, ale czasami
się złościłam, gdy znikał, i wtedy mnie bił. Nikt o tym nie wie.
Strasznie się wstydziłam, że tak pozwalam się lać.
Małżeństwo wkrótce się rozpadło. W trakcie jednej ze swych dłuższych
nieobecności Paul spotkał inną kobietę. Lecz choć życie z Paulem było
już wtedy pasmem udręk, Jill czuła się zdruzgotana.
- Ta kobieta była moim przeciwieństwem pod każdym względem. Doskonale
rozumiałam, dlaczego Paul odszedł. Co ja właściwie miałam mu do
zaoferowania? Albo komukolwiek innemu? Nie mogłam go winić, bo sama nie
mogłam ze sobą wytrzymać.
Upłynęło sporo czasu, zanim Jill dzięki terapii pojęła, że nawiązywała z mężczyznami relacje chorobliwe i zgubne, a nałogowy charakter jej
zachowań przypominał narkomanię. Na początku przeżywała zawsze "wzlot";
stan euforii i uniesienia; gorącej wiary w to, że nareszcie spełnią się
skryte marzenia o czyjejś miłości, trosce i bezpieczeństwie
emocjonalnym. Uzależniała się więc od człowieka, który wywoływał tak
radosne samopoczucie. I podobnie jak narkoman, zmuszony "brać" coraz
więcej, ponieważ działanie środka stopniowo słabnie, Jill zacieśniała
więź z partnerem tym bardziej, im mniej doznawała satysfakcji. Usiłując
utrzymać coś, co początkowo wyglądało wspaniale i obiecująco, kurczowo
czepiała się partnera, bo potrzebowała coraz większych porcji uwagi,
zainteresowania i ciepła. Im gorzej się działo, tym trudniej było
odejść.
Jill dobiegała trzydziestki, gdy weszła pierwszy raz do mego gabinetu.
Ojciec już od siedmiu lat leżał w grobie. Ale pozostał najważniejszym, a w pewnym sensie nawet jedynym mężczyzną w jej życiu. W każdym bowiem
miłosnym związku Jill w gruncie rzeczy kopiowała swe stosunki z ojcem,
próbując "wyszarpać" miłość od ludzi, którzy z powodu własnych problemów
nie mogli nikogo nią obdarzyć.
Jeżeli w dzieciństwie doświadczaliśmy bolesnych przeżyć, w wieku
dojrzałym pojawia się podświadoma skłonność do stwarzania analogicznych
sytuacji. Po to, by się z nimi uporać.
Na przykład kochamy jedno z rodziców, ale nie spotyka się to z najmniejszym oddźwiękiem. W dorosłym życiu prawdopodobnie będziemy się
rozglądać za kimś podobnym, aby "wygrać" dawną batalię o czułość i uznanie. W ten właśnie sposób Jill pakowała się w kolejne romanse z niewydarzonymi partnerami.
Słyszałam kiedyś dowcip o krótkowidzu, który zgubił w nocy klucze. Szuka
ich pod latarnią. Jakiś przechodzień ofiarowuje mu pomoc, wpierw jednak
wypytuje: "Jest pan pewien, że tu je upuścił?". "Nie - odpowiada
krótkowidz - ale tu jest jasno".
Jill też szukała czegoś nie tam, gdzie istniały szanse na pomyślny
wynik, ale tam, gdzie było najporęczniej.
Zanim zaczniemy dalej analizować syndrom kochania za bardzo, jego
przyczyny, mechanizm i sposób "wyleczenia się" z niego, rozważmy raz
jeszcze punkt po punkcie, co charakteryzuje kobiety z tym problemem.
1. Wychowałaś się w rodzinie dysfunkcyjnej, która nie zaspokajała twych potrzeb emocjonalnych
Być może lepiej zrozumiesz, w czym rzecz, jeśli zaczniemy od drugiego
członu, od niezaspokojonych potrzeb emocjonalnych. Weź pod uwagę nie
tylko potrzebę miłości i opieki. Zastanów się nad kwestią jeszcze
ważniejszą: czy twe uczucia i twój sposób postrzegania świata nie
spotykały się znacznie częściej z lekceważeniem bądź negacją aniżeli z aprobatą i potwierdzeniem? Chodzi o następujący typ sytuacji: rodzice
kłócą się coraz głośniej. Dziecko ogarnia lęk, pyta więc matkę, dlaczego
wścieka się na ojca. "Wcale się nie wściekam" - krzyczy matka gniewnie.
"Przecież słyszę, że krzyczysz" - wtrąca dziecko. "Mówię ci, że się nie
wściekam, ale zaraz to zrobię, jak nie przestaniesz!" Dziecko wpada w panikę. Czuje się winne. Ma mętlik w głowie. Matka powiada, że się
pomyliło. Lecz jeśli to prawda, skąd biorą się w nim te przykre
doznania? Dziecko staje przed wyborem: albo uznać, że się nie myli, a matka świadomie je okłamuje, albo zaprzeczyć temu, co widzi, słyszy i odczuwa.
W przyszłości dziecko będzie prawdopodobnie unikać mętliku w głowie,
ukrywając swoje spostrzeżenia, tak by nie narazić się na ich podważanie.
Oduczy się ufać własnym oczom, uszom, odruchom serca i wkroczy z tą
skłonnością w dorosłe życie, zwłaszcza w sferze osobistej.
Oczywiście nie można także zapominać o potrzebie czułości. Jeśli rodzice
wiodą ciągłe spory, jeśli w kółko trwa "przepychanka", nikt nie poświęca
czasu i uwagi dzieciom. Są one złaknione ciepła, a zarazem nie potrafią
go docenić ani przyjąć, ponieważ wierzą, że na nie nie zasługują.
Wróćmy teraz do pierwszego członu deskrypcji. Rodzina dysfunkcyjna to
taka, w której występuje przynajmniej jeden z poniższych objawów:
Nadużywanie alkoholu, narkotyków bądź leków (przepisanych lub
zdobytych nielegalnie).
Zachowania kompulsywne w rodzaju ustalonego raz na zawsze jadłospisu,
obowiązkowych prac, przymusowego sprzątania w każdą sobotę,
skrupulatnego oszczędzania, manii "higienicznej" czy sportowej,
rytualnej gry, na przykład w toto-lotka, i tym podobne. Mają one
charakter nałogowy i chorobliwy, niezwykle skutecznie niszczą intymność
rodzinną oraz szczere kontakty między domownikami.
Patologia seksualna (molestowanie, uwodzenie dziecka).
Bezustanne napięcia i awantury.
Długie okresy "cichych" dni między rodzicami.
Zasadniczy konflikt wartości, racji i reguł wyznawanych przez
rodziców, połączony z wciąganiem weń dzieci.
Rywalizacyjna postawa rodziców względem siebie lub potomstwa.
"Głowa rodziny" (ojciec lub matka), która nie potrafi nawiązać
należytych stosunków z domownikami i wyraźnie ich unika, zrzucając winę
na innych.
Surowość i rygorystyczność w sprawach finansowych, religijnych,
seksualnych, uczuciowych, politycznych; ścisłe przepisy dotyczące
oglądania telewizji, spędzania czasu, trybu życia i tym podobne. Obsesje
takie szkodzą wszystkim, ponieważ uniemożliwiają zwykłe ludzkie relacje.
Biada dziecku, jeśli ojciec lub matka podpada pod którąś z tych
kategorii. A cóż dopiero, gdy podpadają oboje! Ciekawe, że rodzice
często uzupełniają się swymi patologiami: alkoholik żeni się z kobietą
namiętnie pożerającą słodycze, po czym do końca życia walczą ze sobą o to, kto kogo ma pilnować. Niekiedy dochodzi do chorobliwej równowagi. Na
przykład w przypadku nadopiekuńczej, gotowej "zagłaskać na śmierć" matki
i groźnego, odpychającego ojca. Każda ze stron uważa się za upoważnioną
przez postawę drugiej do zachowań destrukcyjnych wobec dziecka.
Istnieje nieskończenie wiele odmian rodzin dysfunkcyjnych. Wszystkie
jednak dają ten sam efekt: wychowane w nich dzieci w mniejszym lub
większym stopniu okazują się upośledzone. Upośledzone w sferze uczuć i relacji z bliźnimi.
2. Pozbawiona prawdziwej troski i wsparcia usiłujesz to nadrobić w sposób namiastkowy, stając się czyjąś piastunką; najczęściej mężczyzny, który sprawia wrażenie potrzebującego
Przypomnij sobie, jak zachowują się maluchy, gdy nie otrzymają należnej
im porcji uwagi i czułości. Chłopiec dąsa się, złości, kopie coś z furią, odwraca się plecami; szuka wyładowania w bójce lub kłótni.
Dziewczynka natomiast bierze swą ulubioną lalkę. Kołysząc ją i głaszcząc, utożsamiając się z nią, próbuje zyskać zaspokojenie "okrężną"
drogą. Kobiety, które kochają za bardzo, robią mniej więcej to samo.
Tyle że z pewnym wyrafinowaniem. Stają się piastunkami. Nierzadko w wielu dziedzinach naraz. Jeśli wychowywałaś się w rodzinie dysfunkcyjnej
(zwłaszcza w rodzinie alkoholików), z reguły wybierasz sobie jakiś
"opiekuńczy" zawód: pielęgniarki, terapeutki, pomocy społecznej,
pracownicy poradni. Ciągnie cię do ludzkiej biedy, pochylasz się nad
ludzkim bólem, starasz się mu ulżyć, ponieważ chcesz zagłuszyć własny
ból. Ciągnie cię do potrzebujących, ponieważ ty też pragniesz czyjejś
opieki i miłości.
Mężczyzna nie musi być chory i bez grosza przy duszy. Wystarczy, że nie
umie się "odnaleźć". Albo wygląda na bezradnego. Czasem wieje od niego
chłodem. A czasem wybujałym egoizmem. Bywa uparciuchem, melancholikiem,
kapryśnikiem. Albo dzikusem, osobą mało odpowiedzialną, niesłowną, znaną
z niewierności. Albo kimś, kto otwarcie oznajmia wszem i wobec, że nie
potrafiłby się zakochać. W zależności od środowiska, w którym wzrosłaś,
reagujesz na ten czy inny wariant nieszczęścia. Ale reagujesz bez pudła,
z silnym przeświadczeniem, że ów człowiek potrzebuje twojej pomocy,
pasji, mądrości, bo inaczej marny jego los.
3. Nie zdołałaś zmienić rodziców (lub jednego z nich) w ciepłych i czułych opiekunów. Wobec tego reagujesz silnie na swojską postać kogoś, kto jest uczuciowo nieprzystępny. Chcesz znów dokonać cudu. Czarodziejskim środkiem ma być twoja miłość
Dzieciństwo i młodość wypełniały ci zmagania. Z ojcem lub z matką, lub z obojgiem naraz. Czegoś ci brakowało, coś doskwierało, z czymś nie mogłaś
się pogodzić. Przegrałaś. Pozostało pragnienie. Dlaczego nie miałoby się
ziścić w dorosłym życiu?
Zauważ, że sprawy przybierają teraz chorobliwy obrót. Nie kierujesz
wcale swych emocji, energii i intuicji na mężczyzn zwyczajnych, na
mężczyzn, którzy przedstawiają sobą jakąś szansę zaspokojenia. Takich
mężczyzn uważasz za nieciekawych. "Przemawiają" do ciebie wyłącznie ci,
z którymi powielasz dawną wojnę rodzinną, kiedy to przechodziłaś samą
siebie, starając się być czuła, dobra, pomocna, usłużna, roztropna,
cierpliwa - byle tylko zyskać miłość, aprobatę i uwagę osób bynajmniej
do tego nieskłonnych, bo zaabsorbowanych własnymi problemami.
Zachowujesz się tak, jak gdyby miłość, aprobata i uwaga nie liczyły się
zupełnie, jeżeli nie zostaną wydarte komuś, kto ani myśli cię nimi
darzyć, ponieważ ma co innego na głowie.
4. Panicznie boisz się opuszczenia; zrobisz więc wszystko, aby tylko związek trwał
"Opuszczenie" to słowo o dużym ciężarze gatunkowym. Kojarzy się ze
stratą bliskich, samotnością i śmiercią. Kobiety kochające za bardzo
doświadczyły już uczucia opuszczenia emocjonalnego. Pamiętają grozę i pustkę takiego stanu. Wybrany mężczyzna przypomina im pod wieloma
względami tych, którzy niegdyś zostawili je bez opieki. Wzdrygają się
więc na myśl o "powtórce" i usiłują za wszelką cenę odegnać zmorę.
5. Nic nie jest zbyt trudne, czasochłonne czy za drogie, jeżeli może "pomóc" twojemu mężczyźnie
"Pomagasz" mu, ponieważ sądzisz skrycie, że dzięki temu przekształcisz
go w człowieka na miarę swych potrzeb i wygrasz wieloletnią batalię o czyjeś uczucia. Sobie skąpisz, a nawet odmawiasz wszystkiego, wobec
partnera natomiast okazujesz niewiarygodną hojność i rozmach. I tak na
przykład:
Kupujesz mu ubranie, żeby "wyglądał przyzwoicie".
Opłacasz wizytę u psychologa i błagasz, by jak najprędzej skorzystał z porady.
Finansujesz jego kosztowne upodobania, bo powinien spędzać czas na
czymś przyjemnym.
Przeprowadzasz się na drugi koniec kraju, ponieważ "on nigdy nie czuł
się dobrze w tym mieście".
Dzielisz się z nim wszystkim, co posiadasz, żeby nie popadł w kompleks
niższości.
Wynajmujesz mu mieszkanie, żeby zaznał wreszcie spokoju ducha.
Pozwalasz się znieważać, gdyż "biedak nigdy nie mógł swobodnie wyrazić
tego, co go dręczyło".
Szukasz mu posady.
Powyższa lista to tylko próbka wyczynów, do jakich jesteś zdolna, gdy
kochasz za bardzo. Rzadko przychodzi nam do głowy, by którąś pozycję
zakwestionować. Trawimy raczej masę czasu i energii, rozmyślając nad
możliwymi ulepszeniami. A nuż coś się wreszcie "sprawdzi"? A nuż
wpadniemy na coś skuteczniejszego?
6. Przywykłaś do braku wzajemności. Będziesz czekać, żywić nadzieję i wciąż próbować na nowo
Gdyby w twej sytuacji znalazła się kobieta o innej biografii,
powiedziałaby po prostu: "To okropne. Nie zamierzam dłużej tkwić w takim
bagnie". Ty jednak uważasz, że widać nie dałaś jeszcze z siebie
wszystkiego. Wypatrujesz skwapliwie oznak metamorfozy partnera;
rozważasz pod tym kątem wszelkie niuanse jego zachowań. Masz głębokie
przeświadczenie, że już jutro nastąpi spodziewany cud. Nic dziwnego.
Łatwiej czekać, aż on się zmieni, niż zmienić samą siebie i własne
życie.
7. Zawsze bierzesz na siebie ponad pięćdziesiąt procent odpowiedzialności i winy
Rodzice dysfunkcyjni bywają często nieobliczalni, infantylni i słabi.
Toteż dzieci szybko dojrzewają. Robią się niby-dorosłe, zanim potrafią
udźwignąć ciężar dorosłości. Lecz są z tej roli dumne, a nawet się nią
napawają. Mniemają później, że losy każdego bliskiego związku z drugim
człowiekiem spoczywają na ich barkach, w czym zresztą utwierdza je fakt,
że z reguły trafiają na partnerów niewydarzonych, kapryśnych,
umywających ręce od wszystkiego. Wiecznie uginają się pod brzemieniem.
8. Oceniasz samą siebie niezwykle nisko. W głębi ducha nie wierzysz, byś zasługiwała na szczęście. Sądzisz raczej, że musisz zapracować na przywilej cieszenia się życiem
Rodzice nie uznali cię za osobę wartą ich względów i zachodów. Jakże tu
więc uwierzyć, że jest się kimś dobrym, pociągającym i sympatycznym?
Żadnej z kobiet, które kochają za bardzo, nie zaświta nawet myśl, że
można mieć prawo do miłości z tytułu li tylko własnego istnienia. Niemal
każda natomiast uważa się za uosobienie nieprawości, grzechów i skaz,
które trzeba okupić stałym wysiłkiem. Żyje więc w ciągłym poczuciu winy
i lęku przed przyłapaniem na tych strasznych przywarach. Stara się
wypaść jak najlepiej, bo podejrzewa na swój temat rzeczy jak najgorsze.
9. Ponieważ nie zaznałaś w dzieciństwie poczucia bezpieczeństwa, przejawiasz ogromną potrzebę panowania nad partnerem i waszym związkiem. Władcze zapędy maskujesz chęcią "bycia pomocną"
Dziecko wychowane w rodzinie poważnie dysfunkcyjnej - z powodu
alkoholizmu, przemocy fizycznej czy molestowania - nie może nie wpadać
wciąż w panikę. Rodzina rozprzęga się i sypie. Nie ma przy nim nikogo.
Wszystkie osoby, od których jest zależne, nie chcą lub nie potrafią się
nim zająć. Są na to zbyt chore, przybite, udręczone. Rodzina taka jest w istocie źródłem bezustannego zagrożenia i strachu, a nie bezpieczeństwa
i ciepła. Jeśli ktoś wzrastał w tego rodzaju otoczeniu, będzie próbował
"odwrócić kartę" i stać się dla innych postacią opatrznościową, by nigdy
już nie znaleźć się na czyjejś łasce i niełasce.
10. W każdym układzie damsko-męskim kierujesz się nie tyle wglądem w rzeczywistą sytuację, ile swymi marzeniami o tym, jak mogłaby się ona przedstawiać
Kiedy kochamy za bardzo, przebywamy w świecie urojonym, gdzie zamiast
mężczyzny, który przynosi nam tyle cierpień i rozczarowań, pojawia się
ktoś, kim on na pewno będzie, jeżeli tylko mu pomożemy. W gruncie rzeczy
nie wiemy nic o szczęściu. Nie doświadczyłyśmy nigdy zaspokojenia
naszych emocjonalnych potrzeb. Toteż ów bajkowy świat jest wszystkim,
czego ośmielamy się dla siebie żądać.
Wyobraź sobie, że masz już u swego boku mężczyznę z marzeń, mężczyznę
upragnionego. Jaki miałby z ciebie pożytek? Co poczęłabyś ze swoją
ofiarną (a kompulsywną) chęcią niesienia pomocy? Kim byś wówczas była?
Dlatego właśnie wybierasz mężczyznę, który jest jego przeciwieństwem. I marzysz dalej.
11. Nie umiesz się obyć bez mężczyzn i cierpień
Stanton Peele pisze w swojej książce Love and Addiction: "Narkotyk to
coś, co przyćmiewa świadomość oraz usuwa ból i lęk. Niewykluczone, że
najlepszym narkotykiem są pewnego typu związki miłosne. Cechują się one
po pierwsze przemożną potrzebą obecności partnera (...). Po drugie zaś
tym, że odciągają uwagę od wszelkich innych aspektów naszego życia".
Obsesyjne przywiązanie do mężczyzny pozwala uniknąć wewnętrznej pustki;
pozwala oddalić nudę, gniew, trwogę, zmartwienie. "Zażywamy" kogoś, bo
nie chcemy zostać same z sobą. I im więcej ów ktoś przysparza nam
cierpień, tym bardziej nas odrywa od smętnej rzeczywistości. Związek
katastrofalny działa w istocie niczym silny środek odurzający. Bez
dręczyciela czujemy się jak narkoman na głodzie. Mamy nawet podobne
objawy: biegunkę, nudności, poty, gorączkę, drżenie, spowolnione ruchy,
natrętne myśli, depresję, bezsenność, napady lęku. Nie zaznamy ulgi,
dopóki nie wrócimy do ostatniego partnera lub nie znajdziemy sobie
nowego.
12. Możesz mieć emocjonalne, a nawet biochemiczne predyspozycje do nałogowego picia, zażywania narkotyków lub lekarstw bądź objadania się, zwłaszcza słodyczami
Punkt ten dotyczy zwłaszcza kobiet, których matki były ofiarami jakiegoś
nałogu. Wszystkie kobiety kochające za bardzo dźwigają specyficzny
emocjonalny bagaż. Nierzadko skłania on do sięgnięcia po substancje
psychoaktywne. Tendencja taka pojawia się szczególnie wówczas, gdy jest
się dzieckiem nałogowców, w grę bowiem dodatkowo wchodzą czynniki
genetyczne.
Struktura molekularna cukru rafinowanego nie różni się prawie od
struktury alkoholu etylowego. Być może dlatego właśnie córki pijaczek
tak często nie potrafią oprzeć się słodyczom. Pamiętaj, że cukier to nie
pokarm, lecz używka. Zawiera wyłącznie puste kalorie. Działa na korę
mózgową i wywołuje u wielu osób szybkie uzależnienie.
13. Ciągnie cię do ludzi "trudnych". Bezustannie wplątujesz się w skomplikowane, chaotyczne i przykre afery miłosne. Unikasz w ten sposób skoncentrowania się na własnych problemach i własnym życiu
Kobiety kochające za bardzo umieją nadzwyczaj biegle i trafnie
odgadywać, co ktoś czuje lub myśli, czego pragnie, z czym nie daje sobie
rady. Są natomiast zadziwiająco ślepe, głuche i niewrażliwe na własne
wnętrze. Wiedzą doskonale, co powinni zrobić inni. Same zaś nie potrafią
podjąć żadnej roztropnej decyzji w sprawach dla nich istotnych. Zwykle
nie mogą po prostu się w sobie "rozeznać". Zaprzątnięcie cudzymi
dramatami uwalnia je od dalszych wysiłków w tym kierunku.
Jak każdy, dają niekiedy upust emocjom. Szlochają, krzyczą, lamentują,
biadolą. Lecz nie posługują się nigdy swymi uczuciami jako drogowskazem
w momentach ważnych wyborów.
14. Przypuszczalnie często popadasz w depresję. Starasz się jej zapobiec, fundując sobie porcję podniecenia związanego z niepewną i zawiłą relacją
Jedna z moich pacjentek, skłonna do depresji żona alkoholika,
powiedziała kiedyś: "Żyć z nim to tak, jakby mieć codziennie wypadek
samochodowy". Nieprzewidywalność i chwiejność ich stosunków, manewry i "podchody", ciągłe niespodzianki, wzloty i upadki - wszystko to
bezustannie bombardowało jej układ nerwowy. Kto jednak wyszedł cało i zdrowo z jakiegoś wypadku, ten z pewnością pamięta owo dziwne poczucie
lekkości i uniesienia, które pojawia się wkrótce potem. Stan taki
wywołany jest wysokim stężeniem adrenaliny wydzielonej przez organizm
wskutek szoku. Kiedy jesteśmy w dołku, instynktownie szukamy czegoś, co
nas poruszy, co nami wstrząśnie i wybije z niego. Może to być kłótnia.
Albo wypadek. Albo małżeństwo z alkoholikiem.
Depresja, nadużywanie alkoholu i szkodliwe nawyki żywieniowe są
zjawiskami blisko spokrewnionymi; niewykluczone, że także genetycznie.
Większość kobiet cierpiących na anoreksję pochodzi z rodzin, w których
piło oboje rodziców, a pacjentki z depresją to często córki alkoholika
lub alkoholiczki. Jeżeli wzrastałaś w tego rodzaju otoczeniu, musisz
uważać. Możesz mieć podwójne uwarunkowania: środowiskowe i genetyczne.
Strzeż się zwłaszcza ludzi z podobnym syndromem, ponieważ właśnie oni
będą silnie do ciebie "przemawiać".
15. Nie podobają ci się mężczyźni zrównoważeni, spolegliwi, sympatyczni i wyraźnie tobą zainteresowani. Uważasz ich za "nudziarzy"
Furiata natomiast uważasz za postać pasjonującą. Gbur na pewno zareaguje
w końcu na twą uprzejmość. Młokos wydaje ci się czarujący i bezradny. W awanturniku dostrzegasz coś romantycznego. Ponurak nęci cię jakąś
tajemnicą. Mężczyzna kapryśny potrzebuje twego zrozumienia. Mężczyzną
nieszczęśliwym trzeba się koniecznie zająć. Nieudacznik aż się prosi,
byś mu dodała odwagi, odpychający pedant zaś czeka przecież na czyjeś
dobre i ciepłe słowo. I tak dalej. A jeśli mężczyzna jest całkiem w porządku? To fatalnie, bo przecież jemu nie jest potrzebna pomoc. Co tu
poprawiać? A jeśli jest w dodatku miły i zależy mu na tobie? To jeszcze
gorzej, bo przecież nie da się przy nim pocierpieć. Możesz kochać za
bardzo albo wcale.
W następnych rozdziałach poznasz różne kobiety. Każda z nich - jak Jill
- opowie ci o swych perypetiach. Śledząc ich losy, lepiej zrozumiesz
mechanizmy, które sterowały dotąd twoim życiem. A wtedy będziesz gotowa
tak posłużyć się podanymi na koniec radami, by stworzyć sobie życie
pełne radości, miłości i samorealizacji. Czego ci serdecznie życzę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki