Kobiety kresowe - Marek A. Koprowski

Reflow text when sidebars are open.
Inne książki Marka A. Koprowskiego
w Wydawnictwie REPLIKA:
Wołyń. Epopeja polskich losów 1939-2013. Akt I
Wołyń. Epopeja polskich losów 1939-2013. Akt II
Wołyń. Epopeja polskich losów 1939-2013. Akt III
Wołyń. 27 Wołyńska Dywizja Piechoty Armii Krajowej
Wołyń. Prześladowania Polaków na sowieckiej Ukrainie. Część 1
Wołyń. Prześladowania Polaków na sowieckiej Ukrainie. Część 2
Żołnierze Wyklęci. Przecież to dziecko bandyty!
Żołnierze Wyklęci. I znów za kraty
Inna Ukraina. Zakarpacie - tu się zaczyna i kończy Europa
Śmierć za Sienkiewicza! Prześladowania Polaków na Podolu 1918-1991
Wierzę, że nie zginie! Mniejszość polska na Zaolziu 1870-2015
Barbara Powroźnik z Bilewiczów
Z kresowej rodziny
- Urodziłam się w 1929 roku w Osadzie Wojskowej Międzygórze na Nowogródczyźnie, czyli w "Kraju lat dziecinnych" Adama Mickiewicza - wspomina Barbara Powroźnik z Bilewiczów. - Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości ziemia przejęta przez państwo po carskim generale, który dostał ją w nagrodę za tłumienie powstania styczniowego, została podzielona na osady wojskowe. W ten sposób powstały m.in. Międzygórze, Zosin, Marysin i inne. Osiedlały się tu rodziny wojskowych zasłużonych w wojnie polsko-bolszewickiej. Jednym z nich był mój ojciec Franciszek Bilewicz. Otrzymał on 24 hektary, na których pracował z rodziną, czyli moją mamą i czworgiem dzieci, do września 1939 roku.
Ojciec mój, kawaler Krzyża Ochotniczego za Wojnę, Krzyża Inwalidzkiego, odznaczeń frontowych i Medalu Dziesięciolecia Odzyskanej Niepodległości, urodził się w Sądowej Wiszni w województwie lwowskim. Pochodził z wielodzietnej rodziny. Miał czterech braci: Emila, Bronisława, Stanisława, Eugeniusza i jedną siostrę Emilię. Mój dziadek, Stanisław Bilewicz, w latach 1907-1917 był wójtem w Mościskach. W 1918 roku, podczas wojny z Ukraińcami, wraz ze swym bratem Stefanem został ciężko ranny i w dwa tygodnie później obaj zmarli w lwowskim szpitalu. W tym czasie dwaj jego synowie dostali się do ukraińskiej niewoli, a trzeci - mój ojciec - przebywał na włoskim froncie w austriackim wojsku. W rozwalonym przez Ukraińców domu została osamotniona babcia Bilewiczowa z trójką młodszych dzieci. Ojciec zdezerterował z armii Franciszka Józefa i przeszedł do armii gen. Hallera, z którym w krytycznym dla Polski momencie wrócił do kraju pod polskimi sztandarami. Ranny w bitwie pod Mińskiem w 1920 roku, został przewieziony do szpitala w Wilnie.
W trudnych chwilach rodzina ojca zawsze trzymała się razem. Jeden z braci dziadka zasiadał w senacie wiedeńskim. Umarł bezpotomnie, a dorobek swojego życia przekazał na kształcenie synów wywodzącego się z Litwy Andrzeja Bilewicza. Bracia mego ojca, Emil i Bronisław, korzystali z tej darowizny, kształcąc się w szkołach średnich. Dwaj pozostali bracia, Stanisław i Eugeniusz, wyjechali na stałe do Ameryki na skutek konfliktu z ukraińskimi sąsiadami, obawiając się ich zemsty. Bronisław został rozstrzelany przez Sowietów w 1940 roku, Emil zaś po II wojnie światowej osiedlił się na Ziemiach Odzyskanych, gdzie zmarł w 1982 roku. Babcia Bilewiczowa nie opuściła ani ziemi, ani grobów swych najbliższych, dożyła późnej starości.
Moja mama, Apolonia z Lechów Bilewiczowa, urodziła się w 1906 roku w Pińsku na Polesiu, ale dzieciństwo spędziła w cieniu ostrobramskiej Madonny w Wilnie. Dziadek Jan Lech był maszynistą kolejowym i ojcem sześciorga dzieci: Apolonii, Haliny, Zofii, Napoleona, Wilhelma i Tadeusza. Synowie kształcili się w technikach zawodowych, mama w Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Nowogródku. W 1917 roku dziadkowie Lechowie przenieśli się do Nowojelni, oddalonej o 17 km od Nowogródka. Tam dziadek nadal pracował na kolei, by w 1938 roku przejść na emeryturę.
Moi rodzice, czyli potomkowie Lechów i Bilewiczów, zamieszkali w osadzie wojskowej w Międzygórzu w 1924 r. Tu, w 1925 roku, przyszła na świat moja najstarsza siostra Wanda, w 1926 roku brat Czesław, w 1929 roku ja, a na końcu w 1932 roku Staś. Naszą osadę oddzielały od Nowojelni i Starojelni dwie rzeczki, Mołczadka i Jatranka. Przepływały tuż koło naszych łąk, a niżej łączyły się w jedno koryto i dalej wpadały do Niemna. Mieszkały tu rodziny wojskowe, z których każda miała po kilkoro dzieci, najczęściej od trójki do piątki. O ile sobie przypominam, tylko kpt. Zakrzewski z żoną Heleną byli bezdzietni. Z matkami mieszkało też chyba ze dwóch kawalerów. Nazwiska naszych sąsiadów, które najbardziej zapadły mi w pamięć, to: Andrele, Grządziel, Kuczyński, Mucha, Zakrzewski, Gonczar, Potapczyk, Filipczak i Finder.
Moje dzieciństwo spędziłam w Międzygórzu i Nowojelni, gdzie znajdowała się szkoła i kościółek z modrzewia: zatopiony w lesie, pachnący żywicą i otoczony wysokim parkanem. Miał on wysoką wieżyczkę, widoczną z odległości kilku kilometrów. Głos umieszczonej na niej sygnaturki słychać było z bardzo daleka. Nasza działka była odległa od kościoła o 5 km, ale gdy wracałam wieczorem z pasienia krów, słyszałam dźwięk dzwonu. Zapamiętałam też dobrze nasze drogi, które były piaszczyste i gliniaste, a co rusz rosły przy nich dzikie grusze. Nowojelnia była ważnym węzłem kolejowym. Miała połączenie z Lidą i Baranowiczami. W jej pobliżu znajdowały się niewielkie wioseczki zamieszkałe przede wszystkim przez prawosławnych Białorusinów, m.in.: Nowosiółki, Wiedrowicze, Koćki, Litawory, Tołkuny, Starojelnia i wiele innych, których nazw już nie pamiętam. W okresie II Rzeczpospolitej Nowojelnia stale się rozwijała i liczyła kilka tysięcy mieszkańców. Dziś taka liczba wydaje się niewielka, ale trzeba pamiętać, że leżący niedaleko Nowogródek zamieszkiwało 10 tys. osób. W Nowojelni żyli Polacy, Białorusini i Żydzi, czyli osoby wyznania rzymskokatolickiego, prawosławnego i mojżeszowego. Dominowały przede wszystkim rodziny kolejarzy, nauczycieli, policjantów oraz osadników wojskowych.
Rozwój Nowojelni odbywał się dzięki społecznikom. Należał do nich naczelnik stacji kolejowej pan Bogdanowicz, który był głównym inicjatorem wielu przedsięwzięć budowlanych. Wspomagał go Jan Tobiasz, kierownik siedmioletniej szkoły podstawowej, cieszący się wielkim autorytetem wśród ludności polskiej, białoruskiej i żydowskiej. Ludzie zdejmowali też czapki i kłaniali się panu Grabiance, którego staraniem powstały wały przeciwpowodziowe nad rzeką, młyn wodny i elektrownia. Mieszkańcy szanowali też bardzo pana Płońskiego, przyjaźniącego się z Janem Tobiaszem Żyda, który na budowę szkoły przeznaczył dużą sumę pieniędzy. Ceniony przez wszystkich był również pan Bułhak, lekarz kolejowy prowadzący aptekę i leczący biednych za darmo. Wielkim zasłużonym społecznikiem i organizatorem był też prezes Biura Imprez Kulturalno-Oświatowych pan Falkowski.
Ja osobiście najmilej wspominam panią Olechnowiczową, moją wychowawczynię, i księdza Wieczorka, który przygotował mnie do Pierwszej Komunii Świętej. Bardzo lubiłam też wspomnianego już kierownika szkoły pana Jana Tobiasza. Troszczył się o każde dziecko, zwłaszcza jeśli pochodziło z biednej rodziny. Dużą rolę odgrywała w naszej szkole drużyna harcerska. Jej członkowie w pełnym umundurowaniu co niedzielę maszerowali na mszę świętą do kościółka, budząc moją cichą zazdrość. Marzyłam, aby kiedyś tak jak oni iść w mundurku na oczach znajomych i występować przy ognisku. Harcerze organizowali bowiem ogniska, które najczęściej odbywały się z drugiej strony naszej rzeki, pod lasem. Barwne widowiska, skecze, tańce ludowe i piękny śpiew przyciągały okoliczną ludność, budziły zachwyt i wzruszenie. Poranny apel harcerski rozpoczynał się pieśnią "Kiedy ranne wstają zorze", a wieczorny "Wszystkie nasze dzienne sprawy". Ciągle pamiętam, że w każdą niedzielę i święta cała szkoła z nauczycielami i kierownikiem udawała się parami na mszę.
Niedziela oznaczała w naszym domu prawdziwe święto, bo poza niezbędnymi czynnościami nie wykonywaliśmy żadnych prac w polu i obejściu. Rodzice mieli zaś duże, liczące 24 hektary gospodarstwo. Byli ludźmi szalenie pracowitymi i na dziesięciolecie niepodległości ojciec otrzymał medal za wzorowe prowadzenie gospodarki. W tym czasie mieliśmy już wybudowany duży drewniany dom - kryty blachą, a nie strzechą - o jasno gładko wybielonych pokojach, lakierowanych podłogach i widnych weneckich oknach przysłoniętych koronkowymi firankami. Były nowe meble w dziecięcej sypialni. W pokoju stołowym stał piękny kredens. Mieliśmy też łowickie portiery i radio, co w tamtych czasach było kompletnym ewenementem. Obok domu ojciec wzniósł także budynki gospodarcze spełniające wszystkie wymogi nowoczesności. Kryta dachówką stajnia dla koni i krów została zbudowana z pustaków. Świnie i kury trzymaliśmy w chlewie i kurniku. Trzeba to podkreślić, bo w gospodarstwach białoruskich wszystkie zwierzęta i ptactwo trzymano w jednej obórce.
Tato z mamą wstawali do pracy już o świcie. Ręce im mdlały od wysiłku. Samo dojenie trzy-cztery razy dziennie piętnastu krów było bardzo pracochłonną i męczącą czynnością, od której nie przysługiwał żaden urlop. Początkowo rodzice zatrudniali więcej służby, ale gdy my podrośliśmy, musieliśmy także pomagać w gospodarstwie. Do stałej pomocy, zwłaszcza do pasienia krów, był tylko Jasiek, sierota z rodzinnych stron ojca, który był przez nas traktowany jak członek rodziny. Jedynie do sezonowych prac rodzice najmowali dodatkowych ludzi. Ja z rodzeństwem przede wszystkim nosiliśmy i woziliśmy mleko w bańkach do Nowojelni. Dużym ogrodem warzywnym opiekowała się Wanda, która miała do tego wielkie zamiłowanie. Czesiek pomagał ojcu w pracach polowych. Często służył tacie jako poganiacz, bardzo lubił bowiem konie. Najmłodszy Staś dopiero tuż przed wojną był wdrażany do domowych obowiązków. Jasiek często sadzał go na grzbiecie klaczy Siwej, gdy prowadził ją do wodopoju. Stasio często pasł ze mną krowy, co wbrew pozorom nie było zajęciem trudnym. Kolejne kwatery pastwiska były ogrodzone, pomagały nam dwa psy: Białka i Bryś.
W domu, o czym też warto wspomnieć, panowała niemal wojskowa dyscyplina. Wszyscy musieli dbać o porządek. Po przyjściu ze szkoły każdy musiał się przebrać, zdjąć wyjściowe ubranie i schować je w szafie. Buty zawsze musiały być wyczyszczone, a podwórko na niedzielę wysprzątane. Z rodzicami w ogóle się nie dyskutowało, byli początkiem i końcem. Nie musieli zresztą niczego na nas specjalnie wymuszać, rozumieliśmy, że rodzice ciężko pracują, żeby zapewnić nam odpowiednie warunki życia i wykształcenie. Do dziś mam przed oczyma sylwetkę ojca wracającego z pola do domu późnym wieczorem. Na stole zawsze czekała już na niego kolacja. W blasku lampy naftowej pojawiała się jego spalona słońcem twarz. Do jego szerokich, lekko przygarbionych pleców lepiła się zwykle mokra od potu koszula, a czarne, twarde i żylaste ręce ciężko opadały z nadmiernego wysiłku. Mama też była zapracowana. Samo opranie, nakarmienie, wyprawienie do szkoły czwórki dzieci wymagało sporo wysiłku, a był to przecież tylko fragment jej obowiązków. U progu 1939 roku rodzice spłacili już kredyty i rysowała się przed nami dostatnia przyszłość. Gospodarstwo zostało wyposażone w nowoczesne, jak na owe czasy, maszyny rolnicze.
Oprócz rodzinnej osady i Nowojelni poznawałam też w dzieciństwie najbliższą okolicę. Bywało, że wędrowałam z ojcem do pobliskich wiosek, by nająć sezonowych robotników do prac polowych. Tak poznałam wieś Litawory, Wiedrowicze, Nowosiółki i Koćki. Ta ostatnia odległa była od Międzygórza o 5 km. Dominowały w niej stare domy kryte strzechą, w których podłogi stanowiła gliniana polepa. Tu jednak też zauważało się postęp w poziomie życia mieszkańców. Część z nich pracowała na kolei w Nowojelni, a ich dzieci chodziły z nami do szkoły. Wieś była w połowie katolicka, a co drugi dom zamieszkiwał Gończar. Nazwisko to biło w tej wsi rekordy popularności. Bliżej naszej działki leżały Litawory. Zamieszkiwała je ludność polska i katolicka, słynąca z uczciwości, pracowitości, hodowli bydła i pięknych sadów z antonówkami. Wiodąca tam droga biegła dnem głębokiego i krętego jaru, gęsto zarośniętego jałowcem i kolczastymi krzewami. Wielu gospodarzy z tej wsi trudniło się pasiecznictwem. Miód przez nich wytwarzany cieszył się wielką popularnością z powodu właściwości leczniczych. Tato co roku kupował duże zapasy tego miodu oraz antonówek.
W tamtych czasach praca na roli, choć niewątpliwie ciężka, nie stanowiła bynajmniej dla ludzi przekleństwa. Szli do pracy, śpiewając, nie przestawali śpiewać w ciągu dnia spędzonego na polach i ze śpiewem wracali do domów. Śpiewano na dożynkach, sianokosach, wykopkach ziemniaków. Lubiłam gapić się na orszaki konne, zwłaszcza te weselne, w których królowała harmoszka. Najbardziej zapamiętałam dożynki zorganizowane u nas dla czterdziestu żniwiarzy. Pieśniom i przyśpiewkom w dialekcie białoruskim nie było końca. Swój urok miały także sianokosy, a jako dziecko lubiłam również zimę. Uwielbiałam dźwięk dzwoneczków podczas jazdy saniami do kościoła. W tej porze roku, gdy w gospodarstwie nie było tyle roboty, cała rodzina często spotykała się przy piecu w stołowym pokoju. W świetle lampy naftowej dymił samowar, pachniało herbatą i konfiturami, a my, dzieci, z zapartym tchem słuchaliśmy opowiadań rodziców. Ojciec wspominał przeżycia wojenne z frontu we Włoszech, Bośni i Hercegowinie, z armii gen. Hallera i kampanii w 1920 roku. Te ostatnie historie chłonęliśmy ze szczególnym zainteresowaniem, bo ich akcja rozgrywała się na naszych terenach. Zdawaliśmy sobie też sprawę, że bolszewicy stanowią dla Polski największe zagrożenie.
Nie byliśmy wówczas we wszystko przez rodziców wtajemniczeni, dopiero po latach dowiedziałam się, że bolszewicy już wtedy zapuszczali w nowogródzkie swoje macki, usiłując wywołać antypolski ferment wśród Białorusinów. O tym, że ich propaganda była częściowo skuteczna, na własne oczy przekonałam się we wrześniu 1939 roku, gdy bolszewicy wkroczyli na Nowogródczyznę. Pamiętam, jak do naszego domu wpadło dwóch chłopów Białorusinów, którzy wywlekli ojca z domu i przypięli mu czerwoną kokardę. Ojciec się opierał, ale nie miał wyboru. Chłopi oświadczyli mu, że jeśli chce żyć, musi iść ze wszystkimi powitać wkraczającą Armię Czerwoną, która przyszła wyzwolić Zachodnią Białoruś spod ucisku polskich panów. Z dzisiejszej perspektywy mogę stwierdzić, że wspomnienia ojca i mamy były najlepszą lekcją patriotyzmu dla mnie i rodzeństwa. Oprócz tych opowieści naszą wyobraźnię poruszało głośne czytanie wieczorami książek historycznych i literatury pięknej, zwłaszcza "Trylogii" Henryka Sienkiewicza.
Był na liście proskrypcyjnej
- To wtargnięcie chłopów białoruskich do naszego domu stanowiło dla mnie, dziesięcioletniego wówczas dziecka, ogromny wstrząs - wspomina Barbara Powroźnik z Bilewiczów. - Współżycie między Polakami a Białorusinami było dobre. Toczyło się ono we wzajemnym szacunku i tolerancji. Jeżeli dochodziło do jakichś incydentów, to miały one humorystyczny przebieg. Prawosławni i katolicy kłócili się o figurę św. Jana Nepomucena. Stała ona na wysokim cokole i przedstawiała księdza katolickiego w sutannie, komży i birecie, ze stułą na szyi. W czasie zaborów prawosławni odwrócili tę figurę twarzą do cerkwi, która stała nieopodal, mówiąc: "Nie Hadli na rieku, a Hadli na cerkwiu". Kiedy podczas I wojny światowej na Nowogródczyznę wkroczyli Niemcy, katolicy odwrócili postać księdza w poprzednim kierunku, twarzą do rzeki, i powiedzieli: "patrz na rzekę, nie na cerkiew". Gdy Niemcy się wycofali, prawosławni znów przekręcili rzeźbę w swoją stronę. Po wojnie w 1920 roku Polacy z powrotem ustawili pomnik frontem do rzeki. Później katolicy i prawosławni wiele razy odwracali świętego w swoją stronę.
Figura ta stała na łące po drugiej stronie naszej rzeki i była widoczna z daleka. Co roku na Zielone Świątki ciągnęły pod tę rzeźbę procesje wiernych. Majono ołtarz, drogę wysadzano brzózkami, wyściełano tatarakiem i posypywano kwiatami. Nad naszą rzeką regularnie odbywały się uroczystości prawosławne, przychodziły procesje prawosławne z popem, święcono wodę, zanurzano krzyże, śpiewano pieśni religijne i nikt nikomu w tych obrzędach nie przeszkadzał. Na św. Jana Chrzciciela odbywało się tradycyjne święcenie wody przy udziale wiernych obu obrządków, a także księdza i popa. Na ten obrządek licznie przybywała młodzież, która w noc świętojańską tradycyjnie puszczała na rzece wianki. Było to święto oczekiwane również przez nas, dzieci, bowiem od tego dnia wolno nam było kąpać się w rzece.
Przy figurze św. Jana Nepomucena skończyło się we wrześniu 1939 roku moje dzieciństwo. Zbliżałam się właśnie do niej, wracając ze szkoły, gdy usłyszałam nad sobą dziwny szum, a później warkot i zobaczyłam samoloty. Gapiłam się na nie z dziecinną ciekawością. Raptem jeden z nich pojawił się tuż nade mną. Instynktownie padłam, przytulając się do ziemi. Dopiero wtedy poczułam strach. Gdy maszyna odleciała, zerwałam się i pobiegłam do domu. Były to oczywiście samoloty sowieckie, które dokonywały zapewne rozpoznania, a przy okazji zrzucały słodycze, chcąc najwyraźniej pozyskać sympatię ludności cywilnej. Być może inicjatorom tej akcji chodziło jednak o coś innego, bo na drugi dzień okazało się, że wiele dzieci, które zjadły te czekoladki, uległo zatruciu. Zdarzały się też przypadki padnięcia bydła. Zdechł także nasz koń Wacek, który był wtedy na wypasie. Następnego dnia zobaczyłam grupy młodych mężczyzn, którzy z kuferkami szli na stację kolejową w Nowojelni. Rezerwiści, którzy otrzymali karty mobilizacyjne, udawali się do swych jednostek. Ojca nie zmobilizowano.
Kilkanaście dni później w nasze strony wkroczyli Sowieci. Skończyło się moje beztroskie dzieciństwo. Chłopi białoruscy i Żydzi zaraz zaczęli organizować pochody i mityngi na powitanie nowej władzy. To wtedy właśnie tych dwóch chłopów wyciągnęło z domu mojego ojca, by on także witał "wyzwolicieli". W kilka dni później ci sami chłopi napadli pod lasem mojego ojca i ciężko go pobili. Uniknął śmierci dzięki naszej sąsiadce, pani Zakrzewskiej, która wystraszyła napastników. Po raz trzeci ojciec starł się z nową władzą we wrześniu 1943 roku, gdy do naszego gospodarstwa przyszli czerwonoarmiści, żądając wydania im koni na potrzeby armii. Ojciec odmówił, więc ci ustawili go pod ścianą do rozwałki. Uratowała go mama, która zasłoniła go swoim ciałem. Konie jednak bojcy i tak zabrali.
We wrześniu przeżyliśmy jeszcze jeden dramat. Przez naszą osadę ciągnęły na Nowojelnię tłumy polskich jeńców prowadzonych do sowieckiej niewoli. Stałam z grupą rówieśników i mamą przy drodze, którą szły całe pułki Wojska Polskiego. Żołnierze mieli zmęczone, spocone i zrezygnowane twarze, byli jeszcze uzbrojeni. Wraz z nimi podążały tabory, kuchnie, a nawet armaty. Szli do Nowojelni, by na rozległym placu koło starej cerkwi złożyć broń. Pobiegliśmy za ich kolumną i widzieliśmy, jak Sowieci ich rozbrajali. Po jednej stronie placu leżała sterta karabinów, pasów, nawet butów. Po drugiej stronie stali żołnierze: porozpinani, bez broni, bezradni. Słyszałam krzyki i pojedyncze strzały. Koledzy ze starszych klas widzieli zabitych. W pewnej chwili zobaczyłam, jak rozbrajano młodego oficera. Powolnymi ruchami, z wyraźnym ociąganiem wykonywał ich polecenia, a w pewnym momencie ucałował broń i krzyknął: "Jeszcze Polska nie zginęła". Sowieci wyrwali mu broń, zbili go po twarzy, a gdy upadł, skopali go buciorami. Niektórym oficerom zrywano dystynkcje, ubliżano im. Gdy młodzi żołnierze oddawali broń, całowali ją i płakali. Miejscowi chłopi, Białorusini, trzymali się z dala, chociaż byli też i tacy, którzy otrzymali od krasnoarmiejców karabiny i asystowali przy rozbrajaniu. Oficerowie polscy domagali się od sowieckich konwojentów, by rozdali miejscowej ludności zarekwirowany suchy prowiant, oni jednak nie reagowali na te apele i popędzili rozbrojonych żołnierzy pieszo do Nowogródka.
Gdy władze sowieckie zainstalowały się na dobre, zaczęły się aresztowania. Wyglądało na to, że NKWD realizuje je według od dawna przygotowanej listy proskrypcyjnej. W więzieniach zamykano głównie osadników wojskowych, posterunkowych policji i członków inteligencji. Jednym z pierwszych był mój ojciec. Z Międzygórza oprócz niego zabrano także Józefa Grządziela, też osadnika wojskowego, odznaczonego krzyżem Virtuti Militari za bohaterską walkę na froncie 1920 roku. Broniąc się sam w okopach, zabił trzech bolszewików łopatką saperską, utrzymując przyczółek frontowy. Rodzice często mi o tym opowiadali. W Nowojelni aresztowano także osadników wojskowych mjr Jakubowskiego i por. Zborowskiego, posterunkowego policji Górę, kierownika Szkoły Powszechnej Jana Tobiasza oraz członków organizacji strzeleckiej Tadeusza Lecha i Tadeusza Szafnickiego. Pierwszy miał 17, a drugi 18 lat. Oprócz nich zatrzymano jeszcze kilka innych osób, których nazwisk już nie pamiętam.
Jak pamiętam, wszystkich aresztowano w niedzielę w samo południe. Załadowano ich na odkryte auto ciężarowe i wożono przez dwie godziny, wystawiając na pośmiewisko i szyderstwa. Bolszewicy chcieli pewnie zastraszyć polską ludność i pokazać, jak nowe władze rozprawiają się ze swymi przeciwnikami. Później zawieziono wszystkich do więzienia w Nowogródku, gdzie poddano ich brutalnemu śledztwu. Bito ich aż do utraty przytomności. Jak opowiadał mi ojciec już po wojnie, szczególnie znęcano się nad wojskowymi, policjantami i urzędnikami zajmującymi wysokie stanowiska. Wielu nie wytrzymało tortur. Areszt był zatłoczony. Panowały w nim choroby i wszawica, którym sprzyjały brak higieny i bród.
Po zakończeniu śledztwa wszystkich więźniów przetransportowano kolejką wąskotorową z Nowogródka do Nowojelni, by tu załadować ich na wagony kolei szerokotorowej i powieźć na wschód. Ojciec znał tu każdy krzak i każdy kamień. Powiedział do swojego kolegi, kapitana Magdy: "Teraz albo nigdy!". Skoczyli w bok i uciekli. Było to 6 stycznia 1940 roku. Gdy dotarł do domu, wyglądał strasznie. Do dziś dnia mam przed oczyma twarz ojca: zarośniętą, z zapadłymi policzkami, bezzębną, bo w śledztwie oprawcy wybili mu wszystkie zęby. Nie pamiętam nawet, czy zdążył się wtedy ogolić. Matka jeszcze tej samej nocy wyprawiła go w dalszą drogę. Ruszył do Generalnego Gubernatorstwa. Dzięki żydowskim przewodnikom udało mu się przekroczyć granicę. Po niemieckiej stronie, w Biadolinach koło Brzeska, miał kolegę z armii gen. Hallera, Władysława Chruściela, i liczył na jego pomoc. Z ojcem spotkaliśmy się dopiero po wojnie. Zanim nas wywieźli, matka dostała wiadomość, że ojciec jest już poza zasięgiem bolszewików. Przyszedł do niej jakiś Żyd, który powiedział mamie, że pan Franciszek szczęśliwie przeszedł na niemiecką stronę. Mama była bardzo zadowolona, choć nam, dzieciom, żadnych szczegółów nie zdradzała.
W oczekiwaniu na transporty z innych miejscowości wagony z więźniami stały na stacji w Nowojelni przez kilka dni. Ich drzwi były zadrutowane, okna zakratowane i zamykane żelazną klapą. Żaden nie był ogrzewany, a była już przecież ostra zima. Każdego pilnowało dwóch, trzech konwojentów. Koło tego transportu prześlizgiwała się młodzież szkolna, przeważnie synowie aresztowanych. Uzbrojona eskorta odpędzała chłopców, ale jakimś cudem udało im się rozpoznać niektórych więźniów. Między innymi Czesiek i Maciek Zborowscy rozpoznali swego ojca, majora WP. Był strasznie zmaltretowany. Wstrząśnięci, postanowili pomagać zamkniętym. Czołgali się pod wagonami i przez dziurę w podłodze służącą za ubikację podawali nieszczęśnikom żywność, papierosy i listy od najbliższych. Wartownik zauważył Cześka Zborowskiego i wrzasnął: "Stoj, strielat budu!". W czasie ucieczki chłopak potknął się na torach i upadł. Bojec uderzył go bagnetem karabinu przez czapkę. Na szczęście uznał, że taka kara wystarczy. Nie przebił leżącego bagnetem ani nie zastrzelił, zostawił go na torach. Rana Cześka szczęśliwie nie okazała się śmiertelna, bardzo mocno jednak krwawiła. Opatrzył ją lekarz kolejowy Bułhak. Wszyscy rówieśnicy uznali Cześka za bohatera. Trzynasto- i czternastolatki nie odstępowały go nawet na krok. Wszyscy mu zazdrościli. Nie zdawali sobie sprawy, że już niedługo również im przyjdzie zdać egzamin z bohaterstwa.
10 lutego 1940 roku zaczęła się pierwsza wywózka. Temperatura spadła do minus czterdziestu stopni Celsjusza. Mołczadkę i Jatrankę ścięła gruba warstwa lodu. Noc była rozsrebrzona blaskiem księżyca, jarzyły się miliony gwiazd. Międzygórze spało, psy jednak nerwowo szczekały. Czuły zbliżające się niebezpieczeństwo. Nagle na podwórku rozległ się jakiś hałas. Nasze psy zaczęły gwałtownie ujadać. Ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Zerwaliśmy się wszyscy na równe nogi. Walenie w drzwi nie ustępowało. Wraz z nim rozległ się głos budzący grozę: "Atkrojtie dwieri!". Nikt z nas nie miał wątpliwości - to byli Sowieci! W świetle zapalonej przez mamę lampy naftowej zobaczyliśmy kilku żołnierzy Armii Czerwonej, komisarza i chłopów białoruskich. Komisarz zaczął od sprawdzenia naszej tożsamości. Po sprawdzeniu listy zakazał nam kategorycznie opuszczania pomieszczenia. Żołnierze i chłopi rozeszli się po kątach i zaczęli plądrować nasz majątek.
Komisarz bardzo się interesował, co dzieje się z ojcem. Szczęśliwym trafem mieliśmy kartkę od babci z Sądowej Wiszni, która informowała nas o uszkodzeniu domu podczas bombardowania. Mama z zimną krwią wyjaśniła, że ojciec jest właśnie tam u swojej matki i pomaga jej w remontowaniu domu. Komisarz wziął to za dobrą monetę i odczytał rozkaz NKWD. Wynikało z niego, że za trzydzieści minut mamy być gotowi do drogi. Ubrać się mamy ciepło i przygotować bagaż do 500 kg. W jego ramach mieliśmy zabrać żywność na cały miesiąc, a ponadto piły do drzewa, siekiery i łopaty. Komisarz kazał też Jaśkowi przygotować na drogę dwie pary sań. Gdy mama usłyszała, co ma przygotować, domyśliła się, że chcą nas wywieźć, i dostała ataku. Zaczęła krzyczeć i płakać. Cała nasza czwórka przytuliła się do niej, a zdruzgotana mamusia ściskała to jedno, to drugie dziecko, ale brutalny wrzask komisarza przywrócił jej przytomność umysłu. "Wsie sobirajties! Bystro! Bystro!". Mama oprzytomniała i rzuciła się do pakowania. Zaczęliśmy się ciepło ubierać.
W tym czasie czerwonoarmiści pozdejmowali buty i rozgrzewali skostniałe nogi. Ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam, że nogi mieli pozawijane w onuce i gazetowy papier, niektórzy jeszcze zabezpieczali się przed zimnem wyściółką ze słomy. Widok tych sinych nóg i zdartych butów wstrząsnął nami. Cześ poprosił mamę, by dała im coś na te nogi, a ona wyciągnęła z szafy flanelowe owijacze używane przez ojca do oficerek. Brat wręczył je żołnierzom ukradkiem, by nie zauważył tego komisarz NKWD.
Przerażona, bezradna mama krzątała się po mieszkaniu. Komisarz stał nad nami i pilnie śledził, co pakujemy. Do wściekłości doprowadziły go zapakowane przez nas zeszyty i książki. Zupełnej pasji dostał, gdy zobaczył kolorowe "Płomyki", które miały na okładkach portrety naszych przywódców: Piłsudskiego, Mościckiego, Rydza-Śmigłego. Cześ zdjął ze ściany portret taty w mundurze armii generała Hallera. Komisarz z pianą na ustach wyrwał mu tę cenną pamiątkę, rzucił ją z wściekłością na podłogę i podeptał.