Kobiety kontra mafia - Patryk Szulc

-
Proszę czekać

Od Autora

Nie­mal dokład­nie rok temu koń­czy­łem prace nad moją poprzed­nią książką, Mafia po pol­sku. To swo­ista ency­klo­pe­dia pol­skich grup prze­stęp­czych, które dzia­łały w naszym kraju od lat dzie­więć­dzie­sią­tych, a część z nich w nieco już innej for­mie funk­cjo­nuje nawet do dziś. Swoją drogą, dzien­ni­ka­rze przy­wy­kli okre­ślać choćby pod­sta­wowe formy prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej "mafią" i stąd nieco prze­wrot­nie wzięła się Mafia po pol­sku - bo praw­dziwa mafia i mafia w odnie­sie­niu do pol­skich gan­gów to dwie zupeł­nie inne rze­czy. W każ­dym razie opi­sa­łem wtedy kil­ka­dzie­siąt mniej­szych i więk­szych gan­gów, co było pod­su­mo­wa­niem wia­do­mo­ści, które kon­se­kwent­nie zbie­ra­łem przez bli­sko dekadę - z jed­nej strony jako dzien­ni­karz, a z dru­giej praw­nik - w obu przy­pad­kach spe­cja­li­zu­jący się w zagad­nie­niach z zakresu prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej.

Pamię­tam, że pisa­łem wtedy o tym, skąd wzięło się u mnie zain­te­re­so­wa­nie taką tema­tyką. Powtó­rzę się - wszystko za sprawą kul­to­wego już pro­gramu doku­men­tal­nego Alfa­bet mafii. By­naj­mniej nie dla­tego, że pierw­szy raz z bli­ska poka­zano tam gang­ste­rów i roz­mowy z nimi. W gang­sterce nie ma nic do podzi­wia­nia czy naśla­do­wa­nia. Impo­nu­jące było coś innego - docie­kli­wość i odwaga pro­wa­dzą­cych pro­gram dzien­ni­ka­rzy, Ewy Ornac­kiej oraz nie­ży­ją­cego już Pio­tra Pytla­kow­skiego, ich upór w dąże­niu do prawdy, choćby była ona naj­bar­dziej mroczna i nie­bez­pieczna.

Swoją drogą wła­śnie dla­tego, gdy napi­sa­łem swój pierw­szy arty­kuł o prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej, a kon­kret­nie o łódz­kiej "ośmior­nicy", prze­sła­łem go z prośbą o opi­nię do Ewy Ornac­kiej. W odpo­wie­dzi otrzy­ma­łem krótki, lecz rze­czowy i kon­struk­tywny komen­tarz. Był to dla mnie ogromny zastrzyk moty­wa­cji. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że to dzięki takim sytu­acjom jestem dziś tutaj i piszę te słowa.

Przez lata bywały oczy­wi­ście wzloty i upadki, poja­wiał się hejt, zarzuty przed­sta­wia­nia gang­ste­rów jako boha­te­rów. Tak jak wspo­mnia­łem - cał­ko­wi­cie się z tym nie zga­dzam. Ow­szem, roz­ma­wia­łem z gang­ste­rami i świad­kami koron­nymi, tak jak roz­ma­wia­łem z poli­cjan­tami, pro­ku­ra­to­rami, adwo­ka­tami. Z nie­któ­rymi znam się lepiej, z innymi gorzej, ale zawsze są to rela­cje czy­sto zawo­dowe. Na tym polega moja praca i tego wymaga rze­tel­ność oraz obiek­ty­wizm, prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­wana zaś to jedna z naj­now­szych czę­ści histo­rii naszego kraju. Opi­suję ją bez kolo­ry­zo­wa­nia, bez fascy­na­cji i bez opo­wia­da­nia się po któ­rejś ze stron, ale dając dojść do głosu każ­dej. Fakty pozo­staną fak­tami, a ja mam wra­że­nie, że w wielu histo­riach jest jesz­cze o czym mówić.

Zarys tego, jaką formę przyj­mie ta książka, zro­dził się w mojej gło­wie już pod­czas prac nad Mafią po pol­sku. Gorąco zachę­cała mnie do tego moja żona, Zuza. Tym razem będzie to coś zupeł­nie innego niż ency­klo­pe­dia prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Szczere, życiowe, bar­dzo rze­czowe i mery­to­ryczne roz­mowy z kobie­tami, które w różny spo­sób zetknęły się z prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­waną, bez wyjątku sto­jąc po stro­nie prawdy i spra­wie­dli­wo­ści.

Boha­ter­kami książki są:

Bar­bara Zapa­śnik - pro­ku­ra­tor w sta­nie spo­czynku Gra­żyna Biskup­ska - eme­ry­to­wana poli­cjantka Bar­bara Mar­kow­ska - eme­ry­to­wana poli­cjantka Ewa Ornacka - dzien­ni­karka śled­cza Anna Maria Weso­łow­ska - sędzia w sta­nie spo­czynku Elż­bieta Kra­kow­ska - była rzecz­niczka pra­sowa Dyrek­tora Gene­ral­nego Służby Wię­zien­nej Dorota Wyląg - była dyrek­torka Aresztu Śled­czego w Byto­miu Karo­lina Tur­lik-Wiśniew­ska - kie­row­niczka Działu Peni­ten­cjar­nego Aresztu Śled­czego w Łodzi

Wstęp

Na temat prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej, szcze­gól­nie tej z lat dzie­więć­dzie­sią­tych, powstało mnó­stwo publi­ka­cji, w tym opra­co­wań nauko­wych. Wybie­rać też można z całej listy seriali, fil­mów róż­nych gatun­ków, powie­ści czy wywia­dów rzek. Duża część z nich poka­zuje wyda­rze­nia z per­spek­tywy byłych czy nawet obec­nych gang­ste­rów. Nie spo­sób oprzeć się wra­że­niu, że druga strona bary­kady - czyli organy ści­ga­nia i sze­roko rozu­miany wymiar spra­wie­dli­wo­ści - wciąż pozo­staje pod tym wzglę­dem nieco na ubo­czu. Jeśli już, to maluje się obraz prze­cięt­nego poli­cjanta wal­czą­cego z mafią jako męż­czy­zny, który z papie­ro­sem w zębach i pisto­le­tem w kabu­rze na szel­kach idzie na wódkę z kole­gami, a nie­kiedy i z gang­ste­rami. Wszystko po to, by bez­względ­nie, dzia­ła­jąc w zasa­dzie na gra­nicy prawa, wsa­dzać kolej­nych prze­stęp­ców za kratki.

Oczy­wi­ście, tacy poli­cjanci ist­nieli i takie sytu­acje rze­czy­wi­ście miały miej­sce. Nasuwa się jed­nak pyta­nie - gdzie w tym wszyst­kim był pro­ku­ra­tor, a póź­niej sędzia? I czy aby na pewno każdy poli­cjant to "Brudny Harry" w pol­skim wyda­niu? Zde­cy­do­wa­nie nie. Pocią­gnię­cie do odpo­wie­dzial­no­ści prze­stęp­ców to pro­ces, w któ­rym uczest­ni­czy wiele ogniw - poli­cja, pro­ku­ra­tura, sąd, służba wię­zienna, - a każde z nich wnosi do tego pro­cesu coś, w czym nie może być zastą­pione przez inne. Ważna jest jed­nak pełna trans­pa­rent­ność. Tylko wtedy możemy mówić o kom­plet­nym obra­zie sytu­acji, sku­tecz­no­ści i suk­ce­sach. Gdy jej zabrak­nie - rodzi się praw­dziwa mafia.

Czy w tych dzia­ła­niach wymiaru spra­wie­dli­wo­ści albo dla rze­tel­no­ści dzien­ni­kar­skiej ma zna­cze­nie płeć? Nie, a przy­naj­mniej nie powinna go mieć, choć każdy bez wąt­pie­nia wyko­rzy­stuje swoje indy­wi­du­alne cechy i pre­dys­po­zy­cje, dążąc do wspól­nego celu. W ide­al­nym świe­cie zarzuty powinny być zawsze oparte na kon­kret­nym mate­riale dowo­do­wym, wyroki - ade­kwatne, a rela­cje medialne - obiek­tywne, każdy ska­zany zaś powi­nien pomyśl­nie przejść pro­ces reso­cja­li­za­cji i wró­cić do spo­łe­czeń­stwa, nie scho­dząc już wię­cej na drogę prze­stęp­czą. Jed­no­cze­śnie w tym wszyst­kim każdy powi­nien pozo­stać czło­wie­kiem, który widzi, sły­szy i czuje, choć nie każdy chce mówić o swo­ich wnio­skach i dozna­niach.

Ta książka nie jest próbą stwo­rze­nia jed­nej, spój­nej nar­ra­cji. To zbiór świa­dectw - róż­nych od sie­bie, a przez to two­rzą­cych jesz­cze peł­niej­szy i bar­dziej auten­tyczny obraz. Pozwa­lają one zaj­rzeć za kulisy spraw i dzia­łań śled­czych, o któ­rych wie­dzie­li­śmy jedy­nie z medial­nych nagłów­ków i krót­kich komu­ni­ka­tów.

Moje roz­mów­czy­nie na kon­kret­nych przy­kła­dach opo­wia­dają o tym, co dzieje się, gdy prze­stęp­czość wylewa się na ulice. Uka­zują mecha­ni­zmy zwal­cza­nia prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej, trud­nego budo­wa­nia sku­tecz­no­ści pań­stwa i poczu­cia spra­wie­dli­wo­ści, a także mówią wprost, jak wygląda star­cie z ukła­dem, gdy do głosu docho­dzi praw­dziwa mafia.

Pytania

Patryk Szulc: Jak to jest z tymi prze­stęp­cami? Nie­któ­rzy wpa­dają, odby­wają karę, cze­goś się uczą i posta­na­wiają, że koń­czą z takim życiem. Ale bar­dzo wielu wraca na drogę prze­stęp­czą. Są tacy, któ­rzy robią to regu­lar­nie. Choćby Marek M. pseu­do­nim "Oczko". Czy z pani punktu widze­nia jako oskar­ży­ciela, jeśli dopro­wa­dzamy do ska­za­nia prze­stępcy, a potem ten czło­wiek znów wraca na złą drogę, to na­dal można mówić o suk­ce­sie czy już o porażce?

Bar­bara Zapa­śnik: Dotknął pan bar­dzo waż­nych pro­ble­mów. Myślę, że to nale­ża­łoby rów­nież roz­pa­try­wać w kate­go­riach naszego sys­temu peni­ten­cjar­nego, czy jest wydolny, czy nie­wy­dolny. Nie chcia­ła­bym w tej chwili tak głę­boko w to wcho­dzić, ale od strony czy­sto osob­ni­czej są ludzie, któ­rzy zde­cy­do­wali, że będą prze­stęp­cami zawo­do­wymi. To jest ich spo­sób na życie. Muszę powie­dzieć, że więk­szość z tych, któ­rym przed­sta­wia­łam zarzuty, a potem prze­ciwko nim kie­ro­wa­łam akt oskar­że­nia, nie wró­ciła do prze­stęp­stwa i zakoń­czyła swoją dzia­łal­ność w tej sfe­rze. Oczy­wi­ście jest pewien pro­cent, który te prze­stęp­stwa na­dal popeł­nia, bo nie chce zmie­niać branży, stylu życia i dalej w tym tkwi. Po pro­stu ten typ tak ma.

W maju 1997 roku Rafał Ch. pseu­do­nim "Czarny" zaczął zezna­wać prze­ciwko Mar­kowi M. pseu­do­nim "Oczko". Dru­gim obcią­ża­ją­cym Marka M. czło­wie­kiem był Artur R. pseu­do­nim "Tuła". To ich wie­dza, wyko­rzy­stana przez pro­ku­ra­tor Bar­barę Zapa­śnik, pozwo­liła na roz­bi­cie w lutym 1998 roku gangu "Oczki". Zatrzy­mano wów­czas kil­ku­dzie­się­ciu gang­ste­rów, w tym samego Marka M. i Marka D. pseu­do­nim "Duduś". Dalej cze­kał ich pro­ces, który zakoń­czył się w grud­niu 1999 roku. Ska­zano w nim "Oczkę" i "Dudu­sia" na kary 13 lat pozba­wie­nia wol­no­ści. Pozo­stali usły­szeli mniej­sze wyroki.

Są też tacy jak Rafał Ch. pseu­do­nim "Czarny", który pod koniec lat dzie­więć­dzie­sią­tych pogrą­żył grupę "Oczki", nie dosta­jąc tak naprawdę nic w zamian, bo nie było wtedy jesz­cze choćby insty­tu­cji świadka koron­nego.

B.Z.: Jaka była fak­tycz­nie jego moty­wa­cja, tylko on wie­dział. Ja wiem tyle, ile on mi powie­dział na temat tego, jakim moty­wem kie­ro­wał się, podej­mu­jąc ze mną roz­mowę. Mogłam wywnio­sko­wać, że był po pro­stu roz­ża­lony postawą swo­ich wspól­ni­ków, któ­rzy zamiast go wspie­rać, kiedy był tym­cza­sowo aresz­to­wany, okra­dali jego i jego naj­bliż­szych. Poczuł się zdra­dzony i oszu­kany, więc posta­no­wił, że weź­mie pew­nego rodzaju odwet. Skoro oni się zacho­wali wobec niego nie w porządku, to on nie czuł się już zwią­zany jaki­miś tam zasa­dami soli­dar­no­ści i zaczął ujaw­niać ich dzia­ła­nia prze­stęp­cze. Tyle. W tam­tym cza­sie, kiedy on zaczy­nał skła­dać zawia­do­mie­nia o prze­stęp­stwie, nie mógł liczyć na żadne for­malne pro­fity, bo wtedy fak­tycz­nie nie było jesz­cze sto­sow­nych prze­pi­sów. One się poja­wiły w póź­niej­szej kody­fi­ka­cji, w postaci arty­kułu 60 z nad­zwy­czaj­nym zła­go­dze­niem kary (Arty­kuł 60 § 3 Kodeksu kar­nego, wpro­wa­dza­jący insty­tu­cję tak zwa­nego małego świadka koron­nego, w prze­stęp­czym slangu zwa­nego odtąd "sześć­dzie­sioną", co jest syno­ni­mem kapu­sia, kabla, dono­si­ciela - przy­pis autora). W tam­tym okre­sie tego nowego kodeksu jesz­cze nie było, więc nie było też pod­staw do jakie­goś szcze­gól­nego trak­to­wa­nia Rafała Ch. Ow­szem, postawa, jaką wyka­zuje dana osoba, nawet w innym postę­po­wa­niu, jest brana pod uwagę i to w poprzed­niej regu­la­cji praw­nej też obo­wią­zy­wało. Ale nie ist­niały takie gwa­ran­cje, jak w nowym kodek­sie kar­nym.

Jak wyglą­dał Szcze­cin koń­cówki lat dzie­więć­dzie­sią­tych, kiedy wła­śnie "Czarny" zde­cy­do­wał się na współ­pracę? Pamię­tam choćby z Alfa­betu mafii takie obrazki, jak "Oczko" par­ko­wał pod komendą swoje żółte Fer­rari, a gang­ste­rzy osten­ta­cyj­nie pano­szyli się w mie­ście. Trzeba było sta­wić temu czoła i coś z tym zro­bić, by na uli­cach zwy­kli ludzie znów mogli poczuć się bez­piecz­nie.

B.Z.: Tak było. Choćby restau­ra­to­rzy musieli się im opła­cać, zno­sić ich zacho­wa­nia, które były nie do przy­ję­cia. W zasa­dzie, gdy się poja­wiali chłopcy z mia­sta, to w tym momen­cie już inni goście wycho­dzili z lokalu, bo nie czuli się bez­piecz­nie. Szcze­cin nie był bez­piecz­nym mia­stem. Pamię­tam jedną ze spraw, kiedy doszło do strze­la­niny. Pocisk tra­fił przez okno do przy­pad­ko­wego miesz­ka­nia. Tam­tej­szy loka­tor miał dużo szczę­ścia - prze­żył tylko dla­tego, że usiadł w fotelu, a nie stał.

Kiedy insty­tu­cje takie jak poli­cja, pro­ku­ra­tura zorien­to­wały się, że w Szcze­ci­nie naprawdę źle się dzieje? Tak jak pani powie­działa, ulice były pod kon­trolą chłop­ców z mia­sta, ale to nie stało się z dnia na dzień.

B.Z.: Pro­szę pamię­tać, że w tym cza­sie była zmiana władz w Pol­sce. To były zmiany bar­dzo dale­kie i głę­bo­kie, a wraz z nimi walka o wła­dzę i wpływy. W takich sytu­acjach siły i środki uru­cha­mia się w zupeł­nie innym kie­runku, a ulica i oby­wa­tele są daleko w tle, bo pań­stwo jest zajęte zupeł­nie czymś innym. W tym momen­cie zaczy­nają się wła­śnie rodzić te wszyst­kie grupy. Trzeba pamię­tać, że prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­wana była, jest i będzie. Cho­dzi o skalę, na jaką ona wystę­puje. Są momenty w funk­cjo­no­wa­niu pań­stwa, kiedy ta prze­stęp­czość jest cały czas tro­piona i ści­gana, więc ona nie ma moż­li­wo­ści, aby się roz­wi­jać, i funk­cjo­nuje w ukry­ciu, aby nie nara­żać się orga­nom ści­ga­nia. Jeśli pań­stwo zajęte będzie czymś innym, to wtedy te grupy zaczy­nają sza­leć i wła­śnie chłopcy z mia­sta wcho­dzą do lokali i rzą­dzą, a oby­wa­tel nie­stety musi wtedy wyjść, jeżeli nie chce się mie­rzyć z silną grupą. Jak już pań­stwo nie inte­re­suje się tym, co się dzieje na ulicy, w mie­ście i w życiu oby­wa­teli, bo jest zajęte czymś innym, to w tym momen­cie do głosu docho­dzą wła­śnie te grupy prze­stęp­cze, które wycho­dzą spod ziemi. Na prze­ło­mie wie­ków XX i XXI nasze pań­stwo zaj­mo­wało się ukształ­to­wa­niem swo­jego ustroju i w związku z tym nie inte­re­so­wało się prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­waną. Gang­ste­rzy się roz­pa­no­szyli i oby­wa­tele byli nie­za­do­wo­leni z tej sytu­acji. Restau­ra­to­rzy byli nie­za­do­wo­leni, bo prze­cież ich "hara­czo­wano" w pierw­szej kolej­no­ści. Organy musiały zacząć dzia­łać, co było dosyć trudne, bo te grupy były dość liczne, prze­ciętny dziel­ni­cowy nie wie­dział o nich wszyst­kiego. Bra­ko­wało roze­zna­nia, trzeba było je zro­bić. Myślę, że to nie­za­do­wo­lenie oby­wa­teli wymu­siło dzia­ła­nia orga­nów ści­ga­nia. Pro­ku­ra­tor sam z sie­bie nie może wsz­cząć cze­go­kol­wiek, musiał ktoś przyjść albo zło­żyć zawia­do­mie­nie na piśmie. Oczy­wi­ście nie cho­dzi o to, żeby ten ktoś sam cho­dził po mie­ście, usta­lał świad­ków i oko­licz­no­ści zda­rze­nia. Jak przyj­dzie i złoży zawia­do­mie­nie, że spo­tkało go to i to, ja już mogę wsz­cząć postę­po­wa­nie. Tyle że taki restau­ra­tor nie przyj­dzie i nie powie, że jest "hara­czo­wany", bo wtedy sam wysta­wiłby się ban­dy­tom na rzeź. Ludzie bali się zemsty. Nawet jeśli cza­sami sprawy koń­czyły się skie­ro­wa­niem aktu oskar­że­nia do sądu, to poszko­do­wani się wyco­fy­wali i nie docho­dziło do pro­cesu. Ewen­tu­al­nie, gdy już docho­dziło, przycho­dzili do sądu i mówili, że nic nie pamię­tają. Dla­czego? Myślę, że to jasne.

Wszy­scy byli zastra­szeni...

B.Z.: Tak, i dla­tego ten zwy­kły tryb prze­wi­dziany w pro­ce­du­rze kar­nej, kiedy przy­cho­dzi pokrzyw­dzony i zawia­da­mia, co zro­bili mu X i Y, nie wcho­dził w grę. Trzeba było zro­bić to ina­czej, cały czas chro­niąc tego pokrzyw­dzo­nego i nie nara­ża­jąc go. A z dru­giej strony ja musia­łam mieć jakiś doku­ment, for­malne pod­stawy, by dzia­łać. Nie mogłam ocze­ki­wać od oby­wa­teli hero­izmu, aby ten pokrzyw­dzony sta­nął oko w oko z ban­dy­tami i wprost powie­dział, który i co mu zro­bił. Tu bez wąt­pie­nia z pomocą przy­szły te nowe insty­tu­cje, takie jak "duży" i "mały" świa­dek koronny. Jeżeli był jakiś zła­pany na gorą­cym uczynku prze­stępca, który prze­li­czył sobie, że nie opłaca mu się sie­dzieć, bo będzie sie­dział za długo, ale może popra­wić swoją sytu­ację, jak na przy­kład powie o tym, że ktoś zro­bił to, a inny tamto, to ten arty­kuł 60 i nad­zwy­czajne zła­go­dze­nie kary bar­dzo faj­nie dzia­łały. Tym­cza­sem ustawa o świadku koron­nym, która póź­niej się poja­wiła, wydaje mi się, że nie jest naj­szczę­śliw­szym roz­wią­za­niem. Myślę, że dobrze by było, żeby ta ustawa o świadku koron­nym jed­nak została zmie­niona lub stwo­rzona od nowa. To, co prak­tyka z nią zro­biła, poka­zuje sze­reg lat jej sto­so­wa­nia. Słynny przy­kład "Masy".

Nad­użyć insty­tu­cji "małego" świadka koron­nego też nieco jest, prawda? Ona rów­nież nie zawsze dobrze działa.

B.Z.: Aku­rat ten prze­pis według mnie zdał egza­min. Ktoś, kto jest nie­uczciwy od początku do końca, to będzie wszyst­kiego nad­uży­wał. To już nasza głowa w tym, żeby nie dać się zwieść. Czyli krótko mówiąc, jeżeli zła­pany za rękę przez poli­cję mówi: "to ja wam opo­wiem o tym czy o tam­tym", to ja go wysłu­cham, taka moja rola. Tylko potem muszę poszu­kać innych dowo­dów i to spraw­dzić. Naszym obo­wiąz­kiem jest wery­fi­ko­wać, bo prze­stępca o czymś mówi, mając z tego okre­śloną korzyść. Naj­waż­niej­sze są czyny, nie musi być nawet wska­za­nia na okre­ślone osoby. To jest mój punkt wyj­ścia.

Jesz­cze drą­żąc temat tego "małego" świadka koron­nego, przy­po­mnę sytu­ację ponie­kąd doty­czącą Szcze­cina, cho­ciaż mały świa­dek koronny był z zupeł­nie innej miej­sco­wo­ści, kon­kret­nie z Pozna­nia. Paweł P. pseu­do­nim "Ram­zes". Zatrzy­ma­nie Michała Materli, zawod­nika MMA ze Szcze­cina, który tra­fił do aresztu, usły­szał poważne zarzuty, a dziś wal­czy o odszko­do­wa­nie, bo oka­zało się, że miał zostać przez "Ram­zesa" pomó­wiony. Cza­sem jed­nak to idzie na tyle daleko, że śled­czy dają wiarę w takie zezna­nie i dopiero kiedy już ktoś jest w aresz­cie, ma zarzuty, oka­zuje się, że jed­nak to nie była prawda i że sie­dzi czło­wiek nie­winny. Co wtedy?

B.Z.: W mojej oce­nie pod­stawą pracy pro­ku­ra­tora jest zasada wska­za­nia, czy to na czyn, czy na osobę. Ja to muszę spraw­dzić. Nie mogę na wiarę przyj­mo­wać, że to prawda. W tych spra­wach, które pro­wa­dzi­łam, poja­wiali się pano­wie, któ­rzy chcieli popra­wić swoją sytu­ację i skła­dali wyja­śnie­nia, mówiąc o innych czy­nach, mówiąc o innych oso­bach. To nie ozna­cza, że było to już dla mnie peł­no­war­to­ścio­wym, stu­pro­cen­to­wym dowo­dem na spraw­stwo tej innej osoby. Mój spo­sób pro­wa­dze­nia spraw pole­gał na tym, że jeśli mia­łam okre­śloną wie­dzę o czy­nach, a tu cały czas będę się upie­rała przy tym, że to naj­istot­niej­szy ele­ment, to tra­fia się potem na sprawcę, na jego moty­wa­cję, oskar­że­nie, na żąda­nie okre­ślo­nej kary. Punk­tem wyj­ścia zawsze jest czyn. Mając taką wie­dzę, sta­ram się to spraw­dzić, potwier­dzić, czy dane zda­rze­nie miało miej­sce, ile osób brało w nim udział albo czy miało ono zwią­zek z kon­kretną grupą prze­stęp­czą. Potem trzeba zwe­ry­fi­ko­wać zakres i spo­sób dzia­ła­nia takiej grupy, dalej szu­kać i dojść do sedna.

To bar­dziej forma dzia­ła­nia ope­ra­cyj­nego?

B.Z.: Pro­ku­ra­tor nie pro­wa­dzi już dzia­łań ope­ra­cyj­nych, to przede wszyst­kim poli­cja. Pro­ku­ra­tor działa, wsz­czy­na­jąc postę­po­wa­nie, do czego musi mieć pod­stawy. Roz­gra­niczmy dwa etapy - jest roz­pra­co­wa­nie, pro­ku­ra­tora tam w ogóle nie ma, nie bie­rze w tym udziału i nawet go to do końca nie inte­re­suje. To jest coś, czym zaj­muje się poli­cja. Oni usta­lają, badają grupy prze­stęp­cze, kon­kretne osoby, zakres tery­to­rialny ich dzia­ła­nia. Gdy już mają sze­ro­kie spek­trum usta­leń, to wtedy mogą roz­ma­wiać z pro­ku­ra­to­rem. Poka­zują, co mają i że już są gotowi do tego, żeby przejść na pro­ces, jak to się mówi. Wtedy musi zaist­nieć czyn­ność pro­cesowa, która to roz­pocz­nie - na przy­kład zawia­do­mie­nie o prze­stęp­stwie.

Kto składa zawia­do­mie­nie w sytu­acji, kiedy poli­cja ope­ra­cyj­nie ma już mate­riał i kon­kretne usta­le­nia, ale nie ma pokrzyw­dzo­nego czy świadka, który zde­cy­duje się na zło­że­nie zawia­do­mie­nia?

B.Z.: Powiedzmy, że jest restau­ra­tor pokrzyw­dzony wymu­sza­niem od niego hara­czy. On może ogra­ni­czyć swoje zawia­do­mie­nie, że przy­cho­dzi do niego bli­żej nie­okre­ślona grupa osób i wymu­sza od niego pie­nią­dze pod groźbą zro­bie­nia mu krzywdy czy zde­mo­lo­wa­nia lokalu. Mamy więc do czy­nie­nia z wymu­sze­niem roz­bój­ni­czym. Wtedy można prze­słu­chać w cha­rak­te­rze świadka inco­gnito jego pra­cow­nika i to on wska­zuje dokładne ryso­pisy czy oko­licz­no­ści. To mini­ma­li­zuje ryzyko dla restau­ra­tora, bo jak przyjdą do niego chłopcy z mia­sta i powie­dzą, że ma wyco­fać zawia­do­mie­nie, to prze­cież on nie zło­żył zawia­do­mie­nia prze­ciwko nim. Ina­czej on by za mie­siąc przy­szedł i fak­tycz­nie powie­dział, że się wyco­fuje, bo znów go nacho­dzą i mu grożą. Oczy­wi­ście po takich zawia­do­mie­niach poli­cja musiała mieć bacze­nie na bez­pie­czeń­stwo tego czło­wieka.

To było wtedy obwa­ro­wane prze­pi­sami i pro­ce­du­rami, że poli­cja ma mu zapew­nić bez­pie­czeń­stwo, czy to dzia­łało bar­dziej na słowo honoru?

B.Z.: Bar­dziej było to zwią­zane z tym, że tak po pro­stu trzeba - skoro oby­wa­tel jest zagro­żony lub czuje się zagro­żony, to poli­cja ma obo­wią­zek na zasa­dach ogól­nych zadbać o bez­pie­czeń­stwo tego czło­wieka.

Mówiła pani przed chwilą o insty­tu­cji świadka inco­gnito. W jakim stop­niu jest to insty­tu­cja sku­teczna i bez­pieczna? Pytam dla­tego, że znam wiele przy­pad­ków, w któ­rych świa­dek inco­gnito oka­zuje się nie do końca inco­gnito.

B.Z.: Usta­no­wi­łam w swo­jej pracy, odkąd poja­wiła się ta moż­li­wość, wielu świad­ków inco­gnito i powiem szcze­rze, że ni­gdy się nie zawio­dłam. Oczy­wi­ście, że wyma­gało to odpo­wied­niej wie­dzy, przy­go­to­wa­nia, czy fak­tycz­nie ta osoba może, czy nie może być tym świad­kiem, i to było dys­ku­to­wane, bo w tej insty­tu­cji cho­dzi o to, by sprawca nie mógł świadka ziden­ty­fi­ko­wać. Aku­rat w dzia­łal­no­ści grupy Marka M. pseu­do­nim "Oczko" była forma "hara­czo­wa­nia" pro­sty­tu­tek sto­ją­cych przy tra­sie. Skąd oni mogli wie­dzieć, która z nich aku­rat składa zezna­nia? Tam wła­śnie zde­cy­do­wa­łam się na wyko­rzy­sta­nie świadka inco­gnito.

Czy tech­nicz­nie taka osoba odgrywa w postę­po­wa­niu podwójną rolę - jako pokrzyw­dzona i świa­dek inco­gnito?

B.Z.: Taka osoba od razu oświad­czała, że ona rezy­gnuje ze wszel­kich form docho­dze­nia swo­ich praw jako pokrzyw­dzona.

Zasta­na­wiało mnie wła­śnie to, czy taka osoba składa w postę­po­wa­niu podwójne zezna­nia.

B.Z.: Osoba pokrzyw­dzona ma okre­ślone prawa w pro­ce­sie. Jeśli zre­zy­gno­wała z tych wszyst­kich praw, bo chce tylko zło­żyć obcią­ża­jące zezna­nia, robi to wyłącz­nie jako świa­dek, mając zapew­nioną ano­ni­mo­wość. Co do sku­tecz­no­ści samej insty­tu­cji, nie spo­tka­łam się z tym, by usta­no­wieni przeze mnie świad­ko­wie inco­gnito skła­dali fał­szywe zezna­nia. Rzecz w tym, że posta­no­wie­nie o utaj­nie­niu zeznań jest czyn­no­ścią wtórną - świa­dek naj­pierw składa zezna­nia, a dopiero potem utaj­niamy świadka. On do samego końca nie wie, czy tak się sta­nie. To nie może dzia­łać tak, że świa­dek sta­wia nam waru­nek - jak utaj­ni­cie moje dane, to ja zeznam. To dopiero two­rzy­łoby pole do nad­użyć.

To jest troszkę jak ze świad­kiem koron­nym, że on też naj­pierw musi opo­wie­dzieć, a dopiero potem oce­nia się, w jakim stop­niu to jest war­to­ściowe.

B.Z.: Tak, naj­pierw powiedz, a ja zde­cy­duję, czy fak­tycz­nie to jest mocny mate­riał.

Samo­dzielna dekon­spi­ra­cja świadka inco­gnito - takie przy­padki zda­rzają się w prak­tyce.

B.Z.: Nawet gdy­bym wie­działa, to i tak nic bym nie powie­działa w tym zakre­sie. Ogól­nie powiem tylko tyle, że jeżeli ktoś sam się dekon­spi­ruje, to sam się dekon­spi­ruje, ale to wcale nie ozna­cza, że ja muszę to potwier­dzić. Musi być zacho­wana pro­ce­dura, czyli krótko mówiąc, musi być posta­no­wie­nie o uchy­le­niu posta­no­wie­nia o uzna­niu jego danych za tajem­nicę. Aby móc cokol­wiek zro­bić, to naj­pierw trzeba wydać sto­sowne posta­no­wie­nia. Może być tak, że pro­ku­ra­tor uchyli posta­no­wie­nie o utaj­nie­niu i dana osoba już nie jest świad­kiem inco­gnito, ale cho­dzi sobie i opo­wiada różne rze­czy, a my już nie mamy z tym nic wspól­nego. W każ­dym razie do momentu wyda­nia posta­no­wie­nia ze wszyst­kimi jego rygo­rami - moż­li­wo­ścią zło­że­nia zaża­le­nia i tym podob­nymi - nie można ani potwier­dzić, ani zaprze­czyć, czy ktoś jest świad­kiem inco­gnito.

Na pew­nym eta­pie wła­śnie choćby przez pozy­ska­nie osób współ­pra­cu­ją­cych z wymia­rem spra­wie­dli­wo­ści czy nakła­nia­nie pokrzyw­dzo­nych do skła­da­nia zawia­do­mień udało się roz­pra­co­wać takie grupy jak ta Marka M. pseu­do­nim "Oczko". Jak wyglą­dały wtedy moż­li­wo­ści pro­ku­ra­tury, a jak moż­li­wo­ści śro­do­wisk prze­stęp­czych? Czy to był swego rodzaju wyścig? Kto był w nim górą?

B.Z.: Prze­graną było już to, że te grupy się tak roz­pa­no­szyły w naszym życiu. Prze­graną dla poli­cji i pro­ku­ra­to­rów. To, że wcho­dzą do lokalu chłopcy z mia­sta i tam rzą­dzą, a zwy­kli klienci muszą wyjść. Organy pań­stwa były raczej w defen­sy­wie, byli­śmy daleko z tyłu i dopiero upo­wszech­nie­nie się tego zja­wi­ska wymu­siło przy­spie­szone dzia­ła­nia. Poja­wił się zespół śled­czy, wpro­wa­dzono prze­pisy, które na coś wię­cej już pozwa­lały. Choćby insty­tu­cja świadka koron­nego to odpo­wiedź na to, co grupy prze­stęp­cze zro­biły z naszym pań­stwem. Zde­wa­sto­wały porzą­dek prawny, nie było dla niego żad­nego posza­no­wa­nia. Oni byli przed nami, a my pró­bo­wa­li­śmy przy­wró­cić ten porzą­dek.

Z czego mogło wyni­kać to roz­pa­no­sze­nie, poza wspo­mnia­nym fak­tem, że wła­dza sku­piona była na innych rze­czach?

B.Z.: Pró­buję przy­po­mnieć sobie czas, kiedy insty­tu­cje pod­le­głe mini­ster­stwu spraw wewnętrz­nych czy wymiar spra­wie­dli­wo­ści były poważ­nie dofi­nan­so­wy­wane (śmiech). Prawdę mówiąc, zwy­kle wyglą­dało to cienko... Kiedy już była totalna ruina, dewa­sta­cja i bieda, to wtedy ktoś szedł po rozum do głowy i jakieś pie­nią­dze prze­ka­zy­wano, czy to na poli­cję, czy pro­ku­ra­turę. Zazwy­czaj jed­nak te nasze resorty funk­cjo­no­wały w nie­do­statku. Inna kwe­stia to instru­menty prawne. Jeśli mam odpo­wied­nie instru­menty, to łatwiej mi popro­wa­dzić postę­po­wa­nie, schwy­tać okre­ślone osoby i posta­wić je przed sądem.

Czy na tam­tym eta­pie bywało tak, że gang­ste­rzy wam jako insty­tu­cjom wprost śmiali się w twarz? Powiedzmy, że docho­dzi do zatrzy­ma­nia, prze­słu­cha­nia, a gang­ster siada roz­party na krze­śle i mówi "nic na mnie nie macie". A wy wie­cie, że ma rację.

B.Z.: Na początku nie­któ­rzy pano­wie w ten spo­sób się zacho­wy­wali. Ja jed­nak nie jestem taka wraż­liwa, więc nawet jeśli sie­dział roz­party, to nie robiło na mnie wra­że­nia. Robi­łam swoje.

Zda­rzały się odwrotne sytu­acje? Że ktoś z grupy chciał, choćby nie­for­mal­nie, prze­ka­zać sam z sie­bie pewne infor­ma­cje?

B.Z.: Takiej roz­mowy to ja bym się bała. Zasta­no­wi­ła­bym się też, czy to nie jest stra­cony czas, bo jaki inte­res ma gang­ster, żeby mi szcze­rze powie­dzieć, co wie i o czym myśli? Chyba tylko, żeby wysta­wić mi kon­ku­ren­cję. I w porządku, mam tę jego kon­ku­ren­cję i dla mnie jest obo­jętne, czy naj­pierw ści­gam jego, czy jego opo­nen­tów. I tak będę ich ści­gała. Raz mia­łam sytu­ację, że tym­cza­sowo aresz­to­wany fał­szerz doku­men­tów powie­dział mi, jakie doku­menty zama­wiały u niego kon­kretne grupy. To już mi dużo uła­twiło, bo mogłam dane doku­menty i prze­stęp­stwa powią­zać z wła­ści­wymi gru­pami.

Co on z tego miał?

B.Z.: Nic, bo to nie było for­mal­nie ni­gdzie pro­to­ko­ło­wane. On o tym wie­dział. Powiedzmy, że nie był do końca taki zły i chciał mi pomóc. Ow­szem, ja mogę potem zło­żyć sto­sowne wnio­ski o zła­go­dze­nie kary, ale muszę to czymś uza­sad­nić, choćby tym, że powie­dział i wyja­śnił mi jedno, uła­twił dru­gie, miał taką postawę pro­ce­sową. Jeśli jed­nak ta postawa nie wynika z akt, to nie mam argu­men­tów.

Mówi­li­śmy wcze­śniej o tym, że zor­ga­ni­zo­wane grupy prze­stęp­cze ist­niały, ist­nieją i ist­nieć będą. Gdy wła­dza na nie patrzy, to one dzia­łają po cichu, a jeśli nie patrzy, to się pano­szą. Czy można z tego wycią­gnąć wnio­sek, że zawsze cho­dzi przede wszyst­kim o pie­nią­dze?

B.Z.: To też zależy od wła­ści­wo­ści osob­ni­czych sze­fów, bo to oni nie­jako kształ­tują te grupy. Jeśli szef chce tylko zara­biać, to tak będzie i nie skoń­czy się niczym bar­dziej ambit­nym. Są jed­nak tacy, któ­rzy chcą więk­szej wła­dzy, szer­szego terenu dzia­ła­nia, eli­mi­na­cji kon­ku­ren­cji. Niektó­rzy chcą też dbać o swoją ekipę, a więc potrze­bują dobrych praw­ni­ków, bo wia­domo, że jak jest na przy­kład han­del nar­ko­ty­kami, to gdzieś jego ludzie będą wpa­dać. Dobry adwo­kat pomoże wycią­gnąć ich z aresztu, ma też jakieś kon­takty. Sło­wem - cha­rak­ter grupy zależy od cech osob­ni­czych szefa.

Zostańmy jesz­cze przez moment przy gru­pie Marka M. pseu­do­nim "Oczko". Były po dro­dze takie epi­zody gang­ster­skich pora­chun­ków, jak zabój­stwo Wik­tora Fisz­mana albo zaj­ście w agen­cji towa­rzy­skiej El Chico w Pozna­niu. To są sprawy, które cią­gnęły się póź­niej przez wiele lat. Ostat­nie decy­zje w spra­wie zabój­stwa Fisz­mana zapa­dły nie­dawno i to nie były roz­strzy­gnię­cia pozy­tywne dla pro­ku­ra­tury. Dla­czego to mogło tyle trwać i tak się skoń­czyć?

B.Z.: Dokład­nie tych spraw nie znam, bo nie ja je pro­wa­dzi­łam. W moich spra­wach mak­sy­malny czas aresztu, od zatrzy­ma­nia do skie­ro­wa­nia aktu oskar­że­nia do sądu, to był rok. Jak sprawa z tym­cza­sowo aresz­to­wa­nymi była skie­ro­wana do sądu, to nie­jako wymu­szało też na sądzie, aby w miarę szybko roz­strzy­gnął. To i tak był krótki czas w porów­na­niu z tym, co się dzieje dzi­siaj. A im krót­szy ten czas, tym lepiej, bo choćby świad­ko­wie wię­cej pamię­tają. Tam do wezwa­nia świadka przed sąd mijało około pół­tora roku, a nie tak, jak to się teraz zda­rza, że świa­dek jest wzy­wany na roz­prawę po pięt­na­stu czy dwu­dzie­stu latach. Krótki czas pro­wa­dze­nia sprawy wpływa na to, że ona obroni się przed sądem. Im dłu­żej trwa, tym gorzej dla sprawy. Wykru­szają się świad­ko­wie - do jed­nych docie­rają prze­stępcy i zastra­szają, inni z racji cho­rób czy wieku umie­rają. Swoje sprawy sta­ra­łam się pro­wa­dzić szybko, oczy­wi­ście bez uszczerbku dla jako­ści. Tak­tyka była taka, że zbli­ża­łam się mak­sy­mal­nie do momentu, kiedy żeby coś zro­bić dalej, konieczne były już zatrzy­ma­nia i zarzuty. Potem ruszały prze­słu­cha­nia i nawet cza­sem dener­wo­wa­łam się, kiedy podej­rzany chciał popra­wić swoją sytu­ację pro­ce­sową i opo­wie­dzieć mi o rze­czach, które nie do końca były w moim przed­mio­cie zain­te­re­so­wa­nia. To wydłu­żało całe postę­po­wa­nie, ale prze­cież musia­łam go wysłu­chać. I wtedy fak­tycz­nie do momentu skie­ro­wa­nia aktu oskar­że­nia mógł minąć rok. W innych spra­wach śred­nio pół roku. Sprawa "Oczki" to było kil­ka­na­ście osób, same areszty i mate­riał wobec nich wszyst­kich został prze­ka­zany sądowi jed­no­cze­śnie. To istotne, bo przy zarzu­tach doty­czą­cych grupy prze­stęp­czej nie można dopu­ścić do tego, by oni wymie­niali się infor­ma­cjami, zaczęli docie­rać do świad­ków czy ina­czej wpły­wać na postę­po­wa­nie. Dla­tego syn­chro­ni­za­cja aresz­to­wań i innych dzia­łań jest konieczna. Co innego dla przy­kładu pijany kie­rowca. Jechał pod wpły­wem alko­holu, został zatrzy­many, usły­szał zarzuty, będzie oskar­żony i tyle. Nie ma tam jakie­goś poważ­nego ryzyka mata­cze­nia, zastra­sza­nia świad­ków, uzgad­nia­nia wyja­śnień. Mogą być więc sto­so­wane wol­no­ściowe środki zapo­bie­gaw­cze.

W lipcu 1995 roku do klubu noc­nego El Chico (czy­taj: El Cziko) przy ulicy Umul­tow­skiej w Pozna­niu weszło trzech męż­czyzn. Zamó­wili drinka, potem jeden z nich szu­kał tele­fonu. Zapro­wa­dził go do niego ochro­niarz - wtedy doszło do szar­pa­niny. Napast­nicy pobili ochro­niarzy. Do tego Piotr J. został postrze­lony. Z ranami postrza­ło­wymi brzu­cha, uda i łok­cia w cięż­kim sta­nie tra­fił do szpi­tala - udało mu się prze­żyć. Drugi ochro­niarz, Dariusz K., zgi­nął - rów­nież od ran postrza­ło­wych. W 2002 roku odci­ski pal­ców z paczki papie­ro­sów, szkla­nego sto­lika z klubu i mapy pozo­sta­wio­nej w samo­cho­dzie odsta­wio­nym po zbrodni do warsz­tatu dopa­so­wano do jed­nego z kile­rów - Alek­san­dra S. Wpadł on chwilę wcze­śniej jako podej­rzany o roz­bój w Niem­czech. Zgu­bił wcze­śniej w pociągu doku­menty na nazwi­sko Zbi­gniew L. Nie­ba­wem klu­czowe dowody z El Chico (mię­dzy innymi wspo­mniana paczka papie­ro­sów) - znik­nęły. Za tę wpadkę ska­zano póź­niej jed­nego z byłych już funk­cjo­na­riu­szy Cen­tral­nego Biura Śled­czego. Dopiero po bli­sko dwu­dzie­stu latach od wyda­rzeń w El Chico, w grud­niu 2014 roku, za podej­rzanych o pomoc­nic­two w zbrodni uznano bos­sów szcze­ciń­skiego pół­światka prze­stęp­czego - Marka M. pseu­do­nim "Oczko" oraz Marka D. pseu­do­nim "Duduś". Najazd na El Chico miał być ele­men­tem walki o kon­trolę nad agen­cjami towa­rzy­skimi przy póź­niejszej auto­stra­dzie A1. W 2015 roku Alek­san­der S. został ska­zany na karę doży­wot­niego pozba­wie­nia wol­no­ści za zabój­stwo i usi­ło­wa­nie zabój­stwa w El Chico. Rok póź­niej karę obni­żono do 25 lat wię­zie­nia. Wtedy też "Oczko" i "Duduś" zostali nato­miast ska­zani za pomoc­nic­two w zabój­stwie ochro­niarza w Pozna­niu na 15 lat pozba­wie­nia wol­no­ści. Sąd ape­la­cyjny uchy­lił póź­niej ten wyrok, bo uznał, że było to bar­dziej pod­że­ga­nie do wymu­sze­nia roz­bójniczego, a nie pomoc­nic­two w zabój­stwie, choć zda­niem pro­ku­ra­tury, bazu­ją­cej na zezna­niach świad­ków, to "Oczko" i "Duduś" mieli dostar­czyć rosyj­skim kile­rom broń, zor­ga­ni­zo­wać trans­port, wyży­wie­nie i noc­leg. W 2018 roku sąd nie­pra­wo­moc­nie w kolej­nym pro­ce­sie uznał jed­nak, że mogliby odpo­wia­dać nie za pomoc­nic­two w zbrodni, a co naj­wy­żej za pod­że­ga­nie do niej, i umo­rzył postę­po­wa­nie ze względu na przedaw­nie­nie karal­no­ści czynu. W 2020 roku, w pią­tym pro­ce­sie w tej spra­wie, znów uznano, że było to pod­że­ga­nie do wymu­sze­nia roz­bójniczego, które już się przedaw­niło. Postę­po­wa­nie ponow­nie umo­rzono. Zda­niem sądu motywy spraw­ców nie były jasne, nie było też wystar­cza­ją­cych dowo­dów na to, że rosyj­scy gang­ste­rzy jechali do El Chico po to, by doko­nać egze­ku­cji. Nie można ponadto pod­że­gać do zabój­stwa bli­żej nie­okre­ślo­nej osoby.

Zwol­nie­nie z aresztu podej­rza­nego, który zde­cy­do­wał się na współ­pracę, to dziś bar­dzo czę­sta prak­tyka...

B.Z.: Ani razu, nawet jak w spra­wie "Oczki" poja­wił się czło­wiek, który chciał coś ujaw­nić, nie wcho­dziło w grę jego zwol­nie­nie. Inna sprawa, że tak jak mówi­łam, te dodat­kowe infor­ma­cje wyma­gały też kolej­nych czyn­no­ści, a sprawę na­dal trzeba było dopro­wa­dzić szybko do końca. Tu dużą rolę odgry­wała szcze­gó­ło­wość prze­słu­cha­nia - miej­sca, daty, godziny, kon­kretne osoby, ryso­pisy. To wszystko trzeba było zwe­ry­fi­ko­wać. Znów punk­tem wyj­ścia był czyn, a w miarę potwier­dza­nia infor­ma­cji i zbie­ra­nia dowo­dów te rewe­la­cje podej­rza­nego sta­wały się dodat­kiem do cało­ści. Były dwa główne powody, dla któ­rych nie uchy­la­łam tym­cza­so­wego aresz­to­wa­nia. Pierw­szy to naj­waż­niej­sza wery­fi­ka­cja, czyli zło­że­nie wyja­śnień przed sądem. Prze­słu­cha­nia w pro­ku­ra­tu­rze nie dawały moc­nego prze­ko­na­nia o wia­ry­god­no­ści. Tym­cza­sem na sali sądo­wej, publicz­nie patrząc w oczy wspól­ni­kom, ten oskar­żony miał ich obcią­żyć. Drugi powód to stały, niczym nie­utrud­niony kon­takt, bo prze­cież trzeba było zadać dodat­kowe pyta­nia czy wyko­nać inne czyn­no­ści z jego udzia­łem. Tym­cza­sowe aresz­to­wa­nie zapew­niało pełną dys­po­zy­cyj­ność takiej osoby. Przy tym poja­wił się trzeci powód, już nie tak istotny z pro­ce­so­wego punktu widze­nia. W ten spo­sób, para­dok­sal­nie, zapew­niane było bez­pie­czeń­stwo takiej oso­bie. Ten spe­cy­ficzny podej­rzany był umiesz­czany na oddziale chro­nio­nym, w spe­cjal­nej celi z wszyst­kimi gwa­ran­cjami i to dawało pew­ność, że nikt nie jest w sta­nie go zastra­szyć ani wyrzą­dzić krzywdy.

Jakie to uczu­cie, gdy te osoby, które kie­dyś się oskar­żało i były potem ska­zy­wane, wra­cają dziś na szcze­ciń­skie ulice? Co wię­cej, nie­jed­no­krot­nie, nawet w ostat­nich latach, znów uczest­ni­czą w pora­chun­kach.

B.Z.: Jeśli mamy nasta­wie­nie, że sprawa i wyrok zmie­nią czło­wieka, to mamy raczej złe albo ide­ali­styczne podej­ście. Są tacy, na któ­rych kara robi wra­że­nie, a są tacy, na któ­rych wra­że­nia nie robi i oni będą dalej reali­zo­wać swój pomysł na życie. A ten pomysł jest taki, by stać się zawo­do­wymi prze­stęp­cami. Nie bar­dzo chcę się do tego odno­sić, przyj­muję, że po pro­stu tak jest.

A to, że oni mogą się teraz mścić za wyeli­mi­no­wa­nie ich z rynku, kiedy nie mogli zara­biać i posze­rzać swo­ich wpły­wów? Czy jest gdzieś z tyłu głowy taka świa­do­mość, że może coś się wyda­rzyć? Nie da się ukryć, że wielu oso­bom zaszła pani za skórę.

B.Z.: Jeżeli będą chcieli coś zro­bić, to po pro­stu to zro­bią. Nie umiem w tej chwili usto­sun­ko­wać się do tak posta­wio­nego pro­blemu, bo w zasa­dzie to nawet nie jest pyta­nie, to jest pro­blem. Muszę się nad tym zasta­no­wić. Na pewno nie uciek­nie się przed jakim­kol­wiek zagro­że­niem, bo jak ktoś chce kogoś zna­leźć, to i tak go znaj­dzie. Bez sensu są jakieś zabiegi, żeby zmie­niać miej­sce zamiesz­ka­nia czy się ukry­wać.

To teraz prze­nie­śmy się do cza­sów nieco wcze­śniej­szych niż grupa Marka M. pseu­do­nim "Oczko". Jak wygląda ścieżka zawo­dowa pro­ku­ra­tora od samego momentu pod­ję­cia decy­zji, że chce się zostać pro­ku­ra­to­rem, do tego, że pozo­staje się w tym zawo­dzie czter­dzie­ści lat?

B.Z.: Sporo, prawda? Zaczy­na­łam pracę jesz­cze na kodek­sie kar­nym z 1969 roku.

A ja pamię­tam, jak jesz­cze w zasa­dzie będąc dzie­cia­kiem, oglą­da­łem pro­gram doku­men­talny Ewy Ornac­kiej Świa­dek, w któ­rym pani się wypo­wia­dała. Pro­gram o Rafale Ch. pseu­do­nim "Czarny" z grupy "Oczki". To było 21 lat temu...

B.Z.: Koń­czy­łam w liceum klasę mate­ma­tyczno-fizyczną i kiedy powie­dzia­łam w kla­sie matu­ral­nej, że będę zda­wała na prawo, zadzi­wi­łam wszyst­kich. Po takiej kla­sie nikt nie myślał o pra­wie. Inni szli na poli­tech­nikę, na aka­de­mię rol­ni­czą, ale nie na prawo. Ja o tym pomy­śla­łam dopiero w czwar­tej kla­sie, kiedy trzeba było wypeł­nić dekla­ra­cję co do tego, co chce się robić dalej. Poważ­nie się nad tym zasta­na­wia­łam, bo chcia­łam robić coś, co połą­czy logiczne myśle­nie typowe dla mate­ma­ty­ków z wie­dzą che­miczną i fizyczną czy naukami bio­lo­gicz­nymi, a do tego bar­dzo lubi­łam też język pol­ski. Wyszło mi, że wszystko to łączy prawo. Dosta­łam się na prawo, może nie­ko­niecz­nie byłam naj­lep­szą stu­dentką, ale zda­łam wszystko w ter­mi­nie, obro­ni­łam pracę.

Od razu pani wie­działa, że chce zostać pro­ku­ra­to­rem?

B.Z.: To wyszło tro­chę przez przy­pa­dek, bo aku­rat mia­łam do wyboru apli­ka­cję rad­cow­ską i pro­ku­ra­tor­ską. Pomy­śla­łam sobie, że nie bar­dzo widzę poszu­ki­wa­nie zakładu pracy, w któ­rym mogę pra­co­wać jako radca, a w pro­ku­ra­tu­rze była jesz­cze wtedy apli­ka­cja zawo­dowa. Przyj­mu­jący mnie wów­czas pro­ku­ra­tor woje­wódzki nie był zbyt entu­zja­stycz­nie nasta­wiony, ale w tam­tym cza­sie kobiet w zasa­dzie nie zachę­cano do jakiej­kol­wiek pracy, bo jesz­cze zaj­dzie w ciążę, pój­dzie na wycho­waw­czy i będzie zaj­mo­wać się dziećmi. Minęło czter­dzie­ści lat i w tym zakre­sie nie­wiele się zmie­niło - domi­nuje ta sama nar­ra­cja o ciąży, zwol­nie­niach na chore dziecko, a etat będzie zajęty. Muszę jed­nak przy­znać, że fak­tycz­nie mia­łam taki czas, kiedy wię­cej mnie w pracy nie było, niż byłam, bo szłam na zwol­nie­nie lekar­skie. Trwało to tak długo, aż dziecko wyro­sło ze wszyst­kich cho­rób. Potem musia­łam nad­go­nić ten czas, kiedy nie było mnie w pracy, i to też było trudne, ale już byłam w pracy stale, nie tylko kilka razy w mie­siącu. Pra­cu­jąc w pro­ku­ra­tu­rze w Star­gar­dzie, pro­wa­dzi­łam sporo spraw o oszu­stwa, to dobrze mi wycho­dziło. Kie­dyś nawet sąd odwo­ław­czy napi­sał, że zebra­łam bogaty mate­riał dowo­dowy. Czu­łam się dumna z tego, że sąd to doce­nił, bo zwy­kle sądy do orga­nów takich jak poli­cja czy pro­ku­ra­tura pod­cho­dzą bar­dzo kry­tycz­nie. Inna, dość trudna sprawa doty­czyła leka­rza, przez któ­rego zanie­cha­nie doszło do śmierci nowo­rodka. W zasa­dzie to dziecko zostało wydo­byte z ciała kobiety już bez oznak życia. Gło­śno było w Star­gar­dzie o tej spra­wie. Tym bar­dziej że oskar­żony to ordy­na­tor oddziału.

Powi­nien być doświad­czony i odpo­wie­dzialny.

B.Z.: Pan ordy­na­tor stwier­dził, że kobieta sama uro­dzi. A to nie miało prawa się udać.

Lata minęły, a ja mam wra­że­nie, że do dziś takie przy­padki się zda­rzają...

B.Z.: Nie­stety... Prze­ło­żeni przy­glą­dali mi się, jak sobie pora­dzę z takimi tema­tami. Pora­dzi­łam sobie. Gdy wyrok zapadł i już się upra­wo­moc­nił, ta kobieta i jej mąż przy­szli do pro­ku­ra­tury z olbrzy­mim bukie­tem kwia­tów. Pokrzyw­dzeni potra­fią oka­zać wdzięcz­ność za naszą pracę. A ta praca pole­gała na wyka­za­niu, że ktoś był winny okre­ślo­nego zacho­wa­nia. Inna kwe­stia, że w tej sytu­acji wyma­gało to też pew­nej odwagi, żeby prze­ciw­sta­wić się wysoko posta­wio­nemu leka­rzowi z kon­tak­tami.

Na jaką karę został wtedy ska­zany?

B.Z.: Dostał zakaz wyko­ny­wa­nia obo­wiąz­ków ordy­na­tora i karę pozba­wie­nia wol­no­ści w zawie­sze­niu. To nie była kara bez­względna, bo jego zwią­zek z tym zda­rze­niem pole­gał na tym, że powie­dział, że ta pani ma uro­dzić sama i tyle, nie był to błąd w dzia­ła­niu.

Bar­dziej wyglą­dało to na zanie­cha­nie.

B.Z.: Dokład­nie, dla­tego też nie można było tego uznać za dzia­ła­nie bez­po­śred­nie. Ten lekarz prze­stał być ordy­na­to­rem, ale naj­dziw­niej­sze w tej spra­wie było to, że leka­rze, któ­rzy mogli zło­żyć obcią­ża­jące go zezna­nia, bo mieli odpo­wied­nią wie­dzę, podej­rze­nia i mogli wycią­gnąć wnio­ski, nie powie­dzieli nic. Zro­biła to pie­lę­gniarka.

Nie wiem dla­czego, ale wcale mnie to nie dziwi...

B.Z.: To powiem jesz­cze coś. Ja ten akt oskar­że­nia napi­sa­łam wbrew opi­nii, którą wydali bie­gli sądowi z zakresu gine­ko­lo­gii i położ­nic­twa. Poszłam cał­ko­wi­cie pod prąd, co póź­niej zda­rzało się jesz­cze wiele razy.

Znów mam wra­że­nie, że przez lata nic się nie zmie­niło. Gło­śna sprawa Iza­beli z Psz­czyny. Ostat­nio zapadł wyrok ska­zu­jący leka­rzy na karę bez­względ­nego pozba­wie­nia wol­no­ści.

B.Z.: Gdyby cokol­wiek zro­biono, nawet gdyby tam, powiedzmy, coś się wyda­rzyło w trak­cie, zda­rzają się prze­cież różne sytu­acje, to nie mie­li­by­śmy takich pre­ten­sji. Tutaj jed­nak nic się nie wyda­rzyło. Ona w miej­scu, gdzie miano jej udzie­lić pomocy, cze­kała i cze­kała, żeby się nią zajęto, i co?

I nic, wła­śnie o to cho­dzi.

B.Z.: Tak, i uwa­żam, że o tym trzeba mówić. Jako dzien­ni­ka­rze macie być tym wyrzu­tem sumie­nia. Wyczu­lać, uczu­lać, mówić. Ktoś to musi robić. Będąc jesz­cze czyn­nym pro­ku­ra­to­rem, nie mogłam mówić ni­gdzie indziej poza salą roz­praw, ale pań­stwo jako dzien­ni­ka­rze mają o wiele więk­sze moż­li­wo­ści, aby nagła­śniać, przy­po­mi­nać, wyczu­lać, budzić sumie­nia ludzi. Choćby w sytu­acjach prze­mo­co­wych - sąsie­dzie, jeśli widzisz coś takiego, zain­te­re­suj się, zare­aguj.

Nie­stety widoczna jest ten­den­cja do uda­wa­nia, że dany pro­blem nas nie doty­czy.

B.Z.: Oczy­wi­ście, to widać nawet w kon­tek­ście prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Ona na co dzień nie dotyka bez­po­śred­nio zwy­kłych ludzi, więc wydaje nam się, że to nie jest wymie­rzone w nas. Jak ktoś sobie han­dluje nar­ko­ty­kami czy wyłu­dza podatki, to niech sobie to robi. Tyle że prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­wana gene­ruje całe mnó­stwo innych prze­stępstw. Trzeba na to patrzeć sze­roko, bo cho­ciaż ktoś gdzieś orga­ni­zuje prze­myt czy pro­duk­cję nar­ko­ty­ków, obraca tonami tych środ­ków, to na dole jest zwy­kły diler, od któ­rego nar­ko­tyki może kupo­wać nasze dziecko. Pamię­tajmy też o tym, że jak dziś ktoś han­dluje ilo­ściami liczo­nymi w gra­mach i nie wpad­nie, to jutro będzie już han­dlo­wał kilo­gra­mami i anga­żo­wał do tego inne osoby. Jeśli się tego nie zatrzyma, to będzie się roz­ra­stać.

Jak pro­ku­ra­tor docho­dzi do tego momentu, w któ­rym zaczyna zaj­mo­wać się coraz poważ­niej­szymi for­mami prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej?

B.Z.: Dosta­łam na swoje biurko sprawę doty­czącą grupy zaj­mu­ją­cej się kra­dzie­żami samo­cho­dów. To była koń­cówka lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Zatrzy­many został też fał­szerz, który wyra­biał doku­menty lega­li­za­cyjne do tych samo­cho­dów, które pocho­dziły z naprawdę róż­nych źró­deł. Zaj­mo­wa­łam się tym kilka lat i to była dla mnie taka szkoła, jak funk­cjo­nują grupy prze­stęp­cze. Swoją drogą, tutaj widać, jak histo­ria lubi pła­tać figle, bo w jed­nej z takich grup dzia­łał nie­jaki Robert S. Ten sam, za któ­rego zabój­stwo nie­słusz­nie ska­zano potem Arka­diu­sza Kra­skę. Ta grupa była świet­nie zor­ga­ni­zo­wana, samo­chody pozy­ski­wano z terenu Nie­miec i prze­rzu­cano przez Pol­skę na tereny państw postra­dziec­kich przez różne przej­ścia, w róż­nych warian­tach, w różny spo­sób. I tak Robert S. stał się jed­nym z oskar­ża­nych przeze mnie o udział w tej gru­pie. Zawsze nad­rzęd­nym celem postę­po­wa­nia było usta­le­nie, do kogo nale­żał dany samo­chód, na czyją szkodę został skra­dziony czy wyłu­dzony. Dalej, kto zaj­mo­wał się jego prze­trans­por­to­wa­niem z Nie­miec przez gra­nicę pol­ską i potem na Wschód, kto go tam przej­mo­wał. Pol­ska była w tym przy­padku tylko kra­jem tran­zy­to­wym. Mnie ni­gdy samo­chody wybit­nie nie inte­re­so­wały i nie sta­no­wiło to przed­miotu moich marzeń. Pamię­tam, jak roz­ma­wia­łam z funk­cjo­na­riu­szem pro­wa­dzą­cym tę sprawę i on powie­dział, że mamy skra­dziony cią­gnik sio­dłowy. Zapy­ta­łam go wtedy takim słod­kim, nie­win­nym gło­sem: "To oni trak­tory też kradną?". Ten poli­cjant spoj­rzał na mnie wtedy z prze­ra­że­niem. Bał się, że będziemy tę sprawę w pew­nym sen­sie pro­wa­dzić razem. Pro­wa­dzi­li­śmy, i to z wie­loma suk­ce­sami. Sporo osób zostało ska­za­nych. Prawda jest też taka, że to, czy skra­dziono samo­chód oso­bowy, trak­tor czy cią­gnik sio­dłowy, też nie miało aż tak wiel­kiego zna­cze­nia. Naj­waż­niej­sze było usta­le­nie, na czyją szkodę, o jakiej war­to­ści i jakie prze­stęp­stwo zostało popeł­nione.

W osta­tecz­nym roz­ra­chunku liczy się efekt.

B.Z.: Efekt był taki, że zapa­dły same wyroki ska­zu­jące. Udało się nawet usta­lić Niem­ców, któ­rzy byli tu, w Pol­sce, i byli tak zwa­nymi woza­kami, czyli kie­row­cami szmu­glu­ją­cymi te samo­chody. Cho­dzi o to, że jak pojazd miał nie­miec­kie numery reje­stra­cyjne i pro­wa­dził go Nie­miec, to nie wzbu­dzało podej­rzeń. Ta sprawa była olbrzy­mia. Powiedzmy, że w kom­pu­te­rze u fał­sze­rza ujaw­ni­li­śmy dane tysiąca pojaz­dów, powią­za­li­śmy to z dziu­plami, a tam doku­menty kolej­nych samo­cho­dów i nagle robiło się tysiąc razy dzie­sięć. Tego było bar­dzo dużo i cały spo­sób funk­cjo­no­wa­nia tego pro­ce­deru nie mie­ścił się już w kodek­so­wej for­mule dzia­ła­nia "wspól­nie i w poro­zu­mie­niu". Jeden wyłu­dzał samo­chód z jakiejś wypo­ży­czalni w Niem­czech, prze­ka­zy­wał go woza­kowi, on dostar­czał samo­chód do Szcze­cina, a dalej jechał nim ktoś inny. Każdy odpo­wia­dał za swój wyci­nek pro­ce­deru i nie znał innych ele­men­tów ani osób - stąd for­muła "wspól­nie i w poro­zu­mie­niu" nie zna­la­złaby tu zasto­so­wa­nia. To już bar­dziej for­muła dzia­ła­nia w gru­pie prze­stęp­czej, bo nie­jako speł­niała wszyst­kie kry­te­ria. Tyle że począt­kowo sądów nie prze­ko­ny­wały takie akty oskar­że­nia. To trwało kilka lat, zanim sku­tecz­nie można było ten prze­pis sto­so­wać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki