Pytania
Patryk Szulc: Jak to jest z tymi przestępcami? Niektórzy wpadają,
odbywają karę, czegoś się uczą i postanawiają, że kończą z takim życiem.
Ale bardzo wielu wraca na drogę przestępczą. Są tacy, którzy robią to
regularnie. Choćby Marek M. pseudonim "Oczko". Czy z pani punktu
widzenia jako oskarżyciela, jeśli doprowadzamy do skazania przestępcy, a potem ten człowiek znów wraca na złą drogę, to nadal można mówić o sukcesie czy już o porażce?
Barbara Zapaśnik: Dotknął pan bardzo ważnych problemów. Myślę, że to
należałoby również rozpatrywać w kategoriach naszego systemu
penitencjarnego, czy jest wydolny, czy niewydolny. Nie chciałabym w tej
chwili tak głęboko w to wchodzić, ale od strony czysto osobniczej są
ludzie, którzy zdecydowali, że będą przestępcami zawodowymi. To jest ich
sposób na życie. Muszę powiedzieć, że większość z tych, którym
przedstawiałam zarzuty, a potem przeciwko nim kierowałam akt oskarżenia,
nie wróciła do przestępstwa i zakończyła swoją działalność w tej sferze.
Oczywiście jest pewien procent, który te przestępstwa nadal popełnia, bo
nie chce zmieniać branży, stylu życia i dalej w tym tkwi. Po prostu ten
typ tak ma.
W maju 1997 roku Rafał Ch. pseudonim "Czarny" zaczął zeznawać przeciwko
Markowi M. pseudonim "Oczko". Drugim obciążającym Marka M. człowiekiem
był Artur R. pseudonim "Tuła". To ich wiedza, wykorzystana przez
prokurator Barbarę Zapaśnik, pozwoliła na rozbicie w lutym 1998 roku
gangu "Oczki". Zatrzymano wówczas kilkudziesięciu gangsterów, w tym
samego Marka M. i Marka D. pseudonim "Duduś". Dalej czekał ich proces,
który zakończył się w grudniu 1999 roku. Skazano w nim "Oczkę" i "Dudusia" na kary 13 lat pozbawienia wolności. Pozostali usłyszeli
mniejsze wyroki.
Są też tacy jak Rafał Ch. pseudonim "Czarny", który pod koniec lat
dziewięćdziesiątych pogrążył grupę "Oczki", nie dostając tak naprawdę
nic w zamian, bo nie było wtedy jeszcze choćby instytucji świadka
koronnego.
B.Z.: Jaka była faktycznie jego motywacja, tylko on wiedział. Ja
wiem tyle, ile on mi powiedział na temat tego, jakim motywem kierował
się, podejmując ze mną rozmowę. Mogłam wywnioskować, że był po prostu
rozżalony postawą swoich wspólników, którzy zamiast go wspierać, kiedy
był tymczasowo aresztowany, okradali jego i jego najbliższych. Poczuł
się zdradzony i oszukany, więc postanowił, że weźmie pewnego rodzaju
odwet. Skoro oni się zachowali wobec niego nie w porządku, to on nie
czuł się już związany jakimiś tam zasadami solidarności i zaczął
ujawniać ich działania przestępcze. Tyle. W tamtym czasie, kiedy on
zaczynał składać zawiadomienia o przestępstwie, nie mógł liczyć na żadne
formalne profity, bo wtedy faktycznie nie było jeszcze stosownych
przepisów. One się pojawiły w późniejszej kodyfikacji, w postaci
artykułu 60 z nadzwyczajnym złagodzeniem kary (Artykuł 60 § 3 Kodeksu
karnego, wprowadzający instytucję tak zwanego małego świadka koronnego,
w przestępczym slangu zwanego odtąd "sześćdziesioną", co jest synonimem
kapusia, kabla, donosiciela - przypis autora). W tamtym okresie tego
nowego kodeksu jeszcze nie było, więc nie było też podstaw do jakiegoś
szczególnego traktowania Rafała Ch. Owszem, postawa, jaką wykazuje dana
osoba, nawet w innym postępowaniu, jest brana pod uwagę i to w poprzedniej regulacji prawnej też obowiązywało. Ale nie istniały takie
gwarancje, jak w nowym kodeksie karnym.
Jak wyglądał Szczecin końcówki lat dziewięćdziesiątych, kiedy właśnie
"Czarny" zdecydował się na współpracę? Pamiętam choćby z Alfabetu
mafii takie obrazki, jak "Oczko" parkował pod komendą swoje żółte
Ferrari, a gangsterzy ostentacyjnie panoszyli się w mieście. Trzeba było
stawić temu czoła i coś z tym zrobić, by na ulicach zwykli ludzie znów
mogli poczuć się bezpiecznie.
B.Z.: Tak było. Choćby restauratorzy musieli się im opłacać, znosić
ich zachowania, które były nie do przyjęcia. W zasadzie, gdy się
pojawiali chłopcy z miasta, to w tym momencie już inni goście wychodzili
z lokalu, bo nie czuli się bezpiecznie. Szczecin nie był bezpiecznym
miastem. Pamiętam jedną ze spraw, kiedy doszło do strzelaniny. Pocisk
trafił przez okno do przypadkowego mieszkania. Tamtejszy lokator miał
dużo szczęścia - przeżył tylko dlatego, że usiadł w fotelu, a nie stał.
Kiedy instytucje takie jak policja, prokuratura zorientowały się, że w Szczecinie naprawdę źle się dzieje? Tak jak pani powiedziała, ulice były
pod kontrolą chłopców z miasta, ale to nie stało się z dnia na dzień.
B.Z.: Proszę pamiętać, że w tym czasie była zmiana władz w Polsce.
To były zmiany bardzo dalekie i głębokie, a wraz z nimi walka o władzę i wpływy. W takich sytuacjach siły i środki uruchamia się w zupełnie innym
kierunku, a ulica i obywatele są daleko w tle, bo państwo jest zajęte
zupełnie czymś innym. W tym momencie zaczynają się właśnie rodzić te
wszystkie grupy. Trzeba pamiętać, że przestępczość zorganizowana była,
jest i będzie. Chodzi o skalę, na jaką ona występuje. Są momenty w funkcjonowaniu państwa, kiedy ta przestępczość jest cały czas tropiona i ścigana, więc ona nie ma możliwości, aby się rozwijać, i funkcjonuje w ukryciu, aby nie narażać się organom ścigania. Jeśli państwo zajęte
będzie czymś innym, to wtedy te grupy zaczynają szaleć i właśnie chłopcy
z miasta wchodzą do lokali i rządzą, a obywatel niestety musi wtedy
wyjść, jeżeli nie chce się mierzyć z silną grupą. Jak już państwo nie
interesuje się tym, co się dzieje na ulicy, w mieście i w życiu
obywateli, bo jest zajęte czymś innym, to w tym momencie do głosu
dochodzą właśnie te grupy przestępcze, które wychodzą spod ziemi. Na
przełomie wieków XX i XXI nasze państwo zajmowało się ukształtowaniem
swojego ustroju i w związku z tym nie interesowało się przestępczością
zorganizowaną. Gangsterzy się rozpanoszyli i obywatele byli
niezadowoleni z tej sytuacji. Restauratorzy byli niezadowoleni, bo
przecież ich "haraczowano" w pierwszej kolejności. Organy musiały zacząć
działać, co było dosyć trudne, bo te grupy były dość liczne, przeciętny
dzielnicowy nie wiedział o nich wszystkiego. Brakowało rozeznania,
trzeba było je zrobić. Myślę, że to niezadowolenie obywateli wymusiło
działania organów ścigania. Prokurator sam z siebie nie może wszcząć
czegokolwiek, musiał ktoś przyjść albo złożyć zawiadomienie na piśmie.
Oczywiście nie chodzi o to, żeby ten ktoś sam chodził po mieście,
ustalał świadków i okoliczności zdarzenia. Jak przyjdzie i złoży
zawiadomienie, że spotkało go to i to, ja już mogę wszcząć postępowanie.
Tyle że taki restaurator nie przyjdzie i nie powie, że jest
"haraczowany", bo wtedy sam wystawiłby się bandytom na rzeź. Ludzie bali
się zemsty. Nawet jeśli czasami sprawy kończyły się skierowaniem aktu
oskarżenia do sądu, to poszkodowani się wycofywali i nie dochodziło do
procesu. Ewentualnie, gdy już dochodziło, przychodzili do sądu i mówili,
że nic nie pamiętają. Dlaczego? Myślę, że to jasne.
Wszyscy byli zastraszeni...
B.Z.: Tak, i dlatego ten zwykły tryb przewidziany w procedurze
karnej, kiedy przychodzi pokrzywdzony i zawiadamia, co zrobili mu X i Y,
nie wchodził w grę. Trzeba było zrobić to inaczej, cały czas chroniąc
tego pokrzywdzonego i nie narażając go. A z drugiej strony ja musiałam
mieć jakiś dokument, formalne podstawy, by działać. Nie mogłam oczekiwać
od obywateli heroizmu, aby ten pokrzywdzony stanął oko w oko z bandytami
i wprost powiedział, który i co mu zrobił. Tu bez wątpienia z pomocą
przyszły te nowe instytucje, takie jak "duży" i "mały" świadek koronny.
Jeżeli był jakiś złapany na gorącym uczynku przestępca, który przeliczył
sobie, że nie opłaca mu się siedzieć, bo będzie siedział za długo, ale
może poprawić swoją sytuację, jak na przykład powie o tym, że ktoś
zrobił to, a inny tamto, to ten artykuł 60 i nadzwyczajne złagodzenie
kary bardzo fajnie działały. Tymczasem ustawa o świadku koronnym, która
później się pojawiła, wydaje mi się, że nie jest najszczęśliwszym
rozwiązaniem. Myślę, że dobrze by było, żeby ta ustawa o świadku
koronnym jednak została zmieniona lub stworzona od nowa. To, co praktyka
z nią zrobiła, pokazuje szereg lat jej stosowania. Słynny przykład
"Masy".
Nadużyć instytucji "małego" świadka koronnego też nieco jest, prawda?
Ona również nie zawsze dobrze działa.
B.Z.: Akurat ten przepis według mnie zdał egzamin. Ktoś, kto jest
nieuczciwy od początku do końca, to będzie wszystkiego nadużywał. To już
nasza głowa w tym, żeby nie dać się zwieść. Czyli krótko mówiąc, jeżeli
złapany za rękę przez policję mówi: "to ja wam opowiem o tym czy o tamtym", to ja go wysłucham, taka moja rola. Tylko potem muszę poszukać
innych dowodów i to sprawdzić. Naszym obowiązkiem jest weryfikować, bo
przestępca o czymś mówi, mając z tego określoną korzyść. Najważniejsze
są czyny, nie musi być nawet wskazania na określone osoby. To jest mój
punkt wyjścia.
Jeszcze drążąc temat tego "małego" świadka koronnego, przypomnę sytuację
poniekąd dotyczącą Szczecina, chociaż mały świadek koronny był z zupełnie innej miejscowości, konkretnie z Poznania. Paweł P. pseudonim
"Ramzes". Zatrzymanie Michała Materli, zawodnika MMA ze Szczecina, który
trafił do aresztu, usłyszał poważne zarzuty, a dziś walczy o odszkodowanie, bo okazało się, że miał zostać przez "Ramzesa" pomówiony.
Czasem jednak to idzie na tyle daleko, że śledczy dają wiarę w takie
zeznanie i dopiero kiedy już ktoś jest w areszcie, ma zarzuty, okazuje
się, że jednak to nie była prawda i że siedzi człowiek niewinny. Co
wtedy?
B.Z.: W mojej ocenie podstawą pracy prokuratora jest zasada
wskazania, czy to na czyn, czy na osobę. Ja to muszę sprawdzić. Nie mogę
na wiarę przyjmować, że to prawda. W tych sprawach, które prowadziłam,
pojawiali się panowie, którzy chcieli poprawić swoją sytuację i składali
wyjaśnienia, mówiąc o innych czynach, mówiąc o innych osobach. To nie
oznacza, że było to już dla mnie pełnowartościowym, stuprocentowym
dowodem na sprawstwo tej innej osoby. Mój sposób prowadzenia spraw
polegał na tym, że jeśli miałam określoną wiedzę o czynach, a tu cały
czas będę się upierała przy tym, że to najistotniejszy element, to
trafia się potem na sprawcę, na jego motywację, oskarżenie, na żądanie
określonej kary. Punktem wyjścia zawsze jest czyn. Mając taką wiedzę,
staram się to sprawdzić, potwierdzić, czy dane zdarzenie miało miejsce,
ile osób brało w nim udział albo czy miało ono związek z konkretną grupą
przestępczą. Potem trzeba zweryfikować zakres i sposób działania takiej
grupy, dalej szukać i dojść do sedna.
To bardziej forma działania operacyjnego?
B.Z.: Prokurator nie prowadzi już działań operacyjnych, to przede
wszystkim policja. Prokurator działa, wszczynając postępowanie, do czego
musi mieć podstawy. Rozgraniczmy dwa etapy - jest rozpracowanie,
prokuratora tam w ogóle nie ma, nie bierze w tym udziału i nawet go to
do końca nie interesuje. To jest coś, czym zajmuje się policja. Oni
ustalają, badają grupy przestępcze, konkretne osoby, zakres terytorialny
ich działania. Gdy już mają szerokie spektrum ustaleń, to wtedy mogą
rozmawiać z prokuratorem. Pokazują, co mają i że już są gotowi do tego,
żeby przejść na proces, jak to się mówi. Wtedy musi zaistnieć czynność
procesowa, która to rozpocznie - na przykład zawiadomienie o przestępstwie.
Kto składa zawiadomienie w sytuacji, kiedy policja operacyjnie ma już
materiał i konkretne ustalenia, ale nie ma pokrzywdzonego czy świadka,
który zdecyduje się na złożenie zawiadomienia?
B.Z.: Powiedzmy, że jest restaurator pokrzywdzony wymuszaniem od
niego haraczy. On może ograniczyć swoje zawiadomienie, że przychodzi do
niego bliżej nieokreślona grupa osób i wymusza od niego pieniądze pod
groźbą zrobienia mu krzywdy czy zdemolowania lokalu. Mamy więc do
czynienia z wymuszeniem rozbójniczym. Wtedy można przesłuchać w charakterze świadka incognito jego pracownika i to on wskazuje
dokładne rysopisy czy okoliczności. To minimalizuje ryzyko dla
restauratora, bo jak przyjdą do niego chłopcy z miasta i powiedzą, że ma
wycofać zawiadomienie, to przecież on nie złożył zawiadomienia przeciwko
nim. Inaczej on by za miesiąc przyszedł i faktycznie powiedział, że się
wycofuje, bo znów go nachodzą i mu grożą. Oczywiście po takich
zawiadomieniach policja musiała mieć baczenie na bezpieczeństwo tego
człowieka.
To było wtedy obwarowane przepisami i procedurami, że policja ma mu
zapewnić bezpieczeństwo, czy to działało bardziej na słowo honoru?
B.Z.: Bardziej było to związane z tym, że tak po prostu trzeba -
skoro obywatel jest zagrożony lub czuje się zagrożony, to policja ma
obowiązek na zasadach ogólnych zadbać o bezpieczeństwo tego człowieka.
Mówiła pani przed chwilą o instytucji świadka incognito. W jakim
stopniu jest to instytucja skuteczna i bezpieczna? Pytam dlatego, że
znam wiele przypadków, w których świadek incognito okazuje się nie
do końca incognito.
B.Z.: Ustanowiłam w swojej pracy, odkąd pojawiła się ta możliwość,
wielu świadków incognito i powiem szczerze, że nigdy się nie
zawiodłam. Oczywiście, że wymagało to odpowiedniej wiedzy,
przygotowania, czy faktycznie ta osoba może, czy nie może być tym
świadkiem, i to było dyskutowane, bo w tej instytucji chodzi o to, by
sprawca nie mógł świadka zidentyfikować. Akurat w działalności grupy
Marka M. pseudonim "Oczko" była forma "haraczowania" prostytutek
stojących przy trasie. Skąd oni mogli wiedzieć, która z nich akurat
składa zeznania? Tam właśnie zdecydowałam się na wykorzystanie świadka
incognito.
Czy technicznie taka osoba odgrywa w postępowaniu podwójną rolę - jako
pokrzywdzona i świadek incognito?
B.Z.: Taka osoba od razu oświadczała, że ona rezygnuje ze wszelkich
form dochodzenia swoich praw jako pokrzywdzona.
Zastanawiało mnie właśnie to, czy taka osoba składa w postępowaniu
podwójne zeznania.
B.Z.: Osoba pokrzywdzona ma określone prawa w procesie. Jeśli
zrezygnowała z tych wszystkich praw, bo chce tylko złożyć obciążające
zeznania, robi to wyłącznie jako świadek, mając zapewnioną anonimowość.
Co do skuteczności samej instytucji, nie spotkałam się z tym, by
ustanowieni przeze mnie świadkowie incognito składali fałszywe
zeznania. Rzecz w tym, że postanowienie o utajnieniu zeznań jest
czynnością wtórną - świadek najpierw składa zeznania, a dopiero potem
utajniamy świadka. On do samego końca nie wie, czy tak się stanie. To
nie może działać tak, że świadek stawia nam warunek - jak utajnicie moje
dane, to ja zeznam. To dopiero tworzyłoby pole do nadużyć.
To jest troszkę jak ze świadkiem koronnym, że on też najpierw musi
opowiedzieć, a dopiero potem ocenia się, w jakim stopniu to jest
wartościowe.
B.Z.: Tak, najpierw powiedz, a ja zdecyduję, czy faktycznie to jest
mocny materiał.
Samodzielna dekonspiracja świadka incognito - takie przypadki
zdarzają się w praktyce.
B.Z.: Nawet gdybym wiedziała, to i tak nic bym nie powiedziała w tym
zakresie. Ogólnie powiem tylko tyle, że jeżeli ktoś sam się
dekonspiruje, to sam się dekonspiruje, ale to wcale nie oznacza, że ja
muszę to potwierdzić. Musi być zachowana procedura, czyli krótko mówiąc,
musi być postanowienie o uchyleniu postanowienia o uznaniu jego danych
za tajemnicę. Aby móc cokolwiek zrobić, to najpierw trzeba wydać
stosowne postanowienia. Może być tak, że prokurator uchyli postanowienie
o utajnieniu i dana osoba już nie jest świadkiem incognito, ale chodzi
sobie i opowiada różne rzeczy, a my już nie mamy z tym nic wspólnego. W każdym razie do momentu wydania postanowienia ze wszystkimi jego
rygorami - możliwością złożenia zażalenia i tym podobnymi - nie można
ani potwierdzić, ani zaprzeczyć, czy ktoś jest świadkiem incognito.
Na pewnym etapie właśnie choćby przez pozyskanie osób współpracujących z wymiarem sprawiedliwości czy nakłanianie pokrzywdzonych do składania
zawiadomień udało się rozpracować takie grupy jak ta Marka M. pseudonim
"Oczko". Jak wyglądały wtedy możliwości prokuratury, a jak możliwości
środowisk przestępczych? Czy to był swego rodzaju wyścig? Kto był w nim
górą?
B.Z.: Przegraną było już to, że te grupy się tak rozpanoszyły w naszym życiu. Przegraną dla policji i prokuratorów. To, że wchodzą do
lokalu chłopcy z miasta i tam rządzą, a zwykli klienci muszą wyjść.
Organy państwa były raczej w defensywie, byliśmy daleko z tyłu i dopiero
upowszechnienie się tego zjawiska wymusiło przyspieszone działania.
Pojawił się zespół śledczy, wprowadzono przepisy, które na coś więcej
już pozwalały. Choćby instytucja świadka koronnego to odpowiedź na to,
co grupy przestępcze zrobiły z naszym państwem. Zdewastowały porządek
prawny, nie było dla niego żadnego poszanowania. Oni byli przed nami, a my próbowaliśmy przywrócić ten porządek.
Z czego mogło wynikać to rozpanoszenie, poza wspomnianym faktem, że
władza skupiona była na innych rzeczach?
B.Z.: Próbuję przypomnieć sobie czas, kiedy instytucje podległe
ministerstwu spraw wewnętrznych czy wymiar sprawiedliwości były poważnie
dofinansowywane (śmiech). Prawdę mówiąc, zwykle wyglądało to cienko...
Kiedy już była totalna ruina, dewastacja i bieda, to wtedy ktoś szedł po
rozum do głowy i jakieś pieniądze przekazywano, czy to na policję, czy
prokuraturę. Zazwyczaj jednak te nasze resorty funkcjonowały w niedostatku. Inna kwestia to instrumenty prawne. Jeśli mam odpowiednie
instrumenty, to łatwiej mi poprowadzić postępowanie, schwytać określone
osoby i postawić je przed sądem.
Czy na tamtym etapie bywało tak, że gangsterzy wam jako instytucjom
wprost śmiali się w twarz? Powiedzmy, że dochodzi do zatrzymania,
przesłuchania, a gangster siada rozparty na krześle i mówi "nic na mnie
nie macie". A wy wiecie, że ma rację.
B.Z.: Na początku niektórzy panowie w ten sposób się zachowywali. Ja
jednak nie jestem taka wrażliwa, więc nawet jeśli siedział rozparty, to
nie robiło na mnie wrażenia. Robiłam swoje.
Zdarzały się odwrotne sytuacje? Że ktoś z grupy chciał, choćby
nieformalnie, przekazać sam z siebie pewne informacje?
B.Z.: Takiej rozmowy to ja bym się bała. Zastanowiłabym się też, czy
to nie jest stracony czas, bo jaki interes ma gangster, żeby mi szczerze
powiedzieć, co wie i o czym myśli? Chyba tylko, żeby wystawić mi
konkurencję. I w porządku, mam tę jego konkurencję i dla mnie jest
obojętne, czy najpierw ścigam jego, czy jego oponentów. I tak będę ich
ścigała. Raz miałam sytuację, że tymczasowo aresztowany fałszerz
dokumentów powiedział mi, jakie dokumenty zamawiały u niego konkretne
grupy. To już mi dużo ułatwiło, bo mogłam dane dokumenty i przestępstwa
powiązać z właściwymi grupami.
Co on z tego miał?
B.Z.: Nic, bo to nie było formalnie nigdzie protokołowane. On o tym
wiedział. Powiedzmy, że nie był do końca taki zły i chciał mi pomóc.
Owszem, ja mogę potem złożyć stosowne wnioski o złagodzenie kary, ale
muszę to czymś uzasadnić, choćby tym, że powiedział i wyjaśnił mi jedno,
ułatwił drugie, miał taką postawę procesową. Jeśli jednak ta postawa nie
wynika z akt, to nie mam argumentów.
Mówiliśmy wcześniej o tym, że zorganizowane grupy przestępcze istniały,
istnieją i istnieć będą. Gdy władza na nie patrzy, to one działają po
cichu, a jeśli nie patrzy, to się panoszą. Czy można z tego wyciągnąć
wniosek, że zawsze chodzi przede wszystkim o pieniądze?
B.Z.: To też zależy od właściwości osobniczych szefów, bo to oni
niejako kształtują te grupy. Jeśli szef chce tylko zarabiać, to tak
będzie i nie skończy się niczym bardziej ambitnym. Są jednak tacy,
którzy chcą większej władzy, szerszego terenu działania, eliminacji
konkurencji. Niektórzy chcą też dbać o swoją ekipę, a więc potrzebują
dobrych prawników, bo wiadomo, że jak jest na przykład handel
narkotykami, to gdzieś jego ludzie będą wpadać. Dobry adwokat pomoże
wyciągnąć ich z aresztu, ma też jakieś kontakty. Słowem - charakter
grupy zależy od cech osobniczych szefa.
Zostańmy jeszcze przez moment przy grupie Marka M. pseudonim "Oczko".
Były po drodze takie epizody gangsterskich porachunków, jak zabójstwo
Wiktora Fiszmana albo zajście w agencji towarzyskiej El Chico w Poznaniu. To są sprawy, które ciągnęły się później przez wiele lat.
Ostatnie decyzje w sprawie zabójstwa Fiszmana zapadły niedawno i to nie
były rozstrzygnięcia pozytywne dla prokuratury. Dlaczego to mogło tyle
trwać i tak się skończyć?
B.Z.: Dokładnie tych spraw nie znam, bo nie ja je prowadziłam. W moich sprawach maksymalny czas aresztu, od zatrzymania do skierowania
aktu oskarżenia do sądu, to był rok. Jak sprawa z tymczasowo
aresztowanymi była skierowana do sądu, to niejako wymuszało też na
sądzie, aby w miarę szybko rozstrzygnął. To i tak był krótki czas w porównaniu z tym, co się dzieje dzisiaj. A im krótszy ten czas, tym
lepiej, bo choćby świadkowie więcej pamiętają. Tam do wezwania świadka
przed sąd mijało około półtora roku, a nie tak, jak to się teraz zdarza,
że świadek jest wzywany na rozprawę po piętnastu czy dwudziestu latach.
Krótki czas prowadzenia sprawy wpływa na to, że ona obroni się przed
sądem. Im dłużej trwa, tym gorzej dla sprawy. Wykruszają się świadkowie
- do jednych docierają przestępcy i zastraszają, inni z racji chorób czy
wieku umierają. Swoje sprawy starałam się prowadzić szybko, oczywiście
bez uszczerbku dla jakości. Taktyka była taka, że zbliżałam się
maksymalnie do momentu, kiedy żeby coś zrobić dalej, konieczne były już
zatrzymania i zarzuty. Potem ruszały przesłuchania i nawet czasem
denerwowałam się, kiedy podejrzany chciał poprawić swoją sytuację
procesową i opowiedzieć mi o rzeczach, które nie do końca były w moim
przedmiocie zainteresowania. To wydłużało całe postępowanie, ale
przecież musiałam go wysłuchać. I wtedy faktycznie do momentu
skierowania aktu oskarżenia mógł minąć rok. W innych sprawach średnio
pół roku. Sprawa "Oczki" to było kilkanaście osób, same areszty i materiał wobec nich wszystkich został przekazany sądowi jednocześnie. To
istotne, bo przy zarzutach dotyczących grupy przestępczej nie można
dopuścić do tego, by oni wymieniali się informacjami, zaczęli docierać
do świadków czy inaczej wpływać na postępowanie. Dlatego synchronizacja
aresztowań i innych działań jest konieczna. Co innego dla przykładu
pijany kierowca. Jechał pod wpływem alkoholu, został zatrzymany,
usłyszał zarzuty, będzie oskarżony i tyle. Nie ma tam jakiegoś poważnego
ryzyka mataczenia, zastraszania świadków, uzgadniania wyjaśnień. Mogą
być więc stosowane wolnościowe środki zapobiegawcze.
W lipcu 1995 roku do klubu nocnego El Chico (czytaj: El Cziko) przy
ulicy Umultowskiej w Poznaniu weszło trzech mężczyzn. Zamówili drinka,
potem jeden z nich szukał telefonu. Zaprowadził go do niego ochroniarz -
wtedy doszło do szarpaniny. Napastnicy pobili ochroniarzy. Do tego Piotr
J. został postrzelony. Z ranami postrzałowymi brzucha, uda i łokcia w ciężkim stanie trafił do szpitala - udało mu się przeżyć. Drugi
ochroniarz, Dariusz K., zginął - również od ran postrzałowych. W 2002
roku odciski palców z paczki papierosów, szklanego stolika z klubu i mapy pozostawionej w samochodzie odstawionym po zbrodni do warsztatu
dopasowano do jednego z kilerów - Aleksandra S. Wpadł on chwilę
wcześniej jako podejrzany o rozbój w Niemczech. Zgubił wcześniej w pociągu dokumenty na nazwisko Zbigniew L. Niebawem kluczowe dowody z El
Chico (między innymi wspomniana paczka papierosów) - zniknęły. Za tę
wpadkę skazano później jednego z byłych już funkcjonariuszy Centralnego
Biura Śledczego. Dopiero po blisko dwudziestu latach od wydarzeń w El
Chico, w grudniu 2014 roku, za podejrzanych o pomocnictwo w zbrodni
uznano bossów szczecińskiego półświatka przestępczego - Marka M.
pseudonim "Oczko" oraz Marka D. pseudonim "Duduś". Najazd na El Chico
miał być elementem walki o kontrolę nad agencjami towarzyskimi przy
późniejszej autostradzie A1. W 2015 roku Aleksander S. został skazany na
karę dożywotniego pozbawienia wolności za zabójstwo i usiłowanie
zabójstwa w El Chico. Rok później karę obniżono do 25 lat więzienia.
Wtedy też "Oczko" i "Duduś" zostali natomiast skazani za pomocnictwo w zabójstwie ochroniarza w Poznaniu na 15 lat pozbawienia wolności. Sąd
apelacyjny uchylił później ten wyrok, bo uznał, że było to bardziej
podżeganie do wymuszenia rozbójniczego, a nie pomocnictwo w zabójstwie,
choć zdaniem prokuratury, bazującej na zeznaniach świadków, to "Oczko" i "Duduś" mieli dostarczyć rosyjskim kilerom broń, zorganizować transport,
wyżywienie i nocleg. W 2018 roku sąd nieprawomocnie w kolejnym procesie
uznał jednak, że mogliby odpowiadać nie za pomocnictwo w zbrodni, a co
najwyżej za podżeganie do niej, i umorzył postępowanie ze względu na
przedawnienie karalności czynu. W 2020 roku, w piątym procesie w tej
sprawie, znów uznano, że było to podżeganie do wymuszenia rozbójniczego,
które już się przedawniło. Postępowanie ponownie umorzono. Zdaniem sądu
motywy sprawców nie były jasne, nie było też wystarczających dowodów na
to, że rosyjscy gangsterzy jechali do El Chico po to, by dokonać
egzekucji. Nie można ponadto podżegać do zabójstwa bliżej nieokreślonej
osoby.
Zwolnienie z aresztu podejrzanego, który zdecydował się na współpracę,
to dziś bardzo częsta praktyka...
B.Z.: Ani razu, nawet jak w sprawie "Oczki" pojawił się człowiek,
który chciał coś ujawnić, nie wchodziło w grę jego zwolnienie. Inna
sprawa, że tak jak mówiłam, te dodatkowe informacje wymagały też
kolejnych czynności, a sprawę nadal trzeba było doprowadzić szybko do
końca. Tu dużą rolę odgrywała szczegółowość przesłuchania - miejsca,
daty, godziny, konkretne osoby, rysopisy. To wszystko trzeba było
zweryfikować. Znów punktem wyjścia był czyn, a w miarę potwierdzania
informacji i zbierania dowodów te rewelacje podejrzanego stawały się
dodatkiem do całości. Były dwa główne powody, dla których nie uchylałam
tymczasowego aresztowania. Pierwszy to najważniejsza weryfikacja, czyli
złożenie wyjaśnień przed sądem. Przesłuchania w prokuraturze nie dawały
mocnego przekonania o wiarygodności. Tymczasem na sali sądowej,
publicznie patrząc w oczy wspólnikom, ten oskarżony miał ich obciążyć.
Drugi powód to stały, niczym nieutrudniony kontakt, bo przecież trzeba
było zadać dodatkowe pytania czy wykonać inne czynności z jego udziałem.
Tymczasowe aresztowanie zapewniało pełną dyspozycyjność takiej osoby.
Przy tym pojawił się trzeci powód, już nie tak istotny z procesowego
punktu widzenia. W ten sposób, paradoksalnie, zapewniane było
bezpieczeństwo takiej osobie. Ten specyficzny podejrzany był umieszczany
na oddziale chronionym, w specjalnej celi z wszystkimi gwarancjami i to
dawało pewność, że nikt nie jest w stanie go zastraszyć ani wyrządzić
krzywdy.
Jakie to uczucie, gdy te osoby, które kiedyś się oskarżało i były potem
skazywane, wracają dziś na szczecińskie ulice? Co więcej,
niejednokrotnie, nawet w ostatnich latach, znów uczestniczą w porachunkach.
B.Z.: Jeśli mamy nastawienie, że sprawa i wyrok zmienią człowieka,
to mamy raczej złe albo idealistyczne podejście. Są tacy, na których
kara robi wrażenie, a są tacy, na których wrażenia nie robi i oni będą
dalej realizować swój pomysł na życie. A ten pomysł jest taki, by stać
się zawodowymi przestępcami. Nie bardzo chcę się do tego odnosić,
przyjmuję, że po prostu tak jest.
A to, że oni mogą się teraz mścić za wyeliminowanie ich z rynku, kiedy
nie mogli zarabiać i poszerzać swoich wpływów? Czy jest gdzieś z tyłu
głowy taka świadomość, że może coś się wydarzyć? Nie da się ukryć, że
wielu osobom zaszła pani za skórę.
B.Z.: Jeżeli będą chcieli coś zrobić, to po prostu to zrobią. Nie
umiem w tej chwili ustosunkować się do tak postawionego problemu, bo w zasadzie to nawet nie jest pytanie, to jest problem. Muszę się nad tym
zastanowić. Na pewno nie ucieknie się przed jakimkolwiek zagrożeniem, bo
jak ktoś chce kogoś znaleźć, to i tak go znajdzie. Bez sensu są jakieś
zabiegi, żeby zmieniać miejsce zamieszkania czy się ukrywać.
To teraz przenieśmy się do czasów nieco wcześniejszych niż grupa Marka
M. pseudonim "Oczko". Jak wygląda ścieżka zawodowa prokuratora od samego
momentu podjęcia decyzji, że chce się zostać prokuratorem, do tego, że
pozostaje się w tym zawodzie czterdzieści lat?
B.Z.: Sporo, prawda? Zaczynałam pracę jeszcze na kodeksie karnym z 1969 roku.
A ja pamiętam, jak jeszcze w zasadzie będąc dzieciakiem, oglądałem
program dokumentalny Ewy Ornackiej Świadek, w którym pani się
wypowiadała. Program o Rafale Ch. pseudonim "Czarny" z grupy "Oczki". To
było 21 lat temu...
B.Z.: Kończyłam w liceum klasę matematyczno-fizyczną i kiedy
powiedziałam w klasie maturalnej, że będę zdawała na prawo, zadziwiłam
wszystkich. Po takiej klasie nikt nie myślał o prawie. Inni szli na
politechnikę, na akademię rolniczą, ale nie na prawo. Ja o tym
pomyślałam dopiero w czwartej klasie, kiedy trzeba było wypełnić
deklarację co do tego, co chce się robić dalej. Poważnie się nad tym
zastanawiałam, bo chciałam robić coś, co połączy logiczne myślenie
typowe dla matematyków z wiedzą chemiczną i fizyczną czy naukami
biologicznymi, a do tego bardzo lubiłam też język polski. Wyszło mi, że
wszystko to łączy prawo. Dostałam się na prawo, może niekoniecznie byłam
najlepszą studentką, ale zdałam wszystko w terminie, obroniłam pracę.
Od razu pani wiedziała, że chce zostać prokuratorem?
B.Z.: To wyszło trochę przez przypadek, bo akurat miałam do wyboru
aplikację radcowską i prokuratorską. Pomyślałam sobie, że nie bardzo
widzę poszukiwanie zakładu pracy, w którym mogę pracować jako radca, a w prokuraturze była jeszcze wtedy aplikacja zawodowa. Przyjmujący mnie
wówczas prokurator wojewódzki nie był zbyt entuzjastycznie nastawiony,
ale w tamtym czasie kobiet w zasadzie nie zachęcano do jakiejkolwiek
pracy, bo jeszcze zajdzie w ciążę, pójdzie na wychowawczy i będzie
zajmować się dziećmi. Minęło czterdzieści lat i w tym zakresie niewiele
się zmieniło - dominuje ta sama narracja o ciąży, zwolnieniach na chore
dziecko, a etat będzie zajęty. Muszę jednak przyznać, że faktycznie
miałam taki czas, kiedy więcej mnie w pracy nie było, niż byłam, bo
szłam na zwolnienie lekarskie. Trwało to tak długo, aż dziecko wyrosło
ze wszystkich chorób. Potem musiałam nadgonić ten czas, kiedy nie było
mnie w pracy, i to też było trudne, ale już byłam w pracy stale, nie
tylko kilka razy w miesiącu. Pracując w prokuraturze w Stargardzie,
prowadziłam sporo spraw o oszustwa, to dobrze mi wychodziło. Kiedyś
nawet sąd odwoławczy napisał, że zebrałam bogaty materiał dowodowy.
Czułam się dumna z tego, że sąd to docenił, bo zwykle sądy do organów
takich jak policja czy prokuratura podchodzą bardzo krytycznie. Inna,
dość trudna sprawa dotyczyła lekarza, przez którego zaniechanie doszło
do śmierci noworodka. W zasadzie to dziecko zostało wydobyte z ciała
kobiety już bez oznak życia. Głośno było w Stargardzie o tej sprawie.
Tym bardziej że oskarżony to ordynator oddziału.
Powinien być doświadczony i odpowiedzialny.
B.Z.: Pan ordynator stwierdził, że kobieta sama urodzi. A to nie
miało prawa się udać.
Lata minęły, a ja mam wrażenie, że do dziś takie przypadki się zdarzają...
B.Z.: Niestety... Przełożeni przyglądali mi się, jak sobie poradzę z takimi tematami. Poradziłam sobie. Gdy wyrok zapadł i już się
uprawomocnił, ta kobieta i jej mąż przyszli do prokuratury z olbrzymim
bukietem kwiatów. Pokrzywdzeni potrafią okazać wdzięczność za naszą
pracę. A ta praca polegała na wykazaniu, że ktoś był winny określonego
zachowania. Inna kwestia, że w tej sytuacji wymagało to też pewnej
odwagi, żeby przeciwstawić się wysoko postawionemu lekarzowi z kontaktami.
Na jaką karę został wtedy skazany?
B.Z.: Dostał zakaz wykonywania obowiązków ordynatora i karę
pozbawienia wolności w zawieszeniu. To nie była kara bezwzględna, bo
jego związek z tym zdarzeniem polegał na tym, że powiedział, że ta pani
ma urodzić sama i tyle, nie był to błąd w działaniu.
Bardziej wyglądało to na zaniechanie.
B.Z.: Dokładnie, dlatego też nie można było tego uznać za działanie
bezpośrednie. Ten lekarz przestał być ordynatorem, ale najdziwniejsze w tej sprawie było to, że lekarze, którzy mogli złożyć obciążające go
zeznania, bo mieli odpowiednią wiedzę, podejrzenia i mogli wyciągnąć
wnioski, nie powiedzieli nic. Zrobiła to pielęgniarka.
Nie wiem dlaczego, ale wcale mnie to nie dziwi...
B.Z.: To powiem jeszcze coś. Ja ten akt oskarżenia napisałam wbrew
opinii, którą wydali biegli sądowi z zakresu ginekologii i położnictwa.
Poszłam całkowicie pod prąd, co później zdarzało się jeszcze wiele razy.
Znów mam wrażenie, że przez lata nic się nie zmieniło. Głośna sprawa
Izabeli z Pszczyny. Ostatnio zapadł wyrok skazujący lekarzy na karę
bezwzględnego pozbawienia wolności.
B.Z.: Gdyby cokolwiek zrobiono, nawet gdyby tam, powiedzmy, coś się
wydarzyło w trakcie, zdarzają się przecież różne sytuacje, to nie
mielibyśmy takich pretensji. Tutaj jednak nic się nie wydarzyło. Ona w miejscu, gdzie miano jej udzielić pomocy, czekała i czekała, żeby się
nią zajęto, i co?
I nic, właśnie o to chodzi.
B.Z.: Tak, i uważam, że o tym trzeba mówić. Jako dziennikarze macie
być tym wyrzutem sumienia. Wyczulać, uczulać, mówić. Ktoś to musi robić.
Będąc jeszcze czynnym prokuratorem, nie mogłam mówić nigdzie indziej
poza salą rozpraw, ale państwo jako dziennikarze mają o wiele większe
możliwości, aby nagłaśniać, przypominać, wyczulać, budzić sumienia
ludzi. Choćby w sytuacjach przemocowych - sąsiedzie, jeśli widzisz coś
takiego, zainteresuj się, zareaguj.
Niestety widoczna jest tendencja do udawania, że dany problem nas nie
dotyczy.
B.Z.: Oczywiście, to widać nawet w kontekście przestępczości
zorganizowanej. Ona na co dzień nie dotyka bezpośrednio zwykłych ludzi,
więc wydaje nam się, że to nie jest wymierzone w nas. Jak ktoś sobie
handluje narkotykami czy wyłudza podatki, to niech sobie to robi. Tyle
że przestępczość zorganizowana generuje całe mnóstwo innych przestępstw.
Trzeba na to patrzeć szeroko, bo chociaż ktoś gdzieś organizuje przemyt
czy produkcję narkotyków, obraca tonami tych środków, to na dole jest
zwykły diler, od którego narkotyki może kupować nasze dziecko.
Pamiętajmy też o tym, że jak dziś ktoś handluje ilościami liczonymi w gramach i nie wpadnie, to jutro będzie już handlował kilogramami i angażował do tego inne osoby. Jeśli się tego nie zatrzyma, to będzie się
rozrastać.
Jak prokurator dochodzi do tego momentu, w którym zaczyna zajmować się
coraz poważniejszymi formami przestępczości zorganizowanej?
B.Z.: Dostałam na swoje biurko sprawę dotyczącą grupy zajmującej się
kradzieżami samochodów. To była końcówka lat dziewięćdziesiątych.
Zatrzymany został też fałszerz, który wyrabiał dokumenty legalizacyjne
do tych samochodów, które pochodziły z naprawdę różnych źródeł.
Zajmowałam się tym kilka lat i to była dla mnie taka szkoła, jak
funkcjonują grupy przestępcze. Swoją drogą, tutaj widać, jak historia
lubi płatać figle, bo w jednej z takich grup działał niejaki Robert S.
Ten sam, za którego zabójstwo niesłusznie skazano potem Arkadiusza
Kraskę. Ta grupa była świetnie zorganizowana, samochody pozyskiwano z terenu Niemiec i przerzucano przez Polskę na tereny państw
postradzieckich przez różne przejścia, w różnych wariantach, w różny
sposób. I tak Robert S. stał się jednym z oskarżanych przeze mnie o udział w tej grupie. Zawsze nadrzędnym celem postępowania było
ustalenie, do kogo należał dany samochód, na czyją szkodę został
skradziony czy wyłudzony. Dalej, kto zajmował się jego
przetransportowaniem z Niemiec przez granicę polską i potem na Wschód,
kto go tam przejmował. Polska była w tym przypadku tylko krajem
tranzytowym. Mnie nigdy samochody wybitnie nie interesowały i nie
stanowiło to przedmiotu moich marzeń. Pamiętam, jak rozmawiałam z funkcjonariuszem prowadzącym tę sprawę i on powiedział, że mamy
skradziony ciągnik siodłowy. Zapytałam go wtedy takim słodkim, niewinnym
głosem: "To oni traktory też kradną?". Ten policjant spojrzał na mnie
wtedy z przerażeniem. Bał się, że będziemy tę sprawę w pewnym sensie
prowadzić razem. Prowadziliśmy, i to z wieloma sukcesami. Sporo osób
zostało skazanych. Prawda jest też taka, że to, czy skradziono samochód
osobowy, traktor czy ciągnik siodłowy, też nie miało aż tak wielkiego
znaczenia. Najważniejsze było ustalenie, na czyją szkodę, o jakiej
wartości i jakie przestępstwo zostało popełnione.
W ostatecznym rozrachunku liczy się efekt.
B.Z.: Efekt był taki, że zapadły same wyroki skazujące. Udało się
nawet ustalić Niemców, którzy byli tu, w Polsce, i byli tak zwanymi
wozakami, czyli kierowcami szmuglującymi te samochody. Chodzi o to, że
jak pojazd miał niemieckie numery rejestracyjne i prowadził go Niemiec,
to nie wzbudzało podejrzeń. Ta sprawa była olbrzymia. Powiedzmy, że w komputerze u fałszerza ujawniliśmy dane tysiąca pojazdów, powiązaliśmy
to z dziuplami, a tam dokumenty kolejnych samochodów i nagle robiło się
tysiąc razy dziesięć. Tego było bardzo dużo i cały sposób funkcjonowania
tego procederu nie mieścił się już w kodeksowej formule działania
"wspólnie i w porozumieniu". Jeden wyłudzał samochód z jakiejś
wypożyczalni w Niemczech, przekazywał go wozakowi, on dostarczał
samochód do Szczecina, a dalej jechał nim ktoś inny. Każdy odpowiadał za
swój wycinek procederu i nie znał innych elementów ani osób - stąd
formuła "wspólnie i w porozumieniu" nie znalazłaby tu zastosowania. To
już bardziej formuła działania w grupie przestępczej, bo niejako
spełniała wszystkie kryteria. Tyle że początkowo sądów nie przekonywały
takie akty oskarżenia. To trwało kilka lat, zanim skutecznie można było
ten przepis stosować.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki