Kobiety Donalda Trumpa - Nina Burleigh

Reflow text when sidebars are open.
Złote kajdanki
Wiosenny dzień na Manhattanie. Mały stolik przykryty białym lnianym obrusem w szykownym lokalu wypełnionym kobietami, które przed opuszczeniem swoich apartamentów w dzielnicy Upper East Side ubierają się w coś od Diora i wkładają buty od Christiana Louboutina w podobny sposób, w jaki inne kobiety wkładają dżinsy i tenisówki przed wizytą w Starbucksie. Każdy ma prawo tu wejść, ale nie każdy może przyjść niezapowiedziany i dostać miejsce przy stoliku. Kamerdyner i kelnerzy natychmiast oceniają, kto naprawdę pasuje do Diamond District. (Wszyscy są mężczyznami i mówią z ledwie słyszalnym śródziemnomorskim akcentem. Francuskim? Włoskim?) Po szybkim spojrzeniu na buty albo żakiet potrafią określić, czy dany klient znajduje się w odpowiednim dla niego miejscu.
Naprzeciwko mnie siedzi przy stoliku imponująca kobieta. Gdy tylko gdzieś się pojawia, wszyscy ludzie na nią patrzą. Zawsze taka była: zachwycająca, świadoma swojego piękna, przykuwająca uwagę innych. Pewien znany za całym świecie miliarder poderwał ją podczas konkursu piękności - typowy scenariusz. Książę z bajki był żonaty, ale natychmiast zabrał ją na romantyczny wyjazd. Wspólnie brali udział w szalonych imprezach, które często prowadziły do nadużywania środków odurzających, do wydawania setek tysięcy dolarów na naprawę zniszczonych pokojów hotelowych, do potajemnych wizyt w szpitalach oraz do perwersyjnych zachowań seksualnych - czasami dobrowolnych, kiedy indziej wymuszonych.
Uciekła, a następnie dzięki jego pieniądzom i swojej urodzie wpasowała się w nowojorską śmietankę towarzyską. Znalazła się w otoczeniu innych długonogich piękności, które czują pociąg do innych bogatych mężczyzn, mieszkają w drogich dzielnicach, robią zakupy w eleganckich sklepach przy Pięćdziesiątej Siódmej Ulicy, bawią się z ważnymi osobistościami i jadają lunche w ekskluzywnych pięciogwiazdkowych restauracjach w równie niezobowiązujący sposób, w jaki Seinfeld i przyjaciele spędzali czas w Monk's Cafe.
Na stoliku przed kobietą leżą długopis i kartka papieru. Spotkałyśmy się po to, żeby pomówić o Królowych Trumplandii. Niektóre z nich moja rozmówczyni poznała osobiście.
W rzeczywistości nie będziemy jednak mówić, ponieważ w zasięgu głosu znajduje się zbyt wiele uszu. Cała nasza konwersacja zostanie przeprowadzona na papierze - jak komunikacja pomiędzy więźniami. Kobieta napisze na kartce inicjały kilku osób, o których chciałam z nią porozmawiać. M. I. J. T.
Nagryzmoli również kilka słów, a następnie narysuje przeróżne mapki i strzałki. Będzie zapisywać kolejne zdania i upewniać się co do tego, że je zrozumiałam. Potem dokładnie je zamaże. Przed opuszczeniem lokalu pogniecie wszystkie kartki i włoży je do torebki.
Kelner przyniesie nam do stolika zamówione dania, ale nawet ich nie tkniemy. W pewnym momencie moja rozmówczyni zauważy w pomieszczeniu swojego dobrego znajomego zatrudnionego w Trump Organization i narysuje na kartce strzałkę wskazującą w jego kierunku.
Nie będę mogła się odwrócić i na niego spojrzeć.
Siedząca przede mną kobieta opowie mi wiele historii o żonach Trumpa i jego córce. Nie będą one jednak nieobyczajne. Pojawią się w nich wzmianki o zawstydzających sekretach i prywatnych konfliktach, ale moja rozmówczyni tak naprawdę chce opowiedzieć mi o samej sobie. Jej historia okazuje się dość typowa dla pięknych kobiet obracających się w tych samych sferach co ona. Przez długi czas żyła w swego rodzaju niewoli, która w innym kontekście społecznym doprowadziłaby co najmniej do sądowego zakazu zbliżania się.
Ale nie doprowadzi. Powodem tego są pieniądze i strach.
"Bogacze różnią się od ludzi takich jak ty i ja", napisał w latach dwudziestych Fitzgerald, którego nazywano kronikarzem epoki jazzu. Wiek wcześniej francuski pisarz Honoré de Balzac ujął to w nieco inny sposób: "Bogactwo wiąże się z wielkimi przywilejami, z których najbardziej godnym pozazdroszczenia jest zdolność do urzeczywistniania myśli i uczuć - do pobudzania zmysłów poprzez zaspokajanie swoich niezliczonych kaprysów".
Abyśmy mogli zrozumieć życiorysy i historie Królowych Trumplandii, powinniśmy wcześniej przyjrzeć się społecznemu i ekonomicznemu mikrokosmosowi, w którym żyją te kobiety. Ich otoczenie społeczne będę nazywała "Jachtowymi Ludźmi". Jachtowi Ludzie to jeden procent najbogatszych osób na świecie. Znajdują się wśród nich między innymi Donald Trump i miliarderzy z Wall Street, których szacunek Trump bezskutecznie próbuje zdobyć. Znajdują się wśród nich również żony i dzieci owych miliarderów, a także rosyjscy oligarchowie tacy jak Władimir Putin, magnaci medialni tacy jak Rupert Murdoch, saudyjscy książęta oraz potomkowie nigeryjskich kleptokratów i brytyjskich arystokratów.
Ich bogactwo nie zna granic, a ich ojczyzną jest każde miejsce, w którym można jeździć po asfaltowych drogach i rozmawiać z bankierami przez telefon komórkowy.
To właśnie są Jachtowi Ludzie. Pozostałe dziewięćdziesiąt dziewięć procent to zwykli obywatele. Ludzie tacy jak ty i ja. Jachtowych Ludzi obowiązują inne zasady, prawa i normy niż zwykłych obywateli. Wynika to z tego, że majątek każdej osoby posiadającej choćby miliard dolarów netto jest większy niż wysokość produktu krajowego brutto w ponad stu pięćdziesięciu krajach świata. W większości przypadków Jachtowi Ludzie posiadają wiele miliardów dolarów.
Podczas tamtej popołudniowej rozmowy w ekskluzywnej restauracyjce dowiedziałam się wielu nieprzyjemnych rzeczy. Tak samo było zresztą w trakcie całego procesu gromadzenia informacji do niniejszej książki. W niewielkim świecie Jachtowych Ludzi kobiety często wiedzą o wstrętnych tajemnicach, o których rzadko mówi się w miejscach publicznych, a jeszcze rzadziej w mediach. Niektóre z tych sekretów są tak skandaliczne, że wielu ludzi mogłoby uznać je za zwykłe kłamstwa. Przeciętni obywatele często bowiem uciekają się do mechanizmu poznawczego, który przez socjologów jest nazywany "złudzeniem normalności" (ang. normalcy bias). Ze złudzeniem normalności mamy do czynienia wtedy, gdy człowiek musi stawić czoła jakiemuś szokującemu wydarzeniu - takiemu jak tsunami albo atak terrorystyczny. Instynkt neguje wówczas realność niebezpiecznej sytuacji. Złudzenie normalności może również spowodować, że zaakceptujemy kłamstwa wypowiadane przez człowieka posiadającego władzę. Może on na przykład powiedzieć, że tłum widoczny w telewizji lub na zdjęciach ma inną wielkość niż w rzeczywistości, a instynkt podpowie nam, żebyśmy nie wierzyli własnym oczom.
W historii ludzkości połączenie niekontrolowanego bogactwa i władzy często prowadziło do niemoralnych zachowań. Skrajny przykład tego rodzaju sytuacji można znaleźć w Żywotach cezarów Swetoniusza, który pisał o tym, że jedną z rozrywek rzymskiego cesarza Tyberiusza było trenowanie małych chłopców (nazywanych przez niego "rybkami"), aby pływali pomiędzy jego udami i skubali lub lizali jego skórę. Bardziej współczesnym przykładem rozpusty Jachtowych Ludzi jest chociażby historia nieżyjącego już rosyjskiego miliardera Tamira Sapira, który przez jakiś czas był wspólnikiem biznesowym Trumpa. Mężczyzna ten czerpał radość z dekorowania swojego jachtu skórami wszystkich zagrożonych gatunków egzotycznych zwierząt, jakie byli w stanie znaleźć jego sługusi. Obecnie popularniejszą ozdobą na statkach bogaczy są jednak damy do towarzystwa. W serwisie YouTube można zobaczyć film, na którym rosyjski wicepremier Siergiej Prichodko zabawia się z prostytutkami na jachcie należącym do Olega Dieripaski - rosyjskiego miliardera współpracującego z Paulem Manafortem, który kierował kampanią wyborczą Trumpa, a następnie został oskarżony o liczne przestępstwa. Skandaliczne sytuacje czasem mają miejsce nie na statkach wodnych, lecz na statkach powietrznych. Amerykański miliarder Jeffrey Epstein został oskarżony o to, że kilkadziesiąt nieletnich dziewcząt było seksualnymi niewolnicami w jego samolocie i na jego "wyspie orgii". Stanowisko prokuratora federalnego Florydy piastował wtedy Alexander Acosta, który obecnie jest sekretarzem pracy mianowanym przez Trumpa. Zawarł on układ z grupą prawników reprezentujących Epsteina, przez co miliarderowi postawiono tylko jeden zarzut - o namawianie do prostytucji. Przyznał się do winy i spędził w więzieniu zaledwie trzynaście miesięcy, a obecnie cieszy się wolnością i może spacerować po swojej prywatnej wyspie. Mniej zamożne osoby oskarżone o przestępstwa seksualne mogą tylko marzyć o takim losie i zazwyczaj zostają skazane na dożywocie w brudnych ośrodkach resocjalizacji. Samolot innego miliardera - używany czasem przez byłego prezydenta Clintona - został natomiast nazwany Air Fuck One*.
Przez kilka lat Trump był właścicielem jachtu. Rzadko nim pływał, ale trzymał go w doku i od czasu do czasu ukrywał na nim swoje kochanki albo organizował przyjęcia dla młodych modelek, które jeden z bywalców tych imprez określił mianem "towaru konsumpcyjnego". Trump ostatecznie pozbył się swojego statku, gdy jego biznes upadł.
W świecie Jachtowych Ludzi praktycznie nie ma sensu donosić na kogokolwiek lub cokolwiek - chyba że czyjeś fundusze są zagrożone. Nawet w tego rodzaju sytuacjach najlepiej jest jednak rozwiązać wszystkie problemy po cichu, ponieważ wszędzie wokół czają się całe zastępy kompetentnych i dociekliwych prawników, którzy za odpowiednią opłatą mogą przygotować wezwanie do sądu, wnieść oskarżenie i doprowadzić do kosztownego procesu. Niektóre z takich rozpraw są całkowicie bezpodstawne, ale pomimo tego mogą wyczerpać finansowo i emocjonalnie, a nawet zrujnować życie. Za ich sprawą donosiciel prędzej czy później staje się bankrutem i zgadza się zachować milczenie. Jeśli natomiast nie daje za wygraną, zostaje zmiażdżony jak robak.
Jak zauważył Balzac, bardzo bogaci ludzie są w stanie zaspokajać swoje "niezliczone kaprysy". Czasami polegają one na traktowaniu kobiet w taki sposób, jakby były produktami, które można kupić, dopasować do własnych potrzeb, wykorzystać i sprzedać jak elegancki samochód. W tego rodzaju sytuacjach nikt jednak nie ośmiela się nazwać rzeczy po imieniu.
Kobiety w domu Trumpa pełniły przeróżne funkcje: były modelkami, damami do towarzystwa, gwiazdami programów typu reality show, skandalicznymi tapetami wiszącymi w amerykańskich salonach i ekspertkami od telezakupów. Wszystkie z nich są westalkami w świątyni pieniądza i mają znaczenie nawet dla ludzi, którzy nie uczestniczą w odbywających się tam ceremoniach. Biografie tych kobiet mówią bowiem bardzo dużo o życiu emocjonalnym czterdziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego poglądach na temat płci przeciwnej. Ich przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są o tyle ważne, że osoby te wywarły lub wciąż wywierają wpływ na najpotężniejszego mężczyznę na ziemi.
Ich rola w dziwny sposób nie pasuje do obecnych czasów. Od czasów, kiedy Donald Trump osiągnął pełnoletniość (czyli około pięćdziesięciu lat temu), Ameryka stała się lepszym i bardziej tolerancyjnym krajem. W dużej mierze było to zasługą ruchu kobiecego. Trump jest jednak żywym ogniwem łączącym współczesność z inną epoką. Jego pierwszą intercyzę sporządził Roy Cohn - prawnik współpracujący z mafią, pomocnik senatora Josepha McCarthy'ego i współpracownik Richarda Nixona. (Poprzedni prezydent Barack Obama uczęszczał w tamtym czasie do liceum). Jego pierwszą ceremonię ślubną poprowadził natomiast pastor Norman Vincent Peale, który był orędownikiem procesu samodoskonalenia typowego dla połowy dwudziestego wieku.
Gdy Trump brał swój pierwszy ślub, amerykańskie prawo nie przewidywało jeszcze kar za gwałt małżeński. W dalszym ciągu istniały rodziny, w których kobiece ciało nosiło piętno czegoś w rodzaju pierwotnego tabu. Nie inaczej było w przypadku rodziny Trumpa. Widać to wyraźnie na przykładzie jego ojca, dla którego słowo "brzemienna" było na tyle obraźliwe, że zabraniał używać go w swoim domu. Kiedy Trump zawierał swój pierwszy związek małżeński, aborcja była legalna od zaledwie czterech lat. To oznacza, że jeszcze w początkowym okresie jego życia studenckiego i kawalerskiego zabieg ten pozostawał zakazany.
Trump wszedł w dorosłość w latach sześćdziesiątych, lecz nie był związany z hipisowską ideologią, która wśród osób z jego pokolenia cieszyła się ogromną popularnością. Wymigał się od służby wojskowej, ale nie uczestniczył w publicznych protestach przeciw wojnie. Obracał się wśród zwolenników prawa i porządku. Wyniósł jednak z tamtej epoki pewien element, który towarzyszył mu w późniejszym życiu. Element ten miał związek z kobietami. Historyk kultury Todd Gitlin opisał go w następujący sposób: "Trump reprezentuje drugą stronę lat sześćdziesiątych. Bóg mi świadkiem, że jego styl bycia nie nasuwa skojarzeń z Martinem Lutherem Kingiem Juniorem, lecz raczej z Hugh Hefnerem. W latach sześćdziesiątych był wyzwolonym facetem, który pieprzył się z kobietami i obmacywał je wedle własnego uznania. Żyje zgodnie z tym, co Hefner nazwał filozofią playboya".
Gdy Donald był dwudziestokilkulatkiem, amerykańskie kobiety wciąż jeszcze definiowano przez pryzmat ich statusu małżeńskiego. Mogły być "panią" lub "panną", a ich aktywność zawodowa ograniczała się głównie do takich profesji jak pielęgniarka, sekretarka lub nauczycielka. Na uczelnie wyższe w dalszym ciągu uczęszczało znacznie więcej mężczyzn, a odsetek kobiet pracujących poza domem był w przybliżeniu o połowę mniejszy niż teraz. Obecnie kobiety cieszą się większą niezależnością, a pracujące matki wymagają od swoich mężów wykonywania choćby niektórych obowiązków domowych. Część mężczyzn z tego powodu cierpi na kryzys egzystencjalny. Jednym z głównych celów Trumpa jest więc doprowadzenie do tego, aby "tata" odzyskał dominującą rolę w rodzinie. Temat ten jest dla niego równie ważny jak walka o każdą utraconą posadę w fabryce albo o zagrożoną białość amerykańskiego narodu.
Królowe Trumpa pod wieloma względami wydają się co najmniej tak surrealistyczne jak ich król. Są wśród nich cztery imigrantki przywiązane do najbardziej natywistycznego prezydenta, jakiego pamiętają żyjący obecnie obywatele USA. Nie dotyczyły ich głębokie przemiany zachodzące w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat w życiu przeciętnej amerykańskiej kobiety. Dwie z nich są pięknościami, które dorastały w przesiąkniętych zapachem kapuśniaku domach w Europie Środkowej i wyglądają jak uwodzicielskie agentki z filmów o Jamesie Bondzie z okresu zimnej wojny. Donald Trump być może nigdy nie zobaczyłby prawdziwych Rosjan w ich ojczyźnie, gdyby jego pierwsza żona Ivana (która płynnie mówi po rosyjsku) nie wyciągnęła go z domu i nie zabrała w 1987 roku na jego pierwszą wycieczkę do Moskwy i Sankt Petersburga, nazywanego wówczas Leningradem. Królowe Trumpa wyjechały ze swoich krajów ojczystych za sprawą czynników, nad którymi nie miały kontroli - takich jak małżeństwo, ubóstwo pukające do drzwi domu rodzinnego, wojny albo ogólnoświatowa polityka. Niektórymi z nich kierowały jednak także osobiste aspiracje i chęć zdobycia większej ilości pieniędzy. Od zwykłych kobiet różnią się one również tym, że postrzegały związek małżeński jako coś w rodzaju transakcji handlowej. Podpisały bowiem intercyzę z milionerem i oddały mu w zamian za pieniądze swoją osobistą wolność oraz prawo do wyrażania własnego zdania. Królowe władają obecnie apokaliptycznym i odrealnionym dworem, który jest czymś w rodzaju amerykańskiego odpowiednika zamku Camelot. Wywierają przemożny wpływ na stylistów i zagranicznych dygnitarzy, aby móc sprostać wyzwaniu kojarzącemu się z programami typu reality show: dopasowywać się do wymagających i archaicznych standardów Donalda Trumpa dotyczących tego, w jaki sposób kobieta może zaimponować współpracującym z nim oligarchom i kierownikom międzynarodowych korporacji.
Aby zwiększyć swoją skuteczność, pod wieloma względami wyrzekają się własnej godności. Prezydent stwierdził kiedyś: "Dopóki masz przy sobie młodą i ładną laseczkę, cudze opinie na twój temat nie mają żadnego znaczenia".
Warto również pamiętać, że Donald i jego Królowe są wzorami dla Amerykanów aspirujących do awansu społecznego. W okresie wielkiego kryzysu jego pochodząca z Niemiec i tęskniąca za ojczyzną babcia założyła przedsiębiorstwo, które w późniejszym czasie przerodziło się w Trump Organization. Nieco później jego matka postanowiła porzucić życie w kaloszach i opuściła swoją niewielką, pachnącą torfowiskiem chatę położoną na zimnej i ubogiej wyspie w Szkocji. W roku 1929 wsiadła na pokład parowca płynącego na drugą stronę Atlantyku i zaczęła pracować jako pokojówka w szykownym domu należącym do najbogatszej rodziny w Nowym Jorku. Wszystkie żony Trumpa zabiegały o awans społeczny w okresie, w którym ogromna fala dobrobytu wymknęła się z rąk klasy niższej i średniej, a następnie popłynęła do góry i wzbogaciła grupę szczęściarzy znajdujących się w pobliżu.
Każda z tych kobiet stała się czymś w rodzaju przedłużenia marki Trumpa. Tak samo było w przypadku najstarszej córki Donalda, która za sprawą wrodzonych predyspozycji idealnie nadaje się do tego, aby odziedziczyć po swojej matce tytuł Królowej.
Bogacze różnią się od ludzi takich jak ty i ja, ale Donald Trump różni się od przeciętnego bogacza. Jego życie emocjonalne można opisać jako szereg transakcji, a jego namiętności biorą się raczej z pragnienia zemsty i aprobaty aniżeli z miłości. Ma wiele zabawek, lecz wydaje się nie czerpać osobistej satysfakcji z posiadania swoich łodzi, prywatnych samolotów i eleganckich apartamentów. Przedmioty są dla niego po prostu dekoracjami pomagającymi w prowadzeniu biznesu. W podobny sposób traktuje kobiety.
Aby dopasować się do okoliczności, Królowe Trumplandii żyją w świecie zbudowanym ze zwierciadeł - zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. Mogą wyjść na zewnątrz tylko wtedy, gdy uważnie przyjrzą się swojemu odbiciu. Obraz widziany w lustrze codziennie do nich powraca za sprawą paparazzi i wszystkich innych ludzi, którzy bezustannie obserwują je przez obiektywy swoich aparatów fotograficznych. Potem wszystko to widzą w materiałach publikowanych z internecie. Podrygują w świetle ruchomych lamp dyskotekowych, a lśniące marmurowe ściany i podłogi w nieskończoność powielają ich odbicie - coraz mniejsze, mniejsze i mniejsze.
Zwierciadła. Kamery. Styliści czerpiący inspirację z magazynów i katalogów modowych pomagają zmienić Królowe Trumplandii w ideały, które można zobaczyć w czasopismach i na reklamach wiszących na Times Square. Kobiety te są przedłużeniem marki Trumpa, więc ich działania i wypowiedzi w żaden sposób nie oddają rzeczy, które zwykli obywatele uważają za prawdziwe.
Królowe Trumplandii dysponują jednymi z najczęściej fotografowanych kobiecych twarzy na świecie. Oczekuje się od nich tego, że będą pozowały do zdjęć. Wszystkie z nich instynktownie wysuwają jedną stopę do przodu i układają ją w taki sposób, aby palce były zwrócone lekko w bok. Jest to najpopularniejsza pozycja w katalogach modowych firmy Sears.
Królowe Trumplandii świetnie panują nad mimiką. Są w tym równie dobre jak Trump, który ogląda swoją twarz na ekranie telewizora z wyłączonym dźwiękiem. Przyglądały się własnej mimice i wyselekcjonowały niewielki asortyment min, z których korzystają w miejscach publicznych. Wiedzą bowiem o tym, że ich twarze pomagają budować wizerunek marki.
Od kilku dekad są integralnym elementem świata amerykańskich tabloidów, a dziennikarze używają wobec nich specyficznego słownictwa. Ich pierścionki z diamentami są "olśniewające". Ich wygląd jest "gorący". Należą do grupy kobiet, które noszą ubrania pokryte cekinami, mają sztuczne piersi, zapisują się na zabiegi poprawiające kształt nosa i używają tuszu do rzęs. Tego rodzaju osoby często bywają obiektem żartów i są znane z tego, że są znane. Z łatwością można by zlekceważyć ich istnienie - wielu ludzi zresztą tak właśnie robi.
Inni jednak ich nie ignorują, a wręcz wydają się czerpać inspirację ze swoich wyobrażeń na temat Trumpa i skupionych wokół niego kobiet.
Ivana jest nowobogacką kapitalistyczną wersją Tammy Faye Bakker. Obydwie w tym samym okresie przechodziły przez rozpacz spowodowaną rozwodem.
Marla na zawsze zostanie zapamiętana jako panna młoda w sukni ślubnej stojąca z nożem w dłoni przed wspaniałym tortem weselnym. Wkrótce jednak powróciła do rzeczywistości, w której nosiła odzież poporodową i robiła zakupy w Mall of America.
Mała Ivanka uzyskała wykształcenie w najlepszych szkołach i zdobyła popularność dzięki marce swojego ojca. Idealnie nadaje się do prowadzenia biznesu i pozowania do zdjęć. Gdyby Caroline Kennedy przyszła na świat w rodzinie Kardashianów, prawdopodobnie byłaby kimś w rodzaju Ivanki.
Melania jest natomiast enigmatyczną boginią, która pojawiła się w stroju kąpielowym w czasopiśmie "Sports Illustrated". Wygląda tak, jakby żyła w reklamie Lexusa albo BMW - w reklamie, w której samochód i kobieta są symbiotycznie połączeni na długim podjeździe przed ogrodzoną rezydencją udekorowaną palmami.
Światła. Kamera. Marka. Ich imiona i nazwiska pojawiają się na biżuterii, kremach i w hotelowych salonach odnowy, a także na kanałach z telezakupami i w programach w telewizji Lifetime. Widnieją również na liniach "niedrogich" ubrań i butów, które są produkowane w Chinach, ale czasem odnoszą większy sukces niż oryginalna odzież włoska.
"Zadbajcie o wygląd", mawiają w telewizji i internecie. Wiele kobiet próbowało i wciąż próbuje stosować się do ich porad.
W latach dziewięćdziesiątych ludzie mogli siedzieć w swoich domach na kanapie i za pośrednictwem nowo powstałego kanału z telezakupami o nazwie QVC kupić za 79,99 dolarów ażurową bluzkę z serii "House of Ivana" wykonaną ze sztucznego jedwabiu i wyglądającą "rrrrromantycznie". Ivana przez kilka tygodni w miesiącu spędzała cztery lub pięć godzin dziennie na krześle przed kamerą. W dobre dni udawało jej się zarobić 200 tysięcy dolarów w ciągu godziny.
Jedno pokolenie później możemy skorzystać z internetu i bez wychodzenia z domu kupić bardzo podobną kolekcję ubrań stworzoną przez Ivankę Trump - córkę Ivany.
Przed rozpoczęciem kampanii wyborczej Donalda mogliśmy również zajrzeć na stronę melaniatrump.com i zamówić z niej bransoletki lub naszyjniki ozdobione niedrogimi klejnotami, które redaktor działu modowego w "New York Timesie" nazwał kiedyś "Ludwikiem XIV jadącym przez Atlantic City". Na stronie znajdowała się informacja o tym, że krem do twarzy o nazwie Melania Trump Caviar Complete C6 został stworzony "dzięki intensywnej współpracy z należącym do Melanii laboratorium badawczym, w którym naukowcy odkryli, że tajemnica przeciwdziałania starości może zostać wyjaśniona za pomocą trzech czynników tworzących tzw. piramidę starzenia". Owe trzy elementy piramidy starzenia były następujące: "utrata substancji odżywczych, napięcie pochodzące z zewnątrz, niezdolność do wchłaniania". Biznes związany z dbaniem o skórę nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Nie jest jednak wykluczone, że marka Melanii i jej laboratorium badawcze wkrótce znów się pojawią i pozostaną na rynku przez wiele lat. Z pewnością pomógłby jej w tym fakt, że jest obecnie pierwszą damą.
Każda sprawa związana z rodziną Trumpów była na sprzedaż. Przykładem jest złota bransoletka za 10 800 dolarów, którą Ivanka miała na sobie podczas występu w programie 60 Minutes po wygraniu wyborów prezydenckich przez jej ojca. Podobnie było z wieloma innymi ozdobami, które nosiła podczas kampanii wyborczej - między innymi czarnymi butami na obcasie z serii Athyna, kosztującymi 89 dolarów, i zdobioną suknią futerałową wartą 138 dolarów.
Wszystkie produkty należące do marki mają przypiętą metkę z ceną, a wpływy z ich sprzedaży trafiają do kobiet Trumpa. Nie koncentrują się one jednak wyłącznie na pieniądzach. Po objęciu posady w Białym Domu rodzina Kushnerów przygotowała sprawozdanie finansowe, z którego wynikało, że produkty oznaczone marką Ivanki Trump przyniosły zaledwie 5 milionów dolarów zysku w okresie pomiędzy styczniem 2016 roku a 31 maja 2017 roku. Znaczną część łącznego majątku netto należącego do pary stanowiły portfele akcji związane ze sztuką, technologią i nieruchomościami o łącznej wartości 800 milionów dolarów.
Jeżeli naprawdę chcecie "zadbać o wygląd" oraz macie nadprogramowe 50 tysięcy dolarów i czas na spokojną rekonwalescencję, możecie skorzystać z usług jednego z chirurgów plastycznych z Nowego Jorku, Dallas lub Palm Beach specjalizujących się w robieniu "nosa Ivanki" albo "twarzy Melanii".
Wiemy bardzo dużo o Królowych Trumplandii. Weszły do naszej świadomości w okresie, w którym gazety wciąż miały duże znaczenie. Redaktorzy rubryk towarzyskich mieli tak wielką siłę oddziaływania, że wpływowi ludzie osobiście do nich dzwonili i informowali ich o swoich planach dotyczących współmałżonków.
W magazynach nowojorskich tabloidów znajdują się zakurzone pudła pełne pożółkłych wycinków z gazet zawierających informacje o rozwodach Donalda i wielu innych kwestiach związanych z jego osobą. Materiały te zostały uznane za błahe, przez co nikt nie zajął się ich digitalizacją. Setki złożonych kartek papieru tkwią w żółtych kopertach z napisami takimi jak "Ivana 1988-89" albo "Rozwód". Gdy się je rozprostowuje, łatwo się rozpadają. Można tam znaleźć zdjęcie Trumpów z Michaelem Jacksonem, zdjęcie Ivany z okresu przed zniknięciem jej eterycznej piękności, zdjęcie ojca Marli podczas przyjęcia w Nowym Jorku, mającego pomóc jej w "otwarciu się" na dziennikarkę Liz Smith, a także zdjęcie Marli w sukni ślubnej.
Wiemy wiele o wszystkich tych osobach i znamy wiele ich tajemnic. Dużo informacji na ich temat zapomnieliśmy i zapominamy, ponieważ pochłaniamy je w taki sam sposób jak czasopisma, które kartkujemy na fotelu w salonie kosmetycznym. Nie zmienia to jednak faktu, że wywiady z Królowymi Trumpa, a także poświęcone im publikacje i filmy wciąż znajdują się w internecie, na serwisie eBay i na blogach, a także w autobiografiach oraz biografiach (autoryzowanych i nieautoryzowanych). Można zobaczyć je w telewizji i w serwisie YouTube, za sprawą którego ich wizerunki będą dostępne aż do końca ery elektronicznej. Pojawiają się również na Instagramie i na Twitterze. Książki napisane przez autorów widma i filmy telewizyjne dostarczają nam szczegółowych informacji. W jaki sposób te kobiety poznały swoich mężczyzn? Co jadają? Jakimi samochodami jeżdżą? Jakie ubrania noszą? O czym śnią i jakie mają marzenia? Jakimi marmurami, jakim kolorem ścian, jakimi dziełami sztuki i jakimi drogimi meblami lubią się otaczać? Znaczna część tych rzeczy jest wystawiona na sprzedaż.
Pomimo tego wszystkiego tak naprawdę nie wiemy zbyt wiele o kobietach Trumpa. Żyją one bowiem w otoczeniu lustrzanych murów zbudowanych przez dziennikarzy, którzy pracują w tabloidach, przez publicystów i prawników. Na dodatek każda z nich prezentuje wyretuszowaną wersję własnego życia. Z tego względu nie możemy mieć pewności, co jest prawdą, a co nie. Niewykluczone, że one również tego nie wiedzą. Próby uporządkowania ich biografii przypominają trochę sytuację, w której zaglądamy do kalejdoskopu i zaczynamy go obracać, przez co naszym oczom ukazuje się nieskończenie wiele wielobarwnych i dynamicznych wzorów.
Rodzina Trumpów pełna jest sekretów. Wszystkie te tajemnice nie wychodzą na jaw za sprawą umów poufności i przez cały czas są pilnie strzeżone przez dobrze opłacanych prawników, którzy mogą nałożyć sądowy zakaz zbliżania się na żony i byłe żony, a także na pracowników. Zdarza im się również rzucać groźby pod adresem dziennikarzy i fotografów. Trump jest znany z tego, że wszystkich wokół niego obowiązują umowy poufności. Jedna z legend krążących po Nowym Jorku głosi, że dawni pracownicy Trump Organization stworzyli grupę wsparcia i mogą w niej porozmawiać o rzeczach, które im się przytrafiły. Prawnicy wyciągają umowy poufności i przypominają o nich byłym pracownikom. Wyciągają z sejfów podpisane intercyzy i przypominają o nich byłym współmałżonkom. Wytaczają również procesy dziennikarzom. W każdym momencie są gotowi uprzykrzyć życie prywatnym detektywom, adwokatom, reporterom i osobom pracującym w rządowych organizacjach nadzorujących. Strzegą swoich pracodawców niczym psy, które warczą przy ogrodzeniach otaczających trawniki wypielęgnowane przez imigrantów z Meksyku. Trump zatrudnia również zbirów służących niegdyś w organach ochrony porządku publicznego, a teraz zajmujących się rozwiązywaniem problemów, z którymi prawnicy nie są w stanie sobie poradzić.
Istnieją co najmniej dwie wersje opowieści o tym, w jaki sposób Donald poznał każdą ze swoich żon. Jedną przedstawia on i jego świta, a drugą czeska lub słoweńska policja albo sama Marla. Obie wersje są równie spójne. W lustrzanych salach prawda migocze i zmienia się za sprawą alternatywnych faktów. Percepcja jest ważniejsza niż rzeczywistość. Ivanka nauczyła się tej zasady od swojego tatusia i podzieliła się nią w swojej pierwszej książce.
Za sprawą tej podstawowej reguły kobiety Trumpa (czyli kobiety, które go znają lub znały) żyją w strachu odwrotnie proporcjonalnym do ich potęgi i bogactwa. Nawet najpotężniejsze i najbogatsze spośród nich nie są zupełnie wolne od lęku. Ich świat zawsze jest ograniczony za sprawą ryzyka sporu sądowego, odcięcia funduszy albo emocjonalnego (lub dosłownego) szantażu.
Trump również nosi w sobie dość osobliwy rodzaj strachu. "Kobiety opanowały jedną z najwspanialszych sztuczek w historii. Najsprytniejsze spośród nich zachowują się w niezwykle kobiecy sposób i udają, że potrzebują pomocy. W środku są jednak prawdziwymi zabójczyniami", napisał w książce Trump: The Art of the Comeback. "Autor wyrażenia "słabsza płeć" albo był bardzo naiwny, albo żartował. Widziałem kobiety, które manipulowały mężczyznami za pomocą jednego drgnięcia powieki - albo inną częścią ciała".
Trump ma obsesję na punkcie czystości, więc kobiece funkcje fizjologiczne go przerażają - zwłaszcza menstruacja i poród (ciąża nie jest dla niego tak dużym problemem, ponieważ podczas niej rosną piersi). Znany jest z tego, że widok niemowlęcia karmionego piersią wywołuje u niego odrazę. Czuje również obrzydzenie do kobiet po porodzie (zwanych też matkami). Podczas wywiadu udzielonego po rozwodzie z pierwszą żoną stwierdził, że nie lubi uprawiać seksu z matkami. "Powiedział, że nie chce sypiać z kobietą, która urodziła dziecko", wspomina Liz Smith, która pisywała do "New York Post". Nosi w sobie pradawne patriarchalne przeświadczenie, że naturalne funkcje fizjologiczne u kobiet powinny być czymś w rodzaju tabu. Przypomina pod tym względem swojego ojca, afrykańskich szamanów wypędzających z wiosek menstruujące kobiety, a także hebrajskich ascetów, którzy napisali Biblię. W jego mniemaniu problem ze współczesnymi kobietami polega na tym, że nigdy nie wiadomo, kiedy tym "zabójczyniom" krew wycieka "skądś tam".
Niniejsza książka opowiada przede wszystkim o sześciu najważniejszych kobietach w życiu Donalda - między innymi o jego babci i matce. W mniejszym stopniu dotyczy kobiet, które zatrudniał i z którymi utrzymywał bliskie relacje biznesowe lub polityczne. Mam tu na myśli małą grupę współpracowniczek, którym mniej lub bardziej ufał i które pomagały mu pilnować prywatności oraz układać harmonogram pracy (Norma Foerderer, Rhona Graff, Hope Hicks), doradzały mu podczas budowy i sprzedaży jego wieżowca (inżynierka Barbara Res i pośredniczka handlowa Louise Sunshine), a także wypowiadały się w jego imieniu w telewizji i udzielały mu porad dotyczących strategii działania (Kellyanne Conway). Książka ta nie opowiada również o kobietach, z którymi wdawał się w romanse i które oskarżyły go o nadużycia seksualne. Trump jest rozpustnikiem, ale jednocześnie zachowuje się jak dumny mąż i ojciec. Wśród sześciu najbliższych mu kobiet znajdują się cztery imigrantki, na dobre i na złe kształtujące życie intymne tego zatwardziałego białego natywisty od jego narodzin aż do dziś. To one wpłynęły również na jego poglądy dotyczące płci przeciwnej.
Trzy bohaterki tej książki postanowiły dzielić życie z Donaldem Trumpem i zostać jego żonami. Dostały niewyobrażalne nagrody za ambicję i charakter. Najpierw doświadczyły jedynej w swoim rodzaju narcystycznej rozkoszy związanej z zainteresowaniem ze strony potężnego i bogatego mężczyzny, który swego czasu był również przystojny. Następnie zostały obwieszone perłami, diamentami, szmaragdami i innymi kamieniami szlachetnymi, a potem pokazane całemu światu. Wzbudzały podziw i zazdrość. Wynoszono je na piedestał podczas ceremonii ślubnych, których nie powstydziłaby się Maria Antonina i w których uczestniczyli przeróżni dygnitarze oraz polityczni naganiacze. O ich wygląd dbali styliści i projektanci mody. Ich ego było dodatkowo wzmacniane przez to, że pracowały jako modelki, pojawiały się w reklamach albo występowały w teatrach, filmach lub programach telewizyjnych. Wszystko to aranżował Donald, który najbardziej uwielbia robić interesy dla swoich samic.
Ceną za bycie w pobliżu Trumpa jest jednak samotność i publiczne upokorzenie. Gdy przeciętne kobiety poznają kogoś takiego jak Trump, uczą się wielu sztuczek związanych z kobiecą uległością - takich jak manipulowanie za pomocą uśmiechów, delikatne odtrącanie obmacujących dłoni albo dyskretne zmienianie tematu. Prowadzą biznes, a następnie w większości przypadków zostają odrzucone.
Jeżeli nie stawiają oporu i są posłuszne, udaje im się zostać przy danym mężczyźnie przez dłuższy czas. Do tego sprowadza się ich rola w związku. Stają się ekspertkami od chodzenia w szpilkach i pozowania do zdjęć. Muszą dokładnie wiedzieć, co światła i obiektywy są w stanie zrobić z twarzą i ciałem kobiety. Nigdy nie lekceważą tego rodzaju detali, ponieważ zdają sobie sprawę z faktu, że w świecie marek najbardziej liczy się wizerunek, a nie rzeczywista osoba.
W miejscach publicznych zawsze zachowują fasadowy spokój i starają się nie rozbudzać dręczącego strachu przed przebiegłą kobiecą mocą, która spędza sen z oczu ich partnerowi.
Aby podtrzymać zainteresowanie ze strony mężczyzn, mogą one nawet w okresie nastoletnim zoperować sobie biust albo w wieku dwudziestu kilku lat wstrzyknąć botoks. Za sprawą drugiego z tych zabiegów ustrzegają się przed szybkim nadejściem syndromu RBF (resting bitch-face)**.
Te kobiety są w stanie wytrwać w swoich staraniach - w odróżnieniu od osób o słabszym charakterze i mniejszej odwadze.
Nie są uroczymi i sympatycznymi dziewczętami. Nie mogą być. Mogą naprawdę tak myśleć lub nie, ale publicznie zgadzają się z Paris Hilton, która w następujący sposób wypowiedziała się o kobietach oskarżających Trumpa o nadużycia seksualne: "Według mnie one po prostu starają się przyciągnąć uwagę i zdobyć rozgłos. Uważam, że wielu ludzi próbuje korzystać z nadarzających się okazji".
Te kobiety nie mogą ufać absolutnie nikomu - podobnie jak wspomniana przeze mnie piękność, z którą rozmawiałam w ekskluzywnej knajpce.
Najskuteczniejsza spośród nich jest Melania - potrafi znieść intensywną fizyczną samokontrolę i społeczną izolację. Preferuje towarzystwo swojej rodziny złożonej z prostych Słoweńców, którzy zdobyli majątek przechodzący ich najśmielsze oczekiwania i nie mają najmniejszego powodu, aby zrezygnować z tego bogactwa i powrócić do robienia ciast o nazwie potica w kraju będącym bastionem słowiańskiej kultury. Tak bardzo ceni sobie prywatność, że podobno rozpłakała się po ogłoszeniu wyników wyborów, za sprawą których Donald został prezydentem. Nigdy nie potrzebowała przyjęć ani dużych grup ludzi. Nie była również zainteresowana zdobywaniem władzy. Pragnęła posiadać pieniądze, ale nie chciała być osobą wpływową.
Sytuacja wygląda inaczej w przypadku jej pasierbicy, która niewątpliwie jest zainteresowana władzą. Chce zostać pierwszą panią prezydent w historii USA. Stanie się wówczas Królową Imperium. Może również zostać córką, która obali ojca. Taki właśnie scenariusz przewidział napiętnowany strateg polityczny Steve Bannon.
Przed osiągnięciem wieku średniego Trump stał się zawodowym arbitrem kobiecego piękna, organizatorem konkursów piękności i właścicielem agencji modelek. Ma ściśle określone wyobrażenia na temat tego, jak powinny wyglądać kobiety. Potrafi również zmusić je do tego, aby dopasowały się do jego oczekiwań. Wyższe obcasy i bardziej skąpe bikini dla wszystkich!
Jeżeli kobieta nie zawsze czuje się dobrze w blasku fleszy, prawdopodobnie wkrótce zostanie odrzucona. Zostanie odrzucona również wtedy, gdy stanie się zbyt stara.
Kobiety znajdujące się najbliżej Trumpa wydają się akceptować fakt, że są obserwowane i oceniane. Wszyscy znamy ich status za sprawą wielogodzinnych rozmów, które autor programu radiowego The Howard Stern Show przeprowadził z Donaldem. Prowadzący zachowywał się podczas nich jak psychoanalityk korzystający z techniki swobodnych skojarzeń.
STERN [o Melanii]: Na pewno jest świetna w łóżku. Z pewnością ma w sobie magię... Na pewno robi coś niezwykłego.
TRUMP: Ubiłem dobry interes.
STERN: Na pewno doprowadza cię do szaleństwa... Poza tym chyba nie jest tak upierdliwa jak Ivana?
TRUMP: Nie, jest świetna.
STERN: A co było najgorszego w Ivanie? Powinieneś dziękować Bogu, że zakończyłeś związek z nią.
TRUMP: No cóż, nie była taka zła.
STERN: Byłeś związany z jeszcze jedną zdzirą. Przypomnisz jej imię?
TRUMP: Marla też była dobra. Chodzi mi o to, że obydwie... Howardzie, one obydwie były wspaniałe.
* Nawiązanie do kryptonimu "Air Force One", który jest nadawany samolotom prezydentów USA. (przyp. tłum.)
** Slangowe określenie mimiki osób, których twarz wydaje się bezustannie wyrażać niezadowolenie. (przyp. tłum.)
Oczywiście podejście Donalda Trumpa do płci przeciwnej jest według mnie obrzydliwe. W ciągu kilku tygodni trzynaście kobiet zeznało, że podczas interakcji z nimi pozwolił sobie na niepohamowane całowanie i obmacywanie. Żona i zwolennicy Donalda uznali to za "zwykłe niewybredne rozmowy prowadzone w kuluarach". Trump wszystkiemu zaprzeczył. "Te sytuacje nigdy nie miały miejsca. Nigdy. Po zakończeniu wyborów wytoczę proces wszystkim tym kłamczuchom", powiedział podczas przemówienia w Gettysburgu w stanie Pensylwania.
Tak się składa, że osobiście znam jedną z tych kobiet, a z pozostałymi przeprowadziłam wywiady. Wierzę im na słowo.
W ostatecznym rozrachunku Trump nie musi wytaczać procesu swoim oskarżycielkom. Został wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Przeprowadził się do Gabinetu Owalnego i nadal nazywa swoje oskarżycielki kłamczuchami - mimo że wpływowi ludzie ze świata mediów, technologii i Hollywood tracą pracę i trafiają do sądu z powodu podobnych albo nawet mniej poważnych zarzutów dotyczących nadużyć seksualnych. Czasy i obyczaje wokół niego uległy zmianie, ale on sam póki co nie planuje się zmieniać. W pewnej mierze wynika to z faktu, że ma wokół siebie grupę kobiet, których piękno, opanowanie i nieugięta finezja zapewniają mu ochronę przed wściekłymi, zazdrosnymi, wstrętnymi wiedźmami próbującymi doprowadzić do jego upadku.
Podczas pisania tej książki postanowiłam pominąć wiele nieobyczajnych plotek i zamiast tego oprzeć się na opublikowanych materiałach, archiwalnych dokumentach i wywiadach z żyjącymi ludźmi, którzy dysponują informacjami na temat interesujących mnie zagadnień. Po części wynika to z tego, że Trump jest kapryśny i skłonny do pieniactwa, a na dodatek ma do dyspozycji prawników, którzy dostają od niego dożywotnie wynagrodzenie i używają prawa jako pałki do uciszania lub zastraszania ludzi.
Starałam się w neutralny sposób pisać o kobietach pojawiających się w tej książce, ale w niektórych miejscach otwarcie wyrażam swoje opinie na temat Trumpa.
Gdy pracowałam nad tą publikacją, ludzie czasami pytali mnie: "Czy według ciebie Donald naprawdę uprawia seks z Melanią?". Nie znajdziecie tu odpowiedzi na to pytanie. Moim zdaniem nie jesteśmy w stanie odkryć, co dzieje się wewnątrz jakiegokolwiek małżeństwa. Nie jesteśmy również w stanie precyzyjnie określić, w jaki sposób uczucia matki wobec dziecka zmieniają się za sprawą tęsknoty za ojczyzną, pragnień, braku miłości (albo miłości do butów projektowanych przez Christiana Louboutina), złamanego serca, porzuconych marzeń, samotności, choroby, depresji i ekonomicznej sytuacji kobiet.
Zmarli nie mogą mówić. Żywi w większości przestrzegają umów o poufności, które podpisali.
Elisabeth Christ Trump
Chciała wrócić do domu.
Był 11 października 1905 roku - dzień po jej dwudziestych piątych urodzinach. Elisabeth Christ Trump leżała na łóżku w apartamencie na Bronksie i cierpiała z powodu skurczy porodowych. Jej szwagierka Katherine Schuster była obok niej i udzielała Elisabeth wsparcia wraz z innymi kobietami należącymi do lokalnej niemieckiej społeczności. Znajdowali się w zamieszkiwanej przez niemieckich imigrantów dzielnicy o nazwie Morrisania, na terenie Bronksu - jednego z okręgów Nowego Jorku. Elisabeth i jej mąż mieszkali wtedy w tym mieście.
Była to nowoczesna metropolia, ale przed blokami mieszkalnymi wciąż przejeżdżały wozy ciągnięte przez konie. Na prerii położonej tysiąc kilometrów na zachód od Nowego Jorku bracia Wright nieco wcześniej zbudowali pierwszy samolot, który mógł utrzymać się w powietrzu przez pół godziny. Zanim jednak podróże lotnicze stały się czymś powszechnym, Elisabeth zdążyła zmienić się w kobietę w średnim wieku. Dopiero kilkadziesiąt lat później pojawiły się drapacze chmur pokryte lustrzanymi panelami, luksusowe apartamenty i czarne ekrany, w które mogli wpatrywać się jej potomkowie. Ona sama w niewielkim stopniu zakosztowała tego nadchodzącego świata.
Nie zmienia to jednak faktu, że powoli i mozolnie uczestniczyła w powoływaniu go do życia.
Znajdowała się w mieszkaniu w budynku numer 539 na Sto Siedemdziesiątej Siódmej Ulicy we wschodniej dzielnicy Nowego Jorku. Słyszała wokół siebie język niemiecki, ale pomimo tych dobrze znanych dźwięków nie czuła się jak u siebie w domu. Ani trochę. O tym fakcie z uciążliwą regularnością przypominały jej jeżdżące po Trzeciej Alei pociągi nadziemne, których piszczące odgłosy były czymś w rodzaju metronomu nadającego rytm jej skurczom porodowym.
O tej porze roku w jej ojczyźnie winorośl stawała się czerwona i żółta. W październikowe popołudnia słońce sprawiało, że pochyłe pola sięgające aż do tylnych drzwi domów w małych niemieckich wioskach zmieniały się w lśniące złoto. Nie było tam piszczących pociągów ani brudnych ulic tętniących życiem. Nie było tam cementu, brudu ani chorób roznoszonych przez hordy ludzi, którzy tak jak Elisabeth emigrowali z Europy, ale bardzo się od niej różnili. Nie byli równie czyści jak ona. Rozpychali się łokciami na gorących i głośnych ulicach, a także na straganach z owocami i warzywami.
Doskonale wiedziała, jaka odległość dzieli ją od domu. Dotychczas zdążyła już bowiem przepłynąć przez ocean nie raz, lecz kilka razy. Po raz pierwszy zrobiła to w 1902 roku, aby dotrzymać towarzystwa swojemu nowemu mężowi, który przebywał w Nowym Świecie - Nowym Jorku. W późniejszym czasie jeszcze dwukrotnie pokonała Atlantyk na pokładzie parowców i podjęła próbę przekonania niemieckiego rządu do tego, aby pozwolił jej mężowi pozostać w kraju. Poniosła jednak porażkę i ostatecznie pogodziła się z faktem, że jest niemiecko-amerykańską imigrantką.
Swoją ostatnią podróż z Europy do Nowego Jorku odbyła na parowcu SS Pennsylvania. Ogarniał ją smutek, miała na rękach maleńką Elizabeth i znów była w ciąży. Opuściła swoją rodzinną miejscowość Kallstadt w samym środku lata, czyli w okresie, w którym wszyscy zachowują się beztrosko, a winogrona wciąż jeszcze są zielone. O tej porze roku mogłaby zejść po pochyłych polach otaczających lokalne winnice i udać się do Bad Dürkheim - uzdrowiskowego miasta, do którego zjeżdżają się turyści, aby pić lecznicze wody.
Kilka miesięcy później znajdowała się w apartamencie na Bronksie i rodziła drugie dziecko. Pod koniec dnia wydała na świat chłopca, którego wraz z mężem nazwała Frederick. Imię to zostało mu nadane po jego ojcu Friedrichu, ale miało inną pisownię. W odróżnieniu od rodziców chłopiec był Amerykaninem. W odróżnieniu od nich był w stanie ukryć rodzinne korzenie. Matka przekazała mu swoją tęsknotę za rodzinnym miastem w Niemczech, a także własne preferencje, marzenia i obawy. Za sprawą tego wszystkiego w późniejszym czasie pojawiła się w nim rozpaczliwa obsesja na punkcie czystości i skuteczności, pogarda do beztroski i nonsensu, a także głębokie przywiązanie do porządku i samokontroli, postrzeganej przez niego jako zabezpieczenie przed chaosem oraz wielkomiejskim brudem. W dorosłym życiu przekaże swojemu własnemu synowi niektóre z tych cech i dziwactw - zmodyfikowane i złagodzone, ale wciąż zauważalne.
W roku 1885 Friedrich Trump miał szesnaście lat. Nie miał ojca, ale był przedsiębiorczy. Wyjechał z niewielkiej wioski położonej niedaleko granicy z Francją, słynącej z produkcji wina, i zaczął szukać swojego szczęścia w Ameryce. Był drugim synem w rodzinie, w której przyszło na świat dwóch chłopców i cztery dziewczynki. Przyuczał się do zawodu męskiego fryzjera, ale strzyżenie i golenie nie mogły zapewnić mu wielkiej fortuny, która w jego mniemaniu już czekała na niego w odległych górach na zachodzie USA.
Miliony niemieckich imigrantów zakładały farmy w środkowo-zachodniej Ameryce. Marzeniem młodego Trumpa było jednak osiedlenie się w zachodniej części kraju, ponieważ legendy głosiły, że młodzi mężczyźni mogą zdobyć tam majątek.
Po kilku latach opuścił Nowy Jork i przejechał przez cały kontynent aż do Seattle. Tysiące mężczyzn - siwych, cuchnących piwem, nieumytych i noszących te same ubrania od miesiąca - przybywały w tamte okolice na piechotę i na statkach, aby szukać srebra i złota. Trump instynktownie wiedział, czego pragnęli ci szorstcy mężczyźni i co mogli w zamian za to zaoferować. Postanowił więc sprzedawać im to w różnych miejscach - od Seattle przez Jukon aż do obrzeży koła podbiegunowego. Kilka dekad później jego wnuk został równie dobrym sprzedawcą.
Friedrich Trump kupił w Seatlle bar i jadłodajnię o nazwie Dairy Restaurant. Oferowano tam piwo, jedzenie i "prywatne pokoje dla pań", czyli dla prostytutek. To czasy na długo przed pojawieniem się w Seattle samolotów i firmy Microsoft. Wtedy wciąż było to niezbyt przyjazne miasto osadnicze, a jego głównymi gałęziami przemysłu były hazard i prostytucja. Friedrich Trump przyjechał tam w okresie, w którym drugi z tych biznesów cieszył się szczególnie dużą popularnością, ponieważ proporcja mężczyzn do kobiet wynosiła mniej więcej sto do dwóch. Kilka lat wcześniej - w 1888 roku - w Seattle pojawiła się legendarna Madame Lou Graham, która również pochodziła z Niemiec. Założyła tam wystawny i elegancki burdel naprzeciwko najważniejszej w mieście placówki katolickiej, a mianowicie kościoła Matki Bożej Dobrej Pomocy. W celu rozkręcenia biznesu Madame Lou Graham i inne właścicielki "salonu" jeździły po mieście w karecie wraz z nowymi dziewczętami, aby zaprezentować ich wdzięki.
Trump został w Seattle dwa lata, a przez resztę dekady pojawiał się w miastach, w których wybuchała gorączka złota lub srebra. Prowadził interes w danym miejscu, a następnie go zwijał i zaczynał na nowo gdzieś indziej. Obsługiwał górników, którzy w pogoni za informacjami o nowo odkrytych żyłach i złożach minerałów podążali na północ aż do Jukonu. Gdy poszukiwacze ruszali na bardziej obiecujący teren, Friedrich Trump po prostu się pakował i jechał za nimi. Pewnego razu przeniósł swój biznes za pomocą tratwy. Podczas przepływania przez bystrze przytrafił mu się niefortunny wypadek, za sprawą którego stracił połowę sprzętu i umeblowania. To wydarzenie spowolniło go, ale nie zrezygnował ze swojego planu biznesowego.
Jego ostatni lokal znajdował się niedaleko złóż srebra w pobliżu Klondike w Kanadzie. Na wiosnę 1901 roku północno-zachodnia policja konna ogłosiła, że planuje walczyć z hazardem i sprzedażą alkoholu, a także przepędzić "nierządnice" z tamtego regionu. Trump sprzedał wtedy meble, garnki i rondle, po czym na zawsze opuścił Dziki Zachód. Dziesięć lat późnej udało mu się zaoszczędzić całkiem sporą kwotę, a mianowicie odpowiednik 80 tysięcy marek niemieckich. Dysponował wystarczająco dużym majątkiem, aby móc wrócić do Kallstadt, wpłacić swoje pieniądze do lokalnego skarbca i niezwłocznie znaleźć sobie żonę.
Friedrich Trump prawdopodobnie nie wyznał młodszej o dziesięć lat narzeczonej wszystkich szczegółów dotyczących tego, w jaki sposób zarobił swoje pieniądze - a przynajmniej nie zrobił tego na początku znajomości. Po przyjeździe do Niemiec ukrył wszystkie szorstkie nawyki, które pojawiły się w nim podczas pobytu na odludziu (jego wnuk nazwał go kiedyś "osobą o ciężkim stylu bycia"). W ostatecznym rozrachunku jego małą fortunę przejęła piękna kobieta o wyglądzie porcelanowej laleczki, która wbrew pozorom nie była bezradną dziewczyną z Bawarii. Użyła ona pieniędzy Friedricha do stworzenia fundamentów Trump Organization.
Na jednym ze zdjęć ma surową minę i jest ubrana w białą edwardiańską suknię z wysokim kołnierzykiem, ale jej blada i owalna twarz wygląda na delikatną. Ta twarz jest dobrze znana ludziom żyjącym współcześnie. Geny babci są bowiem bardzo widoczne u jej wnuka Donalda Trumpa, a jeszcze bardziej u jej prawnuków, których nie zdążyła zobaczyć - zwłaszcza tych urodziwszych, czyli u Erika, Ivanki i Tiffany Trump.
Elisabeth Christ przyszła na świat 10 października 1880 roku jako jedyna córka Philipa Christa i Any Marii Christ. Jej rodzina posiadała małą winnicę, która nie przynosiła zbyt dużych dochodów. Philip Christ dorabiał więc jako druciarz. Zajmował się naprawianiem i polerowaniem sprzętów kuchennych, a także sprzedawaniem garnków i rondli.
Elisabeth miała trzech braci. Najstarszy, Ludwig, walczył dla cesarza w pierwszej wojnie światowej, utrzymał się przy życiu i został burmistrzem w pobliskiej miejscowości. Środkowy miał na imię Johannes i pozostał w Kallstadt, ale w późniejszym czasie stracił swojego własnego syna Ernsta podczas drugiej wojny światowej. Cała rodzina Christów - wliczając w to również wszystkich dalszych krewnych - straciła łącznie pięciu mężczyzn walczących w armii hitlerowskiej.
W okresie dzieciństwa Elisabeth mieszkała w małym, dwukondygnacyjnym domu z tradycyjnymi ścianami szkieletowymi. Po przeciwnej stronie ulicy stał nieco większy budynek tego samego typu należący do rodziny Trumpów. Obydwa domy były prostymi konstrukcjami z drewna i zaprawy, ale pierwszy z nich znajdował się tuż przy krawędzi drogi, a drugi był otoczony ogrodem.
Para wzięła ślub 26 sierpnia 1902 roku, po czym popłynęła do Nowego Jorku i wprowadziła się do mieszkania w dzielnicy o nazwie Morrisania położonej na Bronksie. Trump zaczął pracować na stanowisku kierownika restauracji i hotelu, a jednocześnie dorabiał jako fryzjer.
W pierwszej dekadzie dwudziestego wieku Nowy Jork tętnił życiem i był zgiełkliwym miastem, którego mieszkańcy pospiesznie poruszali się po ulicach we wszystkich kierunkach. Z pewnością przytłoczył młodą wiejską dziewczynę, która została narzeczoną Trumpa. Wszędzie wokół niej znajdowały się latarnie, drapacze chmur, samochody i promy, ale nie była zupełnie osamotniona. Miasto wypełniali bowiem niemieccy imigranci - tacy jak ona i jej mąż. Mieszkało w nim również drugie pokolenie Niemców, których rodzice przybyli tu za sprawą wcześniejszych fal migracyjnych.
Od pięćdziesięciu lat Nowy Jork był jednym z trzech największych na świecie skupisk niemieckich obywateli. Ich liczba była większa tylko w Berlinie i Wiedniu. W roku 1900 jeden na czterech nowojorczyków miał niemieckie pochodzenie. Należeli do nich między innymi inżynierowie, chociażby John Roebling (niemiecki imigrant, który zaprojektował most Brookliński i na nim zginął), a także milionerzy tacy jak John Jacob Astor (który pochodził z okolic miasta Heidelberg i dzięki fortunie zarobionej na futrzarstwie stworzył imperium handlu nieruchomościami).
Na każdego Roeblinga i Astora przypadało jednak kilkuset anonimowych Niemców, którzy żyli i umierali we względnym ubóstwie w zadymionych i brudnych dzielnicach Nowego Jorku na początku dwudziestego wieku. Stanowili integralny element tego hałaśliwego miasta, które bezustannie się zmieniało i rozrastało. Stare, niskie budynki zrównywano z ziemią, aby na ich miejscu wybudować drapacze chmur i biurowce mające stalowy szkielet i ponad dwadzieścia pięter. Ogromna większość niemieckich imigrantów mieszkających w Nowym Jorku zarabiała na życie jako robotnicy, pokojówki albo innego rodzaju służący. Do tego grona należała między innymi siostra Trumpa, która pracowała jako kucharka dla jednego z członków ważnej nowojorskiej rodziny Cooperów.
Fred i Elisabeth Trump byli w nieco lepszym położeniu niż nieumyta horda imigrantów, ponieważ zajmowali lokum w jednym z pierwszych na Bronksie budynków mieszkalnych wyposażonych w krany z gorącą wodą, prywatne łazienki i elektryczność.
W kwietniu 1904 roku Elisabeth wydała na świat swoje pierwsze dziecko - córeczkę, którą wraz z mężem nazwała Elizabeth. Imię to zostało nadane po rodzicielce, ale miało amerykańską pisownię. Młoda matka czuła się przytłoczona anonimowością panującą w wielkim mieście, a także tym, że musi opiekować się dzieckiem z dala od swojej rodziny. Niemal natychmiast zaczęła tęsknić za ojczyzną. Na dodatek jej nowy dom nie był idyllą. Friedrich zamerykanizował swoje imię i zaczął nazywać się Frederickiem. Był człowiekiem ambitnym i energicznym, ale lubił wypijać duże ilości alkoholu, a być może nawet był alkoholikiem. Po dekadzie spędzonej w górach na zachodzie kraju stał się niezwykle szorstkim człowiekiem.
Kilka miesięcy później nadeszło wilgotne nowojorskie lato, a leżące na ulicach końskie łajno, ścieki i resztki jedzenia zaczęły dojrzewać. Trumpowie znów wsiedli na pokład liniowca płynącego na drugą stronę oceanu i ruszyli w kierunku Niemiec. Wrócili do Kallstadt, aby nacieszyć się letnimi festiwalami wina i spotkać z najbliższymi. Elisabeth i jej mąż pragnęli zostać w Niemczech. Niemiecki rząd nie chciał jednak repatriować Trumpa, ponieważ formalnie rzecz biorąc, był on dekownikiem (najwyraźniej była to cecha rodzinna, ponieważ jego syn i wnuk również nie uczestniczyli w żadnych wojnach). Wyjechał z kraju przed osiągnięciem wieku poborowego, a po powrocie był już zbyt stary, aby odbyć służbę wojskową.
Elisabeth spędziła w Kallstadt wspaniały rok, podczas którego przesiadywała w przytulnym domu, w którym niegdyś dorastała. Podlewała kwiaty w doniczkach, spacerowała pośród winorośli i zajmowała się wychowywaniem córeczki, a jej mąż w tym czasie spierał się z urzędnikami.
Pewnego dnia sielanka dobiegła końca.
Trumpowie dostali od niemieckiego rządu list z informacją o tym, że Friedrich musi wyjechać z kraju. Popłynęli więc z powrotem do Nowego Jorku. Elisabeth znów była w ciąży, a Friedrich otworzył zakład fryzjerski pod adresem Wall Street 60. Sto lat później w tym samym budynku będą znajdowały się amerykańskie biura niemieckiego giganta Deutsche Banku zamieszanego w pranie rosyjskich pieniędzy. Bank ten pożyczy również wnukowi Friedricha (czyli Donaldowi Trumpowi) setki milionów dolarów, gdy amerykańscy bankierzy nie będą już chcieli mieć z nim nic wspólnego.
Po powrocie do Nowego Jorku w 1905 roku Elisabeth nie była szczęśliwsza niż przed podróżą do swojego rodzinnego miasta Kallstadt. Tęskniła za ojczyzną nawet po przeprowadzce do nowszego mieszkania w budynku wyposażonym w lodówki i gorącą wodę. W grudniu 1906 roku Friedrich Trump wysłał do niemieckiego rządu kolejny list, w którym prosił o pozwolenie na powrót do kraju. Otwarcie napisał, że jego żona "nie jest w stanie przystosować się do życia w Nowym Jorku".
W końcu postanowił dać za wygraną i skoncentrować się na wyzwaniach związanych z życiem w Nowym Świecie. Objął posadę kierownika w nowym manhattańskim hotelu posiadającym licencję na sprzedaż alkoholu. Jego praca była nieco bardziej wyrafinowaną wersją barowego stylu życia, który prowadził niegdyś w zachodniej części USA. Spędzał dużo czasu poza domem, w którym Elisabeth przesiadywała z dwójką dzieci poniżej pięciu lat. Niedługo miał pojawić się trzeci potomek.
11 października 1905 roku Elisabeth wydała na świat swoje drugie dziecko - syna, który został nazwany Frederick Christ Trump i był ojcem przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Dzień wcześniej świętowała dwudzieste piąte urodziny. Zarówno pierwsze, jak i drugie dziecko urodziła we własnym domu. Podczas porodu towarzyszył jej doktor Haas, który następnie podpisał świadectwo urodzenia. Dwa lata później ten sam lekarz był obecny w trakcie narodzin jej trzeciego i ostatniego dziecka, o imieniu John. Ten poród również odbył się w jej domu.
W 1905 roku w Ameryce rodzenie dziecka przypominało wydarzenie towarzyskie i rodzinne, nawet jeśli odbywało się w obecności lekarza. Tego rodzaju podejście było szczególnie widoczne w przypadku niemieckich emigrantek, które trzymały się razem w obcym mieście. Podczas porodu schodzili się przyjaciele i członkowie rodziny, żeby na zmianę dodawać otuchy młodej matce albo żeby podać położnej świeżą wodę lub pościel. W tamtym czasie wydawanie dziecka na świat we własnym domu było czymś normalnym nie tylko dla niemieckich emigrantek, ale też dla większości amerykańskich kobiet. Ponad dziewięćdziesiąt procent Amerykanek - zarówno w miastach, jak i poza nimi - rodziło dzieci w swoim łóżku. W przejściu przez ten proces pomagały im inne kobiety i akuszerka. Rodziny posiadające pieniądze (a Trumpowie należeli do klasy średniej) mogły liczyć również na wsparcie ze strony lekarza, który przyjeżdżał na wezwanie. Zazwyczaj był to mężczyzna mający do dyspozycji kleszcze, a także najnowsze technologie i wiedzę medyczną na temat porodu. Oprócz niego żadni inni mężczyźni nie mogli wejść do pomieszczenia, w którym odbywał się poród. Teren ten należał do kobiet.
W roku 1910 Frederick kupił dom i przylegającą do niego działkę na nieco cichszej Pierwszej Ulicy w okręgu Queens. Nie było to co prawda Kallstadt, ale mieszkało tam wielu Niemców. Zaletą tego miejsca było to, że latem dzieci mogły bawić się na świeżym powietrzu, a zimą jeździć na łyżwach i zjeżdżać na sankach w pobliskich parkach. Germańskie wpływy były w tej dzielnicy tak silne, że w pobliżu znajdowało się niemieckie targowisko, na którym sprzedawano wino sprowadzane z Kallstadt.
W dekadzie poprzedzającej pierwszą wojnę światową pochodzenie nie miało znaczenia dla mieszkańców USA. Nikogo nie obchodziło to, że Frederick Trump jest "Amerykaninem z Niemiec". Gdy przebywał wśród swoich rodaków, robił interesy w języku ojczystym. Wraz z Elisabeth mówili po niemiecku nie tylko w domowym zaciszu, ale również w miejscach publicznych, w których rozmawiali ze sklepikarzami i sąsiadami. Dopóki ich dzieci nie rozpoczęły nauki w szkole, nie znały zbyt dobrze języka angielskiego. Trumpowie nie wstydzili się tego, że są Niemcami. Nawet gdy europejskie mocarstwa zaczęły się kłócić, myśl o konflikcie zbrojnym pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Niemcami dla większości niemieckich emigrantów była absurdalna.
W roku 1914 w Europie wybuchła wojna, która szybko wywarła bezpośredni wpływ na społeczność Amerykanów z Niemiec. Stany Zjednoczone dołączyły do niej 5 kwietnia 1917 roku, wskutek czego niemieccy emigranci przebywający w tym kraju natychmiast przestali być dumni ze swojego pochodzenia. Elisabeth, Fred i inni Niemcy mieszkający w Ameryce zaczęli być nazywani "Huns"*. Gdy poruszali się po nowojorskich ulicach, mogli również usłyszeć z ust przechodniów wiele innych obelg z okresu wojny - takich jak "Jerry", "Kraut" czy "Fritz". Ze świata biznesu i niemal wszystkich uczelni wyższych zniknęło słowo "Niemiec". Wszechobecna germanofobia spowodowała, że niezliczeni mężczyźni stracili pracę i wraz z rodzinami zostali odrzuceni przez wszystkich oprócz swoich rodaków. Ucichły zespoły w barach piwnych i klubach towarzyskich.
Z perspektywy Elisabeth Trump najważniejsze było jednak to, że Niemcy zaczęli używać ojczystego języka wyłącznie we własnych domach.
Gdy za granicami kraju toczyła się wojna, Elisabeth prowadziła tryb życia typowy dla żon mieszkających na obrzeżach miasta. Zmagała się z obowiązkami domowymi, które wciąż nie były łatwe w epoce przed pojawieniem się zmywarek i pralek. Miała dużo do zrobienia w domu i nie chciała dołączać do kobiet przejmujących miliony stanowisk pracy, które pozostawili po sobie mężczyźni wysłani na wojnę. Okres wojny i kilka następnych lat miały ogromne znaczenie dla Amerykanek. To właśnie wtedy w Kongresie Stanów Zjednoczonych po raz pierwszy znalazła się kobieta. Amerykanki zaczęły domagać się praw wyborczych (otrzymały je w 1920 roku) i pod groźbą więzienia rozpowszechniać informacje na temat bezpiecznych metod antykoncepcyjnych.
Wszystko to nie miało zbyt dużego znaczenia dla Elisabeth Trump, która była cudzoziemką, żyła w niemieckiej enklawie jako gospodyni domowa i wolała mówić w swoim języku ojczystym niż po angielsku. O wszystkie kwestie finansowe dbał jej mąż, który chodził do pracy i zajmował się domowym budżetem. Pewnego słonecznego popołudnia w maju 1918 roku została jednak wyrwana ze swojej izolacji i ze spokoju panującego w domowym zaciszu, ponieważ Frederick Trump zmarł na grypę hiszpankę. Miał czterdzieści dwa lata. Nie zdążył zobaczyć końca pierwszej wojny światowej (zakończonej w listopadzie 1918 roku) ani pocieszyć się krótkotrwałą rehabilitacją niemieckiej tożsamości w jego nowym kraju.
Ich najstarszy syn Fred Trump udzielił na starość wywiadu, w którym opowiedział o śmierci swojego ojca. W tamtym czasie miał dwanaście lat. Wraz z tatą szedł Jamaica Avenue, na której trwały przygotowania do parady z okazji Dnia Pamięci Narodowej (ang. Memorial Day). W pewnym momencie Frederick Trump niespodziewanie odwrócił się w stronę syna i powiedział, że źle się czuje. Po powrocie do domu położył się do łóżka i nigdy już z niego nie wstał.
Hiszpanka zabijała młodych ludzi za sprawą zapalenia płuc, które bardzo szybko się rozwijało. Frederick Trump zmarł tak niespodziewanie, że jego syn Fred początkowo niczego nie poczuł. "To wydawało się nierealne", powiedział wiele lat później podczas wywiadu dla Gwendy Blair, która spisała historię rodziny Trumpów. "Nie byłem smutny. Wiesz, jakie są dzieciaki. Niemniej jednak po jakimś czasie pojawił się we mnie smutek, ponieważ moja matka często płakała i była zrozpaczona. Poczułem się źle z powodu patrzenia na nią, a nie z powodu moich reakcji emocjonalnych na śmierć ojca".
Elisabeth została wdową i wychowywała trójkę dzieci, które nie miały jeszcze nawet czternastu lat i wymagały opieki. Była emigrantką z Niemiec mieszkającą w kraju, który w ciągu czterech lat trwania wojny zabronił nauczać języka niemieckiego i kazał usunąć niemieckie nazwy z różnych produktów spożywczych - takich jak hamburgery i kiszona kapusta. Nagle zaczęła być zdana tylko na siebie.
Musiała stawić czoła wszystkim społecznym i prawnym ograniczeniom, z którymi walczyły kobiety w tamtych czasach. Na dodatek niektóre osoby odnosiły się do niej pogardliwie z powodu jej niemieckich korzeni.
Nie przysługiwały jej prawa wyborcze, a bankierzy mogli odrzucić jej prośbę o otwarcie konta bankowego. Na dodatek miała duże trudności ze znalezieniem pracy poza domem - zarówno z powodu macierzyństwa, jak i restrykcji prawnych nakładanych na pracujące kobiety.
Zajęła się krawiectwem i użyła oszczędności swojego męża (31 359 dolarów, czyli odpowiednik dzisiejszych 508 360 dolarów) do stworzenia pierwszej inwestycji budowlanej rodziny Trumpów. Jej model biznesowy był embrionalną formą stylu funkcjonowania, który opierał się na pożyczkach i obecnie jest cechą rozpoznawczą Trump Organization. Gazeta wydawana w okręgu Queens napisała, że Elisabeth z "wyjątkową determinacją" zatrudniła kontrahenta, aby wybudował budynek mieszkalny na pustej działce, którą jej mąż pozostawił po sobie wraz z ich domem. Następnie go sprzedała, a zarobione środki przeznaczyła na zakup nowej działki i budowę kolejnego budynku mieszkalnego, po czym zdeponowała w banku pieniądze z kredytu hipotecznego. Gdy zebrała 50 tysięcy dolarów, utworzyła spółkę. Lokalna gazeta podała 16 kwietnia 1927 roku informację o powstaniu firmy o nazwie E. Trump & Son.
Historia Elisabeth została usunięta z oficjalnej sagi rodziny Trumpów. Jej wnuk Donald (który w chwili jej śmierci miał niecałe dwadzieścia lat) wszystkie zasługi przypisuje swojemu ojcu Fredowi i przedstawia go jako twórcę pomysłu, z którego wykiełkowało Trump Organization. Według niego Fred potrzebował swojej matki wyłącznie do podpisywania czeków, ponieważ sam był jeszcze wtedy zbyt młody. Ta wersja historii wymagałaby tego, aby czternasto- lub piętnastoletni Fred dysponował wiedzą o świecie finansów, przenikliwością biznesową i środkami, dzięki którym mógłby wykorzystać oszczędności ojca do zagospodarowania kawałka ziemi i pomnożyć swój majątek przy użyciu dość skomplikowanego (jak dla nastolatka) planu rozwoju, pożyczek i kredytów hipotecznych.
Jako mężczyzna Fred Trump mógł spojrzeć wstecz na rolę swojej matki w rodzinnym biznesie i bez trudu ją usunąć, a następnie umieścić w historii przedsiębiorstwa własną osobę. Wynikało to z faktu, że prawa i zwyczaje w Ameryce w latach dwudziestych wznosiły mur wyzwań przed wszystkimi kobietami (zarówno imigrantkami, jak i rodowitymi Amerykankami), które chciały albo musiały samodzielnie pokierować swoim własnym życiem. Zgodnie z przepisami stanowymi mężowie byli "głowami i panami" gospodarstw domowych i sprawowali pełną władzę nad rodzinnym majątkiem. Prawo trzymało kobiety z dala od miejsc pracy. Nie przysługiwała im płaca minimalna. Prywatny pracodawca mógł legalnie odmówić zatrudnienia kobietom, które były w ciąży albo miały dzieci w wieku przedszkolnym. Jednocześnie jednak nie posiadały one zbyt dużego wyboru w kwestii tego, czy mają rodzić dzieci, czy nie. Na poziomach politycznym i prawnym były zaledwie obywatelkami. We wszystkich sprawach związanych z odziedziczonymi pieniędzmi mężczyźni automatycznie mieli pierwszeństwo przed kobietami jako egzekutorzy testamentów.
Nie zmienia to jednak faktu, że centralna, choć niemal niewidzialna rola Elisabeth Christ Trump w tworzeniu imperium handlu nieruchomościami zbiegła się w czasie z głęboką przemianą społeczną. W latach dwudziestych na scenie pojawiła się "nowa kobieta". Była młodsza od Elisabeth i należała do pokolenia, które dorastało w epoce jazzu, cieszyło się prawami wyborczymi i uważało, że kobiety mogą równocześnie zajmować się karierą zawodową i rodziną. Owe kobiety były również beneficjentkami rodzącej się psychologii freudowskiej, która stała się bramą prowadzącą do wyzwolenia seksualnego.
Freud był austriackim lekarzem o żydowskim pochodzeniu. Zajmował się opisywaniem seksualnych fundamentów leżących u podstaw wszystkich ludzkich zachowań, a swoje teorie wygłaszał w pobliżu ojczyzny Elisabeth. Niemniej jednak babcia Donalda Trumpa zdecydowanie nie była "nową kobietą", lecz owdowiałą matką, zbyt starą, zbyt przywiązaną do minionej epoki, zbyt formalną i zbyt zajętą walką o przetrwanie, aby móc przynależeć do nowoczesnej generacji. Nie była jedną z młodych i szalonych kobiet, które zrzuciły z siebie gorsety i ciężkie sztywne suknie, paliły w miejscach publicznych, popijały gin, przeklinały oraz dążyły do tego, aby wyglądać jak wychudzone chłopczyce o płaskich klatkach piersiowych i długich kończynach.
Ta tęskniąca za krajem piękność o wyglądzie porcelanowej lalki nigdy nie zrezygnowała z formalnych wiktoriańskich ubrań i manier. Na jednym z niewielu jej zdjęć dostępnych w domenie publicznej ma na sobie wysoki koronkowy kołnierzyk i sztywną gorsetową suknię typową dla przełomu wieków, czyli okresu, w którym osiągnęła pełnoletniość. Fred odziedziczył po niej surową i ponurą determinację, dzięki której potrafiła stawić czoła wyzwaniom związanym z byciem samotną matką w Nowym Jorku w okresie wielkiego kryzysu. Odziedziczył po niej również tęsknotę za mityczną (z jego perspektywy) ojczyzną i aryjskie poczucie rasowej wyższości.
W trakcie obchodów Dnia Pamięci Narodowej w 1927 roku wiec Ku Klux Klanu przerodził się w zamieszki, w których wziął udział tysiąc ubranych na biało mężczyzn maszerujących przez okręg Queens. Jedną z aresztowanych osób był dwudziestojednoletni Fred. Trzy miesiące później w Europie Środkowej po drugiej stronie Atlantyku partia nazistowska Hitlera zorganizowała swój trzeci zjazd, który odbył się w sierpniu 1927 roku i został nazwany "Dniem Przebudzenia".
Ojczysty kraj Elisabeth miał wkrótce stracić na rzecz hitlerowskiej wojny większość swoich synów (wliczając w to co najmniej jednego z jej bratanków).
* Pogardliwe określenie Niemców w USA będące odpowiednikiem polskiego słowa "szkop". (przyp. tłum.)