LUIZA
Rozdział pierwszy
Ależ ona miała nogi!
Kwiryna starała się w ogóle nie mrugać, bo nawet stracony ułamek sekundy wydawał jej się zbyt długą jednostką czasową. Loda Halama była najpiękniejszą kobietą na świecie. Czarny Łabędź z Ziemi obiecanej, zjawiskowa tancerka z filmu Prokurator Alicja Horn to nie tylko alegoria piękna, ale także jakaś nieuchwytna elegancja, o której Kwiryna mogła tylko pomarzyć. Zresztą komuś z takim imieniem, chudym ciałem i dziwnymi oczami, o których trudno było powiedzieć, czy są niebieskie, czy brązowe, pozostawały tylko marzenia. Konsumpcją rzeczywistości, z jej pięknymi sukienkami, misternie ułożonymi włosami i koszami kwiatów od wielbicieli zajmowały się kobiety pokroju Lody.
- Też byś mogła być taka jak ona - szepnęła jej do ucha Lucyna, starsza od Kwiryny o dobre piętnaście lat i bogatsza o błyszczyk do ust firmy Max Factor, którego to kosmetyku zazdrościły jej wszystkie kobiety w promieniu stu kilometrów. Lucyna nie chciała zdradzić, skąd ma to cudo, albo raczej, w jaki sposób je zdobyła wraz z kiełkującym pomysłem na świetny biznes.
Teraz z ukosa obserwowała podekscytowaną Kwirynę, która nie mogła oderwać wzroku od Lody. Tak, zabranie tej małej na rewię było zdecydowanie świetnym pomysłem. Żadne słowa nie przekonają człowieka, dopóki na własnej skórze nie doświadczy, co może stracić lub zyskać.
Kwiryna była śliczna, o co się w ogóle nie podejrzewała. Największym atutem były jej oczy z wrodzoną wadą, dającą jakże wiele możliwości. W uwodzeniu, rzecz jasna. Heterochromia iridis, różnobarwność jednej tęczówki. Jedno oko było niebieskie, drugie - niebiesko-brązowe. Każdy, chcąc nie chcąc, wpatrywał się w te oczy i Lucyna wiedziała, że tylko kwestią czasu jest zatopienie się w nich na zawsze. Tyle że Kwiryna na razie odwracała wzrok, jakby wstydząc się swojej ułomności.
Niesłusznie.
- Ona jest taka piękna - wyszeptała, przyciskając dłonie do piersi i posyłając Lodzie spojrzenie wiernego psa.
- Ty też mogłabyś być taka jak ona - odrzekła szeptem Lucyna. - Wszystko jest tak naprawdę kwestią stroju. No i makijażu - dodała, po czym oblizała swoje błyszczące usta.
Opłacało się.
Szybki numerek w bramie przy ulicy Nalewki, tuż pod szyldem "15 Golenie, 25 Strzyżenie". Ten błyszczyk był wart zdecydowanie więcej niż dziesięć takich strzyżeń. Wystarczyło podnieść spódnicę, majtek i tak nie nosiła. Na dodatek klient był zachwycony, że może wziąć ją od tyłu. A ona nie musiała czuć jego oddechu ani wpatrywać się w obcą twarz, wykrzywiającą się w grymasie chwilowego spełnienia. Wcisnął jej potem pięć złotych i dał złote puzderko z napisem "Max Factor, Lip Pomade". Skąd on je miał? Otworzyła pojemniczek i z zaciekawieniem spojrzała na przezroczystą, błyszczącą zawartość. Powąchała. Pachniało czymś zupełnie nowym.
Hollywood. Na pudełeczku też napisano "Hollywood".
To pewnie ten zapach.
Instynktownie nałożyła sobie odrobinę mazi na usta i z zachwytem spojrzała w lustro. Jej wargi efektownie błyszczały i stały się kusząco wilgotne. Lucyna Makówna była zapewne pierwszą w stolicy właścicielką ekskluzywnego błyszczyka do ust firmy Max Factor. Cena - niecałe sześć minut.
Tymczasem Loda Halama po raz dziesiąty tego wieczoru kłaniała się ze sceny z przepraszającym uśmiechem, że niestety nie da rady udźwignąć tych wszystkich kwiatów. Jej cieniutkie brwi, wygięte w charakterystyczny łuk, oraz czerwone usta działały jak magnes na szesnastoletnią Kwirynę, która jako pierwsza zerwała się z krzesła i biła brawo tak zapamiętale, aż jej dłonie stały się niemal purpurowe.
Lucyna uśmiechnęła się pod nosem. Warto było zabrać małą na spektakl, choć był to dość spory wydatek. Na szczęście madame Helene załatwiła dwa bilety po dużo niższej cenie, inaczej nie byłoby ich stać na taki luksus. Najważniejsze jednak, że przynęta chwyciła, a haczyk wbił się w rybę. Teraz trzeba ostrożnie wyciągnąć ją z wody, bez żadnych gwałtownych ruchów, w końcu ojciec nieraz jej powtarzał, że hol ryby jest jednym z najbardziej fascynujących momentów wędkowania. Niektóre gatunki bywają bardzo waleczne i tylko od umiejętności wędkarza zależy czy polowanie zakończy się sukcesem, czy też ryba zerwie się z żyłki.
- Boże, ona jest niesamowita, po prostu niewiarygodnie zjawiskowa. Te jej włosy, te nogi i to, jak się rusza. I ma takie piękne zęby i cerę - Kwiryna nie mogła przestać mówić.
Lucyna wzruszyła ramionami.
- Mówiłam ci już. Też mogłabyś taka być.
Kwiryna spojrzała na nią zdumiona.
- Żartujesz, prawda? Jak ktoś taki jak ja mógłby się równać z boginią?
- Na świecie nie ma bogiń, jest po prostu wystarczająca ilość pieniędzy - Lucyna wyjęła złote puzderko z błyszczykiem firmy Max Factor i pogładziła z namaszczeniem napis "Hollywood".
- Nie trzeba tam jechać, by zostać Jean Harlow - dodała jeszcze.
Kwiryna odgarnęła kosmyk ciemnych włosów z czoła i spojrzała z zaciekawieniem na Lucynę.
- Co masz na myśli?
Ale starsza koleżanka tylko machnęła ręką.
Jeszcze nie teraz. Trzeba wyczuć odpowiedni moment, doprowadzić do sytuacji, w której ofiara sama poprosi o wymierzenie kary. Zresztą, na Boga, o jakiej karze mowa? Jeżeli jeden człowiek posiada piękne i młode ciało, a drugi pieniądze, to dlaczego tego nie połączyć, by obie strony dostały to, o czym marzą?
Lucyna Makówna poczuła się jak kupiec z żydowską smykałką do interesów. Rzuciła raz jeszcze okiem na scenę z kłaniającą się Lodą i wzruszyła ramionami. To po prostu czysty przypadek, że właśnie ta kobieta została gwiazdą. Owszem, talent miał tu pewne znaczenie, ale umówmy się - cała reszta to po prostu fart, że właśnie Loda wyciągnęła karteczkę z napisem "sława". Faktem jest jednak, że miała naprawdę niezłe nogi.
- Chodź, wracamy do domu. - Pociągnęła Kwirynę, która w marzeniach stała właśnie na wielkiej scenie, skąpana deszczem zachwyconych męskich spojrzeń i ogrzana histerycznym biciem ich serc.
Mieszkanie, które rodzice Lucyny odziedziczyli jeszcze po jej dziadkach, było małe, ale dość praktycznie urządzone. No i miało łazienkę. To naprawdę wielkie szczęście, tym bardziej że w wielu dzielnicach o takim luksusie można było tylko pomarzyć.
Jeszcze do niedawna przepisy nie określały maksymalnego stopnia zabudowy działki, nic więc dziwnego, że parcele były usytuowane jedna przy drugiej, niezwykle ciasno, z niedużymi podwórkami pośrodku. Koszty minimalizowano, gdzie się dało, zatem gorsze mieszkania w domach, a czasem i całe domy w biednych dzielnicach były pozbawione kanalizacji, bieżącej wody i łazienek. O, choćby to mieszkanie Zośki na Woli. Dwa miniaturowe pokoiki, drewniany wychodek na dworze, odkryte rynsztoki i nawierzchnie z grubych kamieni, między którymi zalegał koński gnój. No i jeszcze po cztery osoby mieszkające w pokoju. Wiecznie śmierdziało u nich smażoną cebulą, potem i brudnymi ciuchami.
Lucyna miała większe szczęście - mieszkania w kamienicy przy Marszałkowskiej należały do lepszych sfer. Kiedy rodzice żyli, ojciec pracował jako kasjer w Pocztowej Kasie Oszczędności, a matka dorabiała jako szwaczka i trzeba przyznać, że całkiem sprawnie jej to szło. Były miesiące, kiedy zarabiała więcej niż ojciec na państwowej posadzie. Na początku lat trzydziestych, kiedy zlikwidowano w końcu miejscowy burdel pod piątką, psujący dość mocno renomę ulicy, zaczęło tu być naprawdę elegancko. Co prawda, Lucyna kompletnie nie rozumiała, dlaczego nagle właścicielom przestały się podobać kariatydy i gipsowe półkolumny, które jako przejaw złego smaku po kolei zaczęto usuwać z budynków. Ona bardzo je lubiła. Tymczasem sztukaterie zniknęły, frontony zostały wygładzone, a całość stała się jakaś taka... nudna. Najważniejsze jednak, że Marszałkowską uznawano za ulicę modną i naprawdę dobrze się stało, że mogła tu mieszkać.
Od kiedy jednak została sama, z pieniędzmi było coraz gorzej. Co innego, kiedy żyli z pensji trzech osób, teraz musiała utrzymywać się sama. Miała też do spłacenia dług u adwokata ojca, który wprawdzie nie zdążył im w niczym pomóc, ale rachunek wystawił. Odroczył go uprzejmie raz, drugi, a nawet piąty, ale w końcu trzeba będzie wszystko uregulować. Śmierć wywołuje w ludziach współczucie, ale dość krótkotrwałe. Nic dziwnego, trupy zostały złożone w ziemi, kwiaty zwiędły, a życie toczy się dalej.
Zarobki u Madame Helene, u której pracowała Lucyna, ledwo starczały na pokrycie czynszu i podstawowe wydatki, a o jakichkolwiek luksusach można było tylko pomarzyć. Nie lubiła tego uczucia. Tego ciągłego liczenia pieniędzy, zapisywania wydatków, a czasem podkradania jedzenia z bazarów. W zasadzie nie była to taka typowa kradzież, Lucyna po prostu pytała, czy może spróbować jabłek, śliwek, kawałka sera, sprawdzić, czy rzodkiewka jest wystarczająco ostra, a mleko idealnie skwaśniałe. Przejście przez bazar było darmowym śniadaniem, ale wywoływało też mentalną zgagę. Westchnęła. Dobrze, że jej mieszkanie ciągle jeszcze pamiętało lepsze czasy i nie wymagało większych remontów.
Pokój gościnny miał przyjemne groszkowe ściany, sypialnia była różowa, a sufity wymalowano na biało, przez co całość wydawała się jeszcze wyższa.
Podłogi ze zwykłych desek położone kilkanaście lat temu ojciec zdążył przed śmiercią pomalować farbą olejną. Kolor wprawdzie trochę wyblakł, ale nie przeszkadzało to w ogólnym odbiorze. W przejściu między pokojem a kuchnią leżał dywan, pamiętający jeszcze czasy, kiedy mieszkali tu dziadkowie i trzeba przyznać, że ciągle wyglądał elegancko. Zresztą Lucyna starała się po nim jak najmniej stąpać, a raz na dwa miesiące prała go szarym mydłem.
Ponieważ pokój gościnny był wyjątkowo duży, Lucyna rozdzieliła go przez odpowiednie ustawienie mebli, i w ten sposób również Kwiryna zyskała własny kąt. A wszystko dzięki starej, trzydrzwiowej szafie, którą ojcu udało się kupić niemal za bezcen. Szafa miała już swoje lata, ale wyglądała okazale. Meble i tak kupowano wtedy zazwyczaj tylko raz, kiedy urządzano się "na swoim". Zamożniejsze rodziny zamawiały wyposażenie mieszkania u stolarzy, te uboższe musiały zadowolić się rzeczami z drugiej ręki. Szafa była wprawdzie używana, ale za to w doskonałym stanie. Jej poprzedni właściciel był tak pijany, że nie do końca potrafił się targować i przystał od razu na cenę zaproponowaną przez ojca Lucyny. Teraz dzieliła ona pokój na dwa mniejsze - za szafą spała Kwiryna, a po drugiej stronie mebla był pokój gościnny z dużym stołem, czterema krzesłami, starą, stojącą lampą z żółtym abażurem oraz kredensem z piękną ślubną zastawą porcelanową z Ćmielowa, prezentem jeszcze od dziadków.
W kuchni znajdował się całkiem spory piec kaflowy, który służył do ogrzewania wszystkich pomieszczeń, a szafki, podobnie zresztą jak podłogi, pomalowano białą farbą olejną. Odpryski Lucyna pokryła gipsem. Jedynymi elementami dekoracyjnymi mieszkania były dwie ręcznie wyszywane kapy na łóżko w sypialni oraz kanapę, poduszki, haftowane obrusy i serwety i różnego rodzaju figurki, które rodzice znosili z pchlich targów. Niewiele, bo część z nich sprzedała w komisie. Ogólnie mieszkanie prezentowało się bardzo przyjemnie, z delikatną nutą sfer wyższych, natychmiast wyczuwalną przez biedotę i kompletnie niezauważalną dla bogaczy.
Ale nie z tego Lucyna była najbardziej dumna. Prawdziwy powód do dumy stanowiła łazienka!
Co prawda, w tamtym okresie do większości warszawskich domów doprowadzono już wodę, kanalizację i elektryczność, ale w praktyce nie wszyscy mogli pochwalić się takim luksusem. Owszem, w projektach nowych budynków uwzględniano pomieszczenia o przeznaczeniu czysto sanitarnym, lecz w starych mieszkaniach wymagało to nie lada przeróbek. Na szczęście mieszkanie przy Marszałkowskiej mogło się pochwalić łazienką wyposażoną w wannę, umywalkę i muszlę klozetową. Początkowo kąpali się raz w tygodniu, oszczędzając na wodzie i wychodząc z założenia, że człowiek nie powinien niszczyć skóry mydłem i wodą. Z czasem doszli do wniosku, że zdecydowanie ładniej pachną i lepiej się czują, kiedy częściej korzystają z łazienki.
- Ależ tu pięknie - powiedziała Kwiryna, kiedy weszła do mieszkania Lucyny po raz pierwszy. Z zachwytem spoglądała na kolorowe ściany, ozdoby, bibeloty, starą lampę z abażurem i wreszcie łazienkę, w której pachniało różanym mydełkiem.
Lucyna otworzyła szafkę i pokazała jej mydło Elida "7 Kwiatów" (jeszcze ze starych zapasów mamy) oraz podręcznik z tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego roku pod tytułem Higiena kobiety we wszystkich okresach jej życia.
- Dostałam kiedyś od mamy na urodziny i chociaż wtedy byłam nieco rozczarowana, to dzisiaj przynajmniej wiem, jak o siebie zadbać.
Kwiryna uśmiechnęła się nieśmiało. Ona dotąd kąpała się w misce z wodą, a latem najchętniej w pobliskich jeziorach. To naprawdę zrządzenie losu, że będzie jej wolno korzystać z prawdziwej łazienki i wymoczyć się w wannie, przeglądając z ciekawością "To Co Najmodniejsze" oraz popijając wodę sodową.