Wprowadzenie do wydania polskiego
Wprowadzenie
do wydania polskiego
Kiedy wydawało się, że dla Białorusi nie ma już nadziei, bo prezydent
Aleksander Łukaszenka może stłumić każdy protest przy pomocy "bratniej"
Rosji, a opozycyjni politycy siedzą za kratami, to one przejęły
inicjatywę. Nauczycielki, muzyczki, lekarki, robotnice, emerytki i gospodynie domowe zdecydowały się rzucić rękawicę krwawemu dyktatorowi.
To o nich opowiada książka Alice Boty Kobiety Białorusi. O rewolucji,
odwadze i dążeniu do wolności.
Powstała ona z myślą o niemieckojęzycznym rynku wydawniczym. Cieszy
jednak fakt, że została przełożona na język polski przez Ewę
Kochanowską. Polscy czytelnicy i czytelniczki będą mieli bowiem okazję
dowiedzieć się, czym jest siła białoruskich kobiet, jak skomplikowane i niełatwe są ich przeżycia i przed jakimi - niejednokrotnie tragicznymi -
wyborami codziennie stają. Opowieść Boty pozwala poznać historię nie
tylko białoruskich kobiet, lecz także samej Białorusi, kraju, którego
trudne losy splatały się przez stulecia z losami Polski i z którym wciąż
sąsiadujemy.
Jako reporterce piszącej o Białorusi nieraz zadawano mi pytanie: "Czy
doświadczenie Białorusi można porównać z doświadczeniem Polski w okresie
komunizmu?". Kobiety pytały mnie wielokrotnie, jak żyje się
Białorusinkom. Czy jest im o wiele ciężej niż nam? Niestety, Białoruś z roku na rok stacza się w kierunku totalitaryzmu. Państwo brutalnie
ingeruje w życie obywateli, w ostatnich kilku latach także kobiet, które
coraz częściej stają się świadomymi obywatelkami i chcą brać czynny
udział w życiu społecznym. Sprawia to, że ściągają na siebie
niebezpieczeństwo. W ubiegłych latach wiele białoruskich kobiet trafiło
do aresztu i przeżyło w nim tortury, ponieważ w ich telefonach
komórkowych służby specjalne odkryły "nieprawomyślne rozmowy" toczone ze
znajomymi przez komunikatory internetowe. Rzesze Białorusinek zostały
także zwolnione z pracy za poglądy niezgodne z polityczną linią państwa.
Spora grupa cierpi represje i prześladowania z powodu działalności
swoich mężów, partnerów czy synów. Na Białorusi stosuje się stalinowską
metodę współodpowiedzialności. Jeśli twój mężczyzna jest związany z opozycją, to ty (i często twoje dzieci) poniesiesz za to
odpowiedzialność.
Hasło "kobiety na Białorusi" od wielu lat wiąże się dla mnie ze
wspomnieniem Swiatłany Zawadzkiej. Swieta była "zwykłą dziewczyną",
zakochała się w przystojnym młodym chłopaku, szybko urodziło im się
dziecko. Pech chciał, że chłopak Swiety miał smykałkę do robienia zdjęć
i kręcenia filmów. W latach dziewięćdziesiątych został osobistym
operatorem filmowym prezydenta Łukaszenki, który często podkreślał, że
darzy go szczególną sympatią. Kiedy Aleksander Grigoriewicz obrał dla
swojego państwa autorytarny kurs, Zawadzki zginął bez śladu. Wszystko
wskazuje na to, że został zamordowany. Łukaszenka nie przebacza
zdrajcom. Swieta zaangażowała się w poszukiwanie męża. Po kliku latach
zrozumiała, że nie ma to sensu, bo Dima nie żyje, ale jako wdowa chciała
poznać jego los. Chciała wiedzieć, gdzie spoczywa ciało jej męża. Dla
reżimu jej postawa była równoznaczna z zaangażowaniem się w politykę.
Swieta mówiła o tym w następujący sposób: "Chciałam być zwykłą kobietą.
Gotować mężowi obiad, wychowywać dziecko. To polityka brutalnie
zaingerowała w moje życie i uczyniła ze mnie opozycjonistkę".
Działalność Swiety drażniła reżim. Na jednej z manifestacji, na której
Swieta nie skandowała żadnych haseł, tylko milcząc, stała z portretem
męża, przedstawiciel służb specjalnych wymierzył jej cios pięścią w twarz. Ten cios stanowił przestrogę dla wszystkich białoruskich kobiet
myślących o jakimkolwiek zaangażowaniu społecznym. Musiały zrozumieć, że
wobec "płci pięknej" - jak mówi się o kobietach w patriarchalnych
społeczeństwach - reżim nie będzie wyrozumiały. Będzie prześladował
kobiety, torturował je, skazywał na wieloletnie więzienie i pobyt w kolonii karnej. Nie ma dla nich taryfy ulgowej.
Rozpoczynając opowieść, Bota powołuje się na statystyki. Kobiety
stanowią zgodnie z nimi 55% wyborców na Białorusi. Do 2020 roku (krwawe
stłumienie powyborczych protestów) kobiety stroniły od czynnego
zaangażowania w działalność opozycyjną. Polityczek było i jest sporo,
ale po stronie reżimu. Jeśli na przestrzeni lat kobiety czynnie
uczestniczyły w ruchach protestu, grały w nich drugie skrzypce. To w Europie Zachodniej kobiety mogą zostawać prezydentkami, premierkami i kanclerkami. W białoruskiej polityce odgrywają role maskotek. Mają
dobrze wyglądać i głosić poglądy zgodne z linią państwa. Reżim dba, by
nie wychylały się zanadto.
Polskie społeczeństwo jest w dużym stopniu patriarchalne. Kobiety z trudnością uzyskują awans zawodowy, gorzej zarabiają, wykonują
nieodpłatne prace opiekuńcze. Ostatnio państwo w okrutny sposób decyduje
także o naszych prawach reprodukcyjnych przez wprowadzenie praktycznie
całkowitego zakazu aborcji. Jednak sytuacji kobiet w Polsce nie można
nawet porównywać z sytuacją Białorusinek.
Na Białorusi kobieta wciąż ma odgrywać przede wszystkim rolę matki i strażniczki ogniska domowego. Żeby małżeństwu udało się wiązać koniec z końcem kobiety muszą łączyć zaangażowanie w życie domowe z pracą
zawodową. W ich codzienności wręcz nie ma miejsca na aktywność społeczną
czy polityczną. Jednocześnie nakazuje się im zapomnieć o własnych
ambicjach. Choć często są o wiele staranniej wykształcone niż mężczyźni,
pracują na niższych stanowiskach i gorzej zarabiają. Na drodze do
realizacji ich zawodowych marzeń stoją nie tylko patriarchalne
przekonania, ale także państwo. W Białorusi wciąż obowiązuje bowiem -
odziedziczona po czasach radzieckich - lista zakazanych kobietom zawodów
(nie wolno im na przykład zostać pilotkami samolotów). Tworząc ją,
totalitarne radzieckie państwo tłumaczyło, że zakaz wykonywania
niektórych "ciężkich" prac ma ochronić płodność kobiety. Owa lista
zmusiła wiele obywatelek do emigracji. Te, które nie miały siły, by w imię realizacji własnych marzeń wyjechać z kraju, pogrążyły się we
frustracji.
Myśląc o życiu na Białorusi, zawsze odwołujemy się do dużych miast,
takich jak Mińsk czy Grodno. Należy jednak pamiętać, że rzesze kobiet
żyją na prowincji. Pracują, wręcz niewolniczo, w gospodarstwach
powstałych na gruzach sowchozów i kołchozów. Po wielu latach takiej
harówki są wyniszczone i często chorują z przemęczenia.
Bota łączy dwa podejścia. Snuje opowieść w skali makro i mikro. Opisuje
znane opinii międzynarodowej białoruskie polityczki i "zwykłe" kobiety,
które z dnia na dzień stały się społecznymi aktywistkami. Symbolem
Białorusinek bezwzględnie jest dziś Swiatłana Cichanouska, nieuznawana
przez białoruski reżim, ale uznawana przez Zachód zwyciężczyni wyborów
prezydenckich z 2020 roku. Zanim jednak Cichanouska została polityczką,
nie wyróżniała się niczym na tle innych białoruskich kobiet. Podobnie
jak każda z bohaterek Boty przed 2020 rokiem zajmowała się pracą
zawodową, opieką nad domem i wychowywaniem dzieci. Jednak polityka
brutalnie zaingerowała w jej życie. Kiedy Siarhiej, jej mąż, a zarazem
znamy i ceniony bloger, zdecydował się na start w wyborach
prezydenckich, jej życie bezpowrotnie się zmieniło. Cichanouski szydził
w internecie z Łukaszenki i zyskał na Białorusi dużą popularność.
Dyktator poczuł się zagrożony i wtrącił go za kraty jeszcze przed
rozpoczęciem kampanii wyborczej. Swiatłana podjęła najtrudniejszą w życiu decyzję: postanowiła ubiegać się o urząd prezydenta, by ocalić
kapitał zaufania społecznego wypracowany przez jej męża. Tak oto skromna
nauczycielka, sama mówiąca o sobie "kura domowa", która nic, tylko "robi
mężowi kotlety", stała się nagle osobą publiczną, polityczką. Łukaszenka
początkowo zlekceważył ten fakt. Publicznie przyznał nawet, że nie boi
się "kury domowej". Szydził z Cichanouskiej, jak zwykł szydzić z kobiet.
Popełnił największy błąd w swojej politycznej karierze.
W 2020 roku Cichanouska, wraz z innymi białoruskimi kobietami,
postanowiła zawalczyć z Łukaszenkowską dyktaturą. Jej najbliższymi
współpracowniczkami zostały menedżerka IT
Wieranika Cepkała i flecistka Maryja Kalesnikawa. Splótł je podobny los.
Mąż Cepkały (Waleryj Cepkała) i przyjaciel Kalesnikawej (Wiktar
Babaryka) także chcieli zmierzyć się z Łukaszenką w wyborach
prezydenckich. Podzielili los Cichanouskiego i trafili za kraty.
Cichanouska, Cepkała i Kalesnikawa odwiedzały białoruską prowinicję.
Sama uczestniczyłam w takich podróżach z opozycyjnymi kandydatami na
urząd prezydenta wiele lat temu. Wiem, jakie to trudne. Jest się na oku
służb specjalnych i obserwuje się skutych strachem mieszkańców małych
miasteczek. Kobiety sprawiały jednak, że ludzie (nie tylko młodzi)
przełamywali strach i decydowali się uczestniczyć w przedwyborczych
wiecach. Czuli, że nie przemawia przez nie polityczna ambicja, ale chęć
walki o wolną Białoruś. Umiały ich przekonać, że zmiana - choć trudna -
jest możliwa. Cichanouska, Cepkała i Kalesnikawa powodowały, że
zaczynali wierzyć w Białoruś bez Łukaszenki. Ta wiara przełożyła się na
frekwencję podczas powyborczych protestów: ulice największych
białoruskich miast zalały wielotysięczne tłumy.
Mieszkańcom i mieszkankom Zachodu trudno wyobrazić sobie traumę, która
jest udziałem bohaterek książki Boty. Cichanouska stała się emigrantką,
mieszka na Litwie. Osadzonego w białoruskim więzieniu męża nawet nie
może odwiedzić (gdyby przekroczyła granicę Białorusi, reżim natychmiast
wtrąciłby ją do więzienia). Jej dzieci są półsierotami. Rysują portrety
taty i obwieszają nimi swój dziecięcy pokoik. Muzyczka Maryja
Kalesnikawa zdecydowała się zostać, "i niech się dzieje, co chce" -
pisze Bota. Otrzymała wyrok jedenastu lat więzienia.
Podczas lektury książki Boty chwilami ściska się serce. Gdzie upatrywać
nadziei? Można tylko łudzić się, że poświęcenie i heroizm bohaterek
Kobiet Białorusi nie zostaną zmarnowane przez historię. Że ich
tragiczny los się odwróci i będą mogły powrócić do życia społecznego,
ale już na innych - równych z mężczyznami - zasadach. Po prostu tak jak
mężczyźni staną się jego pełnoprawnymi uczestniczkami. I jestem pewna,
że wtenczas zamordyzm już Białorusi nie będzie groził.
Małgorzata Nocuń
Mała instrukcja obsługi
Mała
instrukcja obsługi
Widziałam na własne oczy, jak w 2008 roku w Gruzji demonstrowano
przeciwko ówczesnemu prezydentowi. Byłam przy tym, jak w 2011 roku w Tel
Awiwie tysiące ludzi w dobrym nastroju rozbijały namioty w proteście
przeciwko kryzysowi mieszkaniowemu. Szłam za trumną, kiedy podczas
protestów na Majdanie w Ukrainie w 2014 roku zabito pierwszego
demonstranta. Patrzyłam z niedowierzaniem, jak podczas aksamitnej
rewolucji w Armenii w 2018 roku dokonała się pokojowa zmiana władzy, a ludzie tańczyli na ulicach. Rok później w Moskwie wybuchły protesty, do
których wzywał Aleksiej Nawalny i które nie były już tak radosne. Znam
to wszystko. Ruchy protestacyjne nie są dla mnie niczym nowym. To raczej
zwykła dziennikarska robota. Aż nadeszła Białoruś 2020 roku.
Te protesty pozbawiły mnie snu. Tak, naprawdę tak było. Przeważnie
demonstrowano w weekendy. Miałam wtedy komórkę przy łóżku i cały czas
śledziłam stale aktualizujące się liczby aresztowań. Pisałam na
Messengerze do moich białoruskich rozmówców: "Halo, wszystko u was w porządku?" albo "Wie pan już, kiedy wypuszczą żonę?" czy też "Może pani
mówić? Jest pani ranna?". Czasami aż do świtu czekałam na odpowiedź.
Jeśli nic nie przychodziło, wiedziałam, co się stało - zostali
aresztowani.
W pierwszych miesiącach po sfałszowanych wyborach w sierpniu 2020 roku
nie udało mi się przespać ani jednej nocy. Ten temat poruszał mnie do
żywego: losy ludzi, ich zaangażowanie. Z jednej strony nie mogłam
uwierzyć, że dzieje się to tak blisko Niemiec. Jest coś wzniosłego w ludziach przezwyciężających strach i stających do nierównej walki, mimo
że tak nieskończenie wiele mają do stracenia; w tym, że zachowują się
pokojowo, chociaż doznają tak wielkiej przemocy. Kiedy piszę tę
przedmowę, protesty trwają już od prawie trzystu dni.
Są mniejsze, coraz słabiej widoczne, ale jeszcze nie zniknęły.
Przypomina mi się wywiad z ukraińskim filozofem Mychajłem Minakowem,
który przyjrzał się danym dotyczącym protestów społecznych w ciągu
minionych stu dwudziestu lat. Nie znalazł żadnych porównywalnych
wystąpień, które pozostawałyby pokojowe tak długo jak te na Białorusi.
Z drugiej strony wydaje mi się niepojęte, ile trzeba było czasu, by te
obrazy przesączyły się do powszechnej świadomości w Niemczech i w końcu
obudziły nasze zaangażowanie i solidarność - i jak szybko jednak zdołały
zblaknąć. Jak gdyby Białoruś leżała daleko od nas. Jak gdyby w tych
wydarzeniach nie chodziło o znacznie więcej niż o sam kraj, bo o walkę o prawa człowieka. O wolność. O prawo do decydowania o sobie. O do głębi
europejską historię.
Ta książka chce być swego rodzaju translatorem. Chce zaznajomić Niemcy
ze społeczeństwem, które jawi się jako dalekie i obce. Mam nadzieję, że
przemówi również do tych, którzy nic nie wiedzą o Białorusi, ale od lata
zdążyli już o niej usłyszeć. Kogo zaś nie interesują Białoruś i transformacje władzy, tego uwagę może przykuje kryjąca się za tymi
tematami opowieść o tym, jak kobiety sięgnęły po moc. O tym, jak trzy
kobiety rzuciły wyzwanie dyktatorowi Aleksandrowi Łukaszence i w powszechnym ruchu protestacyjnym wywalczyły sobie wreszcie widzialność,
oraz o tym, jak ten ruch przyczynił się do tego, że protesty przeciwko
Łukaszence pozostały pokojowe.
Z tego właśnie powodu niniejsza książka chce poruszyć oba tematy. Z jednej strony przedstawia trzy kluczowe aktorki sceny politycznej:
nauczycielkę i gospodynię domową Swiatłanę Cichanouską, muzyczkę Maryję
Kalesnikawę i menedżerkę w branży IT Wieranikę
Cepkałę. Z drugiej zaś oddaje głos wielu nieznanym kobietom: lekarkom,
programistkom, matkom, nauczycielkom, menedżerkom PR, gospodyniom domowym, feministkom, które mieszkają
na Białorusi lub na uchodźstwie i opowiadają o tym, jak lato 2020 roku i protesty zmieniły je na zawsze.
Nie należy wyobrażać sobie nie wiadomo czego - tak potężny masowy ruch
nie jest, oczywiście, jedynie sprawą kobiet. Tworzą go wszyscy - zarówno
konserwatyści, jak i liberałowie, młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni.
Ale tym razem wyjątkowo nie powinno chodzić o mężczyzn, lecz o kobiety,
o historie o tym, jak się przełamały i sięgnęły po moc. Na wschód od
Niemiec to się jeszcze nigdy nie zdarzyło - a przecież jest to temat
uniwersalny. Soundtrack, który również w Niemczech będzie grany jeszcze
wiele razy.
Pisanie książki oznacza podejmowanie decyzji. Niektóre nie przychodziły
mi łatwo. Na przykład kwestia języka zachowującego równość płci.
Naturalnie język się zmienia i nie tylko ta książka opowiada o tym, jak
szybko może to czasem nastąpić. Wydawałoby się więc słuszne zaznaczać za
pomocą wielkiego "I" w środku słowa lub gwiazdki
genderowej1, że w danym przypadku chodzi zarówno o kobiety,
jak i o całość, której część stanowią. Zwłaszcza w książce o tym, jak
sięgnęły po moc!
A jednak nie zdecydowałam się na to. Dlatego, że w obszernych
fragmentach cytuję swoje białoruskie rozmówczynie. One nie używają
języka równościowego, mówiąc po rosyjsku o sobie lub swoich
współtowarzyszkach. W rosyjskim się tego nie spotyka. Co więcej, nadal
rzadkie jest posługiwanie się żeńskimi określeniami zawodów, takimi jak
polityczka, lekarka, artystka, pisarka. W każdym razie odradzała mi to
moja moskiewska nauczycielka rosyjskiego, szalenie zresztą
wyemancypowana. Uważała, że żeńska forma ma w sobie coś
deprecjonującego. Dalej jednak przedstawiałam się jako "korespondentka"
- ale nie mogłam i nie chciałam podejmować tej decyzji w imieniu moich
rozmówczyń. Szczególnie w sytuacji, gdy język winien odzwierciedlać
stanowienie o sobie, taki krok wydawał mi się nadużyciem.
A oto kompromis - co do zasady staram się używać żeńskich form. Czasami
poprzestaję na generycznym rodzaju męskim, w niewielu miejscach pozwalam
sobie wypróbować generyczny rodzaj żeński. Tam zaś, gdzie niemiecki
przekład brzmiałby absurdalnie, czyli na przykład gdy Maryja Kalesnikawa
w przemówieniu z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet określa siebie jako
"feministę", dostosowałam odpowiednio tłumaczenie i posłużyłam się
rodzajem żeńskim.
Kolejny kompromis - sposób traktowania języka białoruskiego, nadal
rugowanego z przestrzeni publicznej. Czy po niemiecku powinnam pisać
"Belarus", mimo że dziesiątki lat obowiązywała wersja
"Weißrussland"?2 Tu decyzja była prosta, posłuchałam
zaleceń niemiecko-białoruskiej komisji historycznej. Poza tym przyszło
mi do głowy, że "Weißrussland" brzmi jak nazwa jeszcze jednego
zachodniego obwodu Rosji. Ale trudności się mnożyły: "belarussisch"
czy "belarusisch"? Wybrałam pierwszy wariant, chociaż znalazłyby się
przekonujące powody za stosowaniem drugiego z nich.
A imiona i nazwiska trzech najważniejszych kobiet - jak mam je
zapisywać?3 Po białorusku? Wtedy żeńskie trio nazywałoby się
Maryja Kalesnikawa, Weranika Zapkala i Swjatlana Zichanouskaja. A może
powinnam skorzystać z zapisu rosyjskiego? Ten język jest na Białorusi
drugim językiem urzędowym, którym posługuje się przeważająca większość
społeczeństwa. W przypadku tego powstania - inaczej niż w relacjach
ukraińsko-rosyjskich - spór o język nie odgrywa żadnej roli. Dwie z wymienionych kobiet wyraźnie lepiej opanowały rosyjski niż białoruski i niemal zawsze używają swoich rosyjskich imion i nazwisk. Z tego powodu
stosowałam zapis rosyjski, chyba że rozmówcy i rozmówczynie obstawali
przy białoruskiej wersji. W niemieckim wydaniu książki trzy bohaterki
nazywają się Maria Kolesnikowa, Veronika Zepkalo i Swetlana
Tichanowskaja, tak samo jak w moich artykułach do czasopisma "Die Zeit".
Niewątpliwie nie jest to idealny kompromis, ufam jednak, że wystarczy on
czytelniczkom i czytelnikom, a przede wszystkim moim białoruskim
rozmówczyniom.
Najboleśniejszy kompromis dotyczy zdobywania informacji. Osobiste
spotkania z Białorusinami i Białorusinkami nie odbywały się na
Białorusi, lecz za granicą. Chcąc na miejscu zebrać informacje i materiały źródłowe, byłam zdana na rozmowy i spotkania online. W ciągu
minionych miesięcy przeprowadziłam około stu wywiadów. Każdy z nich
kończyłam pytaniem, czy dla bezpieczeństwa nie są konieczne zmiana imion
lub zatarcie danych personalnych. Z tego powodu przeważnie na próżno
szukać w tej książce szczegółów biograficznych - wyjątek stanowią trzy
znane kobiety. Niektórzy rozmówcy i rozmówczynie nie mieli nic przeciwko
podawaniu ich pełnych nazwisk - niektórzy zaś po kilku tygodniach
zmieniali zdanie. W jeszcze innych przypadkach trzeba było ukryć nawet
imiona - takie zmiany są oznaczone w książce. Zrezygnowałam z podawania
nazwisk. Nawet jeśli rozmówczyni się na to zgadzała, uznałam dynamikę
procesów politycznych na Białorusi za zbyt nieobliczalną i niebezpieczną, by podejmować takie ryzyko. To, co wczoraj jeszcze było
niegroźne, dzisiaj jest karalne. A kto może zaręczyć, co będzie jutro?
Miałam ogromną nadzieję, że będę mogła zdobywać informacje na miejscu.
Bezustannie kontaktowałam się z dyplomatami i białoruskim Ministerstwem
Spraw Zagranicznych. Nic się jednak nie dało zrobić. Opisywane w książce
wrażenia, jakie wywarła na mnie ziemia białoruska, pochodzą z wcześniejszych podróży. Obecnie nadal nie mam prawa wjazdu do tego
kraju. Jesienią 2020 roku reżim anulował akredytacje wszystkim
zagranicznym korespondentom i korespondentkom.
Od tamtej pory należę do kręgu osób, które nie otrzymały nowej wizy i akredytacji prasowej. Moje starania zbywano z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc. Kilkoro kolegów i koleżanek po fachu już dawno
dostało dokumenty. Aż wreszcie dotarło do mnie, że w moim przypadku ta
zwłoka jest regułą. Wiem, że paru europejskich dyplomatów w Mińsku
gorąco wstawiało się za mną w zakulisowych rozmowach, za co chciałabym
im podziękować. Jednak reżim, który w ogromnej mierze zlekceważył
pandemię koronawirusa, znalazł nawet powód, dla którego nie mógł mi
wydać niezbędnych dokumentów - otóż był nim właśnie koronawirus.
Berlin, czerwiec 2021 roku
1. Życie na uchodźstwie
1
Życie na uchodźstwie
W centrali
Drzwi otwierają się raptownie. Wchodzi Swiatłana Cichanouska - i ledwie
można ją poznać. Wygląda na pewną siebie, promienieje, jest bardzo
profesjonalna, ale także ostrożna, jakby wymacywała drogę przed sobą.
Uderza mnie, jak człowiek może się zmienić w ciągu pół roku.
Jest senna lutowa sobota 2021 roku na Litwie. Jeszcze rok temu,
ubiegłego lata, Swiatłana Cichanouska była zalęknioną gospodynią domową
z białoruskiej stolicy, Mińska, którą los rzucił w światła reflektorów.
Nienawidziła makijażu, nie przejmowała się strojem, nie miała czasu na
wyszukane fryzury. Teraz nosi poważnie wyglądającą futerałową sukienkę i wysokie obcasy. Twarz ma starannie przypudrowaną, perfekcyjnie
nakreślone brwi, oczy podkreślone cieniem. Ścięła długie włosy - boba
przyciętego do wysokości brody doradziła jej stylistka, która wybiera
dla niej również ubrania na podróż służbową czy spotkania z szefami
rządu. Wizażysta nauczył Cichanouską, jak się najkorzystniej umalować.
Czy naprawdę trzeba tak szczegółowo opisywać wygląd
trzydziestoośmioletniej kobiety? Tak, ponieważ władza jest też zawsze
kwestią percepcji. Swiatłana Cichanouska aż za dobrze już o tym wie. Jej
powierzchowność odzwierciedla wewnętrzną przemianę kobiety, która
musiała się odnaleźć w nowym życiu. Nie chciała go. To niesamowite
obciążenie. Ale Cichanouska stara się je zaakceptować i także
zewnętrznie stać się osobą, która potrafi sprostać wymaganiom nowej
roli.
Stroje, makijaż, wywiady, spotkania z potężnymi politykami z całego
świata - wszystkie te rzeczy były nieistotne w dawniejszym życiu
Swiatłany Cichanouskiej. Tamtego dnia, 9 sierpnia 2020 roku,
współtowarzyszki musiały ją przekonywać, by się umalowała. Był dzień
wyborów, który na Białorusi miał zmienić wszystko bezpowrotnie - również
jej własne życie. Cichanouska oddała swój głos w mińskiej szkole numer
137. Nie widziała powodu, żeby odszykować się na tę okazję. Ale
współtowarzyszki nie odpuszczały: w końcu będą na nią czekać setki
zagranicznych reporterów! Obrazy są ważne! Cichanouska się poddała.
Nie tak dawno przeważnie przebywała sama z dziećmi w trzypokojowym
mieszkaniu w Mińsku i czekała, aż mąż na weekend przyjedzie do domu.
Dzisiaj kieruje złożonym z około dwudziestu osób sztabem, który zajmuje
całe piętro w nowoczesnym kompleksie biurowym w litewskiej stolicy,
Wilnie. Tu obecnie znajduje się jej centrala, skąd wysyła wieści światu:
że jest legalną przywódczynią wolnej Białorusi, że Unia Europejska musi
energiczniej zwalczać jej przeciwnika, białoruskiego dyktatora
Aleksandra Łukaszenkę, że Białorusini i Białorusinki potrzebują pomocy,
ponieważ sami nie poradzą sobie z represjami i przemocą ze strony
państwa.
Siódme piętro kompleksu biurowego, w którym mieści się sztab Swiatłany
Cichanouskiej. Za drzwiami wejściowymi siedzi barczysty ochroniarz.
Mierzy mnie szybkim spojrzeniem i przepuszcza bez słowa. Korytarz się
rozwidla, jedna odnoga biegnie w lewo, druga w prawo. Prawy korytarz
przemierzają studenci i studentki z Białorusi z kubkami kawy w dłoniach.
Tu, na uchodźstwie, pracują nad demokratyczną przyszłością ojczyzny,
szukają informacji, prowadzą blogi, kanały na YouTubie i utrzymują
kontakt z Białorusią.
Po lewej znajduje się skrzydło sztabu. Tę część piętra wolno użytkować
wyłącznie Swiatłanie Cichanouskiej i jej zespołowi. Najpierw widać jej
skromne biuro, tej soboty zamknięte. Następnie duże, otwarte
pomieszczenie z długimi rzędami stołów, które kojarzy się z salą
seminaryjną - tu pracuje zespół. Dalej otwiera się kuchnia z ekspresem
do kawy i piętrzącymi się w kącie kartonami po pizzy. A za kuchnią
jeszcze jedno pomieszczenie, oddzielone szklanymi ścianami, wyposażone w sprzęt do nagrywania i biało-czerwono-białą flagę jako tło dla wywiadów
i spotkań online.
Swiatłana Cichanouska ma teraz doradcę do spraw stosunków
międzynarodowych, ekspertkę do spraw komunikacji, która w kilku językach
obsługuje kanały na Twitterze i Telegramie, oraz potencjalną ministrę
polityki edukacyjnej. Jest też pełnomocnik zajmujący się przyszłą
reformą konstytucji oraz kolejny - do spraw polityki zagranicznej. Ten
ostatni nazywa się Walery Kowalewski, pracował dawniej jako dyplomata
dla Aleksandra Łukaszenki, przed piętnastu laty porzucił aparat władzy,
gdy powtórne sfałszowanie wyborów przez Łukaszenkę odarło go ze złudzeń,
i w grudniu 2020 roku dołączył do zespołu Cichanouskiej.
- Moją przywódczynią jest Swiatłana Cichanouska. To na nią głosowałem -
stwierdza.
Ci ludzie tworzą swego rodzaju gabinet cieni, chociaż Cichanouska nie
używa tej nazwy. Przygotowują się na godzinę zero, na chwilę, kiedy
Aleksander Łukaszenka ustąpi i na Białorusi zostaną wreszcie
przeprowadzone uczciwe wybory. Swiatłana Cichanouska mówi:
- Kiedyś pojawi się nowy prezydent. Nie wiemy, co zostawi po sobie
Łukaszenka. Może tylko spaloną ziemię. Może będzie trzeba zaczynać
kompletnie od nowa.
Na to właśnie chce przygotować swój kraj.
Tej lutowej soboty Swiatłana Cichanouska, oddawszy dzieci pod opiekę
matce, będzie się jeszcze wielokrotnie przebierać, stawać w świetle lamp
błyskowych i z poważnym spojrzeniem pozować do kamery. Profesjonalna
sesja zdjęciowa na stronę internetową i do mediów społecznościowych. Co
chwilę znika w pokoju obok, gdzie czeka na nią fotograf. Na miejscu
zostaje jej rzeczniczka Anna Krasulina, która promienieje radością:
- Fantastyczne, prawda? Tam ten okropny Łukaszenka, a tu nasza piękna
liderka!
Fabuła jak z serialu Netflixa
Metamorfoza dawniej apolitycznej kobiety w polityczkę dokonuje się
niczym na przyspieszonym filmie i w potwornie ciężkich okolicznościach.
Angela Merkel uchodziła kiedyś za "dziewczynkę Kohla", naiwną i postawioną przed zadaniem przerastającym jej możliwości, póki wreszcie
nie stała się jedną z najpotężniejszych kobiet na świecie. Ale Merkel
miała na tę przemianę wiele lat, a Białorusinka Swiatłana Cichanouska
musi się z tym uporać w ciągu ledwie paru miesięcy. Kiedy się
przeistacza, kiedy szamoce się w nowej roli, widzi każdego dnia, jak
wysoka jest cena, którą płacą w ojczyźnie Białorusinki i Białorusini:
zamykani w więzieniach, upokarzani, bici. Każdy zaś Białorusin i każda
Białorusinka może z kolei oglądać w czasie rzeczywistym, jak Swiatłana
Cichanouska się uczy, jak się zmienia i wreszcie, no tak, jak popełnia
błędy.
Gdyby komuś, kto niczym Śpiąca Królewna przespał rok 2020, trzeba było
wytłumaczyć, co się tamtego roku stało, musielibyśmy opowiadać bez
końca. Wielka Brytania wystąpiła z Unii Europejskiej. Pandemia
sparaliżowała cały świat. Donald Trump po klęsce w wyborach próbował
odzyskać władzę drogą zamachu stanu. Jednak najbardziej niewiarygodna
historia rozegrała się w środku Europy, raptem półtorej godziny lotu z Berlina - na Białorusi. W kraju z dziewięcioma milionami i trzystoma
tysiącami mieszkańców, położonym między państwami Unii Europejskiej,
Ukrainą i Rosją, od dwudziestu sześciu lat rządzonym przez dyktatora.
To, co zdarzyło się w 2020 roku na Białorusi, brzmi, jakby jakiś
scenarzysta o zdecydowanie wybujałych ambicjach wymyślił fabułę serialu
politycznego dla Netflixa i poniosło go trochę, jeśli chodzi o nieoczekiwane zwroty akcji. Pewien bloger chce rzucić wyzwanie
Aleksandrowi Łukaszence i zostać prezydentem Białorusi. Jednak zanim
jeszcze zostanie zarejestrowany jako kandydat, Łukaszenka każe go
zamknąć. Na co żona blogera, Swiatłana Cichanouska, oświadcza, że w takim razie ona chce kandydować w miejsce męża. Zostaje wyśmiana, bo
przecież jest zwykłą gospodynią domową, bez pojęcia o polityce. Ponieważ
jednak sprawia wrażenie tak nieszkodliwej, komisja wyborcza akceptuje
jej kandydaturę w wyborach na prezydenta.
Przed Swiatłaną Cichanouską stoi zadanie przerastające jej możliwości,
lecz uzyskuje pomoc od dwóch sojuszniczek: menedżerki IT Wieraniki Cepkały, której mąż Waleryj Cepkała
także chciał kandydować i również nie został dopuszczony do startu w wyborach, i muzyczki Maryi Kalesnikawej - jej przyjaciel Wiktar Babaryka
też chciał się zmierzyć z Łukaszenką, za co został aresztowany razem ze
swoim synem. Kobiety wspólnie objeżdżają białoruskie miasta, przemawiają
z estrad do tysięcy ludzi i wbrew wszelkim państwowym szykanom dokonują
cudu - nigdy jeszcze w historii młodego państwa nie gromadziło się aż
tylu ludzi w jego najrozmaitszych regionach. Ludzi, którzy zgodnie
popierają Swiatłanę Cichanouską. Bądź mówiąc precyzyjniej - wszyscy są
przeciwko dyktatorowi Aleksandrowi Łukaszence. Swiatłana Cichanouska
jest zaledwie obietnicą alternatywy. Ale dzięki niej dla bardzo wielu
osób szansa na zmianę staje się w ogóle możliwa do pomyślenia, a później
do realizacji.
Jednak 9 sierpnia 2020 roku, w dzień wyborów, Łukaszenka dopuszcza się
najbezczelniejszego oszustwa wyborczego w historii kraju. Sfałszował
wszystkie wybory z wyjątkiem tych wygranych przez siebie w 1994 roku,
żeby wydawało się, że stoi za nim praktycznie cały naród. Ale tym razem
rozmiary fałszerstwa były bezprzykładne. Aleksander Łukaszenka kazał
obwołać się zwycięzcą z poparciem wynoszącym 80,1% głosów - bezwstydne
łgarstwo. Zaczęły się protesty, o jakich nikt nigdy nie słyszał.
Następnego dnia, w nocy z 10 na 11 sierpnia, Swiatłana Cichanouska
została zmuszona do opuszczenia Białorusi. Menedżerka IT Wieranika Cepkała wyjechała już w dniu wyborów do
rodziny w Moskwie i tam zagłosowała w ambasadzie. Muzyczka Maryja
Kalesnikawa zdecydowała się zostać - i niech się dzieje, co chce. Od 8
września 2020 roku siedzi w areszcie. Grozi jej do dwunastu lat
więzienia.
W takim momencie serial Netflixa przeważnie się kończy, dalszego ciągu
się nie przewiduje. Trzy kobiety pokonane. Siedzą w pace albo żyją na
wygnaniu. Już po wszystkim. Happy endu brak.
Jednak historia toczy się nadal. Opowiada o zrywie, o tęsknocie za
zupełnie zwyczajną przyszłością i o tym, jak kobiety sięgnęły po moc. I już zmieniła Białoruś. Trzy kobiety wyzwoliły coś, czego nie da się
zdławić siłą nawet najbrutalniejszego państwa. Białoruś już nigdy nie
będzie taka jak kiedyś, podobnie jak życie tych trzech kobiet. Swiatłana
Cichanouska walczy na uchodźstwie. Prowadzi podwójną walkę - o przyszłość swojego kraju i walkę ze sobą samą o to, kim chce być.
Menedżerka IT Wieranika Cepkała mieszka wraz z rodziną w łotewskiej Rydze i wyczekuje powrotu na Białoruś. A Maryja
Kalesnikawa 17 września 2020 roku pisze swój pierwszy list z więzienia
do ojca.
Cześć,
nie wyobrażacie sobie, jak mnie wzmocniło to poczucie niesprawiedliwości
i bezradności, kiedy wbrew mojej woli chcieli mnie wyrzucić z kraju.
Przede wszystkim, gdy wziąć pod uwagę, jaki to wybór postawił przede mną
pierwszy zastępca ministra spraw wewnętrznych: dwadzieścia pięć lat zony
(obozu), brak zębów i szycie koszul dla bezpieki albo po prostu wyjazd.
Postanowiłam zostać. Ani przez chwilę nie żałuję tej decyzji! Wolność
warta jest tego, by o nią walczyć. Wszystko będzie dobrze! Jesteście
niesamowici!
Masza
areszt śledczy numer 8, Żodzino
Ależ perspektywa - szycie koszul na akord dla zbirów Łukaszenki, typowe
zajęcie kobiet osadzonych w białoruskim obozie karnym. Maryja
Kalesnikawa podjęła decyzję.
2. Przed burzą
2
Przed burzą
Polityk dnia wczorajszego
Kiedy się to wszystko zaczęło? Kiedy na systemie, który wydawał się
niezniszczalny, pojawiły się pierwsze delikatne rysy? Mińsk wygląda jak
dekoracje dawno przebrzmiałego socjalizmu. Ulice noszą nazwy Lenina,
Dzierżyńskiego i innych sowieckich katów. Potężne magistrale przegryzają
się przez miasto, mijając przeskalowane place, wielkie i często puste,
więc człowiek mimo woli czuje się mały i nieważny. Jest czysto, nawet
bardzo - to ten rodzaj czystości, który często cechuje kraje
autokratyczne i sprawia fałszywe wrażenie na przybyszach. Wszystko jest
idealnie uporządkowane, ulice starannie zamiecione, na ścianach nie ma
śladu graffiti - a jeśli nawet gdzieś pojawi się jakiś gryzmoł, to
natychmiast się go zamalowuje.
Centrum okalają okazałe fasady z czasów stalinizmu, symbole sierpa i młota na każdej ulicy nasuwają myśl, że tutaj przetrwał Związek
Radziecki. A na obrzeżach Mińska stoją rzędami szare blokowiska z wielkiej płyty, jak gdyby Leonid Breżniew dopiero co kazał je pobudować.
Nawet służby specjalne dziś jeszcze, sowiecką manierą, nazywają się
KGB.
Za tymi kulisami pociąga za sznurki jeden tylko człowiek. Nienawidzi
internetu, wygląda, jakby wyskoczył wprost z politbiura, i rok po roku
wyprawia uroczystości ku czci bolszewickiej rewolucji październikowej.
Wszystko jest podporządkowane Aleksandrowi Łukaszence: rząd, stacje
telewizyjne, parlament, aparat bezpieczeństwa, służby militarne. Już od
niemal dwudziestu siedmiu lat. Białoruski publicysta Anatol Majsienia
ledwie dwa lata po elekcji Łukaszenki w 1994 roku nazwał jego ustrój
"politycznym koszmarem wywiedzionym z przeszłości".
Trudno umiejscowić politycznie Aleksandra Łukaszenkę. To polityk dnia
wczorajszego. Optował za zachowaniem Związku Radzieckiego, po swoim
wyborze na prezydenta szybko przywrócił sowieckie symbole i wyniósł na
ołtarze Stalina mimo niewyobrażalnego cierpienia, jakiego ten
przysporzył Białorusi. Jednak Aleksander Łukaszenka nie jest komunistą.
"Nie ma żadnych konkretnych idei społecznych, żadnej ideologii, która
formułowałaby jakiś cel lub model przekształcenia społeczeństwa" - pisze
białoruski politolog Walerij Karbalewicz w biografii
dyktatora4. Ideologia Łukaszenki zwie się władza. Nie pojmuje
jej jako środka do celu, lecz jako cel sam w sobie, jako
samoutwierdzanie się. Rządzę, więc jestem. "Życie bez władzy jest
niewyobrażalne dla Łukaszenki. Traci wszelki sens" - stwierdza
Karbalewicz.
Przed ponad dziesięciu laty ukazała się po rosyjsku jego ciesząca się
rozgłosem biografia Łukaszenki, w której nakreślił niekoniecznie
pochlebny obraz polityka. Karbalewicz opisuje go jako nieobliczalnego,
pogrążonego w kompleksach człowieka, którego napędza nienasycony głód
władzy. Fanatyka władzy. Już wówczas politolog stwierdził, że Łukaszenka
wykazuje pewne patologiczne cechy charakteru. Jest gotów na wszystko,
jeśli przysłuży się to jego potędze.
Po takiej publikacji byłam przekonana, że Walerij Karbalewicz przebywa
za granicą, jednak mieszka on nadal na Białorusi i uprzejmie śmieje się,
słysząc pytanie, jak to możliwe, że może w Mińsku spokojnie zajmować się
swoją pracą.
- Łukaszence wszystko jedno, co o nim piszą, ważne, żeby pisali. Gdy byłem w Moskwie, widziałem moją książkę o nim ustawianą w sklepach w jednym
rzędzie z biografiami Thatcher i de Gaulle'a. To mu pochlebia.
Aleksander Łukaszenka przez wiele lat potrafił wyczuć społeczne nastroje
i znaleźć właściwy ton, gdy przemawiał do ludu. Kiedy w 1994 roku stanął
do wyborów prezydenckich, wygrał je, ponieważ przedstawiał się jako
tępiciel korupcji, obiecywał reformy i lepsze życie. Ledwie zdobył
władzę, zaprezentował swój nowy wizerunek: gwaranta stabilizacji, pokoju
i spokoju na Białorusi.
Poprawił ludziom warunki życia, płace poszły w górę, wysoka inflacja
spadła, wzrosła wydajność gospodarcza. Ale bał się prawdziwych reform.
Nie modernizował państwowego przemysłu i nie dbał o to, by zakłady
zdolne były konkurować na rynku globalnym, nie tworzył też lepszych
warunków do działania przedsiębiorcom i samodzielnym pracownikom.
Zakonserwował stary system.
- Łukaszenka ze swojej natury nie jest reformatorem - komentuje
Karbalewicz.
Nie jest człowiekiem przyszłości. Już przed ponad dekadą politolog
pisał, że Aleksander Łukaszenka nie wyobraża sobie ustąpienia ze
stanowiska. System, który stworzył, jest podporządkowany mu całkowicie
we wszystkich obszarach społecznych i politycznych - Łukaszenka stał się systemem, który nie dopuszcza jakiejkolwiek
zmiany. Dlatego że zmiany mogłyby oznaczać katastrofę.
Jak jednak w kraju, w którym wczoraj dominuje nad dzisiaj, zakiełkowała
śmiała wiara, że w ogóle mogłoby zaistnieć coś takiego jak przyszłość,
jak inne życie?
Kiedy szukam początku tej niewiarygodnej historii, stwierdzam, że go nie
ma. Nie ma jednego decydującego momentu, który wszystko postawi na
głowie, absolutnego punktu zwrotnego. Zmiana pojawiła się cichaczem. To
wiele indywidualnych przeżyć, które ostatecznie doprowadzą do wybuchu
czy może raczej - do powstania.
Niektórzy czuli zmianę już w marcu 2006 roku, kiedy Aleksander
Łukaszenka kazał sfałszować wybory prezydenckie - wtedy właśnie doradca
Swiatłany Cichanouskiej do spraw stosunków międzynarodowych porzucił
służbę w aparacie państwowym. Inni widzą zapowiedź przemiany w grudniu
2010 roku, kiedy Łukaszenka ponownie sfałszował wybory, a jego
administracja dyscyplinowała opozycję represjami na nieznaną dotąd skalę
i wysokimi karami więzienia. Jeszcze inni upatrują punktu zwrotnego w 2017 roku, kiedy Aleksander Łukaszenka kazał rozesłać urzędom osławione
pisma z żądaniem spłaty wierzytelności do wszystkich, którzy nie
zapłacili podatków w dostatecznej wysokości.
Dekret numer 3 o "zapobieganiu społecznemu pasożytnictwu" Łukaszenki
karał wszystkich, którzy nie płacili podatków lub płacili ich zbyt mało,
ponieważ za mało zarabiali - czyli bezrobotnych, artystów, blogerów,
freelancerów, zatrudnionych w niepełnym wymiarze godzin. Za jednym
zamachem Łukaszenka upokorzył dziesiątki tysięcy ludzi. Na całej
Białorusi setki osób umawiały się przez internet na protesty, jeśli w czyimś domu wylądował jeden z "listów szczęścia", jak zainteresowani
nazwali te pisma.
Koniec apatii
Dla Swiatłany Cichanouskiej osobisty przełom nadszedł dopiero w maju
2020 roku wraz z represjami skierowanymi przeciwko menedżerom,
biznesmenom i blogerom, którzy chcieli rzucić wyzwanie Łukaszence w wyborach prezydenckich. Aresztowano wówczas również jej męża Siarhieja.
Cichanouska nie szukała polityki, ale ta ją znalazła. Wkrótce potem
zatrzymano także poważanego bankowca Wiktara Babarykę i jego syna
Eduarda - Babaryka był znany na Białorusi i uchodził za najbardziej
obiecującego kandydata w walce z Aleksandrem Łukaszenką, gdyby ten
kiedykolwiek zezwolił na uczciwe wybory. Jeszcze inni poczuli, że
odwracają się od reżimu, dopiero po oszustwie z 9 sierpnia 2020 roku,
kiedy ten próbował zdławić wszelkie protesty, stosując niewyobrażalną
przemoc, i kiedy wydarzyło się coś, z czym Aleksander Łukaszenka w ogóle
się nie liczył - tak jak najgroźniejszy dlań polityczny kryzys wywołały
trzy kobiety, tak teraz to kobiety powstały przeciwko terrorowi reżimu.
Ich twarze będą widniały na zdjęciach z protestów.
Już od dawna tliło się niezadowolenie z rządów Łukaszenki. Państwo coraz
częściej łamało niepisaną umowę zawartą w latach dziewięćdziesiątych
między panem a ludem - rząd gwarantował zabezpieczenia społeczne jak w czasach sowieckich, polityczną stabilizację i minimalny dobrobyt.
Łukaszenka bezustannie obiecywał miesięczny dochód w wysokości pięciuset
dolarów - "świętej" dla niego liczby. W zamian żądał, by obywatele z daleka obchodzili samą koncepcję uczestnictwa w polityce. Ich zadaniem
miało być podtrzymywanie status quo. Lub przynajmniej wytrzymywanie.
Od czasu kryzysu gospodarczego przed mniej więcej dziesięciu laty
wzrastała jednak frustracja życiem we własnym kraju, który tak wiele
żąda, a tak mało obietnic dotrzymuje. Gospodarka popadła w stagnację,
państwowe firmy często okazywały się nierentowne, dochody spadały,
naciski państwa reżimu przybierały na sile. W kuchniach szarych
termitier, tam, gdzie w Związku Radzieckim za zamkniętymi drzwiami
dyskutowano o polityce i bluźniono przeciwko despotom, przez lata
wyraźnie nabrzmiewała cicha rozpacz nad tym, jak samotny jest człowiek w swojej biedzie i jak bardzo ma dosyć tego, że państwo z niego szydzi.
Wszystko mogłoby się jednak przez kolejne lata kisić we własnym sosie.
Lata, w których milcząca większość jakoś by się pogodziła z codziennymi
uroszczeniami, nadal odwracała wzrok ze strachu przed represjami, z lęku
przed niepewnymi czasami, które przychodzą po zmianach, albo
najzwyczajniej z obojętności. Białoruś to w końcu nie Korea Północna - w obrębie jej systemu zawsze istniały ograniczone wolności, póki człowiek
trzymał się z dala od polityki.
- Byłam apolityczna jak dziewięćdziesiąt procent Białorusinów. Panowało
u nas przekonanie, że i tak nic nie zrobisz - mówi Swiatłana
Cichanouska. Świetnie pamięta, jak urządziła się w tej obojętności. -
Ludzie żyli w małych rodzinach, w których wszystko było dobrze. A kiedy
wychodzili z domu, to na wiele spraw zamykali oczy - opowiada. - Dało
się tak żyć. Łatwiej jest nie dostrzegać pewnych rzeczy.
Kto już nie mógł dłużej wytrzymać, ten po prostu wyjeżdżał - do Rosji,
Ukrainy, Polski albo na Litwę. Dyktatury karmią się strachem. Od małego
wbijają człowiekowi do głowy, by trzymał ją pochyloną, nie utyskiwał i był wdzięczny. Z pięknych ludzi robią skulone postacie, które przemykają
przez życie. Każda dyktatura działa tak, że jeden napędza strachu, a drugi się boi - pisała niemiecka noblistka Hertha Müller, która przeżyła
kilka dekad w rumuńskiej dyktaturze. Dyktatura każe człowiekowi myśleć,
że sąsiad może być potencjalnym wrogiem, że nie wolno się rozglądać na
lewo i prawo, tylko najlepiej z niemal szczelnie zaciśniętymi oczami
tępo wpatrywać się przed siebie, bo tak jest najbezpieczniej; że nie ma
prawa interesować się tym, co się wokół niego dzieje, musi tylko dbać o własny, odizolowany światek. Lecz nawet tam wpełza strach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. W języku niemieckim to najpopularniejsze znaki, których używa się, by zaznaczyć, że mowa jest o obu płciach, np. "StudentInnen" lub "Student*innen", czyli "studentki i studenci" (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
2. Oczywiste dla Polek i Polaków skojarzenie z Białą Rusią, nie zaś Rosją, jest "niesłyszalne" po niemiecku; za to - co podkreśla autorka - dotychczas stosowana nazwa Białorusi - Weißrussland - oznacza dosłownie "Białą Rosję", stąd też wybór niemieckiej nazwy kraju nie świadczy w tym wypadku o prywatnych upodobaniach, lecz stanowi decyzję polityczną. Taki też charakter mają zresztą rozważania autorki nad sposobem zapisu imion i nazwisk białoruskich, ponieważ dodatkową komplikację wprowadza język rosyjski, którym posługuje się niemała część opozycjonistek i opozycjonistów. [wróć]
3. W polskim przekładzie z powodów oczywistych ten problem wygląda nieco inaczej. Wraz z redakcją zdecydowałyśmy zachować rozważania autorki i - w miarę możności - oddać jej wątpliwości, natomiast przyjęłyśmy białoruską transkrypcję przytaczanych imion i nazwisk. [wróć]
4. Autorka nie podaje umiejscowienia cytatu w przywoływanej w bibliografii biografii Łukaszenki. W polskim przekładzie (Walerij Karbalewicz, Aleksandr Łukaszenko. Portret polityczny, przeł. Kamil Kłysiński, Warszawa 2013) nie znalazłam zdań odpowiadających sensem cytatowi, dlatego tłumaczę je bezpośrednio z niemieckiego. [wróć]