Kobieta z niebieską gwiazdą - Pam Jenoff

-
Proszę czekać

Rozdział 8. Sadie

Rozdział 8

Sadie

Kiedy nad kratką zjawił się jakiś mężczyzna i zaczął rozmawiać z tą dziewczyną na ulicy, odskoczyłam w cień. Nazwał ją Ella. To imię spłynęło z mojego języka jak dźwięk nuty. Nie mogłam usłyszeć ich dalszej rozmowy, ale na podstawie wyrazu jej twarzy i sposobu, w jaki stali blisko siebie, stwierdziłam, że ona dobrze znała tego mężczyznę i lubiła go - albo przynajmniej kiedyś tak było.

Gdy ich obserwowałam, zatrzymałam wzrok na krzyżyku na jej szyi, który nosiła jako Polka-katoliczka, a który podkreślał różnice między nami. Przypomniałam sobie wtedy dokładnie ten moment, gdy jako dziecko zrozumiałam, że nie jesteśmy tacy jak inni. Miałam pięć lat i byłam z mamą na zakupach na placu Nowym, czyli targu pod gołym niebem, obsługującym żydowskich i nieżydowskich mieszkańców Kazimierza. Był koniec kwietnia, trzeci dzień święta Paschy. Usunęliśmy z kuchni chamec, chleb i inne produkty na zakwasie, zakazane w ciągu ośmiu świątecznych dni. Jednak gdy mijałyśmy z mamą piekarnię, na wystawie dostrzegłam kuszące świeże bułeczki.

- Przecież jest Pascha - zauważyłam, zdumiona tym widokiem.

Mama wyjaśniła mi, że tylko mały procent obywateli Polski jest Żydami.

- Inni mają własne święta i obyczaje. To dobrze - dodała. - Wyobraź sobie, jak nudny byłby świat, gdyby wszyscy byli tacy sami.

Jednak chciałam być jak inne dzieci w moim wieku i jeść ciastka, kiedy tylko miałabym ochotę, nawet podczas Paschy. Wtedy pierwszy raz zdałam sobie sprawę, jak bardzo my, Żydzi, różnimy się od reszty ludzi; był to wstęp do lekcji, którą aż za dobrze zrozumiałam po inwazji Niemców. Teraz gdy stałam w kanale, gapiąc się na piękną Ellę z krzyżykiem, czułam swoją odmienność bardziej niż kiedykolwiek, nawet mocniej niż podczas prześladowań i wojennych cierpień.

W końcu mężczyzna odszedł. Kilka minut później Ella, rozglądając się ostrożnie wokoło, ponownie zajrzała na dół, wypatrując mnie. Zbliżyłam się do kratki i stanęłam w kręgu światła tak, by mnie widziała.

Uśmiechnęła się.

- O, jesteś. Myślałam, że już poszłaś.

Zdawałam sobie sprawę, że ona także mogła odejść, gdy skończyła rozmowę z mężczyzną na ulicy. Byłoby dla niej bezpieczniej pójść i udawać, że nigdy mnie nie spotkała. Ale nie zrobiła tego.

- Mam na imię Sadie - przedstawiłam się. Coś we mnie mówiło, że lepiej nie podawać imienia, ale nie mogłam się powstrzymać.

- Ella - jej głos brzmiał melodyjnie, przypominając mi tryl wróbla.

Mówiła inaczej niż ja, zwłaszcza końcówki wyrazów wymawiała staranniej. Jednak chodziło o coś więcej - jej akcent świadczył o dobrym wykształceniu, zamożnym domu, pewnie o zagranicznych wakacjach i innych wspaniałościach, których sobie nawet nie wyobrażałam. To w jeszcze większym stopniu niż ładny strój czy krzyżyk dowodziło, jak bardzo różni się ode mnie, i oddalało nas od siebie.

- Wiem, słyszałam, jak ten mężczyzna nazwał cię po imieniu. Kto to był? - Skarciłam się za to pytanie, które było zbyt wścibskie i osobiste, by je zadać komuś, kogo zaledwie poznałam.

Przełknęła ślinę.

- Po prostu chłopak, którego kiedyś znałam. - W jej głosie zabrzmiał ton bólu. Jasne, że był dla niej kimś więcej. - Jak jest tam na dole? - spytała, zmieniając temat.

Jak mogłam wytłumaczyć jej, jak wygląda życie w dziwnym, ciemnym, podziemnym świecie, jedyne, jakie teraz znałam? Próbowałam znaleźć słowa, żeby to opisać, ale nie umiałam.

- Jest strasznie - powiedziałam w końcu.

- Jak udaje wam się przeżyć na dole? Macie jedzenie? - zasypała mnie szybkimi pytaniami, co przypomniało mi, że postępowałam podobnie.

Zamilkłam na chwilę, znowu starając się znaleźć odpowiedź. Nie mogłam wspomnieć o Pawle, nie narażając go na niebezpieczeństwo. Miałby wielkie problemy, gdyby Niemcy odkryli, że pomaga ukrywać się Żydom.

- Jakoś sobie radzimy.

- Ale jak to wytrzymujecie? - wybuchła, a ja po raz pierwszy zobaczyłam mały wyłom w jej eleganckim zachowaniu.

Nigdy nie roztrząsałam tego problemu.

- Po prostu nie mamy wyboru - powiedziałam wolno. - Najpierw nie sądziłam, że wytrzymam tam minutę. Potem minuta minęła i myślałam, że nie przetrwam godziny. Potem dnia, tygodnia i tak dalej. Zdumiewające, do czego się można przyzwyczaić. I nie jestem tam sama. Jest ze mną mama, a wkrótce będę miała rodzeństwo.

Przez moment zastanawiałam się, czy nie wspomnieć też o Saulu, ale uznałam, że byłoby to głupie.

- Twoja mama jest w ciąży?

- Tak, urodzi za kilka miesięcy.

Na jej twarzy odbiło się niedowierzanie.

- Jak mogłaby mieć dziecko w kanałach?

- Wszystko da się zrobić, jeśli możesz być z tymi, których kochasz - odpowiedziałam, starając się przekonać nie tylko ją, ale i samą siebie.

Ella posmutniała.

- O co chodzi? - spytałam, mając nadzieję, że nie powiedziałam nic, co ją uraziło.

- O nic - odparła szybko.

- Gdzie mieszkasz? - spytałam, zmieniając temat.

- Na Kanoniczej - powiedziała, z lekkim zakłopotaniem podając tak wytworny adres. - To obok Grodzkiej.

- Wiem, gdzie to jest - odparłam, trochę urażona, jakbym nie znała starych uliczek w centrum miasta.

Wielokrotnie spacerowałam po tej eleganckiej dzielnicy. Nawet przed wojną ta porządnie utrzymana ulica z jej okazałymi, wypielęgnowanymi kamienicami, stojącymi rzędem w pobliżu Rynku, należała do innego świata, odległego o lata świetlne od moich skromnych warunków mieszkaniowych. Teraz gdy byłam w kanale, takie miejsca wydawały mi się jak z bajki, prawie nierealne. Stanął mi przed oczami obraz mieszkanka z regałami zapchanymi książkami i błyszczącą kuchnią, pełną najwspanialszej żywności.

- To musi być cudowne. - Nie mogłam nic poradzić na nutę tęsknoty w głosie.

- W gruncie rzeczy nie jest - odparła Ella, czym mnie zdziwiła. - Oboje moi rodzice nie żyją, a mój brat i siostry wyjechali. Została tylko macocha, Ana Lucia. Jest naprawdę okropna. A to był mój były narzeczony Krzysztof.

- Ten mężczyzna, którego spotkałaś na ulicy? - spytałam.

Kiwnęła głową.

- Tak. Właściwie to mój były chłopak, bo nie byliśmy oficjalnie zaręczeni. Zerwał ze mną, zanim poszedł na wojnę. Byłam pewna, że znowu się zejdziemy, ale on wrócił do miasta i nie odezwał się do mnie. I nie mam już także przyjaciół.

Wtedy zrozumiałam, dlaczego kilka minut temu wyglądała na zbolałą, gdy powiedziałam o możliwości przetrwania wszystkiego w otoczeniu tych, których się kocha. Pomimo bardzo dobrych warunków bytowych Ella była zupełnie sama.

- Mogłoby być gorzej. Mogłabyś mieszkać w kanale.

Przez moment obawiałam się, że mój żart jest niestosowny. Ale jej twarz się rozjaśniła i obie roześmiałyśmy się.

- Przepraszam - powiedziała. - Uskarżanie się było z mojej strony małostkowe, biorąc pod uwagę wszystko, przez co przechodzisz. Ale nie mam z kim porozmawiać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prolog

Prolog

Kraków, Polska Czerwiec 2016

Kobieta, którą widzę przed sobą, nie jest wcale tą, której się spodziewałam.

Przed dziesięcioma minutami stałam przed lustrem w swoim pokoju hotelowym, usuwając szczotką kłaczki z mankietu jasnoniebieskiej bluzki i poprawiając perłowy kolczyk. Narastało we mnie zniechęcenie. Byłam doskonałym przykładem kobiety tuż po siedemdziesiątce - z krótko ostrzyżonymi, siwiejącymi włosami i w praktycznym garniturze, przylegającym do tęgawej figury bardziej, niż było to jeszcze przed rokiem.

Cisnęłam bukiet świeżych kwiatów na nocny stolik; były jasnoczerwone i zawinięte w szeleszczący, brązowy papier. Potem podeszłam do okna. Hotel Wentzl mieścił się w zmodernizowanej szesnastowiecznej kamienicy stojącej w południowo-zachodnim rogu krakowskiego Rynku. Celowo wybrałam tę lokalizację, upewniając się, czy z mojego pokoju jest odpowiedni widok. Plac z jego lekko wklęsłą południową pierzeją sprawiał wrażenie wrącego życiem ula. Turyści przelewali się pomiędzy kościołami a sprzedawcami pamiątek w Sukiennicach, masywnej podłużnej budowli, dzielącej Rynek na pół. W ten ciepły czerwcowy wieczór znajomi spotykali się w kawiarnianych ogródkach na drinka po pracy, a obładowani pakunkami przyjezdni spieszyli do domów, spoglądając na ciemne chmury wiszące nad Wawelem od południa.

Dwukrotnie byłam już w Krakowie, najpierw tuż po upadku komunizmu i dziesięć lat później, gdy zaczynałam swoje poszukiwania na wschodzie. To miasto, ten ukryty skarb, natychmiast podbiło moje serce. Chociaż przyćmione turystyczną popularnością Pragi i Berlina, Stare Miasto w Krakowie, pełne zabytkowych kościołów i odrestaurowanych kamieniczek o oryginalnych fasadach, było jednym z najwykwintniejszych w Europie.

Za każdym razem, gdy przyjeżdżałam, miasto wyglądało bardzo odmiennie, wszystko było jaśniejsze i nowsze, "lepsze" w oczach mieszkańców, którzy przeżyli wieloletni okres biedy i zastoju. Szare niegdyś domy zostały jaskrawo pomalowane na żółto i niebiesko, nadając starym uliczkom odrealniony, filmowy wygląd. Mieszkańcy również stanowili znakomity przykład różnorodności: modnie ubrani młodzi ludzie rozmawiający po drodze przez telefony komórkowe, a obok niechlujni górale, sprzedający wełniane swetry i oscypki z leżących na ziemi płacht, czy siedząca na chodniku owinięta w szal babina, żebrząca o groszaki. Poniżej sklepowej witryny reklamującej Wi-Fi i sieci internetowe gołębie, jak od wieków, dziobały ziarno na twardej, kamiennej nawierzchni Rynku. Spod całej otoczki nowoczesności i poloru przebijała jakby na przekór zabytkowa architektura Starego Miasta, której dawności nie można byłoby zaprzeczyć.

Jednak to nie historia sprowadziła mnie tutaj - przynajmniej nie tego rodzaju historia.

Gdy trębacz na wieży Mariackiej zaczął grać hejnał oznaczający pełną godzinę, przyglądałam się północno-zachodniemu rogowi placu w oczekiwaniu, że jak codziennie o piątej po południu pojawi się ta kobieta. Nie widziałam jej i zastanawiałam się, czy może dziś nie przyjdzie, co sprawiłoby, że moja wyprawa przez pół świata okazałaby się daremna. Pierwszego dnia chciałam się upewnić, czy jest właściwą osobą. Drugiego zamierzałam z nią porozmawiać, ale straciłam głowę. Jutro odlatuję z powrotem do Ameryki. Teraz miałam ostatnią szansę.

W końcu kobieta wyłoniła się zza rogu apteki, z parasolką elegancko zatkniętą pod pachą. Przeszła przez plac z prędkością zdumiewającą jak na kobietę około dziewięćdziesiątki. Nie garbiła się; miała proste plecy, była wysoka. Jej siwe włosy były zwinięte na czubku głowy w luźny węzeł, z którego wysunęło się kilka kosmyków, obejmując jakby wachlarzem jej twarz. W przeciwieństwie do mojego poważnego stroju nosiła jasną, kolorową spódnicę z wyrazistym wzorem. Gdy szła, połyskujący materiał zdawał się tańczyć wokół jej kostek i niemalże słyszałam jego szelest.

Postępowała zgodnie ze znanym mi trybem, tak samo jak przez dwa poprzednie dni, kiedy obserwowałam, jak wchodzi do kawiarni Noworolski i wybiera stolik osłonięty od bieganiny i hałasu przez głębokie arkady przy wejściu do budynku. Gdy ostatnim razem byłam w Krakowie, nadal szukałam. Teraz wiedziałam, kim jest i gdzie ją znajdę. Jedyne, co pozostało, to zebrać się na odwagę i zejść na dół.

Kobieta jak zazwyczaj usiadła przy stoliku w kącie i otworzyła gazetę. Nie miała pojęcia, że zaraz się spotkamy - a nawet że ja w ogóle żyję.

Z oddali dobiegł huk grzmotu. Spadły pierwsze krople deszczu, rozpryskując się na kamiennym bruku jak ciemne łzy. Musiałam się spieszyć. Jeśli ogródek kawiarni zostanie zamknięty i kobieta odejdzie, wszystko przepadnie.

Słyszałam głosy moich dzieci mówiących, że to zbyt niebezpieczne, by w moim wieku jechać samej tak daleko, że nie ma powodu i niczego nowego się tutaj nie dowiem. Powinnam dać spokój i wracać do domu. Nikogo to nie zainteresuje.

Z wyjątkiem mnie - i jej. Wyobrażałam sobie, że słyszę w głowie jej głos, przypominający mi, po co tu przyjechałam.

Wzięłam się w garść, podniosłam kwiaty i wyszłam z pokoju.

Ruszyłam przez plac. Potem znowu przystanęłam. Ogarnęły mnie wątpliwości. Po co przebyłam całą tę drogę? Czego szukałam? Z uporem szłam naprzód, nie czując wielkich kropli moczących mi ubranie i włosy. Dotarłam do kawiarni, ominęłam stoliki, przy których klienci opłacali rachunki, szykując się do wyjścia, gdyby bardziej się rozpadało. Gdy podeszłam do jej stolika, siwowłosa kobieta podniosła wzrok znad gazety. Oczy jej się rozszerzyły.

Będąc tak blisko, mogłam zobaczyć jej twarz. Mogłam zobaczyć wszystko. Stałam bez ruchu jak skamieniała.

Kobieta, którą widziałam przed sobą, nie była wcale tą, której się spodziewałam.

Rozdział 1. Sadie

Rozdział 1

Sadie

Kraków, Polska, marzec 1942

Wszystko zmieniło się tego dnia, gdy przyszli po dzieci.

Cały dzień musiałam siedzieć w trudno dostępnym zakamarku strychu trzypiętrowego budynku na terenie getta, w którym mieszkaliśmy z tuzinem innych rodzin. Mama co rano przed wyjściem do pracy w fabryce pomagała mi się tam schować, zostawiając mi puste wiadro służące jako toaleta i srogo napominając, bym nie wychodziła. Jednak gdy zostawałam sama w ciasnym, lodowatym pomieszczeniu, gdzie nie mogłam ani się ruszać, ani nawet stanąć prosto, marzłam i robiłam się niespokojna. Minuty wlekły się w ciszy, przerywanej jedynie odgłosem skrobania; to porozumiewały się inne dzieci, znacznie młodsze ode mnie, ukryte gdzieś za ścianą. Były ulokowane każde oddzielnie i nie miały miejsca na bieganie czy zabawę, więc przesyłały sobie wiadomości, wystukując je lub drapiąc, używając jakby jakiegoś improwizowanego alfabetu Morse'a. Czasami z nudów przyłączałam się do nich.

"Wolność jest tam, gdzie ją znajdziesz" - mawiał często mój ojciec, gdy się skarżyłam. Tato potrafił widzieć świat dokładnie w taki sposób, w jaki chciał. "Najgorsze więzienie tkwi w naszym umyśle". Łatwo mu było mówić. Chociaż prosta praca fizyczna w getcie była daleka od jego przedwojennego zawodu księgowego, przynajmniej codziennie był poza domem i widywał innych ludzi. Nie siedział w zamknięciu tak jak ja. Prawie nie wychodziłam z budynku, odkąd sześć miesięcy temu musieliśmy się przeprowadzić z naszego mieszkania w dzielnicy żydowskiej, położonej w pobliżu centrum, na Podgórze na południowym brzegu Wisły, gdzie zostało utworzone getto. Pragnęłam normalnego życia, własnego życia, swobodnego wychodzenia poza mury getta do wszystkich miejsc, które znałam, i uważałam to za oczywiste. Wyobrażałam sobie, że jadę tramwajem do sklepów na Rynku albo na film do kina, albo żeby obejrzeć stare, porośnięte trawą kopce na przedmieściach. Chciałabym, żeby przynajmniej moja najbliższa przyjaciółka Stefania była jednym z dzieci ukrywających się w pobliżu. Niestety, mieszkała w innej części getta przeznaczonej dla rodzin żydowskiej policji.

Tym razem to nie nuda czy samotność wyciągnęły mnie z kryjówki, tylko głód. Zawsze miałam duży apetyt, a tego ranka śniadanie stanowiła połowa kromki chleba, czyli porcja jeszcze mniejsza niż zazwyczaj. Mama chciała mi dać swój przydział, ale wiedziałam, że musi mieć siłę na czekający ją długi dzień pracy fizycznej.

Po kilku godzinach zaczął mnie boleć pusty brzuch. Przed oczami nieproszone stawały mi obrazy potraw, które jadaliśmy przed wojną: gęstej zupy grzybowej, pikantnego barszczu, pierogów z obfitym nadzieniem, robionych zazwyczaj przez moją babcię. Późnym rankiem poczułam się tak osłabiona z głodu, że wyszłam z kryjówki i zeszłam na dół do wspólnej kuchni na parterze. Była to po prostu jedna czynna fajerka na piecyku i zlew, z którego kapała chłodna, brązowawa woda. Nie poszłam tam po jedzenie - nawet gdyby było, tobym go nie ukradła. Chciałam raczej zobaczyć, czy na kredensie zostały jakieś okruszki, i wypełnić żołądek szklanką wody.

Zostałam w kuchni dłużej, niż powinnam, czytając książkę z pozaginanymi rogami, którą przyniosłam ze sobą. Najbardziej nie cierpiałam mojej kryjówki na strychu dlatego, że było tam zbyt ciemno, by czytać. Zawsze uwielbiałam książki i tato przyniósł mi ich z naszego dawnego mieszkania tyle, ile zdołał, pomimo protestów mamy, która uważała, że trzeba oszczędzać miejsce w torbach na żywność i ubrania. To ojciec pielęgnował moje zamiłowanie do nauki i popierał moje marzenie o studiowaniu medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim, zanim niemieckie rozporządzenia uczyniły to niemożliwym, najpierw zakazując studiów Żydom, a potem całkiem zamykając uniwersytety. Nawet w getcie po zakończeniu długich, wyczerpujących dni pracy tato uwielbiał mnie uczyć i prowadzić ze mną rozmaite dyskusje. Kilka dni temu w jakiś sposób zdobył dla mnie nową książkę, Hrabia Monte Christo. Jednak moja kryjówka na strychu była zbyt ciemna, bym mogła tam czytać, a wieczorem miałam zaledwie odrobinę czasu przed godziną policyjną i wygaszaniem świateł. Jeszcze tylko chwilkę - powiedziałam sobie, odwracając kolejną stronę. Kilka minut nie będzie mieć znaczenia.

Kończyłam oblizywać brudny nóż do chleba, gdy usłyszałam pisk masywnych opon, a potem szczekliwe głosy. Zastygłam bez ruchu, niemal upuszczając książkę. Na zewnątrz było gestapo i SS, w obstawie plugawej Jüdischer Ordungsdienst, żydowskiej policji w getcie, wykonującej ich rozkazy. To była tzw. akcja, czyli nagłe, niezapowiedziane aresztowanie dużej grupy Żydów i wywiezienie ich z getta do obozów. Z tego właśnie powodu natychmiast powinnam się była ukryć. Wybiegłam z kuchni przez przedpokój i popędziłam schodami na górę. Z dołu dobiegł straszny łomot, gdy drzwi wejściowe do budynku zostały wyłamane i do środka wpadła policja. Nie było sposobu, bym zdążyła wrócić na strych.

Wobec tego wbiegłam do naszego mieszkania na trzecim piętrze. Serce mi waliło, gdy rozpaczliwie rozglądałam się za jakąś szafą czy inną gablotą, w których dałoby się ukryć w małym, niemal pustym pokoju, wyposażonym tylko w łóżko i komodę. Wiedziałam, że były takie miejsca jak to ze sztuczną ścianką gipsową, którą jedna z rodzin zbudowała w przylegającym budynku przed niespełna tygodniem. Było to jednak zbyt daleko i nie miałam możliwości, by się tam dostać. Mój wzrok spoczął na wielkim kufrze ustawionym w nogach łóżka moich rodziców. Kiedyś, wkrótce po przeprowadzce do getta, mama pokazała mi, jak się w nim ukryć. Traktowałyśmy to jak zabawę, mama uchylała wieko skrzyni tak, bym mogła się tam wślizgnąć, zanim je zatrzasnęła.

Kufer był okropną kryjówką, widoczną i stojącą na środku pokoju. Jednak po prostu nie było innej. Musiałam spróbować. Dobiegłam do łóżka i wskoczyłam do skrzyni, a potem z wysiłkiem zamknęłam wieko. Dziękowałam niebiosom, że jestem tak szczupła jak mama. Nigdy nie znosiłam swojej drobnej budowy, która sprawiała, że wyglądałam na dwa lata mniej, niż miałam. Teraz to wydawało się błogosławieństwem, podobnie jak smutny fakt, że po miesiącach skromnych racji żywnościowych w getcie byłam jeszcze chudsza. Nadal mieściłam się w kufrze.

Kiedy robiłyśmy próby, przewidywałyśmy, że mama przykryje wieko skrzyni jakimś kocem czy ubraniami. Oczywiście, nie byłam w stanie zrobić tego sama. Zatem kufer stał dobrze widoczny dla każdego, kto by wszedł do pokoju. Skuliłam się i oplotłam ramionami, wyczuwając na rękawie białą opaskę z niebieską gwiazdą, jaką musieli nosić wszyscy Żydzi.

Wtedy z sąsiedniego budynku doszedł mnie łoskot - dźwięk gipsu rozkuwanego młotkiem czy siekierą. Policja znalazła kryjówkę za ścianą, pewnie naprowadzona na trop zbyt świeżą farbą. Rozległ się straszny krzyk, gdy znaleziono dziecko i wydostano je z ukrycia. Gdybym tam pobiegła, także zostałabym złapana.

Ktoś podszedł do drzwi naszego mieszkania i gwałtownie je otworzył. Serce mi zamarło. Nie mogłam oddychać, wyczuwałam wzrok przeszukujący pokój. Przepraszam, mamo - pomyślałam, niemal słysząc jej wyrzuty, że zeszłam ze strychu. Nastawiłam się na to, że zostanę odnaleziona. Czy lepiej mnie potraktują, jeśli sama wyjdę i dam za wygraną? Nagle znów usłyszałam kroki, najwyraźniej Niemiec poszedł dalej korytarzem, przystając pod każdymi drzwiami i nasłuchując.

Wojna zaczęła się w Krakowie pewnego ciepłego jesiennego dnia dwa i pół roku temu, gdy po raz pierwszy rozległy się syreny przeciwlotnicze i bawiące się dzieci uciekły pędem z ulicy. Życie stało się trudne, a potem złe. Żywność zniknęła i czekaliśmy w długich kolejkach po najpotrzebniejsze produkty. Pewnego razu przez cały tydzień nie było chleba.

Potem, jakiś rok temu, zgodnie z zarządzeniami władz Generalnego Gubernatorstwa, do Krakowa tysiącami przybywali przerażeni Żydzi z małych miasteczek i wsi, taszcząc swój dobytek na plecach. Początkowo zastanawiałam się, jak oni wszyscy znajdą sobie mieszkania na Kazimierzu, w już i tak zatłoczonej żydowskiej dzielnicy. Jednak nowo przybyli zostali zmuszeni dekretem do osiedlenia się na odległym brzegu rzeki w przeludnionej części przemysłowego Podgórza odgrodzonej wysokim murem. Mama pracowała dla gminy, organizacji tutejszej żydowskiej wspólnoty, pomagając jej w ulokowaniu przybyszów, i często tuż po przybyciu bywali u nas znajomi znajomych, zanim na dobre przenieśli się do getta. Opowiadali o tym, co wydarzyło się w ich rodzinnych miastach, historie zbyt okropne, by w nie uwierzyć, więc mama wyganiała mnie z pokoju, żebym tego nie słyszała.

Kilka miesięcy po utworzeniu getta nam również kazano się tam przenieść. Kiedy tato mi o tym powiedział, nie mogłam uwierzyć. Nie byliśmy przesiedleńcami, ale mieszkańcami Krakowa; przez całe życie mieszkaliśmy w kamienicy przy ulicy Meiselsa. Była to świetna lokalizacja: na skraju dzielnicy żydowskiej, ale w odległości spacerku od najatrakcyjniejszych miejsc w centrum Krakowa i na tyle blisko od biura taty przy ulicy Stradomskiej, że mógł piechotą przyjść do domu na lunch. Nasze mieszkanie znajdowało się nad kawiarnią, w której co wieczór grywał pianista. Czasem docierała do nas muzyka i tato wirował z mamą po kuchni w rytm cichej melodii. Jednak według rozkazu: Żydzi to Żydzi. Jednego dnia. Każdy z jedną walizką. I cały znany mi dotychczas świat zniknął na zawsze.

Uchyliłam kufer i zerknęłam przez wąską szparę, próbując rozejrzeć się po pokoju, w którym mieszkałam z rodzicami. Wiedziałam, że byliśmy szczęściarzami, bo mieliśmy cały pokój dla siebie; ten przywilej zawdzięczaliśmy funkcji ojca jako brygadzisty. Inni musieli mieszkać razem w dwie lub trzy rodziny, ale w porównaniu z naszym prawdziwym domem przestrzeń i tak bardzo się skurczyła. Siedzieliśmy sobie stale na głowach, przez co obrazy, dźwięki i zapachy codziennego życia stawały się bardziej intensywne.

- Kinder, raus! - krzyczeli teraz cały czas policjanci, przeszukując korytarze. Dzieci, wychodźcie. Nie po raz pierwszy zdarzyło się, że Niemcy przyszli po dzieci w ciągu dnia, wiedząc, że ich rodzice są wtedy w pracy.

Ale ja nie byłam już dzieckiem. Miałam osiemnaście lat i mogłabym pracować jak inni w moim wieku, a nawet o kilka lat młodsi. Widziałam, jak co rano ustawiają się w szeregu podczas sprawdzania listy, zanim powloką się do fabryk. Jednak chciałam pracować, chociaż orientowałam się na podstawie powolnych, zbolałych ruchów taty, który pochylał się jak staruszek, i widoku pokaleczonych, krwawiących rąk mamy, że praca jest ciężka i okropna. Ale oznaczała ona możliwość wyjścia na zewnątrz, spotkania z innymi ludźmi, porozmawiania z nimi. Ukrywanie mnie stanowiło temat wielu narad moich rodziców. Tato uważał, że powinnam pracować. Świadectwa pracy miały w getcie bardzo dużą wartość. Robotnicy byli cenieni i było mniejsze prawdopodobieństwo, że zostaną wywiezieni do obozu. Jednak mama, która rzadko nie zgadzała się z tatą, nie dopuściła do tego. "Ona nie wygląda na swój wiek. Praca jest zbyt ciężka. Będzie bezpieczniejsza, kiedy zniknie z oczu". Teraz w swojej kryjówce, gdy lada chwila mogłam zostać odnaleziona, zastanawiałam się, czy nadal by uważała, że miała rację.

W budynku w końcu zapadła cisza, ostatnie przerażające kroki oddaliły się. Wciąż się nie poruszałam. Jedną z pułapek zastawianych przez Niemców na ukrywających się ludzi było udawanie, że odchodzą, i czyhanie na nich, dopóki nie wyszli z ukrycia. Trwałam w bezruchu, nie mając odwagi wyjść z kryjówki. Bolały mnie zdrętwiałe ręce i nogi. Nie miałam pojęcia, ile czasu minęło. Przez szparkę zobaczyłam, że w pokoju się ściemniło, tak jakby słońce było już nieco niżej.

Trochę później znowu rozległy się kroki, tym razem było to szuranie, jak wtedy, gdy robotnicy wlekli się w milczeniu, wracając wyczerpani po całym dniu pracy. Spróbowałam wydostać się z kufra, ale mięśnie miałam sztywne i obolałe, więc poruszałam się niezdarnie. Zanim udało mi się podnieść wieko, drzwi mieszkania otworzyły się gwałtownie i ktoś wpadł do pokoju. Rozpoznałam mamę po lekkim, drobnym kroku.

- Sadie! - krzyknęła histerycznie.

- Jestem tutaj - zawołałam.

Teraz, kiedy była obok, mogła mi pomóc rozprostować się i wyjść, ale mój głos został stłumiony przez kufer. Kiedy próbowałam otworzyć zatrzask, zablokował się.

Mama wybiegła z pokoju na korytarz. Słyszałam, jak otwiera drzwi prowadzące na strych, biegnie schodami na górę i cały czas mnie szuka. Wołała: "Sadie!", a potem raz po raz: "Moje dziecko, moje dziecko!". Gdy mnie nie znalazła, jej głos przeszedł w przeraźliwy krzyk. Myślała, że przepadłam.

- Mamo! - zawołałam.

Była jednak zbyt daleko, by mnie usłyszeć, a sama krzyczała za głośno. Zrobiłam jeszcze jeden rozpaczliwy wysiłek, by się uwolnić ze skrzyni, bez skutku. Po chwili mama znów wbiegła do pokoju, głośno łkając. Usłyszałam zgrzyt otwieranego okna. Naparłam na wieko kufra, wytężając ramiona tak mocno, że aż pulsowały. Pokrywa odskoczyła.

Uwolniłam się i wyprostowałam.

- Mamo?

Stała w dziwnej pozycji, ze stopą na parapecie, jej smukła sylwetka rysowała się na tle ciemniejącego nieba.

- Co ty robisz?

Przez sekundę myślałam, że wychyla się, szukając mnie na zewnątrz. Jednak twarz miała wykrzywioną rozpaczą. Wtedy zrozumiałam, dlaczego stoi na parapecie. Była przekonana, że zostałam zabrana wraz z innymi dziećmi. I nie chciała dłużej żyć. Gdybym w porę nie uwolniła się ze skrzyni, mama by wyskoczyła. Byłam jej jedynym dzieckiem, całym jej światem. Była gotowa zabić się, nie chcąc żyć dalej beze mnie.

Przebiegł mnie dreszcz i podbiegłam do niej.

- Jestem tutaj, jestem tutaj!

Zachwiała się, więc złapałam ją za ramię, żeby nie wypadła. Ogarnęły mnie wyrzuty sumienia. Zawsze chciałam, żeby była ze mnie zadowolona, chciałam wywołać uśmiech na jej pięknej twarzy, co nie było łatwe. Teraz sprawiłam jej tyle bólu, że niemal zrobiła coś nie do pomyślenia.

- Tak bardzo się martwiłam - powiedziała, gdy pomogłam jej zejść z parapetu i zamknąć okno. I dodała, jakby to tłumaczyło wszystko: - Nie było cię na strychu.

- Ale, mamo, schowałam się tam, gdzie mi kazałaś. - Wskazałam na kufer. - To inne miejsce, pamiętasz? Dlaczego tu mnie nie szukałaś?

Mama wyglądała na zakłopotaną.

- Nie sądziłam, że jeszcze się w nim zmieścisz.

Zapadło milczenie, a potem obie zaczęłyśmy się śmiać, co zabrzmiało zgrzytliwie i nie na miejscu w tym nędznym pokoju. Przez kilka chwil było tak, jakbyśmy z powrotem znalazły się w naszym dawnym mieszkaniu przy Meiselsa i nic z tego wszystkiego się nie wydarzyło. Skoro nadal potrafiłyśmy się śmiać, na pewno wszystko będzie dobrze. Chwyciłam się tej nieprawdopodobnej myśli jak deski ratunku.

Nagle w budynku rozległ się krzyk, potem kolejny, i nasz śmiech zamarł. To krzyczały matki dzieci zabranych przez policję. Z zewnątrz dobiegł głuchy odgłos. Podeszłam do okna, ale matka mnie odciągnęła.

- Nie patrz tam - powiedziała.

Jednak było już za późno. Dostrzegłam Helgę Kolberg, sąsiadkę z końca korytarza, leżącą bez ruchu na chodniku, na przybrudzonym węglem śniegu, z dziwnie powykręcanymi kończynami i spódnicą unoszącą się wokół jak balon. Gdy dowiedziała się, że jej dzieci zostały zabrane, tak jak mama nie chciała bez nich żyć. Zastanawiałam się, czy skok z okna był instynktowny, czy kobiety wcześniej rozmawiały o tym, jaki rodzaj samobójstwa wybrać w przypadku, gdyby spełnił się najgorszy koszmar.

Wtedy do pokoju wbiegł ojciec. Ani mama, ani ja nie powiedziałyśmy słowa, ale widząc jego wyjątkowo smutną twarz, wiedziałam, że już wiedział o "akcji" i o tym, co się stało w innych rodzinach. Po prostu podszedł i objął nas obie swymi ogromnymi ramionami, przytulając mocniej niż zazwyczaj.

Gdy tak siedzieliśmy, cisi i nieruchomi, przyjrzałam się rodzicom. Mama była prawdziwą pięknością - szczupła, pełna wdzięku, z włosami blond, wyglądała jak nordycka księżniczka. Nie przypominała innych żydowskich kobiet i nieraz słyszałam pogłoski, że nie jest stąd. Mogłaby wyjść z getta i żyć jak nie-Żydówka, gdyby nie my: byłam podobna do taty, miałam ciemne, kręcone włosy i oliwkową cerę, i nie można było zaprzeczyć, że jesteśmy Żydami. Ojciec wyglądał jak robotnik, którym stał się w getcie z rozkazu Niemców, miał szerokie bary i był w stanie przenosić wielkie rury czy betonowe płyty. W rzeczywistości był księgowym - był nim, dopóki jego firma mogła go legalnie zatrudniać. Zawsze chciałam sprawiać radość mamie, ale to tata był moim sprzymierzeńcem, powiernikiem sekretów i poplecznikiem, który nie spał po nocach, gdy w ciemności szeptem zwierzałam się z tajemnic, i wraz ze mną wędrował po mieście w poszukiwaniu skarbów. Przysunęłam się do niego, próbując schronić się w jego bezpiecznych objęciach.

Teraz jednak ramiona taty nie dawały już takiego oparcia, bo wszystko wokół się zmieniło. Getto, mimo nędznych warunków, wydawało się niegdyś w miarę bezpieczne. Żyliśmy wśród Żydów, a Niemcy nawet wyznaczyli żydowską radę - Judenrat - która miała regulować codzienne sprawy. Tato nieraz mówił, że może jeśli przyczaimy się i będziemy robić, co każą, Niemcy zostawią nas w spokoju w obrębie tych murów aż do końca wojny. Takie były nadzieje. Po dzisiejszych wydarzeniach nie byłam już tego pewna. Rozejrzałam się po pokoju, odczuwając na równi niesmak i lęk. Początkowo nie chciałam w ogóle tu mieszkać; a teraz bałam się, że zostaniemy zmuszeni do opuszczenia tego miejsca.

- Musimy coś zrobić! - krzyknęła mama, a jej głos był o ton wyższy niż zazwyczaj i jakby wtórował moim niewypowiedzianym myślom.

- Zabiorę ją jutro i zarejestruję, żeby dostała pozwolenie na pracę - oświadczył tata.

Tym razem mama nie protestowała. Przed wojną fajnie było być dzieckiem. Teraz mogło nas ocalić jedynie bycie użytecznym i zdolnym do pracy.

Mama mówiła jednak o czymś więcej niż tylko zezwolenie na pracę.

- Oni przyjdą tu znowu i następnym razem nie będziemy mieć tyle szczęścia.

Już nie starała się ukrywać swoich słów dla mojego dobra. Kiwnęłam w milczeniu głową na znak zgody. Jakiś wewnętrzny głos mówił mi, że wszystko się zmieniło. Nie mogliśmy zostać tutaj na zawsze.

- Będzie dobrze, kochana - powiedział tata uspokajająco.

Jak mógł powiedzieć coś takiego? Mimo to mama położyła mu głowę na ramieniu, najwyraźniej ufając mu jak zawsze. Ja także chciałam w to wierzyć.

- Coś wymyślę. Przynajmniej wciąż jesteśmy wszyscy razem - dodał ojciec, gdy przysunęliśmy się do siebie. Te słowa zabrzmiały w pokoju jak obietnica i modlitwa zarazem.

Rozdział 2. Ella

Rozdział 2

Ella

Kraków, czerwiec 1942

Tego ciepłego wieczoru na początku lata szłam przez plac, lawirując wśród pachnących stoisk z kwiatami w podcieniach Sukiennic. Tylko nieliczni mieli pieniądze lub ochotę, by kupić kolorowe, świeże bukiety. Plenerowe kawiarenki, znacznie spokojniejsze, niż powinny być w taki miły wieczór, nadal były otwarte i robiły szybki utarg, serwując piwo niemieckim żołnierzom i nielicznym ryzykantom, którzy mieli odwagę do nich dołączyć. Gdyby ktoś nie przyjrzał się bliżej, mogłoby się wydawać, że nic się nie zmieniło.

Ale oczywiście zmieniło się wszystko. Kraków był miastem okupowanym od prawie trzech lat. Czerwone flagi z czarnymi swastykami zwisały z Sukiennic i z ceglanej wieży ratusza. Rynek został przemianowany na Adolf-Hitler-Platz, a starodawne polskie nazwy ulic zmieniły się na Reichsstrasse, Wehrmachtstrasse itp. Hitler wyznaczył Kraków na stolicę Generalnego Gubernatorstwa i w mieście było pełno esesmanów i rozmaitych niemieckich żołnierzy, zbirów w długich buciorach, kroczących trójkami lub czwórkami całą szerokością przejścia. Zmuszali innych przechodniów do zejścia im z drogi i dowolnie szykanowali zwyczajnych Polaków. Na rogu placu chłopiec w krótkich spodenkach sprzedawał "Gońca Krakowskiego", niemiecką gazetę propagandową, która miała zastąpić polską prasę. Ludzie pogardliwie szeptem nazywali ją "Podogońcem", dając do zrozumienia, że nadaje się jedynie do wytarcia tyłka.

Niezależnie od wszystkich okropnych zmian, jakie nastąpiły, nadal w taki piękny wieczór miło było wyjść na dwór i czując na twarzy ciepłe promienie słońca, móc rozprostować nogi. Codziennie, odkąd pamiętam, przez całe dziewiętnaście lat, spacerowałam ulicami Starego Miasta, najpierw jako dziecko z ojcem, a potem już sama. Ich układ określał krajobraz mojego życia: od średniowiecznego Barbakanu i bramy wieńczącej ulicę Floriańską po górujący na wzgórzu nad Wisłą Zamek Królewski na Wawelu. Wydawało się, że te spacery są jedyną rzeczą, której ani czas, ani wojna nie mogą mi odebrać.

Jednak nie zatrzymywałam się w kawiarniach. Niegdyś mogłam tam przesiadywać z przyjaciółmi, śmiejąc się i rozmawiając o zachodzie słońca, gdy wieczorem zapalały się latarnie, a żółte snopy światła rozjaśniały chodnik. Teraz nie było już oświetlenia - wszystko było zaciemnione na mocy niemieckiego rozporządzenia, by chronić miasto przed możliwymi nalotami. Poza tym nikt z moich znajomych już się z nikim nie spotykał. Często sobie przypominałam, że ludzie obecnie rzadko wychodzą z domów i że przestali się zapraszać. Niewiele osób mogło kupić na kartki wystarczająco dużo jedzenia, by urządzić przyjęcie w domu. Każdy był pochłonięty tym, żeby samemu przetrwać, więc na spotkanie towarzyskie raczej nie można było sobie pozwolić.

Doskwierała mi samotność. Moje życie bez Krzysia było tak ciche, że pragnęłam posiedzieć i porozmawiać ze znajomymi w moim wieku. Starając się o tym nie myśleć, ponownie okrążyłam Rynek, przyglądając się wystawom prezentującym towary, na które niemal nikogo nie było stać. Robiłam wszystko, żeby opóźnić powrót do domu, gdzie mieszkałam z macochą.

Jednak głupotą byłoby dłuższe przebywanie na ulicy. Pod wieczór, bliżej godziny policyjnej, Niemcy znacznie częściej zatrzymywali i przepytywali przechodniów. Opuściłam Rynek i poszłam szeroką ulicą Grodzką w stronę domu, znajdującego się niedaleko od centrum miasta, gdzie mieszkałam przez całe życie. Skręciłam w Kanoniczą, wybrukowaną kamienną kostką wygładzoną przez czas. Chociaż obawiałam się spotkania z macochą, Aną Lucią, to musiałam przyznać, że nasza kamienica przedstawiała miły widok. Miała jasnożółtą fasadę i wypielęgnowane skrzynki z kwiatami na oknach i była ładniejsza niż to, na co zdaniem Niemców zasługiwali Polacy. W innych okolicznościach z pewnością zostałaby skonfiskowana dla jakiegoś niemieckiego oficera.

Gdy zatrzymałam się przed domem, przed oczami stanęły mi wspomnienia rodziny. Obraz mamy, która zmarła na grypę, gdy byłam mała, był najmniej wyraźny. Jako najmłodsza z czworga rodzeństwa zazdrościłam im, że spędzili wiele lat z mamą, którą ja ledwie znałam. Obie moje siostry były zamężne, jedna wyszła za prawnika z Warszawy, a druga za kapitana statku w Gdańsku.

Ale najbardziej tęskniłam za bratem Maciejem, z którym dzieliła mnie najmniejsza różnica wieku. Chociaż był osiem lat starszy, zawsze miał czas, żeby się ze mną pobawić lub porozmawiać. Różnił się od innych. Nie interesowało go małżeństwo ani kariera, jakiej pragnął dla niego ojciec. Gdy miał siedemnaście lat, uciekł do Paryża, gdzie mieszkał z mężczyzną o imieniu Phillipe. Oczywiście Maciej nie uniknął długiego ramienia nazistów. Niemcy teraz okupowali również Paryż, sprowadzając mrok na metropolię, nazywaną dotąd Miastem Świateł. Mimo to listy brata pozostały krzepiące i miałam nadzieję, że tam sytuacja jest chociaż trochę lepsza niż tutaj.

Przez wiele lat po odejściu z domu rodzeństwa byłam tylko ja i ojciec, którego zawsze nazywałam tatą. Potem zaczął wyjeżdżać do Wiednia w sprawach swojego wydawnictwa częściej niż dawniej. Pewnego dnia przyjechał z Aną Lucią, którą poślubił, nie mówiąc mi o tym. Już po pierwszym spotkaniu z nią wiedziałam, że będę jej nienawidzić. Nosiła grube futro z kołnierzem z przymocowaną do niego głową zwierzęcia. Oczy tego biedactwa patrzyły na mnie żałośnie, z wyrzutem. Zakręciło mnie w nosie od jej zbyt ciężkich jaśminowych perfum, gdy niby pocałowała mnie w policzek, a jej oddech był prawie sykiem. Na podstawie chłodnego sposobu, w jaki mnie potraktowała, mogłam stwierdzić, że jestem niechciana, jak cudzy mebel, który jest jej wciskany wraz z domem.

Kiedy wybuchła wojna, tato postanowił ponownie zgłosić się do wojska. W jego wieku na pewno nie musiał tego robić. Jednak służył z poczucia obowiązku, nie tylko wobec kraju, ale i wobec młodych żołnierzy, niemal chłopców, z których wielu nie było jeszcze na świecie, gdy Polska po raz ostatni brała udział w wojnie.

Wkrótce przyszedł telegram: zaginiony, przypuszczalnie zginął na froncie wschodnim. Oczy mnie teraz zapiekły, gdy pomyślałam o tacie, ból był równie świeży jak wtedy, gdy dostaliśmy tę wiadomość. Czasami marzyłam, że ojciec trafił do niewoli i wróci do nas po wojnie. Kiedy indziej byłam zła: jak mógł odejść i zostawić mnie samą z Aną Lucią? Była jak zła macocha z bajek dla dzieci, tylko gorsza, bo prawdziwa.

Dotarłam do łukowych, dębowych drzwi naszej kamienicy i zaczęłam obracać mosiężną gałkę. Naraz usłyszałam wewnątrz podniesione głosy i zamarłam. Ana Lucia znowu przyjmowała gości.

Przyjęcia mojej macochy zawsze były hałaśliwe. Nazywała je "wieczorami towarzyskimi", nadając im większą rangę, niż na to zasługiwały. Składały się z jakiegoś przyzwoitego jedzenia, które udało się dostać w tych czasach, z kilku butelek wina pochodzących z kurczącej się piwniczki mojego taty oraz schłodzonej wódki, mocno rozwodnionej, by dodać jej objętości. Przed wojną mogłam uczestniczyć w jej przyjęciach, na których gromadzili się artyści, muzycy i intelektualiści. Uwielbiałam przysłuchiwać się ich ciągnącym się długo w noc uduchowionym dyskusjom i wymianie poglądów. Teraz ci wszyscy ludzie zniknęli; jeśli mogli, uciekli do Szwajcarii lub Anglii, a ci, którzy mieli pecha, zostali aresztowani i gdzieś zesłani. Zastąpili ich goście najgorszego gatunku: Niemcy, im wyżej postawieni, tym lepiej. Ana Lucia była po prostu pragmatyczką. Już na początku wojny doszła do wniosku, że trzeba zmienić okupantów w przyjaciół. W każdy weekend przy stole tłumnie zasiadali teraz brutale o tęgich karkach, paskudząc nasz dom dymem cygar i brudząc dywany zabłoconymi długimi buciorami, których nie silili się wytrzeć przed drzwiami.

Początkowo Ana Lucia utrzymywała, że brata się z Niemcami, by zdobyć informacje na temat mojego ojca. Tak było w pierwszych dniach, gdy jeszcze mieliśmy nadzieję, że może trafił do więzienia lub zaginął w akcji. Jednak potem dostaliśmy wiadomość, że został zabity, a ona nadal utrzymywała kontakty z Niemcami, jeszcze częstsze niż przedtem. Było tak, jakby uwolniona z pozorów małżeństwa mogła zachowywać się tak okropnie, jak chciała.

Oczywiście nie śmiałam przeciwstawić się macosze w sprawie jej haniebnych działań. Jeśli potwierdzi się oficjalnie, że mój ojciec nie żyje, a nie zostawił testamentu, zgodnie z prawem dom i wszystkie pieniądze przypadną jej. Będzie mogła mnie wyrzucić, gdybym sprawiała kłopoty, czyli pozbyć się mebla, którego nigdy nie chciała. Nie miałam nic. Więc postępowałam ostrożnie. Ana Lucia lubiła mi często przypominać, że dzięki jej dobrym stosunkom z Niemcami pozostałyśmy w naszym ładnym domu, mając dość jedzenia i odpowiednie pieczątki w kennkartach, które umożliwiały nam swobodne poruszanie się po mieście.

Cofnęłam się spod drzwi. Z chodnika patrzyłam ze smutkiem przez frontowe okno domu na znajome kryształowe kieliszki i porcelanę. Ale nie widziałam okropnych cudzoziemców, którzy korzystali z naszych rzeczy. Zamiast tego miałam przed oczami moją rodzinę: mnie, pragnącą bawić się lalkami ze znacznie starszymi siostrami, mamę, upominającą Macieja, że coś potłucze, jeśli będzie mnie ganiał wokół stołu. Kiedy jest się młodym, sądzi się, że własna rodzina będzie trwać wiecznie. Czas i wojna sprawiły, że tak się nie stało.

Obawiając się towarzystwa Any Luci bardziej niż godziny policyjnej, zawróciłam sprzed domu i ruszyłam przed siebie. Nie wiedziałam, dokąd zmierzam. Było niemal ciemno, a wstęp do parków był zakazany dla zwykłych Polaków, podobnie jak do większości porządniejszych kawiarni, restauracji czy kin. Moje niezdecydowanie odzwierciedlało całą moją sytuację życiową, czyli swego rodzaju brak przynależności. Nie miałam dokąd iść ani z kim. Żyjąc w okupowanym Krakowie, czułam się jak ptaszek w klatce, który może trochę sobie polatać, ale zawsze jest na uwięzi.

Gdy zawróciłam w stronę Rynku, pomyślałam, jak by to było, gdyby Krzyś nie opuścił Krakowa. Wyobrażałam sobie, że jest inaczej i wojna nie zmusiła go do wyjazdu. Planowalibyśmy ślub, może nawet bylibyśmy już małżeństwem.

Spotkaliśmy się przypadkowo prawie dwa lata przed wybuchem wojny, gdy wstąpiłam ze znajomymi do kawiarni, w której był dostawcą. Wysoki i barczysty, zwracał uwagę energią, gdy szedł dziarskim krokiem przez korytarz, niosąc dużą skrzynkę. Miał surowe rysy twarzy, jakby wykute z kamienia, a jego władcze spojrzenie zdawało się ogarniać całą przestrzeń. Kiedy mijał nasz stolik, ze skrzynki wypadła cebula i potoczyła się w moim kierunku. Ukląkł, żeby ją podnieść, popatrzył na mnie i uśmiechnął się. "Jestem u pani stóp". Czasem zastanawiałam się, czy upuścił tę cebulę celowo, czy sam los pchnął ją w moją stronę.

Zaprosił mnie na spacer jeszcze tego samego wieczoru. Powinnam była odmówić: nie było właściwe, by przyjąć zaproszenie tak od razu. Jednak czułam się zaintrygowana i po kilku godzinach - oczarowana. Nie tylko wygląd mnie w nim pociągał. Krzyś różnił się od wszystkich, których znałam. Miał tyle energii, że zdawała się wypełniać cały pokój i sprawiała, że inni przy nim gaśli. Chociaż pochodził z robotniczej rodziny i nie skończył gimnazjum, a tym bardziej liceum, wykształcił się sam. Miał śmiałe poglądy dotyczące przyszłości i sposobu urządzenia świata, które sprawiały, że jakby górował nad wszystkim wokół nas. Był najmądrzejszą ze znanych mi osób. I liczył się z moimi opiniami jak nikt inny.

Zaczęliśmy spędzać razem wszystkie wolne chwile. Tworzyliśmy dziwną parę - ja byłam towarzyska i lubiłam przyjęcia w gronie przyjaciół. On był samotnikiem, unikającym tłumów i uwielbiającym poważne rozmowy podczas długich spacerów. Kochał przyrodę i pokazywał mi wyjątkowo piękne miejsca za miastem, stare bory czy ukryte w lasach ruiny zamków, o których istnieniu nie miałam pojęcia.

Pewnego wieczoru, kilka tygodni po naszym poznaniu, szliśmy ulicą na Wzgórze św. Bronisławy tuż za miastem, z ożywieniem dyskutując na temat francuskich filozofów, gdy zauważyłam, że intensywnie mi się przygląda.

- O co chodzi?

- Kiedy się spotkaliśmy, spodziewałem się, że jesteś taka jak inne dziewczęta - powiedział - i masz powierzchowne zainteresowania.

Chociaż mogłam się poczuć urażona, wiedziałam, co ma na myśli. Moi znajomi wydawali się interesować głównie przyjęciami, zabawami i najnowszą modą.

- Ale przekonałem się, że jesteś zupełnie inna.

Wkrótce spędzaliśmy razem cały wolny czas i snuliśmy plany na temat ślubu, podróży i zwiedzania świata.

Oczywiście, wojna to wszystko zmieniła. Krzyś nie dostał powołania, ale jak mój ojciec zgłosił się do wojska i walczył od początku. Zawsze bardzo się wszystkim przejmował i wojna nie stanowiła wyjątku. Podkreślałam, że jeśli poczeka, to może wszystko się skończy, zanim będzie musiał wyruszyć, ale nie zmienił zdania. Co gorsza, zerwał ze mną przed pójściem na front.

- Nie wiemy, na jak długo odchodzę.

Ani czy wrócisz - pomyślałam, ale ta myśl była tak okropna, że żadne z nas nie wypowiedziało jej na głos.

- Powinnaś być wolna, bo możesz poznać kogoś innego.

To był żart. Nawet gdyby jacyś młodzi mężczyźni zostali w Krakowie, nie byłabym nimi zainteresowana. Wstyd przyznać, ale usilnie przekonywałam go, że nie powinniśmy ze sobą zrywać, że lepiej się zaręczyć czy nawet pobrać przed jego wyjazdem, jak zrobiło wiele innych par. Chciałam przynajmniej mieć go na trochę, mieć formalną gwarancję, na wypadek gdyby coś się stało. Jednak on wolał poczekać, a kiedy wbił sobie coś do głowy, nic nie mogło go przekonać. Spędziliśmy razem ostatnią noc, wchodząc w większą zażyłość, niż powinniśmy, bo przez dłuższy czas - albo nawet już nigdy - mogliśmy nie mieć ku temu okazji. Wyszłam przed świtem zalana łzami i wślizgnęłam się do domu, zanim macocha zdążyła zauważyć moją nieobecność.

Nadal go kochałam. Zerwał ze mną tylko dlatego, że chciał dla mnie jak najlepiej. Byłam pewna, że gdy wojna się skończy i on szczęśliwie wróci, ponownie się zwiążemy i wszystko będzie jak dawniej. Wojsko Polskie zostało szybko pokonane, rozbite przez niemieckie czołgi i artylerię. Wielu mężczyzn, którzy poszli walczyć, wracało rannych i sponiewieranych. Sądziłam, że tak samo będzie z Krzysiem, ale on nie wrócił. Listy, które zaczęły przychodzić rzadziej i były coraz bardziej oziębłe, także ustały. Gdzie on się podziewał? Wciąż o tym myślałam. Z pewnością, gdyby został aresztowany albo gdyby stało się jeszcze coś gorszego, dowiedziałabym się od jego rodziców. Nie, on gdzieś tam jest, powtarzałam sobie uparcie. Wojna po prostu zakłóciła działanie poczty. A kiedy tylko będzie mógł, na pewno do mnie wróci.

Z oddali rozległy się dzwony na kościele Mariackim, wybijające godzinę siódmą. Podświadomie czekałam, aż trębacz o pełnej godzinie zacznie grać hejnał, tak jak działo się dotychczas w ciągu całego mojego życia. Jednak ta melodia, średniowieczne wezwanie, przypominające o odparciu przez Polskę hord najeźdźców, została zakazana przez Niemców. Przeszłam przez Rynek, zastanawiając się, czy warto wypić gdzieś kawę dla zabicia czasu. Gdy zbliżyłam się do jednej z kawiarni, niemiecki żołnierz siedzący w towarzystwie dwóch innych spojrzał na mnie z zainteresowaniem, a jego intencje były oczywiste. Nie mogłam tam wejść. Ruszyłam szybko dalej.

Gdy dotarłam do Sukiennic, zauważyłam dwie znajome, które przyglądały się wystawie. Podeszłam do nich.

- Dobry wieczór.

- O, cześć! - Magda, brunetka, spojrzała spod słomkowego kapelusza, niemodnego od dwóch lat. Przed wojną była jedną z moich najbliższych przyjaciółek. Ale nie widziałam się z nią ani nie miałam od niej wiadomości od wielu miesięcy. Unikała mojego wzroku.

Obok niej stała Klara, lekkomyślna dziewczyna, na którą nigdy nie zwracałam szczególnej uwagi. Nosiła blond fryzurę na pazia, a brwi miała wyskubane zbyt wysoko, co nadawało jej twarzy wyraz wiecznego zdumienia.

- Właśnie wyszłyśmy na zakupy i mamy zamiar pójść coś zjeść - poinformowała mnie z wyższością.

Nie zaprosiły mnie.

- To by mi się też podobało - zwróciłam się ostrożnie do Magdy. Chociaż ostatnio się nie odzywała, miałam nadzieję, że dawna przyjaciółka pomyśli o mnie i poprosi, bym się do nich przyłączyła.

Magda nie odpowiedziała. Jednak Klara, zawsze zazdrosna o moją zażyłość z Magdą, nie owijała słów w bawełnę.

- Nie dzwoniłyśmy. Sądziłyśmy, że będziesz zajmować się nowymi przyjaciółmi swojej macochy.

Policzki mnie zapiekły, jakby ktoś dał mi w twarz. Miesiącami powtarzałam sobie, że moi przyjaciele się teraz nie spotykają. A prawda była taka, że nie spotykają się ze mną. Wtedy zrozumiałam, że zniknięcie znajomych nie ma nic wspólnego z ciężkimi wojennymi czasami. Trzymali się ode mnie z daleka, bo Ana Lucia była kolaborantką, a może nawet uważali, że ja także nią jestem.

Przełknęłam ślinę.

- Nie zadaję się z tymi samymi ludźmi co moja macocha - powiedziałam powoli, starając się mówić normalnym tonem.

Dziewczyny milczały. Zapadła niezręczna cisza.

Uniosłam do góry brodę.

- Nieważne - powiedziałam, usiłując zignorować odmowę - jestem zajęta. Muszę zrobić tyle rzeczy, zanim Krzyś wróci.

Nie powiedziałam przyjaciołom, że zakończyliśmy nasz związek. Nie tylko dlatego, że rzadko się widywaliśmy albo że czułam się zawstydzona. Chodziło raczej o to, że powiedzenie tego głośno zmusiłoby mnie do przyznania, że naprawdę tak się stało.

- On wkrótce wróci i wtedy będziemy mogli zaplanować ślub.

- Tak, oczywiście, wróci - przytaknęła Magda, a mnie zakłuło poczucie winy, gdy przypomniałam sobie jej narzeczonego, Alberta, który został zabrany przez Niemców, gdy wpadli na uniwersytet i aresztowali wszystkich profesorów. Albert nie wrócił.

- Cóż, musimy iść - rzekła Klara.

Przez ułamek sekundy pragnęłam, pomimo ich grubiaństwa, żeby jednak mnie zaprosiły. Jakaś godna politowania cząstka mnie przełknęłaby dumę i zgodziła się na parę godzin ich towarzystwa.

Ale dziewczyny tego nie zrobiły.

- Zatem do widzenia - powiedziała Klara chłodno. Wzięła Magdę pod ramię i poprowadziła ją dalej, a wiatr poniósł po ulicy ich śmiech. Miały głowy przechylone ku sobie, jakby spiskowały, i byłam pewna, że rozmawiają o mnie.

Mniejsza z tym, powiedziałam sobie, odpychając myśl o odrzuceniu. Opatuliłam się mocniej swetrem, chroniąc się przed wiatrem, który teraz mimo lata przyniósł złowrogi chłód. Krzyś wkrótce wróci i zaręczymy się. Zaczniemy nasz związek w tym miejscu, gdzie go zakończyliśmy, i będzie tak, jakby ta straszna przerwa w ogóle nie istniała.

Rozdział 3. Sadie

Rozdział 3

Sadie

Marzec 1943

Ze snu wyrwał mnie głośny zgrzyt dobiegający gdzieś z dołu.

Nie po raz pierwszy jakiś hałas zaniepokoił mnie nocą w getcie. Wewnętrzne ściany naszej kamienicy, które zostały zbudowane w pośpiechu, by podzielić pierwotne mieszkania na mniejsze kwatery, miały grubość kartki papieru i łatwo przenikały przez nie stłumione zazwyczaj dźwięki codziennej krzątaniny. Nocne odgłosy w naszym mieszkaniu również były niezmienne: ciężki oddech ojca i jego pochrapywanie, ciche posapywanie mamy, starającej się przyjąć wygodną pozycję, by ulżyć jej rosnącemu od niedawna brzuchowi. Często słyszałam, jak moi rodzice szepczą do siebie, myśląc, że już śpię.

Nie chodziło o to, że próbowali coś przede mną ukrywać. Rok po tym, jak omal mnie nie złapano i nie zabrano podczas akcji, nie można było dłużej ignorować grozy naszej pogarszającej się sytuacji. Wyczerpała nas zima, która minęła bez opału i z bardzo małą ilością żywności, a wokół szerzyły się choroby i śmierć. Młodzi i starzy marli z głodu i chorób lub byli zabijani za nie dość szybkie wykonywanie rozkazów policji albo za jakieś inne wykroczenia zauważone podczas codziennych porannych apeli przed wyjściem do pracy.

Nigdy nie rozmawialiśmy o tym strasznym dniu przed rokiem. Jednak od tego czasu wszystko się zmieniło. Pracowałam z mamą w fabryce obuwia. Tato użył wszystkich swoich wpływów, żebyśmy były razem, i upewnił się, że nie zostaniemy wyznaczone do bardzo ciężkich zadań. Ale i tak ręce mi zrogowaciały i krwawiły od obrabiania szorstkiej skóry przez dwanaście godzin dziennie, a kości bolały mnie jak staruszkę od pochylania się przy powtarzalnych czynnościach.

Zmieniła się też sytuacja mamy - mając prawie czterdzieści lat, zaszła w ciążę. Przez całe życie wiedziałam, że rodzice rozpaczliwie pragną drugiego dziecka. I teraz, aż niewiarygodne, w najgorszych możliwych czasach, ich modlitwy zostały wysłuchane. "Pod koniec lata" - odpowiedział mi tato na pytanie, kiedy dziecko przyjdzie na świat. Po mamie można już to było poznać, bo zaokrąglony brzuszek był wyraźnie widoczny przy jej szczupłej sylwetce.

Chciałam cieszyć się dzieckiem tak jak rodzice. Kiedyś marzyłam o młodszym rodzeństwie, ale o kimś w wieku bardziej zbliżonym do mojego. Miałam dziewiętnaście lat i mogłabym już sama mieć rodzinę. Teraz dziecko wydawało mi się czymś bezsensownym, kolejną gębą do wyżywienia w najgorszych czasach. Tak długo byliśmy tylko we troje. A dziecko pojawi się niebawem, czy mi się to podoba, czy nie. Wcale nie byłam pewna, czy tego chcę.

Ponownie dobiegł mnie zgrzyt, jeszcze głośniejszy, jakby ktoś rył w cemencie. Może ktoś w końcu udrażniał jedyną toaletę na parterze, która stale się zapychała? Jednak wydawało się dziwne, że robi to w środku nocy.

Usiadłam zaniepokojona. Sypiałam nerwowo. Nie pozwolono nam otwierać okien na noc i nawet w marcu w pokoju panował zaduch. Rozejrzałam się za rodzicami i ze zdumieniem stwierdziłam, że wyszli. Czasami po tym, jak poszłam spać, tata, chcąc wyrwać się z naszego pokoju, wbrew przepisom obowiązującym w getcie siadywał na schodach przed wejściem, paląc papierosy z mężczyznami z dołu. Jednak o tej porze powinien już wrócić, a mama rzadko wychodziła gdzie indziej niż do pracy. Coś było nie tak.

Na ulicy rozległy się krzyki, to Niemcy wywrzaskiwali rozkazy. Zadrżałam. Minął rok od chwili, gdy ukryłam się w kufrze, i chociaż słyszeliśmy o wielkich akcjach w innych częściach getta (słyszałam, jak kiedyś tata nazwał je "likwidacjami"), od tamtego czasu Niemcy nie weszli do naszego budynku. Mimo to strach nigdy mnie nie opuszczał i jakiś instynkt podpowiadał mi z absolutną pewnością, że teraz przyszli znowu.

Wstałam i włożyłam szlafrok i kapcie. Wyszłam szybko z pokoju, szukając rodziców. Nie wiedząc, dokąd pójść, zaczęłam schodzić ze schodów. W korytarzu było ciemno, tylko z łazienki dochodziło blade światło, więc poszłam w tę stronę. Kiedy stanęłam w drzwiach, zamrugałam oczami, nie tylko od nagłej jasności, ale także ze zdziwienia. Sedes został zdjęty ze swego zwykłego miejsca i odsunięty na bok, co odsłoniło dziurę wyszarpaną w podłożu. Nie wiedziałam, że w ogóle jest do ruszenia. Ojciec klęczał na ziemi, pochylony nad dziurą, dosłownie odłupując jej betonowe brzegi rękami, by ją powiększyć.

- Tato?

Nie podniósł wzroku.

- Ubieraj się, szybko! - rozkazał, a nigdy nie słyszałam, by użył ostrzejszego tonu.

Pomyślałam, by zadać mu jedno z wielu pytań, które przemknęły mi przez głowę. Jednak dorastałam jako jedyne dziecko w otoczeniu dorosłych i byłam na tyle mądra, by wiedzieć, kiedy trzeba coś wykonać od razu. Wróciłam schodami do pokoju i otworzyłam nadgniłą drewnianą szafę z ubraniami. Wtedy się zawahałam. Nie miałam pojęcia, co włożyć, nie wiedziałam, gdzie jest mama, ale nie śmiałam przeszkadzać tacie pytaniami. Ponieważ jednak przyszliśmy do getta tylko z kilkoma walizkami, więc nie miałam wielkiego wyboru. Zdjęłam z wieszaka spódnicę i bluzkę i zaczęłam się ubierać.

W drzwiach pojawiła się mama i pokręciła głową.

- Coś cieplejszego - przykazała.

- Ale, mamo, nie jest aż tak zimno.

Nie odpowiedziała. Wyjęła gruby, niebieski sweter, który babcia zrobiła mi na drutach na zimę, i jedyną parę moich zimowych spodni. Zdziwiłam się; sama wolałam spodnie od spódnic, ale mama uważała je za mało kobiece i przed wojną pozwalała mi je nosić tylko w weekendy, gdy gdzieś wyjeżdżaliśmy. Kiedy skończyłam się przebierać, wskazała na moje stopy.

- Grube buty - powiedziała stanowczo.

Moje kozaczki były sprzed dwóch lat i zrobiły się za ciasne.

- Są za małe.

Miałyśmy kupić nowe zeszłej jesieni, ale weszły w życie ograniczenia dotyczące dokonywania zakupów przez Żydów.

Mama zaczęła coś mówić i byłam pewna, że chce mi powiedzieć, że i tak mam je włożyć. Potem z wysiłkiem przeszukała dolną szufladę szafy i wyciągnęła z niej własne buty.

- Ale co ty będziesz nosić?

- Po prostu je włóż.

Słysząc jej stanowczy ton, usłuchałam, nie zadając dalszych pytań. Mama miała stopy jak ptaszek, wąskie i nieduże, a jej buty były tylko o numer większe od moich. Zauważyłam, że chociaż ubrała mnie jak na zimne dni, sama nosiła spódnicę - nie miała spodni, a nawet gdyby je miała, nie zmieściłaby w nie swojego brzucha, który wyglądał, jakby urósł w ciągu jednego dnia.

Gdy mama skończyła upychać jakieś rzeczy w torbie, wyjrzałam przez okno na ulicę. W bladym świetle przed świtem zobaczyłam mężczyzn w mundurach, nie tylko policjantów, ale także esesmanów, rozstawiających tablice. Oba końce ulicy były zablokowane. Żydzi zostali siłą spędzeni na plac Zgody, gdzie zbierali się co rano. Tylko że teraz nie było rozkazu, by meldowali się do apelu, tak jak wtedy, gdy stawali w szeregu, idąc do pracy. Policja wyciągała ludzi z budynków i przy pomocy pałek i biczy próbowała zaganiać tłumy, pędząc je w kierunku ciężarówek ustawionych na rogu. Wyglądało to tak, jakby zabierali wszystkich z getta. Z trudem pozwoliłam zasłonie opaść.

Grad strzałów zagrzechotał obok naszego budynku, bliżej niż kiedykolwiek słyszałam. Mama pociągnęła mnie na podłogę, ale nie wiedziałam, czy chroniła mnie przed tym, żebym nie została dostrzeżona, czy przed postrzałem.

Kiedy na kilka sekund strzały ucichły, wstała i postawiła mnie na nogi, potem odsunęła od okna i ubrała mnie w płaszcz.

- Chodź, teraz!

Ruszyła w kierunku drzwi, niosąc małą skórzaną torbę.

Spojrzałam przez ramię. Przez długi czas nienawidziłam mieszkania w tym wilgotnym, ciasnym pomieszczeniu. Jednak pokój, który robił tak ponure wrażenie, teraz stanowił azyl, jedyne znane mi bezpieczne miejsce. Dałabym wszystko, by tu zostać.

Zastanawiałam się, czy się nie sprzeciwić. Wyjście z mieszkania, gdy na ulicy było tyle policji, wydawało się głupie i niebezpieczne. Potem zobaczyłam wyraz twarzy mamy, nie tyle rozgniewany, ile przerażony. Nie było wyboru.

Zeszłam po schodach za mamą, nadal nie do końca rozumiejąc sytuację. Przypuszczałam, że wyjdziemy na zewnątrz i dołączymy do reszty, by uniknąć ryzyka zwrócenia na siebie uwagi albo przyjścia Niemców po nas z rozkazem opuszczenia domu. Kiedy dotarłyśmy na parter, ruszyłam w stronę drzwi wyjściowych, ale mama złapała mnie za ramiona i zawróciła, popychając w głąb korytarza.

- Chodź - powiedziała.

- Dokąd? - spytałam.

Nie odpowiedziała, ale zawróciła mnie w stronę łazienki, jakby chciała, żebym skorzystała z niej ostatni raz przed długą podróżą.

Gdy zbliżyłyśmy się do łazienki, usłyszałam, że tata kłóci się z mężczyzną, którego głosu nie rozpoznałam.

- To nie jest gotowe - powiedział tata.

- Musimy iść teraz - upierał się obcy mężczyzna.

Pomyślałam, wiedząc o blokadzie ulic, że pójście gdziekolwiek jest zupełnie niemożliwe.

Weszłam do łazienki. Sedes był nadal odsunięty na bok i widać było dziurę w podłodze. Ze zdumieniem zobaczyłam, że wystaje z niej męska głowa. Wyglądała jak oddzielona od reszty, jak dziwny eksponat w gabinecie osobliwości lub karnawałowa kukła. Mężczyzna miał szeroką twarz, szorstkie, pyzate policzki, zaczerwienione od pracy na dworze podczas mroźnej polskiej zimy. Na mój widok uśmiechnął się.

- Dzień dobry - powiedział grzecznie, witając mnie, jakby wszystko było całkiem normalnie. Potem spojrzał na tatę i jego twarz znowu spochmurniała.

- Musicie iść teraz.

- Dokąd iść? - wybuchłam.

Na ulicach roiło się od SS i gestapo oraz żydowskiej policji, która, Boże dopomóż, była niemal równie brutalna. Popatrzyłam na dziurę w podłodze i zrozumiałam.

- Pan chyba nie myśli...

Odwróciłam się do mamy, oczekując, że zaprotestuje. Moja elegancka, wytworna mama nie miała chyba zejść w dół przez dziurę pod toaletą. Jednak wyraz jej twarzy był niewzruszony i stanowczy, była gotowa zrobić to, o co prosił ojciec.

Ale ja nie byłam na to gotowa. Cofnęłam się o krok.

- Co z babcią? - spytałam.

Babcia, która przebywała w domu opieki w innej części miasta, w jakiś sposób uniknęła przesiedlenia do getta.

Mama zawahała się, potem pokręciła głową.

- Nie mamy czasu. To nie jest żydowski dom opieki - dodała. - Nic jej nie będzie.

Rzuciłam okiem przez okno nad zlewem na gromady ludzi wyganianych z budynków do ciężarówek. W tłumie dostrzegłam moją przyjaciółkę Stefanię. Zdziwiłam się, że widzę ją tak daleko od jej mieszkania po drugiej stronie getta. Wyobrażałam sobie ponadto, że skoro jej ojciec należy do żydowskiej policji w getcie, ona powinna być bezpieczna i zostanie jakoś oszczędzona, ale teraz została zabrana jak wszyscy inni. Jej twarz była biała ze strachu. Chciałam krzyknąć: "Chodź z nami!". Obserwowałam bezradnie, jak ją popychają i Stefania znika w tłumie.

Mama mnie ominęła.

- Pójdę pierwsza.

Mężczyzna tkwiący w otworze wyglądał na zaskoczonego widokiem jej brzucha.

- Nie wiedziałem... - wymamrotał. Zmarszczył brwi zakłopotany. Widziałam, że rozważa, jakie dodatkowe trudności mogą wywołać narodziny dziecka i obecność niemowlęcia.

Przez moment zastanawiałam się, czy mógłby odmówić zabrania mojej mamy. Wstrzymałam oddech, czekając, aż powie, że to się nie uda i będziemy musieli znaleźć inny sposób.

Jednak mężczyzna znowu zniknął w otworze, ustępując nam drogi, i mama postąpiła krok naprzód. Dała tacie torbę, usiadła z wysiłkiem na ziemi i wsunęła nogi do dziury. W innych okolicznościach łatwo by się do niej wślizgnęła. Tato nazywał ją "Ptaszyną", co bardzo do niej pasowało, bo była szczupła i dziewczęca, chociaż dobiegała już czterdziestki. Teraz mimo wrodzonej gibkości była gruba, bo miała zaokrąglony brzuch, przypominający melon. Spódnica zadarła jej się kłopotliwie, ukazując skrawek białego ciała. Często myślałam, że jest za stara na kolejne dziecko. Mama cicho krzyknęła, gdy tato wepchnął ją do dziury, a potem zniknęła w ciemności.

- Twoja kolej - zwrócił się do mnie tata.

Rozejrzałam się wokół, grając na czas. Zrobiłabym wszystko, byle nie wchodzić do kanału. Ale Niemcy już stali pod drzwiami, mocno łomocąc. Wkrótce je wyważą i będzie za późno.

- Sadie, pospiesz się! - powiedział ojciec, a w jego głosie usłyszałam błaganie. O cokolwiek mnie prosił, robił to dla ratowania naszego życia.

Usiadłam na ziemi jak mama i zajrzałam w głąb dziury, czarnej i złowrogiej. W nozdrza uderzył mnie fetor i zakrztusiłam się. Rósł we mnie bunt, tłumiąc moje zwykłe posłuszeństwo.

- Nie mogę.

Dziura była ciemna i przerażająca. Było jak wtedy, gdy próbowałam skakać do jeziora z gałęzi wysokiego drzewa, tylko sto razy gorzej. Nie mogłam przemóc się, by do niej wejść.

- Musisz.

Ojciec nie czekał na dalsze argumenty, tylko szorstko mnie popchnął. Grubość moich ubrań spowodowała, że wcisnęłam się tylko do połowy, więc wepchnął mnie mocniej. Mokre betonowe krawędzie podrapały mi policzki do krwi, a potem wpadłam w ciemność.

Wylądowałam twardo na kolanach. Rozbryznęła się wokół mnie zimna, brudna woda, mocząc mi skarpetki. Złapałam się oślizgłej ściany, żeby uniknąć całkowitego przewrócenia się. Gdy wstałam, usilnie starałam się nie myśleć o tym, czego dotknęłam.

Tato sam zszedł przez otwór w podłodze i wylądował obok mnie. Na górze ktoś zasłonił wyrąbaną dziurę. Nie widziałam za nami nikogo i zastanawiałam się, kto to mógł być, może sąsiad, któremu ojciec zapłacił, albo jakaś dobra dusza, albo ktoś, kto zanadto się bał, by samemu zejść do kanału. Zniknęły ostatnie resztki światła. Znaleźliśmy się w czarnych jak smoła ciemnościach.

Nie byliśmy w kanale sami. W mroku słyszałam poruszających się wokół nas ludzi, chociaż nie mogłabym powiedzieć, kim są i ilu ich jest. Zdziwiła mnie ich obecność. Czy również przeszli przez otwór pod klozetem, by się tu dostać? Zmrużyłam oczy, bezskutecznie starając się przyzwyczaić wzrok do ciemności.

- Co się dzieje? - spytała w jidysz jakaś kobieta.

Nikt jej nie odpowiedział.

Wzięłam oddech i zaczęłam wymiotować. Fetor był wszędzie. Był to wiszący w powietrzu smród wody pełnej kału i uryny oraz śmieci i gnijących odpadków.

- Oddychaj przez usta - cicho poradziła mama.

Ale to było jeszcze gorsze, jakbym jadła jakieś brudy.

- Bierz płytki oddech.

Ta wskazówka też niewiele pomogła. Woda w kanale płynęła na wysokości kostek, przesiąkając przez buty i skarpetki. Zadrżałam od jej lodowatego dotyku.

Nieznajomy zapalił karbidową lampkę i światło padło na zaokrąglone ściany i na pół tuzina obcych, przerażonych twarzy koło mnie. Najbliżej stało dwóch mężczyzn, jeden mniej więcej w wieku mojego ojca, drugi, wyglądający na jego syna, mógł mieć około dwudziestki. Nosili jarmułki i czarne stroje religijnych Żydów. Przed wojną tato nazwałby ich "Mośkami", a teraz zostaliśmy stłoczeni wszyscy razem. Ojcu nie chodziło o nic obraźliwego, ale raczej o określenie ortodoksyjnych Żydów. Wydawali mi się zawsze tak obcy ze swoimi zwyczajami i ścisłymi regułami, że pod wieloma względami czułam większą wspólnotę z Polakami niż z tą grupą Żydów.

Za nimi była inna rodzina, młode małżeństwo z dwu- czy trzyletnim chłopcem śpiącym w ramionach ojca. Wszyscy mieli na sobie tylko piżamy, a na wierzchu płaszcze. Była także starsza, przygarbiona kobieta, ale stała osobno, więc nie umiałabym powiedzieć, do której rodziny należała. Może do żadnej z nich. Nie widziałam dzieci ani dziewcząt w wieku zbliżonym do mojego.

Gdy oczy przyzwyczaiły się do ciemności, rozejrzałam się wokół. Wyobrażałam sobie kanał - jeśli w ogóle się nad tym zastanawiałam - jako rurę biegnącą pod ziemią. A my znaleźliśmy się w olbrzymim, przepastnym korytarzu z zaokrąglonym sklepieniem, szerokości co najmniej sześciu metrów, przypominającym tunel, przez który mógłby przejechać pociąg towarowy. Środek tego tunelu wypełniała czarna woda o bystrym nurcie, szeroka i głęboka jak rzeka. Nie miałam pojęcia, że pod naszymi stopami tak dużo wody rwie nieustannie w dal. Hałas, jaki wywoływała, odbijając się od ścian, był niemal ogłuszający.

Staliśmy na betonowym gzymsie szerokości najwyżej sześćdziesięciu centymetrów, biegnącym po jednej stronie rzeki, taka sama półeczka ciągnęła się równolegle z drugiej strony. Nurt był silny i wydawało mi się, że zaraz mnie wciągnie, gdy tak tkwiłam na wąskiej ścieżce. Kiedyś czytałam książkę na temat mitów greckich i Hadesu, podziemnego świata zmarłych; teraz miałam wrażenie, że znalazłam się właśnie w takim miejscu, w jakimś dziwnym, podziemnym świecie, o którego istnieniu nawet nie pomyślałam. Oszołomiona wpatrywałam się w wodę i narastał we mnie strach. Nie umiałam pływać. Nieważne, ile razy tato usiłował mnie nauczyć, nie potrafiłam zanurzyć głowy pod wodę, nawet latem w najspokojniejszym jeziorze. Na pewno bym nie przeżyła, gdybym tu wpadła.

- Chodź - powiedział mężczyzna, który przebijał się przez naszą podłogę w łazience. Miał szerokie bary i był krępy; zauważyłam to teraz, widząc całą jego postać. Miał zwykły filcowy kapelusz i wysokie buty. - Nie możemy tu zostać.

Jego głos odbił się zbyt głośnym echem w sklepionym korytarzu.

Ruszył wzdłuż gzymsu, trzymając przed sobą wysoko lampę. Pomimo swej kanciastej figury kroczył lekko, ze swobodą osoby pracującej w kanałach i spędzającej w nich całe dnie.

- Tato, kto to jest? - szepnęłam.

- Kanalarz - odparł tata.

Szliśmy gęsiego w ślad za robotnikiem, podpierając się o zaokrąglone, wilgotne ściany, by utrzymać równowagę. Tunel rozciągał się przed nami bez końca. Zastanawiałam się, dlaczego ten człowiek zdecydował się nam pomagać, dokąd idziemy i jak ma zamiar wydostać nas z tego przeklętego miejsca. Poza łoskotem płynącej wody wokół nas panowała cisza i spokój. Okropne głosy Niemców nad nami były wyciszone, niemal znikły.

Dotarliśmy do miejsca, gdzie ściana tunelu odsuwała się łukiem od wody, tworząc niewielką niszę. Kanalarz wprowadził nas do niej.

- Odpocznijcie, zanim ruszymy dalej.

Przyjrzałam się z powątpiewaniem małym, czarnym kamieniom leżącym na ziemi, zastanawiając się, gdzie mielibyśmy odpocząć. Wyglądało, jakby coś ruszało się na wierzchu. Z bliższej odległości zobaczyłam, że są tam tysiące małych, żółtych robaków. Stłumiłam okrzyk.

Ojciec, nic nie mówiąc, osunął się na kamienie. Był wyczerpany, piersi unosił mu ciężki oddech. Na chwilę uniósł wzrok i zobaczyłam, że przez twarz przebiegł mu wyraz troski, a może strachu, co się wcześniej nigdy nie zdarzyło. Potem mnie dostrzegł i wyciągnął ramiona. Przywarłam do jego kolan tak, by ochronił mnie od tego paskudnego, rojącego się od robaków podłoża.

- Wrócę po was, gdy będzie bezpiecznie - powiedział kanalarz.

W jakim sensie bezpiecznie? - chciałam spytać, ale wiedziałam, że lepiej nie peszyć osoby, która starała się nas uratować. Robotnik wyszedł z wnęki, zabierając ze sobą lampę. Otoczyła nas ciemność. Inni umościli się na ziemi. Nikt nic nie mówił. Słysząc ponownie Niemców, zdałam sobie sprawę, że nadal jesteśmy pod terenem getta. Wyglądało na to, że aresztowania już się skończyły, ale Niemcy wciąż przeczesują budynki, szukając ukrywających się osób i jak hieny przetrząsając nędzny dobytek, pozostawiony przez zabranych ludzi. Wyobraziłam sobie, jak łażą po naszym ciasnym mieszkaniu. Pod koniec nie mieliśmy już prawie niczego, bo wszystko zostało sprzedane albo porzucone, gdy przenosiliśmy się do getta. Jednak myśl, że ktoś obcy grzebie w naszych rzeczach, że nie mamy już prawa do jakiejkolwiek własności, sprawiła, że czułam się upodlona, jeszcze bardziej pozbawiona ludzkiej godności.

Od nowa wezbrały we mnie wszelkie obawy i smutki.

- Tato, myślę, że nie dam rady tego zrobić - powiedziałam szeptem.

Ojciec otoczył mnie ramionami i poczułam tyle ciepła i ukojenia, jakbyśmy znowu byli w domu. Położyłam mu głowę na piersi, napawając się znajomym zapachem mięty i tytoniu, i próbując zignorować fetor kanału, który się z nim mieszał. Mama usiadła przy jego boku i oparła mu głowę na ramieniu. Moje powieki zrobiły się ciężkie.

Po jakimś czasie tato poruszył się, co mnie obudziło. Otworzyłam oczy i w półmroku spojrzałam na inne rodziny, które rozłożyły się wokół nas do snu. Nie spał tylko młodszy mężczyzna z ortodoksyjnej rodziny. Pod czarnym kapeluszem widać było łagodne rysy i niewielką, przystrzyżoną brodę. Piwne oczy błyszczały w ciemnościach. Odsunęłam się delikatnie od taty i ostrożnie podczołgałam do niego po śliskim podłożu.

- To bardzo dziwne spać w otoczeniu całkiem obcych osób - powiedziałam. - To znaczy, lądując tutaj, kto mógłby sobie to wyobrazić?

Nie odpowiedział, tylko obserwował mnie ostrożnie.

- A tak na marginesie, jestem Sadie.

- Saul - odparł szorstko.

Czekałam, że jeszcze coś powie. Kiedy się nie odezwał, odpełzłam po podłodze do rodziców. Saul był jedyną osobą w całej naszej grupie w zbliżonym do mnie wieku, ale najwyraźniej nie był zainteresowany nawiązaniem znajomości.

Niebawem wrócił kanalarz, oświetlił wnękę i zbudził pozostałych. Pokazał gestem, że musimy już ruszać, więc stanęliśmy sztywno i utworzyliśmy szereg, by znowu iść wzdłuż kanału.

Po kilku minutach dotarliśmy do skrzyżowania kanałów. Robotnik wyprowadził nas z głównego burzowca, skręcając w prawo do węższego tunelu, którym oddalaliśmy się od huczącej w kanale wody. Ścieżka wkrótce skończyła się betonową ścianą. Ślepy zaułek. Czy kanalarz celowo wprowadził nas w zasadzkę? Słyszałam opowieści o gojach zdradzających swych żydowskich sąsiadów i wydających ich w ręce policji, ale to byłby dziwny sposób na zrobienie czegoś takiego.

Robotnik przyklęknął ze swą lampą i zobaczyłam, że u dołu ściany znajduje się małe metalowe kółko, rodzaj pokrywy czy wieka. Podważył je i otworzył, ukazując poziomą rurę, a potem się odsunął. Wlot rury miał średnicę zaledwie około pięćdziesięciu centymetrów. Czyżby sądził, że tędy przejdziemy? Jednak kanalarz stał wyczekująco.

- To jedyna droga - powiedział, a przepraszający ton, jaki zabrzmiał w jego głosie, zdawał się skierowany do mojej mamy.

- Musi pani wczołgać się na brzuchu. Jeśli przepchnie pani głowę i ramiona, to cała reszta się zmieści.

Dał coś mamie, potem podszedł do rury, chociaż zdawało się niemożliwe, że się do niej wciśnie. Jednak najwyraźniej robił to już wcześniej. Wślizgnął się do środka i po chwili zniknął.

Rodzina ortodoksów weszła pierwsza i słyszałam, jak stękają i napinają się z wysiłkiem, żeby się przecisnąć. Potem do tunelu podeszła rodzina z małym dzieckiem. Zostaliśmy tylko mama, tato i ja. Kiedy przyszła moja kolej, uklękłam przed rurą, która przypominała mi zakurzone pomieszczenie na strychu w naszym dawnym domu, gdzie przed wojną bawiłam się ze Stefanią. Mogłam się tam wczołgać. Ale co z mamą?

- Teraz ty - powiedziała mama. Zawahałam się, wątpiąc, czy dam radę się przecisnąć. - Pójdę zaraz za tobą - obiecała mama i wiedziałam, że nie mam wyboru i muszę jej uwierzyć.

Tato mnie lekko popchnął i zaczęłam się przedzierać, starając się nie zwracać uwagi na strużki wody na dnie kanału. Moczyły mi nieprzyjemnie przód ubrania. Ze wszystkich stron otaczała mnie żelazna rura, zamykająca mnie w wodnym grobowcu. Zatrzymałam się, nagle sparaliżowana strachem, nie mogąc się poruszyć ani oddychać. "Chodź, chodź" - usłyszałam wołanie gdzieś z daleka i zrozumiałam, że muszę iść dalej albo tu umrę. Rura miała około dziesięciu metrów długości i kiedy dotarłam do jej drugiego końca, wyszłam na gzymsik, odwróciłam się i nasłuchiwałam. Z pewnością tato był zbyt duży, żeby się nią przedostać, podobnie jak mama w swym obecnym stanie. Ogarnął mnie lęk na myśl, że mogłabym zostać bez nich po tej stronie.

Minęło jakieś pięć minut i nikt więcej nie pojawił się w otworze. Kanalarz podniósł sznur z ziemi i wsunął do rury, czołgając się kawałek z powrotem, by przeciągnąć przez nią sznur. Potem zaczął nim lekko pociągać, robiąc przerwy co kilka sekund. Z wnętrza rury słyszałam ciche pojękiwanie mamy. Kiedy w końcu pojawiła się obwiązana sznurem, była pokryta jakąś mazią, którą robotnik zapewne dał jej, żeby łatwiej mogła się prześlizgnąć. Na pewno skuteczne, lecz poniżające. W ubłoconej sukni, rozczochrana, zupełnie nie przypominała eleganckiej zazwyczaj osoby i miała spuszczony wzrok, gdy ten obcy człowiek pomagał jej wyjść. Za nią przeciskał się tata, chyba samą siłą woli. Nigdy w życiu tak się nie ucieszyłam na jego widok.

Jednak ulżyło mi na krótko. Dokładnie w miejscu, w którym wyszliśmy z rury, nad naszymi głowami znajdowała się metalowa krata. Słysząc niemieckie głosy takie jak te, które kilka godzin wcześniej wyrwały nas z łóżek, zorientowałam się, że nadal jesteśmy pod terenem getta. Niemcy wciąż wywrzaskiwali rozkazy. Snop światła latarki odbił się od krawędzi pokrywy studzienki i rozlał po jej powierzchni.

- Musimy iść dalej - szepnął kanalarz.

Poszliśmy za nim, przechodząc z mniejszego tunelu, w którym wydostaliśmy się z rury, z powrotem do głównego burzowca i rwącej nim szerokiej rzeki ścieków. Betonowy gzyms zniknął i musieliśmy posuwać się kamiennym brzegiem kanału, brodząc w wodzie głębokości jakichś dziesięciu centymetrów. Kamienne podłoże było śliskie i nachylone, i przy każdym kroku bałam się, że wpadnę w nurt. Coś ostrego tkwiącego w wodzie przecięło mi but i wbiło się w stopę. Złapałam za nią, próbując stłumić krzyk. Chciałam się zatrzymać i obejrzeć ranę, ale kanalarz szedł teraz szybciej i zdałam sobie sprawę, że jeśli nie będziemy nadążać, zostaniemy tu na dobre.

Dotarliśmy do miejsca, gdzie rzeka ścieków, wzdłuż której szliśmy, przecinała się z innym kanałem, równie szerokim i bystrym. Hałas rwącej wody przerodził się w grzmot.

- Ostrożnie - ostrzegł robotnik. - Musimy tędy przejść na drugą stronę.

Wskazał na kilka desek luźno połączonych ze sobą i tworzących mostek nad nurtem pędzącej wody.

Wstrzymałam oddech ze strachu na samą myśl o przejściu przez tę rzekę. Idący za mną tata położył mi dłoń na ramieniu.

- Spokojnie, Sadie. Pamiętasz, jak brodziliśmy w zalewie w Kryspinowie, przeskakując z kamienia na kamień? Tu jest tak samo.

Już miałam powiedzieć, że woda w Kryspinowie, gdzie często latem robiliśmy pikniki, była spokojna i czysta, pełna kijanek i rybek, a nie gęsta od brudów z całego miasta, gdy tato popchnął mnie do przodu i siłą rzeczy ruszyłam za mamą, która pomimo okrągłego brzucha zaczęła przeskakiwać z deski na deskę z taką gracją, jakby grała w klasy. Nagle stopa ześlizgnęła mi się z deski, ale tato wyciągnął rękę, by mnie podtrzymać.

Odwróciłam się.

- Tato, to szaleństwo! - wykrzyknęłam. - Musi być inna droga.

- Kochanie, jest tylko ta.

Miał spokojny, pewny głos. Tato, który zawsze dbał o moje bezpieczeństwo, wierzył, że dam radę.

Wzięłam głęboki oddech, odwróciłam się i jeszcze raz ruszyłam do przodu. Przeszłam przez jedną deskę, potem następną. Byłam teraz na środku ścieku, daleko od obu brzegów. Nie miałam możliwości powrotu. Zrobiłam kolejny krok. Deska ustąpiła spod stopy i zaczęła się wyślizgiwać gdzieś bokiem.

- Ratunku! - krzyknęłam, a mój głos odbił się echem w tunelu.

Tato wychylił się w przód, by mnie podtrzymać. Gdy to robił, upuścił mały plecaczek, który spakowała mama. Pakunek, zawierający resztki naszego dobytku, zdawał się jak w zwolnionym tempie frunąć w powietrzu i zawisł nad wodą. Zanim zdołał do niej wpaść, tato spróbował go złapać. Schwycił go i rzucił do mnie, a potem usiłował stanąć prosto. Jednak wychylił się zanadto i stracił równowagę.

- Tato! - krzyknęłam, gdy z głośnym pluśnięciem wpadł w ciemną wodę kanału.

Kanalarz obrócił się i szybko przebiegł po deskach, ratując mnie. Potem próbował złapać mojego ojca. Kiedy prawie dosięgnął jego dłoni, silny nurt porwał ojca i zalała go woda. W dali na brzegu krzyczała matka.

Tato ponownie znalazł się na powierzchni. Wynurzył się z toni, cały jego tułów i niemal całe nogi wystawały nad wodę. Walczył. Rosła we mnie nadzieja, że da radę. Jednak wtedy schwyciła go woda, jakby olbrzymia ręka złapała go i wciągnęła w głąb. Jeden wir wkręcił go całego w lodowatą otchłań. Wstrzymałam oddech, czekając, aż pojawi się ponownie, by dalej walczyć. Na próżno.

Rozdział 4. Sadie

Rozdział 4

Sadie

Oszołomieni gapiliśmy się na wodę.

- Tato! - zawołałam jeszcze raz. Mama wydała niski, gardłowy dźwięk i próbowała rzucić się w wodę w ślad za ojcem, ale robotnik ją odciągnął.

- Poczekajcie tutaj - przykazał i popędził dalej ścieżką z biegiem ścieku. Złapałam mamę za rękę, żeby nie spróbowała znowu skakać.

- Jest silnym mężczyzną - powiedział Saul. Chociaż chciał mnie uspokoić, tylko mnie rozgniewał: skąd mógł wiedzieć?

- I dobrym pływakiem - dodała mama z rozpaczą. - Powinien przeżyć.

Pragnęłam uczepić się tej nadziei tak jak ona. Jednak przypominając sobie, że nurt porwał go jak szmacianą lalkę, zdawałam sobie sprawę, że nawet pewne, silne uderzenia ramion ojca nie będą miały znaczenia w walce z nurtem.

Mama i ja przytulone stałyśmy w ciszy przez kilka minut, odrętwiałe z niedowierzania. Kanalarz wrócił, miał poważny wyraz twarzy.

- Zaczepił się pod wodą o jakieś rumowisko. Próbowałem go uwolnić, ale było za późno. Przykro mi, ale obawiam się, że nie ma już nic do zrobienia.

- Nie! - krzyknęłam. Mój głos rozległ się niebezpiecznie głośno w ogromnym tunelu.

Matka zasłoniła mi dłonią usta, zanim zdołałam odezwać się ponownie. Moje wargi poczuły jej skórę, na której była mieszanina ohydnej cieczy z kanału i słonych łez. Zaszlochałam w ciepłe, brudne wnętrze jej dłoni. Tato był tu zaledwie kilka minut temu, przytrzymując mnie, żebym się nie ześlizgnęła. Gdyby mnie nie złapał, nadal by żył.

Po chwili mama wypuściła mnie z objęć.

- Odszedł - powiedziałam.

Oparłam się o nią, czując się jak małe dziecko. Ojciec był łagodnym mocarzem, moim opiekunem, powiernikiem i najbliższym przyjacielem. Całym moim światem. Ale kanał wciągnął go w głąb i zabrał w dal jak tyle innych śmieci.

- Wiem, wiem - wyszeptała mama przez łzy. - Ale musimy być cicho albo też zginiemy.

Hałas mógłby spowodować wykrycie nas przez policję, znajdującą się na ulicy nad nami, i nikt nie chciał ponosić takiego ryzyka. Mama oparła się o ścianę kanału, wyglądała na bezbronną i bezradną. Cała ta ucieczka to był plan taty - jak damy sobie radę bez niego?

Saul zrobił krok w moją stronę, brązowe oczy patrzyły z powagą.

- Przykro mi z powodu twojego ojca.

Miał bardziej przyjazny głos niż wtedy, gdy starałam się do niego zagadać. Było to już bez znaczenia. Dotknął ronda kapelusza i przysunął się z powrotem do swego taty.

- Musimy iść dalej - powiedział kanalarz.

Stałam uparcie, nie chcąc się poruszyć.

- Nie możemy go tak zostawić.

Wiedziałam, że nurt porwał tatę w dal, ale nadal jakaś cząstka mnie wierzyła, że jeśli będę tu stać, dokładnie w tym miejscu, w którym zniknął, ojciec wynurzy się na powierzchnię i będzie tak, jakby nic się nie stało. Wyciągnęłam rękę, pragnąc zatrzymać czas. Przed chwilą tato był tutaj obok mnie, prawdziwy i silny, a teraz odszedł, została pustka i cisza.

- Tato nie żyje - powiedziałam, a ta bolesna rzeczywistość docierała do mnie coraz mocniej.

- Ale ja tu jestem. - Mama ujęła w dłonie moją twarz, zmuszając do spojrzenia jej w oczy. - Jestem tutaj i nigdy cię nie opuszczę.

Kanalarz podszedł i ukląkł przede mną.

- Mam na imię Paweł - powiedział łagodnie. - Znałem twojego ojca, był dobrym człowiekiem. Powierzył mi wasze bezpieczeństwo i chciałby, żebyśmy poszli dalej.

Wstał, odwrócił się i odszedł, a inni ruszyli za nim.

Mama wyprostowała się, jakby te słowa dodały jej sił. Jej zaokrąglony brzuch sterczał teraz jeszcze bardziej.

- Jakoś przez to przejdziemy.

Popatrzyłam na nią z niedowierzaniem. Jak mogła tak pomyśleć - a tym bardziej w to wierzyć - teraz, gdy straciliśmy wszystko? Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie oszalała. Jednak w jej słowach była spokojna pewność, którą chciałam usłyszeć.

- Uda nam się. - Zaczęła ciągnąć mnie do przodu. - Chodź.

Zawsze była zaskakująco silna jak na swoją szczupłą posturę, a teraz szarpnęła tak mocno, że zlękłam się, iż w razie oporu wpadnę w wodę i również się utopię.

- Musimy się pospieszyć.

Miała rację. Reszta poszła bez nas i byli już kilka metrów przed nami. Musiałyśmy iść za nimi albo zostałybyśmy same w tym dziwnym, ponurym tunelu.

Znowu się zawahałam, patrząc z obawą na wzburzoną, ciemną rzekę.

Zawsze bałam się wody, a teraz ten lęk wydawał się uzasadniony. Jeśli tato, sprawny pływak, nie dał sobie rady z tym mętnym nurtem, jaką ja miałabym szansę?

Popatrzyłam w głąb mrocznej ścieżki. Nie było mowy, żebym dała radę.

- Chodź - powtórzyła mama łagodniejszym tonem. - Wyobraź sobie, że jesteś wojowniczą księżniczką, a ja, twoja mama, panującą królową. Będziemy wędrować korytarzami Wawelu do lochu, by zabić smoka wawelskiego.

Nawiązywała do zabawy z przebieranką, w którą się bawiłyśmy, gdy byłam mała. Byłam za duża na taką dziecinadę, a wspomnienie tego rodzaju zabaw, w które się często bawiłam z tatą, wywołało we mnie tylko nową falę smutku. Jednak bardzo kochałam mamę właśnie za to, że umiała nadrabiać miną w każdej sytuacji, i za gotowość do przypomnienia mi, nawet teraz, że tkwimy tu razem.

Dołączyłyśmy do pozostałych i szłyśmy dalej wzdłuż kanału, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Paweł szedł z przodu, za nim młode małżeństwo, a potem rodzina ortodoksów ze staruszką, która wyglądała na blisko dziewięćdziesiąt lat, ale poruszała się zdumiewająco szybko.

Pomyślałam, że na pewno dochodzimy do granic miasta. Może jest jakieś wyjście na wolność, może do lasu na przedmieściach. Słyszałam, że tam ukrywają się Żydzi. Nie mogłam się doczekać, kiedy znowu będę mogła oddychać świeżym powietrzem. Paweł poprowadził nas w prawo do mniejszej odnogi głównego tunelu, a ścieżka zdawała się wznosić, jakbyśmy byli blisko wyjścia. Serce zabiło mi mocniej, gdy wyobraziłam sobie, że czuję poranne słońce na twarzy i na zawsze żegnam się z kanałem.

Paweł znowu skręcił, tym razem w lewo, i wprowadził nas do betonowej komory pozbawionej okien czy innego źródła światła. Miała może cztery na cztery metry, była mniejsza niż jednopokojowe mieszkanie, które zajmowaliśmy w getcie. Woda z kanału rozbijała się o pochyłe wejście do pomieszczenia jak fale o brzeg. Ktoś ułożył kilka wąskich desek na bloczkach z żużlu, tworząc coś w rodzaju ławek, a w rogu stał zardzewiały piecyk. Było niemal tak, jakby na nas tu czekano.

- Tutaj się ukryjecie - oświadczył Paweł, zataczając ręką krąg po pomieszczeniu. Zrozumiałam, że nie prowadził nas przez rury kanału do wyjścia. To "gdzieś" było w kanale.

- Tutaj? - powtórzyłam, niepomna na wcześniejszą przestrogę mamy, by być cicho.

Wszystkie głowy zwróciły się ku mnie. Paweł skinął potakująco.

- Na jak długo? - Nie umiałam sobie wyobrazić, że spędzę w kanale kolejną godzinę.

- Nie rozumiem - powiedział Paweł.

Mama przełknęła ślinę.

- Myślę, że córka pyta, dokąd stąd pójdziemy?

- Głupie - warknęła staruszka. Po raz pierwszy usłyszałam, że coś mówi. - To jest tutaj.

Spojrzałam na mamę z niedowierzaniem.

- Mamy tu mieszkać?

Mąciło mi się w głowie. Moglibyśmy przeżyć tu kilka godzin, może jedną noc. Kiedy tato kazał mi wejść do kanału przez dziurę w naszej łazience, byłam przekonana, że to tylko przejście do bezpiecznego miejsca. I kiedy zrozpaczeni szliśmy przez te brudy, mówiłam sobie, że taka ucieczka jest koniecznością. Jednak to kanał okazał się punktem docelowym. Nawet w najgorszych koszmarach nie mogłabym sobie wyobrazić, że tu zostaniemy.

- Na zawsze? - spytałam.

- Nie, nie na zawsze, ale... - Paweł spojrzał niepewnie na mamę. Ludzie żyjący w czasie wojny niechętnie mówili o przyszłości. Potem jeszcze raz zajrzał mi w oczy. - Kiedy zaczęliśmy to planować, byliśmy pewni, że wyprowadzimy was na zewnątrz tam, gdzie tunel dochodzi do rzeki.

Po jego głosie mogłam poznać, że kiedy mówił "my", miał na myśli siebie i mojego ojca.

- Ale teraz Niemcy obstawili to wyjście. Jeśli pójdziemy dalej, zostaniemy zastrzeleni.

A jeśli wrócimy do getta, będzie tak samo - pomyślałam. Znaleźliśmy się w pułapce, nie mamy dokąd iść.

- To dla was wszystkich najlepsza możliwość. Jedyna nadzieja.

W jego głosie zabrzmiała błagalna nuta.

- Nie ma innego wyjścia z kanału, a nawet gdyby było, na ulicach jest teraz zbyt niebezpiecznie. Zgoda? - spytał, jakby potrzebował mojej akceptacji. I jakbym miała wybór.

Nie odpowiedziałam. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mówię "tak" na taką propozycję. Jednak tato nie wysłałby nas tutaj, gdyby nie wierzył, że to jedyna nasza szansa na przeżycie. W końcu pokiwałam głową.

- Nie możemy tu zostać - powiedział jakiś głos za mną. Odwróciłam się. To młoda kobieta z małym dzieckiem odezwała się tak do męża, protestując podobnie jak wcześniej ja. - Obiecano nam, że wyjdziemy.

- Wyjście jest niemożliwe - powtórzył cierpliwie Paweł, jakby przed chwilą nie wyjaśniał mi tego wszystkiego. - Niemcy ustawili straż przy końcu tunelu.

- Nie mamy wyboru - zgodził się z nim mąż.

Kobieta zabrała syna i ruszyła w stronę wejścia do komory.

- Wiem, że tam dalej jest wyjście - stwierdziła z uporem, przepychając się obok Pawła i kierując w przeciwną stronę niż ta, z której przyszliśmy.

- Proszę - powiedział Paweł. - Nie wolno pani iść. To niebezpieczne. Niech pani pomyśli o swoim synu.

Ale kobieta nie zatrzymała się, a jej mąż ruszył za nią. Z daleka słyszałam, że nadal się kłócą.

- Zaczekajcie! - zawołał Paweł stłumionym głosem, stojąc przy wejściu do komory. Jednak nie poszedł za nimi. Musiał chronić nas wszystkich i siebie.

- Co się z nimi stanie? - spytałam.

Nikt nie odpowiedział. Głosy małżeństwa cichły w oddali. Wyobraziłam sobie, jak docierają do miejsca, gdzie tunel dochodzi do rzeki. Jakaś cząstka mnie pragnęła uciec wraz z nimi.

Po kilku minutach rozległ się dźwięk przypominający odpalanie petard. Podskoczyłam. Chociaż w getcie kilka razy słyszałam strzały, nie przyzwyczaiłam się do tego odgłosu. Odwróciłam się do Pawła.

- Czy myśli pan...?

Wzruszył ramionami, nie mogąc stwierdzić, czy te strzały były wymierzone w rodzinę, która uciekła, czy były to strzały na ulicy nad nami. Jednak głosy w korytarzu ucichły.

Przysunęłam się do mamy.

- Wszystko będzie dobrze - powiedziała uspokajająco.

- Jak możesz mówić coś takiego? - zwróciłam się do niej wzburzona. "Dobrze" było ostatnim słowem na opisanie tego piekła, w którym się znaleźliśmy.

- Będziemy tu przez kilka dni, najwyżej przez tydzień.

Chciałam jej uwierzyć.

Przez wejście do komory przeszedł szczur i patrzył na nas nie ze strachem, lecz z pogardą. Krzyknęłam, a pozostali spojrzeli na mnie wymownie.

- Mów szeptem - upomniała mnie mama łagodnie. Jak mogła być taka spokojna?

- Mamo, tu są szczury. Nie możemy tu zostać!

Sama myśl o pozostaniu wśród nich była nie do zniesienia.

- Musimy stąd odejść! - Byłam bliska histerii.

Paweł podszedł do mnie.

- Nie ma mowy o powrocie. Nie ma wyjścia. To jest teraz wasz świat. Musisz to zaakceptować dla swojego dobra i dobra twojej mamy oraz dziecka, które nosi. - Zajrzał mi w oczy. - Rozumiesz?

Jego głos był łagodny, ale stanowczy. Skinęłam głową.

- To jedyny sposób.

Szczur nadal stał za nim w tunelu, przy wejściu do komory i patrzył na nas wyzywająco, jakby wiedział, że jest górą. Nigdy nie lubiłam kotów. Ale teraz, och, tak bardzo chciałabym, żeby stary mruczek, który wylegiwał się w alejce za naszym mieszkaniem, złapał to stworzenie!

Mama zwróciła się do Pawła:

- Będziemy potrzebowali dużo karbidu i oczywiście zapałek.

Mówiła spokojnie, jakby pogodziła się z naszym losem i próbowała go poprawić. Wydawało mi się, że powinna była poprosić, ale użyła tego specyficznego stanowczego tonu, który zawsze sprawiał, że ludzie robili to, czego sobie życzyła.

- Dostaniecie to. A tam dalej przy ścieżce jest przeciekająca rura, gdzie można nabrać świeżej wody.

Paweł znowu mówił uprzejmie, jakby chciał nas uspokoić. Potem niezręcznie zmienił ton.

- Macie pieniądze?

Mama zawahała się. Nie miała pojęcia, czy tato uzgodnił z nim jakąś opłatę i w jakiej wysokości. A większość naszych pieniędzy na pewno utonęła wraz z ojcem. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła zmięty banknot. Jakiś grymas przemknął po twarzy Pawła i zrozumiałam, że to nie było tyle, ile mu obiecano. Co by się stało, gdybyśmy nie mogły mu zapłacić?

- Wiem, że to niewiele. - Mama popatrzyła na niego błagalnie.

W końcu przyjął banknot. Religijny Żyd, który stał w kącie ze swoją rodziną, również dał mu jakieś pieniądze.

- Będę wam przynosić jedzenie tak często, jak będę mógł - oświadczył Paweł.

- Dziękuję. - Mama spojrzała przez ramię na rodzinę ortodoksów. - Myślę, że nie zostaliśmy sobie właściwie przedstawieni. - Przeszła przez pomieszczenie. - Nazywam się Danuta Gault - powiedziała, wyciągając rękę do ojca rodziny.

Nie przyjął jej, tylko skinął oficjalnie głową, jak przy powitaniu na ulicy.

- Mejer Rosenberg.

Miał szpakowatą brodę, zażółconą wokół ust od tytoniu, życzliwe oczy i ciepły, melodyjny głos.

- To moja matka Ester i mój syn Saul.

Spojrzałam na Saula, a on się uśmiechnął.

- Wszyscy mówią na mnie Babi - wtrąciła się starsza kobieta chrypliwym głosem. Wydawało mi się dziwne, by nazywać takim zdrobniałym imieniem osobę, którą właśnie poznałam.

- Miło mi panią poznać, Babi - odparła matka, uwzględniając jej życzenie. - I pana, panie Rosenberg - dodała bardziej formalnie. Potem odwróciła się w moją stronę. - Jestem tu z moim mężem... to znaczy... - Zdawało się, że na sekundę zapomniała, że taty już nie ma. - To znaczy, byłam. A to moja córka Sadie.

- A tamta rodzina? - nie mogłam się powstrzymać, by nie zapytać. - Tamta z małym chłopcem. Co się z nimi stało?

Właściwie nie powinnam się dopytywać. Wolałam wyobrażać sobie, że wydostali się na ulicę i znaleźli gdzieś kryjówkę. Jednak nigdy nie byłam dobra w udawaniu ani odwracaniu wzroku. Musiałam się dowiedzieć.

Paweł, zanim odpowiedział, spojrzał niepewnie nad moją głową na matkę, jakby pytając, czy powinien mnie okłamać.

- Nie wiem na pewno. Najprawdopodobniej zostali zabici przy ujściu kanału do rzeki - powiedział w końcu. Zastrzeleni, pomyślałam, wspominając odgłosy strzałów. Gdybyśmy poszli tamtędy, także zostalibyśmy zabici. - Teraz rozumiecie, dlaczego jest tak ważne, byście tu zostali, niewidoczni i niesłyszalni.

- Ale jak możemy tu zostać? - zażądała wyjaśnienia Babi Rosenberg. - Z pewnością teraz, gdy tamtych złapali, Niemcy wiedzą, że tu na dole są ludzie, i przyjdą szukać.

Saul przysunął się do babci i położył jej dłoń na ramieniu, jakby dla dodania otuchy.

- Może - odparł łagodnie Paweł, nie chcąc nas okłamywać dla uspokojenia. - Widziałem kilku Niemców przy jednej z krat od kanału, gdy zostawiłem was i wyszedłem wcześniej na ulicę. Powiedziałem im, że tu są szczury, więc nie weszli. Chcieli na swoje miejsce przysłać na poszukiwania polską policję, ale powiedziałem im, że to niemożliwe, by ktoś przeżył na dole.

Zastanawiałam się, czy nie ma w tym racji.

- I tak będą nadal krążyć i sprawdzać kanały - powiedział Saul ponuro, odzywając się po raz pierwszy.

Paweł pokiwał głową z powagą.

- A wówczas będę musiał ich wprowadzić.

W grupie rozległo się westchnienie. Czy mimo wszystko Paweł by nas zdradził?

- Zabiorę ich do innych tuneli, żeby was nie zobaczyli. Jeśli będą się upierać, żeby tędy przejść, zrobię przed sobą duży krąg latarką, żebyście mieli czas się ukryć.

Rozglądając się po tej pustej komorze, trudno było sobie wyobrazić, gdzie byłoby to możliwe.

- Muszę już iść - powiedział Paweł. - Gdybym nie wrócił do pracy, mój brygadzista zacznie zadawać pytania.

Zdałam sobie sprawę, że musi być poranek, chociaż tu do nas nie dochodziło światło.

Paweł pogrzebał w kieszeni i wyjął pakunek zawinięty w papier. Rozpakował go i wyjął jakieś mięso, podzielił je na dwie połówki, a potem wręczył kawałek mojej mamie, a drugi panu Rosenbergowi, dzieląc skromne porcje pomiędzy dwie rodziny.

- To jest golonka - szepnęła moja mama. - Goleń wieprzowa. Zjedz.

Chociaż nigdy wcześniej tego nie jadłam, żołądek mi zaburczał.

Ale pan Rosenbeg popatrzył na mięso od Pawła i zmarszczył nos z odrazą.

- To trefne - powiedział z niesmakiem na myśl o zjedzeniu czegoś niekoszernego. - Nie możemy tego jeść.

- Przykro mi. To wszystko, co mogłem zdobyć w krótkim czasie - odparł Paweł, a w jego głosie brzmiała prawdziwa skrucha.

Ponownie chciał wręczyć mięso panu Rosenbergowi, ale on tylko pomachał dłonią przecząco.

- To może przynajmniej dla pana matki i syna? - Spróbował Paweł jeszcze. - Obawiam się, że nie będzie nic więcej przez dzień lub dwa.

- Absolutnie nie.

Paweł wzruszył ramionami i dał dodatkowe mięso mamie. Zawahała się, bo chciała nas nakarmić, ale trudno jej było wziąć więcej niż należna nam porcja.

- Jeśli jest pan pewny...

- Nie powinno się zmarnować - powiedział.

Mama wzięła sobie kawałeczek wieprzowiny, a resztę dała mnie. Zjadłam ją szybko, zanim pan Rosenberg zdążył zmienić zdanie i próbując nie zwracać uwagi na zły wzrok jego syna. Starsza pani stała tuż obok rodziny, nie skarżyła się, ale zastanawiałam się, czy nie powinnam się czuć winna, bo może miała ochotę trochę zjeść. Patrzyłam na rodzinę Rosenbergów ubraną w dziwne czarne stroje. Co oni zrobili, by wkraść się w łaski kanalarza? Tak bardzo różnili się od nas. A teraz mieliśmy wszyscy mieszkać tu razem. W getcie udało nam się uniknąć poniżającego wspólnego mieszkania z obcymi ludźmi, ale teraz ukrywanie się w małym pomieszczeniu z tymi nieznajomymi było naszą jedyną nadzieją.

Potem Paweł odszedł, zostawiając nas samych w komorze.

- Tutaj - powiedziała mama, pokazując na jedną z ławek. Wskazała na tak brudne i mokre miejsce, że jeszcze dzień wcześniej skrzyczałaby mnie, gdybym tam usiadła.

Kiedy usiadłam, stopa zaczęła mi pulsować, przypominając o odniesionej ranie.

- Skaleczyłam się w stopę - poskarżyłam się, chociaż wydawało się to głupie na tle tego wszystkiego, co się zdarzyło. Mama uklękła obok mnie, mocząc i tak już brudny skraj spódnicy w paskudnej wodzie. Uniosła do góry moją prawą stopę i zdjęła przemoczony but, a potem wytarła suchym kawałkiem swojego ubrania.

- Musimy mieć cały czas suche stopy.

Nie rozumiałam, jak może myśleć o czymś takim w tych okolicznościach.

Sięgnęła po plecaczek, który dał mi tato, zanim wpadł do wody. Co w nim było tak cennego, za co mój ojciec oddał życie? Mama otworzyła go. Były tam lekarstwa, bandaże, niebiesko-biały kocyk dla niemowlęcia i zapasowa para skarpetek dla mnie. Zwinęłam się w kłębek, od nowa przygnieciona smutkiem.

- Skarpetki - powiedziałam powoli, z głębokim niedowierzaniem. - Tato umarł za parę skarpetek.

- Nie - odparła mama. - Umarł, żeby uratować ciebie. - Przygarnęła mnie do siebie. - Wiem, że to trudne - wyszeptała z oczami błyszczącymi od łez. - Ale musimy zrobić wszystko, żeby przeżyć. On by tego chciał. Rozumiesz?

Jej twarz przybrała twardy, zdecydowany wyraz, jakiego wcześniej nigdy u niej nie widziałam. Pochyliła nade mną głowę, a miękki kosmyk jej włosów nad uchem nadal pachniał wodą cynamonową, którą spryskała się po kąpieli poprzedniego dnia. Zastanawiałam się, jak długo będziemy tu na dole, zanim ten wspaniały zapach się ulotni.

- Rozumiem.

Pozwoliłam jej nałożyć maść na stopę, a potem włożyłam parę czystych skarpetek, które mi dała. Kiedy się pochylałam, spojrzałam na opaskę z niebieską gwiazdą na moim rękawie. Niemcy kazali nam je nosić, by oznaczyć nas jako Żydów.

- Przynajmniej już tego nie potrzebujemy. - Szarpnęłam za opaskę, która rozdarła się z głośnym trzaskiem.

Mama uśmiechnęła się.

- Moja córcia zawsze umie zobaczyć dobrą stronę.

Poszła za moim przykładem i ściągnęła swoją opaskę, a potem zachichotała z satysfakcją.

Kiedy zamierzała zamknąć plecaczek, wysunął się z niego jakiś metalowy drobiazg i upadł na podłogę. Szybko go podniosłam. Był to złoty łańcuszek, który mój tata zawsze nosił pod koszulą, z zawieszką z hebrajskim słowem chai, czyli życie. Mężczyźni rzadko nosili biżuterię, ale ten naszyjnik był prezentem dla taty od jego rodziców z okazji bar micwy. Byłam przekonana, że tato miał go na sobie, gdy wpadł do wody i że łańcuszek także zatonął. Ojciec musiał go zdjąć, zanim uciekliśmy z getta. Teraz był tu z nami.

Dałam go mamie. Pokręciła głową.

- Tato chciałby, żebyś ty go miała.

Zapięła mi go na szyi, a słowo chai znalazło się na piersiach, blisko serca.

Na zewnątrz pomieszczenia rozległy się kroki. Zerwaliśmy się przerażeni. Czyżby Niemcy tak szybko nadeszli? Ale to był tylko Paweł.

- Światło - powiedział, wskazując na jedyną karbidową lampkę wiszącą na haku. - Unoszą się z niej opary, które widać na ulicy. Musicie ją zgasić.

Ociągając się, zrezygnowaliśmy z jedynego źródła światła, jakie tu mieliśmy, i kanał stał się znowu zimny i ciemny.

Rozdział 5. Ella

Rozdział 5

Ella

Kwiecień 1943

Wiosna zawsze nadciągała do Krakowa powoli, jak rusza się śpiące dziecko, któremu rano nie chce się wstać z do szkoły. W tym roku wyglądało, jakby w ogóle nie miała nadejść. Brudny śnieg nadal pokrywał podstawę mostu, którym szłam ze śródmieścia w stronę Dębnik, robotniczej dzielnicy na południowym brzegu Wisły. Powietrze było lodowate, wiał ostry wiatr. Tak jakby matka natura sama protestowała przeciwko niemieckiej okupacji, która trwała już czwarty rok.

Nie spodziewałam się, że w sobotni ranek znajdę się w interesach w tej odległej części miasta. Jeszcze godzinę temu byłam w swoim pokoju, pisząc list do Macieja. Od niemal dziesięciu lat mieszkał w Paryżu i chociaż nie miałam okazji go odwiedzić, miasto stało mi jak żywe przed oczami dzięki szczegółowym opisom i złośliwemu poczuciu humoru, zawartymi w jego wysmakowanych listach. Odpisywałam mu jak najbardziej ogólnikowo, bo zdawałam sobie sprawę, że nasze listy mogą być czytane. "Sokolica poluje" - napisałam kiedyś. Tym mianem określaliśmy Anę Lucię ze względu na jej zamiłowanie do strojenia się w futra i inne resztki zwierząt, a "polowanie" odnosiło się do czasów, gdy była szczególnie paskudna. "Przyjedź do Paryża" - napisał Maciej w ostatnim liście, a ja tylko się uśmiechnęłam, wyczuwając przyswojoną sobie przez niego francuską lekkość, wyzierającą z jego słów. "Phillipe i ja bylibyśmy szczęśliwi, widząc cię tutaj". Jakby to było takie proste. Teraz podróże były niemożliwe, ale może gdy wojna się skończy, brat zaprosi mnie do siebie na stałe. Moja macocha nie będzie się wtrącać do mojego wyjazdu, o ile nic by jej to nie kosztowało.

Kończyłam właśnie zaklejanie listu odrobiną wosku, gdy usłyszałam jakiś ruch na dole w kuchni. Ana Lucia krzyczała na naszą służącą. Biedaczka często stawała się ofiarą gniewu mojej macochy. Kiedyś w domu mieliśmy cztery osoby służby. Jednak wojna dla wszystkich wiązała się z wyrzeczeniami, a w świecie mojej macochy znaczyło to, że musiała ograniczyć się do jednej służącej. Była nią Hanna, szczupła, bezdomna dziewczyna ze wsi, niemająca własnej rodziny. Tylko ona chciała przyjąć wszystkie obowiązki związane z prowadzeniem całego gospodarstwa i tylko ona pozostała z personelu, pełniąc jednocześnie funkcje gospodyni, lokaja, ogrodnika i kucharki, bo nie miała dokąd pójść.

Zastanawiałam się, jaki jest dzisiaj powód złości macochy. Gdy zeszłam na dół, dowiedziałam się, że chodzi o wiśnie.

- Obiecałam Hauptsturmführerowi Krausowi najlepszy w całym Krakowie placek z wiśniami na deser dzisiejszego wieczoru. Tyle że nie mamy wiśni! - Policzki Any Luci były ciemnoróżowe z gniewu, jakby właśnie wyszła z kąpieli.

- Przykro mi, proszę pani - powiedziała Hanna. Jej dziobata twarz wyrażała zakłopotanie. - To nie sezon.

- Zatem? - Praktyczna strona całej sytuacji nie docierała do Any Luci, która miała konkretne żądania.

- Może są suszone wiśnie - podsunęłam, chcąc przyjść z pomocą. - Albo z puszki.

Ana Lucia odwróciła się w moją stronę i spodziewałam się, że jak zwykle zlekceważy moją uwagę.

- Tak, rzeczywiście - powiedziała powoli, jakby zdziwiona, że miałam dobry pomysł.

Hanna pokręciła głową.

- Próbowałam. W ogóle nie są dostępne na rynku.

- Więc idź gdzie indziej! - wybuchła Ana Lucia. Bałam się, że moja sugestia, mimo że poczyniona w dobrej wierze, tylko pogorszyła sytuację biednej dziewczyny.

- Ale mam robić pieczeń... - głos Hanny brzmiał słabo i bezradnie.

- Ja pójdę - wtrąciłam się.

Obie spojrzały na mnie ze zdziwieniem. Nie chodziło o to, że chciałam pomóc macosze w zaspokojeniu apetytu jakiejś nazistowskiej świni. Przeciwnie, raczej wepchnęłabym mu te wiśnie do gardła. Jednak nudziłam się. I chciałam pójść na pocztę, żeby nadać list do Macieja, więc mogłabym załatwić obie sprawy za jednym zamachem.

Spodziewałam się, że macocha zaprotestuje, ale tego nie zrobiła. Wręczyła mi natomiast garść monet.

- Słyszałam, że wiśnie można dostać na Dębnikach - podsunęła Hanna, a w jej głosie brzmiała wdzięczność.

- Za rzeką? - spytałam.

Hanna skinęła głową, błagając wzrokiem, bym nie zmieniła zdania. Dębniki, dzielnica na dalekim brzegu Wisły, leżały w odległości co najmniej trzydziestu minut tramwajem, a jeszcze więcej piechotą. Nie zamierzałam iść tak daleko. Jednak powiedziałam, że pójdę, a nie mogłam ponownie narazić Hanny na gniew mojej macochy.

- Placek musi znaleźć się w piecyku przed trzecią - powiedziała Ana Lucia groźnie, zamiast mi podziękować.

Przed wyjściem z domu włożyłam płaszcz i wzięłam niewielki koszyk, który często brałam na zakupy. Mogłam jechać tramwajem, ale wolałam nacieszyć się świeżym powietrzem i okazją do rozprostowania nóg. Szłam Grodzką na południe aż do Plant i przecięłam ten bezlistny jeszcze pas parku otaczającego centrum miasta.

Minęłam Planty i wędrowałam w kierunku rzeki, zahaczając o Kazimierz, żydowską dzielnicę na południowy wschód od śródmieścia. Rzadko tu bywałam, ale ta część miasta zawsze wydawała mi się egzotyczna i obca, pełna mężczyzn w wysokich, czarnych kapeluszach i witryn sklepowych z hebrajskimi napisami. Przeszłam obok niegdysiejszej piekarni i niemal poczułam zapach chałek, które tu zwykle wypiekano. Teraz, odkąd Niemcy zmusili Żydów do przeniesienia się do getta na Podgórzu, nie było tego wszystkiego. Sklepy zostały porzucone, miały powybijane szyby lub zamknięte okiennice. Synagogi, w których od wieków w sobotnie poranki gromadzili się wierni, były puste i ciche.

Szybko opuściłam te wymarłe zabudowania i teraz stałam u podstawy mostu przerzuconego nad szerokim nurtem Wisły. Rzeka oddzielała centrum miasta i Kazimierz od Podgórza i Dębnik na południu. Popatrzyłam przez ramię na górujący nad okolicą zamek. Ta dawna siedziba monarchów od prawie tysiąca lat górowała nad Krakowem. Obecnie jak wszystko wokół znalazła się na terenie Generalnego Gubernatorstwa i została przeznaczona przez Niemców na siedzibę ich administracji.

Gdy tak patrzyłam na Wawel, wróciło wspomnienie pewnej nocy niedługo po ataku na Polskę, gdy byłam na spacerze. Doszłam wówczas do wysokiego brzegu rzeki i ujrzałam łodzie zgromadzone w pobliżu zamku. Wywożono z niego duże skrzynie, wnoszono je po rampie na statek, a jedna, widocznie cięższa, była toczona na kółkach. Pomyślałam, że to napad, a moja dziecięca wyobraźnia cały czas pracowała. Fantazjowałam, że wzywam policję i jestem traktowana jak bohaterka za udaremnienie spisku. Jednak ludzie wywożący te rzeczy nie wyglądali na przestępców. Byli to pracownicy muzeum, ukradkiem wynoszący nasze narodowe skarby, by je ochronić. Ale przed czym? Przed grabieżą? Przed nalotami? Udało się ocalić obrazy, ale my byliśmy pozostawieni sami sobie i musieliśmy zmierzyć się z losem, jaki czekał nas pod rządami Niemców. Wtedy zrozumiałam, że nic już nie będzie jak dawniej.

Po drugiej stronie mostu były Dębniki, osiedle, gdzie zdaniem Hanny można było kupić wiśnie. W jego krajobrazie dominowały sylwetki fabryk i magazynów, rysując obraz odmienny od konturów eleganckich kościołów i wież śródmieścia. Przystanęłam na Zamkowej, ulicy w pobliżu rzeki, by zorientować się w położeniu. Nigdy wcześniej nie byłam tu sama i aż dotąd nigdy się nie zgubiłam. Zawahałam się, patrząc na niski budynek na rogu. Wyglądał jak miejsce załadunku skrzyń na barkę zacumowaną przy nabrzeżu. Niechętnie pytałabym tam o drogę, ale nie dostrzegłam żadnego przechodnia, którego mogłabym poprosić o pomoc. Była to więc jedyna możliwość, o ile chciałam dotrzeć w porę na targ i kupić wiśnie, ratując w ten sposób Hannę. Wzięłam się w garść i ruszyłam w stronę grupy mężczyzn palących papierosy przy rampie.

- Przepraszam - odezwałam się.

Wyraz ich twarzy wskazywał, jak bardzo jestem tu nie na miejscu.

- Ella? - Zdziwiłam się, słysząc własne imię.

Odwróciłam się i zobaczyłam znajomą twarz - był to ojciec Krzysia. Miał ciemnobrązowe, głęboko osadzone oczy, takie same jak u syna. Krzyś dorastał na robotniczym osiedlu na Dębnikach. Jego ojciec był dokerem. Ana Lucia nieraz podkreślała, że rodzina Krzysia zupełnie nie pasuje do naszej. Byłam u niego w domu kilka razy, żeby poznać jego rodziców. Chociaż nigdy by się do tego nie przyznał, podejrzewałam, że w jakimś stopniu wstydził się pokazać mi mały dom na zwykłej ulicy, w którym się wychowywał. Jednak byłam oczarowana ciepłem panującym w jego rodzinie i sposobem, w jaki matka troszczy się o swoje "maleństwo", chociaż jest ono już wysokim dwudziestolatkiem, przerastającym ją o głowę. Uwielbiałam spędzać czas w ich domu, serdecznym w równym stopniu, w jakim w moim wiało chłodem.

Oczywiście u nich na pewno teraz nastrój się zmienił. Rodzice Krzysia posłali trzech synów na wojnę, dwóch starszych zginęło, a trzeci dotąd nie wrócił. Ich ojciec wyglądał starzej, niż go zapamiętałam, miał znacznie głębsze zmarszczki, bardziej pochylone szerokie bary, mocno posiwiałe włosy. Rosło we mnie poczucie winy. Chociaż nie byłam zżyta z rodzicami Krzysia, po jego odejściu powinnam była sprawdzić, jak się mają.

Jednak jego ojciec nie okazał mi żadnego żalu, gdy podszedł do mnie z ciepłym, ale zdziwionym spojrzeniem.

- Ella, co ty tu robisz?

Zaczęłam wyjaśniać mu, że potrzebuję wskazania drogi.

- Jeśli szukasz Krzysia, to on wróci niebawem - dodał.

- Wróci? - powtórzyłam, pewna, że się przesłyszałam. Czyżby otrzymał wiadomość od syna? Serce zabiło mi mocniej. - Z wojny?

- Nie, z lunchu. Powinien tu być w ciągu godziny.

- Przepraszam, ale nie rozumiem. Krzyś nadal jest na wojnie.

Zastanawiałam się, czy temu starszemu człowiekowi coś się nie pomieszało, czy smutek i żal z powodu straty nie nadwerężyły jego umysłu.

Jednak miał jasny wzrok.

- Nie, wrócił z frontu dwa tygodnie temu. Pracuje tu ze mną.

Mówił pewnym, stanowczym głosem, nie pozostawiając żadnych wątpliwości. Zamarłam bez ruchu oszołomiona. Krzyś wrócił!

- Przykro mi - powiedział jego ojciec. - Myślałem, że wiedziałaś.

Nie, nie wiedziałam.

- Czy pan wie, gdzie go znajdę?

- Powiedział, że ma jakąś sprawę. Myślę, że poszedł do kawiarni na Barskiej, tam gdzie często chodził przed wojną. - Wskazał ręką w stronę ulicy odchodzącej od rzeki. - Druga ulica po prawej. Tam pewnie go znajdziesz.

- Dziękuję.

Idąc w kierunku kawiarni, miałam gonitwę myśli. A więc wrócił. Jakaś cząstka mnie była szczęśliwa. On był tylko kilka kroków dalej i za chwilę go spotkam. Ale mężczyzna, za którego miałam wyjść za mąż, wrócił z wojny i nawet nie pofatygował się, żeby się do mnie odezwać. Myślałam, że do pewnego stopnia ma to sens; przecież zerwał ze mną, zanim poszedł na front. Naszła mnie refleksja, że jestem tylko dziewczyną należącą do przeszłości. Mimo to czułam się dotknięta, że nie poinformował mnie o swoim powrocie i pozwolił mi wciąż się o niego martwić. Z pewnością należało mi się coś więcej. Zastanawiałam się, jak postąpić: iść do niego czy nie robić nic. Skoro nie przyszedł się ze mną zobaczyć, nie powinnam się poniżać i uganiać za nim. Jednak chciałam wiedzieć, co się stało i dlaczego nie pojawił się u mnie. Do diabła z przyzwoitością. Przyspieszyłam kroku.

Ulica Barska, gdzie skierował mnie ojciec Krzysztofa, leżała w centrum Dębnik. Gdy szłam przez tę dzielnicę, zauważyłam, że zabudowa jest gęsta, a fasady domów zabrudzone sadzą i liszajowate. Wkrótce dotarłam do kawiarni. Nie był to elegancki lokal jak przy Rynku, ale zwykły bar, do którego ludzie wpadali, aby się nieco posilić, po czym wracali do pracy. Przyjrzałam się klientom stojącym przy kilku wysokich stolikach w głębi pod oknem. Nie potrafiłabym zliczyć, ile razy w ciągu minionych lat wyobrażałam sobie, że spotykam Krzysia. Czasem nawet myślałam, że przypadkiem widzę go w przejeżdżającym tramwaju lub mijanym tłumie. Oczywiście to nigdy nie był on. Teraz także go nie dostrzegłam i zastanawiałam się, czy jego ojciec się nie pomylił. A może Krzyś był tu wcześniej i minęłam się z nim?

Weszłam do kawiarni i poczułam w nosie ciepły zapach kawy i papierosowego dymu. Manewrowałam między ciasno ustawionymi stolikami i w końcu zobaczyłam znajomą postać, siedzącą z samego tyłu, plecami do mnie. Serce mi zatrzepotało. Naprzeciw Krzysia siedziała piękna, ciemnowłosa kobieta, o kilka lat starsza ode mnie, przyglądająca mu się w skupieniu, gdy coś mówił.

Popatrzyłam na niego, jakbym ujrzała zjawę. Jak to było możliwe? Nieustannie marzyłam i myślałam o nim. Początkowo wyobrażałam go sobie na polu bitwy. Gdy jego listy przestały przychodzić, przypuszczałam, że zginął lub został ranny. Ale był tutaj, siedział w kawiarni przy filiżance kawy, z obcą kobietą u boku, jakby nic się nie stało. I jakby nas nigdy nie było.

Przez moment poczułam ulgę, czy nawet szczęście, że jest cały i zdrowy. Jednak kiedy dotarł do mnie sens tej sytuacji, ogarnął mnie gniew. Przeszłam przez całą kawiarnię. Na końcu przystanęłam, chwilowo zmieszana i niepewna, jak się odezwać. Kobieta siedząca naprzeciw Krzysia zobaczyła, że podchodzę, a jej twarz wyrażała zakłopotanie. On odwrócił się i spotkaliśmy się wzrokiem. Wydawało się, że w całym pomieszczeniu zapanowała cisza. Krzyś szepnął coś do kobiety, wstał i podszedł do mnie. Cofnęłam się i wypadłam na zewnątrz, czując, że muszę zaczerpnąć powietrza. Ruszyłam przed siebie. On za mną.

- Ella, poczekaj!

Chciałam biec, ale zaraz dogonił mnie długimi susami i złapał, zanim zdążyłam się uchylić. Jego ciepłe palce oplotły się wokół mojego ramienia, zatrzymując mnie stanowczo, ale łagodnie. Pod wpływem jego dotyku serce mi drgnęło i zamarło, właściwie jednocześnie. Popatrzyłam na niego, zła, zraniona i szczęśliwa. Stojąc tuż obok, chciałam go dotknąć, położyć mu głowę na piersi i poczuć, że cały świat znika, tak jak zawsze było przedtem. Wtedy znad jego ramienia dostrzegłam kobietę, z którą siedział, jak z zagadkowym wyrazem twarzy przygląda nam się przez okno kawiarni. Moje ciepłe uczucia prysły.

- Ella - powtórzył Krzyś.

Pochylił się w moją stronę. Jednak zamierzał mnie pocałować tylko w policzek, lata świetlne od gorącego uścisku, jaki nas połączył, gdy go widziałam ostatnim razem. Odsunęłam się. Poczułam w nosie powiew znajomego zapachu, który wzbudził falę bolesnych wspomnień. W mojej pamięci mężczyzna, którego kochałam, nadal należał do mnie. Tak było jeszcze godzinę temu. Ale teraz stał przede mną ktoś obcy.

- Kiedy wróciłeś? - spytałam.

- Kilka dni temu.

Zastanawiałam się, czy to prawda. Jego ojciec powiedział, że były to dwa tygodnie. Kłamstwo nie było podobne do Krzysia, ale tak samo nigdy bym nie pomyślała, że będzie ukrywał przede mną swój powrót.

- Wybierałem się do ciebie - dodał.

- Po randce w kawiarni? - odparowałam.

- To nie tak. Chcę ci wyjaśnić, ale nie mogę tego zrobić tutaj. Spotkamy się później?

- W jakim celu? Pomiędzy nami skończone, prawda?

Zajrzał mi ponownie w oczy, nie chcąc kłamać.

- Tak. Nie chodzi o to, co myślisz, ale to prawda. Nie możemy już być razem. Przykro mi. Powiedziałem ci o tym przed wojną.

Tak było, przyznałam milcząco. Przypomniałam sobie naszą ostatnią rozmowę przed jego wyjazdem: wówczas jak nigdy wcześniej byłam przekonana, że powinniśmy być razem, a on ze mną zrywał. Jednak nie chciałam tego słyszeć.

- Musisz uwierzyć, że nigdy nie zrobiłbym nic, co by mogło cię zranić. - Spojrzał błagalnie. - Że tak będzie najlepiej.

Jak on mógł mówić coś takiego? Chciałam mu przypomnieć, ile dla siebie znaczyliśmy, i o wszystkim, co jeszcze mogło być między nami. Jednak powstrzymywało mnie coraz silniejsze uczucie dumy. Nie będę żebrać u kogoś, kto już mnie nie chce.

- Zatem żegnaj - powiedziałam, usiłując powstrzymać drżenie głosu.

Nie mówiąc nic więcej, odwróciłam się i ruszyłam przed siebie, omal nie zderzając się z mężczyzną, który wyładowywał skrzynki z furmanki.

- Ella, zaczekaj! - krzyknął Krzyś, ale ja nadal biegłam, pragnąc jak najbardziej oddalić się od źródła bólu, nie chcąc już więcej go widzieć.

Kiedy odeszłam już dość daleko, odwróciłam się, trochę łudząc się nadzieją, że idzie za mną, ale na próżno. Poszłam więc dalej, już znacznie wolniej. Pozwoliłam płynąć łzom. Mój związek się skończył. Przyszłość była martwa. Nie rozumiałam tego. Kiedy patrzyłam Krzysiowi w oczy, czułam to samo co zawsze. Jednak on patrzył na mnie kamiennym wzrokiem, jakbyśmy byli sobie obcy. Jak mógł nie pamiętać? Nawet teraz, gdy myślałam o nim z gniewem, napływały ciepłe wspomnienia. Kiedy wybuchła wojna, opanował nas rodzaj desperacji, poczucie, że każde nasze spotkanie może być ostatnim. To sprawiało, że czułam się silna, pobudzało do życia. Zarazem popychało także do robienia rzeczy, których w innych warunkach bym nie zrobiła. Przespałam się z Krzysiem przed jego wyjazdem, zamiast czekać na ślub lub chociaż na oficjalne zaręczyny, co było rozpaczliwą próbą zatrzymania na dłużej tego, co nas łączyło. Byłam pewna, że znaczyło to dla niego tyle samo co dla mnie. Ale teraz opuścił mnie na dobre.

Po kilku minutach podniosłam głowę i zobaczyłam swoje odbicie w witrynie sklepu mięsnego. Miałam czerwone, spuchnięte od płaczu oczy i obrzmiałą twarz. Żałosne. Zganiłam się, ocierając łzy, ale nadal nie potrafiłam przestać myśleć o Krzysiu. Wyobrażałam sobie, jak wraca do tej kobiety w kawiarni i dalej z nią rozmawia jakby nigdy nic. Kim ona była? Czy poznał ją po swoim wyjeździe? Wiedziałam, że Krzyś jest człowiekiem honoru, i nie mógłby zbliżyć się do niej, gdy byliśmy razem. Ale teraz wydawał się obcy, a okres między jego wyjazdem na front a obecną chwilą był jak za mleczną szybą, osłonięty, niewidoczny.

Uznałam, że nie mogę zostać w Krakowie. Nie ma tu dla mnie żadnej przyszłości. Często żartowaliśmy z przyjaciółmi, że Kraków jest największą małą mieściną. Zawsze przypadkiem wpadaliśmy na siebie. Musiałabym widywać Krzysia, a nawet jeśli nie, miasto przywoływałoby bolesne wspomnienia. Nagle pomyślałam o Paryżu, gdy przed oczami stanęła mi twarz mojego brata. W niejednym liście Maciej nakłaniał mnie do przyjazdu. Napiszę do niego nowy list, poproszę, żeby pomógł mi się stąd wydostać. Wojna mogła sprawić, że będzie to trudne, a nawet niemożliwe, ale wiedziałam, że Maciej będzie się starał. Wyjęłam z koszyka list, który miałam do niego wysłać, i wrzuciłam go do najbliższego kosza na śmieci.

Spojrzałam w niebo. Słońce stało wysoko, wskazując, że jest niemal południe, a ja nadal nie zrobiłam nic, by dostać potrzebne Hannie wiśnie. Ruszyłam w stronę Rynku Dębnickiego, głównego placu targowego w tej dzielnicy. W soboty dostawcy przywozili tam towary przeznaczone na sprzedaż i wykładali je na zwykłych drewnianych straganach. Gdy wreszcie trafiłam na targ, zdziwiłam się, że jest nadal czynny - po latach racjonowania i konfiskat nie było niemal nic na handel. Prawie nie było mięsa, gdzieniegdzie trochę chleba i jakieś resztki artykułów, które już zaczynały gnić. Żyjąc w odizolowanym, bezpiecznym świecie, nieczęsto zdawałam sobie sprawę, z jakimi trudnościami mierzą się podczas wojny zwykli ludzie. Teraz, kiedy obserwowałam, jak mieszkańcy miasta miotają się pomiędzy stoiskami, żeby wypatrzeć dostępne towary i przekonać się, czy ich na nie stać, widziałam ogromną różnicę w naszym położeniu. Robiący tutaj zakupy byli chudzi i mieli zapadnięte policzki. Nie wyglądali na zdziwionych brakiem potrzebnych artykułów, na ogół brali to, co mogli zdobyć, i odchodzili z niemal pustymi koszykami czy torbami.

Podeszłam do najbliższego sprzedawcy, taksując jego skromną ofertę na stoisku, głównie ziemniaki i trochę nadgniłej kapusty.

- Czy są wiśnie, suszone lub w puszce? - spytałam, z góry znając odpowiedź.

Wczesnym latem było dużo wiśni na drzewach pod miastem. Gdyby je odpowiednio przechowano od zeszłego roku, nie powinno ich zabraknąć. Jednak Niemcy ograbili Polskę z wszystkiego. Zadałam więc to pytanie sprzedawcy, na wypadek gdyby miał gdzieś ukryte wiśnie i mógłby sprzedać trochę za odpowiednią cenę. Niemal chciałam, żeby kupiec powiedział mi, że nie ma, żeby Ana Lucia nie mogła upiec swojego specjalnego przysmaku dla tego Niemca. Tyle że wtedy dałabym macosze kolejny powód do narzekania, że jestem nieudacznikiem.

Mężczyzna pokręcił głową, a czapka podskoczyła mu nad porytą głębokimi zmarszczkami twarzą.

- Żadnych od wielu miesięcy - odpowiedział; miał zęby pożółkłe od tytoniu.

Byłam zła, że na próżno zrobiłam całą tę wyprawę i że Hanna się pomyliła. Sprzedawca wyglądał, jakby żałował, że stracił szansę na jakąś transakcję. Pod wpływem impulsu wskazałam na tulipany, które miał na sprzedaż. Twarz mu się rozjaśniła.

- Może pani spróbować na czarnym rynku na rogu Pułaskiego - dodał, podnosząc jasnoczerwone kwiaty. Wręczył mi wiązankę, a ja wsunęłam monetę w jego szorstką dłoń.

Zdziwiłam się, że dwa miejsca targowe są położone tak blisko siebie. Jednak kiedy dotarłam na wskazany róg, zorientowałam się, że to, gdzie mnie wysłał, w ogóle nie jest normalnym targowiskiem, ale czymś w rodzaju wąskiej alejki na tyłach kościoła, gdzie stało kilkanaście osób. Wtedy zrozumiałam. Ludzie sprzedawali tu po kryjomu zabronione towary lub takie, których szczególnie brakowało, dyktując wysokie ceny. Słyszałam o takich miejscach, ale nie wiedziałam, że one nadal istnieją. Nieliczni tutejsi sprzedawcy nie mieli stoisk, ale rozkładali towary na ziemi na starych kocach czy płachtach, tworząc tymczasowe stanowiska, które można było szybko zwinąć w razie konieczności ucieczki przed policją. Znajdowało się tu wszystko, poczynając od trudno osiągalnych artykułów, takich jak czekolada i ser, po odbiornik radiowy z przemytu i zabytkową strzelbę, tak starą, że nie sądziłam, by nadal działała.

Rozważałam, czy nie odwrócić się na pięcie. Każdy mógł zostać aresztowany za kupowanie czy sprzedawanie tutaj czegokolwiek. Jednak w połowie alejki zobaczyłam sprzedawcę owoców, mającego znacznie więcej towaru, niż było na legalnym targu. Ruszyłam naprzód. Na pobrudzonej płachcie rozpostartej na ziemi leżało trochę suszonych wiśni. Wzięłam wszystkie i zapłaciłam bezzębnemu handlarzowi, dając mu większość monet, które wręczyła mi macocha. Wsunęłam jedną wiśnię do ust na spróbowanie, starając się nie myśleć o brudnych palcach sprzedawcy, którymi podawał owoce. Kwaskowatość wykrzywiła mi usta. Po drodze possałam trochę wiśnię, po czym wyplułam ją do najbliższego ścieku.

Stanęłam na kratce do kanału, uważając, by nie uwiązł mi w niej obcas. Z dołu dobiegł mnie zaskakujący szelest. Odskoczyłam. Pewnie szczur, pomyślałam, taki jak te, które w nocy wychodzą na żer, ale teraz był dzień i nie spodziewałabym się w pobliżu tych wstrętnych gryzoni.

Z dołu ponownie dobiegł mnie hałas, zbyt głośny jak na szczura. Spojrzałam w dół. Patrzyło na mnie dwoje oczu. Nie były to świdrujące oczy jakiegoś zwierzęcia, ale ciemne tęczówki otoczone bielą. Ludzkie. W kanale była jakaś osoba. Nie jakaś osoba - dziewczyna. W pierwszej chwili pomyślałam, że ją sobie wyobraziłam. Zamrugałam, by wyraźniej widzieć, spodziewając się, że ten obraz zblednie jak rodzaj złudzenia. Jednak kiedy popatrzyłam ponownie, dziewczyna ciągle tam tkwiła. Była chuda, brudna i mokra, spoglądała w górę. Cofnęła się trochę, jakby w obawie, że ją ktoś zobaczy, ale nadal mogłam dostrzec w ciemności badawcze spojrzenie jej oczu. Obserwowała mnie.

Chciałam głośno krzyknąć, że ktoś tu jest. Ale coś mnie powstrzymało, jakby jakaś pięść ścisnęła mnie za gardło, tłumiąc oddech, tak że nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Cokolwiek zmusiło dziewczynę do przebywania w tym okropnym miejscu, znaczyło, że nie chciała, by ją znaleziono. Nie powinnam, nie mogłam więc nic mówić. Wzięłam głęboki oddech, żeby ustąpił dławiący mnie uścisk. Potem rozejrzałam się wokół, by sprawdzić, czy ktoś jeszcze zauważył to, co ja właśnie widziałam. Inni przechodnie szli dalej, nie zwracając na mnie uwagi. Zastanawiałam się, kim jest ta dziewczyna i jak się tam znalazła.

Jednak kiedy znów zajrzałam do kanału, już jej nie było.

Rozdział 6. Sadie

Rozdział 6

Sadie

Znowu byliśmy w naszym mieszkaniu przy ulicy Meiselsa. Tato wirował z mamą wokół kuchni w rytm cichych dźwięków pianina, dobiegających przez podłogę, tak jakby to była jedna z wielkich sal balowych w Wiedniu. Kiedy się już wytańczyli, mama, z trudem łapiąc oddech, zawołała mnie do stołu. Stygła na nim świeżo upieczona, wyśmienita babka. Wzięłam nóż i pokroiłam wilgotne ciasto. Nagle pod nogami rozległ się łoskot i podłoga zaczęła pękać. Tato rzucił się przez stół, by mnie złapać, ale jego ręka wyślizgnęła się z mojej. Krzyknęłam, gdy ziemia się osunęła i wpadliśmy do znajdującego się pod nami kanału.

- Sadele - jakiś głos wyrwał mnie ze snu. - Musisz być cicho.

To była mama, łagodnie, lecz stanowczo przypominająca mi, że nie mogę krzyczeć przez sen, że musimy tu zachować ciszę.

Otworzyłam oczy i rozejrzałam się po ciemnej, śmierdzącej komorze. Senny koszmar o wpadaniu do kanału był rzeczywistością, lecz nie było tu nigdzie mojego taty.

Tato. Jego twarz stanęła mi przed oczami tak samo jak we śnie. Wydawał się tak bliski, ale teraz gdy się obudziłam, nie było sposobu, bym mogła go dotknąć. Nawet po upływie miesiąca jego śmierć wywoływała nieustanny ból. Za każdym razem, gdy się budziłam i uświadamiałam sobie, że on nie żyje, jakby nóż od nowa wbijał mi się w serce.

Ponownie zamknęłam oczy, pragnąc jeszcze raz zasnąć i przywrócić wizję domu i taty, lecz było to poza zasięgiem moich możliwości. Wobec tego udawałam, że tato leży tutaj obok mamy i mnie, że nadal mogę słyszeć jego pochrapywanie, na które dawniej często się uskarżałam.

Mama rzuciła mi uspokajające spojrzenie, potem wstała i przeszła przez komorę w stronę niby-kuchenki w kącie, żeby pomóc Babi Rosenberg, która łuskała fasolę. Chociaż ciemność w pomieszczeniu nie zmieniła się, na podstawie odgłosów z ulicy nad nami mogłam stwierdzić, że zaraz będzie świt.

"Kilka dni, najwyżej tydzień" - powiedziała wtedy mama. Było to ponad miesiąc temu. Kiedyś nie mogłam wyobrazić sobie, że można tak długo przebywać w kanale. Jednak po prostu nie było dokąd pójść. Getto zostało wysiedlone, wszyscy, którzy tam mieszkali, zostali zabici lub wywiezieni do obozów. Gdybyśmy wyszli na ulicę, zostalibyśmy na miejscu rozstrzelani lub aresztowani. Kanał, który biegł pod całym miastem, uchodził do Wisły, ale jego wylot był obstawiony przez uzbrojonych Niemców. Byłam pewna, że tato nie sądził, że będziemy musieli tu zostać. Jednak jeśli miał jakiś plan ucieczki, to zabrał go ze sobą do grobu w odmętach. Całkiem dosłownie znaleźliśmy się w pułapce.

Wyjrzałam z kąta, w którym sypiałyśmy. Zajęłyśmy jedną stronę pomieszczenia jako miejsce do spania, a rodzina Rosenbergów drugą, zostawiając środkową część na coś w rodzaju kuchni. Pan Rosenberg siedział naprzeciwko mnie, czytając. Rozejrzałam się za Saulem, ale nigdzie go nie było.

Usiadłam na deskach tworzących moje legowisko wzniesione kilka centymetrów nad ziemią. Bolały mnie kości, co przypomniało mi, że babcia zwykle narzekała na tego rodzaju dolegliwości. Pomyślałam z utęsknieniem o puchowej kołdrze, przykrywającej moje "łóżko", tak całkowicie różnej od cienkiego kawałka juty, który znalazła dla mnie mama. Sięgnęłam po buty stojące w nogach legowiska. Mama ciągle napominała, tak jak w dniu, gdy tu dotarłyśmy, żeby dbać o suche stopy. Kazała mi każdego dnia nosić wymiennie jedną z dwóch par skarpetek. Już zrozumiałam dlaczego: inni, mniej ostrożni, cierpieli na różne infekcje, owrzodzenia i bóle, wywołane przez brudną ciecz, która nieustannie przesiąkała nam przez obuwie.

Umyłam zęby, używając odrobiny czystej wody z wiadra i marząc o sodzie oczyszczonej dla większego poczucia świeżości. Potem podeszłam do mamy, która przygotowywała śniadanie. W dniu po odejściu Pawła inni jakby zamarli w oczekiwaniu, że on wróci i nas stąd zabierze. Ale moja mama zakrzątnęła się, by jak najlepiej przystosować komorę do zamieszkania. Tak jakby - niezależnie od danej mi obietnicy, że będzie to tylko kilka dni - wiedziała, że zostaniemy tu o wiele dłużej.

Mama pocałowała mnie w czubek głowy. W ciągu tych kilku tygodni od zejścia do kanału stałyśmy się sobie znacznie bliższe. Zawsze byłam córeczką tatusia, "małym Michałkiem", jak żartowała mama, bo bardzo byłam do niego podobna. Ale teraz byłyśmy tylko we dwie. Pogładziła mnie po włosach. W kanale codziennie wieczorem szczotkowała swoją i moją czuprynę.

- Musimy trzymać fason - powiedziała stanowczo, a błysk w jej oczach wskazywał, że ma nadzieję, że uda nam się przeżyć. Jako dziecko zawsze byłam chłopczycą, niechętną zabiegom pielęgnacyjnym i trosce o ładny wygląd. Jednak tutaj z nią nie walczyłam. Pomimo jej wysiłków utrzymanie czystości było nieustanną walką. Brud z kanału stale wnikał w moje ubranie i włosy. Nie mogłam tego znieść. Cieszyłam się, że nie mamy lustra.

Gdy odsunęła się ode mnie, jej coraz bardziej zaokrąglony brzuch otarł się o moje ramię. Wyobraziłam sobie dziecko (nadal nie potrafiłam nazwać go bratem lub siostrą), które urodzi się bez ojca i nie będzie w ogóle wiedziało, jak cudownym człowiekiem był tato.

- Poczytamy po śniadaniu - powiedziała mama zdecydowanym tonem. Postanowiła codziennie rano udzielać mi lekcji. Starała się zaprowadzić jakiś porządek w naszym tutejszym życiu: śniadanie, mycie i lekcje przy małej tablicy, którą przyniósł jej Paweł, tak jakbym nie miała dziewiętnastu lat, tylko była nadal uczennicą w szkole. Popołudniami robiłyśmy jednak długie drzemki, dla zabicia czasu.

Tego ranka na śniadanie były suche płatki, mniej niż zazwyczaj, bo czekaliśmy na Pawła, który co kilka dni przynosił trochę żywności. Mama podzieliła jedzenie na pięć równych porcji, trzy dla Rosenbergów i dwie dla nas. Babi podeszła i bez słowa zabrała miseczki, po czym wróciła do ich kąta w pomieszczeniu. Rosenbergowie także mieli swój porządek dnia, który najwyraźniej wyznaczały codzienne modlitwy.

W każdy piątkowy wieczór prosili, byśmy przyłączyły się do nabożeństwa szabatowego. Babi zapalała dwa ogarki świec i rozdawała odrobinę wina w kiduszowym kielichu, który udało im się przemycić. Początkowo uważałam, że ich tradycje są skostniałe, może nawet głupie. Ale potem zrozumiałam, że te rytuały dają im oparcie i cel, podobnie jak plan zajęć mamy, tyle że są bardziej znaczące. Złapałam się na tym, że sama chciałabym zachowywać niektóre tradycje, by podkreślić znaczenie dni. Rosenbergowie zrobili nawet prowizoryczną mezuzę przy wejściu do komory, by oznaczyć ją jako zamieszkaną przez Żydów. Początkowo Paweł sprzeciwiał się jej umieszczeniu: "Jeśli ktoś to zobaczy, będzie wiedział, że tu jesteście". Jednak w rzeczywistości, gdyby ktoś podszedł tak blisko, to i tak nie byłoby gdzie się ukryć. Teraz był kwiecień i zostało tylko kilka dni do święta Paschy. Zastanawiałam się, jak Rosenbergowie poradzą sobie z wymaganiami niejedzenia chleba ani niczego na zakwasie, skoro Pawłowi udawało się przynieść tylko to.

Sięgnęłam do gzymsu ponad kamieniem, wymacując dodatkowy kawałek chleba, który zachowałam z wczorajszej porcji i schowałam tam, by dodać go do naszego skromnego śniadania. Początkowo próbowałam chować jedzenie pod łóżkiem, ale raz, kiedy chciałam je wydobyć, coś złapało mnie za rękę. Wyszarpnęłam ją i spojrzałam w dół. Pojawiło się dwoje paciorkowatych oczu. Szczur patrzył na mnie wyzywająco. Nigdy więcej nie zostawiłam jedzenia tak nisko.

Podałam chleb mamie.

- Nie jestem głodna - skłamałam.

Chociaż burczało mi w brzuchu, wiedziałam, że mama, chuda jak szczapa poza wystającym brzuchem, powinna jeść za dwoje i potrzebuje kalorii. Obserwowałam jej twarz, pewna, że mi nie uwierzy. Jednak wzięła chleb i zjadła trochę, a potem oddała mi resztę. Ostatnio jakby straciła zainteresowanie jedzeniem.

- To dla dziecka - nalegałam, przysuwając jej chleb do ust i namawiając do kolejnego kęsa. Teraz, gdy tato nie żył, musiałam być odpowiedzialna i opiekować się mamą. Tylko ona była moją rodziną.

Mama zwymiotowała, wypluwając na dłoń tę odrobinę chleba, którą zjadła. Pokiwała głową. Ciąża nie była dla niej łatwym okresem, nawet przedtem, zanim znalazła się w kanale.

- Czy żałujesz... - palnęłam. - To znaczy, że masz kolejne dziecko w tych warunkach...

Pytanie wymknęło mi się niezręcznie i zastanawiałam się, czy mama się nie rozgniewa.

Ale ona uśmiechnęła się.

- Nigdy. Czy chciałabym, żeby ona czy on urodziło się w innych okolicznościach? Oczywiście. Ale to dziecko będzie cząstką twojego ojca, tak jak ty, i dzięki temu w jeszcze większym stopniu będzie żył dalej.

- To nie będzie trwało wiecznie - podsunęłam, chcąc ją uspokoić, że ciąża i związane z nią dolegliwości skończą się za kilka miesięcy.

Twarz mamy się zachmurzyła. Wyobrażałam sobie, że pragnie nie mieć już olbrzymiego brzucha, który zdawał się bardzo jej przeszkadzać.

- A jak to właściwie jest? - spytałam.

- W moim łonie mogę ochronić dziecko - wyjaśniła.

Natomiast poza nim już nie mogła. Zadrżałam, bo jakaś cząstka mnie chciałaby być także wewnątrz niej.

- Zrozumiesz to kiedyś, gdy sama będziesz mieć dzieci - dodała mama.

Chociaż wiedziałam, że nie chciała być niemiła, jej słowa trochę mnie uraziły.

- Gdyby nie wojna, mogłabym już myśleć o założeniu własnej rodziny - podkreśliłam.

Nie chodziło o to, że paliłam się do wyjścia za mąż. Przeciwnie, zawsze marzyłam o studiach i zawodzie lekarza. Mąż i dzieci sprawiłyby, że nie byłoby to możliwe. A teraz wojna zapędziła mnie w pułapkę, najpierw zamykając w getcie, a potem tutaj, jakby w zawieszeniu między dzieciństwem a dorosłością. Bardzo chciałam już żyć po swojemu.

- Och, Sadele, twój czas jeszcze nadejdzie - powiedziała mama. - Nie pospieszaj go, nawet tutaj.

Na zewnątrz przy wejściu do komory rozległ się stukot, a potem odgłosy pluskania, dźwięki, jakie wywoływały grube buty kogoś brodzącego w wodzie. Wszyscy odruchowo podskoczyliśmy, przygotowani na najgorsze. Odprężyliśmy się, gdy wszedł Paweł, niosąc worek z jedzeniem.

- Cześć! - powiedział dziarsko, jakby spotkał nas na ulicy. Przychodził dwa razy w tygodniu, w dni targowe, czyli we wtorki i w soboty.

- Dzień dobry - odpowiedziałam, szczerze ucieszona na jego widok. Niedawno nie byliśmy pewni, czy Paweł w ogóle ponownie przyjdzie, bo mama wydała już wszystkie pieniądze.

Co tydzień płaciła Pawłowi za żywność, którą miał przynieść nam następnym razem. Jednak kilka tygodni temu zobaczyłam, że rozpaczliwie szuka czegoś w torbie.

- O co chodzi? - spytałam.

- O pieniądze, wszystkie wydane. Nie mamy czym zapłacić Pawłowi.

Zdziwiła mnie jej szczerość. Zazwyczaj trzymała mnie z dala od problemów, chroniąc mnie, jakbym była dzieckiem. Wkrótce zrozumiałam, dlaczego mi powiedziała.

- Musimy dać mu naszyjnik - wyjaśniła. - Będzie mógł wymienić go na pieniądze lub przetopić i mieć złoto.

- Nigdy!

Odruchowo dotknęłam szyi. Naszyjnik był jedyną pamiątką po tacie, jaką miałam, moim ostatnim z nim łącznikiem. Prędzej umarłabym z głodu.

Szybko jednak zrozumiałam, że takie uczucia były dziecinne. Tata natychmiast oddałby swój naszyjnik, by nas wyżywić. Sięgnęłam do szyi, odpięłam zameczek i wsunęłam łańcuszek mamie do ręki.

Tego dnia, kiedy przyszedł Paweł, mama podała mu naszyjnik.

- Niech pan to weźmie na jedzenie.

Ale Paweł odmówił.

- To należało do pani męża.

- Nie mam nic więcej - przyznała mu się w końcu.

Paweł przyglądał jej się przez kilka sekund, próbując uporać się z nowiną. Potem odwrócił się i wyszedł.

- Dlaczego mu pani o tym powiedziała? - zażądała wyjaśnień Babi. Wyglądało na to, że Rosenbergowie także wydali już wszystko.

- Ponieważ nie da się ukryć, że nie mamy pieniędzy - rzuciła ostro mama, oddając mi naszyjnik.

Założyłam go na szyję.

Każdej nocy leżałam, nie śpiąc, z burczącym z głodu brzuchem, przygnębiona tym, że ojciec opuścił nas na zawsze.

W następną sobotę po tym, jak mama powiedziała Pawłowi, że nie mamy pieniędzy, nie zjawił się o zwykłej porze. Minęła godzina, potem kolejna i Rosenbergowie skończyli swe szabasowe modlitwy.

- On nie przyjdzie - oświadczyła Babi. Nie była podłą osobą, tylko zrzędliwą starą kobietą, która nie zachowywała dla siebie swoich opinii ani nie wysłuchiwała czyichś, jeśli uważała je za głupie. - Wszyscy umrzemy z głodu.

Ta myśl była przerażająca.

Jednak Paweł przyszedł, chociaż późno, i przyniósł jedzenie. Od tamtej pory nikt więcej nie wspominał o pieniądzach. Paweł czuł się za nas odpowiedzialny i nie opuścił nas, zawsze jakoś zdobywał żywność. Wręczył mamie torbę, a ona rozpakowała ją, umieszczając chleb i resztę w puszce, którą udało jej się podwiesić do stropu, by ustrzec jedzenie przed wilgocią i szczurami.

- Przepraszam za spóźnienie - powiedział Paweł ze skruchą, jakby był wyczekiwanym dostawcą ze sklepu. - Musiałem iść gdzie indziej na targ, żeby dostać wystarczająco dużo.

Wykarmienie nas wszystkich przy ograniczonych dostawach do sklepów i bez odpowiedniej liczby kartek żywnościowych stanowiło dla niego poważne wyzwanie. Musiał kursować po całym mieście od targu do targu, robiąc na każdym niewielkie zakupy, by nie zwrócić na siebie uwagi.

- Przykro mi, że nie ma nic więcej.

- Jest świetnie - powiedziała szybko mama. - Jesteśmy bardzo wdzięczni.

Przed wojną Paweł był robotnikiem, na którego niemal nie zwracano uwagi. A tutaj stał się naszym wybawcą. Gdy mama wyjęła chleb i kilka ziemniaków z torby, zauważyłam, że zastanawia się, jak wykarmić tym tak wiele gąb, zanim Paweł przyniesie zaopatrzenie kolejny raz.

Czasami Paweł nie spieszył się do wyjścia i rozmawiał z nami chwilę, dzieląc się nowinami ze świata. Jednak dzisiaj wyszedł szybko, mówiąc, że był zbyt długo na zakupach i musi wracać do domu. Jego wizyty zawsze były jakimś światełkiem w naszych mrocznych, ponurych dniach i było mi przykro, gdy odchodził.

- Potrzebujemy wody - powiedziała mama po jego wyjściu.

- Ja pójdę - odparłam, chociaż to nie była moja kolej. Chętnie uciekałam z tej zbyt ciasnej komory, nawet na kilka minut. Przed wojną zawsze byłam w ruchu.

"Szpilkes" - mawiała moja babcia w jidysz, a czułość w jej głosie sprawiała, że nawiązanie do mojej nerwowej ruchliwości brzmiało jak komplement, chociaż na pewno nim nie było. Kiedy byłam dzieckiem, lubiłam bawić się na dworze z kolegami, ganiając bezpańskie psy po ulicy. Gdy podrosłam, skierowałam energię na spacery po mieście i odkrywanie nowych zakątków. Tutaj byłam zmuszona do siedzenia, nie mogłam nic robić. Często z braku ruchu bolały mnie nogi.

Pomyślałam, że mama się nie zgodzi. Zakazała mi wychodzenia z naszej "izby", o ile nie jest to absolutnie konieczne. Bała się, że w wąskich przejściach pod ścianami kanału będę narażona na pewną śmierć.

- Dam radę - nalegałam. Tęskniłam do większej przestrzeni i za prywatnością, za kilkoma minutami z dala od uważnych spojrzeń innych osób.

- Weź ze sobą śmieci - powiedziała teraz nieuważnie mama ku mojemu zdziwieniu. Podała mi małą torebkę, która była umieszczona w korycie kanału i przymocowana tam kamieniami. Zawsze wydawało mi się dziwne, że nie można wrzucać śmieci bezpośrednio do kanału, ale nie mogliśmy zostawić żadnych śladów naszej obecności.

Po wyjściu spojrzałam tęsknie w głąb tunelu, gdzie rzeka płynęła coraz dalej od naszej kryjówki. Rozpaczliwie chciałam uciec z kanału, codziennie wyobrażając sobie, że z niego wybiegam. Oczywiście, nie zostawiłabym mamy. W dodatku prawda wyglądała tak, że o ile tu na dole było okropnie, na górze było sto razy gorzej. Wielokrotnie z przerażeniem słuchaliśmy docierających do nas z ulicy krzyków, po których następowały strzały, a potem zapadała cisza. Śmierć dosłownie wisiała nad naszymi głowami i spotkałaby nas wszystkich, gdybyśmy tylko zostali schwytani. Nie chcieliśmy tkwić w podziemnej pułapce, ale teraz wszystko zależało od tego, czy uda nam się tu funkcjonować.

Z oddali z tunelu dobiegł mnie jakiś hałas. Odruchowo odskoczyłam do tyłu. Od kiedy tu byliśmy, żaden esesman ani policjant nie wszedł do kanału, ale cały czas istniała groźba, że zostaniemy wykryci.

Nasłuchiwałam odgłosów zbliżających się kroków, a nie usłyszawszy nic takiego, ruszyłam dalej tunelem. Gdy ominęłam miejsce, gdzie kanał zakręcał, zauważyłam Saula przykucniętego na ziemi.

Zbliżyłam się do niego. Gdy znaleźliśmy się w kanale, Saul mnie zainteresował. Był jedyną osobą w moim wieku i miałam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. Początkowo był nieprzystępny. Chociaż mówił łagodnym głosem i był uprzejmy, rzadko się odzywał i często siedział z nosem utkwionym w książce. Nie mogłam mieć do niego pretensji - tak samo jak ja nie chciał tu być. "To kwestia jego religii - powiedziała mi kiedyś mama po cichu, widząc moją nieudaną próbę zagadania do niego. - Chłopcy i dziewczynki u tych pobożnych Żydów trzymają się z osobna". Jednak po upływie kilku tygodni w kanale stał się bardziej przyjazny i dorzucał do rozmowy słowo czy dwa w odpowiedniej chwili. Kilka razy przyglądał mi się z naprzeciwka tymi miłymi, ruchliwymi oczami i uśmiechał się do mnie, jakby ze współczuciem w naszej absurdalnie groźnej sytuacji.

Saul często wychodził z izby i kilka razy obudziłam się w nocy, gdy znikał. Parę tygodni temu, gdy zobaczyłam, jak się wyślizguje, poszłam za nim.

- Dokąd idziesz? - spytałam.

Spodziewałam się, że moje pytanie go zdenerwuje.

- Tylko sprawdzam - powiedział po prostu. - Chodź ze mną, jeśli chcesz.

Jego zaproszenie mnie zdziwiło. Nie czekając, czy się zgadzam, ruszył w głąb tunelu. Szedł przede mną szybkim krokiem i z trudem za nim nadążałam, gdy zboczył w krętą ścieżkę, biegnącą przez kanały, w których nigdy nie byłam. Nawet gdybym chciała, sama nie znalazłabym drogi powrotnej. Woda płynęła tu o wiele wolniej, ledwie się sącząc, i gdy tak szliśmy, panowała jakaś upiorna cisza.

W końcu dotarliśmy do niszy na podwyższeniu, znacznie mniejszej niż komora, w której mieszkaliśmy. Saul niezręcznie podał mi rękę, by pomóc mi tam wejść. Miejsca było dokładnie na dwie osoby. Promienie księżyca przeświecały przez szeroką kratę, oświetlając wnętrze niszy. Znajdowała się wysoko, tuż pod ulicą. Przyjście tutaj w ciągu dnia byłoby wyjątkowo niebezpieczne. Saul sięgnął do zagłębienia w ścianie, szukając czegoś, a ja zastanawiałam się, co tam ukrył. Wyciągnął książkę.

- Byłeś tu już wcześniej - zauważyłam.

- Tak - przyznał nieśmiało, jakbym odkryła jakiś mroczny sekret. - Czasami nie mogę zasnąć. Więc przychodzę tutaj poczytać, kiedy księżyc świeci wystarczająco jasno.

Wyjął drugą książkę, Ogniem i mieczem, i podał mi ją. Nieszczególnie ciekawiła mnie historia Polski, więc sama bym jej nie wybrała, ale teraz miała dla mnie wartość złota. Usiedliśmy na ziemi tuż obok siebie i czytaliśmy w milczeniu, ramię w ramię.

Potem wielokrotnie w nocy chodziłam z Saulem do tej niszy. Nie wiedziałam, czy odpowiada mu moje towarzystwo, ale nawet jeśli nie, nie skarżył się. Początkowo zawsze przede wszystkim czytaliśmy, ale kiedy księżyc przesłaniały chmury, po prostu rozmawialiśmy. Dowiedziałam się, że rodzina Saula pochodzi z Będzina, niewielkiego miasta leżącego na północny wschód od Katowic. Gdy znalazło się ono pod okupacją, Saul wraz z ojcem postanowili uciec do Krakowa, w nadziei że tu będzie lepiej. Jednak starszy brat Saula, rabin Micah, pozostał na miejscu z Żydami, którym kazano przenieść się do małego getta utworzonego przez Niemców w Będzinie.

Saul miał narzeczoną.

- Ma na imię Szifra. Po wojnie się pobierzemy. Kiedy ojciec i ja mieliśmy okazję uciec, błagałem ją, żeby poszła ze mną. Ale jej matka była zbyt chora, by iść, więc Szifra nie zgodziła się porzucić rodziny. Wiem z listu od Micaha, że po tym, jak uciekliśmy, ona także musiała przenieść się do getta. Od pewnego czasu nie dostaję już od niej wiadomości, ale mogę tylko mieć nadzieję... - zamilkł.

Słysząc, ile ciepła było w jego głosie, gdy wspominał Szifrę, poczułam niespodziewany przypływ zazdrości. Wyobraziłam sobie piękną kobietę z długimi, ciemnymi włosami, taką jak jego rodzina. Saul i ja byliśmy przyjaciółmi, nie miałam prawa oczekiwać czegoś więcej. W tym momencie jednak zdałam sobie sprawę zarówno z tego, że mam do niego słabość, jak i z tego, że moje uczucie jest całkowicie jednostronne.

Wracając do jego rodzinnego miasteczka - Saul uczył się tam krawiectwa, ale pragnął zostać pisarzem i z pamięci opowiadał mi przeróżne opisane przez siebie historie, a jego oczy błyszczały spod czarnego kapelusza. Uwielbiałam słuchać o wszystkich pomysłach na książki, jakie zamierzał opublikować po wojnie. Chociaż kiedyś chciałam studiować medycynę, dawno temu porzuciłam ten zamiar. Nie wiedziałam, czy ludzie tacy jak my mogą mieć takie marzenia, szczególnie w obecnych czasach.

Saul stał się moim najbliższym przyjacielem. Jednak teraz, gdy zobaczyłam, że kuca przy ścianie w tunelu, nie uśmiechnął się do mnie. Miał poważną twarz, a jego oczy były pełne bólu.

- Cześć - zagadnęłam, podchodząc do niego. Byłam zdziwiona, że go tu zastałam; on i jego rodzina rzadko wychodzili z naszej komory w szabas.

Nie odpowiedział.

- Co się stało?

Wyciągnął nogę, a gdy przysunęłam się bliżej, zobaczyłam z tyłu, poniżej podwiniętej nogawki spodni, głęboką szramę, z której sączyła się krew.

- Szedłem i skaleczyło mnie coś ostrego, co wystawało ze ściany kanału - wyjaśnił.

- Dokładnie to samo przydarzyło się mnie zaraz na początku, gdy tu przybyliśmy.

Tylko że moja rana nie była aż taka groźna.

- Poczekaj tutaj - nakazałam mu.

Pobiegłam z powrotem do naszej izby i złapałam torbę mamy z maściami, wychodząc ponownie, zanim mnie zobaczyła. Kiedy wróciłam do Saula, odkręciłam tubkę i wycisnęłam trochę maści. Uklękłam, chcąc dosięgnąć jego nogi, ale on ją cofnął.

- Chyba nie chcesz, żeby wdało się zakażenie - powiedziałam.

- Mogę sam to zrobić - odparł stanowczo, ale rana była z tyłu łydki i nie widział jej dobrze. Rozumiałam jego wahanie. Jako ortodoksyjny Żyd nie mógł być dotykany przez kobietę nienależącą do jego rodziny.

- Nie zobaczysz dobrze tego miejsca ani go nie dosięgniesz - podkreśliłam.

- Dam radę - upierał się.

- Przynajmniej pozwól mi cię poprowadzić, żebyś posmarował właściwe miejsce.

Sięgnął niezdarnie do tyłu łydki.

- Trochę bardziej w prawo - powiedziałam. - Wetrzyj trochę więcej.

Starał się zabandażować ranę, ale jeden z końców ześlizgnął się. Zanim zdążył zaprotestować, nasunęłam go, gdzie trzeba, i szybko cofnęłam rękę.

Odsunął się.

- Dziękuję - powiedział wyraźnie zdenerwowany. Obejrzał opatrunek, a potem opuścił nogawkę spodni. - Dobrze to zrobiłaś.

- Chcę iść na medycynę - odparłam, nagle zmieszana. Ten pomysł wydawał się zbyt odległy, głupi.

Ale Saul uśmiechnął się.

- Będziesz w tym dobra.

Pewność w jego głosie przypomniała mi o tacie, który zawsze wierzył, że nie zrezygnuję z marzeń. Poczułam wewnętrzne ciepło.

- Nie powinnaś tego nosić - oznajmił Saul, pokazując na wisiorek ze słowem chai na mojej szyi, który zadyndał, gdy wstawałam.

- Cha! I kto to mówi! - Jak ktoś, kto nosił jarmułkę i cyces, i czyja rodzina umieściła mezuzę w kanale, mógł mi mówić, że niebezpiecznie jest nosić naszyjnik identyfikujący mnie jako Żydówkę! Naprawdę, gdybyśmy zostali złapani, mielibyśmy większe problemy niż to, w co jesteśmy ubrani.

Saul pokręcił głową.

- Mój strój jest wymogiem religii. A u ciebie to tylko biżuteria.

- Jak możesz tak mówić? - odparłam urażona. - To należało do mojego ojca.

Dlatego ten naszyjnik taty znaczył o wiele więcej, łączył mnie z nim i był resztką mojej nadziei.

- Sadie, przepraszam. Nie o to mi chodziło. Nie chciałem cię urazić. To tylko wyraz troski o ciebie. - Spojrzał w bok lekko zakłopotany.

- Potrafię sama się o siebie zatroszczyć. Nie jestem dzieckiem.

- Wiem.

Utkwiliśmy w sobie wzrok na kilka sekund, a przeze mnie jakby przebiegł prąd. Nagle zdałam sobie sprawę, że on mi się podoba. Przed wojną nie poświęcałam wiele uwagi chłopcom i teraz wytrąciło mnie to z równowagi, było dziwne i obce, szczególnie w tych okolicznościach. Jasne, było to po prostu zadurzenie. Na Saula czekała Szifra, a wszystko inne stanowiło tylko wytwór mojej wyobraźni. Odwróciłam się gwałtownie.

Podniosłam worek ze śmieciami i dzbanek i ruszyłam tunelem zrobić to, po co tu właściwie przyszłam. Zaopatrzenie w wodę i wyrzucanie śmieci to były zadania, które zawsze spadały na mnie lub na Saula. Zwłaszcza wynoszenie śmieci, bo wymagało przeciskania się przez rurę o średnicy kilkudziesięciu centymetrów, zbyt wąską i niewygodną dla kogoś starszego od nas. Musieliśmy wrzucać śmieci do kanału w miejscu, gdzie worek tonął niezauważalnie i woda nie niosła go do wylotu kanału, co mogłoby ujawnić naszą obecność. Paweł już na początku nam to wyjaśnił. Wzięłam więc w zęby brudną torbę i zaczęłam czołgać się przez rurę, popychając torbę przed sobą.

Kiedy wydostałam się z tej wąskiej tuby, poszłam dalej tunelem, wymacując w mroku ściany i omijając przeszkody, żeby nie rozbić sobie głowy. Dotarłam do połączenia z większym kanałem i wrzuciłam worek ze śmieciami do wody, starając się nie myśleć o tym, że prąd mógłby mnie porwać równie łatwo jak tatę. Ta chwila raz po raz stawała mi przed oczami. Gdybym tylko zdołała go dosięgnąć. Co się stało z jego ciałem? Powinien mieć odpowiedni pogrzeb.

Odwróciłam się od ścieku i ponownie przecisnęłam się przez rurę. Minęłam wejście do naszej komory i ruszyłam w kierunku miejsca po drugiej stronie, gdzie zbieraliśmy wodę kapiącą z rury wodociągowej. Kilka metrów od zajmowanej przez nas niszy przystanęłam znowu pod kratką od kanału. Nasza kryjówka była niedaleko od głównego placu targowego na Dębnikach, robotniczego osiedla na południowym brzegu Wisły, kilka kilometrów od Podgórza, gdzie znajdowało się getto. Dziś była sobota, dzień handlowy i słyszałam głosy kupców zachwalających swoje towary. Stałam, nasłuchując, jak klienci składają zamówienia, wąchając mięso z rożna i solone ryby, a ja przypominałam sobie czasy, gdy także w tym wszystkim uczestniczyłam.

Przesunęłam się trochę dalej i stanęłam pod kapiącą rurą wodociągową, która biegła wzdłuż ściany kanału tuż nad moją głową. Ułożyłam ściereczkę tak, jak pokazała mi mama, żeby woda mogła wpadać do dzbanka. Podczas gdy się wypełniał, słuchałam dźwięków dobiegających z targu. Poznawałam rytm życia miasta po odgłosach dokładniej, niżbym potrafiła, mieszkając na powierzchni: skrzypienie wozów przed świtem czy przedpołudniowe spacery przechodniów. Nocą na ulicach zapadała cisza, bo wszyscy wracali do domów przed godziną policyjną. Nasza kryjówka znajdowała się dokładnie pod kościołem św. Stanisława Kostki i w niedziele słyszałam, jak wierni śpiewają, a dźwięk kościelnego chóru przenikał przez kratę.

Przykryłam dzbanek i ruszyłam z powrotem. Kawałek dalej znowu doszłam do pokrywy kanału. Przez pręty przeświecało słońce, tworząc cień kraty na wilgotnej ziemi. Przypomniało mi to, jak bywałam nad strumieniem z tatą nie tak dawno temu. Zawsze o zmierzchu w niedziele wchodziliśmy na Kopiec Krakusa. Najpierw nosił mnie na barana, a potem, gdy byłam starsza i miałam silniejsze nogi, szliśmy, trzymając się za ręce. Na tle jasnoszarych kopuł i wieżyczek błyszczały czerwone dachy miasta. Jesienią spadające liście pokrywały wzgórze miedzią, a my staraliśmy się usypać je w sterty i skakaliśmy na nie, dopóki nie zniszczyły ich deszcze lub nie usunęli zamiatacze ulic.

Odkąd znalazłyśmy się w kanale, kilka razy próbowałam opowiedzieć o tym mamie, ale mnie powstrzymywała.

- Teraz tylko my stanowimy rodzinę - powiedziała, przytulając mnie do wypukłości swojego brzucha. - Musimy skupiać się na tym, żeby przeżyć i być razem, a nie na przeszłości. - Jakby wspomnienia były dla niej zbyt bolesne do zniesienia.

Czując, że mogę równie łatwo zatonąć we wspomnieniach jak w kanale, zmusiłam się, żeby o nich nie myśleć, i spojrzałam do góry na kratę, wyobrażając sobie, jak jest na ulicy. Często sama przed sobą udawałam, że od kiedy schroniliśmy się w kanałach, czas na powierzchni się zatrzymał. Jednak teraz czułam, że ludzie nadal spacerują, gotują, jedzą, a dzieci chodzą do szkoły i bawią się. Życie w mieście dalej się toczy bez nas, jakby mieszkańcy nie zauważyli, że zniknęliśmy. Ludzie nade mną przechodzili, nie zwracając na nic uwagi. Pewnie nie umieliby sobie wyobrazić, że oddychamy, jemy i śpimy pod ich nogami. Nie mogłam ich winić; z pewnością sama nie zastanawiałabym się nad podziemnym światem, gdybym żyła na powierzchni. A teraz roztrząsałam, czy mogą istnieć jakieś inne niewidzialne światy, pod ziemią albo w murach, albo w niebie, o których również wcześniej nie pomyślałam.

Wiedziałam, że muszę pozostać niewidoczna. Jednak stanęłam na palcach, chcąc zobaczyć jak najwięcej świata na powierzchni. Kratka od kanału wychodziła na boczną uliczkę czy alejkę. Nad jej krawędzią widziałam wysoki kamienny mur kościoła. Chociaż główny targ nie znajdował się dokładnie ponad kratką, nadal słyszałam nad sobą ludzi, którzy tam handlowali.

Z ulicy do kanału ciurkała woda. Przysunęłam się bliżej zaciekawiona. Była inna niż woda, którą zbieraliśmy z cieknącej rury, cieplejsza i pachnąca mydłem. Zerknęłam przez kratkę. Domyśliłam się, że w pobliżu musi być pralnia, a woda pochodzi z prania. Od wielu tygodni śniłam o kąpieli. Jednak w moich snach woda zawsze była brązowa i groźna, mogła mnie porwać. Teraz ta ciepła, pełna mydlin woda skusiła mnie. Odruchowo zdjęłam bluzkę i stanęłam pod strumieniem. Tak dobrze było poczuć, że obmywam skórę z brudu.

Zaskoczył mnie jakiś hałas w pobliżu. Ktoś nadchodził. Szybko włożyłam bluzkę, nie chciałam, żeby mnie złapano półnagą. Hałas powtórzył się, brzdęknęło coś małego, co wpadło przez kratkę i uderzyło o podłoże w kanale. Zaciekawiona przysunęłam się do kratki, chociaż wiedziałam, że nie powinnam tego robić. Zobaczyłam młodą kobietę w podobnym do mnie wieku, może o rok starszą, stojącą samotnie. Serce zabiło mi z podniecenia. Dziewczyna wyglądała tak ładnie i czysto, że nie mogła istnieć naprawdę. Spod beretu wystawały włosy w kolorze, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam: jasnoczerwone i tak wyszczotkowane, że aż błyszczały. Były związane kokardą z tyłu, a doskonałe loki tworzyły poniżej koński ogon. Schyliłam lekko głowę, czując, jak bardzo skłębione są moje włosy, pomimo starań i napomnień mamy, by nie były rozczochrane i brudne. Dziewczyna miała szeleszczący, jasnoniebieski płaszcz. Najbardziej zazdrościłam jej szarfy przy płaszczu, białej jak śnieg. Nie wiedziałam, że nadal może istnieć coś tak czystego.

Zauważyłam, że dziewczyna trzyma coś w prawej ręce. Kwiaty. Kupiła na targu kwiaty! Poczułam ukłucie zazdrości. Tu na dole ledwie mieliśmy co jeść i ledwie żyliśmy. Tymczasem na świecie nadal istniały miejsca, gdzie były tak piękne rzeczy jak kwiaty i inne dziewczyny mogły je kupować. Co złego zrobiłam, że nie zasłużyłam na to samo?

Przez chwilę myślałam, że dziewczyna wygląda znajomo. Ze ściśniętym sercem zrozumiałam, że trochę przypomina moją przyjaciółkę Stefanię, tylko że Stefania miała ciemne włosy, a nie rude. Nigdy w życiu nie widziałam tej dziewczyny. Była po prostu jakąś nieznajomą. Jednak rozpaczliwie chciałam ją poznać.

Czyjaś dłoń dotknęła mojego ramienia. Drgnęłam, zaskoczona. Odwróciłam się, spodziewając się, że to Saul. Tym razem była to mama.

- Co tutaj robisz? - spytałam. Niemal wcale nie wychodziła z naszej niszy.

- Długo cię nie było. Martwiłam się.

Podniosła się z wysiłkiem z miejsca, gdzie odpoczywała, podpierając plecy ręką i wyciągając do mnie drugą. Spodziewałam się, że skrzyczy mnie za to, że stoję pod kratką kanału, ryzykując zdemaskowanie. Ale stanęła obok mnie bez ruchu, kryjąc się w cieniu. Jej wzrok powędrował do dziewczyny nad nami.

- Kiedyś - szepnęła - jeszcze będą kwiaty.

Chciałam spytać, jak może mówić o czymś takim. Myśl o życiu na zewnątrz kanału, w otoczeniu miłych, zwykłych rzeczy, zdawała się niemal nierealnym marzeniem. Jednak mama już ruszyła z powrotem do naszej kryjówki. Poszłam za nią. Przystanęła i zdecydowanie obróciła mnie w drugą stronę.

- Zostań tutaj i złap trochę słońca - przykazała, jakby lepiej ode mnie wiedziała, czego mi trzeba. - Tylko uważaj, żeby cię nikt nie zobaczył.

Mama znikła w naszej wnęce.

Wróciłam do kraty, ale stanęłam bardziej w głębi, biorąc pod uwagę ostrzeżenie mamy. Nagle zdałam sobie sprawę, jak bardzo byłam narażona, jak łatwo mogłam zostać schwytana. Głupotą byłoby przysunąć się jeszcze bliżej. Uświadomiłam sobie, że ta dziewczyna nie była Żydówką. Chociaż od wieków żyliśmy wśród Polaków, wielu z nich było zadowolonych, że pozbywają się Żydów, i wydawało ich Niemcom. Krążyły nawet opowieści, że małe polskie dzieci informowały Niemców, gdzie ukrywają się Żydzi, i wskazywały, którędy próbują uciec, w zamian za landrynkę, a nawet tylko za słowa pochwały. Nie, nie można było zaufać nawet mojej rówieśniczce robiącej miłe wrażenie. Jednak nadal ją widziałam i byłam ciekawa kto to.

Dziewczyna spojrzała w dół. Początkowo zdawało się, że nie zauważyła mnie w ciemnościach pod kratą. Tak jakby kompletna czerń kanału sprawiła, że stałam się niewidzialna. Potem, gdy jej oczy przyzwyczaiły się do mroku na dole, dostrzegła mnie. Starałam się cofnąć poza krąg światła, ale było za późno - na jej twarzy odbiło się zdumienie, gdy nasze oczy się spotkały. Otworzyła usta, jakby chcąc coś powiedzieć. Gwałtownie szarpnęłam się w tył do cienia. Potem się zawahałam. Tak dużo czasu spędziłam, miotając się tu w ciemnościach jak jakiś szczur kanałowy. Nie chciałam robić tego dalej. Zamknęłam więc oczy, przygotowana na to, że na pewno zostanę ujawniona, i wyobrażając sobie, co się stanie potem. Kiedy znowu otworzyłam oczy, dziewczyna odwróciła wzrok. Nie powiedziała jednak nic.

Westchnęłam, nadal stojąc w odrętwieniu. Po kilku sekundach dziewczyna popatrzyła na mnie znowu i uśmiechnęła się. Był to pierwszy autentyczny uśmiech, jaki widziałam od wejścia do kanałów.

Nasze spojrzenia się spotkały i chociaż nie zamieniłyśmy ze sobą ani słowa, wyglądało na to, że dziewczyna wyczuwa cały mój smutek i zagubienie. Gdy na nią patrzyłam, ogarnęła mnie tęsknota. Przypomniała mi o przyjaciołach, o słońcu, o wszystkim, co utraciłam. Rozpaczliwie pragnęłam wyjść i stanąć obok niej. Wyciągnęłam ku niej rękę. Dziewczyna nie podeszła bliżej, ale spoglądała na mnie z dziwną mieszaniną współczucia i smutku.

Za nią rozległ się jakiś dźwięk, głośne kroki kogoś idącego w ciężkich butach. Dziewczyna mogła nie powiedzieć nikomu o mnie, ale z pewnością kto inny mógł. Przerażona wślizgnęłam się z powrotem w ciemność i uciekłam spod kratki do naszej kryjówki.

Rozdział 7. Ella

Rozdział 7

Ella

No i dobrze - pomyślałam, gdy dziewczyna skulona pod kratką kanalizacyjną zniknęła, a ja ruszyłam do domu z wiśniami. Jeśli ktoś ukrywał się w kanale, to na pewno z jakiejś poważnej przyczyny. Jeszcze mi tego brakowało, żeby angażować się w czyjeś kłopoty.

Jednak gdy szłam mostem z powrotem do centrum miasta, przyszła mi do głowy Miriam, ciemnowłosa koleżanka z liceum, do którego chodziłam przed wojną. Miriam była cicha i pilna, miała zawsze dokładnie wyprasowaną plisowaną spódniczkę od mundurka i śnieżnobiałe skarpetki. Nie znałam jej przed pójściem do szkoły średniej; była z innej dzielnicy i nie należała do grupy dziewcząt, które nazywałam przyjaciółkami. Jednak czasami pożyczała mi gumkę i na przerwie pomagała w matematyce, więc w ciągu czterech lat nauki zbliżyłyśmy się do siebie. Często siadywałam z nią na obiedzie. Jej ciche, refleksyjne usposobienie przyjemnie odróżniało ją od reszty głośnych, rozplotkowanych dziewcząt.

Pewnego dnia niedługo po wybuchu wojny nauczyciel nagle kazał stanąć Miriam przed całą klasą i oświadczył jej, że ma iść do dyrektora. Jej oczy rozszerzyły się ze strachu i spojrzała na mnie zmartwiona. Przez klasę przebiegł szmer. Wezwanie do dyrektora oznaczało, że ma się kłopoty. Nie umiałam sobie wyobrazić, co mogła zrobić poważna, lękliwa Miriam. Po jej wyjściu z sali poprosiłam o możliwość pójścia do toalety. W korytarzu widać było grupki uczniów wychodzących z klas, bo inni także zostali wezwani do dyrekcji. Wszyscy byli Żydami. Zobaczyłam, że Miriam idzie korytarzem ze spuszczoną głową, samotna i przestraszona. Chciałam coś powiedzieć albo do niej podejść, żeby zaprotestować przeciwko niesprawiedliwemu potraktowaniu tych uczniów, którzy po prostu chcieli uczyć się jak wszyscy inni. Zamiast tego w milczeniu wróciłam do klasy.

Żydowscy uczniowie nie przyszli więcej do szkoły. Kiedy opowiedziałam Krzysiowi, co się stało, zacisnął gniewnie pięści, ale nie wyglądał na zaskoczonego.

- Odbierają Żydom prawa i przywileje - oświadczył. - Jeśli ich nie powstrzymamy, kto wie, co zrobią później?

Jednak dla mnie nieważna była polityka, ale przyjaciółka, którą straciłam. Odejście Miriam ze szkoły spowodowało o wiele większą wyrwę, niż mogłam sobie wyobrazić. Od tamtej pory często o niej myślałam, ciekawa, co się z nią dzieje. Czasem kilkakrotnie odtwarzałam sobie w pamięci tamten dzień. Co by się stało, gdybym jakoś zaprotestowała, spróbowała jej pomóc? To by niczego nie zmieniło. Sama wpadłabym w kłopoty, a oni i tak wydaliliby żydowskich uczniów, ale Miriam przynajmniej wiedziałaby, że ktoś się za nią ujął. Niestety, nie zrobiłam nic.

Zrozumiałam, że dziewczyna w kanale była Żydówką, tak jak Miriam. Na pewno ukrywała się przed Niemcami. Zastanawiałam się, czy jest coś, co mogłabym zrobić, żeby jej pomóc, a jeśli tak, czybym się tego podjęła.

Prawdę mówiąc, nie byłam odważna. Wprawdzie nigdy nie pomagałabym Niemcom - tego byłam pewna - lecz nie miałam tyle odwagi, żeby przeciwstawić się wydaleniu Miriam ze szkoły, a teraz ostrożnie rozważałam, czy pomagać tej obcej dziewczynie. Wojna stanowiła dla mnie lekcję pokory. Tata walczył za ojczyznę i zginął. Ustępuj więc wszystkim z drogi, a będziesz mieć szansę, żeby przejść na drugą stronę.

Teraz gdy zbliżałam się do domu Any Luci (dawno przestałam go uważać za swój dom), nadal myślałam o dziewczynie pod kratką kanalizacyjną. Any Luci nie było, więc dałam wiśnie Hannie.

- To zaledwie połowa potrzebnej ilości - powiedziała. Nie była niewdzięczna, ale obawiała się gniewu Any Luci.

- Jeszcze poszukam dodatkowych - obiecałam. Oczywiście, zanim udałoby mi się znaleźć więcej wiśni, byłoby za późno, żeby dodać je do dzisiejszego deseru.

Hanna mi podziękowała, czego nie zrobiłaby moja macocha, i zabrała się do pracy. Zastanawiałam się, co robić z resztą dnia. Była sobota i mogłabym pójść do sklepu albo nawet na film do któregoś z kin dozwolonych dla Polaków, ale nie chciałam natknąć się na kogoś z dawnych znajomych, a co gorsza na Krzysia. Poszłam więc schodami na małe poddasze na czwartym piętrze naszego domu, które niegdyś należało do Macieja. Była to wąska przestrzeń ze spadzistym dachem i musiałam się pochylić, żeby nie uderzyć głową w sufit. Jednak była to najcichsza część budynku, położona najdalej od pokoju Any Luci, z widokiem na wieże kościołów Starego Miasta i strome dachy domów przy naszej ulicy. Po wyjeździe brata uznałam, że mogę się tu przenieść, spędzałam tu też dużo czasu, malując. Moją ulubioną techniką było malarstwo olejne i mój nauczyciel, pan Łoziński, kilkakrotnie podkreślał, że mogłabym studiować na Akademii Sztuk Pięknych. Oczywiście wyglądało to na bardzo odległe marzenie.

Dzisiaj byłam zbyt rozkojarzona, żeby malować. Patrzyłam przez rzekę w stronę Dębnik, ponownie myśląc o dziewczynie w kanale. Zastanawiałam się, jak długo się ukrywa i czy jest tam sama. Później, gdy zapadła noc i dotarły do mnie odgłosy przyjęcia Any Luci, skuliłam się na starym szezlongu, który zajmował większość poddasza, owinięta w starą kołdrę, zostawioną przez mojego brata. Byłam zmęczona długim spacerem za rzekę i z powrotem i oczy mi się zamykały. Gdy odpływałam, wciąż widziałam tamtą dziewczynę. Jak ona sypiała w kanale? Czy było jej zimno? Mój dom, który zawsze uważałam za coś oczywistego, nagle wydał mi się pałacem. Spałam w ciepłym łóżku, miałam co jeść. Zrozumiałam, jak cenne jest zaspokojenie takich podstawowych potrzeb. Wtedy postanowiłam, niezależnie od moich obaw i wahań, ponownie zobaczyć się z dziewczyną.

Przynajmniej spróbuję, pomyślałam następnego ranka, gdy się obudziłam i sztywna zwlekłam się z szezlonga, na którym przespałam całą noc. Wrócę do kratki kanalizacyjnej, ale nie ma przecież pewności, że ona tam będzie. Ubrałam się i zeszłam na śniadanie, obmyślając, jak potajemnie wrócić w miejsce, gdzie spotkałam dziewczynę. Wymyśliłam kilka wymówek, które mogłabym przedstawić Anie Luci, gdyby spytała mnie, dokąd idę. Na szczęście jej przyjęcie przeciągnęło się tak długo w noc, że w ogóle nie przyszła na śniadanie.

Włożyłam płaszcz i kapelusz, przygotowując się do wyjścia, ale wtedy jeszcze raz się zatrzymałam. Powinnam coś zanieść tej dziewczynie. Uznałam, że to powinno być jedzenie, pamiętając, jak blado i mizernie wyglądała. Poszłam do kuchni. Przypomniałam sobie zapach wspaniałego placka z wiśniami Hanny, w nadziei że może coś zostało z wczorajszej kolacji. Jednak Hanna utrzymywała kuchnię w nieskazitelnym stanie, zgodnie z wymaganiami mojej macochy, i nie było żadnych resztek czy rozsypanych okruchów. Sięgnęłam do pojemnika z chlebem, wydostałam ciasno zawinięty bochenek, oderwałam tyle, na ile się odważyłam, i schowałam ten kawałek do kieszeni. Potem wyszłam z domu.

Na zewnątrz zobaczyłam, że niebo jest przesłonięte szarymi chmurami. Kwietniowe powietrze nadal było raczej mroźne niż wiosenne. Tym razem wsiadłam do tramwaju, bo nie miałam odpowiedniej wymówki, by być poza domem tak długo jak wtedy, gdy szukałam wiśni. Nie chciałam, żeby Ana Lucia zorientowała się, że mnie nie ma, i zaczęła zadawać pytania. Gdy tramwaj wlókł się przez most na Wiśle, przyglądałam się nieznanej przemysłowej okolicy na drugim brzegu. Znowu miałam wątpliwości: po co w ogóle wracać i spotykać się z dziewczyną? Nie znałam jej, a było to wielkie ryzyko. Gdyby mnie złapano, mogłabym zostać aresztowana albo nawet gorzej. Jednak z jakichś powodów nie umiałam zawrócić.

Dotarłam na rynek na Dębnikach tuż przed dziesiątą. Kilku mieszkańców, którzy mieli na to dość odwagi, szło do kościoła. Było ponad godzinę wcześniej niż wczoraj, gdy po spotkaniu z Krzysiem, przyszłam tu po raz pierwszy. Zganiłam się, że powinnam była poczekać trochę dłużej. Przyjście nad kratkę kanalizacyjną o tej samej porze na pewno dawało większą szansę na ponowne ujrzenie dziewczyny. Poszłam na plac targowy, rozglądając się powoli wokół dla zabicia czasu. Ale to była niedziela i większość stoisk nie działała. Nie mogłam być poza domem tak długo, więc po piętnastu minutach ruszyłam za róg w stronę kratki kanalizacyjnej.

Zerknęłam w dół, ale nie zobaczyłam nic prócz ciemności. Czekałam w niepewności, ale miałam nadzieję, że może dziewczyna wkrótce się pojawi. Zobaczyłam, że kilka osób idących do kościoła ciekawie spogląda w głąb alejki i zauważa mnie, przechodząc. Moje zdenerwowanie rosło. Nie ośmieliłam się stać zbyt długo obok kratki i zaglądać w dół, by ktoś nie dostrzegł mojego niecodziennego zachowania i nie spytał mnie o to albo nie wskazał mnie policji, która zdawała się czyhać na każdym rogu.

Minęło kilka minut, rozległy się kościelne dzwony, oznaczające początek niedzielnej mszy. Przestrzeń pod kratką nadal była pusta. Przygnębiona zamierzałam odejść. Jednak chwilę potem w ciemnościach pod kratką coś się poruszyło. Przyszła! Byłam coraz bardziej podniecona. Sytuacja, którą od wczoraj tylko sobie wyobrażałam, nagle stała się rzeczywistością.

Dziewczyna patrzyła na mnie przez kilka sekund, dwoje ciemnych oczu błyszczało w świetle jak u przerażonego zwierzęcia złapanego w pułapkę. Teraz mogłam przyjrzeć się jej bliżej. Miała na nosie delikatne piegi i wyszczerbiony przedni ząb. Jej skóra była tak blada, że niemal przezroczysta, a żyły tworzyły pod nią coś w rodzaju mapy. Wyglądała jak porcelanowa laleczka, która w każdej chwili może się stłuc.

- Co robisz tam na dole? - spytałam.

Dziewczyna otworzyła usta, jakby miała zamiar odpowiedzieć. Potem, jakby chciała się lepiej zastanowić, odwróciła wzrok. Zagadnęłam znowu.

- Potrzebujesz pomocy?

Nie byłam pewna, co jeszcze powiedzieć. Dziewczyna nie wyglądała na chętną do rozmowy, ale została na miejscu, patrząc na mnie do góry. Pomyślałam sobie: "Daj jej chleb i odejdź!". Sięgnęłam do kieszeni i wyjęłam skibkę, a potem uklękłam obok kratki.

Zaczęłam się pochylać, ale wtedy się zawahałam. Przypomniał mi się widok sprzed kilku lat, gdy znalazłam na ulicy zabłąkanego psa. Przyniosłam go dumna do domu, ale Ana Lucia skrzywiła się. Macocha nie cierpiała zwierząt i bałaganu, więc byłam pewna, że każe mi go zanieść z powrotem. Ku mojemu zdumieniu, nie zrobiła tego.

- Teraz gdy go wzięłaś, będziesz musiała się nim opiekować.

Chociaż macocha była okropna, miała poczucie obowiązku. Kazała mi karmić psa i wychodzić z nim na spacer, aż do czasu, gdy zdechł kilka miesięcy później.

Okropnie było porównywać tę biedną dziewczynę z kanału do zwierzęcia, ale wiedziałam, że jeśli teraz jej pomogę, w jakiś sposób stanę się za nią odpowiedzialna, a to mnie przerażało.

Wepchnęłam chleb przez kratkę.

- Proszę!

Dziewczyna była kilkadziesiąt centymetrów poniżej mnie, a ponieważ chleb leciał trochę na lewo od niej, obawiałam się, że go nie złapie. Jednak poruszała się z zadziwiającą prędkością i rzuciła się, by go schwycić. Gdy zobaczyła, że to jedzenie, oczy rozszerzyły jej się z radości.

- Dziękuję bardzo.

Uśmiechnęła się szeroko, a radość, jaką sprawił jej taki mały kawałek chleba, ugodziła mnie w samo serce.

Spodziewałam się, że natychmiast go pochłonie, ale nie zrobiła tego.

- Muszę się nim podzielić - wyjaśniła, wkładając chleb do kieszeni.

- Ilu was tam jest?

Zawahała się, jakby niepewna, czy odpowiedzieć.

- Pięcioro. Moja mama, ja i jeszcze jedna rodzina.

Wtedy zobaczyłam rozdarcie na jej rękawie, ślad przebiegający równo po obwodzie, tam gdzie zostały wyrwane szwy mocujące materiał. Wstrzymałam oddech. Dziewczyna nosiła opaskę z niebieską gwiazdą, tak jak moja koleżanka szkolna Miriam.

- Jesteście Żydami?

Skinęła podbródkiem na znak potwierdzenia. Oczywiście, domyślałam się tego. Z jakiego innego powodu ktoś ukrywałby się w kanałach?

- Jesteście z getta? - spytałam.

- Nie! - rzuciła, wyraźnie urażona. - Getto to było miejsce, gdzie przebywaliśmy przez kilka okropnych miesięcy, ale to nie był mój dom. Pochodzę z Krakowa, tak jak ty. Przed wojną mieszkaliśmy przy ulicy Meiselsa.

- Oczywiście - odparłam szybko, jakby skarcona. - Chodziło mi tylko o to, że wcześniej przebywałaś w getcie?

- Tak - powiedziała cicho.

Mój wzrok powędrował wzdłuż drogi na wschód. Kilka lat temu Niemcy zbudowali otoczone wysokim murem getto na Podgórzu, w dzielnicy leżącej tylko kilka kilometrów dalej na wschód, na brzegu rzeki, i zmusili wszystkich Żydów z Krakowa i okolicznych wiosek, by się tam przenieśli. Potem, co aż nieprawdopodobne, opróżnili getto, odsyłając dokądś wszystkich mieszkańców.

- Kiedy Niemcy likwidowali getto, udało nam się uciec do kanału.

- Ale to się zdarzyło ponad miesiąc temu.

Przypomniałam sobie, jak słyszałam, że Niemcy zabierają ostatnich Żydów z getta na Podgórzu. Nie wiedziałam, gdzie ich wysyłają. Ale teraz zrozumiałam, że z tego właśnie powodu ta dziewczyna się ukryła.

- Od tamtego czasu jesteście w kanale?

Dziewczyna skinęła głową. Przebiegł mnie dreszcz. Mieszkanie w kanale było czymś strasznym. Jednak gdziekolwiek Żydów wywieziono, to musiało być jeszcze gorsze. Zejście do podziemi niewątpliwie uchroniło ją od takiego losu.

- Jak długo tu zostaniecie? - spytałam.

- Aż do końca wojny.

- Ale to może trwać lata! - wybuchłam.

- Naprawdę nie mamy dokąd pójść.

Jej głos brzmiał spokojnie; pogodziła się z sytuacją. Podziwiałam jej determinację; nie sądziłam, że mogłabym przetrwać nawet godzinę w kanale, gdyby mnie to spotkało. Wzbierało we mnie współczucie. Chciałam zrobić coś więcej, żeby jej pomóc, ale nie wiedziałam co. Wyjęłam monetę z kieszeni i wsunęłam ją przez kratę. Upadła z brzękiem na ziemię, a dziewczyna skoczyła, by ją podnieść z błota.

- To bardzo miłe, ale nie mamy jak jej wykorzystać tu na dole - powiedziała.

- Nie, jasne, że nie - odparłam, głupio się czując. - Przepraszam, ale nie mam więcej jedzenia.

- Czy ze swojego okna widzisz niebo? - spytała gwałtownie.

- Tak, oczywiście. - Pytanie wydało mi się dziwne.

- I wszystkie gwiazdy?

Kiwnęłam głową.

- Tak bardzo za tym tęsknię! Tu z dołu widzę zaledwie wąski skrawek nieba.

- I co? - Nie chciałam, by to brzmiało niegrzecznie, ale biorąc pod uwagę jej sytuację, nie wydawało mi się to warte zmartwienia. - Czy wszystkie gwiazdy nie są takie same?

- Oczywiście że nie! Każda należy do innego zbioru. Kasjopeja, Wielki Wóz...

Powiedziałabym, że była mądra w sposób, który przypominał mi moją przyjaciółkę Miriam.

- Skąd wiesz tyle na temat gwiazd?

- Lubię całą naukę, ale astronomia jest jedną z moich ulubionych dziedzin. Ojciec i ja często chodziliśmy na dach naszej kamienicy oglądać gwiazdy.

Jej oczy były pełne smutku. Zanim znalazła się w kanale, miała swoje życie, które teraz przepadło.

- A twój ojciec, czy jest tu z tobą w kanale?

Potrząsnęła głową.

- Zmarł zaraz po naszej ucieczce z getta. Utonął w kanale.

- Och! - Nie wyobrażałam sobie, że woda w podziemiach jest na tyle szeroka i głęboka, by w niej utonąć. - Jakie to straszne. Mój tato także zmarł podczas wojny. Przykro mi, że twój też.

- Dziękuję, także współczuję.

- Ella? - rozległ się za mną jakiś głos.

Zrobiłam zwrot, potykając się, bo chciałam się szybko wyprostować. Nie spodziewałam się, że usłyszę swoje imię w tak odległej części miasta. Zastygłam w bezruchu, modląc się, by dziewczyna zniknęła z pola widzenia.

Potem, gdy się odwróciłam, zobaczyłam Krzysia.

- Krzyś. - Byłam wytrącona z równowagi tym niespodziewanym spotkaniem i od razu zalała mnie fala rozmaitych emocji. Ogarnęło mnie szczęście i poczułam przypływ ciepła jak zawsze, gdy go widziałam, a jednocześnie gniew i smutek, gdy przypomniałam sobie, że ze mną zerwał, i to wszystko, czego już nie było między nami. I zdziwienie: jak mnie tu znalazł?

Krzyś pomógł mi utrzymać się na nogach. Wyglądał jeszcze przystojniej niż zwykle, z lekkim zarostem podkreślającym mocną szczękę i błękitnymi oczami błyszczącymi pod głęboko nasuniętą czapką. Położył niezręcznie dłoń na mojej, a przeze mnie przebiegł prąd. Tyle że nie jesteśmy już parą - przypomniałam sobie. Raz jeszcze poczułam się odrzucona. Zrobiłam krok w tył. Wyszłam z domu w pośpiechu, więc włosy miałam w nieładzie, a sukienka była ubrudzona na brzegu ziemią, na której klęczałam. Odwróciłam wzrok, nie patrząc mu w oczy.

- To dość dziwna okolica jak na ciebie - zauważył. - Co u licha tu robisz?

- Mogłabym zapytać cię o to samo - powiedziałam, chcąc zyskać na czasie. Wtedy przypomniałam sobie cel wczorajszej wyprawy. - Przyszłam kupić wiśnie potrzebne mojej macosze.

Ta wymówka brzmiała nieprawdopodobnie, bo była niedziela, ale nic lepszego nie wymyśliłam.

- Wykonujesz polecenia Any Luci? - Uśmiechnął się. - To dziwne.

Moja niechęć do macochy wielokrotnie stanowiła temat naszych żartów. Teraz ta uwaga była zbyt osobista, nie na miejscu.

- Po prostu staram się być użyteczna - powiedziałam chłodno, nie chcąc już śmiać się razem z nim.

- Mogę pomóc ci poszukać - zaproponował.

- Nie ma potrzeby, dam sobie radę - odparłam dumnie. - Dziękuję.

Kiedyś mogłabym przyjąć jego pomoc, ale teraz było to jak w innym życiu.

Opuścił wzrok, przestępując z nogi na nogę.

- Ella, co do wczorajszego... Chciałbym, żebyś pozwoliła mi wyjaśnić...

- Raczej nie - powiedziałam szybko, przerywając mu.

Długa lista wyjaśnień, dlaczego nie widzi mnie już w swoim dalszym życiu, była ostatnią rzeczą, której bym pragnęła. Krzyś nie zmienił zdania. Raczej próbowałby usprawiedliwić swoją decyzję, dlaczego już nie jest ze mną. Dalsze omawianie tej sprawy sprawiłoby mi tylko niepotrzebny ból.

Staliśmy, przyglądając się sobie nawzajem przez kilka sekund, bez słowa. Jego wzrok powędrował ponad moje ramię. Spojrzałam tam i zobaczyłam na rogu polskiego policjanta, który nas obserwował.

- Musisz uważać, Ella - powiedział Krzyś. - Na ulicach jest niebezpiecznie, a będzie jeszcze gorzej.

Nadal się o mnie niepokoił, przynajmniej to było jasne. Ale to nie wystarczało, żeby chciał być ze mną.

- Powinniśmy stąd iść - powiedziałam.

- Ella... - zaczął. Ale cóż więcej tu było do powiedzenia?

- Żegnaj, Krzysiu. - Odwróciłam się od niego, nie chcąc patrzeć, jak znowu ode mnie odchodzi.