Kobieta w klatce - Jussi Adler-Olsen

-
Proszę czekać

4

2007

Har­dy Hen­ning­sen był naj­wyż­szym czło­wie­kiem, jaki kie­dy­kol­wiek pra­co­wał w Ko­men­dzie Głów­nej. W pa­pie­rach miał wpi­sa­ne dwa me­try sie­dem cen­ty­me­trów, ale mu­siał mie­rzyć wię­cej. Pod­czas za­trzy­ma­nia to Har­dy za­wsze mó­wił - po to, żeby lu­dzie mu­sie­li za­dzie­rać gło­wy, gdy od­czy­ty­wa­no ich pra­wa. Na więk­szo­ści ro­bi­ło to trwa­łe wra­że­nie.

Obec­nie wzrost Har­dy'ego nie sta­no­wił za­le­ty. We­dług Car­la jego dłu­gie, spa­ra­li­żo­wa­ne nogi nig­dy nie były do koń­ca wy­pro­sto­wa­ne. Carl pro­po­no­wał już pie­lę­gniar­ce usu­nię­cie przed­niej ścian­ki łóż­ka, ale naj­wy­raź­niej jej kom­pe­ten­cje nie się­ga­ły tak da­le­ko.

Har­dy nie od­zy­wał się do ni­ko­go. Jego te­le­wi­zor włą­czo­ny był całą dobę, lu­dzie wcho­dzi­li i wy­cho­dzi­li z po­miesz­cze­nia, a on nie re­ago­wał. Le­żał w Kli­ni­ce Ura­zów Rdze­nia Krę­go­we­go w Hornbk i usi­ło­wał żyć. Prze­żu­wać je­dze­nie, po­ru­szać lek­ko ra­mie­niem - naj­da­lej wy­su­nię­tym na po­łu­dnie od szyi miej­scem, nad któ­rym miał kon­tro­lę, i po­zwa­lać pie­lę­gnia­rzom na ma­new­ro­wa­nie jego spa­ra­li­żo­wa­nym, nie­zbor­nym cia­łem. Pa­trzył tyl­ko w su­fit, gdy myli mu kro­cze, wkłu­wa­li w nie­go igły, opróż­nia­li wo­rek na fe­ka­lia. Nie, Har­dy nie mó­wił już za wie­le.

- Wró­ci­łem na ko­men­dę, Har­dy - po­wie­dział Carl, wy­gła­dza­jąc mu koł­drę. - Pra­cu­ją nad spra­wą peł­ną parą. Cho­ciaż jesz­cze ni­cze­go nie zna­leź­li, to na pew­no znaj­dą tego, co do nas strze­lał.

Cięż­kie po­wie­ki Har­dy'ego nie po­ru­szy­ły się na­wet o mi­li­metr. Nie za­szczy­cił spoj­rze­niem ani Car­la, ani pa­te­tycz­ne­go, ja­ło­we­go re­por­ta­żu sta­cji TV2 News o wy­sie­dla­niu mło­dzie­ży z Ung­dom­shu­set. Wi­dać było go­łym okiem, że jest mu wszyst­ko jed­no. Nie było w nim już na­wet gnie­wu. Carl ro­zu­miał go le­piej niż kto­kol­wiek inny. Choć nie oka­zy­wał tego Har­dy'emu, jemu też to wszyst­ko zwi­sa­ło. Nie mia­ło naj­mniej­sze­go zna­cze­nia, kto ich po­strze­lił. Co by to mo­gło zmie­nić? Nie ten, to inny. Ta­kich śmie­ci było wśród lu­dzi wy­star­cza­ją­co dużo.

Ski­nął pie­lę­gniar­ce, któ­ra przy­szła z nową kro­plów­ką. Ostat­nim ra­zem usi­ło­wa­ła go wy­pro­sić, kie­dy do­pro­wa­dza­ła Har­dy'ego do po­rząd­ku. Nie­wie­le wskó­ra­ła i było ja­sne, że o tym pa­mię­ta.

- O, już pan jest? - spy­ta­ła kwa­śno i spoj­rza­ła na ze­ga­rek.

- Bar­dziej mi pa­su­je przy­cho­dzić tu przed pra­cą. To ja­kiś pro­blem?

Jesz­cze raz spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Całe szczę­ście za­czy­nał pra­cę póź­niej niż więk­szość.

Pie­lę­gniar­ka pod­nio­sła ra­mię Har­dy'ego i spraw­dzi­ła kro­plów­kę tkwią­cą w grzbie­cie dło­ni. Po chwi­li otwo­rzy­ły się drzwi i we­szła pierw­sza fi­zjo­te­ra­peut­ka. Cze­ka­ła ją cięż­ka pra­ca.

Carl po­kle­pał prze­ście­ra­dło w miej­scu, pod któ­rym ry­so­wał się kon­tur pra­wej ręki Har­dy'ego.

- Te baby chcą cię te­raz mieć tyl­ko dla sie­bie, więc zmy­kam, Har­dy. Ju­tro rano przyj­dę tro­chę wcze­śniej, to po­ga­da­my. Trzy­maj się cie­pło.

Wy­szedł na ko­ry­tarz oto­czo­ny za­pa­chem me­dy­ka­men­tów i oparł się o ścia­nę. Ko­szu­la kle­iła mu się do cia­ła, a pla­my pod pa­cha­mi szyb­ko się po­więk­sza­ły. Nie­wie­le było mu trze­ba po tam­tej strze­la­ni­nie.

Har­dy, Carl i An­ker jak zwy­kle do­tar­li na miej­sce za­bój­stwa na Ama­ger przed wszyst­ki­mi po­zo­sta­ły­mi i sta­li już w bia­łych jed­no­ra­zo­wych kom­bi­ne­zo­nach, ma­secz­kach chi­rur­gicz­nych, rę­ka­wicz­kach i czep­kach na gło­wach, jak prze­wi­dy­wa­ły pro­ce­du­ry. Za­le­d­wie pół go­dzi­ny wcze­śniej zna­le­zio­no star­sze­go czło­wie­ka z gwoź­dziem w gło­wie. Eki­pa z Ko­men­dy Głów­nej w Ko­pen­ha­dze była nie­za­wod­na.

Do oglę­dzin zwłok po­zo­sta­ło im spo­ro cza­su. Szef Wy­dzia­łu Za­bójstw był na ja­kimś spo­tka­niu z ko­men­dan­tem po­li­cji do­ty­czą­cym re­struk­tu­ry­za­cji, ale nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że zja­wi się z le­ka­rzem są­do­wym tak szyb­ko, jak tyl­ko bę­dzie mógł. Żad­ne biu­ro­we pier­do­ły nie mo­gły utrzy­mać Mar­cu­sa Ja­cob­se­na z dala od miej­sca zbrod­ni.

- Wo­kół domu nie ma za dużo ro­bo­ty dla tech­ni­ków - po­wie­dział An­ker, przy­ci­ska­jąc bu­tem grunt roz­mię­kły po noc­nych opa­dach.

Carl ro­zej­rzał się. Oprócz śla­dów drew­nia­ków są­sia­da nie było zbyt wie­lu od­ci­sków wo­kół ba­ra­ku - jed­ne­go z tych wy­prze­da­wa­nych przez woj­sko w la­tach sześć­dzie­sią­tych. Wte­dy ba­ra­ki wy­glą­da­ły ład­nie, ale do­bre cza­sy tego tu­taj już mi­nę­ły. Dach był za­pad­nię­ty, papa cała po­ora­na, bra­ko­wa­ło dwóch de­sek w fa­sa­dzie; wil­goć też zro­bi­ła swo­je. Na­wet ta­blicz­ka z na­zwi­skiem, na któ­rej czar­nym fla­ma­strem na­pi­sa­no "Georg Mad­sen", była na wpół zgni­ła. Do tego do­cho­dził tru­pi odór, są­czą­cy się na ze­wnątrz przez wszyst­kie szcze­li­ny. Ogól­nie rzecz bio­rąc, dom był w gów­nia­nym sta­nie.

- Po­roz­ma­wiam z są­sia­dem - po­wie­dział An­ker i ob­ró­cił się ku czło­wie­ko­wi, któ­ry od pół­go­dzi­ny stał i cze­kał. Do we­ran­dy jego ma­łe­go go­spo­dar­stwa było naj­wy­żej pięć me­trów. Gdy ba­rak zo­sta­nie zbu­rzo­ny, wi­dok z jego domu z pew­no­ścią znacz­nie się po­pra­wi.

Har­dy nie­źle zno­sił odór zwłok. Może dla­te­go, że był wy­so­ki i to, co naj­gor­sze, nie do­cie­ra­ło na jego po­ziom, a może dla­te­go, że zmysł wę­chu miał mniej czu­ły niż inni. Tym ra­zem było wy­jąt­ko­wo źle.

- Kur­wa, co za syf! - burk­nął Carl, gdy sta­li w ko­ry­ta­rzu, na­cią­ga­jąc na buty nie­bie­skie fo­lio­we ochra­nia­cze.

- Otwo­rzę okno - za­pro­po­no­wał Har­dy i wszedł do po­miesz­cze­nia znaj­du­ją­ce­go się obok klau­stro­fo­bicz­ne­go przed­sion­ka.

Carl pod­szedł do drzwi pro­wa­dzą­cych do nie­du­że­go po­ko­ju dzien­ne­go. Przez za­cią­gnię­tą ro­le­tę wpa­da­ło nie­wie­le świa­tła, ale wy­star­cza­ją­co, by uj­rzeć po­stać sie­dzą­cą w prze­ciw­le­głym ką­cie po­ko­ju, z sza­ro­zie­lo­ną skó­rą i głę­bo­ki­mi pęk­nię­cia­mi w pę­cher­zach po­kry­wa­ją­cych całą twarz. Z nosa są­czył się rzad­ki czer­wo­na­wy płyn, a za­pię­ta na gu­zi­ki ko­szu­la nie­mal eks­plo­do­wa­ła pod na­po­rem spuch­nię­te­go tu­ło­wia. Jego oczy przy­po­mi­na­ły ste­ary­nę.

- Gwóźdź w jego gło­wie zo­stał wy­strze­lo­ny z ga­zo­we­go pi­sto­le­tu na gwoź­dzie Pa­slo­de - ode­zwał się z tyłu Har­dy, za­kła­da­jąc ba­weł­nia­ne rę­ka­wicz­ki. - Leży na sto­le w dru­gim po­ko­ju. Jest też wkrę­tar­ka, jesz­cze na­ła­do­wa­na. Pa­mię­taj, że­by­śmy spraw­dzi­li, jak dłu­go może wy­trzy­mać aku­mu­la­tor.

Gdy tak sta­li i roz­glą­da­li się wo­kół, wró­cił An­ker.

- Są­siad miesz­ka tu od 16 stycz­nia - oznaj­mił. - Czy­li od dzie­się­ciu dni, i w tym cza­sie nie wi­dział, żeby zmar­ły opusz­czał dom.

Wska­zał na cia­ło i ro­zej­rzał się po po­ko­ju.

- Sia­dy­wał na we­ran­dzie, na­pa­wa­jąc się glo­bal­nym ocie­ple­niem, dla­te­go zwró­cił uwa­gę na smród. Bie­dak jest w szo­ku. Może niech le­karz są­do­wy rzu­ci na nie­go okiem po oglę­dzi­nach zwłok.

To, co wy­da­rzy­ło się za­raz po­tem, Carl po­tra­fił póź­niej opi­sać je­dy­nie ogól­ni­ko­wo i tym trze­ba się było za­do­wo­lić. We­dług opi­nii więk­szo­ści on sam był nie­przy­tom­ny. Ale to nie­praw­da. Pa­mię­tał wszyst­ko aż zbyt do­kład­nie. Nie miał po pro­stu ocho­ty wda­wać się w szcze­gó­ły.

Sły­szał, jak ktoś wcho­dzi przez drzwi ku­chen­ne, ale nie za­re­ago­wał. Może przez ten odór, może my­ślał, że to tech­ni­cy.

Kil­ka se­kund póź­niej za­re­je­stro­wał ką­tem oka po­stać w czer­wo­nej ko­szu­li w kra­tę, któ­ra wtar­gnę­ła do po­ko­ju. Po­my­ślał o tym, żeby wy­cią­gnąć pi­sto­let, ale tego nie zro­bił. Za­wiódł go re­fleks. Po­czuł za to, jak ogar­nia go fala szo­ku, gdy pierw­szy strzał tra­fił Har­dy'ego w ple­cy w taki spo­sób, że upadł na Car­la, przy­gważ­dża­jąc go do pod­ło­gi. Ogrom­ny cię­żar prze­strze­lo­ne­go cia­ła Har­dy'ego wy­giął krę­go­słup Car­la w łuk i zmiaż­dżył mu ko­la­no.

Wte­dy pa­dły ko­lej­ne strza­ły, któ­re tra­fi­ły An­ke­ra w klat­kę pier­sio­wą, a Car­la w skroń. Pa­mię­tał do­sko­na­le, jak le­żał pod ła­pią­cym go­rącz­ko­wo po­wie­trze Har­dym i jak krew Har­dy'ego prze­są­cza­ła się przez ubra­nie i mie­sza­ła z jego wła­sną na pod­ło­dze. I gdy czy­jeś nogi po­ru­sza­ły się tuż obok nie­go, my­ślał cią­gle, że po­wi­nien wy­do­być pi­sto­let.

Za nim le­żał na zie­mi An­ker, pró­bu­jąc się ob­ró­cić, pod­czas gdy prze­stęp­cy roz­ma­wia­li w ma­łym po­ko­ju za przed­sion­kiem. Po kil­ku se­kun­dach byli z po­wro­tem w sa­lo­nie. Carl usły­szał, jak An­ker roz­ka­zu­je im, by się za­trzy­ma­li. Póź­niej do­wie­dział się, że An­ker wy­cią­gnął pi­sto­let.

Od­po­wie­dzią na roz­kaz był ko­lej­ny strzał, któ­ry tra­fił An­ke­ra pro­sto w ser­ce i spra­wił, że pod­ło­ga za­drża­ła.

To nie trwa­ło dłu­go. Prze­stęp­cy wy­mknę­li się ku­chen­ny­mi drzwia­mi. Carl się nie po­ru­szał. Le­żał zu­peł­nie spo­koj­nie. Na­wet gdy po­ja­wił się le­karz są­do­wy, nie da­wał zna­ku ży­cia. Póź­niej obaj - le­karz są­do­wy i szef Wy­dzia­łu Za­bójstw - mó­wi­li, że my­śle­li z po­cząt­ku, że Carl nie żyje.

Carl le­żał dłu­go ni­czym w omdle­niu, z gło­wą peł­ną roz­pacz­li­wych my­śli. Zmie­rzy­li mu puls i za­bra­li z po­zo­sta­łą trój­ką. Do­pie­ro w szpi­ta­lu otwo­rzył oczy. Mó­wi­li, że miał mar­twe spoj­rze­nie.

My­śle­li, że to szok, ale to był wstyd.

- Mogę ja­koś po­móc? - spy­tał fa­cet po trzy­dzie­st­ce ubra­ny w ki­tel.

Carl ode­rwał się od ścia­ny.

- Wła­śnie by­łem u Har­dy'ego Hen­ning­se­na.

- Aha, u Har­dy'ego. Jest pan człon­kiem ro­dzi­ny?

- Nie, je­stem jego ko­le­gą. By­łem sze­fem ze­spo­łu Har­dy'ego w Wy­dzia­le Za­bójstw.

- Ach tak!

- Ja­kie są ro­ko­wa­nia Har­dy'ego? Bę­dzie mógł cho­dzić?

Mło­dy le­karz lek­ko się cof­nął. Od­po­wiedź zo­sta­ła udzie­lo­na. To nie była spra­wa Car­la, jak czu­je się jego pa­cjent.

- Nie­ste­ty nie mogę udzie­lać in­for­ma­cji oso­bom spo­za ro­dzi­ny. Na pew­no pan to ro­zu­mie.

Carl chwy­cił le­ka­rza za rę­kaw.

- By­łem z nim, gdy to się sta­ło, ro­zu­mie pan? Mnie też po­strze­lo­no. Je­den z na­szych ko­le­gów zo­stał za­bi­ty. By­li­śmy tam ra­zem i dla­te­go chcę wie­dzieć. Czy on bę­dzie mógł cho­dzić? Może mi pan to po­wie­dzieć?

- Przy­kro mi. - Le­karz strzą­snął dłoń Car­la z rę­ka­wa. - Na pew­no może się pan do­wie­dzieć o sta­nie Har­dy'ego Hen­ning­se­na za po­śred­nic­twem pra­co­daw­cy, ale ja nie mogę udzie­lić panu tej in­for­ma­cji. Każ­dy z nas musi pil­no­wać swo­ich obo­wiąz­ków.

Le­d­wie wy­czu­wal­ny, wy­uczo­ny ton le­kar­skie­go au­to­ry­te­tu, wy­nio­sła ar­ty­ku­la­cja i lek­ko unie­sio­ne brwi z pew­no­ścią nie za­ska­ki­wa­ły, ale i tak za­dzia­ła­ły na Car­la jak płach­ta na byka. Mógł wal­nąć fa­ce­ta w łeb, ale zde­cy­do­wał się, by chwy­cić go za koł­nierz i przy­cią­gnąć na wy­so­kość swo­jej twa­rzy.

- Pil­nuj swo­ich obo­wiąz­ków - wark­nął. - Le­piej za­bie­raj tę swo­ją ośli­zgłą bur­żuj­ską mor­dę i spie­przaj, tyl­ko uwa­żaj, że­byś nie do­stał za­dysz­ki, zro­zu­mia­łeś?

Szarp­nął za koł­nierz, aż le­karz za­czął się trząść.

- Kie­dy two­ja cór­ka nie wró­ci na dwu­dzie­stą dru­gą, jak po­win­na, to my za­su­wa­my, żeby ją zna­leźć. Kie­dy two­ja żona zo­sta­nie zgwał­co­na albo kie­dy znik­nie z par­kin­gu two­je gów­nia­ne be­żo­we bmw, to też się tym zaj­mie­my. Je­ste­śmy za­wsze do usług, na­wet jak trze­ba cię po­cie­szać, ro­zu­miesz, gnoj­ku? Py­tam jesz­cze raz: czy Har­dy bę­dzie mógł cho­dzić?

Le­karz wcią­gnął po­wie­trze gwał­tow­nym hau­stem, gdy Carl pu­ścił jego koł­nierz.

- Jeż­dżę mer­ce­de­sem i nie je­stem żo­na­ty - wy­du­sił z sie­bie. My­ślał, że ro­zu­mie, w ja­kim sta­nie znaj­du­je się te­raz Carl. Naj­wy­raź­niej li­znął to i owo na kur­sie psy­cho­lo­gii, upchnię­tym gdzieś mię­dzy wy­kła­da­mi z ana­to­mii. Pew­nie się na­uczył, że odro­bi­na hu­mo­ru po­tra­fi roz­bro­ić każ­de­go, ale na Car­la to nie za­dzia­ła­ło.

- Spa­daj do mi­ni­stra zdro­wia i do­wiedz się, co to jest aro­gan­cja, gów­nia­rzu - po­wie­dział Carl i ode­pchnął go. - Je­steś nie­do­uczo­ny.

Cze­ka­li na nie­go w jego biu­rze, obaj - szef Wy­dzia­łu Za­bójstw i mały Lars Bj?rn. Nie­po­ko­ją­cy znak, że le­kar­skie wo­ła­nie o po­moc do­tar­ło poza gru­be mury kli­ni­ki. Przez chwi­lę mie­rzył ich wzro­kiem. Nie, wy­glą­da­ło ra­czej na to, że ja­kiś kre­tyń­ski po­mysł strze­lił im do tych biu­ro­kra­tycz­nych łbów. Wy­pa­try­wał ich po­ro­zu­mie­waw­czych spoj­rzeń. A może to wszyst­ko za­la­ty­wa­ło in­ter­wen­cją kry­zy­so­wą? Mie­li­by go znów zmu­sić do roz­mo­wy z psy­cho­lo­giem o tym, jak zwal­czać trau­my po­ura­zo­we? Czy moż­na się było spo­dzie­wać ko­lej­ne­go czło­wie­ka o prze­ni­kli­wym wzro­ku, chcą­ce­go prze­do­stać się do naj­mrocz­niej­szych za­ka­mar­ków umy­słu Car­la, żeby od­kryć to, co wy­po­wie­dzia­ne i nie­wy­po­wie­dzia­ne? Mo­gli so­bie da­ro­wać, bo Carl i tak wie­dział le­piej. Pro­ble­mu, któ­ry miał, nie moż­na było roz­wią­zać po­przez roz­mo­wę. Miał go od daw­na, a epi­zod na Ama­ger wy­trą­cił go tyl­ko z rów­no­wa­gi.

Mo­gli się wszy­scy wy­pchać.

- Carl - po­wie­dział szef Wy­dzia­łu Za­bójstw i ski­nął gło­wą w kie­run­ku jego pu­ste­go krze­sła.

- Dys­ku­to­wa­li­śmy z Lar­sem o two­jej sy­tu­acji i mo­że­my po­wie­dzieć, że pod wie­lo­ma wzglę­da­mi je­ste­śmy na roz­dro­żu.

To za­brzmia­ło jak zwol­nie­nie. Carl za­czął bęb­nić pal­ca­mi o kant sto­łu, spo­glą­da­jąc po­nad gło­wą sze­fa. Chce go wy­lać? Nie pój­dzie mu tak ła­two.

Carl spoj­rzał przez okno na park Ti­vo­li, nad któ­rym kłę­bi­ły się groź­ne chmu­ry. Je­śli go wy­le­ją, opu­ści bu­dy­nek jesz­cze przed ule­wą. Nie ma mowy o me­dia­cjach. Pój­dzie pro­sto do sie­dzi­by związ­ku za­wo­do­we­go na bul­wa­rze An­der­se­na. Zwol­nić ko­goś za­le­d­wie ty­dzień po jego po­wro­cie z urlo­pu zdro­wot­ne­go i dwa mie­sią­ce po tym, jak zo­stał po­strze­lo­ny i stra­cił dwóch do­brych kum­pli z ze­spo­łu - to nie może ujść pła­zem. Naj­star­szy na świe­cie zwią­zek za­wo­do­wy po­li­cji po­ka­że, że jest go­dzien swo­jej wie­ko­wej re­no­my.

- Wiem, że to dla cie­bie za­sko­cze­nie, Carl, ale zde­cy­do­wa­li­śmy, że chce­my za­ofe­ro­wać ci małą zmia­nę kli­ma­tu, i to taką, któ­ra po­zwo­li jak naj­le­piej wy­ko­rzy­stać two­je do­sko­na­łe umie­jęt­no­ści de­tek­ty­wi­stycz­ne. Mó­wiąc krót­ko, chce­my cię awan­so­wać na sze­fa no­we­go wy­dzia­łu, De­par­ta­men­tu Q. Jego za­da­niem bę­dzie pro­wa­dze­nie nie­roz­wią­za­nych spraw o szcze­gól­nym zna­cze­niu dla do­bra pu­blicz­ne­go. Spraw pod spe­cjal­nym nad­zo­rem, moż­na po­wie­dzieć.

A niech mnie! - po­my­ślał Carl, od­chy­la­jąc się na krze­śle.

- Tak, bę­dziesz kie­ro­wał wy­dzia­łem sam, a kto się le­piej do tego na­da­je od cie­bie?

- Kto­kol­wiek inny! - od­parł i utkwił spoj­rze­nie w ścia­nie.

- Po­słu­chaj, Carl. Masz za sobą cięż­ki okres, a ta pra­ca jak­by zo­sta­ła dla cie­bie stwo­rzo­na! - po­wie­dział za­stęp­ca sze­fa.

A co ty o tym mo­żesz wie­dzieć, pa­lan­cie? - po­my­ślał Carl.

- Bę­dziesz kie­ro­wał wy­dzia­łem cał­ko­wi­cie sa­mo­dziel­nie. Wy­bie­rze­my kil­ka spraw na ob­ra­dach ko­men­dan­tów w okrę­gach, a ty sam usta­lisz ko­lej­ność i spo­sób po­stę­po­wa­nia. Do­sta­niesz od­dziel­ny bu­dżet na po­dró­że, bę­dziesz tyl­ko mu­siał skła­dać mie­sięcz­ny ra­port - do­dał szef.

Carl zmarsz­czył brwi.

- Ko­men­dan­tów? Tak po­wie­dzia­łeś?

- Tak, to ma być na ska­lę kra­ju. Dla­te­go już nie bę­dziesz mógł sie­dzieć ze swo­imi sta­ry­mi ko­le­ga­mi. Utwo­rzy­li­śmy nowy wy­dział tu, w ko­men­dzie, ale nie bę­dzie on z nami po­łą­czo­ny. Two­je biu­ro jest wła­śnie urzą­dza­ne.

Spryt­ne po­su­nię­cie, nie będą mu­sie­li słu­chać na­rze­kań - po­my­ślał Carl.

- No do­brze, a gdzie się mie­ści to biu­ro, je­śli wol­no spy­tać? - po­wie­dział.

W tym mo­men­cie szef uśmiech­nął się tro­chę ner­wo­wo.

- Gdzie mie­ści się two­je biu­ro? Chwi­lo­wo mie­ści się w piw­ni­cy, ale to się może póź­niej zmie­nić. Naj­pierw mu­si­my spraw­dzić, jak to bę­dzie funk­cjo­no­wać. Je­śli od­se­tek wy­ja­śnio­nych spraw bę­dzie przy­zwo­ity, to nie wia­do­mo, jak to się da­lej roz­wi­nie.

Carl po­now­nie spoj­rzał na chmu­ry. W piw­ni­cy, mó­wią. A więc cho­dzi o to, żeby go skru­szyć. Żeby po­czuł się jak wy­rzu­tek, żeby go zboj­ko­to­wać, od­izo­lo­wać i zdo­ło­wać. Tak jak­by to mia­ło ja­kieś zna­cze­nie, czy ma się to od­by­wać na gó­rze czy na dole. I tak bę­dzie ro­bić, co mu się żyw­nie po­do­ba, czy­li, o ile to moż­li­we, ab­so­lut­nie nic.

- A jak się ma Har­dy, tak poza tym? - za­py­tał szef po od­po­wied­nio dłu­giej prze­rwie.

Carl skie­ro­wał wzrok na swo­je­go prze­ło­żo­ne­go. To był pierw­szy raz, gdy go o to za­py­tał.

PROLOG

Pal­ce mia­ła całe we krwi od dra­pa­nia w gład­kie ścia­ny, a od wa­le­nia pię­ścia­mi w gru­be szy­by stra­ci­ła czu­cie w dło­niach. Co naj­mniej dzie­sięć razy pod­cho­dzi­ła po omac­ku do sta­lo­wych drzwi, wsu­wa­ła pa­znok­cie w szcze­li­nę i szar­pa­ła, ale drzwi były nie­wzru­szo­ne, a ich kra­wędź ostra.

W koń­cu, gdy pa­znok­cie za­czę­ły się od­ry­wać, upa­dła na lo­do­wa­tą pod­ło­gę, cięż­ko dy­sząc. Z wa­lą­cym ser­cem i sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi wpa­try­wa­ła się przez chwi­lę w przy­tła­cza­ją­cy mrok, po czym krzyk­nę­ła. Krzy­cza­ła, aż za­czę­ło dzwo­nić jej w uszach i stra­ci­ła głos.

Od­chy­li­ła gło­wę i znów po­czu­ła po­wiew świe­że­go po­wie­trza spod su­fi­tu. Może je­śli weź­mie roz­bieg i pod­sko­czy, uda jej się cze­goś chwy­cić. Może to coś da.

Tak, może te gnoj­ki z ze­wnątrz będą mu­sia­ły do niej wejść.

Je­śli wce­lu­je roz­ca­pie­rzo­ny­mi pal­ca­mi w oczy, może zdo­ła ich ośle­pić. Je­śli bę­dzie wy­star­cza­ją­co szyb­ka i nie za­wa­ha się, może się udać. Może się wy­mknie.

Po­ssa­ła krwa­wią­ce pal­ce, po­ło­ży­ła je na zie­mi i pod­nio­sła się.

Skie­ro­wa­ła wzrok w ciem­ność pod su­fi­tem. Może było za wy­so­ko, żeby tam do­się­gnąć. Może wca­le nie było cze­go się zła­pać. Ale mu­sia­ła spró­bo­wać. Co in­ne­go jej po­zo­sta­ło?

Naj­pierw zdję­ła ma­ry­nar­kę i sta­ran­nie uło­ży­ła ją w ką­cie, żeby się o nią nie po­tknąć. Po­de­rwa­ła się z pod­ło­gi i pod­sko­czy­ła, uno­sząc wy­pro­sto­wa­ne ręce tak wy­so­ko, jak tyl­ko mo­gła, ale na nic nie na­tra­fi­ła. Po­wtó­rzy­ła to jesz­cze kil­ka razy, po czym wy­co­fa­ła się pod ścia­nę, gdzie chwi­lę po­sta­ła, aby dojść do sie­bie. Gdy od­po­czę­ła, wzię­ła roz­bieg i z ca­łej siły rzu­ci­ła się w ciem­ność, wy­cią­ga­jąc ręce z na­dzie­ją. Przy lą­do­wa­niu po­śli­zgnę­ła się na gład­kiej pod­ło­dze. Upa­dła na bok. Za­ję­cza­ła gło­śno, ude­rzyw­szy bar­kiem o be­ton, i wy­da­ła z sie­bie okrzyk, gdy jej gło­wa po ze­tknię­ciu ze ścia­ną wy­peł­ni­ła się na­głą ja­sno­ścią.

Przez dłu­gi czas le­ża­ła zu­peł­nie spo­koj­nie. Chcia­ło jej się pła­kać, ale po­wstrzy­ma­ła się. Ci, któ­rzy ją uwię­zi­li, mo­gli­by to źle zro­zu­mieć. Po­my­śle­li­by, że jest bli­ska ka­pi­tu­la­cji. A było wręcz prze­ciw­nie.

Bę­dzie o sie­bie dbać. Dla nich jest ko­bie­tą w klat­ce, ale to ona de­cy­du­je o od­le­gło­ści mię­dzy prę­ta­mi. Bę­dzie przy­wo­ły­wać my­śli otwie­ra­ją­ce na świat i trzy­ma­ją­ce sza­leń­stwo na dy­stans. Nig­dy nie zmu­szą jej do zgię­cia kar­ku. Tak po­sta­no­wi­ła, le­żąc na pod­ło­dze, z pul­su­ją­cym od bólu bar­kiem i okiem tak opuch­nię­tym, że nie było go wi­dać.

Któ­re­goś dnia uda jej się uciec.

3

2007

Szef Wy­dzia­łu Za­bójstw Mar­cus Ja­cob­sen był ba­ła­ga­nia­rzem i nic so­bie z tego nie ro­bił. Ba­ła­gan był prze­cież tyl­ko zja­wi­skiem ze­wnętrz­nym. We­wnątrz czuł się wy­jąt­ko­wo do­brze zor­ga­ni­zo­wa­ny. W jego prze­ni­kli­wym mó­zgu spra­wy uło­żo­ne były w naj­więk­szym po­rząd­ku. Nig­dy nie gu­bił szcze­gó­łów. Na­wet po dzie­się­ciu la­tach ry­so­wa­ły się w jego pa­mię­ci ostre jak brzy­twa.

Tyl­ko w sy­tu­acjach ta­kich jak ta przed chwi­lą, gdy po­kój pę­kał w szwach od bacz­nie ob­ser­wu­ją­cych go bli­skich współ­pra­cow­ni­ków, któ­rzy mu­sie­li tło­czyć się wo­kół znisz­czo­nych sto­li­ków na kół­kach i stert akt, spo­glą­dał na ar­ma­ge­don swo­je­go biu­ra z pew­ną iry­ta­cją.

Pod­niósł wy­szczer­bio­ny ku­bek z Sher­loc­kiem Hol­me­sem i wziął duży łyk zim­nej kawy, my­śląc po raz dzie­sią­ty tego ran­ka o pacz­ce pa­pie­ro­sów le­żą­cej w kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Już nie moż­na było na­wet zro­bić so­bie prze­rwy na pa­pie­ro­sa na pro­sto­kąt­nym dzie­dziń­cu. Cho­ler­ne dy­rek­ty­wy.

- Po­słu­chaj! - Mar­cus Ja­cob­sen skie­ro­wał spoj­rze­nie na swo­je­go za­stęp­cę Lar­sa Bj?r­na, któ­ry po­pro­sił o spo­tka­nie po wspól­nym brie­fin­gu. - Spra­wa mor­der­stwa ro­we­rzy­sty w par­ku Val­by wy­ssie z nas wszyst­kie siły, je­śli nie bę­dzie­my uwa­żać - po­wie­dział.

Lars Bj?rn po­ki­wał gło­wą.

- I na do­da­tek Carl M?rck wła­śnie te­raz mu­siał wró­cić do swo­je­go ze­spo­łu i za­cząć ko­men­de­ro­wać czte­re­ma na­szy­mi naj­lep­szy­mi de­tek­ty­wa­mi. Lu­dzie skar­żą się na nie­go, a komu? - Wska­zał na swo­ją klat­kę pier­sio­wą, jak­by był je­dy­ną oso­bą, któ­ra musi wy­słu­chi­wać ludz­kie­go bia­do­le­nia. - Przy­cho­dzi moc­no spóź­nio­ny - kon­ty­nu­ował. Po­mia­ta pod­wład­ny­mi, wpro­wa­dza za­męt, nie od­bie­ra te­le­fo­nów, jego biu­ro to cha­os i jak­by tego było mało, dzwo­ni­li z In­sty­tu­tu Me­dy­cy­ny Są­do­wej i skar­ży­li się na to, jak roz­ma­wia z nimi przez te­le­fon. Fa­ce­ci z są­dów­ki, poj­mu­jesz? Trze­ba coś, kur­wa, zro­bić. Bez wzglę­du na to, ile Carl prze­szedł, mu­si­my coś z tym zro­bić, Mar­cus. In­a­czej nie wiem, jak wy­dział bę­dzie da­lej funk­cjo­no­wał.

Mar­cus uniósł brwi, my­śląc o Car­lu. Wła­ści­wie to na­wet go lu­bił, ale wie­dział, że to wiecz­nie scep­tycz­ne spoj­rze­nie i uszczy­pli­we uwa­gi mo­gły wku­rzyć każ­de­go.

- Taak, masz ra­cję. Pew­nie tyl­ko Har­dy i An­ker umie­li z nim wy­trzy­mać. Ale oni też pra­co­wa­li w dziw­ny spo­sób.

- Mar­cus, lu­dzie nie po­wie­dzą tego wprost, ale fa­cet jest strasz­nie upier­dli­wy, zresz­tą za­wsze był. Nie na­da­je się do pra­cy tu­taj, je­ste­śmy od sie­bie zbyt za­leż­ni. Carl był bez­na­dziej­nym współ­pra­cow­ni­kiem już od pierw­sze­go dnia. Dla­cze­go go w ogó­le za­bie­ra­łeś z po­ste­run­ku w Bel­la­h?j?

Utkwił spoj­rze­nie w oczach Bj?r­na.

- Był i jest świet­nym de­tek­ty­wem, Lars. Dla­te­go.

- Tak, tak, wiem, że nie mo­że­my tak po pro­stu po­ka­zać mu drzwi, a już na pew­no nie w tej sy­tu­acji. Ale mu­si­my wy­my­ślić coś in­ne­go, Mar­cus.

- Jest tu­taj nie­wie­le po­nad ty­dzień po po­wro­cie z urlo­pu zdro­wot­ne­go, więc mu­si­my dać mu szan­sę. Co po­wiesz, żeby go tro­chę oszczę­dzać?

- Je­steś pe­wien? Przez ostat­nie ty­go­dnie do­sta­li­śmy wię­cej spraw, niż mo­że­my udźwi­gnąć. Nie­któ­re z nich to zresz­tą duże spra­wy, sam wiesz. Po­żar na Ame­ri­ka­vej to pod­pa­le­nie czy jak? Na­pad na Tom­g?rd­svej, w któ­rym zgi­nął klient ban­ku. Spra­wa gwał­tu i za­bój­stwa dziew­czy­ny w T?rn­by, za­dźga­nie człon­ka gan­gu mło­dzie­żo­we­go w Sy­dha­vnen, za­bój­stwo ro­we­rzy­sty w par­ku Val­by. Mam wy­mie­niać da­lej? Do tego do­cho­dzą wszyst­kie za­le­głe spra­wy. W wie­lu z nich na­wet nie mamy prze­ło­mu. I w tym wszyst­kim taki szef ze­spo­łu jak M?rck. Le­ni­wy, po­nu­ry, gder­li­wy, zrzę­dli­wy i tak szorst­ki wo­bec ko­le­gów, że ze­spół jest nie­mal w roz­syp­ce. On jest solą w oku nas wszyst­kich, Mar­cus. Wy­ślij Car­la do dia­bła. Po­trze­ba nam świe­żej krwi. Wiem, że to brzmi bru­tal­nie, ale tak wła­śnie uwa­żam.

Szef Wy­dzia­łu Za­bójstw po­ki­wał gło­wą. Przyj­rzał się lu­dziom jesz­cze pod­czas brie­fin­gu. Mil­czą­cy, za­cię­ci i zmę­cze­ni. Ja­sna spra­wa, że nie ży­czy­li so­bie, by ktoś im do­pie­przał.

Za­stęp­ca sta­nął przy oknie, spo­glą­da­jąc na bu­dyn­ki po dru­giej stro­nie.

- My­ślę, że mam pro­po­zy­cję. Mo­że­my mieć trud­no­ści ze związ­kiem, ale nie­ko­niecz­nie.

- Lars, do cho­le­ry. Nie mam siły pod­kła­dać się związ­ko­wi. Je­śli cho­dzi ci o to, żeby po­gor­szyć mu wa­run­ki pra­cy, to za­raz tu przy­le­cą.

- Damy mu kopa w górę!

- Ach tak. - Mar­cus zro­bił się czuj­ny. Jego za­stęp­ca był do­brym de­tek­ty­wem, z du­żym do­świad­cze­niem i mnó­stwem wy­ja­śnio­nych spraw na kon­cie, ale w kwe­stii za­rzą­dza­nia ze­spo­łem mu­siał się jesz­cze dużo na­uczyć. W tym miej­scu nie po­py­cha­ło się lu­dzi w górę czy w dół tak po pro­stu.

- Pro­po­nu­jesz, żeby po­pchnąć go wy­żej, tak? W jaki spo­sób? I kto ma mu ustą­pić miej­sca?

- Wiem, że nie spa­łeś pra­wie całą noc i by­łeś za­ję­ty przez więk­szość przed­po­łu­dnia tym prze­klę­tym mor­der­stwem w Val­by, więc pew­nie nie je­steś na bie­żą­co z wia­do­mo­ścia­mi. Nie sły­sza­łeś, co się wy­da­rzy­ło w Chri­stians­bor­gu przed po­łu­dniem?

Szef Wy­dzia­łu Za­bójstw po­trzą­snął gło­wą. Fakt, miał dużo na gło­wie, od­kąd spra­wa za­bój­stwa ro­we­rzy­sty w par­ku Val­by przy­ję­ła nowy ob­rót. Do wczo­raj­sze­go wie­czo­ra mie­li do­bre­go świad­ka, wia­ry­god­ne­go. Wi­dać było, że ko­bie­ta ma wię­cej do opo­wie­dze­nia. Byli pew­ni, że są bli­sko prze­ło­mu. I na­gle świa­dek za­mknął się w so­bie jak ostry­ga. Ko­muś z jej oto­cze­nia mu­sia­no gro­zić. Prze­słu­chi­wa­li ją, aż zu­peł­nie zmię­kła, roz­ma­wia­li z jej cór­ka­mi i z mat­ką, ale żad­na z nich nie chcia­ła mó­wić. Po pro­stu się bały. Nie, Mar­cus nie spał zbyt dużo. Oprócz na­głów­ków po­ran­nych ga­zet nie był na bie­żą­co ab­so­lut­nie z ni­czym.

- Znów Par­tia Da­nii? - spy­tał.

- Wła­śnie. Ich eks­pert od po­li­ty­ki praw­nej jesz­cze raz wy­stą­pi­ła z tą pro­po­zy­cją po­ro­zu­mie­nia z po­li­cją i tym ra­zem do­sta­ła więk­szość. Uchwa­lą to, Mar­cus. Piv Ve­ster­g?rd do­sta­nie, cze­go chcia­ła.

- Nie­moż­li­we!

- Pal­nę­ła mowę z try­bu­ny na dwa­dzie­ścia mi­nut i oczy­wi­ście ko­ali­cja ją po­par­ła, choć Pra­wi­ca, ma się ro­zu­mieć, szar­pa­ła się jak pies na łań­cu­chu.

- No i?

- A jak my­ślisz? Po­wie­dzia­ła o czte­rech brzyd­kich spra­wach, któ­re odło­żo­no na pół­kę. Jej zda­niem nie jest w in­te­re­sie opi­nii pu­blicz­nej, by po­zo­sta­ły nie­wy­ja­śnio­ne. Po­wiem ci, że mia­ła znacz­nie wię­cej w za­na­drzu.

- Cho­le­ra ja­sna, czy ona so­bie wy­obra­ża, że po­li­cja kry­mi­nal­na od­kła­da spra­wy ot tak so­bie?

- Su­ge­ro­wa­ła, że tak wła­śnie może być w nie­któ­rych przy­pad­kach.

- Co za bred­nie! Niby w ja­kich?

- Wy­mie­nia­ła mię­dzy in­ny­mi prze­stęp­stwa, któ­rych ofia­ra­mi pa­da­li człon­ko­wie Par­tii Da­nii i Li­be­ra­łów. Mó­wi­my o spra­wach na ska­lę kra­ju.

- To bab­sko jest psy­chicz­ne!

Za­stęp­ca po­krę­cił gło­wą.

- Tak my­ślisz? To do­pie­ro po­czą­tek. Póź­niej wy­mie­ni­ła też oczy­wi­ście spra­wy za­gi­nię­cia dzie­ci, sy­tu­acje za­gro­że­nia or­ga­ni­za­cji po­li­tycz­nych ata­ka­mi ter­ro­ry­stycz­ny­mi, zbrod­nie o be­stial­skim cha­rak­te­rze.

- Tak, tak, pró­bu­je zdo­być gło­sy, tyl­ko o tu to cho­dzi.

- Ja­sne, że tak. W prze­ciw­nym ra­zie nie ro­bi­ła­by tego w sali ob­rad Fol­ke­tin­gu. Wszy­scy pró­bu­ją zdo­być gło­sy, bo wszyst­kie par­tie uczest­ni­czą te­raz w ne­go­cja­cjach w mi­ni­ster­stwie spra­wie­dli­wo­ści. Do­ku­men­ty zo­sta­ną bły­ska­wicz­nie prze­sła­ne do ko­mi­sji fi­nan­sów. We­dług mnie de­cy­zja za­pad­nie w cią­gu czter­na­stu dni.

- I na czym to do­kład­nie ma po­le­gać?

- Trze­ba utwo­rzyć nowy wy­dział po­li­cji kry­mi­nal­nej. Za­pro­po­no­wa­ła na­wet, żeby się na­zy­wał De­par­ta­men­tem Q na cześć Par­tii Da­nii1 - za­śmiał się gorz­ko.

- A cel? Bez zmian?

- Tak, je­dy­nym ce­lem jest sku­tecz­ne i wła­ści­we pro­wa­dze­nie spraw, któ­re oni na­zy­wa­ją spra­wa­mi pod spe­cjal­nym nad­zo­rem.

- Pro­wa­dze­nie spraw pod spe­cjal­nym nad­zo­rem. - Po­ki­wał gło­wą. - Tak, to na­praw­dę pięk­ne okre­śle­nie, w sty­lu Piv Ve­ster­g?rd. Brzmi im­po­nu­ją­co. I niby kto ma oce­nić, któ­re spra­wy na nie za­słu­gu­ją? O tym też mó­wi­ła?

Za­stęp­ca wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Okej, pro­si nas o zro­bie­nie cze­goś, co i tak już ro­bi­my. I co z tego? Co to ma wspól­ne­go z nami?

- Wy­dział ma być stwo­rzo­ny przez Ko­men­dę Głów­ną, ale wy­glą­da na to, że ad­mi­ni­stra­cyj­nie bę­dzie pod­le­gać Wy­dzia­ło­wi Za­bójstw Po­li­cji w Ko­pen­ha­dze.

Po tych sło­wach sze­fo­wi Wy­dzia­łu Za­bójstw opa­dła szczę­ka.

- Nie wie­rzę! Jak to ad­mi­ni­stra­cyj­nie?

- To my wy­kła­da­my bu­dżet i pro­wa­dzi­my ra­chun­ki. My za­pew­nia­my per­so­nel. No i lo­ka­le.

- Nie ro­zu­miem. Wy­dział ko­pen­ha­ski ma te­raz do­dat­ko­wo roz­wią­zy­wać ja­kieś wie­ko­we spra­wy z okrę­gu w Hj?r­ring? Ci z okrę­gów na to nie pój­dą. Za­żą­da­ją re­pre­zen­tan­tów w wy­dzia­le.

- To wca­le nie jest po­wie­dzia­ne. Za­pre­zen­tu­ją to jako od­cią­że­nie, a nie jako do­dat­ko­wy obo­wią­zek dla okrę­gów.

- Czy to zna­czy, że pod tym da­chem ma jesz­cze być lot­na bry­ga­da od przy­pad­ków bez­na­dziej­nych? Z mo­imi pra­cow­ni­ka­mi w roli wspar­cia? Nie, do cho­le­ry, to nie może być praw­da.

- Mar­cus, po­słu­chaj. Cho­dzi tyl­ko o parę go­dzin tu i tam i za­le­d­wie kil­ku pra­cow­ni­ków. To pest­ka!

- To wca­le nie brzmi jak pest­ka.

- Okej, po­wiem wprost, jak ja to wi­dzę, słu­chasz?

Szef po­tarł dło­nią czo­ło. Miał ja­kieś wyj­ście?

- Mar­cus, za tym idą pie­nią­dze. - Zro­bił pau­zę i wle­pił wzrok w swo­je­go prze­ło­żo­ne­go. - Nie­wie­le, ale wy­star­czy, żeby za­jąć czymś pew­ne­go czło­wie­ka, a przy oka­zji wpom­po­wać parę mi­lio­nów w nasz wła­sny wy­dział. To jest do­dat­ko­wa do­ta­cja, któ­ra ni­cze­go nie na­ru­szy.

- Okej! Parę mi­lio­nów? - Po­ki­wał gło­wą z uwa­gą. - Do­brze, do­brze!

- Ge­nial­ne, co? Utwo­rzy­my wy­dział bły­ska­wicz­nie, Mar­cus. Oni my­ślą, że sta­nie­my oko­niem, ale tak nie bę­dzie. Zło­ży­my im atrak­cyj­ną pro­po­zy­cję i usta­li­my bu­dżet, w któ­rym nie bę­dzie szcze­gó­ło­wo roz­pi­sa­nych kwot na po­szcze­gól­ne za­da­nia. A Car­la M?rc­ka usta­no­wi­my sze­fem no­we­go wy­dzia­łu, ale nie bę­dzie miał za bar­dzo czym rzą­dzić, bo bę­dzie w nim sam. I w bez­piecz­nej od­le­gło­ści od wszyst­kich in­nych, to mogę ci obie­cać.

- Carl M?rck jako szef De­par­ta­men­tu Q! - szef Wy­dzia­łu Za­bójstw wy­obra­ził to so­bie. Taki wy­dział z ła­two­ścią po­ra­dził­by so­bie z bu­dże­tem po­ni­żej mi­lio­na ko­ron rocz­nie. Włą­cza­jąc wy­jaz­dy, ba­da­nia la­bo­ra­to­ryj­ne i tak da­lej. Gdy­by wy­dział za­żą­dał pię­ciu mi­lio­nów ko­ron rocz­nie na utrzy­ma­nie, Mar­cus Ja­cob­sen miał­by do­dat­ko­wo kil­ka ze­spo­łów do­cho­dze­nio­wych w Wy­dzia­le Za­bójstw. Mo­gli­by pra­co­wać głów­nie nad star­szy­mi spra­wa­mi. Może nie spra­wa­mi dla De­par­ta­men­tu Q, ale coś w tym sty­lu. Płyn­ne gra­ni­ce to pod­sta­wa. Ge­nial­ne. Nie in­a­czej.

1

2007

Carl zro­bił krok w stro­nę lu­stra i prze­je­chał pal­cem po skro­ni, w miej­scu, gdzie dra­snę­ła go kula. Rana się za­go­iła, ale pod li­nią wło­sów ry­so­wa­ła się wy­raź­na bli­zna, je­śli ktoś w ogó­le za­dał­by so­bie trud, by jej szu­kać.

Komu, do dia­bła, by się chcia­ło? - po­my­ślał, przy­glą­da­jąc się swo­jej twa­rzy.

Wi­dać było, że się zmie­nił. Bruz­dy wo­kół ust się po­głę­bi­ły, cie­nie pod ocza­mi zro­bi­ły się ciem­niej­sze, a spoj­rze­nie zdra­dza­ło głę­bo­ką obo­jęt­ność. Carl M?rck nie był już sobą, do­świad­czo­nym śled­czym, któ­ry żył i od­dy­chał dla swo­jej pra­cy. Nie był już tym wy­so­kim, ele­ganc­kim Ju­tland­czy­kiem, na wi­dok któ­re­go uno­si­ły się brwi i roz­chy­la­ły usta ko­biet. Do cze­go, u dia­bła, mia­ło­by mu się to przy­dać?

Za­piął ko­szu­lę, za­ło­żył ma­ry­nar­kę, wy­pił ostat­ni łyk kawy i trza­snął za sobą drzwia­mi wej­ścio­wy­mi, da­jąc do zro­zu­mie­nia po­zo­sta­łym miesz­kań­com domu, że po­win­ni już wy­ła­zić z wyr. Jego wzrok po­wę­dro­wał ku ta­blicz­ce z na­zwi­skiem. Na­de­szła pora ją zmie­nić. Mi­nę­ło spo­ro cza­su, od­kąd Vig­ga się wy­pro­wa­dzi­ła. I choć nie mie­li jesz­cze roz­wo­du, ta hi­sto­ria była już za­koń­czo­na.

Od­wró­cił się i ob­rał kurs na He­ste­stien. Gdy­by uda­ło mu się zdą­żyć na po­ciąg za dwa­dzie­ścia mi­nut, mógł­by spę­dzić do­bre pół go­dzi­ny u Har­dy'ego w szpi­ta­lu, za­nim ru­szył­by da­lej do Ko­men­dy Głów­nej.

Uj­rzał ko­ściół, gó­ru­ją­cy czer­wie­nią nad na­gi­mi drze­wa­mi, i za­my­ślił się nad tym, ile mimo wszyst­ko miał szczę­ścia. Tyl­ko dwa cen­ty­me­try w pra­wo i An­ker nadal by żył. Je­den cen­ty­metr w lewo, a sam był­by mar­twy. Ka­pry­śne cen­ty­me­try, któ­re uchro­ni­ły go od wę­drów­ki wzdłuż zie­lo­nych pól i chłod­nych płyt na­grob­nych, le­żą­cych kil­ka­set me­trów przed nim.

Carl od daw­na usi­ło­wał to zro­zu­mieć, ale nie było mu ła­two. Nie wie­dział zbyt wie­le o sa­mej śmier­ci. Tyl­ko tyle, że może być nie­prze­wi­dy­wal­na jak ude­rze­nie pio­ru­na albo nie­skoń­cze­nie spo­koj­na, gdy już na­stą­pi.

Wie­dział za to wszyst­ko o tym, jak bru­tal­ne i bez­sen­sow­ne może być umie­ra­nie. Na­praw­dę to wie­dział.

Za­le­d­wie kil­ka ty­go­dni po opusz­cze­niu szko­ły po­li­cyj­nej wi­dok pierw­szej ofia­ry mor­der­stwa wy­pa­lił się jak pięt­no na siat­ków­ce Car­la. Nie­wy­so­ka, szczu­pła ko­bie­ta, udu­szo­na przez męża, le­ża­ła z ma­to­wy­mi ocza­mi i wy­ra­zem twa­rzy, któ­ry na­wie­dzał Car­la ty­go­dnia­mi. Od tam­tej pory prze­wi­nę­ło się mnó­stwo spraw. Każ­de­go ran­ka przy­go­to­wy­wał się na naj­gor­sze. Na wi­dok za­krwa­wio­nych ubrań, wo­sko­wo bla­dych twa­rzy, zie­ją­cych chło­dem zdjęć. Co­dzien­nie słu­chał ludz­kich kłamstw i uspra­wie­dli­wień. Co­dzien­nie prze­stęp­stwo w no­wej od­sło­nie, z cza­sem co­raz bar­dziej nie­istot­ne. Dwa­dzie­ścia pięć lat w po­li­cji, a dzie­sięć w Wy­dzia­le Za­bójstw har­to­wa­ło.

Tak było do dnia, gdy po­ja­wi­ła się spra­wa, któ­ra skru­szy­ła jego pan­cerz.

Wy­sła­li jego, An­ke­ra i Har­dy'ego do gni­ją­ce­go ba­ra­ku przy szu­tro­wej dro­dze w dziel­ni­cy Ama­ger, gdzie le­ża­ły zwło­ki, cze­ka­jąc, by opo­wie­dzieć swo­ją hi­sto­rię. Jak wie­le razy wcze­śniej, to smród skło­nił są­sia­da do in­ter­wen­cji. Moż­na by po­my­śleć, że zmar­ły był zwy­kłym sa­mot­ni­kiem, któ­ry po­ło­żył się spo­koj­nie w swo­im ba­ła­ga­nie i wy­zio­nął ostat­nie opa­ry al­ko­ho­lu, do­pó­ki nie od­kry­to wy­strze­lo­ne­go z pi­sto­le­tu gwoź­dzia, wbi­te­go do po­ło­wy w jego czasz­kę. Wła­śnie z po­wo­du tego gwoź­dzia Wy­dział Za­bójstw Po­li­cji w Ko­pen­ha­dze wkro­czył do ak­cji.

Tego dnia to ze­spół Car­la jeź­dził do zgło­szeń. Ani on, ani ża­den z jego dwóch ko­le­gów nie miał nic prze­ciw­ko temu, ale Carl i tak uskar­żał się na na­wał pra­cy i śla­ma­zar­ność po­zo­sta­łych ekip. Ale kto mógł prze­wi­dzieć, jak fa­tal­na bę­dzie ta spra­wa? Że w pięć mi­nut od chwi­li, gdy oto­czył ich tru­pi odór, An­ker bę­dzie le­żał na pod­ło­dze w ka­łu­ży krwi, Har­dy po­sta­wi swo­je ostat­nie kro­ki, a w Car­lu zga­śnie ten ogień, któ­ry był ab­so­lut­nie nie­zbęd­ny, by być de­tek­ty­wem w Wy­dzia­le Za­bójstw Po­li­cji w Ko­pen­ha­dze.

7

2002

Dla wi­ce­prze­wod­ni­czą­cej klu­bu par­la­men­tar­ne­go De­mo­kra­tów ża­den ka­len­darz nie był wy­star­cza­ją­co duży. Od siód­mej do sie­dem­na­stej Me­re­te Lyng­ga­ard mia­ła czter­na­ście spo­tkań z or­ga­ni­za­cja­mi po­za­rzą­do­wy­mi. Przy­najm­niej czter­dzie­ści twa­rzy prze­wi­nę­ło się przed nią jako eks­per­tem do spraw zdro­wia, a więk­szość z nich ocze­ki­wa­ła, że bę­dzie zna­ła ich przy­na­leż­ność, do­ko­na­nia, na­dzie­je na przy­szłość i za­ple­cze na­uko­we. Gdy­by nadal mia­ła do po­mo­cy Ma­rian­ne, być może by się jej to uda­ło, ale nowa se­kre­tar­ka, S?s No­rup, nie była taka by­stra. Była za to dys­kret­na. Przez cały mie­siąc prze­pra­co­wa­ny w ga­bi­ne­cie Me­re­te ani razu nie za­jąk­nę­ła się na te­ma­ty pry­wat­ne. Była świet­nym ro­bo­tem, na­wet je­śli jej pa­mięć RAM tro­chę szwan­ko­wa­ła.

Przed­sta­wi­cie­le or­ga­ni­za­cji sie­dzą­cy przed Me­re­te cho­dzi­li od An­na­sza do Kaj­fa­sza. Naj­pierw byli u par­tii ko­ali­cyj­nych, po­tem u naj­więk­szej par­tii opo­zy­cyj­nej, wresz­cie u Me­re­te. Spra­wia­li wra­że­nie na­praw­dę zde­spe­ro­wa­nych, i to nie bez po­wo­du, bo mało kto w rzą­dzie in­te­re­so­wał się czym­kol­wiek in­nym poza skan­da­lem w Fa­rum i ata­kiem bur­mi­strza na kil­ku mi­ni­strów.

De­le­ga­cja do­kła­da­ła wszel­kich sta­rań, by wpro­wa­dzić Me­re­te w taj­ni­ki po­ten­cjal­nie groź­nych dla zdro­wia na­no­czą­ste­czek, ma­gne­tycz­ne­go ste­ro­wa­nia czą­stecz­ka­mi w or­ga­ni­zmie, sys­te­mu im­mu­no­lo­gicz­ne­go i ba­dań nad ło­ży­skiem. To ostat­nie było dla nich kwe­stią klu­czo­wą.

- Je­ste­śmy cał­ko­wi­cie świa­do­mi za­strze­żeń na­tu­ry etycz­nej, ja­kie mogą się po­ja­wić - po­wie­dział głów­ny pre­le­gent. - Wie­my też, że zwłasz­cza par­tie ko­ali­cyj­ne re­pre­zen­tu­ją gru­py spo­łecz­ne, któ­re sprze­ci­wią się wy­ko­rzy­sty­wa­niu ło­żysk na szer­szą ska­lę. Mimo to je­ste­śmy zde­cy­do­wa­ni pod­jąć tę kwe­stię.

Pre­le­gent był ele­ganc­kim męż­czy­zną po czter­dzie­st­ce, któ­ry już daw­no temu do­ro­bił się w swo­jej bran­ży mi­lio­nów. Był za­ło­ży­cie­lem gło­śne­go przed­się­bior­stwa far­ma­ceu­tycz­ne­go Ba­sic­Gen, któ­re przede wszyst­kim pro­wa­dzi­ło ba­da­nia pod­sta­wo­we dla in­nych, więk­szych firm far­ma­ceu­tycz­nych. Za każ­dym ra­zem, gdy miał nowy po­mysł, po­ja­wiał się u drzwi eks­per­tów do spraw zdro­wia. Me­re­te nie zna­ła po­zo­sta­łych osób z gru­py, ale za­uwa­ży­ła, że za pre­le­gen­tem stał młod­szy męż­czy­zna, któ­ry się jej przy­glą­dał. Nie pod­rzu­cał mów­cy zbyt wie­lu da­nych, może był tam tyl­ko po to, by ob­ser­wo­wać.

- To Da­niel Hale, nasz naj­lep­szy part­ner na fron­cie la­bo­ra­to­ryj­nym. Brzmi z an­giel­ska, ale Da­niel to Duń­czyk z krwi i ko­ści - przed­sta­wił go póź­niej pre­le­gent, gdy po­da­wa­ła rękę każ­de­mu z osob­na.

Po­da­ła mu rękę, od­no­to­wu­jąc przy oka­zji, jak go­rą­ca była jego dłoń.

- Da­niel Hale, zga­dza się? - spy­ta­ła.

Uśmiech­nął się. Na chwi­lę ucie­kła spoj­rze­niem. Że­nu­ją­ce.

Po­pa­trzy­ła na se­kre­tar­kę, je­den z neu­tral­nych ele­men­tów ga­bi­ne­tu.

Gdy­by to była Ma­rian­ne, kry­ła­by uśmie­szek za pa­pie­ra­mi, któ­re za­wsze trzy­ma­ła. Ta se­kre­tar­ka się nie uśmie­cha­ła.

- Pra­cu­je pan w la­bo­ra­to­rium?

W tym mo­men­cie wtrą­cił się pre­le­gent. Stał na stra­ży swo­ich cen­nych se­kund. Ko­lej­na or­ga­ni­za­cja cze­ka­ła już pod drzwia­mi Me­re­te Lyng­ga­ard. Kie­dy bę­dzie ko­lej­na szan­sa, tego nie wie nikt. Cho­dzi­ło o pie­nią­dze i dro­go za­in­we­sto­wa­ny czas.

- Da­niel jest wła­ści­cie­lem naj­lep­sze­go nie­wiel­kie­go la­bo­ra­to­rium w Skan­dy­na­wii. No, może nie jest już ta­kie małe, od­kąd masz te nowe bu­dyn­ki - zwró­cił się do nie­go, a on z uśmie­chem po­trzą­sał gło­wą. To był przy­jem­ny uśmiech.

- Chcie­li­by­śmy wrę­czyć ten oto ra­port - kon­ty­nu­ował pre­le­gent. - Może pani eks­pert do spraw zdro­wia prze­czy­ta go do­kład­niej, kie­dy znaj­dzie czas. To nie­zmier­nie waż­ne dla na­szych po­tom­nych, aby tę spra­wę po­trak­to­wać z naj­więk­szą po­wa­gą.

Nie są­dzi­ła, że zo­ba­czy Da­nie­la Hale'a na dole w re­stau­ra­cji par­la­men­tar­nej, na­zy­wa­nej Sznap­stin­giem. Naj­wy­raź­niej cze­kał na nią. Przez po­zo­sta­łe dni ty­go­dnia ja­da­ła u sie­bie w ga­bi­ne­cie, ale w każ­dy pią­tek przez ostat­ni rok za­sia­da­ła przy wspól­nym sto­le z po­zo­sta­ły­mi eks­pert­ka­mi do spraw zdro­wia z par­tii So­cja­li­ści i Ra­dy­kal­ne Cen­trum. Wszyst­kie trzy były nie­ustra­szo­ny­mi ko­bie­ta­mi, któ­re po­tra­fi­ły do­pro­wa­dzić lu­dzi z Par­tii Da­nii do wście­kło­ści. Już to, że zor­ga­ni­zo­wa­ły swój klub ka­wo­wy zu­peł­nie jaw­nie, było solą w oku wie­lu z nich.

Sie­dział sam, za­sło­nię­ty czę­ścio­wo ko­lum­ną, na skra­ju de­si­gner­skie­go krze­sła pro­jek­tu Ka­spe­ra Sal­to, z fi­li­żan­ką kawy przed sobą. Ich spoj­rze­nia spo­tka­ły się w chwi­li, gdy wcho­dzi­ła przez szkla­ne drzwi, i od­tąd nie my­śla­ła już o ni­czym in­nym.

Gdy ko­bie­ty pod­nio­sły się po roz­mo­wie, pod­szedł do niej.

Już wi­dzia­ła spe­ku­la­cje na ich te­mat, czu­jąc, jak znie­wa­la­ją­co dzia­ła na nią jego spoj­rze­nie.

9

2002

Me­re­te wie­lo­krot­nie sły­sza­ła o tej ma­łej re­stau­ra­cji z dziw­ny­mi wy­pcha­ny­mi zwie­rzę­ta­mi na Nan­sens­ga­de, ale aż do tego wie­czo­ru nie była tam nig­dy.

Po­śród szu­mu Café Ban­ke­r?t po­wi­ta­ło ją cie­płe spoj­rze­nie i lamp­ka schło­dzo­ne­go bia­łe­go wina. Wie­czór za­po­wia­dał się obie­cu­ją­co.

Zdą­ży­ła wła­śnie opo­wie­dzieć, że w na­stęp­ny week­end wy­bie­ra się z bra­tem do Ber­li­na. Że na taki week­end wy­jeż­dża­li ra­zem raz w roku i że za­trzy­ma­ją się nie­da­le­ko ogro­du zoo­lo­gicz­ne­go.

Wte­dy za­dzwo­nił te­le­fon. Opie­kun­ka po­wie­dzia­ła, że Uffe źle się czu­je.

Przez chwi­lę mu­sia­ła po­sie­dzieć z za­mknię­ty­mi ocza­mi, by prze­łknąć tę gorz­ką pi­guł­kę. Nie­zbyt czę­sto po­zwa­la­ła so­bie na chwi­lę wol­no­ści, by pójść na rand­kę. Dla­cze­go mu­siał to po­psuć?

Choć dro­gi były śli­skie, do­tar­ła do domu w nie­ca­łą go­dzi­nę.

Uffe miał dresz­cze i pła­kał przez więk­szość wie­czo­ru. Cza­sa­mi tak się zda­rza­ło, gdy Me­re­te nie wra­ca­ła tak jak zwy­kle. Uffe nie ko­mu­ni­ko­wał się za po­mo­cą słów, moż­na więc było mieć pro­ble­my, aby go zro­zu­mieć. Cza­sa­mi wręcz mia­ło się wra­że­nie, że nie ma go w środ­ku. Ale to nie­praw­da. Uffe był obec­ny w naj­wyż­szym stop­niu.

Nie­ste­ty opie­kun­ka była zde­ner­wo­wa­na, i to wy­raź­nie. Me­re­te nie bę­dzie mo­gła na nią li­czyć na­stęp­nym ra­zem.

Do­pie­ro gdy za­bra­ła go ze sobą na górę i wło­ży­ła mu na gło­wę jego uko­cha­ną bejs­bo­lów­kę, Uffe prze­stał pła­kać, ale nie­po­kój po­zo­stał. Jego oczy wy­ra­ża­ły nie­pew­ność. Pró­bo­wa­ła przy­wró­cić mu spo­kój, opi­su­jąc licz­nych go­ści re­stau­ra­cji i dzi­wacz­ne wy­pcha­ne zwie­rza­ki. Stre­ści­ła swo­je prze­ży­cia i my­śli, wi­dząc, jak jej sło­wa go uspo­ka­ja­ją. Po­stę­po­wa­ła tak w po­dob­nych sy­tu­acjach, od­kąd skoń­czył dzie­sięć, je­de­na­ście lat. Gdy Uffe pła­kał, jego płacz po­cho­dził z jego pod­świa­do­mo­ści. W ta­kich chwi­lach dla Uf­fe­go te­raź­niej­szość i prze­szłość zle­wa­ły się w jed­no. Jak gdy­by pa­mię­tał, co dzia­ło się w jego ży­ciu przed wy­pad­kiem. Gdy był jesz­cze zu­peł­nie nor­mal­nym chłop­cem. Nie, to nie tak. Nie nor­mal­nym. Gdy był zu­peł­nie nad­zwy­czaj­nym chłop­cem z ja­sną gło­wą, peł­ną po­my­słów i na­dziei na przy­szłość. Był fan­ta­stycz­nym chłop­cem, gdy zda­rzył się wy­pa­dek.

W ko­lej­nych dniach Me­re­te była strasz­nie za­ję­ta. I cho­ciaż jej my­śli przez więk­szość cza­su po­dą­ża­ły wła­sny­mi ścież­ka­mi, to prze­cież nikt nie wy­ko­ny­wał za nią pra­cy. O szó­stej rano w ga­bi­ne­cie, a po cięż­kim dniu - szyb­ko na au­to­stra­dę, by zdą­żyć do domu przed osiem­na­stą. Nie­zbyt dużo cza­su, żeby so­bie wszyst­ko po­ukła­dać.

Jej kon­cen­tra­cji nie po­pra­wił też by­najm­niej wiel­ki bu­kiet kwia­tów, któ­ry po­ja­wił się któ­re­goś dnia na biur­ku.

Se­kre­tar­ka była wy­raź­nie po­iry­to­wa­na. Przy­szła do niej z Duń­skie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Praw­ni­ków i Eko­no­mi­stów DJ?F, gdzie gra­ni­ca mię­dzy ży­ciem pry­wat­nym i za­wo­do­wym była za­pew­ne wy­raź­niej­sza. Na jej miej­scu Ma­rian­ne mdla­ła­by z za­chwy­tu i roz­pły­wa­ła się nad kwia­ta­mi, jak­by były klej­no­ta­mi ko­ron­ny­mi.

Nie, nowa se­kre­tar­ka nie mo­gła wes­przeć jej w spra­wach pry­wat­nych, ale może wła­śnie tak po­win­no być.

Trzy dni póź­niej otrzy­ma­ła te­le­gram wa­len­tyn­ko­wy przez Te­le­gram­sOn­li­ne. Pierw­szy raz w ży­ciu do­sta­ła wa­len­tyn­kę i nie­zbyt do­brze się z tym czu­ła, zwłasz­cza że od 14 lu­te­go mi­nę­ły pra­wie dwa ty­go­dnie. Na pierw­szej stro­nie wid­niał ry­su­nek ust i tekst "Love & Kis­ses for Me­re­te". Jej se­kre­tar­ka nie kry­ła obu­rze­nia, do­star­cza­jąc kart­kę.

W te­le­gra­mie było na­pi­sa­ne: "Mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać!"

Sie­dzia­ła przez chwi­lę, krę­cąc gło­wą na wi­dok ust na kart­ce.

Po­tem jej my­śli po­wę­dro­wa­ły do wie­czo­ru w Café Ban­ke­r?t. Cho­ciaż było to przy­jem­ne wspo­mnie­nie, wpro­wa­dza­ło jed­nak pe­wien cha­os. Trze­ba po­ło­żyć temu kres, za­nim coś się z tego roz­wi­nie.

Kil­ka­krot­nie prze­ćwi­czy­ła sama przed sobą, co ma po­wie­dzieć, po czym wy­stu­ka­ła nu­mer w ko­mór­ce i po­cze­ka­ła na włą­cze­nie się au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ki.

- Cześć, tu Me­re­te - po­wie­dzia­ła mięk­ko. - My­śla­łam dużo o tym wszyst­kim, ale nic z tego nie bę­dzie. Mój brat i pra­ca zbyt moc­no mnie ab­sor­bu­ją. To się pew­nie nig­dy nie zmie­ni. Bar­dzo mi przy­kro. Prze­pra­szam!

Na­stęp­nie wzię­ła z biur­ka swój ter­mi­narz i wy­kre­śli­ła nu­mer te­le­fo­nu ze spi­su.

W tej chwi­li we­szła se­kre­tar­ka i sta­nę­ła na­gle przy jej biur­ku.

Gdy pod­nio­sła gło­wę, se­kre­tar­ka uśmie­cha­ła się w spo­sób, ja­kie­go Me­re­te wcze­śniej nie wi­dzia­ła.

Stał na ze­wnątrz na scho­dach do Rigs­dags­g?r­den, bez  wierzch­nie­go okry­cia, i cze­kał. Było wście­kle zim­no, więc ko­lor jego twa­rzy nie wy­glą­dał za do­brze. Wbrew efek­to­wi cie­plar­nia­ne­mu luty nie roz­piesz­czał do­brą po­go­dą. Spoj­rzał na nią pro­szą­co, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na fo­to­gra­fa, któ­ry wła­śnie wszedł przez bra­mę na plac Zam­ko­wy.

Pró­bo­wa­ła wcią­gnąć go do środ­ka przez drzwi wej­ścio­we, ale był wyż­szy i sta­wiał opór.

- Me­re­te - po­wie­dział ci­cho, kła­dąc jej dło­nie na ra­mio­nach. - Nie po­zwól, by to się sta­ło. Nie po­go­dzę się z tym.

- Przy­kro mi - od­par­ła, krę­cąc gło­wą. Do­strze­gła, że coś się zmie­ni­ło w jego spoj­rze­niu. Zno­wu po­ja­wi­ło się w nim coś, co wpra­wi­ło ją w nie­po­kój.

Za nim fo­to­graf pra­so­wy przy­ło­żył apa­rat do po­licz­ka, cho­le­ra ja­sna. Jesz­cze tego bra­ko­wa­ło, żeby pa­pa­raz­zi z ja­kie­goś szma­tław­ca wła­śnie te­raz zro­bił im zdję­cie.

- Nie­ste­ty, nie mogę ci po­móc! - krzyk­nę­ła i po­bie­gła do sa­mo­cho­du. - Nic z tego nie bę­dzie.

Uffe po­pa­trzył na nią ze zdu­mie­niem, gdy roz­pła­ka­ła się przy je­dze­niu, ale nie zro­bi­ło to na nim wra­że­nia. Pod­no­sił łyż­kę do ust tak po­wo­li jak za­wsze, uśmie­chał się za każ­dym ra­zem, gdy prze­ły­kał jej za­war­tość, wpa­try­wał się w jej usta i był nie­obec­ny.

- Cho­le­ra ja­sna - za­szlo­cha­ła, ude­rza­jąc za­ci­śnię­tą pię­ścią w stół i pa­trząc na Uf­fe­go z roz­ża­le­niem i fru­stra­cją, pły­ną­cy­mi z głę­bi ser­ca. Na­cho­dzi­ło ją to nie­ste­ty co­raz czę­ściej.

Obu­dzi­ła się ze snu prze­ple­cio­ne­go z jawą. Prze­ra­ża­ją­co re­al­ne­go i po­ru­sza­ją­ce­go.

Tam­te­go dnia po­ra­nek był cu­dow­ny. Tro­chę mro­zu i śnie­gu, w sam raz, by do­peł­nić at­mos­fe­ry świąt. Wszy­scy byli ra­do­śnie pod­eks­cy­to­wa­ni. Me­re­te mia­ła szes­na­ście lat, Uffe trzy­na­ście. Jej mama i tata spę­dzi­li ra­zem noc, któ­ra spra­wi­ła, że uśmie­cha­li się do sie­bie z roz­ma­rze­niem od chwi­li, gdy za­ła­do­wa­li sa­mo­chód pacz­ka­mi, aż do mo­men­tu, gdy wszyst­ko się skoń­czy­ło. Po­ra­nek wi­gi­lij­ny - ja­kie cu­dow­ne i ra­do­sne ze­sta­wie­nie słów. Tak peł­ne na­dziei. Uffe mó­wił, że chciał­by do­stać od­twa­rzacz płyt kom­pak­to­wych. Był to ostat­ni raz w jego ży­ciu, kie­dy wy­ra­ził ja­kieś ży­cze­nie.

Po­je­cha­li. Byli za­do­wo­le­ni, Uffe i ona śmia­li się. Cze­ka­no na nich tam, do­kąd zmie­rza­li.

Uffe dał jej kuk­sań­ca na tyl­nym sie­dze­niu. Dwa­dzie­ścia kilo lżej­szy niż ona, ale ru­chli­wy jak zwa­rio­wa­ny szcze­niak, któ­ry roz­py­cha się przy kar­mie­niu. Me­re­te od­da­ła mu, zdję­ła swo­ją pe­ru­wiań­ską czap­kę i zdzie­li­ła go w gło­wę. Bój­ka roz­krę­ci­ła się na do­bre.

Gdy byli na le­śnym za­krę­cie, Uffe ude­rzył zno­wu, więc Me­re­te przy­ci­snę­ła go do fo­te­la. Ko­pał, krzy­czał i kwi­czał ze śmie­chu, a Me­re­te spy­cha­ła go co­raz ni­żej. W chwi­li gdy ich tata, śmie­jąc się, mach­nął ręką w tył, Me­re­te i Uffe oprzy­tom­nie­li. To było w trak­cie wy­prze­dza­nia. Ja­dą­cy po sko­sie czer­wo­ny ford sier­ra miał bocz­ne drzwi sza­re od soli. Z przo­du sie­dzia­ła para po czter­dzie­st­ce, pa­trząc sztyw­no przed sie­bie, a za nimi chło­pak i dziew­czy­na, zu­peł­nie tacy jak Uffe i Me­re­te, więc uśmiech­nę­li się do nich. Chło­pak był pew­nie parę lat młod­szy od Me­re­te i miał krót­kie wło­sy. Po­chwy­cił jej fi­glar­ne spoj­rze­nie, gdy ude­rzy­ła ojca w ra­mię. Uśmiech­nę­ła się do nie­go po­now­nie. Po­czu­ła, że oj­ciec stra­cił pa­no­wa­nie nad kie­row­ni­cą do­pie­ro wte­dy, gdy wy­raz twa­rzy chło­pa­ka na­gle się zmie­nił w mi­ga­ją­cym mię­dzy drze­wa­mi świe­tle. Na se­kun­dę utkwił w niej prze­ra­żo­ne nie­bie­skie oczy, któ­re po chwi­li znik­nę­ły.

Dźwięk me­ta­lu trą­ce­go o me­tal roz­legł się do­kład­nie w chwi­li, gdy roz­pry­snę­ły się bocz­ne okna for­da. Dzie­ci na tyl­nym sie­dze­niu tam­te­go sa­mo­cho­du prze­wró­ci­ły się na bok, w tej sa­mej chwi­li Uffe z im­pe­tem wpadł na nią. Tyl­na szy­ba się roz­trza­ska­ła, a na przed­nią po­le­cia­ło wszyst­ko, co było w środ­ku sa­mo­cho­du. Nie za­re­je­stro­wa­ła, czy to ich sa­mo­chód czy ten dru­gi sta­ra­no­wał drze­wa na skra­ju dro­gi. Cia­ło Uf­fe­go było w tym mo­men­cie wy­krę­co­ne przez pasy bez­pie­czeń­stwa, któ­re nie­mal go udu­si­ły. Ogłu­sza­ją­cy huk do­biegł naj­pierw z tam­te­go sa­mo­cho­du, po­tem z ich wła­sne­go. Krew na ta­pi­cer­ce i przed­niej szy­bie zmie­sza­ła się z zie­mią i śnie­giem z lasu, a wy­sta­ją­ca ga­łąź prze­bi­ła łyd­kę Me­re­te. Roz­trza­ska­ny pień drze­wa ude­rzył w pod­wo­zie i wy­rzu­cił na chwi­lę sa­mo­chód do góry. Huk, z ja­kim spadł ma­ską na dro­gę, zmie­szał się z prze­raź­li­wym dźwię­kiem, jaki wy­dał ford sier­ra, ko­sząc drze­wo. Ich sa­mo­chód prze­wró­cił się i su­nął da­lej na boku, na któ­rym znaj­do­wał się Uffe, w za­ro­śla po dru­giej stro­nie. Ra­mię Uf­fe­go ster­cza­ło w górę, nogi miał wci­śnię­te pod fo­tel mamy, te­raz wy­rwa­ny z pod­ło­gi. Ani przez chwi­lę nie wi­dzia­ła mamy czy taty. Wi­dzia­ła tyl­ko Uf­fe­go.

Obu­dzi­ła się z ser­cem wa­lą­cym w pier­si tak moc­no, że spra­wia­ło jej ból. Była lo­do­wa­to zim­na i lep­ka od potu.

- Prze­stań, Me­re­te - po­wie­dzia­ła gło­śno do sie­bie i wcią­gnę­ła po­wie­trze naj­głę­biej, jak po­tra­fi­ła. Przy­ci­snę­ła rękę do pier­si, pró­bu­jąc wy­ma­zać ten ob­raz. Tyl­ko pod­czas snu wi­dzia­ła szcze­gó­ły tak po­ra­ża­ją­co wy­raź­nie. Gdy to się sta­ło, nie za­re­je­stro­wa­ła ich - tyl­ko ca­łość. Świa­tło, krzyk, krew, mrok i zno­wu świa­tło.

6

2007

Na drzwiach fak­tycz­nie wi­sia­ła mo­sięż­na ta­blicz­ka z na­pi­sem "De­par­ta­ment Q", tyle że drzwi zo­sta­ły wy­ję­te z za­wia­sów i sta­ły opar­te o pęk rur grzew­czych, cią­gną­cych się wzdłuż dłu­gich piw­nicz­nych ko­ry­ta­rzy. Dzie­sięć wia­der, wy­peł­nio­nych do po­ło­wy far­bą, nadal sta­ło na pod­ło­dze, wy­dzie­la­jąc smród w po­miesz­cze­niu, któ­re mia­ło sta­no­wić jego biu­ro. Z su­fi­tu zwi­sa­ło kil­ka świe­tló­wek - ta­kich, któ­re po ja­kimś cza­sie przy­pra­wia­ją o świ­dru­ją­cy ból gło­wy. Ale ścia­ny były ład­ne - nie li­cząc ko­lo­ru. Sko­ja­rze­nia ze szpi­ta­la­mi Eu­ro­py Wschod­niej wy­da­wa­ły się nie­unik­nio­ne.

- Wi­wat Mar­cus Ja­cob­sen - wark­nął Carl, pró­bu­jąc od­na­leźć się w tej sy­tu­acji.

Na prze­strze­ni ostat­nich stu me­trów ko­ry­ta­rza nie wi­dział ży­we­go du­cha. W jego piw­nicz­nym za­uł­ku nie było ani lu­dzi, ani świa­tła dzien­ne­go, ani po­wie­trza, ani ni­cze­go in­ne­go, co mo­gło­by zła­go­dzić sko­ja­rze­nia z Ar­chi­pe­la­giem Gu­łag. Trud­no było na­zwać to miej­sce in­a­czej niż za­tę­chłą dziu­rą.

Spoj­rzał na swo­je no­wiu­teń­kie kom­pu­te­ry i wy­sta­ją­ce z nich wiąz­ki ka­bli. Naj­wy­raź­niej roz­dzie­li­li ka­na­ły in­for­ma­cyj­ne w ten spo­sób, że in­tra­net pod­łą­czy­li do jed­ne­go kom­pu­te­ra, a resz­tę świa­ta do dru­gie­go. Po­kle­pał kom­pu­ter nu­mer dwa. Tu­taj bę­dzie mógł sie­dzieć go­dzi­na­mi i sur­fo­wać do woli po In­ter­ne­cie. Żad­nych pa­ra­li­żu­ją­cych za­sad bez­piecz­ne­go użyt­ko­wa­nia i brak ochro­ny cen­tral­nych ser­we­rów to już coś. Ro­zej­rzał się za czymś, co mo­gło­by mu po­słu­żyć za po­piel­nicz­kę, stuk­nął w pacz­kę i wy­cią­gnął jed­ne­go zie­lo­ne­go ce­ci­la. "Pa­le­nie po­waż­nie szko­dzi To­bie i oso­bom w Two­im oto­cze­niu" - prze­czy­tał na­pis. Spoj­rzał wo­kół sie­bie. Kil­ka sto­nóg, któ­re po­miesz­ki­wa­ły tu na dole, na pew­no wy­trzy­ma. Za­pa­lił pa­pie­ro­sa i głę­bo­ko się za­cią­gnął. Były ja­kieś plu­sy sze­fo­wa­nia wła­sne­mu wy­dzia­ło­wi.

- Przy­śle­my ci spra­wy na dół - obie­cy­wał Mar­cus Ja­cob­sen, ale je­dy­ną za­war­to­ścią biur­ka i zie­ją­cych pust­ką pół­ek była kart­ka for­ma­tu A5. Pew­nie my­śle­li, że na ra­zie bę­dzie chciał się tu tro­chę urzą­dzić. Ale Car­lo­wi było wszyst­ko jed­no, nie miał za­mia­ru ni­cze­go po­rząd­ko­wać, za­nim naj­dzie go ocho­ta.

Usta­wił krze­sło ob­ro­to­we uko­śnie do biur­ka, wy­cią­gnął nogi i oparł je o blat. W ten spo­sób sie­dział w domu przez więk­szą część swo­je­go urlo­pu zdro­wot­ne­go. Pa­lił faj­ki i pró­bo­wał prze­stać my­śleć o cię­ża­rze bez­wład­ne­go cia­ła Har­dy'ego i rzę­że­niu An­ke­ra w ostat­nich se­kun­dach przed śmier­cią. Od tam­tej pory sur­fo­wał po In­ter­ne­cie. Bez­ce­lo­wo, bez pla­nu, otę­pia­ją­co. Za­mie­rzał to ro­bić i te­raz. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Miał pięć go­dzin do zmi­trę­że­nia, za­nim bę­dzie mógł pójść do domu.

Carl miesz­kał w Al­le­r?d. To był wy­bór jego żony. Prze­nie­śli się tam na kil­ka lat, za­nim od nie­go czmych­nę­ła do dom­ku na dział­ce w Is­lev. Po prze­stu­dio­wa­niu mapy Ze­lan­dii uzna­ła szyb­ko, że je­śli chce się mieć wszyst­ko, to albo trze­ba mieć peł­ny port­fel, albo prze­pro­wa­dzić się do Al­le­r?d. Małe, przy­jem­ne mia­stecz­ko, ko­lej­ka pod­miej­ska, wszę­dzie wo­kół pola, las w tak zwa­nej od­le­gło­ści spa­ce­ro­wej, wie­le sym­pa­tycz­nych skle­pi­ków, kino, te­atr, ży­cie to­wa­rzy­skie, no i dziel­ni­ca R?n­ne­holt­par­ken. Jego żona była za­chwy­co­na. Tu­taj mo­gli ku­pić w roz­sąd­nej ce­nie be­to­no­wy sze­re­go­wiec z wy­star­cza­ją­cą ilo­ścią miej­sca dla nich dwoj­ga i jej syna, i w gra­ti­sie do­stać pra­wo do ko­rzy­sta­nia z kor­tów te­ni­so­wych, ba­se­nu i świe­tli­cy oraz bli­skość pól upraw­nych, wrzo­so­wisk i od gro­ma do­brych są­sia­dów. Bo w R?n­ne­holt­par­ken wszy­scy się o sie­bie trosz­czy­li - jak prze­czy­ta­ła. Wte­dy nie był to dla Car­la plus, bo kto, do dia­bła, wie­rzy w taką ga­da­ni­nę, ale z cza­sem za­czął być. Gdy­by nie przy­ja­cie­le z R?n­ne­holt­par­ken, Carl wy­lą­do­wał­by w szam­bie. Za­rów­no do­słow­nie, jak i w prze­no­śni. Naj­pierw zwia­ła mu żona. Po­tem jed­nak nie chcia­ła się roz­wo­dzić, ale po­zo­stać w dom­ku na dział­ce. Na­stęp­nie mia­ła kil­ka ro­man­sów z młod­szy­mi fa­ce­ta­mi, o czym nie­ste­ty opo­wia­da­ła mu przez te­le­fon. Póź­niej jej syn od­mó­wił dal­sze­go miesz­ka­nia z nią i w naj­go­ręt­szym okre­sie wie­ku doj­rze­wa­nia wpro­wa­dził się z po­wro­tem do Car­la. I w koń­cu strze­la­ni­na na Ama­ger za­bi­ła wszyst­ko, do cze­go Carl przy­wykł - ży­cio­wą ru­ty­nę i dwóch do­brych kum­pli, któ­rzy mie­li w du­pie, któ­rą nogą wstał dziś z łóż­ka. Nie, gdy­by nie R?n­ne­holt­par­ken i wszy­scy ci lu­dzie stam­tąd, to tkwił­by, szcze­rze mó­wiąc, po uszy w gów­nie.

Gdy Carl do­tarł do domu i po­sta­wił ro­wer przy ko­mór­ce obok kuch­ni, stwier­dził, że po­zo­sta­li miesz­kań­cy byli już obec­ni. Sub­lo­ka­tor Car­la Mor­ten Hol­land jak zwy­kle słu­chał w piw­ni­cy ope­ry na cały re­gu­la­tor, a ścią­gnię­ty z In­ter­ne­tu wrza­skli­wy rock dud­nił na pię­trze z okna jego przy­szy­wa­ne­go syna. Trud­no było so­bie wy­obra­zić szka­rad­niej­szy ko­laż dźwię­ków.

Wkro­czył w to in­fer­no i tup­nął parę razy w pod­ło­gę, aż dźwięk Ri­go­let­ta z dołu stał się bar­dziej przy­tłu­mio­ny. Go­rzej bę­dzie z chło­pa­kiem na gó­rze. Wbiegł na scho­dy, prze­ska­ku­jąc po trzy stop­nie, i nie za­dał so­bie tru­du, by za­pu­kać do drzwi.

- Je­sper, do ja­snej cho­le­ry! Fale dźwię­ko­we roz­trza­ska­ły dwa okna na Pin­je­van­gen! Bę­dziesz mu­siał sam za to za­pła­cić! - wrza­snął naj­gło­śniej, jak umiał.

Chło­pak sły­szał to już wcze­śniej, więc jego zgię­te nad kla­wia­tu­rą ple­cy nie drgnę­ły na­wet o mi­li­metr.

- Hej! - Carl krzyk­nął mu pro­sto w ucho. - Ścisz albo prze­tnę ka­bel od mo­de­mu!

To tro­chę po­mo­gło.

Na dole w kuch­ni Mor­ten Hol­land roz­ło­żył już ta­le­rze na sto­le. Ktoś z dziel­ni­cy prze­zwał go za­stęp­czą mat­ką spod nu­me­ru 73, ale my­lił się. Mor­ten nie był za­stęp­stwem, był naj­lep­szą i naj­praw­dziw­szą mat­ką, jaką Carl miał kie­dy­kol­wiek obok sie­bie. Za­ku­py, pra­nie, go­to­wa­nie i sprzą­ta­nie z aria­mi ope­ro­wy­mi błą­ka­ją­cy­mi się po jego wraż­li­wych ustach. No i pła­cił za wy­na­jem.

- By­łeś dziś na uni­wer­sy­te­cie, Mor­ten? - spy­tał, zna­jąc od­po­wiedź. Mor­ten miał trzy­dzie­ści trzy lata, a ostat­nich trzy­na­ście spę­dził, ucząc się pil­nie wszyst­kich moż­li­wych przed­mio­tów, oprócz tych zwią­za­nych z trze­ma kie­run­ka­mi, na któ­re się w tym cza­sie za­pi­sał. W re­zul­ta­cie miał po­ra­ża­ją­cą wie­dzę na każ­dy te­mat, poza tymi, za któ­re do­sta­wał sty­pen­dium i któ­re mia­ły mu w przy­szło­ści za­pew­nić utrzy­ma­nie.

Mor­ten od­wró­cił się do nie­go swy­mi cięż­ki­mi, otłusz­czo­ny­mi ple­ca­mi i utkwił wzrok w bul­go­czą­cej ma­sie w garn­ku.

- Zde­cy­do­wa­łem, że będę stu­dio­wał ad­mi­ni­stra­cję.

Wspo­mi­nał już o tym wcze­śniej, była to tyl­ko kwe­stia cza­su.

- Kur­wa, Mor­ten, nie po­wi­nie­neś naj­pierw skoń­czyć po­li­to­lo­gii? - za­py­tał mimo wszyst­ko Carl.

Mor­ten do­sy­pał tro­chę soli do garn­ka i za­mie­szał.

- Więk­szość na po­li­to­lo­gii gło­su­je na ko­ali­cję, to do mnie nie pa­su­je.

- A co ty o tym wiesz? Prze­cież nig­dy cię tam nie ma, Mor­ten.

- By­łem tam wczo­raj. Opo­wie­dzia­łem lu­dziom z mo­jej gru­py ka­wał o Ka­ri­nie Jen­sen.

- Ka­wał o po­li­ty­ku, któ­ry za­czy­na ka­rie­rę w ra­dy­kal­nej le­wi­cy, a koń­czy u Li­be­ra­łów? To chy­ba nic trud­ne­go.

- Ona jest do­wo­dem na to, że za wy­so­kim czo­łem może się kryć ni­ski ilo­raz - tak po­wie­dzia­łem. I nikt się nie śmiał.

Mor­ten był wy­jąt­ko­wy. Prze­ro­śnię­ty, sztu­bac­ki, an­dro­gi­nicz­ny pra­wi­czek, dla któ­re­go re­la­cje spo­łecz­ne z cza­sem ogra­ni­czy­ły się do wy­mia­ny uwag z przy­pad­ko­wy­mi klien­ta­mi skle­pu Kvic­kly na te­mat za­ku­pów. Po­ga­węd­ka przy za­mra­żar­ce o tym, czy szpi­nak po­da­wać z so­sem śmie­ta­no­wym czy bez.

- Nie śmia­li się, Mor­ten, ale po­wo­dów może być kil­ka. Ja też się nie śmia­łem, a by­najm­niej nie gło­su­ję na par­tie ko­ali­cyj­ne.

Po­krę­cił gło­wą. To i tak na nic. Do­pó­ki Mor­ten pra­co­wał w wy­po­ży­czal­ni wi­deo, Car­lo­wi było wszyst­ko jed­no, co stu­diu­je, a cze­go nie.

- Ad­mi­ni­stra­cja, mó­wisz? To chy­ba nud­ne jak fla­ki z ole­jem.

Mor­ten wzru­szył ra­mio­na­mi i wrzu­cił kil­ka mar­che­wek do dru­gie­go garn­ka. Przez chwi­lę mil­czał, co było dla nie­go nie­ty­po­we. Carl już wie­dział, co bę­dzie da­lej.

- Vig­ga dzwo­ni­ła - po­wie­dział w koń­cu Mor­ten z pew­ną tro­ską w gło­sie i od­su­nął się nie­co. W ta­kich sy­tu­acjach do­da­wał zwy­kle: Don't sho­ot me, I'm only the pia­no play­er. Ale nie tym ra­zem.

Carl nie sko­men­to­wał. Je­śli Vig­ga cze­goś od nie­go chcia­ła, to mo­gła po­cze­kać z te­le­fo­nem, aż wró­ci do domu.

- Wy­da­je mi się, że mar­z­nie w tym dom­ku na dział­ce - od­wa­żył się do­dać Mor­ten, mie­sza­jąc w garn­ku.

Carl od­wró­cił się do nie­go. To coś na ku­chen­ce pach­nia­ło dia­bel­nie do­brze. Już od daw­na nie miał ta­kie­go ape­ty­tu.

- Mar­z­nie? To niech wsa­dzi do pie­ca paru swo­ich wy­pa­sio­nych ko­cha­siów.

- O czym ga­da­cie? - roz­le­gło się w pro­gu. Drzwi w ko­ry­ta­rzu za Je­spe­rem aż trzę­sły się od wy­le­wa­ją­cej się z jego po­ko­ju ka­ko­fo­nii.

To cud, że w ogó­le się sły­sze­li.

Gdy Carl prze­sie­dział w piw­ni­cy trzy dni, ga­piąc się na zmia­nę to w Go­ogle'a, to w ścia­nę, i kie­dy znał już na pa­mięć od­le­głość do pro­wi­zo­rycz­nej to­a­le­ty, a w do­dat­ku czuł się wy­spa­ny jak nig­dy do­tąd, udał się czte­ry­sta pięć­dzie­siąt dwa stop­nie w górę do Wy­dzia­łu Za­bójstw, na dru­gie pię­tro, gdzie re­zy­do­wa­li jego daw­ni ko­le­dzy. Chciał za­żą­dać, żeby wresz­cie skoń­czy­ły się pra­ce w piw­ni­cy i żeby za­wie­szo­no drzwi w za­wia­sach tak, by przy­najm­niej mógł nimi trza­skać, je­śli naj­dzie go ocho­ta. Chciał też im ostroż­nie przy­po­mnieć, że nie do­stał jesz­cze te­czek ze spra­wa­mi. Nie dla­te­go, że mu się spie­szy­ło, ale żeby nie stra­cić pra­cy, nim ją fak­tycz­nie do­sta­nie.

Może spo­dzie­wał się, że daw­ni ko­le­dzy będą się na nie­go ga­pić z za­cie­ka­wie­niem, gdy wkro­czy do wy­dzia­łu. Czy jest na skra­ju za­ła­ma­nia ner­wo­we­go? Czy zro­bił się wo­sko­wo bla­dy od sie­dze­nia w wiecz­nych ciem­no­ściach? Spo­dzie­wał się za­cie­ka­wio­nych i po­gar­dli­wych spoj­rzeń, ale nie tego, że wszy­scy będą wcho­dzi­li do swo­ich ga­bi­ne­tów, trza­ska­jąc drzwia­mi w spo­sób tak sko­or­dy­no­wa­ny jak te­raz.

- Co tu się dzie­je? - spy­tał fa­ce­ta, któ­re­go nig­dy wcze­śniej nie wi­dział, a któ­ry stał i wy­pa­ko­wy­wał kar­to­ny w pierw­szym ga­bi­ne­cie.

Fa­cet wy­cią­gnął rękę.

- Pe­ter Ve­ste­rvig, je­stem z po­ste­run­ku City. Mam być w ze­spo­le Vig­go.

- W ze­spo­le Vig­go? Vig­go Brin­ka? - spy­tał. Szef ze­spo­łu? Vig­go? To chy­ba mu­sie­li mia­no­wać go wczo­raj.

- Tak. A ty je­steś... - Fa­cet sam chwy­cił dłoń Car­la.

Carl uści­snął ją po­spiesz­nie i ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu, nie udzie­liw­szy od­po­wie­dzi. Były jesz­cze dwie twa­rze, któ­rych nie znał.

- Też z ze­spo­łu Vig­go?

- Ten przy oknie nie.

- Wi­dzę nowe me­ble.

- Tak, wła­śnie je wnie­sio­no. Czy ty nie je­steś przy­pad­kiem Carl M?rck?

- Kie­dyś by­łem - od­parł i skie­ro­wał ostat­nie kro­ki do ga­bi­ne­tu Mar­cu­sa Ja­cob­se­na.

Drzwi były otwar­te, ale za­mknię­te też nie po­wstrzy­ma­ły­by go przed wtar­gnię­ciem z im­pe­tem do środ­ka.

- Przy­by­wa was w wy­dzia­le, Mar­cus? - spy­tał bez ogró­dek, prze­ry­wa­jąc spo­tka­nie.

Szef Wy­dzia­łu Za­bójstw spoj­rzał z re­zy­gna­cją na swo­je­go za­stęp­cę i jed­ną z dziew­czyn z se­kre­ta­ria­tu.

- Okej, Carl M?rck wy­legł z cze­lu­ści. Bę­dzie­my kon­ty­nu­ować za pół go­dzi­ny - oznaj­mił, zbie­ra­jąc pa­pie­ry na kup­kę.

Carl po­słał za­stęp­cy kwa­śny uśmiech, gdy ten wy­cho­dził z ga­bi­ne­tu, a za­stęp­ca nie po­zo­stał mu dłuż­ny. Pod­in­spek­tor kry­mi­nal­ny Lars Bj?rn za­wsze dbał o to, by pa­nu­ją­cy mię­dzy nimi chłód nie uległ ocie­ple­niu.

- Co tam sły­chać na dole, Carl? Da­jesz radę z usta­la­niem prio­ry­te­tu spraw?

- Z pew­no­ścią. W każ­dym ra­zie w przy­pad­ku tych spraw, któ­re jak do­tąd do­sta­łem. - Wska­zał ręką za sie­bie. - Co się tam dzie­je?

- Tak, nic dziw­ne­go, że py­tasz. - Uniósł brwi i wy­pro­sto­wał Krzy­wą Wie­żę w Pi­zie, jak lu­dzie na­zy­wa­li sto­sik no­wych spraw na jego biur­ku. - Na­tłok spraw zmu­sił nas do utwo­rze­nia dwóch do­dat­ko­wych ze­spo­łów do­cho­dze­nio­wych.

- Na miej­sce mo­je­go? - Uśmiech­nął się krzy­wo.

- No, to zna­czy dwa ze­spo­ły oprócz tego.

Carl zmarsz­czył brwi.

- Trzy ze­spo­ły. Jak, do kur­wy nę­dzy, uda­ło się wam to sfi­nan­so­wać?

- Po­nad­pro­gra­mo­wa do­ta­cja. Ja­kieś wy­rów­na­nie w związ­ku z re­for­mą, sam wiesz.

- Czy wiem? Za cho­le­rę!

- Ży­czysz so­bie cze­goś kon­kret­ne­go, Carl?

- Tak, ale po­my­śla­łem, że to może po­cze­kać. Mu­szę naj­pierw roz­wią­zać ja­kąś spra­wę. Przyj­dę póź­niej.

Wia­do­mo było, że w par­tii Pra­wi­ca za­sia­da­ło spo­ro lu­dzi ze świa­ta biz­ne­su, do­brze się wspól­nie ba­wiąc i speł­nia­jąc ży­cze­nia or­ga­ni­za­cji biz­ne­so­wych. Ale ta naj­bar­dziej wy­szta­fi­ro­wa­na par­tia w kra­ju przy­cią­ga­ła też za­wsze po­li­cjan­tów i woj­sko­wych, bo­go­wie ra­czą wie­dzieć dla­cze­go. Wie­dział, że przy­najm­niej dwóch ta­kich re­zy­du­je w tej chwi­li w Chri­stians­bor­gu. Jed­nym był bie­dak, któ­ry tyl­ko prze­lot­nie zna­lazł się w struk­tu­rach po­li­cji, aby pę­dem się z nich wy­do­stać; dru­gim był sym­pa­tycz­ny, nie­mło­dy już pod­ko­mi­sarz do spraw kry­mi­nal­nych, któ­re­go Carl po­znał swe­go cza­su w Ran­ders. Nie miał szcze­gól­nie kon­ser­wa­tyw­nych prze­ko­nań, ale kan­dy­do­wał z okrę­gu, z któ­re­go po­cho­dził, a pra­ca z pew­no­ścią była nie­źle płat­na. Tak Kurt Han­sen z Ran­ders zo­stał de­pu­to­wa­nym z ra­mie­nia Pra­wi­cy oraz człon­kiem ko­mi­sji usta­wo­daw­czej, a dla Car­la naj­lep­szym źró­dłem in­for­ma­cji na­tu­ry po­li­tycz­nej. Kurt nie mó­wił wszyst­kie­go, ale ła­two się za­pa­lał do spra­wy, je­śli była in­te­re­su­ją­ca. Carl za­sta­na­wiał się, czy ta była.

- Pan pod­ko­mi­sarz Kurt Han­sen, jak mnie­mam - po­wie­dział, sły­sząc głos w te­le­fo­nie.

W słu­chaw­ce roz­legł się głę­bo­ki śmiech.

- Pro­szę, pro­szę, Carl - kopę lat! Miło usły­szeć twój głos. Cho­dzą słu­chy, że zo­sta­łeś po­strze­lo­ny.

- To nic ta­kie­go, czu­ję się do­brze, Kurt.

- Go­rzej z two­imi dwo­ma ko­le­ga­mi. Czy są po­stę­py w śledz­twie?

- Po­su­wa się do przo­du.

- Cie­szę się, na­praw­dę. Pra­cu­je­my te­raz nad pro­jek­tem usta­wy o za­ostrze­niu wy­mia­ru kary za na­paść na funk­cjo­na­riu­sza na służ­bie o pięć­dzie­siąt pro­cent. To po­win­no po­móc. Mu­si­my was prze­cież wspie­rać tam na ba­ry­ka­dach.

- Świet­nie, Kurt. Wspar­li­ście też Wy­dział Za­bójstw w Ko­pen­ha­dze ja­kąś nad­pro­gra­mo­wą do­ta­cją, jak sły­sza­łem.

- Nie, nie wy­da­je mi się.

- No to może nie sam Wy­dział Za­bójstw, ale coś in­ne­go w Ko­men­dzie Głów­nej. Mam na­dzie­ję, że to nie żad­na ta­jem­ni­ca?

- Czy mamy ja­kieś ta­jem­ni­ce w kwe­stii nad­pro­gra­mo­wych do­ta­cji? - spy­tał Kurt i ro­ze­śmiał się tak ser­decz­nie, jak tyl­ko po­tra­fi czło­wiek, któ­re­go cze­ka w przy­szło­ści po­kaź­na eme­ry­tu­ra.

- To na co da­li­ście do­fi­nan­so­wa­nie, je­śli mogę spy­tać? To pod­le­ga Ko­men­dzie Głów­nej Po­li­cji?

- Tak, wy­dział pod­le­ga wła­ści­wie pod Cen­tral­ne Biu­ro Do­cho­dze­nio­we, ale żeby unik­nąć pro­wa­dze­nia spraw po raz ko­lej­ny przez tych sa­mych lu­dzi, po­sta­no­wio­no za­ło­żyć sa­mo­dziel­ną jed­nost­kę ad­mi­ni­stro­wa­ną przez Wy­dział Za­bójstw. Ma się zaj­mo­wać tak zwa­ny­mi spra­wa­mi pod spe­cjal­nym nad­zo­rem, ale to już wiesz.

- Mó­wisz o De­par­ta­men­cie Q?

- Tak go na­zwa­li­ście? No, no, do­sko­na­ła na­zwa.

- Jak duże jest to do­fi­nan­so­wa­nie?

- Nie znam do­kład­nej kwo­ty, ale to coś po­mię­dzy sze­ścio­ma a ośmio­ma mi­lio­na­mi rocz­nie przez naj­bliż­sze dzie­sięć lat.

Carl po­wiódł wzro­kiem po ja­sno­zie­lo­nym po­ko­ju w piw­ni­cy. Okej, te­raz już ro­zu­miał, dla­cze­go Mar­cus Ja­cob­sen i Bj?rn mu­sie­li de­por­to­wać go na tę zie­mię ni­czy­ją. Po­wie­dział, że mię­dzy sze­ścio­ma a ośmio­ma mi­lio­na­mi. Pro­sto do kie­sze­ni Wy­dzia­łu Za­bójstw.

Niech go dia­bli, je­śli nie bę­dzie ich to dro­go kosz­to­wać.

Szef Wy­dzia­łu Za­bójstw spoj­rzał na nie­go jesz­cze raz, za­nim zdjął oku­la­ry do czy­ta­nia. Miał ten sam wy­raz twa­rzy, gdy ba­dał nie­wy­raź­ne śla­dy na miej­scu prze­stęp­stwa.

- Mó­wisz, że chcesz mieć wła­sny sa­mo­chód służ­bo­wy? Czy mu­szę ci przy­po­mi­nać, że w ko­pen­ha­skiej po­li­cji nie mamy służ­bo­wych po­jaz­dów? Mu­sisz zwró­cić się do biu­ra za­wia­du­ją­ce­go po­jaz­da­mi i do­stać przy­dział na wóz, jak bę­dziesz go po­trze­bo­wał. Tak jak wszy­scy inni, Carl, tak to już jest.

- Nie pra­cu­ję w ko­pen­ha­skiej po­li­cji. Spra­wu­je­cie nade mną je­dy­nie wła­dzę ad­mi­ni­stra­cyj­ną.

- Carl, wiesz prze­cież do­brze, że lu­dzie będą się bu­rzyć na taką for­mę spe­cjal­ne­go trak­to­wa­nia, praw­da? I sze­ściu do­dat­ko­wych lu­dzi w two­im wy­dzia­le, mó­wisz. Upa­dłeś na gło­wę?

- Pró­bu­ję tyl­ko zor­ga­ni­zo­wać De­par­ta­ment Q zgod­nie z za­ło­że­nia­mi, czy nie to po­wi­nie­nem ro­bić? Mam wziąć całą Da­nię pod skrzy­dła. Sam wi­dzisz, że to nie lada re­wir. A więc nie chcesz dać mi sze­ściu lu­dzi?

- Nie, do dia­bła.

- Czte­rech? Trzech?

Szef Wy­dzia­łu Za­bójstw po­krę­cił gło­wą.

- Czy­li sam mam wy­peł­niać wszyst­kie za­da­nia.

Po­ki­wał gło­wą.

- Po­wi­nie­neś więc ro­zu­mieć, że nie mogę się obejść bez sta­łe­go do­stę­pu do sa­mo­cho­du służ­bo­we­go. A je­śli będę mu­siał je­chać do Aal­bor­ga albo do Nstved? Żyję pod pre­sją. Nie wiem na­wet, ile spraw znaj­dzie się na moim biur­ku, praw­da?

Usiadł na­prze­ciw­ko swo­je­go prze­ło­żo­ne­go i na­lał kawy do fi­li­żan­ki po­zo­sta­wio­nej przez za­stęp­cę.

- Ale bez wzglę­du na wszyst­ko mu­szę do­stać czło­wie­ka do po­mo­cy tam, na dół. Ta­kie­go z pra­wem jaz­dy, któ­ry mi po­mo­że w za­ła­twia­niu spraw. W wy­sy­ła­niu fak­sów i tak da­lej. W sprzą­ta­niu. Mam prze­cież dużo ro­bo­ty, Mar­cus. Mu­si­my mieć re­zul­ta­ty. Fol­ke­ting bę­dzie chciał spraw­dzić, czy do­brze wy­dał pie­nią­dze, praw­da? To było osiem mi­lio­nów, tak? To na­praw­dę dużo pie­nię­dzy.

2

2002

Plot­kar­skie ga­ze­ty uwiel­bia­ły wi­ce­prze­wod­ni­czą­cą De­mo­kra­tów Me­re­te Lyng­ga­ard za wszyst­ko, co sobą re­pre­zen­to­wa­ła. Za cię­te ri­po­sty z mów­ni­cy Fol­ke­tin­gu oraz brak sza­cun­ku wo­bec pre­mie­ra i jego za­usz­ni­ków. Za ko­bie­ce atry­bu­ty, fi­glar­ne oczy i uwo­dzi­ciel­skie do­łecz­ki. Ko­cha­li ją za mło­dość i suk­ces, ale nade wszyst­ko za to, jaką po­żyw­kę da­wa­ła spe­ku­la­cjom, dla­cze­go taka zdol­na i ład­na ko­bie­ta jesz­cze nig­dy nie po­ka­za­ła się pu­blicz­nie z męż­czy­zną.

Dzię­ki Me­re­te Lyng­ga­ard ga­ze­ty sprze­da­wa­ły się do­sko­na­le. Les­bij­ka czy nie, sta­no­wi­ła na­praw­dę wdzięcz­ny te­mat.

O tym wszyst­kim Me­re­te wie­dzia­ła aż na­zbyt do­brze.

- Dla­cze­go nie umó­wisz się z Ta­gem Bag­ge­se­nem? - na­ci­ska­ła se­kre­tar­ka, gdy drep­ta­ły wspól­nie do ma­łe­go nie­bie­skie­go audi Me­re­te przez ka­łu­że, cią­gną­ce się aż do par­kin­gu przy Rigs­dags­ga­ard. - Wiem, że wie­lu chcia­ło­by się z tobą gdzieś wy­brać, ale on zu­peł­nie zwa­rio­wał na two­im punk­cie. Ile razy pró­bo­wał cię gdzieś za­pro­sić? Mo­żesz się do­li­czyć tych wszyst­kich li­ści­ków, któ­re zo­sta­wia ci na biur­ku? Nie da­lej jak dziś zo­sta­wił ko­lej­ny. Daj mu szan­sę, Me­re­te.

- Cze­mu sama go so­bie nie weź­miesz? - Me­re­te po­chy­li­ła się i wrzu­ci­ła ster­tę te­czek na tyl­ne sie­dze­nie. - Co mam ro­bić z eks­per­tem od ru­chu dro­go­we­go z Ra­dy­kal­ne­go Cen­trum, mo­żesz mi po­wie­dzieć, Ma­rian­ne? Czy je­stem może ron­dem w Her­ning?

Me­re­te unio­sła wzrok na Mu­zeum Woj­sko­we T?j­hus, gdzie stał męż­czy­zna w bia­łym pro­chow­cu i fo­to­gra­fo­wał bu­dy­nek. Czy jej też zro­bił zdję­cie? Po­trzą­snę­ła gło­wą. Uczu­cie, że jest ob­ser­wo­wa­na, za­czy­na­ło ją po­wo­li iry­to­wać. Zu­peł­na pa­ra­no­ja. Te­raz po­win­na od­po­czy­wać.

- Tage Bag­ge­sen ma trzy­dzie­ści pięć lat, wy­glą­da cho­ler­nie do­brze, no, może mógł­by zrzu­cić parę kilo, ale za to ma do­mek w Vej­by. Tak, i kil­ka, zda­je się, na Ju­tlan­dii. Cze­go wię­cej ci trze­ba?

Me­re­te spoj­rza­ła na nią, krę­cąc scep­tycz­nie gło­wą.

- Owszem, ma trzy­dzie­ści pięć lat i miesz­ka z mat­ką. Zu­peł­nie osza­la­łaś. Bierz go, jest twój!

Się­gnę­ła po stos te­czek, któ­re trzy­ma­ła w ob­ję­ciach jej se­kre­tar­ka, i wrzu­ci­ła je na sie­dze­nie obok po­zo­sta­łych. Ze­ga­rek na de­sce roz­dziel­czej po­ka­zy­wał sie­dem­na­stą trzy­dzie­ści. Była już spóź­nio­na.

- Dziś wie­czo­rem za­brak­nie two­je­go gło­su w sali ob­rad Fol­ke­tin­gu, Me­re­te.

- Ach tak - od­par­ła i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Od­kąd we­szła do po­li­ty­ki, mię­dzy nią a prze­wod­ni­czą­cym klu­bu par­la­men­tar­ne­go De­mo­kra­tów obo­wią­zy­wa­ła umo­wa, że po go­dzi­nie osiem­na­stej czas na­le­ży do niej, z wy­jąt­kiem pa­lą­cych, nie­zbęd­nych prac w ko­mi­sjach lub gło­so­wań. "Nie ma pro­ble­mu", po­wie­dział wte­dy, wie­dząc do­brze, ile gło­sów przy­cią­ga­ła. Te­raz więc też nie po­win­no być pro­ble­mu.

- Da­lej, Me­re­te, po­wiedz, do­kąd się tak spie­szysz. - Jej se­kre­tar­ka prze­krzy­wi­ła gło­wę. - Jak on ma na imię?

Me­re­te uśmiech­nę­ła się do niej lek­ko i za­mknę­ła drzwi. Naj­wyż­szy czas po­zbyć się Ma­rian­ne Koch.

5

2002

Wie­czo­ry na­le­ża­ły tyl­ko do Me­re­te Lyng­ga­ard. Z każ­dą li­nią na jezd­ni zni­ka­ją­cą pod jej pę­dzą­cym do domu sa­mo­cho­dem po­zo­sta­wia­ła w tyle te ele­men­ty sa­mej sie­bie, któ­re nie pa­so­wa­ły do jej ży­cia za szpa­le­rem ci­sów w Ma­gle­by. W chwi­li gdy wjeż­dża­ła w sen­ne prze­strze­nie gmi­ny Ste­vns i po­ko­ny­wa­ła most nad po­to­kiem Tryg­ge­vl­de, czu­ła się, jak­by prze­cho­dzi­ła trans­for­ma­cję.

Uffe sie­dział jak zwy­kle z zim­ną her­ba­tą na brze­gu ławy, ską­pa­ny w świe­tle te­le­wi­zo­ra, z dźwię­kiem na pe­łen re­gu­la­tor. Kie­dy za­par­ko­wa­ła sa­mo­chód w ga­ra­żu i szła do tyl­nych drzwi, wi­dzia­ła go wy­raź­nie przez szy­bę od stro­ny po­dwó­rza. Jak za­wsze ten sam Uffe. Ci­chy i nie­ru­cho­my.

Ener­gicz­nym ru­chem ścią­gnę­ła w po­miesz­cze­niu go­spo­dar­czym buty na wy­so­kim ob­ca­sie, wrzu­ci­ła tecz­kę na piec, po­wie­si­ła płaszcz w ko­ry­ta­rzu i po­ło­ży­ła pa­pie­ry w ga­bi­ne­cie. Na­stęp­nie zdję­ła ko­stium od Fi­lip­py K, uło­ży­ła go na krze­śle przy pral­ce, ścią­gnę­ła szla­frok z ha­czy­ka i wśli­zgnę­ła się w do­mo­we pan­to­fle. Było do­kład­nie tak, jak mia­ło być. Nie mu­sia­ła zmy­wać z sie­bie dnia pod prysz­ni­cem za­raz po po­wro­cie do domu.

Na­stęp­nie po­grze­ba­ła w pla­sti­ko­wej pacz­ce i zna­la­zła na jej dnie kil­ka cu­kier­ków ka­wo­wych. Kie­dy cu­kie­rek le­żał już na ję­zy­ku, pod­no­sząc szyb­ko po­ziom cu­kru we krwi, była go­to­wa, by zaj­rzeć do sa­lo­nu.

Do­pie­ro wte­dy krzy­cza­ła:

- Cześć, Uffe, już je­stem!

Za­wsze ten sam ry­tu­ał. Wie­dzia­ła, że Uffe za­uwa­żył świa­tła sa­mo­cho­du w chwi­li, gdy wjeż­dża­ła na wzgó­rze, ale żad­ne z nich nie czu­ło po­trze­by kon­tak­tu, nim nad­szedł wła­ści­wy czas.

Usia­dła przed nim i pró­bo­wa­ła po­chwy­cić jego wzrok.

- Hej, ko­le­go! Oglą­dasz so­bie wia­do­mo­ści i na­pa­lasz się na Tri­ne Sick?

Za­ci­snął usta tak moc­no, że zmarszcz­ki wo­kół oczu się­gnę­ły nie­mal wło­sów, ale oczu nie ode­rwał od ekra­nu.

- Tak, nie­zły z cie­bie nu­mer.

Wzię­ła go za rękę. Była cie­pła i mięk­ka, jak za­wsze.

- Ale prze­cież bar­dziej ci się po­do­ba Lot­te Mejl­he­de, my­ślisz, że tego nie wiem?

Zo­ba­czy­ła, jak jego war­gi po­wo­li roz­cią­ga­ją się w uśmie­chu. Kon­takt zo­stał na­wią­za­ny. Tak, Uffe nadal był w środ­ku. I Uffe do­sko­na­le wie­dział, cze­go w ży­ciu po­żą­da.

Ob­ró­ci­ła się do te­le­wi­zo­ra i obej­rza­ła dwie ostat­nie wia­do­mo­ści dzien­ni­ka. Pierw­sza do­ty­czy­ła ini­cja­ty­wy Rady do Spraw Ży­wie­nia w kwe­stii wpro­wa­dze­nia za­ka­zu prze­my­sło­wej pro­duk­cji tłusz­czów trans, dru­ga zaś fa­tal­nej kam­pa­nii mar­ke­tin­go­wej, któ­rą Duń­skie Zrze­sze­nie Dro­biar­skie pro­wa­dzi­ło przy wspar­ciu pań­stwa. Zna­ła obie spra­wy aż za do­brze. Ostat­nio za­fun­do­wa­ły jej dwie prze­pra­co­wa­ne noce.

Od­wró­ci­ła się do Uf­fe­go i zwi­chrzy­ła mu wło­sy, od­sła­nia­jąc bli­znę na skó­rze gło­wy.

- No, chodź, ty le­niu­chu, coś so­bie zje­my.

Chwy­ci­ła wol­ną ręką jed­ną z po­du­szek le­żą­cych na ka­na­pie i za­czę­ła go okła­dać po kar­ku, aż po chwi­li kwi­czał z ucie­chy, wy­ma­chu­jąc rę­ka­mi i no­ga­mi. Wte­dy pu­ści­ła jego czu­pry­nę, prze­sko­czy­ła ni­czym ko­zi­ca przez sofę i po­ga­lo­po­wa­ła przez sa­lon po scho­dach na górę. To za­wsze dzia­ła­ło. Chi­cho­cząc i pisz­cząc z ra­do­ści i z po­wo­du tłu­mio­nej ener­gii, po­pę­dził za­raz jej tro­pem. Ni­czym dwa wa­go­ny ze sta­lo­wym łącz­ni­kiem po­mknę­li na pierw­sze pię­tro, z po­wro­tem na dół, na ze­wnątrz przed ga­raż, z po­wro­tem do sa­lo­nu i wresz­cie do kuch­ni. Za chwi­lę, sie­dząc przed te­le­wi­zo­rem, zje­dzą po­si­łek przy­go­to­wa­ny przez opie­kun­kę. Wczo­raj oglą­da­li Ja­sia Fa­so­lę. Przed­wczo­raj Cha­pli­na. Dziś znów bę­dzie Jaś Fa­so­la. Wi­de­ote­ka Me­re­te i Uf­fe­go ogra­ni­cza­ła się wy­łącz­nie do tego, co Uffe uwiel­biał oglą­dać. Z re­gu­ły za­sy­piał po pół­go­dzi­nie. Wte­dy okry­wa­ła go ko­cem i zo­sta­wia­ła śpią­ce­go na so­fie, a w nocy sam tra­fiał na górę do sy­pial­ni. Chwy­tał ją za rękę i po­mru­ki­wał, za­nim po­now­nie za­padł w sen u jej boku w po­dwój­nym łóż­ku. Kie­dy już spał głę­bo­ko, ci­chut­ko po­świ­stu­jąc, za­pa­la­ła świa­tło i za­czy­na­ła przy­go­to­wy­wać się na ko­lej­ny dzień.

Tak wła­śnie mi­ja­ły wie­czo­ry i noce. Bo tak lu­bił Uffe - jej słod­ki, nie­win­ny młod­szy bra­ci­szek. Uro­czy mil­czą­cy Uffe.

8

2007

Carl był dość za­do­wo­lo­ny. Ro­bot­ni­cy uwi­ja­li się w piw­ni­cy przez cały po­ra­nek. On sam stał na ko­ry­ta­rzu i pa­rzył kawę na jed­nym ze sto­łów na kół­kach. Wy­pa­lił też pra­wie całą pacz­kę pa­pie­ro­sów. Obec­nie pod­ło­ga w ga­bi­ne­cie De­par­ta­men­tu Q przy­kry­ta była dy­wa­nem, pusz­ki po far­bie znik­nę­ły w ogrom­nych pla­sti­ko­wych wo­rach, drzwi umiesz­czo­no w za­wia­sach, a na ścia­nach po­wie­szo­no pła­ski te­le­wi­zor, bia­łą ta­bli­cę do pi­sa­nia i ta­bli­cę kor­ko­wą. Re­gał wy­peł­nił się jego praw­ni­czym księ­go­zbio­rem, któ­ry inni usi­ło­wa­li so­bie przy­własz­czyć. W kie­sze­ni miał klu­czy­ki do gra­na­to­we­go peu­ge­ota 607, wy­mie­nio­ne­go wła­śnie przez po­li­cyj­ne służ­by spe­cjal­ne, któ­re nie chcia­ły kon­wo­jo­wać kró­lo­wej w sa­mo­cho­dach z za­ry­so­wa­nym la­kie­rem. Miał za­le­d­wie  czter­dzie­ści pięć ty­się­cy ki­lo­me­trów na licz­ni­ku i na­le­żał wy­łącz­nie do De­par­ta­men­tu Q. Jaką chlu­bą bę­dzie na par­kin­gu przy Ma­gno­lie­van­gen! Tyl­ko dwa­dzie­ścia me­trów od okna jego sy­pial­ni.

Za kil­ka dni miał do­stać współ­pra­cow­ni­ka, jak mu obie­ca­li, po­sta­rał się tak­że, żeby opróż­ni­li małe po­miesz­cze­nie po dru­giej stro­nie piw­nicz­ne­go ko­ry­ta­rza. Lo­kal, gdzie Wy­dział Pre­wen­cji skła­do­wał zu­ży­te heł­my i tar­cze po awan­tu­rze o Ung­dom­shu­set, wy­po­sa­żo­no te­raz w stół, krze­sło, sza­fę na mio­tły i świe­tlów­ki, któ­rych Carl po­zbył się ze swo­je­go ga­bi­ne­tu. Mar­cus Ja­cob­sen po­trak­to­wał sło­wa Car­la po­waż­nie i za­trud­nił czło­wie­ka na sta­no­wi­sku sprzą­ta­cza i zło­tej rącz­ki, ale za­żą­dał, by sprzą­tał też po­zo­sta­łe po­miesz­cze­nia w piw­ni­cy. Carl spo­dzie­wał się to zmie­nić przy naj­bliż­szej oka­zji; pew­nie tego sa­me­go spo­dzie­wał się też Mar­cus Ja­cob­sen. To­czy­ła się roz­gryw­ka o po­dej­mo­wa­nie de­cy­zji i usta­la­nie, czym moż­na han­dlo­wać, a w szcze­gól­no­ści - kie­dy. Mimo wszyst­ko to on sie­dział w mro­kach piw­ni­cy, a po­zo­sta­li na gó­rze z wi­do­kiem na park Ti­vo­li. Coś za coś, żeby była rów­no­wa­ga.

O trzy­na­stej tego sa­me­go dnia przy­szły wresz­cie dwie se­kre­tar­ki z ad­mi­ni­stra­cji z ak­ta­mi spraw. Oznaj­mi­ły, że to naj­waż­niej­sze akta, a je­śli chce bar­dziej szcze­gó­ło­wych ma­te­ria­łów, to może za­ma­wiać je za ich po­śred­nic­twem. W ten spo­sób zy­skał przy­najm­niej ko­goś, dzię­ki komu mógł pod­trzy­my­wać dia­log ze swo­im daw­nym wy­dzia­łem. W każ­dym ra­zie z jed­ną z nich, Lis, cie­płą ja­sno­wło­są ko­bie­tą o eks­cy­tu­ją­cym uśmie­chu, któ­ry od­sła­niał nie­co krzy­we zęby, chciał­by wy­mie­nić coś wię­cej niż tyl­ko spo­strze­że­nia.

Po­pro­sił, by po­ło­ży­ły pa­pie­ry po obu stro­nach biur­ka.

- Czy to przy­pad­kiem nie za­lot­ny błysk w two­ich oczach, czy też za­wsze wy­glą­dasz tak znie­wa­la­ją­co pięk­nie, Lis? - zwró­cił się do ja­sno­wło­sej.

Ciem­no­wło­sa po­sła­ła ko­le­żan­ce spoj­rze­nie, któ­re spra­wi­ło­by, że na­wet Ein­ste­in po­czuł­by się jak idio­ta. Pew­nie już daw­no nie była ad­re­sat­ką ta­kich uwag.

- Carl, przy­ja­cie­lu - od­par­ła ja­sno­wło­sa Lis. - Błysk w mo­ich oczach jest za­re­zer­wo­wa­ny dla mo­je­go męża i dzie­ci. Kie­dy to do cie­bie do­trze?

- W dniu, w któ­rym zga­śnie świa­tło, a wiecz­ny mrok ogar­nie mnie i cały świat - od­parł. Moc­no po­wie­dzia­ne.

Ciem­no­wło­sa prze­chy­li­ła gło­wę do ko­le­żan­ki i za­czę­ła coś mam­ro­tać z obu­rze­niem, jesz­cze za­nim ode­szły w kie­run­ku scho­dów.

Przez pierw­szych parę go­dzin nie zer­k­nął do pa­pie­rów. Za­dał so­bie na­to­miast trud, by po­li­czyć tecz­ki, a to prze­cież też ro­dzaj pra­cy. Było ich co naj­mniej czter­dzie­ści, ale nie otwo­rzył żad­nej. Mam dość cza­su, przy­najm­niej dwa­dzie­ścia lat do eme­ry­tu­ry - po­my­ślał i uło­żył kil­ka pa­sjan­sów pa­ją­ków. Je­śli ko­lej­ny wyj­dzie, spoj­rzy na stos po pra­wej stro­nie biur­ka.

Po­nad dwa­dzie­ścia pa­sjan­sów póź­niej za­dzwo­ni­ła ko­mór­ka. Spoj­rzał na wy­świe­tlacz, ale nie roz­po­znał nu­me­ru. 3545 coś tam, coś tam. To był nu­mer ko­pen­ha­ski.

- Tak? - po­wie­dział, spo­dzie­wa­jąc się, że usły­szy eg­zal­to­wa­ny głos Vig­gi. Za­wsze zna­la­zła ja­kąś li­to­ści­wą du­szę, któ­ra uży­czy­ła jej te­le­fo­nu. "Mamo, spraw so­bie wresz­cie ko­mór­kę!", po­wta­rzał w kół­ko Je­sper. "To jest me­gaw­ku­rza­ją­ce, jak trze­ba dzwo­nić do są­sia­da, żeby z tobą po­roz­ma­wiać".

- Dzień do­bry - roz­le­gło się w słu­chaw­ce; nie była to z pew­no­ścią Vig­ga. - Tu Bir­te Mar­tin­sen, je­stem psy­cho­lo­giem w Kli­ni­ce Ura­zów Rdze­nia Krę­go­we­go. Har­dy Hen­ning­sen pró­bo­wał dziś rano wcią­gnąć szklan­kę wody po­da­ną przez pie­lę­gnia­rza pro­sto do płuc. Nic mu nie jest, ale jest w kiep­skim sta­nie psy­chicz­nym i py­tał o pana. Czy mógł­by pan tu­taj przy­je­chać? My­ślę, że by mu to po­mo­gło.

Po­zwo­li­li mu zo­stać z Har­dym sam na sam, choć psy­cho­log wy­raź­nie chcia­ła być przy roz­mo­wie.

- Masz dość tego wszyst­kie­go, chło­pie? - po­wie­dział, uj­mu­jąc dłoń Har­dy'ego. Było w niej tro­chę ży­cia. Zwró­cił na to uwa­gę już wcze­śniej. W tej chwi­li ko­niusz­ki środ­ko­we­go i wska­zu­ją­ce­go pal­ca po­ru­sza­ły się, jak­by pró­bo­wa­ły przy­cią­gnąć Car­la do sie­bie.

- Tak, Har­dy? - rzekł i przy­su­nął ku nie­mu gło­wę.

- Za­bij mnie, Carl - wy­szep­tał.

Carl wy­pro­sto­wał się i spoj­rzał mu pro­sto w oczy. Ten wy­so­ki czło­wiek miał naj­bar­dziej nie­bie­skie oczy na ca­łym świe­cie. Te­raz były wy­peł­nio­ne smut­kiem, zwąt­pie­niem i żar­li­wą proś­bą.

- Do cho­le­ry, Har­dy - szep­nął. - Prze­cież nie mogę. Sta­niesz na nogi. Sta­niesz i bę­dziesz cho­dził. Masz syna, któ­ry chciał­by mieć ojca z po­wro­tem w domu, praw­da Har­dy?

- Ma dwa­dzie­ścia lat, po­ra­dzi so­bie - od­po­wie­dział mu szep­tem Har­dy.

Był sobą. My­ślał zu­peł­nie trzeź­wo. Mó­wił po­waż­nie.

- Nie mogę, Har­dy, mu­sisz wy­trzy­mać. Wy­zdro­wie­jesz.

- Je­stem spa­ra­li­żo­wa­ny i tak już zo­sta­nie. Dziś wy­da­li wer­dykt. Żad­nych szans na wy­zdro­wie­nie, niech to dia­bli.

- Są­dzę, że Har­dy Hen­ning­sen pro­sił pana o po­moc w ode­bra­niu so­bie ży­cia - po­wie­dzia­ła psy­cho­log, za­chę­ca­jąc do zwie­rzeń.

Jej pro­fe­sjo­nal­ne spoj­rze­nie nie wy­ma­ga­ło od­po­wie­dzi. Była pew­na swe­go, do­świad­czy­ła już tego wcze­śniej.

- Nie! Ależ skąd!

- Ach tak. Tak wy­wnio­sko­wa­łam.

- Har­dy?! Nie, cho­dzi­ło o coś in­ne­go.

- By­ła­bym wdzięcz­na, gdy­by mi pan opo­wie­dział, co panu mó­wił.

- W za­sa­dzie mógł­bym. - Za­sznu­ro­wał war­gi i wyj­rzał na uli­cę. Ani ży­wej du­szy. Cho­ler­nie dziw­ne.

- Ale nie chce pan?

- Za­ru­mie­ni­ła­by się pani, gdy­by to usły­sza­ła. Nie mogę po­wtó­rzyć cze­goś po­dob­ne­go ko­bie­cie.

- Pro­szę spró­bo­wać.

- Wo­lał­bym nie.