Kobieta w burzy - Dorota Milli

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (27,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Dmuch­nął gwał­towny wiatr, Aletta za­chwiała się, z tru­dem za­cho­wu­jąc rów­no­wagę. Dra­bina, na któ­rej stała, na szczę­ście po­zo­stała nie­wzru­szona, a ona z uśmie­chem spoj­rzała w niebo. Błę­kit prze­ty­kany był bla­do­ścią na­pły­wa­ją­cych chmur, które na­pie­rały, tłu­miąc blask słońca. Wio­sna roz­go­ściła się w Ko­ło­brzegu, ma­lu­jąc go in­ten­syw­no­ścią zie­leni na traw­ni­kach i drze­wach spon­ta­nicz­nego wy­sypu mło­dych li­ści. Świat obu­dził się po sza­ro­ściach zimy, tylko nad­mor­ski wiatr nie pod­dał się zmia­nie, na­dal ata­ku­jąc chło­dem.

- Chcesz mnie zrzu­cić z dra­biny, men­to­rze, tak da­jąc mi do zro­zu­mie­nia, że nie go­dzisz się na za­mianę szyldu? - rzu­ciła pół­gło­sem Aletta, sto­jąc na wy­so­kich szcze­blach i do­ty­ka­jąc po­wierzchni znisz­czo­nej upły­wem czasu ta­bliczki, na któ­rej wid­niała in­for­ma­cja o prak­tyce dok­tora Za­krzew­skiego. Psy­chia­tra i psy­cho­te­ra­peuta przez wiele lat przyj­mo­wał pa­cjen­tów w swoim pry­wat­nym ga­bi­ne­cie, po­świę­ca­jąc ży­cie uko­cha­nej pracy i za­ra­zem pa­sji. Od­szedł gwał­tow­nie, całą spu­ści­znę zo­sta­wia­jąc jej, swo­jej uczen­nicy, którą trak­to­wał jak córkę. - Czy to tylko znak, że dmu­chasz w moje ża­gle zmiany?

- Czy mogę prze­szko­dzić w roz­mo­wie?

Se­ba­stian Wy­socki mi­mo­wol­nie uśmiech­nął się i przy­trzy­mał dra­binę, która źle usta­wiona tym ra­zem nieco się za­chwiała, co zda­wało się nie przej­mo­wać ko­biety. Aletta Ró­żań­ska, drobna, nie­wy­soka, o ciem­nych lo­kach oka­la­ją­cych twarz, po­tra­fiła go za­sko­czyć już przy pierw­szym ich spo­tka­niu, pod­czas ko­lej­nych tylko utwier­dza­jąc go w prze­świad­cze­niu, że po­stę­puje zgod­nie ze swoją in­tu­icją, na którą trudno było zna­leźć wzór.

- Dzień do­bry, pa­nie de­tek­ty­wie. Spe­cjal­nie do mnie czy tylko pan prze­cho­dził? - Przy­trzy­mała się dra­biny, pa­trząc na męż­czy­znę z góry.

- Spe­cjal­nie do pani. Za­zna­czę, że nie na te­ra­pię.

- Nie na­le­gam, bo każdy o wła­snym cza­sie do­cho­dzi do wnio­sku, że po­trzebna jest mu po­moc.

- Bar­dzo za­bawne, pani Ró­żań­ska.

Przyj­rzał się jej ubio­rowi, który nie ule­gał zmia­nie. No­siła przy­le­ga­jące do ciała golfy, do tego sze­ro­kie spodnie, a na jej szyi wi­siał łań­cu­szek z ze­gar­kiem. Nie mo­gło za­brak­nąć tram­pek.

Aletta roz­ba­wiona po­pa­trzyła mu w oczy. Gdy go po­znała, miał z lekka po­kie­re­szo­waną twarz i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kała na jej wy­go­je­nie, by mu się le­piej przyj­rzeć. Oka­zało się, że pod siń­cami skry­wało się przy­stojne mę­skie ob­li­cze o ostrych ry­sach.

- Do­brze pan dziś wy­gląda, pa­nie Wy­socki.

- Bo trzy­mam się za­sad - przy­po­mniał ich pierw­szą roz­mowę.

- My­śla­łam, że to tylko ja je­stem ta nudna.

- Pani Ró­żań­ska jest dziś w wy­śmie­ni­tym hu­mo­rze.

- Na pana wi­dok. Wzbu­dził pan moją cie­ka­wość. Do­my­ślam się, że po­trze­buje pan mo­jej po­mocy, co by zna­czyło, że już nie pod­waża pan mo­ich kom­pe­ten­cji.

- Ni­gdy tego nie ro­bi­łem, co naj­wy­żej za­cho­wa­łem mar­gi­nes błędu. Chwi­leczkę, może ja to zro­bię - za­pro­po­no­wał, wi­dząc, że ma trud­ność w po­ra­dze­niu so­bie ze sta­rymi za­sta­łymi śru­bami szyldu.

Ścią­gnął kurtkę i po­ło­żył na murku przy drzwiach ga­bi­netu.

Aletta za­mie­niła się miej­scami z męż­czy­zną, przy­trzy­mu­jąc mu dra­binę.

- Więc jaka to sprawa?

- Po­pro­sił­bym o wspar­cie w de­li­kat­nej kwe­stii. Oczy­wi­ście też o zro­zu­mie­nie i obiek­ty­wizm.

Zmarsz­czyła brwi, bo coś jej to przy­po­mniało.

- Na­tu­ral­nie, na­sza roz­mowa bę­dzie po­ufna. Dla sie­bie za­cho­wuję ta­jem­nicę klien­tów - pod­chwy­ciła w lot z uśmie­chem.

- Ta sprawa jest wy­jąt­kowa.

Se­ba­stian po­zbył się śrub, mi­mo­wol­nie uśmie­cha­jąc się pod no­sem.

- Czy do­ty­czy to czynu za­bro­nio­nego? - za­py­tała jego sło­wami, gdy role się od­wró­ciły i te­raz on po­trze­bo­wał jej po­mocy.

- Nie, skąd. Cho­dzi o moją klientkę.

Ro­ze­śmiała się w głos, bo czy ona nie prze­szar­żo­wała w tym za­pew­nie­niu.

- Czy pana klientka o tym wie?

- Współ­pra­cu­jemy - od­po­wie­dział dy­plo­ma­tycz­nie jej sło­wami i sam się ro­ze­śmiał. Zdjął stary szyld, który po la­tach wy­słu­że­nia, te­raz stra­ciw­szy pod­porę, prze­ła­mał się w rę­kach. Wi­dział, że to zmar­twiło ko­bietę. - Przy­kro mi, ale na­daje się tylko do wy­rzu­ce­nia.

- Chcia­łam zo­sta­wić jako pa­miątkę. No, ale te­raz zdję­cie musi wy­star­czyć.

Aletta pla­no­wała je zro­bić w po­więk­sze­niu, by w ramce po­wie­sić w ga­bi­ne­cie. Men­tor Bo zo­sta­wił jej wszystko, co po­sia­dał, naj­więk­szą jed­nak jego spu­ści­zną była wie­dza, którą przez lata się z nią dzie­lił. Dzięki niemu wie­działa, kim chce zo­stać i co ro­bić. Tak jak on zo­stała dok­to­rem psy­chia­trii i psy­cho­te­ra­peutką, która znaj­do­wała za­do­wo­le­nie w pracy, każ­dego dnia upew­nia­jąc się w swo­jej ży­cio­wej mi­sji po­ma­ga­nia lu­dziom.

Dok­tora Za­krzew­skiego trak­to­wała nie tylko jak prze­ło­żo­nego, na­uczy­ciela, ale wręcz przy­szy­wa­nego ojca i przy­ja­ciela. Gdy od­szedł, stra­ciła ba­lans. Był dla niej pod­porą i wy­rocz­nią, te­raz mu­siała ra­dzić so­bie bez niego.

- Nie po­go­dzi­łam się z jego odej­ściem. Wciąż mi go bra­kuje.

Pa­trzyła na szyld, wy­nisz­czony przez czas, na­oczny do­wód tego, że wszystko prze­mija i ma swój mo­ment po­że­gna­nia.

- Na to po­trzeba czasu. Zresztą sama pani o tym wie.

- Stra­cił pan ko­goś bar­dzo bli­skiego?

- Stra­ci­łem. - Już mó­wiąc to, po­ża­ło­wał, że tak mu się wy­rwało, bo mo­men­tal­nie za­ata­ko­wała go fala smutku. - Men­tor na pewno chciałby, by pani dzia­łała da­lej. Nad­szedł na to czas.

Się­gnął po nowy szyld, na któ­rym wid­niały dane psy­cho­te­ra­peutki.

- Tak, to już czas. Stary szyld mu­siał odejść, nie mogę przy­szłych klien­tów wpro­wa­dzać w błąd.

Uśmiech­nęła się ze smut­kiem, bo nie tak wy­obra­żała so­bie otwar­cie wła­snej prak­tyki, men­tor Bo miał w tym uczest­ni­czyć, z jego na­masz­cze­niem by­łaby sil­niej­sza i pew­niej­sza sie­bie.

Przyj­rzała się Wy­soc­kiemu, wy­ko­rzy­stu­jąc to, że był za­jęty mon­to­wa­niem no­wej re­klamy. De­tek­tyw nie­wiele o so­bie mó­wił, na­wet nie od­po­wia­dał na py­ta­nia. Ciężko było od niego wy­cią­gnąć ja­kie­kol­wiek in­for­ma­cje, zwłasz­cza pry­watne. Wnio­sko­wała, że przy­czyna leży nie tyle w za­cho­wa­niu dy­stansu i trzy­ma­niu się za­sad, ile w jego od­ru­chu od­gro­dze­nia się mu­rem od prze­szło­ści, która po­zo­sta­wiła po so­bie bli­zny.

- Bra­kuje szam­pana i wy­strzału kon­fetti - ode­zwał się z uśmie­chem.

- Nad­ro­bię, gdy będę pewna, że ga­bi­net zo­sta­nie w mo­ich rę­kach.

- Bra­cia Za­krzew­scy się ode­zwali?

Se­ba­stian do­krę­cił nowy szyld, za­sta­na­wia­jąc się nad jej pro­ble­mem. Aletta opo­wie­działa mu o pod­wa­że­niu te­sta­mentu przez ro­dzinę dok­tora Za­krzew­skiego, a do­kład­nie jego braci Wal­de­mara i To­biasa. Nie go­dzili się z wolą naj­star­szego brata, chcąc prze­jąć to, co po so­bie zo­sta­wił.

- Wal­de­mar Za­krzew­ski zło­żył mi wi­zytę. Jest z nich naj­młod­szy, ale naj­bar­dziej nie­przy­jemny. Do­mi­nu­jący i tok­syczny czło­wiek, bez żad­nych skru­pu­łów i ba­rier w swo­ich na­ci­skach. Oczy­wi­ście znam me­cha­ni­zmy ma­ni­pu­la­cji, więc po­ra­dzi­łam so­bie bez pro­blemu.

- Oczy­wi­ście. - Se­ba­stian po­dzi­wiał prze­sadną pew­ność sie­bie psy­cho­te­ra­peutki, która uwa­żała, że ni­gdy się nie myli w swo­ich dia­gno­zach i prze­czu­ciu. Ba­wiło go to, choć jak na ra­zie nie zna­lazł do­wodu, że tak nie jest. - Na czym sta­nęło?

- Czeka mnie spo­tka­nie przed­są­dowe.

- Będą ne­go­cjo­wać?

- Bar­dziej gro­zić.

- Idzie pani z mamą?

Po­znał jej matkę, wpa­dli na sie­bie, gdy od­wie­dziła ga­bi­net córki. Wik­to­ria Ró­żań­ska wy­da­wała się osobą nie­zwy­kle opie­kuń­czą, jak anioł pie­czo­ło­wi­cie czu­wała nad córką.

- Skąd, za bar­dzo to prze­żywa. Po­ra­dzę so­bie, mam też po­moc praw­nika.

Uśmiech­nęła się na samą myśl o przy­stoj­nym obrońcy.

Se­ba­stian do­strzegł na­głą prze­mianę ko­biety.

- Prze­szła już z nim pani na ty?

Nie­raz wspo­mi­nał jej o prze­strze­ga­niu gra­nic, zwłasz­cza mię­dzy klien­tem a zle­ce­nio­biorcą, które ona jako psy­cho­te­ra­peutka cza­sem ła­mała, mię­dzy in­nymi z tego po­wodu po­ja­wiła się w jego agen­cji de­tek­ty­wi­stycz­nej, da­jąc mu zle­ce­nie.

- Jesz­cze nie, ale ktoś mi mó­wił, że nie po­winno się prze­kra­czać gra­nicy na polu za­wo­do­wym - wy­tknęła.

- Po­słu­cha go pani?

- Bę­dzie ciężko.

Usły­szała jego śmiech. Może nie­kiedy i ła­mała za­sady, za­le­cane pro­ce­dury, ale kie­ro­wało nią do­bro pa­cjenta bę­dące dla niej naj­wyż­szym pra­wem. Sta­rała się zro­bić wszystko, by po­móc i po­zy­skać jego za­ufa­nie, cza­sem de­cy­du­jące w pro­ce­sie le­cze­nia.

- Pań­ska sprawa łą­czy się z moim za­wo­dem? - za­py­tała tchnięta prze­czu­ciem.

Se­ba­stian mil­czał, scho­dząc z dra­biny. Zło­żył ją i wtedy się ode­zwał:

- Po­trze­buję kon­sul­ta­cji - za­czął de­li­kat­nie. - Spraw­dze­nia... czy ktoś le­czył się psy­chia­trycz­nie.

Alettę aż za­mu­ro­wało.

- My­śli pan, że zdra­dzę ta­jem­nicę le­kar­ską?! - Nie mo­gła wprost w to uwie­rzyć.

- Raz już to pani zro­biła.

- Nie je­stem za­in­te­re­so­wana współ­pracą z pa­nem - rzu­ciła ka­te­go­rycz­nie.

- Szyld pre­zen­tuje się ład­nie. Do­da­tek fio­letu robi ro­botę.

- Wiem, bo sama go wy­bra­łam. Po­ku­sił się pan o dość marną ma­ni­pu­la­cję.

Za­brała mu na­rzę­dzia i się­gnęła po dra­binę, ale on ją przy­trzy­mał. Spoj­rzała na niego groź­nie.

- Le­piej niech pan po­wie, że żar­tuje. Prima apri­lis był pierw­szego, dziś mamy pięt­na­sty, ale mo­gło się panu po­my­lić.

- Do­brze, to może sama kon­sul­ta­cja... i kawa?

Otwo­rzyła drzwi, po­dejrz­li­wie mu się przy­glą­da­jąc.

- Dra­binę trzy­mam w po­miesz­cze­niu so­cjal­nym.

Zgo­dziła się przez cie­ka­wość, mu­siała do­wie­dzieć się, co to za sprawa. Nie za­mie­rzała zła­mać prawa, chcąc tym bar­dziej udo­wod­nić Wy­soc­kiemu, że po­trafi prze­strze­gać prze­pi­sów. Jego za­do­wo­le­nie od­czy­tała jako myśl o wy­gra­nej, ale nie za­mie­rzała wy­pro­wa­dzać go z tego myl­nego wra­że­nia.

- Za­sta­na­wiam się, czy wolę pana trzy­ma­ją­cego dy­stans, czy na­tręt­nie mi­łego?

- Jaki wer­dykt?

- Żadna z tych opcji mi nie od­po­wiada.

***

Aletta za­mknęła szklane drzwi ga­bi­netu, przez które wni­kały pro­mie­nie słońca. Za­trzy­mała ataki mor­skiego wia­tru, z ulgą przyj­mu­jąc cie­pło wnę­trza wie­ko­wej ka­mie­nicy.

W miesz­ka­niu, cał­ko­wi­cie prze­ro­bio­nym na po­trzeby ga­bi­netu psy­cho­te­ra­peu­tycz­nego dok­tora Za­krzew­skiego, rzu­cały się w oczy re­fleksy mi­nio­nego czasu. W nie­wiel­kim ko­ry­ta­rzu zna­la­zło się miej­sce na ladę re­cep­cyjną, na któ­rej stał szklany fla­ko­nik z olej­kiem, roz­ta­cza­jąc le­ciutki za­pach róż. W rogu wy­soki ze­gar wy­bi­jał pełne go­dziny, prze­ty­ka­jąc ci­szę szep­tem wa­ha­dła. Usta­wiono wie­szak i kilka krze­seł dla klien­tów. Aletta pla­no­wała drobne zmiany. Nie za­mie­rzała po­zby­wać się wszyst­kiego, a tym bar­dziej bu­rzyć aury, którą men­tor wpro­wa­dził w te mury, kli­matu spo­koju i po­czu­cia bez­piecz­nego schro­nie­nia. Pra­gnęła utrzy­mać to, co jej prze­ka­zał i czego na­uczył.

Mi­nęła ko­ry­tarz i kilka drzwi pro­wa­dzą­cych do mniej­szych po­miesz­czeń, po czym we­szła do naj­więk­szego, na końcu holu, bę­dą­cego cen­trum wy­da­rzeń każ­dego dnia - do ga­bi­netu, który prze­jęła w spadku po swoim na­uczy­cielu.

Zry­wa­jąc ciemne za­słony, za­pro­siła do wnę­trza świa­tło - de­li­katne jak we­lon fi­rany nie po­wstrzy­my­wały bla­sku dnia, spra­wia­jąc, że ga­bi­net na­brał no­wego wy­razu. Wcze­śniej, zgod­nie z wi­zją men­tora, skry­wał się w mroku wraz ze swymi ta­jem­ni­cami. Aletta czuła, że musi to zmie­nić, zwró­cić się ku bla­skowi, tak jak klienci szu­ka­jący u niej po­mocy. Cza­sem na wła­sne ży­cze­nie ży­jemy w cie­niu ogra­ni­czeń, traum czy stra­chu, lecz żeby wy­zbyć się wszyst­kiego, co za­lega i jest złe, trzeba od­wa­żyć się wyjść do świa­tła, po­ka­zu­jąc mu się w ca­łej oka­za­ło­ści ze swo­imi wa­dami i za­le­tami, wszyst­kim tym, co mamy do za­ofe­ro­wa­nia światu i co mu­simy na­uczyć się w so­bie ak­cep­to­wać.

- Zro­biło się ja­śniej - oce­nił Se­ba­stian po­zby­cie się za­słon peł­nych ku­rzu.

Od­wró­ciła się do męż­czy­zny, bu­dząc z za­my­śle­nia. Cie­kawa była, jaką przyj­mie tak­tykę. Jego po­stę­po­wa­nie mo­gło jej wiele o nim po­wie­dzieć, a nie za­mie­rzała z tej szansy re­zy­gno­wać.

- Zro­bię nam kawę i po­roz­ma­wiamy. Za­pra­szam na... gdzie­kol­wiek bę­dzie panu wy­god­nie.

Se­ba­stian po­dejrz­li­wie po­pa­trzył na an­tyczną ko­zetkę po­krytą we­lu­rem.

- Przy­po­mi­nam, że nie je­stem pani pa­cjen­tem.

- Tym ra­zem za­sady się zmie­niły, pa­nie Wy­socki. Będą obo­wią­zy­wały moje. Te­raz to pan po­trze­buje po­mocy.

- Kon­sul­ta­cji.

- Jak zwał, tak zwał. Chce pan sko­rzy­stać z mo­jej wie­dzy i usły­szeć moją opi­nię?

Se­ba­stian po­pa­trzył na drobną ko­bietę, wi­dział, że była z sie­bie cał­kiem rada, i nie chciał jej psuć tej drob­nej przy­jem­no­ści od­wetu, zwłasz­cza gdy tak się do niego uśmie­chała.

- Obym tego nie ża­ło­wał.

- Tym ra­zem ja za­daję py­ta­nia, a pan od­po­wiada. Wza­jemna szcze­rość na­dal obo­wią­zuje i naj­waż­niej­sze: żad­nego pod­wa­ża­nia mo­ich kom­pe­ten­cji.

- Słowo har­ce­rza.

- Był pan nim?

- Tego nie po­wie­dzia­łem.

Wes­tchnęła wy­mow­nie na ten jego opór przed mó­wie­niem o so­bie. Po­szła przy­go­to­wać dla nich kawę. Nie za­py­tała, jaką pija, bo przy­naj­mniej to już o nim wie­działa. Wie­kowy eks­pres stał w kuchni, która jed­no­cze­śnie była po­miesz­cze­niem so­cjal­nym. Men­tor miał do za­pa­rza­nia na­po­jów re­cep­cjo­nistkę, star­szą pa­nią Irenkę, jed­nak ta ode­szła z pracy po jego śmierci.

Aletta wró­ciła do ga­bi­netu z pa­ru­ją­cymi fi­li­żan­kami, przy­ła­pu­jąc Wy­soc­kiego na roz­glą­da­niu się po sta­ro­świec­kim i za­gra­co­nym przed­mio­tami wnę­trzu. Ściany bez okien zo­stały za­sta­wione re­ga­łami peł­nymi ksią­żek, oprócz ko­zetki i fo­teli nie­zbęd­nych do se­sji zna­la­zło się miej­sce dla an­tycz­nego sze­ro­kiego biurka i sto­liczka z gra­mo­fo­nem, z któ­rego dok­tor pusz­czał od czasu do czasu na­stro­jowe me­lo­die z daw­nych lat.

- Nie wie pan, co wy­brać: ko­zetkę czy fo­tel? Men­tor lu­bił upew­niać klien­tów w ich wy­obra­że­niu o te­ra­pii. Cza­sem ro­bił psy­cho­ana­lizy, ale wo­lał roz­mowę twa­rzą w twarz.

- A pani?

- Do­sto­so­wuję się, byle po­móc. Za­zwy­czaj ze­stra­jam się z fa­lami pa­cjen­tów.

- Czy to bez­pieczne?

- Każdy z nas coś ry­zy­kuje, pan też cza­sem ob­rywa - przy­po­mniała mu, wra­ca­jąc do ich pierw­szego spo­tka­nia.

- Prze­czu­wa­łem, że im bar­dziej mnie pani po­zna, tym bar­dziej bę­dzie z tej wie­dzy ko­rzy­stać.

- Wcze­śniej pan po­znał mnie. Czy to ta­kie straszne po­ka­zać, ja­kim czło­wie­kiem je­ste­śmy?

- Od dziecka na­uczony je­stem, by tego nie ro­bić, bo może przy­nieść sku­tek od­wrotny do za­mie­rzo­nego. - Se­ba­stian, nie chcąc, by pa­dło ko­lejne py­ta­nie, szybko zmie­nił te­mat. - Zgło­siła się do mnie klientka, jej sprawa jest dość skom­pli­ko­wana.

- Dużo płaci czy za­in­try­go­wała pana, że zgo­dził się pan przy­jąć jej zle­ce­nie?

Wy­czuła jego wa­ha­nie. Na­piła się kawy, nie od­ry­wa­jąc od niego wzroku. Twarz męż­czy­zny po­zo­stała bez wy­razu, nie wy­świe­tliła się żadna emo­cja.

- Je­stem po to, by po­ma­gać, i z tego żyję. Płaci też do­brze, więc trudno było od­mó­wić.

- Do­brze się pan z tym czuje?

- Pani Aletto, czy mo­żemy nie zba­czać z te­matu, wiem, co pani robi. Ro­zu­miem, że to od pani sil­niej­sze, ale pro­szę się po­wstrzy­mać.

- Za­wsze chcę, by klient w moim ga­bi­ne­cie czuł się bez­piecz­nie.

W du­chu przy­znała mu ra­cję, nie mo­gła się po­wstrzy­mać.

- Czy to od­wet za pierw­sze na­sze spo­tka­nie?

- Nie je­stem pa­mię­tliwa. - Nie po­wstrzy­mała uśmie­chu. - Do­brze, co to za sprawa, bo przy­znam się, że je­stem już bar­dzo cie­kawa.

- Ko­bieta ma wąt­pli­wo­ści co do śmierci swo­jej matki. Tak jak pani, kie­ruje się in­tu­icją, która pod­po­wiada jej, że wiele się nie zga­dza.

- Je­stem w sta­nie ją zro­zu­mieć.

- Do­my­śla­łem się, że tym zy­ska w pani oczach. Więc... ofi­cjal­nie jej matka ode­szła na za­wał serca, choć Amanda Dmow­ska uważa, że oj­ciec z jej młod­szym bra­tem przy­śpie­szyli jej śmierć z czy­sto ego­istycz­nych po­wo­dów.

- Matka zo­sta­wiła po so­bie spa­dek?

- Zo­sta­wiła, ale nie­wiele, mimo że ma­ją­tek Dmow­skich jest o wiele za­sob­niej­szy. Dmow­ski pro­wa­dzi firmę han­dlową, a syn pra­cuje u jego boku, ma ją z cza­sem prze­jąć. Amanda wy­brała inną drogę, zo­stała tłu­ma­czem przy­się­głym kilku ję­zy­ków. Po śmierci matki oka­zało się, że jej ro­dzice mieli roz­dziel­ność ma­jąt­kową. Firma, duży dom i kilka nie­ru­cho­mo­ści na­leżą do ojca. Mam ze­brać ma­te­riał na jej ojca i brata. Do­wody, które przed są­dem będą miały istotną war­tość.

- Cho­dzi o pie­nią­dze, dla­tego to pod­waża? A pan przy­jął jej zle­ce­nie z uwagi na zysk?

Aletta nie oskar­żała, tylko chciała to gło­śno roz­wa­żyć. Cza­sem od­po­wie­dzi ra­ziły w oczy, a cza­sem za­śle­piały i trzeba było od­kryć znacz­nie wię­cej.

- To fak­tycz­nie pierw­sze się rzuca, że Dmow­ska chce wy­cią­gnąć kasę i po­suwa się do nie­czy­stych za­grań, ale gdy opo­wie­działa opo­wia­dać o swoim ojcu, za­czą­łem się wa­hać. Wik­tor Dmow­ski, we­dług jej słów, jest ty­ra­nem i ogra­ni­czał matkę we wszyst­kim, a jej brat, Ja­rek Dmow­ski, by mieć jego przy­chyl­ność i nie pod­pa­dać jego twar­dej ręce, jak to okre­śliła, go­dził się na to i za­wsze trzy­mał stronę ojca.

- Czyli jej matka żyła w związku tok­sycz­nym i prze­mo­co­wym?

- Tak to przed­sta­wiła Amanda Dmow­ska pod­czas pierw­szego na­szego spo­tka­nia. Na ko­lej­nym za­mie­rzam do­py­tać o szcze­góły. Opo­wia­dała, że jej matka nie za­słu­gi­wała na ta­kie ży­cie i mimo jej prób wpły­nię­cia na nią na­dal trwała w tej re­la­cji. Nie chce tego zo­sta­wić, bo czuję, że jest jej to winna.

- Gdzie pan wi­dzi moje za­da­nie?

Se­ba­stian do­pił kawę. Wie­dział, że ja­kim­kol­wiek to­nem to wy­po­wie, bę­dzie cho­dzić i tak o to samo.

- Dmow­ska wspo­mniała, że jej oj­ciec le­czył się psy­chia­trycz­nie z po­wodu agre­sji. Brał leki na re­ceptę.

- Czyli li­czy pan, że ja, jako per­so­nel szpi­tala, zaj­rzę do akt pa­cjenta, szu­ka­jąc da­nych Dmow­skiego, i po­dam panu do­wody na tacy? Wie pan do­brze, że nie mogę i tego nie zro­bię.

- Nie mu­szę wie­dzieć, co jest w pa­pie­rach, tylko czy rze­czy­wi­ście jej oj­ciec się le­czył.

- Słowo tak lub nie też bę­dzie zła­ma­niem przeze mnie prawa.

- Czy ta roz­mowa nie może zo­stać mię­dzy nami?

- Pa­nie Wy­socki, do­brze pan wie, że je­śli sprawa trafi przed sąd i moje na­zwi­sko zo­sta­nie wspo­mniane, może to wyjść i spo­wo­duje nie­miłe dla mnie kon­se­kwen­cje. Czy te­raz to ja stoję na straży za­sad, któ­rych na­leży prze­strze­gać, a pan, by osią­gnąć cel, a w tym wy­padku wie­dzę, chce je obejść?

- Wspo­mnia­łem, że sprawa jest skom­pli­ko­wana.

- To tylko pod­kre­śla, że każdy zła­mie za­sady, by osią­gnąć swój cel, na­wet pan de­tek­tyw Wy­socki.

Se­ba­stian uśmiech­nął się, nie mo­gąc za­prze­czyć.

- To jak po­zy­skać do­wody w tak de­li­kat­nej ma­te­rii? Po­mi­ja­jąc roz­mowę z moją klientką i zbie­ra­nie do­wo­dów prze­ciw jej ojcu, czy można udo­wod­nić, że ktoś jest za­bu­rzony czy chory?

- Strona wzywa bie­głego.

- Róż­nie bywa z tymi opi­niami. Sta­ram się za­zwy­czaj, by moi klienci mieli nie­pod­wa­żalne do­wody. Nie ma zna­cze­nia, czy cho­dzi o mor­der­stwo, czy zdradę. Wik­tor Dmow­ski mógł po­peł­nić zbrod­nię i po­kaźną go­tówką za­tu­szo­wać śmierć żony. Moim za­da­niem jest zna­leźć na to do­wody wia­ry­godne dla sądu.

- Na po­waż­nie roz­waża pan mor­der­stwo i zła­ma­nie prawa?

- Czy nie usta­li­li­śmy już, że za­zwy­czaj każdy z nas stara się zro­bić wszystko, by osią­gnąć swój cel?

***

Za­trzy­mała się przy gra­mo­fo­nie i prze­glą­dała płyty, któ­rych men­tor Bo uwiel­biał słu­chać. Po­sia­dał dużą ko­lek­cję, na­wet sama po­ma­gała mu ją wzbo­ga­cić. Let­nią porą na Gieł­dzie Sta­roci przy Skwe­rze Pio­nie­rów za­wsze uda­wało jej się coś dla niego zna­leźć.

Dok­tor Bo­gusz Za­krzew­ski mie­wał swoje sła­bo­ści i ce­le­bra­cje. Po ca­łym dniu roz­mowy z pa­cjen­tami, czy to w szpi­talu, gdzie peł­nił funk­cję or­dy­na­tora, czy we wła­snym ga­bi­ne­cie, pod wie­czór włą­czał jedną z płyt wi­ny­lo­wych. Me­lo­die za­pew­niały mu chwilę od­de­chu po cięż­kich se­sjach. Aletta za­mie­rzała kon­ty­nu­ować ów mu­zyczny od­po­czy­nek, zwa­żyw­szy, że nie­raz sia­dała obok i wtedy ra­zem z men­to­rem w mil­cze­niu wsłu­chi­wali się w ulotne słowa pełne tre­ści. Dziś mo­gła przy­mknąć po­wieki i przy­naj­mniej uda­wać, że men­tor sie­dzi w fo­telu, że jesz­cze nie od­szedł i chwilę przy niej jest.

Na­sta­wiła Annę Ger­man, jej utwory naj­czę­ściej wy­peł­niały ga­bi­net i nio­sły się po ca­łym ko­ry­ta­rzu, do­cie­ra­jąc do re­cep­cji. Wy­brała Na­szą mi­łość - utwór, do któ­rego men­tor naj­chęt­niej wra­cał.

Pio­senki o smut­nej mi­ło­ści były tym, czego słu­chał naj­czę­ściej. Me­lan­cho­lijny, czy­sty i mocny głos ko­biety po­ru­szał naj­czul­sze struny, przy­wo­łu­jąc uśpione wspo­mnie­nia. Do­wo­dem były łzy w jego oczach, które nie­raz uda­wało jej się do­strzec. Ni­gdy nie po­wie­dział jej, co było przy­czyną, że był sam, nie za­ło­żył ro­dziny, na­wet od­su­nął się od bli­skich, na wła­sne ży­cze­nie sta­jąc się czarną owcą.

Zo­sta­wił jej ga­bi­net, ale też miesz­ka­nie na naj­wyż­szym pię­trze ka­mie­nicy z całą za­war­to­ścią wie­ko­wych przed­mio­tów. Młodsi bra­cia Za­krzew­scy, mimo że kon­takt mieli z nim ogra­ni­czony, po­sta­no­wili ode­brać to, co na­le­żało do ich star­szego brata, nie go­dząc się na­wet z jego ostat­nią wolą.

Alettę cze­kał pro­ces o pod­wa­że­nie te­sta­mentu, ale naj­bar­dziej mę­czyło ją py­ta­nie o prze­szłość men­tora, któ­rej ni­gdy przed nią nie od­sło­nił.

Po­de­szła do an­tycz­nego biurka i wy­su­nęła szu­fladę, wy­cią­gnęła ze­ga­rek z de­wizką, który był dla men­tora jak ta­li­zman. We­wnątrz niego od­kryła gra­wer z in­for­ma­cją, że przed­miot był pre­zen­tem od Anieli. Imię nic jej nie mó­wiło, a wy­da­wało się, że po­znała wszyst­kie osoby z oto­cze­nia dok­tora. Pla­no­wała od­kryć jego prze­szłość i od­szu­kać liczne pod­po­wie­dzi, które wy­ja­śnią, dla­czego po­sta­no­wił być sam, cał­ko­wi­cie po­świę­ca­jąc się pracy.

Praw­nik, któ­rego wy­na­jęła, za­pew­nił, że jest stroną wy­graną. Te­sta­ment spi­sany u no­ta­riu­sza speł­niał wszel­kie wy­mogi prawne, bę­dąc trud­nym do pod­wa­że­nia, nie wie­działa jed­nak, do czego po­suną się Za­krzew­scy, by po­sta­wić na swoim. Tym bar­dziej że nie na­le­żała do ro­dziny, a po­są­dze­nie jej o nie­czy­ste za­gra­nia było naj­lep­szą me­todą.

Odło­żyła ze­ga­rek, za­su­wa­jąc szu­fladę, i pal­cami chwy­ciła za swój za­wie­szony na szyi. Po­znali się z men­to­rem, gdy była dziec­kiem z pro­ble­mami, które on po­mógł jej roz­wią­zać, od tam­tej pory po­sta­no­wiła, że bę­dzie taka jak on, a no­sze­nie ze­garka było pew­nym po­do­bień­stwem, któ­rym skła­dała mu hołd.

Wy­brzmiały ostat­nie nuty pio­senki, po któ­rej po­pły­nęły słowa ko­lej­nej. Nie ża­łuj, śpie­wała Anna Ger­man. Aletta wzięła te słowa do sie­bie i nie ża­ło­wała. Od­kąd po­sta­no­wiła otwo­rzyć wła­sną prak­tykę, jej ży­cie przy­śpie­szyło. Do­szły do tego jej upór i de­ter­mi­na­cja, by jak naj­le­piej po­móc pa­cjen­tom, cza­sem prze­kra­cza­jąc za­ry­so­wane gra­nice. Jed­nak to spo­wo­do­wało, że po­znała de­tek­tywa Wy­soc­kiego, który po­mógł jej w de­li­kat­nej spra­wie, mimo że po pierw­szym spo­tka­niu zu­peł­nie jej nie uwie­rzył.

Uśmiech­nęła się na myśl o zmien­no­ści losu, gdy te­raz to on przy­szedł pro­sić ją o po­moc. Zgo­dziła się pod­jąć jego zle­ce­nia, po­ma­ga­jąc mu w spra­wie Amandy Dmow­skiej. Za­mie­rzała po­dejść do no­wego wy­zwa­nia tak, jak do swo­ich pa­cjen­tów, z za­cię­ciem i pro­fe­sjo­na­li­zmem, chcąc wy­wią­zać się z za­da­nia.

Nic bar­dziej jej nie mo­ty­wo­wało jak spraw­dze­nie swo­jej wie­dzy i umie­jęt­no­ści i od­kry­cie pro­blemu ukry­wa­ją­cego się w ludz­kiej psy­chice. Poza tym nie mo­gła od­mó­wić, skoro jej zle­ce­nie wy­ko­nał wzo­rowo, i w pe­wien spo­sób po­sta­no­wiła się od­wdzię­czyć.

Zer­k­nęła na ze­ga­rek, ocze­ku­jąc se­sji z wy­jąt­kową klientką. Wy­szła na ko­ry­tarz, mar­twiąc się nie­obec­no­ścią re­cep­cjo­nistki, którą za­trud­niła. Po wy­sta­wie­niu ogło­sze­nia zja­wiła się tylko ona, a Aletta pil­nie po­trze­bo­wała ko­goś, kto w cza­sie trwa­ją­cej se­sji za­trosz­czy się o in­nych pa­cjen­tów. Ko­bieta, jak wi­dać, nie po­tra­fiła zja­wić się na okre­śloną go­dzinę. Już wcze­śniej miała co do niej złe prze­czu­cia i co­raz bar­dziej się w nich upew­niała.

W tym mo­men­cie po­czuła po­dmuch, który wdarł się do środka, a z nim po­ja­wiła się jej nowa re­cep­cjo­nistka. Lu­cyna Ci­sza trza­snęła drzwiami, ro­biąc ha­łas spo­tę­go­wany stu­ko­tem jej wy­so­kich ob­ca­sów od­bi­ja­ją­cym się echem od par­kietu. Przy­nio­sła ze sobą wy­pchaną re­kla­mówkę i torbę, po czym po­śpiesz­nie za­częła je wy­pa­ko­wy­wać, two­rząc na bla­cie re­cep­cji nie­ład.

- Pani Lu­cyno, spóź­niła się pani.

Aletta po­pa­trzyła na doj­rzałą ko­bietę z blond wło­sami zwią­za­nymi w kitkę. Jej strój był ko­lo­rowy, a ze­staw ja­skra­wych barw ra­ził w oczy.

- Pani dok­torko, tylko kilka mi­nut. Coś pani taka nad­gor­liwa. Jesz­cze ni­kogo nie ma.

- Miała pani przyjść wcze­śniej i po­móc mi przy wie­sza­niu szyldu - do­dała Aletta, wi­dząc w oczach ko­biety za­sko­cze­nie.

- Prze­cież wisi.

- Mu­sia­łam po­ra­dzić so­bie sama.

- No i świet­nie so­bie dok­torka po­ra­dziła. - Lu­cyna za­ma­szy­ście wzru­szyła ra­mio­nami.

- Nie­ważne. Pani Lu­cyno, okre­śli­łam pani za­sady, ja­kie pa­nują w moim ga­bi­ne­cie, i czego wy­ma­gam.

- Toż to nic trud­nego, kawka, cza­sem po­za­mia­tać, prze­trzeć kurz, przy­jąć pa­cjenta.

- Klienta, pro­szę to za­pa­mię­tać. Pro­si­łam też o bar­dziej sto­no­wany strój.

- To stary łach, już się sprał. Chwy­ci­łam to, co pierw­sze wi­siało w sza­fie. Za­wsze tak ro­bię, bo jak za­cznę się za­sta­na­wiać, to cały dzień zleci. Tak jest o wiele szyb­ciej i ide­al­nie wy­glą­dam. Prawda?

- Pani Lu­cyno, pro­si­łam o spo­kojne ko­lory, na przy­kład biel, sza­rość, czerń.

- Ja­kie to ma zna­cze­nie? Oży­wię tro­chę to mar­twe wnę­trze - obu­rzyła się na kry­tykę. Z pewną nie­chę­cią przyj­rzała się dok­tor Ró­żań­skiej, jej sza­remu gol­fowi, ciem­nym spodniom i te­ni­sów­kom. Lu­cyna nie mo­gła zro­zu­mieć, jak ko­bieta na po­zio­mie i niby wy­kształ­cona może nie mieć za grosz gu­stu i na wła­sne ży­cze­nie wta­piać się w tło.

- Pro­si­ła­bym jed­nak nie. Od­głos pani szpi­lek nie­sie się po ca­łym ga­bi­ne­cie.

- Ju­tro przy­niosę kap­cie. Ko­bieta jed­nak naj­sek­sow­niej wy­gląda w szpil­kach!

- Pani Lu­cyno, za­czy­nam wąt­pić, czy na­sza współ­praca ma szansę się spraw­dzić.

- Po co te groźby!

- To nie groźba, tylko gło­śno wy­ra­żam swoje obawy - wy­tłu­ma­czyła ze spo­ko­jem za­sko­czona, że jej słowa zo­stały ode­brane ina­czej. Aletta ża­ło­wała, że nie zgło­sił się ktoś taki jak pani Irena, ko­bieta, która przez wiele lat pra­co­wała dla jej men­tora.

- Pro­szę mnie nie skre­ślać. Jesz­cze nie wie dok­torka, co po­tra­fię.

Aletta co­raz bar­dziej upew­niała się, że ra­czej nie chce się o tym prze­ko­nać.

- Pro­szę po­stę­po­wać grzecz­nie i z umiar­ko­wa­niem pod­cho­dzić do klien­tów.

- A co ja o tym nie wiem?! Wiele lat prze­pra­co­wa­łam na re­cep­cji w przy­chodni. Z ludźmi umiem so­bie ra­dzić - za­pew­niła z wyż­szo­ścią. - To może ja ka­wusi dok­torce zro­bię?

- Pro­si­łam, żeby mó­wiła mi pani po imie­niu. - Wo­lała już sły­szeć swoje imię niż to dzi­waczne zdrob­nie­nie, któ­rego Lu­cyna uparła się uży­wać.

- Ab­so­lut­nie to nie wy­pada.

Aletta miała dość roz­mowy z ko­bietą, po­sta­no­wiła więc w ci­szy i sa­mot­no­ści ga­bi­netu przy­go­to­wać się do se­sji. Za­trzy­mała się jed­nak w jego progu, sły­sząc od­głos otwie­ra­nych drzwi, znie­ru­cho­miała, nad­słu­chu­jąc.

Nowy po­dmuch wia­tru wtar­gnął do ga­bi­netu, a wraz z nim ko­bieta, któ­rej wy­gląd i po­stawa zdra­dzały do­bry gust oraz pew­ność sie­bie. Brą­zowe włosy miała mod­nie uło­żone, de­li­katny ma­ki­jaż pod­kre­ślał jej urodę. Wi­dząc nową twarz za re­cep­cją, za­wa­hała się, ale tylko przez uła­mek se­kundy.

- Dzień do­bry. Jest Aletta? - Eryka Ra­czyń­ska zmie­rzyła nową pra­cow­nicę wni­kli­wym wzro­kiem.

- Pani dok­torka jest już - po­uczyła Lu­cyna z wyż­szo­ścią. - Była pani umó­wiona?

Eryka nie mo­gła się nie uśmiech­nąć.

- Droga pani, ja nie mu­szę się uma­wiać.

- To się jesz­cze okaże.

- Pani Lu­cyno! - Aletta po­sta­no­wiła wkro­czyć. - Co pani mó­wi­łam?

- Ka­zała mi pani pil­no­wać po­rządku, to pil­nuję. - Lu­cyna z upo­rem stała przy swoim, nie ma­jąc so­bie nic do za­rzu­ce­nia.

- Pro­szę być miłą i grzeczną. Nie są­dzi­łam, że mu­szę o tym wspo­mi­nać. - Aletta uśmiech­nęła się do Eryki z za­wsty­dze­niem. Bez słowa ra­zem prze­szły do ga­bi­netu.

- Wi­dzę, że tra­fił ci się pro­dukt z Pe­erelu w kla­sycz­nym wy­da­niu. - Eryka we­szła do ga­bi­netu mocno uba­wiona. - Aletto, po­zna­łam cię na tyle, by wie­dzieć, że lu­bisz wy­zwa­nia, ale to jest chyba po­wy­żej two­ich kom­pe­ten­cji. Be­ton ata­kuje się uda­rową, gdzie ty ze swoją sub­telną wkrę­tarką?

- Za­czy­nam po­woli ża­ło­wać swo­jej de­cy­zji, ale po­trze­buję ko­goś na re­cep­cji, a tylko Lu­cyna się zgło­siła. Da­łam jej szansę, więc zo­ba­czymy - uspo­ka­jała zwłasz­cza sie­bie. Za­mil­kła, sły­sząc gło­śną mu­zykę pły­nącą z ko­ry­ta­rza. Nie mo­gła w to uwie­rzyć.

- Pani Lu­cyno, pro­szę wy­łą­czyć ra­dio!

***

Przez uchy­lone okno do ga­bi­netu wpły­nął po­wiew ostrego wia­tru. Aletta od­cięła mu do­stęp do wnę­trza i usia­dła w fo­telu, pa­trząc na Erykę Ra­czyń­ską. Po­ja­wiła się u niej w ga­bi­ne­cie przez przy­pa­dek, chcąc spo­tkać się z dok­to­rem Za­krzew­skim. Zo­stała jed­nak jej klientką, ale też nie­ba­wem kimś bliż­szym.

Po­zna­wały się pry­wat­nie, nie zwa­ża­jąc na wy­ma­ganą gra­nicę mię­dzy pa­cjen­tem a te­ra­peutą. Aletta wie­działa, co było tego po­wo­dem, jej pustka, którą od­czu­wała po stra­cie men­tora. Do­pro­wa­dziło to do ich za­ży­ło­ści, uwa­żała jed­nak, że po­trafi to od­dzie­lać i na­dal grać swoją rolę, zwłasz­cza te­ra­peutki.

- Eryko, na­pi­jesz się kawy?

- Le­piej nie. Lu­cyna może mi do niej coś do­rzu­cić.

- Eryko, żar­tu­jesz?! To dam ci wody - za­pro­po­no­wała, nie wie­dząc już sama, czego się spo­dzie­wać po Lu­cy­nie. - Skupmy się na to­bie. Mia­łaś czas oswoić się z moją dia­gnozą, wi­dzę, że przy­ję­łaś ją do wia­do­mo­ści.

- Je­stem jesz­cze na eta­pie przyj­mo­wa­nia jej do wia­do­mo­ści - po­pra­wiła ją Eryka i na­piła się wody. Pa­mię­tała mo­ment, gdy te­ra­peutka po­wie­działa jej, z czym się mie­rzy i co jest po­wo­dem jej nie­po­koju. W pierw­szej chwili ją to roz­ba­wiło, na­stęp­nie zmar­twiło, a póź­niej na­stą­piła se­ria dra­stycz­nych zmian. - Po­wie­dzia­łam tylko Ju­lii, Je­rzemu na­wet nie pró­bo­wa­łam, z tru­dem prze­cho­dzi mi to przez gar­dło. Zresztą na­sze po­sie­dze­nia za­koń­czyły się przez moją wy­pro­wadzkę, a ra­czej ucieczkę z domu. Po­rzu­ci­łam dzieci i męża. Jak bar­dzo źle to brzmi?

- Wszystko za­leży od głęb­szego tła. Mąż przez zdradę znisz­czył wa­sze mał­żeń­stwo, a na­sto­letni sy­no­wie nie po­winni być za­kład­ni­kami w wa­szych co­dzien­nych wo­jen­kach.

- Do­kład­nie, sy­tu­acja dla nas wszyst­kich była... chu­jowa, mimo że sta­bilna. Kto by po­my­ślał, że do­pad­nie mnie kry­zys wieku śred­niego?! Nie tego się spo­dzie­wa­łam. De­pre­sja, za­ła­ma­nie ner­wowe, dwu­bie­gu­no­wość, ow­szem, ale nie to. To ta­kie po­spo­lite, a ja nie je­stem po­spo­lita!

Aletta uśmiech­nęła się ze zro­zu­mie­niem.

- Prze­czu­wa­łam, że cię roz­cza­ruję.

- Na pewno to mi do­lega?

- Eryko, wszel­kie prze­słanki na to wska­zują. Kry­zys wieku śred­niego do­ty­czy nie tylko męż­czyzn, ale i ko­biet. Bli­sko czter­dziestki, w twoim przy­padku po niej, przy­cho­dzi etap pod­su­mo­wań, to, co nam się w ży­ciu udało, a co nie­ko­niecz­nie. U ko­biet prze­ja­wia się to w sfe­rze emo­cjo­nal­nej, in­tym­nej, ro­śnie wtedy pre­sja na za­cho­wa­nie mło­dego wy­glądu, za­pisy do chi­rur­gów pla­stycz­nych.

- By­łam na tym eta­pie, odro­binę po­mo­gło, ale to jak walka z wia­tra­kami. Z gra­wi­ta­cją nikt nie wy­grał.

- Po­ko­chasz swoje zmarszczki, zwłasz­cza przy uśmie­chu, do­dają ci uroku - za­pew­niła.

- Wy­ma­gasz nie­moż­li­wego.

Aletta spo­waż­niała, prze­cho­dząc do me­ri­tum.

- Obu­dziła się w to­bie po­trzeba nad­ro­bie­nia za­le­gło­ści, szept z tyłu głowy, żeby jesz­cze za­wal­czyć, po­ka­zać, że coś zna­czysz, po­tra­fisz, że nie wszystko stra­cone i uda się coś osią­gnąć. U cie­bie zde­rzyło się to z po­czu­ciem braku sensu dba­nia o dom i dzieci, które wy­ro­sły i już nie po­trze­bują nad­mier­nej tro­ski, tylko uwagi na in­nym po­zio­mie. To wszystko, czemu do­tąd po­świę­ca­łaś czas, uzna­łaś za przedaw­nione i bez­war­to­ściowe. Mąż sam przez zdradę wy­pi­sał się z two­jej li­sty prio­ry­te­tów. Spró­bo­wa­łaś wró­cić na za­wo­dowe tory, ale twój zryw szybko opadł. Do­cho­dzą jesz­cze ob­jawy ni­skiego sa­mo­po­czu­cia, ob­ni­że­nie na­stroju, na­pady zło­ści, roz­draż­nie­nie.

- Wkur­wie­nie.

- O tym wspo­mnia­łaś przy pierw­szej wi­zy­cie. To też wy­nik zmian hor­mo­nal­nych.

- Jak wspo­mnisz jesz­cze o me­no­pau­zie, wstanę i wyjdę.

- To wszystko ide­al­nie ob­ra­zuje twój stan, a ra­czej kry­zys.

- Wszystko ja­sne, to mój chuj­ko­waty mąż mnie za­ra­ził. On pierw­szy za­cho­ro­wał, pod­no­sząc swoje marne ego zdradą z na­szą ma­sa­żystką z ośrodka.

- Jego zdrada i twoje lęki mo­gły być tego przy­czyną. Ma­razm, w któ­rym utknę­łaś, trwał w naj­lep­sze, tylko się po­głę­bia­jąc. Od­gry­wa­łaś coś, co prze­stało być twoją bez­pieczną me­lo­dią. Dawny tryb ży­cia prze­stał być twoim. Tłu­mi­łaś emo­cje, które w końcu po­trze­bo­wały uj­ścia. To nie cho­roba, a pe­wien etap. U męż­czyzn może się to ob­ja­wiać w inny spo­sób.

- Całe spek­trum mia­łam za­pre­zen­to­wane w prak­tyce u sie­bie w domu, teo­rię więc mo­żemy po­mi­nąć.

- Ro­zu­miem. Za­le­ci­łam ci, byś się uwol­niła, zro­biła coś, co na nowo roz­bu­dzi twoją we­wnętrzną pa­sję. - Aletta cze­kała na ten mo­ment, na skutki już wpro­wa­dzo­nych de­cy­zji. - Opo­wiedz, co się dzieje od chwili za­bra­nia wa­li­zek i wy­pro­wadzki z domu. Po­rzu­ce­nia tego, co cię przy­tła­czało.

Eryka po­de­szła do okna i w mil­cze­niu za­pa­trzyła się na skrzy­żo­wa­nie i prze­jeż­dża­jące tam­tędy sa­mo­chody. Świat się zmie­niał, od­ra­dzał z zi­mo­wego snu, ona też tego pra­gnęła.

- Miesz­ka­nie w por­cie było do­brą lo­katą. Stwier­dzi­łam, że przez taką lo­ka­li­za­cję po­win­nam pod­nieść stawki za wy­na­jem w se­zo­nie.

- Eryko, nie zby­waj mnie. Za­miesz­ka­łaś sama, po tak dłu­gim cza­sie nie ma już obok męża, na­sto­lat­ków, obo­wiąz­ków. Po­wiedz, jak to na cie­bie wpływa?

- Jest ci­cho i spo­koj­nie. Na po­czątku było dziw­nie, od dawna sy­piam sama, więc to nie no­wość, tylko... - wes­tchnęła i wró­ciła na fo­tel - pierw­szej nocy nie mo­głam za­snąć. W na­szym domu wy­pa­try­wa­łam brza­sku, nie mo­gąc spać, cze­ka­łam, aż zrobi się ja­sno, li­cząc, że po­jawi się słońce. Te­raz z okien mam wi­dok na port, prace za­czy­nają się wcze­śnie, więc wsłu­chuję się w echo nio­są­cych się od­gło­sów. Za­snę­łam, gdy słońce wze­szło, i spa­łam cały dzień. Nie ru­szy­łam się z domu przez czter­dzie­ści osiem go­dzin. Znik­nę­łam nie tylko dla ro­dziny, ale i dla świata.

- Co spra­wiło, że wy­szłaś?

- Głód. - Eryka uśmiech­nęła się. - W chuj zgłod­nia­łam.

Aletta za­śmiała się, bo do­strze­gła, że wraca Eryka, która po­tra­fiła za­kląć, z do­sad­no­ścią po­ka­zu­jąc swoje od­czu­cia, ale też za­ra­zić wła­sną po­zy­tywną ener­gią.

- Nie od­pusz­czę ci, po­wiedz, co za­lega na dnie?

- Co mam ci po­wie­dzieć... Po­szłam do sklepu, grzecz­nie usta­wi­łam się w ko­lejce przy ka­sie. - Eryka wy­czuła na­cisk spoj­rze­nia Aletty. - Ob­ser­wo­wa­łam lu­dzi, nie­któ­rzy się uśmie­chali. Pa­trzy­łam na tęt­niące do­okoła ży­cie, na piękne mia­sto, w któ­rym miesz­kam, i po­sta­no­wi­łam do niego wró­cić. Nie uśmie­chaj się, nie go­dzę się ze sta­ro­ścią i z tym, że czas mi uciekł i kilka lat zu­peł­nie zmar­no­wa­łam.

- Wiele stra­ci­łaś, ale nie zmar­no­wa­łaś, Eryko. Masz dwóch na­sto­let­nich sy­nów, może nie ma­cie do­brego kon­taktu, ale nad tym można po­pra­co­wać. Twoje mał­żeń­stwo do­padł kry­zys, coś się skoń­czyło, mimo że się sta­ra­łaś dać temu nie­jedną szansę. Czas na cie­bie, Eryko, tylko ty i twoje po­trzeby, czas na de­cy­zje tylko dla cie­bie wła­ściwe.

- Nie wiem, ja­kie one są. Na ra­zie dzia­łam po omacku.

- Nie na wszystko od razu znaj­dziemy od­po­wiedź. Po­jawi się w swoim cza­sie. Po­zna­łam już twoją nie­cier­pli­wość, ale nie na­ci­skaj. Ko­lejną noc prze­spa­łaś całą?

- Na­wet śmie­ciarka mnie nie obu­dziła. Żyję te­raz jakby w in­nej rze­czy­wi­sto­ści. Jesz­cze nie wiem, czy ją lu­bię.

- Czego ci bra­kuje?

- Wspo­mnia­ła­bym o za­glą­da­niu przed snem do po­ko­jów sy­nów, ale i to z cza­sem się skoń­czyło. Roz­cza­ro­wa­łam ich, na pewno te­raz, po mo­jej ucieczce, też nie mają o mnie do­brego zda­nia. Nie od­bie­rają ode mnie po­łą­czeń. Wiem, wszystko w swoim cza­sie. - Urwała, gdy w jej oczach po­ja­wiły się łzy. - Bra­kuje mi kawy z Je­rzym. Wy­my­ka­łam się do niego rano, prze­cho­dzi­łam przez płot i pi­łam naj­lep­szą kawę na świe­cie, cza­sem uroz­ma­iconą dym­kiem z pa­pie­rosa, mimo że oboje rzu­ci­li­śmy. Bra­kuje mi na­szego ry­tu­ału roz­po­czy­na­nia dnia.

- Chęt­nie bym go po­znała.

- To przy­ja­ciel, wy­zna­łam mu nie­je­den se­kret.

- Co z tym zro­bisz?

- Jak to co, za­pro­szę go i spró­buję wy­cią­gnąć od niego jego tajną re­ceptę na naj­lep­szą kawę. W końcu otwie­ram ka­fe­te­rię.

- Cie­szysz się? - Py­ta­nie było for­mal­no­ścią, bo w oczach Eryki za­iskrzyła ra­dość. Od­po­wie­działa w swoim stylu, nie zo­sta­wia­jąc miej­sca na nie­do­mó­wie­nia.

- W chuj bar­dzo.

***

Wy­szła na nad­mor­ski dep­tak, wiatr za­plą­tał się w jej włosy. Za­pach bo­gaty w mor­skie nuty przy­wiał też nutki wio­senne. Eryka wy­sta­wiła twarz do słońca, przez chwilę de­lek­tu­jąc się jego piesz­czotą. Co­raz wię­cej było sło­necz­nych dni, wcza­so­wi­cze i miesz­kańcy czę­ściej wy­bie­rali się na spa­cer, wy­peł­nia­jąc sze­ro­kie nad­mor­skie pro­me­nady. Wła­śnie przy jed­nej z nich zde­cy­do­wała się ku­pić nie­wy­soki bu­dy­nek i prze­ro­bić go na ka­fe­te­rię, która za dnia za­ofe­ruje przy­tulne miej­sce do spo­tkań przy ka­wie, a wie­czo­rem do więk­szej za­bawy przy wi­nie.

Prze­cho­dził obec­nie re­mont, a plan był pro­sty, miało być uro­kli­wie i ka­me­ral­nie, tym bar­dziej że z tyłu bu­dynku nie­mal do­ty­kały go ko­nary roz­ro­słych drzew nad­mor­skiego parku.

Gdy Eryka go wy­pa­trzyła, spra­wiał smutne wra­że­nie, wcze­śniej mie­ścił się w nim sklep. Drzwi był za­bite de­skami, po­ma­zana na­pi­sami szara ele­wa­cja znie­chę­cała, ona jed­nak nie po­trze­bo­wała wiele czasu na de­cy­zję. Ne­go­cja­cje do­ty­czące ob­ni­że­nia ceny oka­zały się ko­rzystne, więc już po ty­go­dniu od za­kupu za­częła dzia­łać.

Zo­sta­wało wiele spraw do za­ła­twie­nia i przy­pil­no­wa­nia, by roz­po­cząć dzia­łal­ność z pierw­szym dniem maja. U jej boku już nie było męża, z któ­rym przez wiele lat pra­co­wała na polu biz­ne­so­wym, jed­nak ży­cie nie zno­siło pustki i na jej dro­dze po­ja­wiła się młoda, nieco po­nad dwu­dzie­sto­let­nia ko­bieta, któ­rej za­pro­po­no­wała pracę. Z ła­two­ścią zna­la­zły wspólny ję­zyk i po­łą­czyły swoje losy. Ju­lia była anio­łem, miała wię­cej spo­koju i opa­no­wa­nia od niej, po­tra­fiła samą obec­no­ścią ją wy­ci­szyć. Znała się na rze­czy, wcze­śniej otwo­rzyła i pro­wa­dziła piz­ze­rię swo­jego by­łego na­rze­czo­nego. Obie były na eta­pie zmian i tym bar­dziej mo­gły so­bie po­móc. Efekt tego eks­pe­ry­mentu za­czy­nał wręcz za­ska­ki­wać re­zul­ta­tami.

Z dep­taka we­szła na sze­ro­kie be­to­nowe schody i po chwili do wnę­trza nowo po­wsta­łej ka­fe­te­rii. Przy­wi­tała się z ekipą bu­dow­laną, za­raz też po­ja­wiła się Ju­lia, nowa me­ne­dżerka i bli­ska jej osoba. Do ich po­zna­nia w pe­wien spo­sób przy­czy­niła się Aletta, bo wła­śnie u niej w ga­bi­ne­cie pierw­szy raz się spo­tkały.

- Eryko, jak się czu­jesz. Jak se­sja?

- Aletta jak za­wsze w for­mie. Za­wie­siła szyld, de­tek­tyw Wy­socki jej po­mógł. Naj­lep­szym jed­nak hi­tem jest nowa re­cep­cjo­nistka. Świet­nie za­cho­wana i nie­zdarta men­tal­ność Pe­erelu.

- Aletta po­trze­buje ko­goś, kto bę­dzie jej po­ma­gał, nie może prze­ry­wać se­sji. Poza tym z każ­dego po­trafi wy­cią­gnąć to, co ma do­brego, może i z tej pe­ere­lówki.

- Nie z Lu­cyny. Pro­dukt ukształ­to­wany w słusz­nie mi­nio­nym ustroju. Zresztą sama zo­ba­czysz i się ze mną zgo­dzisz. Nie mów, że nie ostrze­ga­łam.

- Czy te­raz mo­żemy przejść do cie­bie? - Ju­lia jesz­cze do nie­dawna czuła się za­gu­biona, nie­szczę­śliwa i pełna winy, dziś już w ni­czym nie przy­po­mi­nała tam­tej zra­nio­nej i bez sił ko­biety. Wal­czyła o spo­kój i z każ­dym dniem sta­wała się sil­niej­sza.

- Aletta dała mi za­da­nia do prze­tra­wie­nia i czas na po­go­dze­nie się z moim kry­zy­sem wieku śred­niego.

- Masz gdzie spo­żyt­ko­wać ener­gię. Jest dużo pracy, więc pod­wi­jamy rę­kawy i dzia­łamy.

- Mam od­dać się pa­sji i speł­niać ma­rze­nia, tak w du­żym skró­cie - do­po­wie­działa Eryka, czu­jąc jed­nak liczne wąt­pli­wo­ści i obawy.

- Ro­zej­rzyj się, je­steś na do­brej dro­dze.

- Tylko że mój we­wnętrzny hej­ter, na pewno ten od kry­zysu, cały czas na­daje: Eryka, kurwa, je­steś stara, z czym do lu­dzi?!

- Prze­cież nie zno­sisz, gdy ktoś na cie­bie na­kłada ogra­ni­cze­nia. Po­wiedz hej­te­rowi, żeby spa­dał.

- To jest po­mysł. Wiesz, że na­pady zło­ści i wkur­wie­nia to ob­jawy kry­zysu, więc mam uspra­wie­dli­wie­nie.

- Mnie to nie prze­ko­nuje.

- Mam ci po­ka­zać wy­pis od le­ka­rza?

- Je­steś moją sze­fową, więc jak chcesz, to ci przy­taknę, ale moje zda­nie znasz.

Za­śmiała się, gdy Eryka wy­mow­nie prze­wró­ciła oczami. Ju­lia czuła, jak nie­sie ją we­wnętrzna ra­dość, ta­kie mo­menty po­ja­wiały się co­raz czę­ściej. Po­wstrzy­mała wzru­sze­nie, wie­dząc, jak wiele się zmie­niło, jak wraca do rów­no­wagi po tym, co ją przed­tem ra­niło i nisz­czyło każ­dego dnia, a wszystko pod sztan­da­rem mi­ło­ści i od­da­nia.

- Jesz­cze nie masz mnie dość? Nie ża­łu­jesz, że przy­ję­łaś moją ofertę pracy?

- To naj­lep­sza de­cy­zja w moim ży­ciu. Ko­lejna po tej, gdy od­wa­ży­łam się i zgło­si­łam po po­moc do Aletty. Zaj­mijmy się tym, co tu i te­raz. To miej­sce bę­dzie piękne, po­sta­ramy się o to.

Eryka po­dą­żyła za spoj­rze­niem Ju­lii, ro­zej­rzała się po sza­rych ścia­nach, które za chwilę na­biorą ko­loru mo­dra­ko­wego i błę­kitu, by zgrały się z nad­mor­ską aurą i kli­ma­tem nie­da­leko po­ło­żo­nych plaż. Ide­al­nie po­łą­czą się z zie­lo­nymi li­śćmi palm, bia­łymi sto­licz­kami i krze­słami. Na ścia­nach za­wi­sną liczne ob­razy z mor­skim tłem, atry­buty, które się z nim utoż­sa­miają. Do wy­ko­rzy­sta­nia będą miały sze­ro­kie ta­rasy, ale też te­ren parku gra­ni­czący z dep­ta­kiem, na któ­rym znaj­dzie się miej­sce na le­żaki. Roz­ło­ży­stość drzew nad­mor­skiego skweru po­kry­wała część te­renu cie­niem, co w upalne dni po­zwoli na od­po­czy­nek od słońca.

- Pra­gnę po­czuć tu prze­pych tęt­nią­cego ży­cia, ener­gię mnó­stwa lu­dzi, usły­szeć mu­zykę, która ze śmie­chem po­nie­sie się w dal.

- Po­my­śla­łam o drew­nia­nej bu­jawce, uroz­ma­ice­niu dla krze­seł i le­ża­ków.

- Zga­dzam się. - Eryka ob­ser­wo­wała, jak zmiany do­ko­ny­wały się na jej oczach, już nie trwała w ma­ra­zmie, tylko dzia­łała i czuła się po­trzebna, a tego pra­gnęła naj­bar­dziej. - Za dnia bę­dziemy się tu spo­ty­kać, a wie­czo­rem ba­wić, śmiać, na­wet przez łzy.

- Niech to będą łzy ra­do­ści.

Eryka usta­liła z Ju­lią i sze­fem bu­dowy naj­pil­niej­sze sprawy i wy­szła, zo­sta­wia­jąc swoje nowe dzieło w bez­piecz­nych rę­kach. Wsia­dła do sa­mo­chodu z za­mia­rem za­ku­pie­nia kilku rze­czy do miesz­ka­nia. Na po­trzeby wy­naj­mu­ją­cych je wcze­śniej wcza­so­wi­czów wy­star­czało, ale jej wy­da­wało się te­raz zbyt pu­ste. Bra­ko­wało kli­matu domu, zwłasz­cza cie­płego wy­stroju, drob­nych, cie­szą­cych oczy bi­be­lo­tów. Pu­ste miesz­ka­nie bez ta­kich dro­bia­zgów wska­zy­wało na brak oso­bo­wo­ści i pod­krę­cało sa­mot­ność.

Przy­po­mniała so­bie mo­ment, gdy za­de­cy­do­wała o na­głej wy­pro­wadzce. Za­pa­ko­wała dwie wa­lizki w po­śpie­chu, jakby bała się, że się roz­my­śli, a wła­ści­wie stchó­rzy. Do głosu do­cho­dziło po­czu­cie obo­wiązku wro­słe w fun­da­menty ich domu, który z Ada­mem stwo­rzyli od pod­staw. Osta­tecz­nie za­głu­szył je zew upra­gnio­nej wol­no­ści, pew­nego wy­zwo­le­nia, by już nie czuć się zbędną i nie na swoim miej­scu w wy­ku­tej przez lata co­dzien­no­ści, ale tą od­ważną, która zrywa z tym, co ją rani, i po­rzuca rolę, jaka już do niej nie pa­so­wała.

Zo­sta­wiła męża, który wcze­śniej zro­bił po­dob­nie, od­cho­dząc do ko­chanki. Mimo że po cza­sie wró­cił, ni­czego to nie zmie­niło, roz­pad ich mał­żeń­stwa po­stę­po­wał i mimo jej na­dziei, walki o po­prawę nie udało się go po­wstrzy­mać. Te­raz role się od­wró­ciły, tylko że ona ode­szła, by od­na­leźć sie­bie, ko­bietę, którą kie­dyś była i która po­tra­fi­łaby na nowo po­ko­chać. Tej mi­ło­ści jej bra­ko­wało, na­wet do sa­mej sie­bie.

Zo­sta­wiła też sy­nów, któ­rzy do tej pory się do niej nie ode­zwali, pró­bo­wała ich nie na­ci­skać, nie chcąc od­czuć tym więk­szego ich roz­cza­ro­wa­nia. Dała im od sie­bie od­po­cząć, li­cząc, że z cza­sem jej wy­ba­czą. Ulgę znaj­do­wała w tym, że byli z oj­cem, bez­pieczni, ni­czego nie mo­gło im za­brak­nąć.

Wy­cią­gnęła te­le­fon i pod wpły­wem im­pulsu wy­brała nu­mer. Uśmiech­nęła się, gdy usły­szała do­brze znany mę­ski głos.

- Pra­cu­jesz czy ściem­niasz?

- Eryko?! Jed­nak przy­wró­ci­łaś mnie do grona zna­jo­mych.

- Je­rzy, Je­rzyku, cie­bie bym ni­gdy nie mo­gła skre­ślić. Po­zby­wa­jąc się cie­bie, po­zby­ła­bym się naj­lep­szego smaku kawy na świe­cie. Ta­kiej jak ty nie robi nikt.

- Jesz­cze tro­chę zo­stało, wpad­niesz?

Eryka mi­mo­wol­nie się skrzy­wiła. Je­rzy Bo­gu­sław­ski był jej przy­ja­cie­lem, ale i są­sia­dem. Ra­zem wy­pi­jali po­ranną kawę, gdy wpra­szała się do niego, prze­cho­dząc przez płot dzie­lący ich po­se­sje. Przez ostat­nie zmiany stra­ciła przy­jemny czas ich ce­le­bra­cji.

- Nie chcę się zbli­żać w oko­licę swo­jego domu, je­stem per­sona non grata. Na ra­zie nie za­nosi się, by ten sta­tus uległ zmia­nie. Poza tym od wielu lat opi­ja­łam cię z kawy, te­raz ja cię za­pra­szam.

- Tak pod­stę­pem chcesz mnie za­pro­sić na randkę?

- Ko­biety czter­dzie­ści plus mu­szą po­su­wać się do nie­czy­stych za­grań, by uwieść faj­nego fa­ceta.

Usły­szała jego śmiech i ucie­szyła się, że w ich re­la­cji nic się nie zmie­niło.

- Faj­nego, mó­wisz, do­brze się za­po­wiada. Gdzie się spo­tkamy?

Eryka za­sko­czyła Je­rzego wy­bo­rem miej­sca, jed­nak miała swój tajny plan. Ura­do­wana ich spo­tka­niem za­kupy odło­żyła na póź­niej.

***

Wschod­nia plaża ata­ko­wana była przez wiatr, dro­biny pia­sku zmia­tało z wy­so­kich, po­ro­śnię­tymi tra­wami wydm wprost na dep­tak i ścieżkę ro­we­rową. Za­wie­ru­chę ła­go­dził blask słońca, który od­cie­niem złota ocie­plał oto­cze­nie.

Eryka zna­la­zła miej­sce par­kin­gowe i pro­me­nadą do­szła do wy­so­kiego ośrodka wy­po­czyn­ko­wego, któ­rego okna wpa­try­wały się w mo­rze i da­leko za ho­ry­zont. We­szła do bu­dynku, wpa­da­jąc w gwar ku­ra­cju­szy gosz­czą­cych w jego sze­ro­kich pro­gach. Wje­chała windą na naj­wyż­sze pię­tro, chcąc do­stać się do ka­wiarni miesz­czą­cej się na jego szczy­cie. Za­jęła sto­lik pod sa­mym oknem, z góry po­dzi­wia­jąc nad­mor­ski kra­jo­braz w naj­lep­szym wy­da­niu. Po pra­wej stro­nie wie­żowca pysz­niła się gę­sta zie­leń eko­parku wschod­niego, a po le­wej - za­bu­do­wa­nia in­nych ho­teli w le­śnej gę­stwi­nie nad­mor­skiego parku.

Za­pa­trzona w białe rzeźby chmur i bez­kres nieba nie za­uwa­żyła, gdy przy jej sto­liku zja­wił się Je­rzy.

- Dzień do­bry, Eryko.

Ob­jął ko­bietę, która ze­rwała się z krze­sła, przy­tu­la­jąc go na przy­wi­ta­nie. Znali się od kilku lat, po­wie­rzyli so­bie wiele ta­jem­nic, ale po raz pierw­szy spo­tkali się w ka­wiarni.

- Je­rzy, dzię­kuję, że zna­la­złeś czas.

- Wiesz, że dla waż­nych osób za­wsze go znajdę.

- Czy wspo­mnia­łam, że tak samo jak uwiel­biam twoją kawę, tak i cie­bie? - kom­ple­men­to­wała.

- Kilka razy, więc zde­cy­do­wa­nie za rzadko.

Eryce po­pra­wił się hu­mor, a chwi­lowa no­stal­gia za tym, co było, od­le­ciała. Je­rzego po­znała, gdy za­miesz­kał w ich wil­lo­wej dziel­nicy mia­sta wraz z córką, po tym gdy jego żona zgi­nęła w wy­padku. Po­sta­no­wił za­cząć wszystko od nowa, dla córki i sie­bie, w zmia­nie upa­tru­jąc spo­sobu na wyj­ście z ża­łoby.

- Dla­czego aku­rat tu? Czuję, że to nie przy­pa­dek.

Je­rzy ro­zej­rzał się po re­stau­ra­cji, któ­rej bar znaj­do­wał się po­środku na za­mon­to­wa­nej ru­cho­mej plat­for­mie, usta­wione na niej sto­liki z każdą chwilą zmie­niały swoje po­ło­że­nie.

- Do­brze kom­bi­nu­jesz. - Uśmiech­nęła się, upew­nia­jąc się, że do­brze ją zna. - Otwie­ram ka­fe­te­rię, więc przy­szłam po­dej­rzeć, co u kon­ku­ren­cji.

Chwy­ciła kartę dań, do­cie­kli­wie przy­glą­da­jąc się każ­dej po­zy­cji.

- Prze­szpiegi.

- Ty bę­dziesz moim alibi. Od­wdzię­czę ci się za każdy dzba­nek kawy, jaki ci wy­pi­łam. Choć ta­kiej jak ty nie robi nikt.

- Mam swoje tajne skład­niki.

- Chcia­ła­bym je po­znać.

- Nie­ła­two zdra­dzam swoje ta­jem­nice.

- Czyli będę mu­siała cię jesz­cze upić.

Je­rzy ro­ze­śmiał się, a gdy po­de­szła kel­nerka, chciał zło­żyć za­mó­wie­nie, wie­dząc, jaką kawę Eryka lubi naj­bar­dziej, jed­nak ona go ubie­gła.

- Ja po­pro­szę espresso lungo, a mój to­wa­rzysz bul­let­proof cof­fee. Do tego do­bre cia­sto nie­spo­dzianka z gałką lo­dów wa­ni­lio­wych.

- Eks­pe­ry­men­tu­jemy? Faj­nie, tylko dla­czego mnie za­mó­wi­łaś ku­lo­od­porną kawę?

- Mój or­ga­nizm mógłby tego nie prze­żyć, twój się tylko otrzą­śnie. Spraw­dzimy, jak sma­kuje na­sze za­mó­wie­nie, i za­sta­no­wię się, czy po­winno się zna­leźć w moim menu. Trzeba wyjść z utar­tych przy­zwy­cza­jeń, to też za­le­ce­nie mo­jej te­ra­peutki.

Je­rzy przyj­rzał się po­cią­ga­ją­cej twa­rzy Eryki. Znał ją na pa­mięć, drobne zmarszczki w ką­ci­kach oczu, gdy się uśmie­chała, każdy ruch warg, unie­sie­nia brwi zdra­dzały mu jej emo­cje, ale to z oczu wy­czy­ty­wał naj­wię­cej.

- Za­sko­czy­łaś mnie swoją na­głą wy­pro­wadzką. Gdy zo­ba­czy­łem cię z wa­liz­kami... Wiem, że tego po­trze­bo­wa­łaś, i to od dawna.

- Wie­dzia­łam, że mnie zro­zu­miesz. Po­trze­bo­wa­łam wy­łą­cze­nia ze świata, chwili tylko dla sie­bie i, co naj­waż­niej­sze, zro­bi­łam to na trzeźwo - za­żar­to­wała, chcąc spły­cić bu­dzące się na­tych­miast trudne emo­cje.

- Je­stem dumny. Bez pa­pie­rosa?

- W sa­mot­no­ści nie sma­kuje do­brze. Za­trzy­ma­łam się w miesz­ka­niu w por­cie. Mam są­siadki na po­zio­mie ą i ę.

- Ta­kie lu­bisz naj­bar­dziej.

- Wkur­wiać. Za­po­mnia­łeś do­dać. - Wie­działa, że przez grzecz­ność nie po­wie­dział tego, co jej nie po­wstrzy­my­wało. - Czuję, że są­siedzka przy­jaźń się ra­czej nie roz­wi­nie i jesz­cze doj­dzie do ko­li­zji.

Je­rzy do­brze wie­dział, co kryło się za prze­lot­nym uśmie­chem i żar­tami Eryki, tym bar­dziej że w jej oczach od­bi­jał się smu­tek. Gdy tak rzu­cała iro­niczne uwagi, we­wnątrz prze­ży­wała roz­pacz, w taki spo­sób pró­bu­jąc ją ukryć.

- To etap przej­ściowy. Zre­se­tu­jesz się, zaj­miesz ka­fe­te­rią, w końcu na­stąpi prze­łom i olśnie­nie.

- Do­wiem się, do­kąd zmie­rzam i po co. Za­wsze by­łeś opty­mi­stą i to mi się w to­bie po­doba.

- Nie zmie­niajmy smutku w prze­wle­kły stan. Gdzieś to wy­czy­ta­łem.

Eryka roz­luź­niła się po­krze­piona jego sło­wami. Spró­bo­wała swo­jej kawy, póź­niej się z Je­rzym za­mie­nili. Mo­dy­fi­ka­cja espresso przy­pa­dła jej do gu­stu, tak jak kawa z ma­słem i ole­jem, która miała do­star­czyć moc­nego za­strzyku ener­gii. Dzie­lili się wra­że­niami na ulu­biony te­mat.

- Po­wiesz mi w końcu czy bę­dziesz na­dal tak krą­żyć?

Eryka po­pa­trzyła na jego ciemne włosy prze­ty­kane srebr­nymi nit­kami. Ob­ci­nał się krótko, tak jak i go­lił twarz, nie lu­bił za­ro­stu. Znała jego na­wyki. Była pewna, że może mu za­ufać, że jej nie osą­dzi, nie skry­ty­kuje na­wet spoj­rze­niem. Za­wsze jed­nak trudno było przy­znać się do sła­bo­ści, choćby i przy­ja­cie­lowi.

- Nie by­łam go­towa na taką dia­gnozę. Oka­zało się, że nie je­stem lep­sza od mo­jego męża. Za­ra­ził mnie... Mam kry­zys wieku śred­niego.

Ręka Je­rzego za­wi­sła z fi­li­żanką w po­wie­trzu. Od­sta­wił ją, za­pa­trzony w zie­lone oczy są­siadki.

- Na to bym nie wpadł, ale coś w tym jest.

- Na­wet sporo. Gdy Aletta mi to po­wie­działa, po­sta­no­wi­łam spier­da­lać bez wa­ha­nia, bez od­wra­ca­nia się za sie­bie. Po­czu­łam, że albo te­raz, albo ni­gdy. Ma to jed­nak swoje kon­se­kwen­cje. Mia­łam pu­ścić się liny i po­szy­bo­wać, choć czuję, że na ra­zie spa­dam, a ra­czej pi­kuję.

- U two­ich sy­nów wszystko w po­rządku - za­pew­nił, od­ga­du­jąc po­wód jej smutku.

- Nie od­bie­rają ode mnie te­le­fonu. Na­gra­łam im się po tym, gdy ode­szłam, by wie­dzieli, gdzie je­stem, gdzie mogą mnie zna­leźć. Wspo­mnia­łam o ka­fe­te­rii, ale też nic. Do tej pory ża­den nie od­dzwo­nił.

Za­pa­trzyła się w szybę i w ośle­pia­jące słońce, chcąc bo­daj na chwilę znik­nąć, gdy świat sta­nie się nie­wy­raźny.

- Po­trze­bują czasu, tak jak ty. Za długo w tym trwa­li­ście. Wszy­scy po­win­ni­ście zde­cy­do­wać, czego chce­cie. Twój mąż też - po­wie­dział, ma­jąc wła­sne prze­my­śle­nia na jego te­mat. Po­znał Erykę, wie­dział, jaką wraż­liwą i tro­skliwą jest ko­bietą. Cza­sem nie­któ­rzy nie do­ce­niali tego, co mieli tuż obok. - Ra­dzą so­bie. Mar­cin zaj­muje się Fi­li­pem. Roz­ma­wia­li­śmy chwilę i po­wie­dział, że ogar­nia rze­czy­wi­stość. Wie­dzą, że jakby co, są­siad po­może.

Uśmiech­nęła się przez łzy.

- To do­brze. Dzię­kuję ci, Je­rzy. - Po­ło­żyła dłoń na jego ręce, lekko ją ści­ska­jąc z wdzięcz­no­ścią. - Wiem, że to już nie dzieci, tylko młode chło­paki. Nie do­strze­ga­łam tego, wy­rę­cza­łam ich w wielu spra­wach. Po­peł­ni­łam mnó­stwo błę­dów i tak mało po­pra­wi­łam.

- Dość ka­ja­nia. Po pro­stu po­twier­dziło się, że Eryka Ra­czyń­ska nie jest ide­alna, jak my wszy­scy.

- Jest sza­lona i wła­śnie do­stała na­kaz, by się temu pod­dać.

- Niech za­tem Opatrz­ność ma nas w swo­jej opiece.

Opu­ścili re­stau­ra­cję, wpa­da­jąc w po­wiewy wia­tru. Je­rzy nie dał jesz­cze uciec Eryce, chwy­cił jej dłoń i tak ra­zem skie­ro­wali się w stronę plaży. Sta­nęli na be­to­no­wym molo, do­cho­dząc do jego końca i opie­ra­jąc się o me­ta­lowe ba­rierki. Tu na­tura od­zy­ski­wała do­mi­nu­jący głos, z solą wy­czu­walną na ustach, z za­pa­chem mo­rza i wi­do­kiem, który nie był dzie­łem czło­wieka, tylko sił wyż­szych. Na­pę­dzane wia­trem fale ude­rzały w kon­struk­cję mola, z upo­rem, jakby chcąc, by ule­gło pod ich na­po­rem. Kro­ple opa­dały na sza­rość be­tonu, który mimo ataku trwał nie­ru­chomo.

- Nie mo­gło za­brak­nąć naj­waż­niej­szego.

Je­rzy wy­cią­gnął paczkę pa­pie­ro­sów. Za­pa­lił jed­nego i po­dał Eryce, jego dym od razu zo­stał po­chwy­cony dłońmi wia­tru i roz­wiany w ni­cość. Ich wspólny ce­re­mo­niał dnia się wy­peł­nił.

Z za­do­wo­le­niem ob­ser­wo­wał Erykę, jak z lu­bo­ścią za­cią­gała się dy­mem i z ulgą go wy­pusz­czała w świat. Spo­dzie­wał się jej uśmie­chu i w końcu się do­cze­kał, tego na­tu­ral­nego, świad­czą­cego o we­wnętrz­nej ra­do­ści.

- Za­wsze można na cie­bie li­czyć. Mam pa­lić sama?

- Masz ra­cję. Ja­goda nas tu nie przy­ła­pie.

Za­pa­lił i tak samo jak ona de­lek­to­wał się za­ka­za­nym owo­cem, na który po­zwa­lał so­bie tylko przy wy­jąt­ko­wych oka­zjach.

- Co u Ja­gody?

- Do­ra­sta, a Irek to miły chło­pak, tyle że chce mi ją za­brać.

- To nie Irek, tylko ży­cie ją wzywa. Nie bądź na­do­pie­kuń­czym oj­cem. Mu­sisz się oswoić z tym, że nie­długo wy­je­dzie na stu­dia. Szuka ci jesz­cze uko­cha­nej?

- Na ra­zie dała so­bie spo­kój. Na szczę­ście za­jęta jest przy­go­to­wa­niem do ma­tury. Czeka mnie bal. Jej rocz­nik po­sta­no­wił po eg­za­mi­nach zor­ga­ni­zo­wać za­bawę, są co do tego zde­ter­mi­no­wani.

- Niech się ba­wią. Jak przyj­dzie do­ro­słość, o za­ba­wie bę­dzie można po­ma­rzyć. - Eryka ode­tchnęła z lek­ko­ścią, koń­cząc pa­pie­rosa.

Nie była szczę­śliwa, ale naj­waż­niej­sze, że nie czuła już na­ci­sku ocze­ki­wań, które na sie­bie na­ło­żyła, nie gra­jąc już w sztuce okre­śla­nej jako dom i co­dzien­ność. Za­pa­trzyła się w ho­ry­zont, do­strze­ga­jąc ciemne chmury pły­nące z in­nych krań­ców świata, w po­wie­trzu wy­czu­wało się nad­cią­ga­jącą bu­rzę.

- To mó­wisz, są­siadko, że za­mie­rzasz la­tać?

- Tak, Je­rzyku, tylko naj­pierw mu­szę przy­po­mnieć so­bie, gdzie wpier­do­li­łam skrzy­dła.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki