Na początku miesiąca kwietnia 1813 r. ranek niedzielny
obiecywał jeden z tych dni wiosennych, w których Paryżanie pierwszy
raz w roku widzą ulice bez błota i niebo bez chmury.
Przed południem kabryolet zaprzężony parą dzielnych koni
skręcił z ulicy Castiglione na ulicę Rivoli i zatrzymał się za
kilku ekwipażami, stojącemi przed nowo otworzoną kratą na środku
tarasu Feuillants. Tym lekkim pojazdem kierował mężczyzna o powierzchowności
smętnéj i schorowanéj. Szpakowaty włos odkrywał żółtą czaszkę i
nadawał mu pozór przedwczesnéj starości. Rzucił lejce służącemu,
który konno jechał za pojazdem i wysiadł, ażeby wysadzić na rękach
młodą dziewczynę, zwracającą powszechną uwagę z powodu ślicznéj
choć drobnéj urody. Wdzięczna osóbka dozwoliła mu objąć się wpół, gdy stanęła
na stopniu pojazdu i zarzuciła mu ręce na szyję a on postawił ją na
chodniku bez zgniecenia falbanek zielonéj repsowéj sukienki.
Kochanek nie byłby tyle starannym. Nieznajomy musiał być ojcem
dziewczyny, która nie dziękując mu nawet wzięła go poufale pod rękę
i pociągnęła żywo do ogrodu. Stary ojciec zauważył zachwycone
spojrzenia kilku młodych ludzi i smutek widniejący na jego twarzy
zniknął na chwilę, a chociaż doszedł on do wieku, w którym
mężczyźni zrezygnować się muszą na ułudne uciechy, jakie im jedynie
pozostawia miłość własna, zaczął się uśmiechać. - Biorą cię za moję żonę - szepnął do ucha młodéj
towarzyszki, prostując się i zwalniając kroku ku jéj wielkiemu
zmartwieniu. Zdawał się pełen kokieteryi dla córki i używał może więcéj
od niéj spojrzeń zachwytu, jakie przechodnie rzucali na jéj drobne
nóżki obute w ciemno-bronzowe prunelowe buciki, na śliczną figurkę
odznaczoną stanikiem sukni i świeżą szyję niezupełnie zakrytą
haftowanym kołnierzykiem. Czasami téż suknia jéj podnosiła się i
pozwalała dostrzedz ponad bucikiem okrągłość nóżki obciągniętéj
jedwabną ażurową pończoszką. To téż niejeden ze spacerujących
prześcignął tę parę, ażeby zobaczyć jeszcze młodą twarzyczkę, około
któréj igrały pukle ciemnych włosów. Delikatną jéj białość
podnosiły jeszcze odblaski eleganckiéj kapotki z różową podszewką i
niecierpliwość malująca się w jéj rysach. Czarne jéj wielkie oczy
otoczone krystaliczną przezroczystością białka, błyszczały dowcipem
z pod długich rzęs, ponad niemi rysował się regularny łuk brwi
ciemnych. Życie, młodość złożyły swoje piętno na téj ożywionéj i
ślicznéj twarzyczce, na téj figurce cudnie utoczonéj, pomimo paska
umieszczonego według ówczesnéj mody pod samemi piersiami. Nie zważając na hołdy młoda dziewczyna zwracała się
niespokojnie ku Tuileries, które były zapewne celem jéj żywych
kroków. Było trzy kwadranse na dwunastą. Jakkolwiek była to wczesna
godzina, kilka strojnych kobiet powracało od pałacu z
niezadowolnionym wyrazem twarzy, jak gdyby żałowały, że się
spóźniły na jakieś oczekiwane widowisko. Kilka słów pochwyconych z
ust tych kobiet bardzo zaniepokoiło ładną nieznajomą. Starzec
wzrokiem więcéj ciekawym niż szyderczym śledził ślady niepokoju i
trwogi pokazujące się na ślicznéj twarzy towarzyszki, zwracał na
nią zbyt baczną uwagę, by nie miał w tém jakiéjś ukrytéj ojcowskiéj
troski. Była-to trzynasta niedziela 1813 r. Na trzeci dzień
Napoleon wyjeżdżał na tę fatalną kampanią, w któréj miał stracić
koleją Bessier'a i Duroc'a, wygrać bitwę pod Lützen i pod Bautzen,
być zdradzonym przez Austryą, Saksonią, Bawaryą i Bernadotte'a i
stoczyć straszny bój pod Lipskiem. Wspaniała parada pod dowództwem cesarza miała być ostatnią
z tych, które tak długo wzbudzały podziw Paryżan i cudzoziemców.
Stara gwardya miała po raz ostatni wykonać uczone manewra, których
dokładność zadziwiała niekiedy nawet samego olbrzyma, gotującego
się wówczas do śmiertelnego pojedynku z Europą. Smutne przeczucie wiodło do Tuileries świetną i ciekawą
publiczność. Każden zdawał się odgadywać przyszłość i domyślać się,
że wyobraźnia nieraz zapewne odtwarzać będzie te obrazy, gdy owe
czasy heroiczne Francyi podobnie jak dziś wyglądać będą niemal
bajecznie. - Chodźmy prędzéj, mój ojcze - mówiła młoda dziewczyna
starając się pociągnąć ojca. - Słyszę odgłos bębnów. - To wojsko wchodzi do Tuileries - odpowiedział. - Albo już przeciąga, wszyscy powracają - zawołała z
dziecinną goryczą, która wywołała uśmiech ojca. - Parada zaczyna się dopiéro o pół do pierwszéj - wyrzekł
ojciec. Teraz szedł on prawie za swoją niecierpliwą córką. Widząc
jéj ruchy można było sądzić, że biedz pragnie. Jéj mała ręka,
obciśnięta rękawiczką, gniotła niespokojnie chusteczkę i podobną
była do wiosła prującego fale. Starzec uśmiechał się czasami, ale
czasami także wyraz troski osmucał jego twarz wyschłą. Miłość, jaką
czuł dla tego ślicznego stworzenia, kazała mu zarówno cieszyć się
obecnością i lękać przyszłości. Zdawał się mówić sam do siebie: - Ona teraz szczęśliwa, ale czy będzie nią długo? Bo starzy zwykle własnemi cierpieniami obarczają
przyszłość młodzieży. Kiedy ojciec i córka doszli do przedsionka pawilonu, na
którym powiewała trójkolorowa flaga i przez który spacerujący
wychodzą z ogrodu Tuileries na plac Karuzelu, szyldwachy odezwały
się poważnie: - Już nie wolno przechodzić. Dziewczę podniosło się na palce i dostrzegło tłum
strojnych kobiet po obu stronach staréj marmurowéj arkady, którą
miał wyjść cesarz. - Widzisz ojcze, spóźniliśmy się. Jéj zasmucona minka pokazywała, jak bardzo chodziło jéj o
to, by widziéć świetną rewią. - A więc chodźmy, Julio, nie lubisz być potrącaną. - Zostańmy, mój ojcze. Ztąd będę mogła dostrzedz cesarza.
Gdyby zginął w czasie kampanii, nie widziałabym go nigdy. Ojciec zadrżał słysząc te słowa, bo córka miała głos
rozrzewniony; spojrzał na nią i spostrzegł pod jéj spuszczoną
powieką łzy wyciśnięte raczéj jakimś tajonym smutkiem, który łatwo
było staremu ojcu odgadnąć, niż przykrością sprawioną spóźnieniem. Nagle Julia zarumieniła się i wydała lekki okrzyk
niezrozumiany ani przez ojca ani przez szyldwachów. Na ten okrzyk
oficer, który biegł z dziedzińca ku wschodom, odwrócił się nagle,
doszedł do ogrodowéj arkady, poznał młodą dziewczynę, przysłoniętą
na chwilę przez grenadyerską bermycę, i natychmiast zniósł co do
jéj osoby i osoby jéj ojca rozkaz, jaki sam wydał nieprzepuszczania
nikogo. Potém nie troszcząc się wcale o szemranie eleganckiego
tłumu próżno oblegającego wejście, pociągnął ku sobie
uszczęśliwione dziewczę. - Nie dziwię się już ani jéj niecierpliwości ani żalowi,
skoro ty jesteś na służbie - wyrzekł starzec do oficera pół seryo
pół szyderczo. - Panie - odparł młody człowiek - jeśli chcesz miéć dobre
miejsce, nie bawmy się w rozmowy. Cesarz nie lubi czekać, posłany
jestem do niego przez marszałka. Mówiąc to wziął poufale rękę Julii i szybko prowadził ku
placocowi Karuzelu. Julia ujrzała wówczas z podziwieniem olbrzymie
tłumy cisnące się w małéj przestrzeni pomiędzy szaremi murami
pałacu a słupami połączonemi przez łańcuchy, które otaczają wielkie
piaskiem wysypane kwadraty w dziedzińcu Tuileries. Szpaler wojskowy
strzegący wolnego przejścia dla cesarza i jego sztabu z wielką
trudnością powstrzymywał ten tłum, który tłoczył się pełen szmeru
jak wielkie rojowisko. - Więc to będzie bardzo piękne - spytała Julia z
uśmiechem. - Strzeż-że się pani - zawołał oficer. Pochwycił Julią, podniósł ją szybko silném ramieniem i
postawił ją koło kolumny. Bez téj nagłéj pomocy jego ciekawa kuzynka zostałaby
potrąconą przez białego rumaka o aksamitném, złotem haftowaném
siodle, którego trzymał za uzdę mameluk Napoleona prawie już pod
arkadą o dziesięć kroków poza końmi, oczekującemi na znacznych
oficerów, towarzyszów cesarza. Młody oficer umieścił ojca i córkę koło pierwszego słupa
naprawo przed tłumem i powierzył ich skinieniem głowy dwom
grenadyerom, pomiędzy któremi się znajdowali. Skoro oficer zwrócił się do pałacu, wyraz radości zastąpił
na jego twarzy nagłą trwogę wzbudzoną ruchem cesarskiego konia.
Julia tajemniczo ścisnęła go za rękę może na podziękowanie za tę
lekką przysługę, a może téż chciała mu powiedziéć: zobaczę cię
wreszcie. Pochyliła nawet lekko głowę i odpowiedziała tym sposobem
na ukłon, jaki oficer rzucił jéj i ojcu, zanim zniknął w głębi
arkady. Starzec, który jakby naumyślnie zostawił swobodę dwojgu
młodym, stał poważnie trochę w tyle za córką, ale patrzał na nią z
pod oka, tylko nie chcąc zdradzić swojéj uwagi, zdawał się cały
zatopiony w pysznym widoku, jaki przedstawiał plac Karuzelu. Po chwili Julia spojrzała na ojca niespokojnie jak uczeń
na nauczyciela, on odpowiedział jéj uśmiechem pełnym łagodnéj
wesołości, ale bystry wzrok jego śledził oficera dopóki nie zniknął
w zagłębieniu arkady, i nie uszedł przed nim żaden szczegół téj
małéj sceny. - Co za piękny widok - wyrzekła pocichu Julia, ściskając
rękę ojca. Ten sam wykrzyknik powtarzało tysiące widzów zgromadzonych
na placu, a wszystkie twarze wyrażały najwyższy podziw zachwytu.
Drugi tłumny zastęp równie ściśnięty jak ten, co otaczał starca i
jego córkę, zajmował szczupłe brukowane miejsce znajdujące się koło
kraty Karuzelu. Tłum ten uwydatniał wyraziście, z powodu jasnych
strojów kobiet ogromny podłużny czworobok utworzony przez budynki
Tuileryów i tę kratę świeżo wzniesioną. Pułki staréj gwardyi, które miały odbywać przegląd
zapełniały tę przestrzeń i tworzyły imponujące błękitne massy na
dziesięć rzędów głębokie. Po za kratą i w samym Karuzelu znajdowało
się na równoległych liniach kilka pułków piechoty i kawaleryi
gotowych do pochodu przez tryumfalną bramę, wznoszącą się na środku
kraty a na któréj szczycie umieszczone były wówczas pyszne konie
weneckie. Muzyka pułków stojących przy galeryach Luwru była zakryta
przez polskich ułanów, którzy byli wówczas na służbie. Wielka część czworoboku wysypanego piaskiem była pustą,
jako przygotowana arena do ruchów pułków, które w milczeniu
rozstawione wedle prawideł sztuki wojennéj odbijały promienie
słoneczne w trójkątnych zwierciadłach dziesięciu tysięcy bagnetów.
Wiatr poruszając pióropusze żołnierskie, falował niemi jak lasem.
Te gromady ludzi niemych i błyszczących uderzały tysiącem
sprzecznych barw z powodu różnicy mundurów, wyłogów, broni i
akselbantów. Ten ogromny obraz będący miniaturą pola bitwy wraz ze
wszystkiemi dodatkami i szczegółami miał za ramy wysokie i
wspaniałe budowy, których nieruchomość naśladowaną była przez
dowódców i żołnierzy. Widz porównywał chętnie te mury ludzkie z
kamiennemi murami. Słońce wiosenne rzucało snopy promieni na białe
świeżo postawione ściany i na odwieczne budowy i oświecało w pełni
niezliczone ogorzałe twarze, które wszystkie zdawały się opowiadać
minione niebezpieczeństwa i oczekiwać spokojnie niebezpieczeństw
przyszłych. Pułkownicy tylko wysunięci naprzód przesuwali się tu i
tam pomiędzy temi bohaterskiemi żołnierzami. Daléj za massami
wojska lśniącego srebrem i błękitem, purpurą i złotem można było
spostrzedz trójkolorowe chorągiewki przy lancach sześciu
niezmordowanych jeźdźców polskich, którzy jak wierne psy strzegące
trzody przemykali się ciągle pomiędzy wojskiem a ciekawemi, ażeby
nie dozwolić tym ostatnim przekroczyć szczupłego miejsca, jakie im
było dane około kraty cesarskiéj. Gdyby nie te nieznaczne ruchy, można było sądzić, że się
jest w państwie zaczarowanéj księżniczki. Wiatr przeciągając koło
bermyc grenadyerów wykazywał nieruchomość żołnierzy tak jak głuchy
szmer tłumu świadczy o ciszy. Czasem tylko przypadkowe uderzenie w
bęben, powtórzone pałacowemi echami, przypominało wrażenie
odległego grzmotu przed nadchodzącą burzą. Nieopisany zapał widniał w oczekującym tłumie. Francya
żegnała Napoleona w wigilią kampanii, któréj niebezpieczeństwa były
przewidywane przez wszystkich. Była to kwestya bytu. Ta wspólna
myśl zdawała się ożywiać zarówno tłum cywilny jak i tłum zbrojny
cisnący się tu, gdzie błyszczały orły i geniusz Napoleona. Ci żołnierze - nadzieja Francyi, ci żołnierze - ostatnia
kropla jéj krwi byli także przedmiotem niespokojnego zajęcia. Wielu
z pomiędzy ciekawych i wojskowych zamieniało pożegnania może
ostatnie, a wszystkie serca, nawet te, co były niechętne cesarzowi,
wznosiły do nieba gorące modły za ojczyznę i jéj sławę. Ludzie
najbardziéj znękani walką rozpoczętą między Europą a Francyą,
zapominali o swoich nienawiściach przechodząc pod tryumfalnym
łukiem, gdyż rozumieli, że w dniu niebezpieczeństwa Napoleon
stanowił Francyą. Zegar pałacowy wybił pół godziny. W téj chwili szmer
ucichł wśród tłumu i cisza stała się tak zupełną, iż możnaby było
zrozumiéć słowa dziecka. Wówczas starzec i jego córka, którzy
zdawali się żyć wzrokiem jedynie, usłyszeli dźwięk ostróg i szabel
rozlegający się pod przysionkiem pałacu. Człowiek mały, dość tłusty, ubrany w zielony mundur, w
białe spodnie, w butach ze sztylpami, ukazał się nagle, miał na
głowie trójgraniasty kapelusz, który posiadał niemal tyle uroku co
noszący go człowiek. Szeroka wstęga legii honorowéj przepasywała mu
piersi, u boku miał niewielką szpadę. Wszystkie oczy ze wszystkich
stron placu spostrzegły od razu tego człowieka. W téjże chwili
odezwały się bębny i dwie orkiestry zagrzmiały marszem bojowym,
którego motyw powtarzał najcichszy flet, jak i najgłośniejszy
bęben. Na ten odgłos serca uderzyły, sztandary pokłoniły się,
żołnierze zaprezentowali broń rytmicznym ruchem, który przebiegł
wszystkie karabiny od pierwszego do ostatniego szeregu. Komenda
rozległa się oddawana jednym przez drugich jak echo. Okrzyki "niech
żyje cesarz" wyrwały się ze wszystkich piersi. Wszystko drgało i
poruszało się. Napoleon wsiadł na konia. Ten ruch nadał życie
massom milczącym, nadał dźwięk instrumentom muzycznym, polot orłom
i sztandarom, wzruszenie twarzom ludzkim. Mury wysokich galeryj
tych starych gmachów zdawały się wołać także: "Niech żyje cesarz". Było to coś nadludzkiego, jakiś czar podobny do potęgi
bożéj albo lepiéj przelotny obraz tego przelotnego panowania.
Człowiek otoczony taką miłością, entuzyazmem, poświęceniem, dla
którego słońce spędziło chmury z nieba, siedział na koniu o trzy
kroki przed swoim złoconym sztabem, mając wielkiego marszałka po
lewéj, a marszałka służbowego po prawéj ręce. Pośród wszystkich
wrażeń, wywołanych przez siebie, żaden rys jego twarzy nie zadrgał. - O! mój Boże! wśród ognia pod Wagram, wśród umarłych pod
Moskwą i wszędzie na świecie jest zawsze równie spokojny. Tę odpowiedź uczynił grenadyer znajdujący się koło Julii
na jéj liczne zapytania. Młoda dziewczyna przez chwilę była
zatopiona w téj twarzy, któréj spokój zdawał się pokazywać pewność
potęgi. Cesarz dostrzegł pannę de Chatillon i nachylając się do
Duroc'a szepnął mu coś, co wzbudziło uśmiech na ustach wielkiego
marszałka. Rozpoczęły się manewra. Jeśli dotąd młoda dziewczyna
dzieliła swoję uwagę między nieporuszoną postać Napoleona a barwy
błękitne, zielone i czerwone wojska, to teraz zajęła się jedynie
młodym oficerem, który wśród szybkich i dokładnych ruchów
wykonywanych przez starych żołnierzy, uwijał się konno pomiędzy
ruchomemi liniami wojska zręcznie i niezmordowanie powracając
zawsze do grupy otaczającéj Napoleona. Oficer ten miał pysznego
karego konia i odznaczał się wśród obhaftowanego tłumu pięknym
błękitnym mundurem przybocznych oficerów cesarza. Hafty jego i kita
tak żywo błyszczały w słońcu, że widzowie mogli go porównać do
błędnego ognika, do jakiego niewidzialnego ducha, który w imieniu
cesarza ożywiał i wiódł te pułki, których bronie rzucały ognie,
kiedy na proste skinienie rozsypywały się, skupiały, wirowały jak
wody nad przepaścią albo biegły prosto jedne za drugiemi nakształt
fal, które wzburzony ocean rzuca na brzegi! Kiedy przegląd był ukończony, oficer przybiegł co koń
wyskoczy i zatrzymał się przed cesarzem, czekając rozkazów. W téj
chwili był on o dwadzieścia kroków od Julii naprzeciw cesarskiéj
grupy w postawie podobnéj do téj, jaką Gerard nadał generałowi Rapp
w obrazie przedstawiającym bitwę pod Austerlitz. Wtedy młoda
dziewczyna mogła podziwiać swego kochanka w całym jego wojskowym
blasku. Pułkownik Wiktor d'Aiglemont liczył zaledwie lat
trzydzieści, był wysoki, szczupły, dobrze zbudowany, a te
powierzchowne przymioty uwydatniały się najlepiéj, gdy powodował
bystrym koniem, który posłuszny zdawał się pod nim uginać. Twarz
jego męzka i smagła, posiadała ten wdzięk nieprzeparty, jaki
doskonała regularność rysów nadaje młodości. Czoło miał szerokie i
wyniosłe. Oczy ogniste ocienione gęstą brwią okrążone długiemi
rzęsami, błyszczały jasnością białka pomiędzy temi dwoma czarnemi
liniami. Nos miał zgrabne zagięcia orlego dzioba. Purpurę ust
podnosiły ciemne wąsy. Policzki szerokie i silnie zabarwione miały
ciemne i żółtawe tony świadczące o fizycznéj sile. Twarz cała
naznaczona piętnem odwagi przedstawiała typ doskonały tak
poszukiwany dzisiaj przez artystów, chcących odtworzyć bohaterów
cesarstwa. Koń pod nim cały w pianie zdradzał niecierpliwość swoję
rzucaniem głowy, jednak przednie nogi jego rozstawione stały
zatrzymane nieruchomie na jednéj linii, a posłuszeństwo jego
zdawało się obrazem posłuszeństwa, jakie pan jego miał dla cesarza.
Widząc swego kochanka tak zajętego najlżejszém skinieniem
Napoleona, Julia miała chwilę zazdrości i pomyślała, że on jeszcze
nawet nie spojrzał na nią. Nagle władca wyrzekł jakieś słowo. Wiktor ścisnął konia
ostrogami i popędził galopem, ale cień słupa rzucony na piasek
przestraszył konia, spłoszył się, cofnął, stanął dęba i to tak
gwałtownie, że jeździec zdawał się w niebezpieczeństwie. Julia krzyknęła, zbladła; każden spoglądał na nią
ciekawie, ale ona nie widziała nikogo, oczy jéj były wlepione w
niespokojnego konia, którego właściciel karcił niosąc daléj rozkaz
Napoleona. Te odurzające obrazy tak wzruszyły Julię, że nie wiedząc o
tém pochwyciła ramię ojca i tym sposobem zwierzała mu niechcący
swoje myśli większém lub mniejszém ściśnieniem palców. Kiedy koń o
mało nie zrzucił Wiktora, ona przyczepiła się silniéj do jego
ramienia, jak gdyby sama była w niebezpieczeństwie. Starzec
spoglądał z ponurym niepokojem na rozjaśnione oblicze córki,
litość, zazdrość i żal, malowały się w zmarszczkach jego twarzy.
Ale kiedy niezwykły blask jéj oczu zarówno jak ruch konwulsyjny
ręki odkryły mu tajemnicę jéj serca, musiał miéć złe przeczucie co
do przyszłości, bo twarz jego z ponuréj i smutnéj stała się
złowrogą. W téj chwili zdawać się mogło, że cała dusza Julii
przeszła w młodego oficera. Ale kiedy spostrzegł, jak d'Aiglemont
przejeżdżając zamienił z nią spojrzenie porozumienia, myśl
boleśniejsza od wszystkich innych ściągnęła nagle jego twarz
cierpiącą. Uprowadził gwałtownie córkę do ogrodu Tuileries. - Ale, mój ojcze - zawołała młoda dziewczyna - są jeszcze
pułki na placu Karuzelu, które nie odbywały manewrów. - Nie, moje dziecko, całe wojsko defiluje. - Zdaje mi się, że się mylisz, mój ojcze. Pan d'Aiglemont
właśnie dawał im znaki... - Ale, moja córko, jestem cierpiący i nie mogę zostać. Julia rzuciwszy wzrok na twarz ojca, któréj niepokoje
rodzicielskie nadawały bolesny wyraz, uwierzyła mu z łatwością. - Czy jesteś bardzo cierpiący? - spytała obojętnie, gdyż w
téj chwili była zupełnie czém inném zajęta. - Każden dzień życia jest mi tylko darowany - odparł
starzec. - Jeszcze mnie chcesz martwić, ojcze, mówiąc mi o śmierci.
Byłam taka wesoła! Odpędź-że, proszę, prędko te szkaradne myśli. - Ach! - zawołał ojciec z westchnieniem - zepsute dziecko!
Najlepsze serca bywają nieraz okrutne. Poświęcić wam życie, myśléć
o was jedynie! przygotowywać wasze szczęście, nie zważać na własne
przyjemności dla waszych fantazyj, uwielbiać was, dawać wam nawet
krew własną, wszystko to zdaje wam się niczém! wszystko
przyjmujecie obojętnie. Ażeby zawsze zyskiwać wasze uśmiechy i
waszę kapryśną miłość, trzebaby miéć boską potęgę. Przychodzi obcy
- kochanek - mąż i zabiera nam wasze serca. Julia słuchała ojca zdziwiona. On szedł przy niéj i rzucał
jéj spojrzenia bez blasku. - Kryjecie się nawet przed nami - mówił daléj - albo może
téż i przed samemi sobą. - Co mówisz, mój ojcze? - Myślę, Julio, że masz tajemnicę przede mną. Kochasz -
dodał z żywością, widząc, że córka się zarumieniła. - Miałem
nadzieję, że pozostaniesz do śmierci wierną twemu staremu ojcu,
miałem nadzieję, że cię zachowam przy sobie świetną, szczęśliwą, że
będę mógł zachwycać się tobą taką, jaką byłaś do téj chwili. Gdybym
nie wiedział twego wyboru, byłbym marzył spokojną przyszłość dla
ciebie, teraz niepodobna zachować mi tego złudzenia, ty kochasz w
Wiktorze nie kuzyna ale pułkownika, nie mogę o tém wątpić. - A dlaczegóżbym go kochać nie miała? - zapytała z wyrazem
żywéj ciekawości. - Ah! Julio moja, nie zrozumiałabyś mnie - odparł z
westchnieniem. - Powiédz przecie, ojcze - zawołała figlarnie.
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI