Kobieta osobna i miasto - Vivian Gornick

Kup ebooka

44.90 zł
36.82 zł (34,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autorki

Uwaga, czytelniczko, czytelniku: imiona oraz cechy rozpoznawcze bohaterów zostały zmienione. Nie wszystkie zdarzenia opisano w porządku chronologicznym, a niektóre postaci oraz sceny powstały z połączenia różnych osób i sytuacji.

Pijemy z Leonardem kawę w jednej z restauracji na Środkowym Manhattanie.

- To czym ostatnio jest dla ciebie życie? - pytam.

- Kością stojącą w gardle - odpowiada. - Ani nie mogę jej połknąć, ani wykasłać. Mogę tylko próbować się nie udławić.

Mój przyjaciel Leonard to inteligentny, dowcipny gej mówiący z finezją o własnym nieszczęściu. Ta finezja działa ożywczo. Pamiętam, jak spotkaliśmy się kiedyś w gronie znajomych, by wymienić się wrażeniami z lektury wspomnień George'a Kennana.

- Kulturalny człowiek i poetycka dusza - powiedział ktoś.

- Chłodny wojownik przesiąknięty nostalgią - stwierdził drugi.

- Słabe namiętności, potężne ambicje i twarde poczucie własnego ja w świecie - orzekł trzeci.

- Człowiek, który poniżał mnie przez całe moje życie - skwitował Leonard.

Jego spojrzenie na Kennana na nowo rozpaliło we mnie zapał do historycznego rewizjonizmu - oswojonego dramatu widzenia świata codziennie na nowo oczyma skrzywdzonych - i przypomniało mi, dlaczego się przyjaźnimy.

Leonarda i mnie łączy polityka krzywdy. Płonie w nas jasnym ogniem głębokie przekonanie, że przyszliśmy na świat urządzony według niesprawiedliwych reguł. Naszym tematem jest życie, które nas ominęło. Oboje mierzymy się z pytaniem: gdyby ta nierówność nie istniała zawczasu - on jest gejem, ja kobietą osobną - to czy sami byśmy ją sobie wymyślili, żeby mieć pożywkę dla swoich pretensji? Właśnie temu pytaniu poświęcona jest nasza przyjaźń. Ono ją definiuje - określa jej charakter oraz idiom; żadna inna bliska znajomość nie dała mi takiego wglądu w zagadkową naturę zwyczajnych relacji między ludźmi.

Już od przeszło dwudziestu lat spotykamy się z Leonardem raz w tygodniu na spacerze, jemy razem obiad i oglądamy film, czasem w jego okolicy, a czasem w mojej. Nie licząc dwóch godzin w sali kinowej, w zasadzie cały ten czas upływa nam na rozmowie. Jedno zawsze proponuje: "Kupmy bilety do teatru, na koncert, na wieczór poetycki", ale jakoś żadne z nas nie potrafi niczego zorganizować z wyprzedzeniem. Prawda jest taka, że z nikim nie rozmawia nam się tak dobrze jak ze sobą nawzajem i nie umiemy odroczyć tej przyjemności nawet o tydzień. Tym, co tak mocno pcha nas ku sobie, jest sposób, w jaki każde z nas myśli na swój temat w obecności drugiego. Kiedyś jednego dnia zrobiło mi zdjęcie dwoje fotografów. Na obu zdjęciach byłam ja, bez dwóch zdań, ale na jednej fotografii moja twarz wydała mi się rozbita, podczas gdy na drugiej stanowiła harmonijną całość. Podobnie mamy z Leonardem. Obraz siebie, jaki każde z nas projektuje na drugie, jest obrazem, który nosimy w sobie na co dzień: tym obrazem, który daje nam poczucie wewnętrznej spójności.

Dlaczego więc, mógłby ktoś zapytać, nie spotykamy się częściej niż raz w tygodniu, nie dajemy sobie więcej okazji, by wspólnie przeżywać świat, by pokrzepiać się codzienną pogawędką? Otóż sęk w tym, że oboje mamy skłonność do pesymizmu. Cokolwiek by się działo, i dla mnie, i dla niego szklanka jest do połowy pusta. Zawsze któreś doświadcza poczucia straty, klęski, rozczarowania. To silniejsze od nas. Chcielibyśmy, aby było inaczej, ale takim już widzimy swoje życie, a skoro takim je widzimy, chcąc nie chcąc, również w taki sposób je przeżywamy.

Pewnego razu na przyjęciu wdałam się w spór z naszym wspólnym znajomym, człowiekiem nadzwyczaj biegłym w sztuce dyskusji. Z początku reagowałam nerwowo na każdy jego sztych, wkrótce jednak poczułam grunt pod nogami i zaczęłam bronić swoich racji skuteczniej niż on. Potem obległo mnie mnóstwo osób. To było wspaniałe, mówili, wspaniałe. Spojrzałam z wyczekiwaniem na Leonarda.

- Byłaś zdenerwowana - powiedział.

Innym razem wybrałam się z bratanicą do Florencji.

- Jak było? - spytał.

- Miasto prześliczne - odparłam. - Moja bratanica jest wspaniała. Wiesz, nie jest łatwo przebywać z kimś dwadzieścia cztery godziny na dobę przez osiem dni, ale dobrze nam się razem podróżowało, chodziłyśmy na długie spacery wzdłuż Arno, ta rzeka jest piękna.

- Smutne - rzekł na to Leonard - że przykrzyło ci się z bratanicą.

Jeszcze innym razem pojechałam w weekend nad morze. Pierwszego dnia padało, drugiego świeciło słońce. Leonard znów chciał wiedzieć, jak było.

- Odpoczęłam.

- Czyli deszcz ci nie przeszkadzał.

Staram się pamiętać, jak nieraz brzmi mój własny głos. Wiecznie zabarwiony oceną, niezawodnie rejestrujący każdy mankament, brak, niedomiar. Głos, który tak często wywołuje u Leonarda drgnienie powiek, zaciśnięcie ust.

Na koniec wspólnego wieczoru jedno z nas pod wpływem impulsu zawsze proponuje spotkanie w tygodniu, ale prawie się nie zdarza, by ten impuls miał jakiś dalszy ciąg. Rzecz jasna, mówimy to całkiem szczerze - w chwili pożegnania naprawdę myślimy jedynie o tym, jak dobrze byłoby znów się zobaczyć - lecz kiedy jadę windą do swojego mieszkania, zaczynam czuć na skórze fizyczne skutki wieczoru wypełnionego ironią i negatywnymi sądami. Te rany nie sięgają głębiej niż naskórek - są jak tysiąc drobnych ukłuć na rękach, szyi, piersi - ale gdzieś we mnie, w miejscu, którego nie potrafię nawet nazwać, wzbiera już niechęć przed szybką powtórką.

Mija dzień. Po nim następny. Muszę zadzwonić do Leonarda, powtarzam sobie, ale raz, drugi, trzeci ręka, którą zamierzałam sięgnąć po telefon, odmawia posłuszeństwa. On także nie dzwoni i pewnie czuje to samo. Nieprzekuty w działanie impuls odkłada się w brak zdecydowania. Brak zdecydowania zastyga w znużenie. Dopiero gdy cykl sprzecznych uczuć, niezdecydowania i paraliżu woli dobiegnie końca, tęsknota za kolejnym spotkaniem nabierze z powrotem ostrości, a ręka wyciągnięta po telefon nie zatrzyma się w pół drogi. Leonard i ja uważamy się za bliskich przyjaciół, ponieważ cały ten cykl trwa u nas zaledwie tydzień.

Wychodząc wczoraj z supermarketu na rogu swojej ulicy, kątem oka spostrzegłam żebraka, który regularnie zajmuje miejsce przed sklepem: drobnego białego mężczyznę z wiecznie wyciągniętą ręką i twarzą pełną popękanych naczynek.

- Nie mam co jeść - zawodził jak zwykle - dajcie biednemu co łaska, jestem głodny, muszę coś zjeść.

Minęłam go, a chwilę później za plecami usłyszałam, jak ktoś mówi:

- Masz, chłopie. Chcesz coś do jedzenia? To masz.

Obróciłam się. Niski czarny mężczyzna o zimnym spojrzeniu stał na wprost żebraka i wyciągał do niego rękę, w której trzymał kawałek pizzy.

- Ej no, stary - odparł żebrak. - Wiesz, o co mi...

- Mówiłeś, że chcesz coś do jedzenia - wszedł mu w słowo tamten. Głos miał teraz równie lodowaty jak spojrzenie. - No to masz. Kupiłem ci. Zjedz!

Żebrak wyraźnie się wzdrygnął. Wtedy przechodzień odwrócił się od niego i pełnym oburzenia ruchem cisnął pizzę do kosza.

Wróciłam do swojej kamienicy i nie mogąc się powstrzymać, opowiedziałam o wszystkim portierowi Josemu, bo komuś musiałam. Jose zrobił wielkie oczy, a na koniec odrzekł:

- O, proszę pani, ja to znam. Ojciec dał mi kiedyś po łbie za to samo.

Teraz to ja zrobiłam wielkie oczy.

- Poszliśmy na mecz i jakiś włóczęga poprosił mnie o coś do jedzenia. No to kupiłem hot doga i mu dałem. A ojciec jak mnie nie trzaśnie! Powiedział: "Jak coś robisz, rób to porządnie. Kupujesz człowiekowi hot doga? To kup mu też oranżadę!".

W 1938 roku, na kilka miesięcy przed śmiercią, Thomas Wolfe napisał do Maxwella Perkinsa: "Cokolwiek się stanie, miałem to "przeczucie" i chciałem do Ciebie napisać i powiedzieć, że bez względu na to, co się stanie albo stało, zawsze będę myślał o Tobie i czuł do Ciebie to samo, co trzy lata temu, 4 lipca, kiedy przyszedłeś po mnie do portu i weszliśmy na szczyt wysokiego budynku, a cała dziwność, chwała i moc życia była pod nami"[1].

Miastem był oczywiście Nowy Jork - miasto Whitmana i Crane'a - baśniowy kontekst dla mitu młodego geniusza, który niczym w świeckiej wersji zwiastowania przybywa do stolicy świata, gdzie już go wypatrują, czekają, aż on sam jeden przekroczy rzekę, przemierzy bulwar i wejdzie na szczyt najwyższego budynku, a wszyscy rozpoznają w nim wreszcie bohaterską postać, za którą się uważa.

To nie moje miasto. Moim miastem jest stolica melancholijnych Anglików - Dickensa, Gissinga, Johnsona, zwłaszcza Johnsona - miasto, w którym żadne z nas donikąd nie zmierza, wszyscy jesteśmy u siebie, my, wieczni plebejusze, snujący się po wspaniałych i groźnych ulicach, by móc się przejrzeć w zwierciadle cudzych oczu.

W latach czterdziestych osiemnastego wieku Samuel Johnson wędrował ulicami Londynu, aby wyleczyć się z chronicznej depresji. Londyn, po którym chodził Johnson, był miastem zarazy: otwarte kanały, ubóstwo, choroby; mroczny blask dymiących pochodni; podrzynanie gardeł w bezludnych o północy zaułkach. O tym właśnie mieście Johnson powiedział: "Człowiek zmęczony Londynem to człowiek zmęczony życiem".

Dla Johnsona miasto zawsze było drogą wyjścia z dołka, miejscem, które odbierało jego głęboki dyskomfort, monumentalny niepokój. Ulice wyrywały go z ponurej izolacji, jednały z ludzkością, budziły w nim wrodzoną serdeczność, oddawały mu ciepło jego własnego intelektu. Na ulicach czynił swoje ponadczasowe obserwacje; tutaj zdobył swoją mądrość. Nocami szukał po karczmach pociechy w rozmowie, doznawał ukojenia, widząc swoją własną potrzebę odbitą w spotykanych tam ludziach, takich, co pili i rozprawiali o Człowieku i Bogu do samego świtu, bo sami także nie chcieli wracać do siebie.

Johnson nie cierpiał życia na prowincji i bał się go. Pozamykane, głuche ulice wpędzały go w rozpacz. W małych miasteczkach nie znajdował swojego odbicia. Samotność stawała się wtedy nie do zniesienia. Cały sens miasta polegał na tym, że łatwiej było w nim znieść samotność.

Od urodzenia mieszkam w Nowym Jorku, ale przez wiele lat tęskniłam za wielkim miastem, tak jak się za nim tęskni na prowincji; marzyłam o przybyciu do stolicy. Dorastanie na Bronksie było jak dorastanie w miasteczku. Szybko zdałam sobie sprawę, że istnieje centrum świata i że ono jest gdzie indziej. Jednocześnie miałam świadomość, że aby się tam dostać, wystarczy wsiąść do metra i wysiąść na Manhattanie. Manhattan był moją Arabią.

W wieku czternastu lat zaczęłam udawać się w tę podróż. Późna zima czy środek lata, wędrowałam po wyspie wzdłuż i wszerz. Różnica między mną a kimś podobnym z Kansas polegała na tym, że przybysz z Kansas wykonuje ten samotny skok tylko raz, a ja dla wprawy robiłam sobie mnóstwo krótkich wycieczek, po których wracałam do domu, w ciepłe objęcia bezpiecznej nudy. Broadway, Lexington Avenue, Pięćdziesiąta Siódma Ulica, od rzeki do rzeki, przez Greenwich Village, Chelsea, Lower East Side, w dół do Wall Street, pod górkę do Columbii. Podekscytowana chodziłam tymi ulicami przez lata, codziennie wracając na Bronx i tam wyczekując początku prawdziwego życia.

West Side wydawała mi się wtedy jednym długim prostokątem kamienic zamieszkałych przez artystów i intelektualistów; to bogactwo, którego lustrzanym odbiciem na East Side były pieniądze i status, przydawało miastu splendoru i czyniło je do bólu ekscytującym. Czułam w ustach smak świata, prawdziwego świata. Musiałam tylko dorosnąć, a wtedy Nowy Jork będzie mój.

Jako dziecko włóczyłam się z koleżankami po ulicach naszego kwartału. Z wiekiem zapuszczałyśmy się coraz dalej, banda dziewczynek przemierzających Bronx niczym na wyprawie w głąb interioru. Korzystałyśmy z ulic w taki sposób, w jaki dzieci na wsi korzystają z pól i rzek, gór i jaskiń: tworzyły one mapę naszego świata. Włóczęga trwała godzinami. Mając dwanaście lat, wychwytywałyśmy już bezbłędnie każdą najmniejszą nietypowość wyglądu lub zachowania. Gdy podchodził do nas obcy mężczyzna i rzucał: "Cześć, dziewczyny. Mieszkacie gdzieś tutaj?", wiedziałyśmy. Gdy kobieta nie szła pewnym krokiem w stronę ulicy ze sklepami, wiedziałyśmy. Chciałyśmy, lubiłyśmy wiedzieć. Ilekroć zdarzyło się coś dziwnego - a niewiele było trzeba, żebyśmy odniosły takie wrażenie, nasze pojęcie normy było wyśrubowane - roztrząsałyśmy to później przez pół dnia.

Koleżanka z liceum odkryła przede mną ulice Górnego Manhattanu. Tyle różnych języków, tyle bijących w oczy osobliwości - mężczyźni z brodami, kobiety w czerni i srebrze. Widziałam, że ci ludzie nie są z klasy robotniczej, ale do jakiej klasy właściwie należeli? No i to uliczne nagabywanie! Na Bronksie jakiś samotny właściciel straganu z warzywami mógł czasem zawołać: "Kochaniutka! Zapraszam po świeże pomidory!". Tutaj przekupnie na chodniku sprzedawali zegarki, radia, książki, biżuterię - i zachwalali swoje towary na całe gardło. Mało tego, przechodnie obojga płci przekomarzali się z nimi: "Jak długo ten zegarek pochodzi? Do następnego skrzyżowania czy dłużej?", "Znam tego autora, jego książki nie są warte dolara", "Skąd pan ma to radio? Jutro rano pewnie zapuka do mnie policja, co?". Tyle ruchu i życiowej energii! Obcy ludzie mówiący jeden przez drugiego, śmiech, krzyki, twarze wesoło zmarszczone, powykrzywiane złością. Właśnie ta moc ekspresji, zamaszystość gestów tak nas porywały: pełen swady flirt, cięte riposty, wybuchy serdecznego humoru prowokowane w innych, w sobie samych.

Na studiach inna znajoma wzięła mnie na spacer po West End Avenue. W życiu nie widziałam tak szerokiej i eleganckiej ulicy, z portierami u drzwi wyniosłych apartamentowców, które ciągnęły się z obu stron przez ponad dwa kilometry. Znajoma powiedziała mi, że w tych ogromnych kamienicach mieszkają muzycy i pisarze, naukowcy i emigranci, tancerze i filozofowie. Wkrótce spacer West Endem od Sto Siódmej do Siedemdziesiątej Drugiej stał się nieodłączną częścią każdej wizyty na Manhattanie. Ta aleja urosła w moich oczach do rangi symbolu. Czułam, że jeśli uda mi się tu kiedyś zamieszkać, będę u celu swej podróży. Nie wiedziałam wprawdzie, czy jako artystka/intelektualistka, czy jako żona jednego z nich (jakoś trudno mi było wyobrazić sobie, że sama podpisuję umowę najmu), ale mniejsza o to; ważne, że miałabym tu swój dom.

Latem chodziło się na koncerty do Lewisohn Stadium, wielkiego amfiteatru na kampusie City College. To tam po raz pierwszy słuchałam Mozarta, Beethovena i Brahmsa. W połowie lat sześćdziesiątych zaprzestano tych koncertów, ale pod koniec lat pięćdziesiątych, przesiadując lipiec w lipiec, sierpień w sierpień na kamiennej trybunie, wiedziałam, po prostu wiedziałam, że ci ludzie wokół mnie mieszkają na West Endzie. Gdy pod gwiaździstym ciepłym niebem orkiestra stroiła instrumenty i gaszono światła, czułam, że cała ta wyrafinowana publiczność nachyla się do przodu, spragniona muzyki, spragniona siebie w muzyce: tak jakby koncert był przedłużeniem kontekstu własnego życia. I ja również pochylałam się do przodu, z takim samym, chciałam wierzyć, wyrafinowaniem, lecz dobrze wiedziałam, że tylko naśladuję ich ruchy. Nie miałam jeszcze prawa kochać muzyki tak jak oni. A po kilku latach zaczęło do mnie docierać, że może nigdy nie będzie mi ono dane.

W czasach, gdy zbliżałam się coraz bardziej do marginesu społecznego, nic tak nie koiło bólu i złości w sercu jak spacer przez miasto. Obserwując ludzi, którzy na pięćdziesiąt różnych sposobów próbują pozostać ludźmi, widząc różnorodność i pomysłowość technik przetrwania, czułam, jak schodzi ze mnie napięcie. Odbierałam przez skórę zbiorowy opór przed pójściem na dno. W tym oporze znalazłam towarzystwo. Nigdy nie czułam się mniej samotna niż w trakcie samotnego spaceru zatłoczoną ulicą. Tu, jak się okazało, umiałam sobie wyobrazić siebie. Tu, myślałam, kupuję sobie czas. Co za mrzonka: kupowanie czasu. A jednak przez lata dzieliłam ją z Leonardem.

Dorosłam i przeprowadziłam się do miasta, lecz oczywiście wszystko ułożyło się inaczej, niż oczekiwałam. Poszłam na studia, lecz dyplom nie zapewnił mi pracy w biurze na Środkowym Manhattanie. Wyszłam za artystę, ale zamieszkaliśmy na Lower East Side. Zaczęłam pisać, ale nie czytał mnie nikt na północ od Czternastej Ulicy. Nie otwarły się przede mną wrota do złotego towarzystwa. Cały ten splendor pozostawał czymś odległym.

Wśród znajomych słynę z niechęci do gromadzenia dóbr. Ludzie ze mnie żartują, bo niczego mi nie trzeba; nie wiem też, jak się co nazywa, nie potrafię w mig odróżnić autentyku od podróbki, jakości od tandety. Nie stoi za tym żaden wzniosły ascetyzm, po prostu rzeczy od zawsze budzą we mnie panikę, a przyczyną tego niepokoju jest chłopski brak obycia z kolorem, fakturą, bogactwem, z pięknem, grą, zabawą. Przez całe życie zadowalam się byle czym, ponieważ rzeczy mnie peszą.

Leonard wyrobił sobie styl życia, który na pierwszy rzut oka wydaje się całkowicie inny, ale szczerze mówiąc, myślę o nim jak o lustrzanym odbiciu mojego. Japońskie grafiki, indyjskie dywany, obite pluszem osiemnastowieczne meble - jego mieszkanie przypomina muzealną wystawę, której on jest kuratorem. Widzę, że wypełnia przestrzeń wokół siebie z taką samą desperacją, z jaką ja nie wypełniam swojej. Mimo to, podobnie jak ja, wciąż nie czuje się w swoim mieszkaniu całkiem u siebie. On też woli czuć beton pod stopami.

Gdy skończyłam studia, Nowy Jork oznaczał dla mnie Manhattan, z kolei dla Leonarda, który również dorastał na Bronksie, w dalszym ciągu obejmował wszystkie dzielnice. Odkąd znam Leonarda - czyli od ponad trzydziestu lat - zawsze chodził tam, gdzie ja nie docierałam: na Brooklyn, Queens, Staten Island. Znał Sunnyside, Greenpoint, Red Hook; Washington Heights, wschodni Harlem i południowy Bronx. Znał historię ulicy handlowej na Queensie, przy której połowę sklepów zabito deskami, odnowionego kawałka brooklińskiego nabrzeża, ogrodu w Harlemie pełnego dziwacznych kwiatów, magazynu nad East River przerobionego na halę targową rodem z Trzeciego Świata. Wiedział, które osiedla komunalne się udały, a które są w opłakanym stanie. Jego wiedza nie ograniczała się do ulic. Znał też pirsy, place załadunkowe, linie metra. Miał w małym palcu Central Park i Prospect Park. Znał kładki na East River; promy, tunele, obwodnice. Znał Snug Harbor, City Island i Jamaica Bay.

Przypominał mi nieraz uliczników z powojennych filmów włoskich: tych przystojnych, czupurnych chłopców u Rosselliniego, którzy znając miasto jak własną kieszeń, odciskali na nim swój ślad. Leonard właśnie taki mi się wydawał podczas naszych długich pieszych wędrówek przez kolejne dzielnice: miał w sobie głód właściwy dziecku z robotniczej rodziny, głód wiedzy, która pozwala człowiekowi poczuć, że ziemia, po której stąpa, należy do niego. Gdy miałam go za przewodnika, dzielnice rozciągały się kilometrami we wszystkich kierunkach; moim oczom jawiły się często jako pustkowia, dopóki nie zaczęłam widzieć w nich tego, co Leonard: jedynego w swoim rodzaju morza gett nieprzerwanie tłoczących nowe życie w prostokąt bogactwa i prestiżu.

W trakcie tych naszych dalekich spacerów nieraz ukradkiem zmieniał się charakter czasu i przestrzeni. Znikało pojęcie godzin. Ulice były jedną długą wstęgą ciągnącej się hen drogi, po której wędrowaliśmy bez przeszkód. Czas się rozrastał, zaczynał przypominać ten z dzieciństwa, nigdy się niekończący, a nie ten obecny, którego zawsze było za mało, który zawsze człowieka gonił, zawsze był miarą naszej zmiennej kondycji emocjonalnej.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.