Kobieta o białych oczach - Sylwia Trojanowska

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ONA NIE SŁOŃCE. ONA KSIĘ­ŻYC

Gaja sie­działa przy stole i skrę­cała pa­pie­rosy, raz po raz spo­glą­da­jąc na małą istotkę, która za­kłó­ciła względny po­rzą­dek jej i tak już dość zwi­chro­wa­nego ży­cia. Wy­czu­wała chaos pa­nu­jący w gło­wie tej dziew­czynki, nie­moc w jej gar­dle. Strach też, choć zda­wała so­bie sprawę, że ten z dnia na dzień ma­leje, a dziecko uczy się no­wego ży­cia, bo in­nego już nie ma. Luk­susy, dro­gie ubra­nia i je­dwabne ko­kardy we wło­sach - to brzmiało jak baśń, któ­rej bo­ha­terką może być tylko kró­lewna. A So­fia za­cho­wy­wała się tak, jakby od za­wsze żyła w pro­stej, le­śnej cha­cie, z dala od lu­dzi.

- Ni­czym nie przy­po­mi­naj jej daw­nego ży­cia - mó­wił on. - Niech za­po­mni. Dla swo­jego do­bra.

Gaja nie za­mie­rzała tego ro­bić. Po­ka­zy­wała tylko nowe i do­pusz­czała dziew­czynkę do tego, co sama stwo­rzyła. Pew­nego dnia za­ga­lo­po­wała się jed­nak, a mała zo­ba­czyła coś, czego nie po­winna.

Były wtedy w obo­rze. Gaja do­iła krowę, a So­fia krę­ciła się obok. W pew­nej chwili sta­ruszka po­pro­siła, by dziew­czynka przy­nio­sła sito, a ta, nie zna­la­zł­szy go tam, gdzie zwy­kle, zer­k­nęła na drzwi w głębi. Już wcze­śniej wi­działa, jak Gaja coś stam­tąd wy­nosi. Może wła­śnie sito? Uchy­liła skrzy­dło, a wtedy jej oczy do­strze­gły inne - czarne, oko­lone dłu­gimi rzę­sami i gę­stymi brwiami. So­fia jed­nak nie ucie­kła, nie prze­ra­ziła się, nie za­trza­snęła drzwi. Po chwili z ciem­no­ści wy­ło­niła się jesz­cze jedna para oczu, rów­nie ciem­nych, sio­strza­nych. Trwały tak na­prze­ciw sie­bie bez jed­nego słowa, jed­nego ge­stu. Na­gle przy boku So­fii po­ja­wiła się Gaja. Zda­wała się zmie­szana, mam­ro­tała coś pod no­sem. W końcu prze­mó­wiła:

- To Ewa i De­bora. One tu. - Wska­zała ręką na ciemne wnę­trze. - Ale nam nic do tego.

Ko­biety uśmiech­nęły się do So­fii, a ta star­sza, De­bora, jakby ser­decz­niej. Ewa wy­glą­dała na wy­co­faną. Obie zo­stały za drzwiami, w ko­mórce za kro­wią za­grodą. So­fia po­słusz­nie wy­szła na ze­wnątrz, ale już na­stęp­nego dnia, ba­wiąc się pod ja­błonką, przy­po­mniała so­bie o ko­bie­tach. Wzięła dwa jabłka i po­bie­gła do obory. Otwo­rzyła drzwi i po­now­nie na­tknęła się na czarne oczy Ewy. Wsu­nąw­szy owoce w wy­cią­gnięte dło­nie ko­biety, uśmiech­nęła się nie­śmiało i... ucie­kła. Gaja nie za­uwa­żyła jej krót­kiej nie­obec­no­ści; o spo­tka­niu do­wie­działa się do­piero od ko­biet. Wtedy zro­zu­miała, że nie bę­dzie w sta­nie za­ka­zać tej wszę­do­byl­skiej istotce od­wie­dzin.

Z ty­go­dnia na ty­dzień, z mie­siąca na mie­siąc So­fia zra­stała się z Wi­siel­czą Chatą. Chęt­nie ba­wiła się z Pio­ru­nem, rwała się do wy­praw na roz­droże, z cie­ka­wo­ścią wer­to­wała ziel­niki Gai, od­waż­nie po­czy­nała so­bie z ku­rami, ści­ga­jąc je, a cza­sami stra­sząc. Gaję to ba­wiło. Chi­cho­tała, pod­glą­da­jąc dziew­czynkę, szcze­gól­nie wtedy, gdy role się od­wra­cały, bo któ­raś z mą­drych kur nie da­wała się oszu­kać i z za­ga­nia­nej sta­wała się go­niącą.

Po­cząt­kowo Gaję drę­czył fakt, że So­fia nie mówi, że nie jest w sta­nie wy­do­być z sie­bie słowa. Że pró­buje, ale bez skutku. Po pew­nym cza­sie zro­zu­miała jed­nak, że to atry­but. Że gdyby ktoś sta­nął im na dro­dze, dziew­czynka nie by­łaby w sta­nie jej wy­dać. Tak było do­brze, na­wet ide­al­nie. Szcze­gól­nie te­raz, kiedy małą cią­gnęło do ko­biet z obory. Wie­działa, że nie wy­per­swa­duje jej tego, i czuła też, że nie po­winna. Za­ka­zany owoc sma­kuje le­piej, a ona nie chciała, by mała wę­dro­wała tam po­ta­jem­nie, by trak­to­wała spo­tka­nia z Ewą i De­borą jako coś nie­zwy­kłego, nad­zwy­czaj­nego. Oswo­iła się z my­ślą, że So­fia wie o dwóch ukry­wa­ją­cych się ko­bie­tach. Na­ka­zała im jed­nak, by nie za­chę­cały dziew­czynki do od­wie­dzin.

- Oczy­wi­ście - zgo­dziła się De­bora. - Nie bę­dziemy. To prze­cież dla na­szego do­bra, ale skoro chce, nie mo­żemy jej prze­ga­niać.

- Nie ga­niać, ale i nie za­pra­szać. Niech za­po­mni.

Dla Ewy by­łoby le­piej, gdyby So­fia chciała o niej za­po­mnieć; nie szu­kała kon­taktu z ludźmi. Ale De­bo­rze bra­ko­wało kon­taktu z kim­kol­wiek poza Ewą i ma­ło­mówną Gają. Cie­szyła się na każde od­wie­dziny dziew­czynki. Wy­cze­ki­wała ich na­wet, choć ze wszyst­kich sił sta­rała się tego nie oka­zy­wać.

- Nie mo­żesz nas od­wie­dzać - stwier­dziła w końcu po ko­lej­nej re­pry­men­dzie od Gai. - Bo... Bo je­ste­śmy chore - skła­mała, lecz gdy do­strze­gła w oczach dziecka łzy, zro­biło jej się przy­kro. - Ale nie­długo wy­zdro­wie­jemy i bę­dziesz mo­gła do nas wró­cić, do­brze?

So­fia po­ki­wała głową i wy­bie­gła z kry­jówki. Po kilku chwi­lach była już z po­wro­tem. W ręku trzy­mała słoik z żółtą, gę­stą za­war­to­ścią. Kilka dni wcze­śniej Gaja przy­go­to­wy­wała mie­szankę "na cho­roby wsze­la­kie", jak to okre­śliła, a So­fia za­pa­mię­tała opa­trzony la­kiem po­jem­ni­czek.

De­bora po­dzię­ko­wała i udała ka­szel, a po­tem znowu skryła się w pół­mroku, my­śląc o tym, że jesz­cze nie tak dawno mo­głaby wziąć So­fię za rękę i pójść z nią na spa­cer do lasu, do parku, na­wet po­śród lu­dzi. Tak jak ro­biła z syn­kiem Ewy, któ­rego... któ­rego już nie było wśród ży­wych. Te­raz na­stały inne czasy. A wy­raźne se­mic­kie rysy gwa­ran­to­wały pro­blemy, wy­wózkę, śmierć... Dla­tego ona i Ewa ukry­wały się ni­czym prze­stęp­czy­nie. I sta­rały się ro­bić to do­brze, rów­nież dla­tego, by nie na­ra­żać Gai na nie­bez­pie­czeń­stwo. Taką za­warły umowę. Z nim. Obie­cały mu, że ni­gdy nie wyjdą z ko­mórki za dnia. Je­dy­nie nocą i to wów­czas, gdy niebo po­zo­sta­nie bez­gwiezdne. Słowa do­trzy­my­wały.

Gaja mu­siała przy­znać sama przed sobą, że obec­ność dziew­czynki była dla niej zba­wienna. Ta mała Niemka wnio­sła w jej ży­cie, w ży­cie Wi­siel­czej Chaty zu­peł­nie no­wego du­cha. Kiedy więc on za­po­wie­dział, że nie­ba­wem za­bie­rze So­fię, roz­pła­kała się.

- Nie - wy­du­siła.

- Nie? Wo­la­ła­byś, żeby zo­stała? - za­py­tał. - My­śla­łem, że jest ci cię­ża­rem, że dwie Ży­dówki to już za dużo, że chcesz jak naj­szyb­ciej się jej po­zbyć. Szu­ka­łem dla niej no­wego miej­sca.

- Nie. Ona do­bra. Może zo­stać.

- Może zo­stać...? - po­wtó­rzył z nie­do­wie­rza­niem, a Gaja ski­nęła głową i skraw­kiem rę­kawa prze­tarła mo­kre, białe oczy. - Po­lu­bi­łaś ją. Mia­łem na­dzieję, że tak bę­dzie, bo So­fia to złote dziecko. Ma­wiamy na ta­kie, że jest jak słońce.

Sta­ruszka za­prze­czyła.

- Ona nie słońce. Ona księ­życ.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

TEN, KTÓRY WSZYSTKO WIE

Na­stęp­nego dnia po śnia­da­niu długo sie­działy przy stole. Gaja po­ka­zy­wała dziew­czynce su­szone kwiaty.

- To len, to ko­canka, to cie­mier­nik - wy­li­czała, od­kła­da­jąc je ko­lejno do wy­so­kiego wi­kli­no­wego ko­sza.

Po­dała dziew­czynce ku­bek z cie­płym mle­kiem i po­czę­sto­wała ko­lejną słodką kulką. Sama też wzięła jedną.

- Ja Gaja, ty wiesz. A ty So­fijka, tak? - zde­cy­do­wała się za­py­tać.

Po praw­dzie znała imię dziecka, on jej po­wie­dział. Za­da­jąc to pro­ste py­ta­nie, chciała je­dy­nie po­móc ma­łej w po­wro­cie do mó­wie­nia.

So­fia pra­gnęła się ode­zwać, bo dla­czego mia­łaby tego nie zro­bić? Otwie­rała więc usteczka i pró­bo­wała wy­du­sić z sie­bie krót­kie "tak". Nic z tego jed­nak nie wy­cho­dziło. Nic. Ani mruk­nię­cie, ani jedna ci­cha gło­ska. Od­sta­wiła ku­bek z mle­kiem, bo ręce za­częły jej dy­go­tać, a bródka drżeć. Była prze­ra­żona, nie ro­zu­miała sy­tu­acji. Nie miała po­ję­cia, dla­czego nie może wy­do­być głosu. Z jej oczu po­pły­nęły łzy.

- Nie boić, nie boić... - mó­wiła ła­god­nie Gaja. - Wszystko do­brze, do­brze.

Zła­pała So­fię za rączkę i po­wio­dła przed dom. Słońce roz­piesz­czało je zło­tymi pro­mie­niami. Od­wie­dziły lisa. Gaja przyj­rzała mu się uważ­nie, ale już nie brała w ra­miona, tylko pa­trzyła, jak nie­po­rad­nie ru­sza łapką, jak chowa się pod dasz­kiem. Wró­ciła do chaty po ja­kiś spe­cy­fik, po czym roz­sy­pała go w kojcu. Kiedy zwie­rzak za­czął łap­czy­wie po­ły­kać lek, z sa­tys­fak­cją po­ki­wała głową. Zaj­rzały jesz­cze do jeża, który zaj­mo­wał są­siedni ko­jec. Kiedy Gaja go pod­nio­sła, na­stro­szył kolce.

- Ty prze­ciw mnie? - za­śmiała się. - Toż Gaja ci ży­cie wró­ciła!

Obej­rzała go uważ­nie.

- No już - stwier­dziła za­do­wo­lona. - W las to­bie.

Wzięły jeża i po­szły z nim na roz­droże. Tam ko­bieta ostroż­nie po­sta­wiła go na ziemi. Jeż przez chwilę tkwił nie­ru­chomo po­środku drogi, w stu­po­rze, a po­tem ru­szył w kie­runku kępy pa­proci.

- I wara od si­deł! Ty...! - krzyk­nęła w jego stronę Gaja.

Po­zo­stały tu jesz­cze przez chwilę. So­fia znowu roz­go­ściła się wśród ja­gód, a Gaja usia­dła na pieńku i za­pa­liła pa­pie­rosa. Spo­glą­da­jąc z roz­rzew­nie­niem na dziew­czynkę, czuła cie­pło roz­pły­wa­jące się po jej ciele.

Przed na­sta­niem wie­czoru Gaja za­częła wa­rzyć w ga­rach. W cha­cie uno­sił się in­ten­sywny za­pach, bę­dący mie­sza­niną mięty, ma­je­ranku, roz­ma­rynu i cze­goś, co szczy­pało So­fię w oczy mimo otwar­tych okien i drzwi. Dziew­czynka ob­ser­wo­wała jed­nak za­chłan­nie po­czy­na­nia sta­ruszki. Wo­dziła wzro­kiem za każ­dym jej ru­chem, a ko­bieta, wi­dząc to, z jesz­cze więk­szym za­pa­łem wy­ko­ny­wała swoją pracę. Bo to wła­śnie była jej praca. Dzięki wy­wa­rom, na­pa­rom i su­szo­nym zio­łom miała za co ku­pić ubra­nia, naftę i opa­trunki dla zwie­rząt, sło­iki, gary i za­pałki. Żad­nych zbyt­ków, no może poza ty­to­niem. To było przy­zwy­cza­je­nie, na­łóg, któ­rego nie po­tra­fiła rzu­cić.

Ma­ści na szyb­kie go­je­nie ran, na trą­dzik, owrzo­dze­nia i bro­dawki we wsty­dli­wych miej­scach miała w za­pa­sie, ale na półce bra­ko­wało już sy­ropu na­sen­nego i kro­pel na po­ha­mo­wa­nie mę­skiej chuci. Ten ostatni spe­cy­fik Gaja lu­biła naj­bar­dziej. Two­rze­nie wy­waru na ba­zie li­po­wej kory wpra­wiało ją w do­sko­nały na­strój.

Cza­sami przy­go­to­wy­wała coś poza za­mó­wie­niem. Pi­sała wtedy na kar­tecz­kach "Do spraw­dze­nia na przy­pa­dłość taką a taką", "Po­może na to albo tamto". Te no­winki naj­czę­ściej wy­ni­kały z po­trzeby chwili, ra­do­ści two­rze­nia, z rzadka jed­nak sta­no­wiły dzieło przy­padku. Ich dzia­ła­nie wy­pró­bo­wy­wała na zwie­rza­kach i cza­sami było przy tych pró­bach sporo śmie­chu, bo zda­rzało się, że kury po za­apli­ko­wa­niu leku cho­dziły po po­dwórku jak pi­jane albo wzbi­jały się w po­wie­trze, wie­rząc, że po­tra­fią la­tać ni­czym go­łę­bie. Naj­waż­niej­sze jed­nak, że klienci oka­zy­wali za­do­wo­le­nie i to prak­tycz­nie ze wszyst­kiego. Tylko kilka razy do­tarły do Gai nie­za­do­wo­lone głosy. Kilka razy na ty­siące mik­stur. Nie naj­go­rzej.

Kiedy So­fia za­sy­piała, Gaja koń­czyła pa­ko­wać za­mó­wie­nie, po czym, upew­niw­szy się, że dziew­czynka twardo śpi po ma­ko­wych kro­plach, wy­szła z chaty. Wcze­śniej roz­mó­wiła się jesz­cze z Pio­ru­nem, a on, jakby poj­mo­wał każde słowo swo­jej pani, ob­wą­chał dziew­czynkę, a po­tem wsko­czył na łóżko, usa­do­wił się za ple­cami dziecka, skąd miał naj­lep­szy wi­dok na izbę, i wa­ro­wał.

Tym­cza­sem Gaja znik­nęła w cze­lu­ści nocy. Drogę przed sobą miała długą, ale prze­cież po­ko­ny­wała ją nie pierw­szy raz i nie pierw­szy raz nocą.

A noc lu­biła. Szcze­gól­nie tę, pod­czas któ­rej to­wa­rzy­szył jej blask księ­życa. Czuła się z nim w prze­dziwny spo­sób po­łą­czona. Miała wra­że­nie, że nocny książę nie tylko roz­świe­tla jej drogę, lecz także po­zwala ja­śniej my­śleć, a cza­sami przy­wo­dzi za­po­mnianą prze­szłość. Wtedy wła­śnie, pod­czas owych noc­nych eska­pad, okruch po okru­chu wra­cały do niej chwile smutku i szczę­ścia, na­dziei i za­ła­ma­nia. Sta­wali przed nią lu­dzie z prze­szło­ści, a wraz z nimi, jak przez mgłę, ona sama - piękna, młoda, gibka. A po­tem, gdy wra­cała do rze­czy­wi­sto­ści, spo­ty­kała się z nim; wi­tała z jego spo­koj­nym ob­li­czem, po­zwa­lała się uści­snąć. Od­bie­rała za­płatę za wy­ko­nane zle­ce­nie i za­kupy, które wcze­śniej za­mó­wiła. Za­wsze otrzy­my­wała też od niego coś, czego się nie spo­dzie­wała. Nową cho­chlę, nóż, cza­sem ob­ra­zek w ramce, nie­kiedy i ko­rale. Różne to były po­darki. Wszyst­kie przyj­mo­wała i ski­nie­niem głowy wy­ra­żała po­dzię­ko­wa­nie, po czym się od­da­lała. A on ni­gdy za nią nie szedł, da­wał jej prze­strzeń, moż­li­wość ży­cia na wła­snych wa­run­kach, sa­mot­ni­czo, nie w po­bliżu ludz­kich sie­dzib. Choć nie to, żeby nie wie­dział, gdzie miesz­kała. Wie­dział wszystko. Sam prze­cież wy­brał dla niej owianą złą sławą i przez lu­dzi omi­janą sze­ro­kim łu­kiem Wi­siel­czą Chatę, sam ją tam za­wiózł, sam wy­bu­do­wał bez­pieczne wyj­ście. Sam też cza­sami za­cho­dził do niej, by spraw­dzić, czy żyje, kiedy nie po­ja­wiała się na czas. A ostat­nio - żeby prze­ko­nać się, jak zaj­muje się So­fią. Tak, So­fią. Tylko on wie­dział, że dziew­czynka żyje i mieszka z szep­tu­chą. Że ma się do­brze, że nie pa­mięta prze­szło­ści, a z jej ust nie wy­pływa żadne słowo.

TA­JEM­NICA CIEM­NO­ŚCI

So­fia le­żała na łóżku, okryta lek­kim ple­dem, i spo­glą­dała na krzą­ta­jącą się po po­miesz­cze­niu ko­bietę. Na jej si­wiu­sień­kie włosy sple­cione w cienki war­kocz, przy­gar­bione ra­miona, na lnianą bluzkę - luźną, z dłu­gimi bu­fia­stymi rę­ka­wami, prze­wią­za­nymi ta­siem­kami u nad­garst­ków. Sta­ruszka ko­ślawo sta­wiała kroki na ce­gla­nej pod­ło­dze. Od okna na prawo, do okna na lewo. Od fa­jerki do spi­żarki. Szem­rała przy tym pod no­sem słowa po nie­miecku, nie­wy­raź­nie, a li­czyła w dziw­nym, sze­lesz­czą­cym ję­zyku, któ­rego dziew­czynka nie ro­zu­miała. Do tego pstry­kała pal­cami, cmo­kała, po­mru­ki­wała - jakby te wszyst­kie dźwięki i ge­sty były ele­men­tami ry­tu­ału. Do po­czer­nia­łego że­liw­nego gara wrzu­cała ziarna, wcze­śniej od­mie­rzyw­szy je na skrzy­pią­cej wa­dze. A po­tem mie­szała: trzy razy w prawo i sie­dem w lewo. Sku­piona na swo­jej pracy, nie do­strze­gła by­strych oczu dziew­czynki, śle­dzą­cych każdy jej ruch i każdy gest. So­fia sta­rała się nie wy­da­wać z sie­bie żad­nego od­głosu. Nie żeby się bała. W li­chej cha­cie, po­zba­wio­nej wy­gód, du­żych okien i zdob­nych ob­ra­zów, czuła się prze­dziw­nie bez­piecz­nie. Może to dzięki bia­ło­okiej ko­bie­cie, która zna­la­zła ją w le­śnej gę­stwi­nie i na rę­kach przy­nio­sła aż tu­taj, a może z po­wodu miej­sca, któ­rego ta­jemna aura otu­lała So­fię spo­ko­jem.

Dziew­czynka le­żała i ob­ser­wo­wała sta­ruszkę, kiedy na­gle ob­lały ją zimne poty. Zdała so­bie sprawę, że nie pa­mięta ni­czego od czasu, kiedy ko­bieta ją zna­la­zła. Żad­nej osoby, miej­sca, wy­da­rze­nia... Ro­zu­miała, co się działo w cha­cie. Wie­działa, jak na­zwać przed­mioty, ko­lory, dźwięki. Ale nie po­tra­fiła przy­wo­łać zda­rzeń ze swego prze­szłego ży­cia. Cho­ciaż nie, pa­mię­tała je­den szcze­gół. Gdy za­my­kała oczy, pod po­wie­kami wi­działa czer­woną ka­łużę, a w niej ko­bietę o mar­mu­rowo bia­łej twa­rzy. Tego jed­nego ob­razu była pewna.

Ob­ser­wo­wała ru­chy sta­ruszki. Kształty się roz­my­wały, a po­wieki sta­wały się co­raz cięż­sze.

Za­snęła.

Kiedy otwo­rzyła oczy, świ­tało. Ko­bieta sie­działa przy stole i pa­liła pa­pie­rosa. Wy­pusz­cza­jąc z ust cien­kie strużki dymu, które nie­mal na­tych­miast wsią­kały w ściany, wpa­try­wała się w je­den punkt - wi­szący na­prze­ciwko ob­ra­zek, na któ­rym księ­życ kła­niał się słońcu. Swoim zwy­cza­jem mam­ro­tała coś pod no­sem: ryt­miczne słowa, jakby wiersz albo wy­li­czankę.

Do­pa­liw­szy pa­pie­rosa, zga­siła go, po czym wstała i po­de­szła do bul­go­czą­cego gara. So­fia unio­sła głowę i wtedy za ple­cami usły­szała przy­spie­szony od­dech. Na­tych­miast się obej­rzała; pa­trzyły na nią wiel­kie, po­czciwe oczy bia­łego zwie­rza. Przez chwilę, bar­dzo krótką, ona i zwierz wpa­try­wali się w sie­bie, a po­tem psiak szczek­nął ra­do­śnie i li­znął dziew­czynkę ję­zo­rem po po­liczku.

- Co mi tu! Pio­run, no! - Po cha­cie po­niósł się głos go­spo­dyni. - Już mi!

Pies ze­sko­czył na pod­łogę, po­krę­cił się przy łóżku, a po­tem za­legł przy ścia­nie. Sta­ruszka po­de­szła do So­fii i ukuc­nęła. Ich twa­rze zna­la­zły się bli­sko sie­bie. Dziew­czynka na­tych­miast się od­su­nęła. Z da­leka białe oczy ko­biety nie wy­glą­dały tak prze­ra­ża­jąco. Kie­dyś może były błę­kitne, może zie­lone. A może za­wsze ta­kie białe?

- To ja, Gaja. Na rę­kach ty u mnie. Nie boić się, nie boić, So­fijka - po­wie­działa ła­god­nie sta­ruszka z czu­ło­ścią tak wielką, że dziew­czynka, sły­sząc na­gle wła­sne imię, od­wa­żyła się na nią zer­k­nąć. A kiedy to zro­biła, tamta uśmiech­nęła się ser­decz­nie, uka­zu­jąc sia­teczkę zmarsz­czek przy oczach i rów­niu­sień­kie zęby.

Gaja ro­zu­miała, że jej wy­gląd mógł prze­ra­żać. Był to prze­cież je­den z po­wo­dów, dla któ­rych za­miesz­kała z dala od lu­dzi. Ale poza tym miała wiel­kie serce, chyba na­wet zbyt wiel­kie.

Dźwi­gnęła się i po chwili wró­ciła do ma­łej z kub­kiem cie­płego mleka. So­fia wzięła ostroż­nie na­czy­nie i upiła kilka łap­czy­wych ły­ków.

- Po­woli... - Ko­bieta ją uspo­ko­iła. - Po-wo-li.

Po­słu­chała, pi­jąc już bez po­śpie­chu. Od­dała ko­bie­cie pu­sty ku­bek i chciała po­dzię­ko­wać, ale gdy otwo­rzyła usta, nie wy­do­był się z nich ża­den dźwięk. Gar­dło było za­ci­śnięte, zwią­zane, jakby po­marłe. Sta­ruszka od razu do­strze­gła nie­po­kój na twa­rzy dziecka i usteczka ukła­da­jące się w kształt pu­stych słów.

- No, nie boić się. Już do­brze - po­wie­działa spo­koj­nie.

Chciała po­gła­dzić tę istotkę po po­liczku, a może po wło­sach...? Swoim do­ty­kiem do­dać jej otu­chy, ale zbyt dużo nie­pew­no­ści do­strze­gła w tej ma­łej isto­cie, więc po pro­stu ode­szła w stronę gara. Znowu za­mie­szała trzy razy w prawo, sie­dem w lewo, mam­ro­cząc pod no­sem, wy­li­cza­jąc i cmo­ka­jąc. Po­tem otrze­pała ręce i się­gnęła po bo­chen chleba. Ukro­iła pajdę i po­sma­ro­wała ją czymś, co z da­leka zda­wało się So­fii ma­słem. Spró­bo­wała, ale nie sma­ko­wało jak to, któ­rego smak przy­wo­łała jej pa­mięć. Było słone i śmier­działo ce­bulą. Jed­nak głodna So­fia nie wy­brzy­dzała. Zja­dła całą kromkę, a po­tem drugą. Spoj­rzała na swoją stopę, owi­niętą płót­nem. Po­ru­szyła nią; koń­czyna odro­binę bo­lała, ale dało się na niej sta­nąć. So­fia zer­k­nęła na wy­miętą su­kienkę i do­strze­gła na niej czer­wone plamy. Do­tknęła jed­nej z nich. Sta­ruszka bły­ska­wicz­nie zna­la­zła się obok i zła­pała ją za rękę.

- Nie tyka zmar­łej krwi - rzu­ciła po­spiesz­nie, ner­wowo. - Gaja. - Wska­zała na sie­bie. - Gaja wy­pie­rze.

So­fia prze­stra­szyła się i wi­doku, i ner­wo­wych słów ko­biety. Jej od­dech przy­spie­szył, w oczach sta­nęły łzy. Ma­łymi rącz­kami za­częła dra­pać się po szyi i wy­czuła na niej łań­cu­szek, a na jego końcu srebrną za­wieszkę w kształ­cie sierpa księ­życa. Spoj­rzała - był uma­zany za­schniętą krwią. Pi­snęła prze­ra­żona. Gaja szybko wy­jęła z jej rąk świe­ci­dełko i oczy­ściła je mo­krą ścierką, a drugą prze­myła dło­nie dziew­czynki. Wy­mam­ro­taw­szy coś pod no­sem, wrzu­ciła ścierki do wia­dra i cmok­nęła.

- No już, już. Już do­brze.

Po­kle­pała So­fię po ra­mie­niu, jak po­cie­sza się to­wa­rzy­sza broni, do­ro­słego przy­ja­ciela, ale nie dziecko. Wstała i po­de­szła do kre­densu, po czym wy­jęła z szu­flady płó­cienną szatę, a na­stęp­nie po­dała dziew­czynce do prze­bra­nia. Kla­snęła z za­chwytu, wi­dząc ją w su­kience za du­żej o kilka roz­mia­rów, po czym zbli­żyła się i prze­wią­zała ją w pa­sie ple­cionką ta­sie­mek. Wi­dząc efekt, z sa­tys­fak­cją wy­mru­czała coś pod no­sem. Na ko­niec pod­su­nęła So­fii me­ta­lowe pu­dełko pełne słod­kich ku­lek.

- Jedz. Zdrowe.

So­fia nie­śmiało się­gnęła po jedną i przez chwilę ści­skała w pal­cach. Kulka była miękka i kle­ista. Gaja też wzięła jedną i szybko wło­żyła do ust, jakby chciała dać dziew­czynce przy­kład. So­fia zro­biła to samo i po­czuła nie­zwy­kłą sło­dycz. Kulka przy­kle­iła jej się do pod­nie­bie­nia i wtedy, zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­nie, So­fii zro­biło się le­piej. Gaja przez cały ten czas ją ob­ser­wo­wała i kiedy do­strze­gła w twa­rzy dziecka coś, na co naj­wy­raź­niej cze­kała, ode­tchnęła z ulgą.

Cały dzień spę­dziły ra­zem. So­fia sta­wała się co­raz od­waż­niej­sza, szcze­gól­nie kiedy Gaja po­ka­zała jej po­dwórko. Było małe; po pra­wej znaj­do­wały się stud­nia, drew­niana szopka i kur­nik, a po le­wej - za pry­zmą drewna - wy­cho­dek. Dziew­czynka usły­szała mu­cze­nie i gda­ka­nie i te dźwięki spra­wiły, że cał­kiem prze­stała już my­śleć o usztyw­nio­nej sto­pie, osa­mot­nie­niu i pu­stce, którą czuła, ale któ­rej nie ro­zu­miała. Na­gle wstą­piła w nią nowa ener­gia. Za­cie­ka­wiły ją ru­do­bure kury prze­cha­dza­jące się po obej­ściu. Zaj­rzała do kur­nika i ku ucie­sze Gai cał­kiem zgrab­nie po­de­brała kilka zło­ci­stych jaj. Pod­lała kwiaty, które ro­sły w grządce przy mu­rze, ze­brała jabłka le­żące pod roz­ło­ży­stą ja­bło­nią. Po­bie­gła do obory. Gaja udała się za nią. Bała się, że mała mo­głaby zajść mućkę od tyłu i w re­zul­ta­cie otrzy­mać kop­niaka. Ale So­fia ją za­sko­czyła. Mimo wieku zda­wała się ro­zu­mieć, jak po­winno za­cho­wy­wać się wśród zwie­rząt i czego na pewno nie na­leży ro­bić. Była uważna, ale nie pło­chliwa. Tak bar­dzo róż­niła się od dziew­czynki, która przed chwilą, cała prze­stra­szona, wci­skała się w kąt chaty. Jakże ten ob­raz So­fii był mil­szy dla Gai. Jakże mil­szy!

Zja­dły skromną ko­la­cję, a po­tem Gaja po­czę­sto­wała So­fię cierp­kim na­pa­rem, pro­sząc, by dziew­czynka wy­piła go bez ma­ru­dze­nia, bo to dla zdro­wot­no­ści. So­fia speł­niła jej prośbę i ani się spo­strze­gła, jak za­le­gła w łóżku, ob­ser­wu­jąc sta­ruszkę po­now­nie wa­rzącą coś w ga­rze. Trzy ru­chy cho­chlą w prawo, sie­dem w lewo. Mam­ro­ta­nie, wy­li­czanki, cmok­nię­cia. So­fia przy­glą­dała się temu wszyst­kiemu. Chciała za­snąć, ale w gło­wie szu­miało jej od emo­cji. Nie do­skwie­rał jej smu­tek, nie było jej źle, ale i tak ci­chutko za­pła­kała. Pio­run za­re­ago­wał od razu. Pod­szedł, za­ma­chał ogo­nem, ję­zo­rem li­znął po po­liczku, jakby chciał w ten spo­sób za­brać od niej wszyst­kie tro­ski, wszyst­kie łzy. Za­mknęła oczy. Po­czuła ulgę, gdy cie­pła dłoń Gai za­częła de­li­kat­nie gła­skać ją po gło­wie. Po­tem usły­szała zle­pek słów w ob­cym sze­lesz­czą­cym ję­zyku, wy­po­wia­da­nych ryt­micz­nie ni­czym wy­li­czankę, a może za­klę­cie... I za­snęła.

Obu­dziła się nad ra­nem, gdy po­miesz­cze­nie roz­świe­tlały pro­mie­nie słońca. Gai ni­g­dzie nie było, za to pies, ten wielki, biały ko­smaty stwór, znowu wtu­lał się w jej plecy. Spoj­rzała na niego, tym ra­zem z uf­no­ścią. Na­tych­miast za­mer­dał pu­szy­stym ogo­nem, tłu­kąc nim o ścianę. Do­tknęła go bar­dzo de­li­kat­nie, tuż za uchem. Ktoś ją tak uczył. Pies na­tych­miast nad­sta­wił łeb, jakby chciał po­wie­dzieć: "Tak, tak, drap mnie do­kład­nie tam". Nie szczę­dziła mu czu­ło­ści, ko­chała zwie­rzęta - tak jej się przy­naj­mniej zda­wało.

Kiedy wstała z łóżka, po raz pierw­szy z pełną świa­do­mo­ścią ro­zej­rzała się po cha­cie. Izba była mała, ma­lutka i bar­dzo przy­tulna. Każdy me­bel miał tu swoje miej­sce i prze­zna­cze­nie. Od ścian nie wiało pustką, choć nie zdo­biły ich lu­stra, ta­pety ani lampy, lecz ry­so­wane wę­glem i ołów­kiem ob­razki opra­wione w dre­wienka. Dwie ściany od pod­łogi do su­fitu za­bu­do­wane były re­ga­łami, na któ­rych le­żały pu­dła i skrzynki, men­zurki i kolby, ko­sze ziół, słoje zia­ren, ki­szonki, świe­ci­dełka wsze­la­kie. Sznurki, pa­ciorki, su­szone owoce, grzyby, płatki kwia­tów. Na środku po­miesz­cze­nia znaj­do­wał się po­tężny drew­niany stół na sze­ro­kich no­gach. Wczo­raj przy nim ja­dły, ale te­raz był pu­sty. Bez ta­le­rza, bez wa­zonu i ob­rusu. Sa­motne cztery nogi z bla­tem i dwoma krze­słami. So­fia obe­szła go do­okoła i wtedy usły­szała cięż­kie kroki, zbli­ża­jące się do chaty. Pies za­szcze­kał.

Zdą­żyła wró­cić do łóżka, kiedy w drzwiach sta­nęła zzia­jana Gaja.

- Trzeba ra­to­wać - rzu­ciła niby do sie­bie, a tak na­prawdę do So­fii, a kiedy ta się nie po­ru­szyła, po­no­wiła prośbę: - No, już! Oć!

Dziew­czynka pod­nio­sła się i do­piero wów­czas do­strze­gła, że sta­ruszka trzyma w ra­mio­nach ma­łego lisa. Po­pi­ski­wał ję­kli­wie, jakby bar­dzo cier­piał.

Gaja po­ło­żyła go na stole i obej­rzała łapę. Lała się z niej krew.

- Tu. - Wska­zała miej­sce, gdzie So­fia miała uci­snąć pal­cami. Ta, choć nie­pew­nie, wy­ko­nała po­le­ce­nie. - Mocno, już!

Gaja wolną ręką otwo­rzyła szu­fladę w stole i wy­jęła no­życzki, cienki no­żyk oraz po­cięte pa­ski płótna, cmo­ka­jąc przy tym i... prze­kli­na­jąc. Siar­czy­ście, bez za­wa­ha­nia, ni­czym li­ta­nię. Zer­k­nęła na na­rzę­dzia, jakby spraw­dzała, czy wszystko jest na swoim miej­scu, a po­tem za­jęła się li­sem. Jej ru­chy były szyb­kie i nad wy­raz pewne. Wie­działa, co ma ro­bić. Na­ci­nała, szyła, wci­skała ma­zi­dła i proszki. Długo to trwało i nie wszystko szło po jej my­śli. Krew pły­nęła i pły­nęła, a ko­bieta co ja­kiś czas ner­wowo ocie­rała spo­cone czoło. W końcu jed­nak wes­tchnęła z za­do­wo­le­niem, otu­liła zwie­rzę lnianą ścierką i wy­nio­sła na ze­wnątrz, do kojca.

- Do­brze - stwier­dziła po po­wro­cie.

Sta­ran­nie wy­szo­ro­wała blat, umyła na­rzę­dzia, do me­ta­lo­wego wia­dra wrzu­ciła strzępy za­krwa­wio­nego płótna, a po­tem klap­nęła na jedno z krze­seł i za­pa­liła na­prędce skrę­co­nego pa­pie­rosa. W mil­cze­niu wy­pusz­czała spo­mię­dzy warg cien­kie wstążki dymu, na­wet nie spo­glą­da­jąc na sto­jącą obok niej So­fię, tylko na je­den z ob­raz­ków na ścia­nie. Wy­glą­dało, jakby samo pa­trze­nie przy­wra­cało jej siły, bo po wy­pa­le­niu pa­pie­rosa ode­rwała wzrok od ob­razka, upiła łyk kawy i pod­nio­sła się ocię­żale.

- Trzeba nam ru­chu - za­de­cy­do­wała.

Wy­szły na dwór i Gaja pod­pro­wa­dziła dziew­czynkę do omsza­łego płotu. Dla So­fii był zbyt wy­soki, by mo­gła zań zaj­rzeć, pa­trzyła więc przez szpary mię­dzy szta­che­tami z wielką cie­ka­wo­ścią, jakby chciała wy­pa­trzyć coś no­wego. Ale ni­czego ta­kiego nie doj­rzała. Żad­nych do­mów, żad­nych śla­dów ludz­kiej byt­no­ści. Tylko las. Wy­soki, ciemny, gę­sty. Kiedy Gaja otwo­rzyła bramkę, pies, który do­tąd szedł przy nich krok w krok, po­gnał przed sie­bie ni­czym strzała pusz­czona z na­pię­tego do gra­nic łuku. Nie re­ago­wał na­wet na przy­wo­ły­wa­nia Gai. W końcu ko­bieta mach­nęła ręką i po­wie­działa:

- Pio­run, on Pio­run praw­dziwy.

Szły po­woli piasz­czy­stą ścieżką, a So­fia co rusz roz­glą­dała się do­okoła, za­trzy­mu­jąc wzrok na pa­pro­ciach o roz­bu­ja­łych li­ściach. Były ol­brzy­mie, więk­sze od niej. Pa­trzyła na po­wa­lone pnie drzew, po­ro­śnięte dziw­nymi two­rami, które Gaja na­zwała hubą. Wresz­cie spo­glą­dała na mo­tyle, któ­rych wy­jąt­kowo wiele do­strze­gła na ma­łej po­lance. Zda­wały się tań­czyć nad dy­wa­nem fio­le­to­wych dzwon­ków. Dziew­czynka nie na­dą­żała za nimi, tak szybko fru­wały.

Za­trzy­mały się na roz­drożu. Gaja sta­nęła za So­fią, wło­żyła w jej dłoń ka­myk i po­wie­działa:

- Na de­mony, na zło. Na­kar­mić je trzeba.

So­fia nie miała po­ję­cia, czym są de­mony, nie znała tego słowa, ale ro­zu­miała, czym było zło, i ono ko­ja­rzyło jej się z czer­woną ka­łużą, z prze­ra­ża­jącą czer­woną ka­łużą. Nie­udol­nie rzu­ciła ka­mień na równo uło­żoną górkę, a ten stur­lał się z po­wro­tem do jej stóp. Gaja pod­nio­sła go i sama wy­ko­nała ry­tuał. Sta­ran­nie do­brała miej­sce, wpa­so­wu­jąc ka­mień w tę nie­zwy­kłą bu­dowlę. Po­tem wy­do­była z kie­szeni jesz­cze je­den ka­myk i po­le­ciła to samo zro­bić So­fii. Dziew­czynka wy­ko­nała za­da­nie, tym ra­zem z na­masz­cze­niem. Gaja zda­wała się za­do­wo­lona, a kiedy ze­rwał się wiatr, wręcz pro­mie­niała.

- Na­kar­mione - po­wie­działa jakby nie swoim, chra­pli­wym gło­sem, tak że So­fia się wy­stra­szyła.

Sta­ruszka po­cie­szy­ciel­sko po­gła­skała ją po gło­wie i po­cią­gnęła na skraj piasz­czy­stej ścieżki. Za­trzy­mały się obok po­łaci po­ro­śnię­tej ni­skimi krzacz­kami.

- Ja­gody - wy­ja­śniła Gaja, ale So­fia spoj­rzała na nią, nie ro­zu­mie­jąc.

Wtedy ko­bieta roz­chy­liła krza­czek, ze­rwała kilka owo­ców i zja­dła. So­fia po­szła za jej przy­kła­dem; fio­le­towe kulki były pyszne, jed­no­cze­śnie słod­kie i odro­binę cierp­kie. Dziew­czynka roz­sia­dła się w kucki i za­częła je sku­bać. Naj­pierw nie­śmiało, a po­tem co­raz za­chłan­niej, aż całą bu­zię miała w fio­le­to­wym soku. Na chwilę za­po­mniała o wiel­kim stra­chu, który nie tak dawno ogar­niał jej ciało i umysł. I o czer­wo­nej ka­łuży. O niej też nie pa­mię­tała. W ja­go­do­wym gaju było jej do­brze.

Bia­ło­oka ko­bieta pa­trzyła na dziew­czynkę i za­sta­na­wiała się, jak długo mała bę­dzie z nią miesz­kać, ile czasu przyj­dzie jej się nią zaj­mo­wać. Bo prze­cież kie­dyś bę­dzie mu­siała od­dać to dziecko. Choćby i chciała je zo­sta­wić, choćby i pra­gnęła. Nie mo­gła przy­spo­so­bić dziew­czynki. On po nią przyj­dzie.