W chwili, gdy kilka osób wychodzących z kościoła jeszcze przed
skończeniem sumy, najżywiej zajmowało uwagę Hoffmana, zastukano do
jego drzwi. Młodzieniec wstrząsnął głową i tupnął z pewnem
zniecierpliwieniem, ale nie odpowiedział. Zastukano drugi raz. Skośny wzrok padł piorunująco na natręta przeze drzwi. Zastukano trzeci raz. Na ten raz młodzieniec stał zgoła nieruchomy; widocznie postanowił
nie otworzyć. Ale zamiast upornie stukać, gość wymówił jedno z imion chrzestnych
Hoffmana. - Teodorze! - zawołał. - A! to ty, Zacharjaszu Wernerze - rzekł zcicha Hoffman. - Tak, to ja; czy chcesz być koniecznie sam? - Nie, zaczekaj. I poszedł otworzyć. Wszedł młodzieniec wysoki, blady, chudy blondyn, nieco pomieszany,
mógł być o trzy do czterech lat starszy od Hoffmana. Przy otwarciu
drzwi położył mu rękę na ramieniu, a usta na czole, jakby to czynił
starszy brat. Był też on rzeczywiście dla Hoffmana bratem. Urodzony w tym samym
domu co i on, Zacharjasz Werner przyszły twórca "Marcina Lutra",
"Attyli", "24 lutego", "Krzyża bałtyckiego", wyrósł pod podwójną
opieką matki własnej i ciotki Hoffmana. Obie kobiety, dotknięte cierpieniem nerwowem, które zakończyło się
obłąkaniem, przekazały synom tę chorobę która, złagodzona przez
przeniesienie, u Hoffmana objawiła się wyobraźnią fantastyczną, u
Wernera usposobieniem melancholijnem. Matka tego ostatniego sądziła
się być, równie jak Najświętsza Panna, obdarzona pełnomocnictwem
boskiem. Syn jej Zacharjasz, miał być nowym Zbawicielem, przyszłym
Siloe, obiecanym przez pisma. Kiedy spał, ona plotła wieńce z
bławatków i niemi otaczała czoło; klękała przed nim, śpiewając swym
harmonijnym głosem najpiękniejsze pieśni Lutra, spodziewając się za
każdą strofą przemiany wieńca na aureolę. Obaj chłopcy wychowali się razem. Dlatego to Hoffman od stryja
umknął do Heidelberga, że tam Zacharjasz mieszkał, odbywając
studja. Nawzajem Zacharjasz, oddając Hoffmanowi przyjaźń za
przyjaźń, opuścił Heidelberg i przeniósł się do Manheimu, skoro
tamten znalazł tu muzykę lepszą od heidelberskiej. Ale zszedłszy się w Manheimie, zdala od powagi matczynej, obaj
młodzieńcy powzięli chęć podróży, tego nieuniknionego uzupełnienia
edukacji studenta niemieckiego, i postanowili zwiedzić Paryż.
Werner, z powodu dziwnego widowiska jakie przedstawiała stolica
Francji podczas srożącego się w niej wtedy teroryzmu; Hoffman, dla
porównania muzyki francuskiej z włoską, a zwłaszcza dla
wystudjowania środków opery francuskiej pod względem wystawy i
dekoracji, gdy wtedy już powziął myśl, którą piastował całe życie,
zostania dyrektorem teatru. Werner, wolnomyślny z temperamentem, chociaż religijny przez
wychowanie, liczył też jednocześnie na przyjemność z tej dziwnej
wolności obyczajów, jaka grasowała w r. 1793, i której jeden z jego
przyjaciół, świeżo wróciwszy z Paryża, dał mu opis tak ponętny, że
zawrócił głowę zmysłowemu studentowi. Hoffman zaciekawił się do muzeów, o których opowiadano mu cuda, a
nosił już myśl porównania malarstwa włoskiego z niemieckiem. Jakiekolwiek wreszcie mogły być jeszcze pobudki tajemne obu
przyjaciół, obaj zarówno pragnęli zwiedzić Francję. Do urzeczywistnienia tych życzeń, brakło im jednej tylko rzeczy:
pieniędzy. Ale szczególnym zbiegiem okoliczności, Zacharjasz i
Hoffmain otrzymali jednego dnia od swych matek po pięć
frydrychsdorów. Dziesięć frydrychsdorów, czyli prawie dwieście franków, była to
piękna sumka dla dwóch studentów, którzy z wiktem, mieszkaniem i
opałem, wydawali po pięć talarów na miesiąc. Ale było to zamało dla
odbycia owej wielkiej podróży. Przyszła jedna myśl młodzieńcom, a ponieważ przyszła im do głowy
razem, wzięli ją za natchnienie z nieba: oto, żeby pójść do domu
gry i zaryzykować po pięć fryderyków. Boć ani myśleć, żeby za
dziesięć tych sztuk, odbyć taką podróż, a ryzykując ją, można było
wygrać sumę do odbycia podróży choćby naokoło świata. Co umyślili, to wykonali: zbliżała się pora zdrojowisk, i od dnia
1 maja domy były otwarte; Werner i Hoffman wstąpili do jednego z
nich. Werner spróbował pierwszy i w pięciu pociągnięciach przegrał
wszystkie pięć sztuk. Przyszła kolej na Hoffmana. Ze drżeniem
postawił pierwszą sztukę, i wygrał. Zachęcony tym początkiem, podwoił stawkę. Był przy wenie; wygrywał
cztery razy na pięć, a był jednym z tych młodzieńców, którzy mają
ufność w fortunie. Zamiast się namyślać, szedł śmiele z parolu na
parol; można było mniemać, że go wspiera jakaś moc nadprzyrodzona,
bez żadnej obmyślanej kombinacji, bez żadnego rachunku, rzucał
złoto na kartę, złoto mnożyło się dwakroć, trzykroć, pięćkroć. Zacharjasz, drżący jak w febrze, blady jak widmo, podszeptywał: -
"Dosyć, Teodorze, dosyć"; - ale gracz szydził z tej dziecinnej
obawy. Złoto czepiało się złota, wyradzało złoto. Nareszcie
uderzyła druga godzina ranna, godzina zamknięcia zakładu, gra
ustała; dwaj młodzieńcy nie licząc, zabrali każdy po kupie złota.
Zacharjasz, nie mogąc uwierzyć, aby cała ta fortuna była jego
własnością, wyszedł pierwszy. Hoffman miał iść za nim, kiedy jakiś
stary oficer, który nie tracił go z oczu podczas całego grania,
zatrzymał go na progu. - Młodzieńcze - rzekł kładąc mu rękę na ramieniu i bystro patrząc
w oczy - jak będziesz szedł tak dalej, rozbijesz bank, przyznaję;
ale jak bank runie, ty staniesz się tem pewniejszą pastwą dla
szatana. I, nie czekając odpowiedzi Hoffmana, znikł. Ten odszedł również,
ale nie był już tym samym. Przepowiednia starego żołnierza
ochłodziła go jak zimna kąpiel, a złoto przepełniające jego
kieszenie, ciążyło mu. Zdawało mu się, że dźwiga ciężar swych
nieprawości. Werner czekał go radosny. Obaj wrócili razem do mieszkania
Hoffmana, jeden śmiejąc się, tańcząc, śpiewając, drugi zamyślony,
prawie ponury. Obaj weszli postanowili wyjechać nazajutrz wieczorem
do Francji. Pożegnali się uściskiem. Hoffman pozostawszy sam, obrachował złoto. Miał pięć tysięcy
talarów, około dwudziestu trzech tysięcy franków. Namyślał się długo nad jakiemś postanowieniem. Podczas tego
namyślania przy świetle lampy miedzianej, rozjaśniającej pokój,
twarz jego była blada, czoło zwilżone potem. Na każdy szelest koło siebie, choćby tak nieznaczny jak szum
skrzydeł muszki, Hoffman drgał, obracał się, i patrzył dokoła z
przestrachem wieszcza z Fausta, i zdawało mu się, że widzi na progu
drzwi gryzącego szczura, a we framudze okiennej czarnego kundla. Nareszcie zdecydował się. Odsunął tysiąc talarów, które uważał za nieodzownie potrzebne na
podróż, pozostałe cztery tysiące opakował; następnie na paczce,
lakiem przylepił kartkę z napisem: "Do wielmożnego pana burmistrza miasta Królewca, dla rozdzielenia
pomiędzy najuboższe rodziny w mieście". Potem, rad ze zwycięstwa odniesionego nad samym sobą, odświeżony
tem co uczynił, rozebrał się, położył, i spał jednym ciągiem do
godziny siódmej nazajutrz. Po zbudzeniu, spojrzał najsamprzód na tysiąc talarów widzialne i
cztery tysiące zapieczętowane. Zdawało mu się, że to był sen. Widok przedmiotów upewnił go o rzeczywistości tego, co mu się
wydarzyła wczoraj. Ale co było nadewszystko rzeczywistością dla Hoffmana, choć w
nieobecności przypominającego mu ją - to przepowiednia starego
oficera. Bez żadnego też żalu ubrał się jak zazwyczaj i wziąwszy cztery
tysiące talarów pachę, sam zaniósł je na dyliżans królewiecki,
zamknąwszy poprzednio pozostały tysiąc na klucz w szufladzie. Potem, ponieważ obaj przyjaciele mieli razem tegoż wieczora
odjechać do Francji, Hoffman zaczął robić przygotowania do podróży. Chodząc, wracając, czyszcząc surduty, gładząc koszulę wybierając
chustki do nosa, Hoffman wyjrzał oknem na ulicę i pozostał w pozie,
w jakiej go widzieliśmy. Młoda, 16 lub 17 letnia dziewica, prześliczna, obca zapewne w
Manheimie, bo Hoffman nie znał jej wcale, szła z przeciwnej strony
ulicy ku kościołowi. Hoffman w swych marzeniach poety, muzyka, i malarza, nic nigdy
podobnego nie widział, ani nawet spodziewał się ujrzeć. Jednakże z
tej odległości widział zachwycającą całość, szczegóły były mu
niedostępne. Za dziewicą szła stara służąca. Obie wstąpiły wolno po schodach
kościoła i znikły w kruchcie. Hoffman porzucił tłomok napół upakowany, frak barwy osadu winnego
napół oczyszczony, surdut z potrzebami napół złożony, i stanął
nieruchomy za firanką. Tam to zastaliśmy go, czekającego na wyjście tej, którą widział
wchodzącą. Bał się tylko jednej rzeczy: aby to czasem nie był anioł, i
zamiast wyjść przez drzwi, nie wyniósł się oknem, by wzlecieć ku
niebu. W tej to ujęliśmy go sytuacji, a po nas ujął go Zacharjasz Werner. Nowoprzybyły, jak powiedzieliśmy, położył mu jednocześnie usta na
czole, a rękę na ramieniu. Potem głęboko westchnął. Lubo Zacharjasz Werner był zawsze bardziej blady, dziś jednak
jeszcze bledszy był, niż zwykle. - Cóż ci jest? - zapytał go Hoffman z istotnym niepokojem. - Och! mój bracie! - zawołał Werner. - Jestem rozbójnikiem!
nędznikiem! wartem śmierci... rozwal mi głowę toporem... serce
przebij mi strzałą. Nie godnym już oglądać światła słonecznego. - No! no! - odrzekł Hoffman z łagodnem roztargnieniem człowieka
szczęśliwego - cóż to się stało, mój bracie? - Stało się... Co się stało, pytasz?... chcesz wiedzieć, co się
stało?... Otóż mój drogi, kusił mnie djabeł. - Jakto? - Kiedym zobaczył wszystko moje złoto dziś rano, było go tyle, iż
myślałem, że to sen. - Jakto! sen? - Był go pełen stół, cały założony - mówił dalej Werner. - Jakem
to zobaczył, to majątek, mój drogi, tysiąc frydrychów złotych.
Otóż, kiedym to wszystko zobaczył, kiedym ujrzał z każdej sztuki
tryskający promień, ogarnął mną szał, nie mogłem mu się oprzeć,
wziąłem trzecią część mego złota, i poszedłem grać. - I przegrałeś? - Do ostatniego grajcara. - To jeszcze niewielkie nieszczęście, skoro pozostają ci jeszcze
dwie trzecie. - Żebyż to!... Poszedłem po drugą część, i... - Przegrałeś ją tak jak i pierwszą. - Prędzej jeszcze, mój drogi, prędzej. - I poszedłeś po trzecią część? - Nie poszedłem, poleciałem; wziąłem pozostały tysiąc pięćset
talarów i straciłem je na czerwoną. - A wtedy wyszła czarna - rzekł Hoffman. - Ah! czarniusieńka, jak piekło, mój drogi; czarna, potworna, bez
wahania, bez zgryzot, jak gdyby wychodząc, nie pozbawiała mnie
ostatniej nadziei! Wyszła! wyszła! mój bracie! - A tobie żal tych frydrychów tylko z powodu podróży? - Nie z żadnego innego. Oh! gdybym był przynajmniej jakie pięćset
talarów odłożył na wyjazd do Paryża! - To byś się pocieszył po stracie reszty? - Odrazu. - Niechże i tak będzie mój drogi Zacharjaszu - rzekł Hoffman,
prowadząc go do swej szuflady - oto masz pięćset talarów; jedź. - Jakto? A ty? - zawołał Werner. - Ja nie wyjeżdżam. - Jakto nie wyjeżdżasz? - Przynajmniej nie w tej chwili. - Ależ dlaczego? z jakiej przyczyny? kto ci przeszkadza? co cię
zatrzymuje w Manheim? Hoffman żywo pociągnął przyjaciela do okna. Zaczęto wychodzić,
nabożeństwo się skończyło. - Patrz, patrz - rzekł wskazując palcem Wernerowi kogoś
wychodzącego. Jakoż, młoda nieznajoma ukazała się na wysokości portalu, schodząc
zwolna po schodach, z książką modlitewną wspartą na piersiach, z
głową spuszczoną, skromna i zamyślona jak Małgorzata Goethego. - Czy widzisz ją? czy widzisz? - rzekł Hoffman. - Widzę. - I cóż mówisz? - Mówię, że niema na świecie kobiety, dla którejby warto poświęcić
podróż do Paryża, choćby to nawet była piękna Antonina, córka
starego Murra, nowego dyrektora orkiestry teatru Manheimskiego. - Znasz ją więc? - Znam. - I ojca jej? - Był dyrektorem orkiestry w teatrze Frankfurckim. - Czy możesz mi dać do niego list? - I owszem. - To siadaj tu, Zacharjaszu, i pisz. Zacharjasz usiadł i napisał. W chwili wyjazdu do Francji, polecał swego młodego przyjaciela,
Teodora Hoffmana, staremu przyjacielowi swemu, Bogumiłowi Murr. Hoffman zaledwie dał czas Zacharjaszowi do dokończenia listu; po
podpisaniu, wziął mu go z ręki, a uścisnąwszy przyjaciela, wybiegł
z pokoju. - Jak sobie chcesz! - krzyknął za nim po raz ostatni Zacharjasz
Werner - przekonasz się, że niema kobiety, niewiedzieć jak pięknej,
dla której możnaby zaniedbać podróż do Paryża. Hoffman usłyszał słowa przyjaciela, ale nie uważał za właściwe
nawet obejrzeć się, by mu odpowiedzieć, choćby znakiem zgody, lub
niezgody. Zacharjasz Werner zaś włożył do kieszeni swe pięćset talarów i,
aby się już nie dać skusić szatanowi gry, biegł tak prędko do biura
pocztowego, jak Hoffman do domu starego dyrektora orkiestry. Hoffman pukał do drzwi mieszkania Bogumiła Murra w tejże samej
chwili, kiedy Zacharjasz Werner wsiadał do dyliżansu
strasburskiego.