Kobieta na krańcu świata 2 - Martyna Wojciechowska

Reflow text when sidebars are open.
Kanion rzeki Blyde, trzeci co do wielkości na świecie.
Nazywam się Margaret Martin i jestem matką chrzestną Jessiki. Mieszkam w Stanach Zjednoczonych w Oregonie, więc żeby zobaczyć się z Jess, spędziłam 48 godzin w samolocie i kolejne 27 na lotniskach. Ale było warto! Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po przylocie tutaj, było danie jej wielkiego buziaka prosto w usta. Gdybym mogła ją objąć ramionami, chybabym ją zgniotła z miłości. Jeśli kiedykolwiek odwiedzicie Toniego, Shirley i Jessikę, zapewniam was, że wasze życie zmieni się na zawsze. Dotknie was anioł zesłany przez Boga. Jess to najbardziej charyzmatyczne stworzenie, jakie spotkałam. Bez wątpienia oni są niezwykłą rodziną i jestem dumna, że stałam się jej częścią.
Fragmenty listu z fanklubu Jessiki
Spotyka się świnia z dzikiem. Ona ma chude, krótkie nóżki, które zdają się zapadać pod masą pękatego tułowia, głowę obciąża otłuszczone podgardle, a malutkie oczka i ryjek giną w nadętych policzkach. Dzik za to jest kosmaty, żylasty, hardy. Taki współczesny kozak, fafarafa. "Ja też kiedyś byłam dzikiem - mówi świnia, spoglądając na rozmówcę chyba z lekkim żalem... - tylko przez wychowanie u ludzi stałam się świnią".
Na ten rysunek Zbigniewa Lengrena natknęłam się jakiś czas temu, przeglądając archiwalne wydania jednego z tygodników. W pewnym sensie może się on stać metaforą tej opowieści.
Pierwszym udomowionym zwierzakiem był wilk. Piętnaście tysięcy lat temu już jako pies zamerdał radośnie ogonem na nasz widok. Osiem tysięcy lat temu zalety naszego towarzystwa doceniła świnia. Potem niemal hurtowo poddały się kolejne gatunki: owce, koty, kozy, bydło, kury, konie. Udało się nam oswoić słonie indyjskie, potrafimy się przyjaźnić z lwami i niedźwiedziami. A ja przyjechałam do Republiki Południowej Afryki, żeby poznać małżeństwo, które od kilku już lat dzieli dom, a nawet łóżko z... hipopotamem. Shirley i Tonie Joubertowie uważają dziesięcioletnią Jessikę za córkę. Ale ona zwyczajnym dzieckiem raczej nie jest. Jedzenie zabiera jej pięć godzin dziennie, za jednym razem potrafi wypić około dwóch litrów kawy, zdarza jej się zdemolować dom. Ich niezwykła więź niektórych rozczula, a innych przeraża.
Najstarsze dowody świadczące o kontaktach między hipopotamami i ludźmi pochodzą sprzed 160 tysięcy lat. I z całą pewnością nie były to spotkania miłe. Zwłaszcza dla hipopotamów. Ślady nacięć na ich kościach z tak zwanej Bouri Formation mówią, że przedstawiciele naszego gatunku polowali na te zwierzęta. I to skutecznie. Potwierdzają to liczące 5 tysięcy lat rysunki odkryte w jaskiniach gór Tassili n'Ajjer na centralnej Saharze. Hipopotamy znane też były w starożytnym Egipcie. To właśnie do bogini Tawaret o figurze przypominającej ciało hipopotama modliły się o ochronę kobiety w ciąży i te już rodzące. Bogini sprawowała też pieczę nad dziećmi. Zapewne Egipcjanie byli pod wrażeniem tego, jak hipopotamy opiekują się młodymi. Maluch nie odstępuje mamy przez cztery lata, a przez rok ssie mleko. Samica broni potomstwa przed drapieżnikami i obdarza nadzwyczajną czułością.
Mija szósta godzina, odkąd wyjechaliśmy z Johannesburga, zaczyna się ściemniać. Gładka jak stół droga właśnie przecina kanion rzeki Blyde. Boże, co za widok! Z piskiem opon zatrzymujemy się na poboczu. Ściany tego fenomenu natury zbudowane są z czerwonych piaskowców i dolomitów. Ciągną się przez ponad 20 kilometrów i opadają na 800, a miejscami więcej metrów. Te wymiary zadecydowały, że kanion zajął trzecią lokatę na liście największych na świecie. Ale nie tylko dlatego zasługuje na wyróżnienie. Wszystko w nim jest spektakularne. Od kształtów, w które układają się skały, po otulającą go roślinność. To chyba jeden z najbardziej zielonych kanionów na kuli ziemskiej. Tyle cudów natury już widziałam, a wciąż gdzieś odkrywam nowe zachwycające miejsca...
Jeszcze długo nasi operatorzy filmują zachód słońca, a ja karmię oczy. Kocham Afrykę Południową i jeśli kiedyś miałabym zamieszkać gdzieś poza Polską, to właśnie tu. Klimat, pyszne wino, ludzie - wszystko mi odpowiada. Ale najbardziej fascynują mnie niezmierzone przestrzenie, które kojarzą mi się z rajem, i dzikie zwierzęta. W RPA można spotkać trójkę największych ssaków, czyli słonia, nosorożca białego i hipopotama, a także najwyższe zwierzę, czyli żyrafę, najszybsze - geparda, oraz najmniejszego ssaka na świecie - ryjówkę malutką. Zresztą dla mnie wszystko tu jest "naj".
Już w ciemnościach dojeżdżamy do Hoedspruit, czyli niewielkiego miasta położonego w prowincji Limpopo. Po kilkunastu kilometrach pokonanych szutrową drogą zatrzymujemy się przed posiadłością Toniego i Shirley Joubertów. Wielka farma sąsiaduje z Parkiem Narodowym Krugera, gdzie na powierzchni niemal równej wielkości województwa podlaskiego żyje prawdopodobnie więcej dzikich zwierząt niż w całej Polsce. Wśród nich te największe - 8 tysięcy słoni, 600 nosorożców i 3 tysiące hipopotamów. A przecież to niewielki procent megafauny, która przemierzała te bezkresne tereny zaledwie wiek temu.
Bramę farmy dekorują tabliczki z ostrzeżeniem: "Wejście na teren posesji tylko na własną odpowiedzialność". Nie zostaje nam nic innego, jak cierpliwie poczekać na właścicieli - spodziewają się nas. Zresztą i tak nie możemy wejść. Brama jest zamknięta na kłódkę, a ogrodzenie wieńczy mocno splątany, wybitnie nieprzyjazny drut kolczasty.
Jestem Shirley Joubert. Dawniej prowadziłam salon piękności na przedmieściach Johannesburga. Przez 18 lat, dzień w dzień od szóstej rano do dziesiątej wieczorem, zajmowałam się robieniem fryzur, makijaży, paznokci. Wklepywałam kremy klientkom, interesowałam się nowinkami kosmetycznymi, całe moje życie kręciło się wokół tego. Dobrze mi się wiodło, nie powiem. Ale pewnego dnia pojawiło się całkowite wypalenie zawodowe. Miałam 36 lat i totalną depresję... Wtedy za namową matki wybrałam się z przyjaciółką na wycieczkę w okolice Parku Krugera. Średnio mi się ten pomysł podobał, bo, wiesz, ja zawsze byłam taką typową dziewczyną z miasta... Natura jakoś niespecjalnie mnie pociągała... Ale ta przyjaciółka w kółko mówiła, że "Tonie to i Tonie tamto" i że powinnam go poznać. Wciąż powtarzała, że nazywają go "Lwem", ponieważ nie boi się żadnego zwierzęcia, nawet lwów. Chyba wydało mi się to nawet w pewien sposób ekscytujące...
Tonie to klasyczny biały Afrykaner. Jego rodzina, jak wiele innych, przybyła tu z Francji z falą emigracji 1820 roku i wtopiła się w tę ziemię. Ogorzała od słońca twarz, wysoki, szczupły i żylasty. Nosi krótkie spodnie, czapkę i buty traperki na grubej podeszwie. Wygląda na szorstkiego gościa, który ceni sobie samotność i lubi godzinami włóczyć się bez celu po okolicy. Nie rozstaje się z papierosem, mówi rzadko w przerwach między zaciąganiem się i puszczaniem obłoków dymu. Z pierwszą żoną, która zmarła w trakcie rozwodu, ma syna i córkę. Syn zdążył się już ożenić i wyprowadzić. Córka podobnie.
Witając mnie, Tonie ściska mi dłoń mocno i pewnie. Natomiast Shirley, jak na byłą kosmetyczkę i wizażystkę przystało, przyjmuje nas w pełnym makijażu i beżowym komplecie w stylu safari dla posiadaczy co najmniej złotych kart kredytowych. Do tego kapelusz a la Indiana Jones. Nie wygląda to na codzienny strój, ale wiadomo - telewizja przyjechała. Shirley ma misternie ufryzowane ciemne włosy, z równą grzywką i kucykiem, oraz niesamowicie niebieskie oczy. Dostrzegam, że ten kolor to nie dzieło DNA jej rodziców, tylko efekt użycia soczewek barwiących. Zdecydowanie nie wygląda na dziewczynę ze wsi, choć widać, że jakoś odnalazła się w nowych realiach. Wcześniej busz znała jedynie z opowieści i krótkich wypadów z ojcem za miasto.
- Kiedyś już byłam zamężna - mówi bez skrępowania, zanim jeszcze zdążyłam ją o to zapytać - ale facet po sześciu tygodniach zaczął jęczeć i marudzić, że nie mam dla niego czasu. Ciągle był zmęczony i zaspany jakiś, więc wyrzuciłam go z domu. A potem oficjalnie wzięliśmy rozwód - kończy opowieść ze śmiechem.
Wdajemy się w rozmowę o mężczyznach i ich coraz mniejszej zaradności życiowej. Nawet odnajdujemy w tej sprawie wspólny język, choć Shirley jest wyraźnie spięta w naszym towarzystwie. Do końca naszego pobytu nie uda mi się pokonać tej bariery.
- Mam siostrę i dwóch braci. Jeden z nich mieszka w Johannesburgu, drugi zbudował sobie fabrykę w Natalu. Ja jestem najmłodsza - dodaje. - Urodziłam się 21 lat po ostatnim dziecku moich rodziców. Właściwie zanim przyszłam na świat, całe moje rodzeństwo zdążyło się już wyprowadzić z domu i pozakładać własne rodziny, więc chowałam się bardziej jak jedynaczka. Do dziś mam bliski kontakt z mamą, która codziennie do mnie dzwoni. Ale ona nie lubi Jessiki i uważa, że zwariowałam. Raczej mnie nie odwiedza. No cóż, inne życie sobie dla mnie wymarzyła...
Mama Shirley ma na imię Shortie, ma 84 lata i panicznie boi się Jess.
Mimo późnej pory Joubertowie rozsiadają się w otwartym patio przylegającym do naszych pokoi. Oboje zapalają papierosy, Tonie popija piwo z puszki.
- Od dzieciństwa marzyłam o takim domku na drzewie - mówię, gdy Shirley palcem pokazuje mi zakotwiczoną między gałęziami sporych rozmiarów budkę, w której mam spędzić kilka najbliższych nocy.
- Tonie zbudował go jakieś 10 lat temu - wyjaśnia sprowokowana moim wyznaniem.
- Wszyscy goście, którzy do nas przyjeżdżają, zwykle w nim nocują. Uwielbiają go, bo jest bardzo wygodny i ma z okna piękny widok na rzekę Blyde.
Prawdziwy dom Joubertów wzniesiony został na bardziej stabilnym gruncie. Na oko może mieć z 80 metrów kwadratowych. Kamienne ściany zwieńcza dach pokryty blachą. W środku tej rezydencji w stylu upadłej arystokracji jest kuchnia połączona z salonem, sypialnia i mała łazienka, ale Tonie deklaruje, że właśnie się rozbudowują. Ściany zdobią obrazy oprawione w złocone ramy oraz poroża bawołu i antylopy. Kolonialne sofy w kwiatowe wzory i komody stoją na betonowej podłodze, na której leżą resztki kukurydzy i szpinaku. Na wprost wejścia telewizor i sterta płyt DVD. Wszystko jest jakby przykurzone, choć czuje się atmosferę dawnej świetności. Podobnie przed domem. Na ocienionej zadaszeniem werandzie stoi zrobiony z siatki zardzewiały grill. Wszędzie rozsypane są resztki jedzenia, które teraz wyżerają wyliniałe bulteriery; jest ich chyba pięć. Tu coś odpada, tam fragment tarasu zarwał się ze sporym kawałkiem betonu, dziurawa beczka wala się przed drzwiami... Jakby nikomu nie zależało na porządku. A jednocześnie te złote ramy obrazów w środku i równe alejki dookoła domu wskazują na to, że kiedyś właściciel musiał sobie cenić spektakularny efekt wizualny.
Nazywam się Tonie Joubert i jestem emerytowanym strażnikiem Parku Narodowego Krugera. Całe życie opiekuję się zwierzętami. Patrolowałem i chroniłem tę okolicę. Zajmowałem się dzikimi kotami, słoniami, nosorożcami. Głównie to zdejmowałem wnyki i ścigałem kłusowników, bo jest ich tu wyjątkowo dużo. Teraz, choć mam na karku 62 lata i już nie pracuję, czasem dzwonią do mnie z parku z prośbą o pomoc. Chyba cenią sobie moje doświadczenie... Dumny jestem z tego!
A jak to się stało, że taki facet jak ja jest z Shirley? Poznaliśmy się przez znajomą. Pogadaliśmy jakąś chwilę i zaprosiłem ją, żeby wpadła kiedyś do mnie poznać Jessikę. Reszta poszła bardzo szybko - zakochała się w niej od pierwszego wejrzenia, a później zgodziła się wyjść za mnie. Uważam, że do siebie pasujemy, nasze małżeństwo jest bardzo udane. Shirley nigdy wcześniej nie miała okazji żyć po swojemu, łatwo ulega wpływom. Z początku wyzywała mnie od buszmenów, ale myślę, że teraz sama stała się już prawdziwą buszmenką.
W roku 2000, wbrew zapowiedziom wielu jasnowidzów, a może raczej czarnowidzów, nie nastąpił koniec świata, choć w Polsce skończyła się pewna epoka - z linii produkcyjnej zjechał ostatni fiat 126. W teleturnieju Milionerzy, emitowanym przez telewizję TVN, po raz pierwszy padła wygrana w wysokości 500 tysięcy złotych. W Ugandzie ponad 500 członków sekty Ruch na Rzecz Przywrócenia Dziesięciu Przykazań Boga popełniło zbiorowe samobójstwo. W Morzu Barentsa na głębokości ponad 100 metrów zatonął "Kursk" - rosyjski atomowy okręt podwodny. Rok 2000 przyniósł też katastrofalne powodzie w Mozambiku i Republice Południowej Afryki. Tysiące ludzi straciło życie, pod wodą zniknęły setki tysięcy kilometrów terenu.
Był rześki marcowy poranek zapowiadający gorące południe. Tonie spacerował wzdłuż wezbranej od deszczów rzeki Blyde, która przepływa tuż pod jego domem. Nagle usłyszał dziwny pisk, jakby łkanie. Skierował wzrok w miejsce, skąd dochodziły dźwięki. Tam, na piasku dostrzegł niemowlę hipopotama, prawdopodobnie wyrzucone przez wodę. Maluch próbował wstać, ale nie mógł, był zbyt słaby. Tonie wziął go na ręce, okazało się, że to kilkugodzinny noworodek - dziewczynka. Miała jeszcze pępowinę. Samiczka ważyła zaledwie 16 kilogramów, choć zwykle małe hipcie mają ciężar od 25 do 40 kilogramów i ponad 120 centymetrów długości. To był najmniejszy hipopotam, jakiego Tonie kiedykolwiek widział. Postanowił, że zabierze niemowlaka do domu, nakarmi, zaopiekuje się nim. Jako strażnik parku wielokrotnie ratował zwierzęta z opresji, choć nie słyszał, żeby komuś udało się w ten sposób ocalić akurat hipopotama. Nazwał malucha Jessiką, bo podobno to imię wyjątkowo do niej pasowało.
Gdyby Tonie zostawił wówczas hipopotamiątko, zapewne zostałoby zjedzone przez krokodyle. Bez jego pomocy nie miało żadnych szans na przeżycie.
- Myślisz, że Shirley wybrała ciebie tylko ze względu na Jessikę? - wypytuję Toniego, po tym jak usłyszałam ich love story.
- Jasne, że nie.
- Czy mi się wydaje, czy wyczuwam w głosie Toniego delikatną nutkę kokieterii? - Od samego początku Shirley była pewna, że za mnie wyjdzie. Niezależnie od Jessiki. Kiedy mieszkałem tutaj tylko z Jessiką, mogłem mieć dziewczyny z całego świata.
Muszę przyznać, że podrywanie na hipopotama to całkiem niezła metoda. Przez chwilę zastanawiam się, jak sama zareagowałabym na faceta, który ma pod opieką takiego dzieciaka. Nieco później konfrontuję słowa Toniego z wersją Shirley. Rozbawiona odpowiada:
- Faceci są zbyt skomplikowani, żeby ich pokochać ot tak, od pierwszego wejrzenia. Oczywiście, że chodziło o Jessikę! Choć ta decyzja przyszła jakoś sama z siebie, zupełnie naturalnie. Po prostu w pewnym momencie zrozumiałam, że chcę z nimi być. Nie mogę mieć własnych dzieci, więc uznałam, że to Jessica będzie moją córką - zamyśla się.
- Właściwie to Tonie mnie denerwuje i mam go dość... Ale nie zostawię przecież swojego dziecka!
Cały czas zastanawiam się, czy to aktorska kreacja i wyuczone formułki, czy Shirley faktycznie tak czuje i myśli.
Bez romantycznych randek, oświadczyn podczas kolacji przy świecach, pierścionka z brylantem i całej reszty, bo Shirley była zbyt zajęta, żeby zawracać sobie głowę, jak to nazwała - sentymentalnymi bzdurami. Zobaczyła nowy, ekscytujący rozdział swojego życia, którego początkiem stała się adopcja hipopotama. To olbrzymi obowiązek, znacznie poważniejszy niż przygarnięcie pieska czy kotka. Małym hipopotamem trzeba się opiekować do czwartego roku życia bez przerwy, bo jest wymagający i niesamodzielny, niemal jak ludzkie dziecko. A potem jest tylko gorzej, bo dbanie o ponadtonowe zwierzę nie jest, jak sądzę, łatwe...
Każdy mój dzień zaczyna się od przygotowania 20 litrów naparu rooibos dla Jessiki. Napój musi być letni i z dużą ilością cukru, inaczej go nie tknie. Później trzeba ją nakarmić - Jessica przychodzi do naszego domu, a ja przygotowuję jedzenie. Uwielbia szpinak, dla którego potrafi zrobić wszystko! Przepada też za słodką kukurydzą. Potrafi biec za samochodem, jeśli tylko wyczuje jej zapach. Jess zjada około 100 kilogramów pokarmu dziennie, a przy tym wszystko musi być świeże, więc zaopatrzenie robimy każdego dnia. Do tego spacery, masaże. I tak upływa mi cały dzień, w zasadzie od lat nie miałam wolnego... Ale nie narzekam. Bycie matką dla mojej Jess to najwspanialsza rzecz, jaka mogła mi się przydarzyć!
Najpierw na pomarszczonej tafli stawu o wymiarach basenu olimpijskiego dostrzegam pływające oczy i uszy. Chwilę później wynurza się pysk i masywny szarobrązowy kark. Uszy i nozdrza hipopotamów zamykają się automatycznie, kiedy znajdują się pod wodą. To żywioł tych zwierząt i są one świetnie przystosowane do wodnego życia. Potrafią nawet spać pod powierzchnią i instynktownie wynurzać się co pięć czy sześć minut, nie przerywając snu. Ale najbardziej spektakularna u hipopotama jest jego paszcza, która rozwiera się na ponad metr. W ten sposób zwierzę prezentuje swój śmiercionośny arsenał. Wielkie zakrzywione kły, ostre jak żyletki. Dolne mogą osiągnąć nawet pół metra długości i ważyć 2,5 kilograma każdy. Osadzone są w różowej, karbowanej skórze.
Tych kłów boją się wszystkie zwierzęta świata, nawet krokodyle. Służą hipopotamom wyłącznie do walki i rosną przez całe życie, nie ma więc obawy, że się stępią. Rozwścieczona samica broniąca młodego potrafi odgryźć nimi głowę gada w kilka sekund albo wdeptać go w błoto nogami. Pozornie niezgrabny i ociężały olbrzym zabija sprytnie i szybko. Nawet lew mu nie podskoczy.
Hipopotam wciąga króla zwierząt do wody, przytrzymuje jego łeb pod powierzchnią i w ten sposób topi. Jak więc łatwo się domyślić, dorosły hipopotam nie ma wrogów. Oprócz uzbrojonego człowieka. I to z ciężką bronią, bo gruba na 4 centymetry skóra hipopotama jest prawie kuloodporna.
W bezpośrednim starciu z hipopotamem człowiek nie ma żadnych szans zarówno w wodzie, jak i na lądzie. Ten właściciel najkrótszych nóg i relatywnie Zdjęcia z rodzinnego albumu. Kiedy Tonie znalazł Jessikę, mała była kilkugodzinnym noworodkiem i ważyła 16 kilogramów. Od tego momentu stała się oczkiem w głowie nowych rodziców. największego brzucha wśród całej afrykańskiej megafauny potrafi biec z prędkością blisko 60 kilometrów na godzinę (wiem, trudno w to uwierzyć). Nie musi nawet kłapnięciem paszczy przepoławiać nas albo miażdżyć jak w imadle. Wystarczy się z nim zderzyć - waży niewiele mniej niż ciężarówka.
Ale Jessica to zupełnie inny przypadek. Jej przybrani rodzice twierdzą, że jest najmilszym i najłagodniejszym zwierzęciem świata, które kocha każdego i z każdym się przyjaźni. Mam nadzieję, że pokocha również mnie. W przeciwnym razie już powinnam zacząć się bać.
Do tej pory widywałam hipopotamy raczej z dużej odległości i to zwykle przez moment, kiedy właśnie chciały zaczerpnąć powietrza. Przyznam, że nie fascynowały mnie szczególnie. Uważałam, że mają komiczny wygląd i że są wyjątkowo niebezpieczne. Teraz mam hipopotama na wyciągnięcie ręki. Klęczę na drewnianym pomoście, a gigantyczne zwierzę przygląda mi się spod wody. Nagle Shirley mówi łagodnie:
- Kom my liefie! Lekker tities - co dla Jess oznacza mniej więcej tyle, że jej kochająca opiekunka ma butlę ze smokiem do ciumkania.
Hipopotamica niczym miniokręt podwodny podpływa do nas powoli. Blisko tona szarego cielska wyłazi na mnie i na rachityczny, jak mi się nagle wydaje, pomost. Odchylam się instynktownie i chyba tylko strach przed obciachem (kamery są już włączone, chłopcy filmują) nie pozwala mi wycofać się z tej sytuacji.
- Cześć, Jessica - witam się z nią głupawo.
Żeby poznać gwiazdę tego odcinka, musiałam zerwać się o piątej rano i pomóc Shirley przygotować dla niej porcję porannej herbatki rooibos, narodowego napoju RPA. Rooibos, Aspalathus linearis, to czerwonokrzew, który rośnie tylko w tym kraju i właściwie nie ma nic wspólnego z herbatą, choć tak zwykliśmy go nazywać. Z jego liści - po wysuszeniu, pocięciu i zalaniu wrzątkiem - uzyskuje się napar o miodowym, łagodnym smaku bez nuty goryczy. Nie zawiera także kofeiny, dlatego mogą go pić dzieci. Wśród zalet rooibos, których lista najwyraźniej nie ma końca, wyróżniają się następujące: zawiera przeciwutleniacze, które spowalniają proces starzenia się skóry, poprawia trawienie, zapobiega próchnicy, działa zarówno przy biegunkach, jak i zaparciach. Jednym słowem - cudowny lek na niemal wszystko. Pijąc hektolitry takiego napoju, Jessica musi więc być w superformie. Może też w tym tkwi sekret jej nietypowej dla hipopotamów łagodności?
Tymczasem trzymam w dłoni wielką butelkę, wypełnioną słomkową cieczą, na którą nadziany jest monstrualny smoczek. Jessica skończyła już 10 lat, ale dla rodziców wciąż pozostaje dzieckiem. Jak wielki odkurzacz, którego sama głowa potrafi ważyć ponad 200 kilogramów, w kilkanaście sekund wysysa zawartość butelki.
- Mrrrhmmm - Jess zdaje się mruczeć z zadowolenia. -
Zaakceptowała cię! - Shirley aż czerwienieje z ekscytacji.
- Słyszałaś?!
Robi tak, jeśli kogoś polubi! - teraz dumna mama klaszcze w ręce radośnie.
Zwariuję. Pochylona nad taflą wody poję hipopotama herbatą, nieporadnie głaszcząc zwierzę po zimnym, mokrym pysku, a jedno mruknięcie ma ponoć zadecydować o tym, czy mogę z nim spędzić resztę czasu, nagrać ten odcinek programu i czuć się przy tym bezpiecznie.
Zadowolona Jessica unosi się na wodzie. Jest wypełniona powietrzem, które połknęła w trakcie picia. Dzięki temu zamiast się zanurzać, pływa. Dorosłe hipopotamy tracą tę umiejętność. Są zbyt ciężkie, bo mają masywne kości. Spacerują więc dostojnie po dnie zbiornika w tempie nawet 8 kilometrów na godzinę, a gdy chcą zaczerpnąć świeżego powietrza, po prostu odbijają się nogami od podłoża jak od trampoliny.
Od Shirley dowiaduję się, że Jessica jest pojona pięć razy dziennie. Przyzwyczaiła się do tego.
- Jeśli nie dostanie swojej porcji rooibos, to nie będzie sobą przez cały dzień - szczebiocze mama hipopotama.
Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo abstrakcyjna jest ta scena. Staram się za wszelką cenę trzymać emocje na wodzy, ale bez powodzenia. Wybucham śmiechem. To niewiarygodne! Słyszałam o psach uwielbiających lody czekoladowe, o kotach dostających świra na punkcie makaronu, ale w życiu nie widziałam hipopotama pijącego herbatkę na śniadanie. Scenarzyści z Latającego Cyrku Monty Pythona powinni tu szukać inspiracji do nowych skeczy.
- W jaki sposób udało wam się odkryć, co lubi Jessica? - postanawiam zgłębić temat niezwykłych kulinarnych nawyków zwierzęcia. Do tej pory byłam pewna, że hipopotamy to zdeklarowani trawożercy. A teraz cała moja wiedza została podważona.
Normalne, zdrowe na ciele i umyśle hipopotamy jedzą wieczorem. Aby wypełnić monstrualne żołądki, opuszczają wodę lub błoto - ich naturalne środowisko - i wychodzą na ląd, gdzie czują się zdecydowanie mniej komfortowo. Żeby dotrzeć na pastwisko, potrafią pokonać nawet kilka kilometrów. Potem przez cztery do pięciu godzin sumiennie wypełniają roślinami przewody pokarmowe. Uwielbiają młode pędy, ale w nocy nie widać najlepiej, więc jak znam życie, koszą wszystko, co popadnie. Średnio 60-70, może do 100 lub 200 kilogramów w przypadku samców. W akcie desperacji, z głodu zdarza się im pożreć padlinę, ale organizm hipopotama nie toleruje takich eksperymentów i może zastrajkować. A jak na tym tle prezentuje się dieta Jessiki? Shirley wprowadza mnie w szczegóły.
- Z początku jadła tylko pataty, ale to nie wystarczało, nie przybierała na wadze we właściwym tempie - mówi, czule gładząc Jessikę po głowie i powtarzając w kółko: "Moja kochana, moja słodka, moja dziewczynka".
Tempo tycia hipopotama jest iście olimpijskie. Dla samicy wynosi około 100 kilogramów rocznie.
- Zaeksperymentowaliśmy ze słodką kukurydzą i okazało się, że za nią przepada. Bardzo lubi też popcorn, a jednym z jej ulubionych dań jest szpinak. Cały czas musieliśmy się jednak trzymać zasady, że jeśli coś Jess nie smakowało, to nie należało jej tym karmić. I tak stopniowo odkrywaliśmy kolejne przysmaki, na przykład karmę dla psów. Ale tylko o smaku jagnięciny - zastrzega Shirley.
Kiedy Tonie znalazł Jessikę, była skrajnie wycieńczona. Nakarmienie jej wcale nie było łatwe. Nie wystarczyło nalać jej do miski mleka i zamoczyć w nim pyszczek, jak w przypadku kociaka. Zresztą mleko każdego ze ssaków ma inny skład. A jeżeli przeznaczone jest dla maluchów, które szybko powinny się usamodzielnić, to musi być prawdziwą bombą kaloryczną. Tonie przygotował dla Jessiki miksturę, którą nazwał "long life", ponieważ była bardziej pożywna niż świeże mleko od krowy. Jej bazą było oczywiście mleko wzbogacone stołową łyżką śmietany, żółtkiem i połową łyżki jakiegoś tajemniczego proszku (nie chce mi zdradzić jakiego). Jessica musiała szybko przybierać na wadze. Żeby prawidłowo funkcjonować, hipopotam powinien zjeść dziennie równowartość 10 procent swojej wagi ciała. Przy jej ówczesnej masie Jessica musiała wypić 1,6 litra mieszanki w porcjach, dokładnie co trzy godziny. Dwa tygodnie później liczba składników w miksturze została zredukowana do mleka i śmietany. Na tej diecie Jessica była do chwili, gdy ukończyła rok.
- Jednak nadal chciała coś ssać - opowiada Shirley. (W końcu jest ssakiem, więc to naturalne). - Tonie zauważył, że lubi kawę, bo podpijała ją z jego kubka. No więc zaczął dawać jej kawę, łyżeczkę rozpuszczalnej na 4 litry ciepłej wody. Zobaczyli to turyści i oburzeni zaprotestowali, mówiąc, że kawa, która zawiera kofeinę, w takich ilościach musi być niezdrowa dla zwierzęcia. Teraz nasza córcia pije rooibos i wszyscy są szczęśliwi.
Waga Jess może nie jest imponująca, ale mieści się w normie. Samice hipopotamów zwykle rosną do 25. roku życia i kończą z masą 1500-1800 kilogramów. Panowie tyją właściwie bez ograniczeń. Najcięższe osobniki osiągają 5 ton. Najgrubszy człowiek świata, Meksykanin Manuel Uribe ważył prawie 600 kilogramów (siedem razy mniej niż największy hipopotam), ale podobno ostatnio schudł o ponad 200 kilogramów, więc nie stanowi już konkurencji.
Cały czas nurtuje mnie jedno pytanie... Zastanawiam się, jak to jest mieć w domu stworzenie takich rozmiarów? Dorosły hipopotam poza wagą ma też słuszną wysokość - średnio 1,5 metra - i długość - ponad 3 metry. Przecież Jessica jest w stanie roznieść na strzępy cały dom Joubertów (łącznie z wyposażeniem) w kilkanaście minut! A Shirley sprawia wrażenie, jakby jej to zupełnie nie przeszkadzało. Nie ma znaczenia, ile rzeczy zniszczyłaby Jessica, ona przymyka na to oko. Nie znam drugiej matki tak oddanej, wyrozumiałej. Zwłaszcza że, jak sama przyznała, trudno zdyscyplinować hipopotama. Gdyby jakaś kobieta powiedziała mi, że w ten sposób zajmuje się swoim dzieckiem, że tak całkowicie podporządkowała mu życie i czas, pomyślałabym, że ma jakiś psychiczny problem. I że wcale nie jest dobrą matką. Dość powiedzieć, że Joubertowie nigdy nie wyjechali na wakacje. Ba! Nigdy nie spędzili poza domem więcej niż jednej nocy! Ale ten przypadek wymyka się wszelkim schematom. Nikt bowiem ze znanych mi osób nie zaadoptował hipopotama. A z drugiej strony, ileż razy słyszy się o emerytkach, które jadają suchy chleb, bo inaczej nie byłoby ich stać na kupienie drogiej karmy dla kotka czy pieska?
Opieka nad Jessiką to poważne zajęcie, ale i najjaśniejszy punkt mojego życia. Nie zamieniłabym tego na nic innego na świecie. Ja nie postrzegam Jessiki jako hipopotama. Ja mam wrażenie, że to moje własne dziecko! Tyle tylko, że nie mówi. I bardzo mi to odpowiada! Mówiłam ci już, że nie lubię zbyt gadatliwych osób? A gadającego dziecka bym po prostu nie zniosła...
Hipopotamy są zwierzętami stadnymi i terytorialnymi. Jedna grupa zajmuje fragment rzeki bądź jeziora długości mniej więcej 250 metrów. Porządku pilnuje samiec zwany bykiem. Podlega mu harem złożony średnio z dziesięciu samic z młodymi. W stadach mogą też przebywać kawalerowie, ale pod warunkiem, że całkowicie podporządkują się zasadom, a są one proste - w tym miejscu rządzi tylko jeden hipopotam. Jeżeli Jessica najbardziej słucha się Toniego, to prawdopodobnie uważa go za przewodnika stada.
Samice nie walczą o dominację w stadzie, to domena panów. One całkowicie poświęcają się macierzyństwu. Mimo że hipopotamy w wodzie niemal stykają się ze sobą pyskami, nie nawiązują silnych relacji. Kawalerowie trzymają się blisko siebie, panie z maluchami również, byk przebywa głównie we własnym towarzystwie. Najsilniejsza więź łączy matkę z dzieckiem.
- Shirley, ty też karmiłaś Jessikę mlekiem, tak? - dopytuję.
- Tak. Nie - Shirley nie może się zdecydować, jakiej udzielić mi odpowiedzi. - Kiedy była mała, dostawała mleko. Ale teraz jest starsza i już go nie potrzebuje - mówi wymijająco.
Powoli orientuję się, że zaczyna mitologizować historię Jessiki. Tonie powiedział mi, że poznał Shirley, kiedy Jess miała już ponad dwa lata, ale z oficjalnej strony internetowej można się dowiedzieć, że Joubertowie znaleźli Jessikę podczas wspólnego spaceru. Potem Tonie mówi, że Jess spała z nimi w łóżku do drugiego roku życia, ale przecież wtedy ponoć jeszcze nie znał swojej obecnej żony... Do dziś nie udało mi się ustalić prawdziwej wersji. Zwłaszcza że Shirley jest bardzo znerwicowaną osobą i łatwo wytrącić ją z równowagi. Wtedy ucina rozmowę, mówiąc, że musi iść po "swoje tabletki". Wraca uspokojona, ale zwykle nie udaje mi się już wrócić do rozpoczętego wątku.
- Ostatnio nie czuję się dobrze, chyba znów mam depresję - zwierza mi się w końcu. - Czy dobrze wypadłam przed kamerą, jak sądzisz? - poprawia bluzkę. - Bo ja się bardzo denerwuję i nie lubię tego cyrku z mediami i w ogóle... Ale Toniemu na tym zależy, więc cóż mogę zrobić? Ja tylko chcę być z Jessiką - Shirley znów mnie przeprasza i wychodzi do kuchni.
- O czym mówiłyśmy? - pyta całkiem zrelaksowana po kilku minutach nieobecności.
- Czy myślisz, że Jessica uważa ciebie za matkę dlatego, że karmiłaś ją mlekiem?
- Nie potrafię tego wyjaśnić. Ale to najlepsze uczucie na świecie! - Shirley znów popada w egzaltację. - Jessica wszystko rozumie. Jeśli jest mi smutno, to jej też jest smutno. Kiedy ja jestem szczęśliwa, ona też jest szczęśliwa. Wyczuwa nawet, kiedy jestem chora, wiesz? Wtedy kładzie się pod oknem sypialni i nie odejdzie nawet na minutę. A ja z nią rozmawiam. Mówię jej: "Nie czuję się dobrze", a ona odpowiada: "Mmhm".
- A więc, mamo - zwracam się do Shirley - powiedz mi, jaki teraz jest plan? Co będziemy robić?
Plan okazuje się prosty. Mamy pójść do domu, zawołać Jessikę i nakarmić ją psią karmą. To jej ulubiona przekąska. Ale zanim ruszymy z miejsca, Shirley uderzona spontaniczną falą czułości wykrzykuje:
- O mój Boże, kocham cię! My liefie!
Przytula się do Jessiki i całuje ją czule. To jedna z najbardziej szalonych sytuacji, jakie widziałam w życiu. Zresztą słyszałam, że hipopotamy mają potwornie nieświeży oddech. Mamie Jess zdaje się to nie przeszkadzać.
Trudno mi zostać z Shirley sam na sam choćby przez chwilę, bo Tonie nas nie odstępuje. Nieustannie udziela mi wskazówek.
Jesteście ekipą numer 70. Robiliśmy to już wiele, wiele razy. Bywa, że mamy nawet dwie ekipy filmowe jednego dnia! Jessica wie o tym. Kiedy widzi kamerę, przeistacza się w aktorkę, zmienia się. Naprawdę! Jednak to niezwykle istotne, aby ekipa pamiętała, że nawet gdy jest tak spokojna jak teraz, nawet jeśli jest naszą córką, Jessica nadal pozostaje hipopotamem. Musimy to uszanować, tak? Na przykład dzisiejszego ranka, kiedy kamera była bardzo blisko niej, to nie stanowiło problemu. Ale tak w ogóle to ona tego nie lubi. Kiedy jest poza wodą, nie powinniście jej okrążać, bo wtedy czuje się osaczona. Musicie zachować odstęp około 8 metrów, nie mniej. To jedyny taki hipopotam na świecie, bo to pierwszy przypadek w historii, kiedy telewizja tak przedstawia hipopotama - poza wodą, w wodzie, w domu. Ale istnieją pewne zasady, których trzeba przestrzegać, tak?
Hipopotamy od dawna cieszą się zasłużoną, bądź nie, sławą najbardziej niebezpiecznych zwierząt w Afryce, najbardziej nieprzewidywalnych, agresywnie broniących swego terytorium. Może teraz zaskoczę parę osób, ale według magazynu "Live Science" listę 10 najgroźniejszych dla człowieka zwierząt otwiera... maleńki komar, który z pomocą jeszcze mniejszych zarodźców zabija rocznie miliony ludzi. Dalsze miejsca zajęły na niej kobra indyjska, australijska meduza "osa morska", rekin, lew, krokodyl, słoń, niedźwiedź syberyjski, bawół afrykański. Ja dodałabym jeszcze do tej listy człowieka, żadne zwierzę nie zabiło bowiem tylu ludzi, co przedstawiciele naszego własnego gatunku.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Byłam mężczyzną. Dzisiaj tak to czuję. Tak bardzo skupiałam się na tej zmaskulinizowanej części duszy, że zapomniałam o Tej Drugiej stronie mojego charakteru. Lubiłam bardzo-ekstremalne-sporty, nie dawałam sobie prawa do słabości, wsłuchiwania się w emocje. Wszystko musiało prowadzić "dokądś" i "po coś". Obracałam się w męskim świecie i uznawałam jego wyższość. Pewnego dnia przypomniałam sobie, że głęboko pod skórą jestem Kobietą. I mimo że nadal lubię sporty ekstremalne i żyję dość niestandardowo - to moja kobieca natura doszła do głosu.
Wszystko zaczęło się 17 kwietnia 2008 roku, gdy urodziłam Marysię. Zrozumiałam, co to znaczy Miłość Bezwarunkowa. Spojrzałam inaczej na wszystkie Matki Świata i na ogrom Ich wyrzeczeń, które pozwalają wychować dzieci. Ale to był dopiero początek. Program "Kobieta na krańcu świata", który zaczęłam realizować dla telewizji TVN w 2009 roku, uwrażliwił mnie na problemy słabszej części świata. Spotkałam się z wyjątkowymi Kobietami, które zostały bohaterkami tego cyklu dokumentalnego. Dzięki Nim dowiedziałam się wiele o sobie, złagodniałam.
Sytuacja Kobiet na świecie nadal jest dramatyczna. Statystycznie mamy znacznie gorszy dostęp do edukacji, opieki medycznej i prawnej. W wielu regionach jesteśmy obywatelami drugiej kategorii. W Afryce kobiety są masowo poddawane obrzezaniu, w Indiach i wielu krajach muzułmańskich zabijane w imię honoru rodziny lub kiedy się znudzą mężowi. W niemal całej Ameryce Południowej kobiety są ofiarami przemocy domowej. W Chinach pięć milionów kobiet rocznie usuwa ciążę, gdy okazuje się, że mają urodzić córkę. Tym bardziej Kobiety zasługują na to, żeby pozwolić im mówić pełnym głosem.
"Życie jest dziwniejsze niż fikcja" - przekonałam się o tym wielokrotnie podczas realizacji programu "Kobieta na krańcu świata" i zbierania materiałów do tej książki. Losy moich bohaterek okazały się zadziwiające, fascynujące, inspirujące...
Z całego serca dziękuję każdej napotkanej Kobiecie za to, że opowiedziała mi swoją historię.