Osiemdziesiąte urodziny
1
Gdy dotarliśmy na miejsce, a Jonne zobaczył duże prywatne auta stojące przed schodami babci, natychmiast powiedział, że powinien mieć na sobie ciemny garnitur.
- Kochanie, nie bądź głupi - odparłam - spokojnie. Babcia taka nie jest. Ludzie przychodzą i wychodzą, noszą aksamitne spodnie albo cokolwiek innego, ona lubi bohemę.
- No właśnie - Jonne na to - nie należę do bohemy, jestem całkiem zwyczajny, nie mam prawa do aksamitnych spodni w osiemdziesiąte urodziny. Poza tym spotkam ją po raz pierwszy.
- Rozpakujmy go przed wejściem - zaproponowałam - to bardziej uprzejme. Babcia lubi otwierać prezenty tylko w Wigilię.
Niełatwo było znaleźć prezent. Babcia zadzwoniła i powiedziała:
- Dziecino, zabierz ze sobą swojego młodzieńca, żebym mogła na niego popatrzeć, ale nie kupuj żadnego zbędnego, drogiego prezentu. Na tym etapie życia mam już wszystko i znacznie lepszy gust niż większość moich potomków. Poza tym nie chciałabym zostawiać po sobie bałaganu, jak już umrę. Wymyślcie coś prostego, co będzie wyrazem miłości. I nie ważcie się szukać czegoś związanego ze sztuką, bo na tym się nie znacie.
Długo się zastanawialiśmy. Babci wydaje się, że osiągnęła szczyt nieskomplikowanej tolerancji, a tak naprawdę obciąża rodzinę bezpretensjonalnymi życzeniami, co przy jej liberalności jest dość kłopotliwe. Jakże łatwo byłoby kupić na przykład elegancką misę z grubego szkła; ale nie, to wyraz mieszczaństwa, a nie miłości. Oczywiście sporo opowiedziałam Jonnemu o babci, o jej obrazach; zaimponowało mu to. Mamy w domu jeden z jej wczesnych szkiców, pochodzi z San Gimignano, dokąd babcia trafiła na pierwsze stypendium wyjazdowe, a więc zanim wsławiła się malowaniem drzew. Często opowiadała o San Gimignano. Lubiłam słuchać, jaka była szczęśliwa w tym włoskim miasteczku z mnóstwem wież; jaka czuła się silna i wolna, gdy o świcie budziła się do pracy, a przez miasto pewna signorina pchała taczkę z warzywami; babcia otwierała okno i wskazywała, co chce kupić, całkowicie się rozumiały, śmiały się, było ciepło, wszystko było bardzo tanie, a potem babcia wychodziła ze sztalugami... Jonne bardzo lubi tę opowieść. I w końcu któregoś dnia przydarzyło się właśnie to: Jonne zupełnie sam trafił w jakimś sklepie na obrazek z San Gimignano! I oto mieliśmy prezent dla babci. W sklepie powiedzieli, że to litografia z początku dziewiętnastego wieku. Nie wydawała nam się jakaś wyjątkowa, ale cóż.
- Jonne - odezwałam się - wchodzimy. Zachowuj się naturalnie, ona to lubi.
Przy drzwiach do babcinego atelier stała kolejka gości z życzeniami. Kilkoro młodszych kuzynów biegało tam i z powrotem i odbierało okrycia wierzchnie. Niebawem przemieściliśmy się dalej do dużej przestronnej sali, przepięknie udekorowanej i przygotowanej przez wielbicieli babci. Zlokalizowałam babcię i ruszyłam w jej stronę, pospiesznie uścisnąwszy ramię Jonnego, żeby go uspokoić. W tle cicho grała muzyka, nie klasyczna, z pewnością coś, czego wyśmienity dobór nosił sekretną sygnaturę babci. Zbliżaliśmy się do niej. Ubrała się z typową dla siebie, świadomie wyróżniającą się nonszalancją; białe włosy ułożyła w lekkie, przypadkowe loki, które otaczały uważną, uprzejmą twarz o bardzo jasnych, drwiących oczach.
- Oto Jonne - powiedziałam. - Jonne. Babcia.
- Witajcie - odrzekła. - Aha, to jest Jonne. Fin, prawda? - spytała, przyglądając mu się łagodnie. - Jak ty sobie poradzisz w tej starej skostniałej rodzinie, która mówi tylko po szwedzku? I jak to jest, pobraliście się czy nie? Gotowe, przyklepane?
- Z pewnością przyklepane, ale jeszcze nie gotowe - odparł odważnie Jonne. Babcia roześmiała się, a ja wiedziałam, że jej się spodobał.
- No, gdzie macie prezent? - spytała.
Długo przyglądała się rysunkowi z San Gimignano, uznała, że się wysililiśmy, na jej twarzy mignął uśmieszek, po czym powiedziała:
- Narysowałam ten sam motyw. Ale lepiej. - Zrobiła lekki gest, oznaczający zarówno oddalenie się, jak i sekretne porozumienie, po czym poszła dalej.
W wielkim pomieszczeniu dominował babciny stół warsztatowy, obsypany brokatem z Barcelony i nakryty z przepychem wszystkim - od oliwek po tort śmietanowy. Młodsi krewniacy biegali z wazonami, które z samego rana napełniono wodą; goście zaciekle dyskutowali w grupkach, każdy z kieliszkiem szampana. Babcia unosiła się ponad wszystkim niczym postać z obrazu Chagalla, jakby mimochodem przychodziła z jakimś błogosławieństwem i znikała, tu i tam rzucając drobne uwagi. Zauważyłam jednak, że unikała przedstawiania. Najmniejszego śladu wyrzutów sumienia - przedstawcie się sobie sami, drodzy przyjaciele. Czy kiedykolwiek będę mogła być tak wolna jak babcia?!
Przez atelier bez przerwy przebiegały rozkrzyczane dzieci, ale to jej w ogóle nie przeszkadzało; po prostu zostawiła sprawę mamom, które winny zająć się latoroślami. Usiedliśmy z Jonnem przy stole, przy którym było już dużo ludzi, i trochę za późno zorientowaliśmy się, że zrobiliśmy błąd. Był to stół dla osób, które babcia nazywała intelektualistami i które rozmawiają wyłącznie ze sobą nawzajem. Nie wiedziałam, czym się zajmują. Desperacko szukałam tematu do rozmowy i w końcu, po dłuższej chwili ciszy, odwróciłam się do dżentelmena z kozią bródką i powiedziałam, że w atelier jest wyjątkowo piękne wieczorne światło. Poczułam ulgę, gdy zaczął mówić o znaczeniu światła i przeszedł do idei percepcji, ale trochę trwało, zanim zorientowałam się, że jest krytykiem sztuki. Na szczęście nie oczekiwał niczego poza tym, że będę słuchać. Kiwałam głową zamyślona, mówiąc "no tak" i "to prawda", i od czasu do czasu zerkałam na Jonnego siedzącego po przeciwnej stronie stołu; wyglądał na nieszczęśliwego. Siedział obok jednego z geniuszy, którzy tylko milczą, ani trochę nie pomagając sytuacji. W każdym razie czułam się odrobinę dumna, że mój Jonne wszedł do tej artystycznej rodziny, która potrafiła wydawać wielkie przyjęcia.
Niebawem Jonne wyzwolił się, podszedł do mnie i syknął mi do ucha:
- Idziemy do domu?
- Tak - odparłam - zaraz.
To wtedy pojawili się trzej mężczyźni o dość nieokreślonym wyglądzie. Wydawali się w pewien sposób niechlujni - poplamieni, rozmazani. W żadnym razie nie należeli do bohemy; wprawdzie mieli długie włosy, ale nie jak bohema, tylko jak ludzie w średnim wieku. Zrobili wielkie halo ze swojego wejścia, głęboko się kłaniając i całując babcię w dłoń. Poprowadziła ich do pustego stołu przy oknie na końcu sali, każdy otrzymał po kieliszku szampana. Wkrótce jeden z nich stłukł swój. Zdenerwował się, ale babcia tylko się uśmiechnęła; jednak wiedziałam, że bała się właśnie o te kieliszki, chyba ślubne. Wniesiono więcej kawy i więcej ciast, ale tamtym nowym panom nadal serwowano szampana. Nam, pozostałym, już nie. Widziałam, jak Jonne zaczął wędrować wzdłuż ścian i przyglądać się wszystkiemu, co na nich wisi, aż sprytnie dotarł do stołu tych nowych dżentelmenów. Nie mógł wiedzieć, że to stół nieudaczników, kochany Jonne. W każdym razie wyglądało na to, że wreszcie poczuł się dobrze.
Jeden z panów podszedł do stolika z whisky i wziął całą butelkę. W drodze powrotnej zasalutował babci. Jej uśmiech był nieco znużony.
Mój krytyk przesiadł się kawałek dalej i wdał się w żywą rozmowę; zdaje się, że nadal chodziło o ideę percepcji. Wstałam i ukradkiem przedostałam się do Jonnego, bo przygnębiało mnie słuchanie o rzeczach, których nie rozumiałam i które mnie nie interesowały. Jeden z dżentelmenów, z opadającymi wąsami, podniósł kieliszek i powiedział:
- No i pisze o tobie, jak pisze, Juksu, niech go diabli.
- No - odezwał się Juksu. - I tylko siedem centymetrów.
- Mierzyłeś?
- No, wziąłem miarkę i zmierzyłem. Dokładnie siedem centymetrów; jak grochówka w foliowym opakowaniu. Wiadomo, co się dostało. I żadnego obrazu. A nowicjusze, każdy z nich miał obraz.
- Jest taki stary - wtrącił się trzeci - że popisuje się przed młodymi.
- No, niech to diabli.
- Nie można w życiu mieć wszystkiego - powiedział ten z wąsami.
- Fakt.
Kontynuowali rozmowę, spokojnie i uprzejmie; wyglądało na to, że przywykli do rozmawiania ze sobą, ale już nie dyskutowali. Stwierdzali. Nie mówili na przykład nic o percepcji, raczej o rosnących czynszach, tym czy innym konkursie, który niesprawiedliwie rozstrzygnięto, chociaż nie można przecież oczekiwać... Ale gdy babcia zbliżała się do nich podczas swego uroczego krążenia wśród gości, ożywiali się i stawali się szarmanccy. Jonne słowem się nie odezwał, ale widziałam, że jest zafascynowany. Żaden z nich nie bardzo się nami przejmował, ale dbali o to, by nasze kieliszki były napełnione, i przesunęli się, żeby zrobić mi miejsce przy stole. Sposób, w jaki rozmawiali, uspokajał. Siedzieliśmy jak na wyspie spokoju, nikt z nich nie spytał, czym się zajmujemy, pozwolili, byśmy pozostali anonimowi. Przyjęcie przeniosło się gdzieś dalej, w pomieszczeniu zrobiło się dość ponuro. Dzieci zniknęły. Wtedy ktoś zapalił górne światło, jednocześnie wjechały pierożki. Ten o imieniu Juksu wstał, wszyscy wstaliśmy. Nie wiem, jak to się stało, że wyszliśmy zwartą grupą do przedpokoju i po niesłychanych uprzejmościach i szczerych gratulacjach złożonych babci wsiedliśmy do windy. Zdążyła mi jeszcze szepnąć:
- Nie zapraszajcie ich do siebie. Jest ich trzech, a wy nie macie pieniędzy. - Chociaż widziała, że Juksu miał za pazuchą butelkę jej whisky.
2
Na ulicy było zimno. I bardzo cicho. Ani samochodów, ani ludzi i jeszcze to półświatło wiosennej nocy. Po dość długim milczeniu przedstawiliśmy się sobie. Byli to Keke i Juksu, a mężczyzna z wąsami nazywał się Vilhelm.
- Chodźmy gdzieś - powiedział ten ostatni. - W stronę miasta. Ale nie tam, gdzie zwykle.
- Nie - odezwał się Keke. - Tam nie. Przestali być uprzejmi. Gdzieś usiądziemy i zobaczymy, co dalej. - Do mnie zwrócił się bardzo życzliwie: - Od jak dawna mieszkacie razem?
- Od dwóch miesięcy - odparłam - prawie dwóch i pół.
- I dobrze wam?
- Tak, bardzo dobrze.
- Chodźmy do naszego miejsca - powiedział Vilhelm. - Tam są gazety.
Było to przed halami w porcie. Każdy wyjął ze skrzyni po gazecie i usiedliśmy na nich na brzegu kei. Plac był całkiem pusty.
- A teraz się napijemy po jednym - powiedział Juksu do Jonnego. - Ale nie mamy szklanek, niech żona wybaczy. Niewiele się odzywasz. Dobrze ci?
- Bardzo dobrze - odparł Jonne.
Miałam wrażenie, że powinien zostać tu z nimi beze mnie. Odwróciłam się do Vilhelma i uprzejmie zauważyłam:
- To naprawdę miłe miejsce. Lubię ludzi, którzy nie biorą wszystkiego na poważnie.
- Jesteś bardzo młoda - powiedział Vilhelm. - Ale masz wspaniałą babcię.
Piliśmy razem, Jonne szybko się rozkręcił.
- Przysłuchiwałem się waszej rozmowie, że w życiu nie można mieć wszystkiego. Ale chyba czegoś można oczekiwać, to znaczy oczekiwać czegoś niewiarygodnego, od siebie albo od innych... Należy mierzyć wysoko, choć i tak będzie dużo niżej, jeśli wiecie, o co mi chodzi. To jak z łukiem...
- Pewnie, pewnie - uspokajał Keke. - Masz absolutną rację. Patrz, wpływają. Lubię statki.
Znów pociągnęliśmy po łyku, obserwując łodzie rybackie zmierzające powoli ku kei. Nadeszło dwóch pijaczków.
- Cześć, Keke - przywitał się jeden. - Przepraszam, widzę, że macie gości. Masz papierosy?
Dostali po jednym i poszli dalej.
Na tle wiosennego nieba katedra wyglądała niczym biały sen nad pustym placem. Helsinki były niesłychanie piękne. Nigdy wcześniej nie zauważyłam, jakie to piękne miasto.
- Kościół Mikołaja - odezwał się Juksu. - Wszystko muszą przerabiać. Katedra, idiotyczne, przecież to nic nie znaczy. - Upuścił pustą butelkę do wody, mimochodem zauważając, że nawet nie potrafią już pisać porządnej poezji.
Noc zrobiła się tak ciemna, jak tylko może być ciemna w maju, latarnie nie były potrzebne.
- Powiedzcie mi - poprosiłam - co znaczy "percepcja"?
- Obserwacja - odparł Vilhelm. - Człowiek widzi coś nagle i przychodzi mu do głowy jakiś stary pomysł. Albo najlepiej nowy.
- Tak - powiedział Keke. - Nowy.
Zrobiło mi się zimno. Zezłościłam się nagle i powiedziałam, że osiemdziesiąte urodziny są tak naprawdę śmieszne.
- Moja droga - odezwał się Vilhelm - przyjęcie było na swój sposób bardzo piękne, ale się skończyło. Zostaliśmy my, siedzimy tu i rozmyślamy.
- O czym? - spytał Juksu.
- O nas. O wszystkim.
- Jak ci się wydaje, o czym myśli babcia?
- Tego nikt nie wie.
Vilhelm mówił dalej:
- Na przykład, że zaliczają pięćdziesiąt w tygodniu. I już im nogi odpadają od tej bieganiny. Nie mają czasu na nic więcej, tylko na młodych, cholery jedne.
- Kto? - spytałam.
- Krytycy. Pięćdziesiąt wystaw tygodniowo.
- I nikt już o nas nie pyta - dodał Keke. - Już po wszystkim. Człowiek miał już swoją krytykę. - A potem dodał: - Zimno mi w tyłek. Ruszamy stąd?
Gdy szliśmy wybrzeżem, zapytał uprzejmie, czego chcę w życiu.
Z lekkim wahaniem odparłam:
- Miłości. Żeby czuć się bezpiecznie.
- Tak - westchnął - to prawda. W pewnym sensie, przynajmniej dla ciebie.
- I żeby podróżować. Mam wielką ochotę na podróże, to moja pasja.
Przez chwilę Keke milczał, po czym powiedział:
- Pasja. Widzisz, żyję od dość dawna, a więc od dawna pracuję, to to samo. I wiesz co, w całym tym spektaklu jedyną ważną rzeczą jest, żeby mieć pasję. Przychodzi i odchodzi. Najpierw człowiek ma ją gratis, ale nie rozumie tego, więc ją marnuje. Później pasja staje się czymś, o co należy się troszczyć.
Było strasznie zimno, szedł zbyt wolno, a ja marzłam.
Potem dodał:
- Nie widzi się już obrazu. Chyba papierosy się skończyły.
- Wcale nie - odezwał się Juksu. - Philipy morrisy, babcia włożyła mi je do kieszeni. Ona to potrafi takie rzeczy.
Keke dołączył do reszty, zapalili po papierosie i szli tak samo wolno.
Jonne i ja podążaliśmy za nimi.
- Zmęczyło cię to? - szepnęłam do niego. - Powinniśmy iść do domu?
- Cicho - odparł. - Chcę słyszeć, co mówią.
- Jego glina - perorował Vilhelm - trafiła do jakiegoś amatora. Taki cwaniak, co lubi się pokazywać, byle kto. Nie minęły dwa dni, od kiedy tamten umarł, a ten skurczybyk już przyszedł kupić glinę od wdowy, za bezcen. A był stary; pomyśleć, taka glina.
- Jonne, poczekaj - powiedziałam. - Mam piasek w butach.
Ale on nadal szedł za nimi.
Gdy do niego dołączyłam, szybko mi streścił, że glina z czasem staje się coraz bardziej żywa, podobnie każda kolejna rzeźba z tej samej gliny, i musi być zawsze wilgotna, a nowa glina to nie to samo, ona nie żyje...
Spytałam, który z nich jest naprawdę rzeźbiarzem, ale on nie wiedział.
- Rozmawiali tylko o widzeniu jakiegoś obrazu - odrzekł. - Nie wiem. - Był bardzo podekscytowany, zapytał, czy nie mamy czegoś w domu, czym można by ich poczęstować. - W końcu nie jest tak późno - dodał. - A to jest coś, w czym już nigdy nie będziemy uczestniczyć, to dla mnie ważne.
Wiedziałam, że nie mamy za wiele, Jonne też o tym wiedział, bardzo dobrze. Trochę śledzi, chleba, masło, ser, ale tylko jedną butelkę czerwonego wina.
- Wystarczy - powiedział Jonne - jeśli my będziemy tylko udawać, że pijemy, to zostaną u nas trochę, nie sądzisz? Przecież to tuż za rogiem.
- Dobra - odparłam, a on się roześmiał.
W Brunnsparken było bardzo pięknie, wszystko rosło i kwitło. Nagle przestałam być zmęczona, po prostu wiedziałam, że Jonne się cieszy.
Stanęliśmy wszyscy przed wielką czeremchą, całą w kwiatach. Świeciła na biało tej wiosennej nocy.
Przyglądając się drzewu, uświadomiłam sobie, że nie kocham Jonnego tak, jak mogłabym kochać, totalnie.
Keke spojrzał na mnie i powiedział:
- To tylko podarunek, nic nie znaczy.
Nie rozumiałam go. Szliśmy dalej.
Powiedział:
- Twoja babcia nie malowała nic innego, tylko drzewa, do tego drzewa w tym samym parku. W końcu poznała drzewo, ideę drzewa. Jest bardzo silna. Nigdy nie straciła pasji.
Oczywiście wielkim szacunkiem darzyłam tych, którzy poszukiwali swojej utraconej pasji, nie przejmując się niczym innym, a jednocześnie martwiłam się, czy wystarczy nam kawy i czy w domu jest bałagan. Przypomniałam sobie, co wisi na ścianach. Może nasze obrazy się nie sprawdzą. Są czymś, co się podoba, ale czego się nie rozumie. Keke spytał, czy mi zimno.
- Nie - odparłam. - To tylko kawałek tą ulicą i będziemy na miejscu.
- Czy twoja babcia - zagadnął Keke - rozmawiała z tobą o swojej pracy?
- Nie, nie rozmawiała.
- To dobrze, to dobrze. Odrzucili ją już w latach sześćdziesiątych, ale ona i tak pozostała przy swoim stylu. Wiesz, moja droga... jak ty masz na imię?
- Maj - odparłam.
- Nawet pasuje. Wiesz, wtedy akurat panował informel, wszędzie wszyscy robili to samo. - Przyglądał mi się, widział, że nie wiem, więc wyjaśnił: - Informel to mniej więcej niezrozumiałe malowanie, tylko farba. Stało się tak, że starzy bardzo dobrzy artyści pochowali się w swoich pracowniach i próbowali malować jak młodzi. Byli przerażeni, chcieli być na fali. Niektórym się udało, w miarę, inni całkowicie się zagubili i już nie zdołali powrócić. Ale twoja babcia zachowała swój styl, a ten się utrzymał, gdy to wszystko minęło. Była odważna... czy raczej uparta.
Powiedziałam bardzo ostrożnie:
- Ale może po prostu nie umiała pracować inaczej niż na swój własny sposób?
- Wspaniale - odpowiedział Keke. - Po prostu musiała. Pocieszasz mnie.
Gdy doszliśmy do bramy, uprzedziłam:
- Musicie być teraz bardzo cicho, bo mamy zrzędliwych sąsiadów. Jonne, idź, wyjmij z lodówki, na pewno wiesz co.
Weszliśmy do domu, Jonne postawił na stole czerwone wino i kieliszki, nasi goście rozsiedli się i ciągnęli rozmowę. Nie zapalaliśmy lamp, wystarczyło nocne światło.
Nieco później Jonne nadmienił, że ma coś, na co być może mogliby popatrzeć, a ja wiedziałam, że chce im pokazać swój model statku. Zajmował się nim od paru lat, każdy najmniejszy szczegół zrobił własnoręcznie. Weszli do składziku, Jonne zapalił górne światło. Słyszałam ich ciche rozmowy tam w środku, ale dałam im spokój i poszłam nastawić kawę.
Niebawem Jonne przyszedł do kuchni.
- Powiedzieli, że mam pasję - szepnął. - Że mam ideę. - Był bardzo podekscytowany. - Ale przecież to nie ich pasja, nie to, czego szukają.
- Dobrze! - powiedziałam. - Weź kawę, a ja przyniosę resztę.
Gdy weszłam do pokoju, Vilhelm mówił o kwitnącej czeremsze, którą widzieliśmy w drodze do domu.
- Co należy zrobić z czymś takim? - zapytał.
- Niech kwitnie - odezwał się Keke. - Spójrzcie, jest i nasza piękna gospodyni! Należy dać jej kwitnąć i tylko podziwiać. Prawda? To sposób na życie. Inny sposób to próbować zrobić to jeszcze raz. Oto cała historia.
Po pożegnaniu Jonne milczał aż do chwili, gdy się położyliśmy. Wtedy powiedział:
- Być może moja pasja nie jest aż tak wyjątkowa, ale w każdym razie jest moja.
- To prawda - odparłam.