Kobieta, która niesie śmierć - Stanisław Antoni Wotowski

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Gdy de­frau­duje się pie­nią­dze...

Je­rzy Mar­licz od go­dziny sie­dział w dość pu­stym o tej po­rze ba­rze, wy­chy­la­jąc kie­li­szek za kie­lisz­kiem ko­niaku, ale nie przy­no­siło mu to po­żą­da­nego oszo­ło­mie­nia.

Ro­zu­miał, że zbliża się ko­niec wszyst­kiego, i wciąż dźwię­czały mu w uszach strasz­liwe słowa szefa:

- Ju­tro spraw­dzimy kasę.

Wie­dział, że w ka­sie bra­kuje prze­szło dwa ty­siące zło­tych i że te pie­nią­dze zo­stały zde­frau­do­wane przez niego.

Tak, przez niego, gdy za­stę­po­wał w cza­sie urlopu ka­sjera w banku pry­wat­nym "Bra­cia Ku­zu­now i Spółka". W do­datku w jak głupi spo­sób ro­ze­szły się te pie­nią­dze. Przed kil­koma ty­go­dniami znacz­nie za­moż­niejsi ko­le­dzy wcią­gnęli go do po­ta­jem­nego domu gry i prze­grał tam po­cząt­kowo względ­nie nie­wielką sumę. Tę jesz­cze mógł po­kryć z pen­sji. Na nie­szczę­ście za­chciało mu się ode­grać i tak po­szło: karty, wy­ścigi. Obec­nie bra­kuje z górą dwa ty­siące zło­tych i nie ma naj­mniej­szej na­dziei, aby je zdo­być do ju­tra.

Próżno usi­ło­wał po­ży­czyć od zna­jo­mych. Któż komu dziś grosz po­ży­czy? Próż­nym by­łoby rów­nież wy­znać wszystko Ku­zu­no­wowi i bła­gać go o li­tość. By­łoby to samo, gdyby ze­chcieć wzru­szyć ty­grysa. Choć na­czelny dy­rek­tor Jan Ku­zu­now jest czło­wie­kiem star­szym i na po­zór wiel­kim dżen­tel­me­nem, w sto­sunku do pod­wład­nych bywa nie­sły­cha­nie bez­względny i nie tylko nie zgo­dzi się na ża­den kom­pro­mis, ale na­tych­miast za­we­zwie po­li­cję. Tym bar­dziej, że mu­siano mu coś na­plot­ko­wać, gdyż czemu za­po­wie­dział na ju­tro re­wi­zję kasy, skoro ka­sjer nie wró­cił jesz­cze z urlopu? Tak ja­kiś usłużny ko­lega mu­siał mu do­nieść o wi­zy­tach Mar­li­cza w klu­bach. War­szawa wszak jest tak plot­kar­skim mia­stem i wszy­scy wie­dzą wszystko o wszyst­kich.

Czoło Mar­li­cza zro­siły chłodne kro­ple potu. Po­li­cja, wię­zie­nie. Nie, tylko nie wię­zie­nie. Mieć trzy­dzie­ści parę lat i zna­leźć się za kra­tami, gdy ze­wsząd uśmie­cha się ży­cie. Nie znie­sie po­dob­nego wstydu.

Ale co ro­bić? Do ju­tra po­zo­stało za­le­d­wie kil­ka­na­ście go­dzin. Te­raz zbliża się dzie­siąta wie­czór, a ju­tro o dzie­wią­tej rano Ku­zu­now bę­dzie spraw­dzał kasę. Co ro­bić? Skąd zdo­być te prze­klęte dwa ty­siące zło­tych?

Mar­licz ma­chi­nal­nie wy­pił jesz­cze je­den kie­li­szek ko­niaku. Już się zde­cy­do­wał. Zresztą od kilku go­dzin ten za­miar kieł­ko­wał w jego gło­wie. Ma jesz­cze w kie­szeni bli­sko dwie setki. Pój­dzie do klubu i spró­buje szczę­ścia. Po­cząt­kowo za­mie­rzał uciec z War­szawy, ale za­miar ten ostu­dzała świa­do­mość, że z po­dobną sumą nie­da­leko uciek­nie. Le­piej raz jesz­cze spró­bo­wać szczę­ścia, a je­śli się nie uda... Wczo­raj po­ży­czył brow­ning od zna­jo­mego. A może się uda... Dwa ty­siące zło­tych wy­grać w klu­bie ła­two, a po sta­łym pe­chu, jaki go prze­śla­do­wał, spo­dzie­wać się było można, że karta się od­wróci.

Tak, pój­dzie do klubu. Go­dzina dzie­siąta, wła­śnie gra tam się roz­po­czyna.

Za­stu­kał na kel­nera, za­pła­cił ra­chu­nek i wy­szedł z baru.

Był piękny, lip­cowy wie­czór. Neo­nowe świa­tła re­klam we­soło bar­wiły ulice, a po chod­ni­kach snuł się tłum prze­chod­niów. Wśród niego mi­gały strojne i ro­ze­śmiane ko­biety i nie­jedna z nich za­chę­ca­jąco spo­glą­dała na przy­stoj­nego i do­brze ubra­nego Mar­li­cza. Ale on, za­zwy­czaj wielce czuły na wdzięki nie­wie­ście, był obec­nie kom­plet­nie obo­jętny na te za­chwyty i za­pewne nie wi­dział na­wet tych wy­zy­wa­ją­cych spoj­rzeń. Śpie­szył wprost przed sie­bie na ulicę No­wo­grodzką. Wie­dział, że gra­cze zbie­rali się dzi­siaj tam i że ich za­sta­nie.

Wia­domo, że gra od­bywa się w War­sza­wie tylko w po­ta­jem­nych klu­bach, za­zwy­czaj na­wet co­dzien­nie w in­nym miesz­ka­niu, aby tym trud­niej ama­to­rów ha­zardu mo­gła przy­ła­pać po­li­cja, że trzeba z góry być po­wia­do­mio­nym, gdzie bę­dzie miała miej­sce, i można się tam do­stać tylko przy po­mocy umó­wio­nych sy­gna­łów. Wszyst­kie te rze­czy były znane Mar­li­czowi, do któ­rego or­ga­ni­za­to­rzy po­ta­jem­nych szu­lerni zdą­żyli już na­brać za­ufa­nia - i dla­tego też, gdy zna­lazł się na pierw­szym pię­trze jed­nej z ka­mie­nic na ulicy No­wo­grodz­kiej, za­stu­kał w drzwi w umó­wiony spo­sób.

Ry­chło roz­warły się one i wpusz­czono go do środka.

- A, ko­chany dy­rek­tor - przy­wi­tał go je­den z wła­ści­cieli, Traw­ski, wy­soki, atle­tycz­nie zbu­do­wany męż­czy­zna. - Do­brze że dy­rek­tor przy­szedł, wcale in­te­re­su­jąco za­po­wiada się za­bawa.

Traw­ski wie­dział do­sko­nale, jaką na­prawdę Mar­licz zaj­muje so­cjalną po­zy­cję i wie­dział rów­nież, z ja­kiego źró­dła po­cho­dzą prze­gry­wane przez niego pie­nią­dze. Umyśl­nie jed­nak ty­tu­ło­wał go dy­rek­to­rem, gdyż każdy w ta­kiej szu­lerni ja­kiś ty­tuł musi po­sia­dać i ob­cho­dziło go tylko, by ten przy­no­sił ze sobą jak naj­wię­cej go­tówki.

Mar­licz wszedł w ślad za Traw­skim do du­żej ja­dalni, w któ­rej od­by­wała się gra. Uj­rzał tam po­zo­sta­łych wspól­ni­ków Traw­skiego, tę­giego Kloca i Bra­tow­skiego, uśmiech­nię­tego blon­dyna. Obok stał Kaj­zel, wła­ści­ciel miesz­ka­nia, który z po­wodu kry­zy­so­wych cza­sów i nie­wiel­kich za­rob­ków za skromną za­płatę stu zło­tych za wie­czór uży­czał swego luk­su­so­wego apar­ta­mentu na przy­by­tek ha­zardu. Ci pa­no­wie nie grali jed­nak, a ob­ser­wo­wali gra­ją­cych i głów­nym ich za­da­niem było śle­dzić, aby mi­ło­śni­ków kart nie po­chwy­ciła na­gle po­li­cja.

Przy stole zaś, znaj­du­ją­cym się po­środku po­koju, pod lampą, osło­niętą zie­lo­nym aba­żu­rem, sie­działo ośmiu męż­czyzn, tak po­chło­nię­tych grą, że nie zwró­cili na­wet uwagi na na­dej­ście Mar­li­cza.

Wśród nich za­jął miej­sce. Po­zna­wał swo­ich zwy­kłych part­ne­rów. Obok niego sie­dział bo­gaty prze­my­sło­wiec Prze­niczny, da­lej wła­ści­ciel składu sukna Rę­ka­wiecki, jesz­cze da­lej hra­bia Świ­to­mir­ski - gracz tak na­ło­gowy, że choć stra­cił całą for­tunę, co­dzien­nie za wy­do­stane nie wia­domo skąd pie­nią­dze mu­siał się zna­leźć w szu­lerni.

Mar­licz wy­cią­gnął pie­nią­dze z kie­szeni i za­czął grać. Grał po­cząt­kowo ostroż­nie nie­wiel­kimi staw­kami, jakby pra­gnąc wy­pró­bo­wać szczę­ście. Grano w che­min de fera i każdy z gra­czy trzy­mał bank po ko­lei.

Nie można jed­nak po­wie­dzieć, aby for­tuna uśmiech­nęła się zbyt­nio do Mar­li­cza. Choć nie prze­gry­wał, to i nie wy­gry­wał. Wła­ści­wie wszystko krę­ciło się w kółko. Albo ka­pi­ta­lik jego zmniej­szał się o kil­ka­dzie­siąt zło­tych, albo też wzra­stał nie­znacz­nie. Banki de­cy­du­jące o po­wo­dze­niu nie prze­cho­dziły mu, bał się zaś bić znacz­niej­sze stawki. Gra to­czyła się dość ostro i gdyby chciał się ha­zar­do­wać, jego dwie setki znik­nę­łyby bły­ska­wicz­nie.

- Co ro­bić? - my­ślał z roz­pa­czą. - Prze­cież tak się nie ode­gram! A ten szczę­ściarz Prze­niczny ścią­gnął przed chwilą ze stołu pra­wie dwa ty­siące. Tyle, ile mi po­trzeba. Ale nie bał się wpu­ścić setki do banku, a ja wy­cho­dzę z głu­pich dwu­dzie­stu zło­tych. Co ro­bić? Ano, cze­kajmy. Tylko spo­koj­nie.

Si­ląc się opa­no­wać nerwy i ja­kim nie­opatrz­nym za­ha­zar­do­wa­niem się nie uni­ce­stwić wszel­kich ma­rzeń o oca­le­niu, grał może go­dzinę bez re­zul­tatu i za­pewne grałby dłu­żej, gdyby wtem nie za­szła nie­ocze­ki­wana zmiana w grze.

- Do­bry wie­czór pa­nom! - roz­legł się rap­tem czyjś dźwięczny, we­soły głos.

Gra­cze pod­nie­śli głowy znad stołu, a wraz z nimi i Mar­licz. Pod­niósł i drgnął. Przy wej­ściu do po­koju stała ko­bieta nie­zwy­kłej urody. Szczu­pła, wy­soka, o ru­chach wę­żo­wych, mie­dzia­no­zło­tych wło­sach i wiel­kich, zie­lo­nych oczach.

- Praw­dziwy wamp! - po­my­ślał. - Cie­kawe, kto ona? Wamp w po­ta­jem­nej szu­lerni.

Nie­zna­joma po­woli zbli­żała się do stołu, a po nie­zwy­kłym sza­cunku, jaki jej oka­zy­wali po­stę­pu­jący w ślad za nią Traw­ski i Kloc, wi­dać było, iż jest ona tu wielce ce­nio­nym go­ściem.

- A, ba­ro­nowa! - za­wo­łał prze­my­sło­wiec Prze­niczny, nie wy­mie­nia­jąc jed­nak jej na­zwi­ska i zry­wa­jąc się ze swego miej­sca. - Pro­szę bar­dzo, niech ba­ro­nowa tu siada, ja za­raz zdo­będę inne krze­sło.

Piękna ko­bieta za­jęła miej­sce i w od­po­wie­dzi za­śmiała się gło­śno.

- Ach, pan Prze­niczny - za­cią­gała nieco kre­so­wym ak­cen­tem - pra­gnie być moim są­sia­dem? Bar­dzo pro­szę! Mamy mały ra­chu­nek do ure­gu­lo­wa­nia! Za­brał mi pan ze­szłym ra­zem parę ty­sięcy, to głup­stwo, ale nie lu­bię na żad­nym polu ule­gać męż­czy­znom.

- Po­sta­ram się i dzi­siaj...! - Sze­roka twarz prze­my­słowca roz­pły­nęła się w uśmie­chu, pod­czas gdy Kloc pod­su­wał mu fo­tel.

- Zo­ba­czymy!

Prze­rwana na chwilę gra roz­po­częła się na nowo. Mar­licz nie­znacz­nie ob­ser­wo­wał ob­sy­pane bry­lan­tami palce ba­ro­no­wej, wi­dział, jak ta z ma­łego wo­reczka z wę­żo­wej skóry wy­cią­gnęła gruby zwi­tek bank­no­tów, w któ­rym na pewno znaj­do­wało się kilka ty­sięcy zło­tych.

- Taka nie mar­twi się o pie­nią­dze - po­my­ślał. - Ale ładna...! Któż to taki? Gdyby moja obecna sy­tu­acja... Co tu so­bie głowę za­przą­tać ba­ro­nową.

Gra, która i przed­tem to­czyła się dość ostro, oży­wiła się te­raz jesz­cze wię­cej. Może pod wpły­wem pięk­nej ko­biety, która bez wzru­sze­nia biła znaczne stawki i sama wy­sta­wiała banki po pa­rę­set zło­tych, i inni gra­cze oży­wili się bar­dzo. Raz po raz le­żało na stole po kilka ty­sięcy, a szczę­ście wy­raź­nie sprzy­jało ba­ro­no­wej. Ro­sła przed nią kupka bank­no­tów, na które jakby nie zwra­cała uwagi, ćmiąc obo­jęt­nie pa­pie­rosa za pa­pie­ro­sem, ja­kie wyj­mo­wała z wą­skiej, zło­tej pa­pie­ro­śnicy.

Je­den tylko Mar­licz trzy­mał się po­przed­niego sys­temu i z prze­ra­że­niem stwier­dzał, że choć nie ha­zar­do­wał się, ka­pi­ta­lik jego zmniej­szył się do stu pięć­dzie­się­ciu zło­tych. A de­ner­wo­wało go jesz­cze wię­cej, że wy­da­wało mu się, iż piękna ba­ro­nowa wciąż na niego spo­gląda i uśmie­cha się z po­li­to­wa­niem na wi­dok jego skrom­nych sta­wek.

- Za­kła­dam bank z dwu­dzie­stu! - wy­rzekł, jak zwy­kle, gdy do­szła ko­lej do niego.

- Tak pan ni­gdy dużo nie wy­gra! - ode­zwała się rap­tem i wy­dało się Mar­li­czowi, że pa­trzy na niego drwiąco.

Za­czer­wie­nił się gwał­tow­nie.

- Są­dzi pani? - bąk­nął. - W ta­kim ra­zie - zgar­nął wszyst­kie le­żące przed nim pie­nią­dze i wy­su­nął je na śro­dek stołu - wy­cho­dzę ze stu pięć­dzie­się­ciu!

- Kryję! - za­wo­łał sie­dzący obok Mar­li­cza ku­piec Rę­ka­wiecki. - Pani ba­ro­nowa na­mó­wiła mło­dego czło­wieka do złego! Zo­ba­czymy, co z tego wy­nik­nie!

Mar­licz czuł, że drżą mu palce, ale sta­rał się opa­no­wać. Prze­kli­nał chwilę głu­piej próż­no­ści. Co bę­dzie, je­śli prze­gra? Roz­dał karty i zaj­rzał szybko w swoje.

- Dzie­więć! - oświad­czył.

- Wy­grał pan! - oświad­czył Rę­ka­wiecki. - W banku trzy­sta zło­tych! Za­biję jesz­cze raz!

Mar­licz po­now­nie roz­dał karty i znowu otwo­rzył aba­taż.

Miał te­raz sześć­set zło­tych.

- Nie biję da­lej! - mruk­nął ku­piec. - Na pana ko­lej, pa­nie Prze­niczny.

Prze­my­sło­wiec rzu­cił na stół sześć se­tek i bez słowa wy­cią­gnął rękę po karty. Mar­licz je roz­da­wał jak przez mgłę. Miał dwójkę, do­ku­pił do niej szóstkę, pod­czas gdy prze­my­sło­wiec za­ba­sto­wał na sió­demce.

- Znowu pan wy­grał! W banku ty­siąc dwie­ście!

- Hm - uśmiech­nęła się ba­ro­nowa. - Prze­cież na­mó­wi­łam pana! Te­raz moja ko­lej... Cóż, ucieka pan czy daje wszystko do bi­cia?

Nie­okre­ślone, złe prze­czu­cie ści­snęło ser­cem Mar­li­cza.

- Nie da­waj, bo prze­grasz! - szep­tał mu do ucha ja­kiś ta­jem­ni­czy głos.

Ty­siąc dwie­ście zło­tych to była suma znaczna. Za to można było już da­lej grać ostroż­nie lub ewen­tu­al­nie na­wet uciec z War­szawy. Ale... Je­śli przej­dzie jesz­cze jedną kartę i zwy­cięży tę dziwną, spo­glą­da­jącą na niego drwiąco ko­bietę, bę­dzie miał dwa ty­siące czte­ry­sta zło­tych. Zdo­byłby z na­wiązką upra­gnione pie­nią­dze. Tylko... Tylko czemu ogar­nia go taki lęk... Może le­piej się cof­nąć?

- Cóż, daje pan czy tchó­rzy? - po­wtó­rzyła iro­nicz­nie, a w oczach jej, po­dob­nych do oczu dra­pież­nika, za­grały ja­kieś okrutne bły­ski. - Oba­wia się pan zmie­rzyć ze mną? Tru­sam w karty nie igrat! - do­dała po ro­syj­sku.

- Daję! - głu­chy wy­krzyk­nik mimo woli wy­rwał się z piersi Mar­li­cza i w tejże chwili prze­klął wła­sne sza­leń­stwo. Ale co­fać się było za późno.

Roz­dał karty i ner­wowo zaj­rzał w swoje. Miał piątkę. Je­śli ba­ro­nowa na­tych­miast nie otwo­rzy aba­tażu - ósemki albo dzie­wiątki - jest jesz­cze na­dzieja na wy­graną. Wpił się w nią wzro­kiem. Po­woli pod­nio­sła karty, jakby ba­wiąc się nie­po­ko­jem Mar­li­cza, zer­k­nęła w nie i wy­mó­wiła:

- Pro­szę!

Ozna­czało to, że pra­gnie ku­pić jesz­cze kartę i że jest za­pewne słab­szą od ban­kiera. Gdyby po­dał jej fi­gurę nie­li­czącą się za punkt, mógł być pe­wien wy­gra­nej.

Szybko rzu­cił kartę i zbladł. Przed ba­ro­nową pa­dła sió­demka. Bez­względ­nie te­raz po­sia­dała więk­szą ilość oczek od niego.

- I ja po­cią­gnę! - wy­mó­wił ochry­płym gło­sem i otwo­rzył kartę.

Wy­dało mu się, że wszystko ru­nęło do­koła. Przed nim le­żała druga piątka. Wraz z po­przed­nią piątką nie sta­no­wiło to żad­nego punktu i ozna­czało osta­teczną prze­graną.

- Prze­gra­łem! - wy­beł­ko­tał. Chwy­cił się za głowę, nie sta­ra­jąc się na­wet za­cho­wać po­zo­rów obo­jęt­no­ści.

- Tak, prze­grał pan! - za­brzmiał jej lekko iro­niczny śmiech. - I to w dziwny spo­sób. Gdyby pan nie cią­gnął do piątki, byłby pan wy­grał. Bo mia­łam czwórkę i ku­pi­łam do niej sió­demkę... Wy­gra­łam za­le­d­wie jed­nym oczkiem.

- Psia­krew! - mało nie za­klął gło­śno i ze­rwaw­szy się ze swego miej­sca, nie pa­trząc na ni­kogo, wy­biegł z po­koju.

- Czego się tak ci­ska ten młody czło­wiek! - po­biegł w ślad za nim głos prze­my­słowca. - Prze­cież prze­grał wła­ści­wie tylko sto pięć­dzie­siąt zło­tych.

Ale Mar­licz już biegł po scho­dach i wnet zna­lazł się na ulicy.

Ko­niec! Te­raz na­prawdę ko­niec! Ma w kie­szeni za­le­d­wie kil­ka­dzie­siąt gro­szy. Och, ja­kie głup­stwo po­peł­nił! Ty­siąc dwie­ście zło­tych! Za te pie­nią­dze można było usi­ło­wać uła­go­dzić szefa lub też w naj­gor­szym wy­padku uciec z War­szawy. Obec­nie nic nie wy­my­śli, nic nie po­ra­dzi. Wszystko przez tę prze­klętą ba­ro­nową i jej wy­zy­wa­jący, iro­niczny śmiech. Cze­muż dał się spro­wo­ko­wać i cze­muż póź­niej nie sta­nął na piątce! Ach, jak bli­skim był cał­ko­wi­tego oca­le­nia.

Po­tarł dło­nią zro­szone po­tem czoło. Próżny żal. Te­raz po­zo­staje jedno wyj­ście - to, o któ­rym my­ślał od dawna. Wszak wczo­raj jesz­cze po­ży­czył brow­ning od zna­jo­mego i ten brow­ning spo­czywa w jego kie­szeni. Ale nie tu, na rogu Mar­szał­kow­skiej i No­wo­grodz­kiej, nie, tu ży­cia so­bie nie od­bie­rze.

Ma­chi­nal­nie skrę­cił w Aleje Je­ro­zo­lim­skie i po­woli skie­ro­wał się w stronę mo­stu Po­nia­tow­skiego. A gdy zna­lazł się na mo­ście, przy­sta­nął i oparł się o ka­mienny pa­ra­pet. Była już pierw­sza po pół­nocy, wszystko do­koła to­nęło w pół­mroku i ni­g­dzie nie wi­dać było prze­chod­niów. Ci­cho na dole plu­skały fale Wi­sły i lekki, chłodny wie­trzyk biegł od rzeki. Ale ani mo­no­tonny plusk fal, ani wiatr, mu­ska­jący jego po­liczki, nie przy­no­siły uko­je­nia.

- Ha! - my­ślał. - Lek­ko­myśl­nie zmar­no­wa­łem ży­cie! Mam do­piero trzy­dzie­ści dwa lata i już mu­szę umrzeć! Szkoda... Ale co tu długo się na­my­ślać.

Szybko wy­cią­gnął brow­ning z kie­szeni i od­su­nąw­szy bez­piecz­nik, już miał broń pod­nieść do góry, gdy wtem czy­jaś ręka spa­dła na jego ra­mię.

- Pa­nie Mar­licz!

Drgnął i spoj­rzał zdu­miony. Obok stała ba­ro­nowa.

Twarz pięk­nej ko­biety miała obec­nie zu­peł­nie od­mienny wy­raz. Miast po­przed­niej iro­nii, złą­czo­nej jak gdyby z okru­cień­stwem, wid­niała na niej sta­now­czość i po­waga.

- Kiedy pan wy­biegł z szu­lerni taki zroz­pa­czony - wy­rze­kła - do­my­śla­łam się od razu, że coś złego się święci, i po­sta­no­wi­łam nie do­pu­ścić do tego! Po­śpie­szy­łam w ślad za pa­nem. Na szczę­ście zdą­ży­łam na czas... A był pan taki za­my­ślony, że nie usły­szał pan, kiedy nad­je­chał mój sa­mo­chód. - Wska­zała na małe, czer­wone auto, sto­jące w po­bliżu.

- Bar­dzo pani wdzięczny je­stem! - od­rzekł z roz­draż­nie­niem. - Ale cóż pa­nią może ob­cho­dzić, co za­mie­rzam uczy­nić. Skąd po­dobne za­in­te­re­so­wa­nie się moją osobą?

- Po­nie­waż wy­gra­łam...

- Och, gdyby pani nie wy­grała, to wy­grałby kto inny! Pro­szę się tym nie przej­mo­wać!

- Pa­nie Mar­licz - rap­tem zmie­niła ton. - Skoro pan chce, po­mó­wimy szcze­rze. In­te­re­suję się pa­nem i pra­gnę go ra­to­wać.

- Pani in­te­re­suje się mną? Skąd pani zna moje na­zwi­sko?

- Mniej­sza o to. Wiem na­wet, w ja­kim pan pra­cuje banku. Wiem rów­nież, że nie od­bie­rałby pan so­bie ży­cia dla stu pięć­dzie­się­ciu czy też dwu­stu zło­tych, bo tyle pan tylko prze­grał. To o da­leko po­waż­niej­sze rze­czy cho­dzi. Ile panu po­trzeba?

- Za­raz, za­raz... - Ze zdzi­wie­niem pa­trzył na nią. - Naj­pierw chciał­bym się do­wie­dzieć, czemu wła­śnie pani za­mie­rza mnie ra­to­wać.

- Wi­docz­nie mam pewne za­miary wo­bec pana!

- Pani? Za­miary wo­bec mnie...?

- Wszyst­kiego pan się do­wie w swoim cza­sie!

Mar­licz te­raz nic nie ro­zu­miał. Je­śli po­cząt­kowo są­dził, że ta­jem­ni­cza ba­ro­nowa, zdo­byw­szy o nim szcze­góły na miej­scu, w klu­bie, po­śpie­szyła, chcąc go ra­to­wać, gdyż za­in­te­re­so­wała się nim jako przy­stoj­nym męż­czy­zną, wnet jed­nak po­jął, że to przy­pusz­cze­nie jest nie­słuszne. Oczy pięk­nej ko­biety pa­trzyły nań po­waż­nie i nie można w nich było do­strzec śladu naj­mniej­szego wzru­sze­nia lub za­lot­no­ści. Tak pa­trzy ku­piec, który pra­gnie na­być to­war przed­sta­wia­jący dlań pewną war­tość, który pra­gnie na­być dla wia­do­mych so­bie ce­lów.

- Pani pra­gnie mnie ku­pić? - wy­rwał mu się mi­mo­wolny okrzyk.

- Może! - W jej oczach za­grały szma­rag­dowe bły­ski. - Pro­szę prę­dzej wy­mie­nić sumę, gdyż na­prawdę śpie­szę się do domu!

Po­my­ślał chwilę. Wszystko to było nad­zwy­czajne, ale prze­cież dziwna ko­bieta nie sta­wiała w za­mian żad­nych wa­run­ków. Czyż nie na­le­żało sko­rzy­stać z po­mocy, bez względu na to, z ja­kiej strony ona przy­cho­dziła?

- Po­trzeba mi dwa ty­siące dwie­ście zło­tych! - wy­mó­wił.

- Oto dwa i pół ty­siąca! - Szybko wy­cią­gnęła z wo­reczka zwi­tek bank­no­tów, z góry wi­docz­nie przy­go­to­wany, jakby już za­wczasu Mar­li­cza otak­so­wała na tę sumę. - Resztę pro­szę za­trzy­mać, przyda się panu.

- Ależ, pani...

- Niech pan bie­rze... - We­tknęła mu zwi­tek bank­no­tów pra­wie siłą do ręki.

- Kiedy to zwrócę?

- Zo­ba­czymy...

- Jak pa­nią zo­ba­czę?

- Ry­chlej, niźli pan tego się spo­dziewa!

- Ależ...

Nie zwra­ca­jąc uwagi na ten wy­krzyk­nik, ba­ro­nowa uśmiech­nęła się za­gad­kowo, ski­nęła mu swą ubry­lan­to­waną rączką i szybko od­da­liła się do ocze­ku­ją­cego ją czer­wo­nego auta.

- Pani! - za­wo­łał. - Ja prze­cież tak nie mogę...

W od­po­wie­dzi usły­szał tylko war­kot mo­toru, sa­mo­chód ru­szył, za­krę­cił i Mar­licz po­zo­stał sam na ulicy.

Chwilę po­zo­stał w za­du­mie, za­sta­na­wia­jąc się nad prze­żytą nie­zwy­kłą przy­godą. Był oca­lony, a jed­nak dziwny nie­smak osiadł mu na dnie du­szy. Kim była ta dziwna ko­bieta i czemu wła­śnie w taki spo­sób po­śpie­szyła mu z po­mocą? Czemu mo­gło jej za­le­żeć na nim?

Po­woli za­czął się od­da­lać z mo­stu Po­nia­tow­skiego, kie­ru­jąc się w stronę domu.

Może jesz­cze wię­cej po­czułby się za­nie­po­ko­jony, gdyby mógł po­sły­szeć słowa jed­nego z dwóch męż­czyzn, który sto­jąc w mroku wraz ze swym to­wa­rzy­szem, po dru­giej stro­nie ulicy, nie­spo­strze­żony ob­ser­wo­wał całą po­przed­nią scenę.

- Och! - wy­mó­wił. - Ba­ro­nowa po­chwy­ciła w swe sieci ja­kie­goś mło­dego czło­wieka, a na­wet daje mu pie­nią­dze! Bar­dzo cie­kawe, choć nie chciał­bym być w jego skó­rze! Wszak to ko­bieta, która nie­sie śmierć! Bę­dziemy mu­sieli bli­żej za­in­te­re­so­wać się tą sprawą.

Roz­dział 2

W banku "Bra­cia Ku­zu­now i Spółka"

Na­za­jutrz, kiedy Mar­licz zna­lazł się w banku, czuł jed­nak pe­wien nie­po­kój. Choć po­sia­dał w kie­szeni pie­nią­dze cał­ko­wi­cie po­kry­wa­jące sumę za­braną przez niego z kasy, oba­wiał się, że wy­nik­nąć mogą dal­sze kom­pli­ka­cje. A nuż, mimo wszystko Jan Ku­zu­now zwą­chał coś nie­coś? Może usły­szał, że grywa w klu­bie i wy­daje znacz­nie wię­cej pie­nię­dzy, niż na to po­zwala pen­sja? Cze­muż pa­trzył na niego wczo­raj tak dziw­nie i z na­ci­skiem po­wtó­rzył, że pra­gnie go wi­dzieć o dzie­wią­tej i że ma przed­tem pro­ku­ren­towi zdać stan kasy?

Dla­tego też wsu­nął z góry od­li­czone pie­nią­dze do kasy, a póź­niej z miną nie­ska­zi­tel­nego urzęd­nika po­pro­sił pro­ku­renta, by ze­chciał ją spraw­dzić. Oczy­wi­ście, zga­dzało się wszystko, a gdy pro­ku­rent po­twier­dził - ode­tchnął z ulgą.

- Tedy, w po­rządku... Cho­ciaż.

Mniej wię­cej przed dzie­wiątą w banku zja­wił się Ku­zu­now i z miną nie­wró­żącą nic do­brego prze­szedł przez ogólną salę do swego ga­bi­netu, od­dzie­lo­nego od niej wiel­kimi drzwiami o ma­to­wych szy­bach. Urzęd­niczki i urzęd­nicy kła­niali mu się ni­sko, lecz on le­d­wie ki­wał głową w od­po­wie­dzi na te po­wi­ta­nia. Wi­dać było, że jest czymś prze­jęty i z cze­goś nie­za­do­wo­lony.

- Źle! - po­my­ślał Mar­licz. - Jest wście­kły! Je­śli coś zwą­chał - re­duk­cja pewna!

Choć bank ofi­cjal­nie na­zy­wał się ban­kiem "Braci Ku­zu­now i Spółką" - Jan Ku­zu­now był obec­nie nie­mal wy­łącz­nym jego wła­ści­cie­lem, wszech­wład­nie rzą­dził wszyst­kim, pod­czas gdy po­zo­stali wspól­nicy nie wtrą­cali się do ni­czego. Je­śli za­de­cy­do­wał czy­jeś zwol­nie­nie - próżno było od­wo­ły­wać się do po­zo­sta­łych dy­rek­to­rów.

W ślad za ban­ko­wym po­ten­ta­tem wszedł do jego ga­bi­netu pro­ku­rent Krebs, ale nie­długo tam za­ba­wił. Wy­szedł po upły­wie kilku mi­nut i wnet rzu­cił w stronę Mar­li­cza:

- Pan dy­rek­tor prosi!

Po­wstał ze swego miej­sca i sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój, skie­ro­wał się do drzwi, po­cie­sza­jąc się w du­chu, że prze­cież Krebs mu­siał już do­nieść, że wszystko znaj­duje się w po­rządku. Jed­nak gdy zna­lazł się przed ob­li­czem su­ro­wego a zna­nego z bez­względ­no­ści zwierzch­nika, czuł, że nogi ugi­nają się lekko pod nim.

- Co po­cznę, je­śli zre­du­kuje? - my­ślał z prze­ra­że­niem. - Znajdę się na bruku!

Jan Ku­zu­now, wy­go­lony, szpa­ko­waty męż­czy­zna, li­czący bli­sko sześć­dzie­siąt lat, sie­dział po­chy­lony nad pa­pie­rami za du­żym ame­ry­kań­skim biur­kiem. Choć stale cho­dził ubrany ele­gancko, dziś był jesz­cze wy­twor­niej odziany niż za­zwy­czaj i ude­rzyła Mar­li­cza bi­jąca dys­kret­nie od niego woń per­fum.

Ku­zu­now per­fu­muje się! - stwier­dził ze zdzi­wie­niem. - Do­tych­czas tego nie za­uwa­ży­łem! Dziwne.

W rze­czy sa­mej do­tych­czas Ku­zu­nowa nikt nie mógł po­są­dzać o ko­kie­te­rię i wbrew zwy­cza­jom in­nych dy­rek­to­rów nikt ni­gdy nie wi­dział, aby roz­ma­wiał po­ufale z naj­przy­stoj­niej­szą na­wet z urzęd­ni­czek, któ­rych w banku wszak nie bra­kło. Sło­wem, był to typ zim­nego an­giel­skiego dżen­tel­mena.

I te­raz jego czoło prze­ci­nała ostra, po­przeczna zmarszczka, jak u czło­wieka który się szy­kuje na nie­miłą roz­mowę.

- Źle! - po­wtó­rzył Mar­licz w du­chu.

Ku­zu­now, nie pa­trząc nań, ski­nął ręką, aby za­jął miej­sce.

- We­zwa­łem pana - po­czął - gdyż - gdyż - mam do pana bar­dzo po­ważną sprawę...

- Od­da­łem kasę w po­rządku! - szybki fra­zes wy­rwał się Mar­li­czowi.

- Wiem o tym i na chwilę nie wąt­pi­łem, że bę­dzie w po­rządku! - za­brzmiała od­po­wiedź. - Była to tylko for­mal­ność! O co in­nego mi cho­dzi...

- Bo, pa­nie dy­rek­to­rze... - po­czął Mar­licz, są­dząc, że Ku­zu­now chce mu wy­tknąć inne grze­chy.

Ale Ku­zu­now nie po­zwo­lił mu do­koń­czyć.

- Nie wąt­pi­łem na chwilę, że bę­dzie w po­rządku - rzekł - gdyż uwa­żam pana z gruntu za uczci­wego czło­wieka, mam do pana cał­ko­wite za­ufa­nie i dla­tego pra­gnę mu po­le­cić pewną po­ufną mi­sję. Je­śli po­le­ci­łem, aby pan zdał kasę Kreb­sowi, to tylko dla­tego, że chcę, żeby pan czuł się swo­bod­niej­szy.

Mar­licz ode­tchnął naj­pierw głę­boko, a póź­niej za­czer­wie­nił się mocno, po­sły­szaw­szy nie­za­słu­żone po­chwały zwierzch­nika. Na to naj­mniej był przy­go­to­wany. Więc Ku­zu­now nie do­wie­dział się ni­czego? Cze­muż najadł się ta­kiego stra­chu? Jaką za­mie­rza po­wie­rzyć mu mi­sję?

- Słu­cham pana dy­rek­tora!

Ku­zu­now, wciąż nie pa­trząc na Mar­li­cza, mil­czał przez chwilę, wresz­cie pod­jął:

- Po­je­dzie pan dziś w nocy do Wilna. Znaj­dzie się pan tam ju­tro rano, a o siód­mej wie­czór uda się pan na ulicę Je­zu­icką - tu po­dał mu kartkę ze szcze­gó­łowo na­pi­sa­nym ad­re­sem - do nie­ja­kiego Dran­gla. Od­bie­rze pan od niego za­pie­czę­to­waną ko­pertę i do­rę­czy mu w za­mian pięć ty­sięcy zło­tych. Sumę tę, wraz z pie­niędzmi po­trzeb­nymi na po­dróż, otrzyma pan z kasy.

- Ro­zu­miem! - Ski­nął głową, gdyż całe te zle­ce­nie wy­dało mu się ła­twe i jesz­cze nie poj­mo­wał, czemu Ku­zu­now uczy­nił tak długi wstęp do niego.

- Tylko... - rap­tem wy­mó­wił dy­rek­tor - sprawa jest po­ufna do naj­wyż­szego stop­nia. Nie są­dzę - spoj­rzał na ja­kiś list le­żący przed nim - aby ten, od kogo pan ma ode­brać pa­piery, chciał pana oszu­kać. Jak z tego li­stu wy­nika - do­dał w za­my­śle­niu, ra­czej sam do sie­bie - za­leży mu bar­dzo, by one zna­la­zły się u mnie. Na­to­miast inni mogą ro­bić sta­ra­nia, żeby zna­leźć się w ich po­sia­da­niu.

- Ze­chcą mi je ode­brać?

- Moż­liwe! Na­leży być przy­go­to­wa­nym na wszystko! Dla­tego wła­śnie wy­bra­łem pana i niech pan nie ufa ni­komu i ni­czemu. Pod żad­nym po­zo­rem nie waż się pan zdra­dzić, że mu zle­ci­łem tę mi­sję, i uni­kać pro­szę ko­biet.

- Ależ ja nie za­daję się z nie­wia­stami! - za­wo­łał szcze­rze Mar­licz - i na pewno nie opo­wiem żad­nej o tym, co zle­cił mi pan dy­rek­tor. - To te pa­piery są aż tak ważne?

- Tak, tak... - mru­czał Ku­zu­now i znów wy­dało się Mar­li­czowi, że unika jego wzroku. - Bar­dzo ważne... Ale chwi­lowo nie ob­cho­dzi pana ich treść. Naj­waż­niej­sze, aby pan je do­star­czył w po­rządku po­ju­trze.

Po rzu­ce­niu jesz­cze kilku ogól­ni­ko­wych in­for­ma­cji roz­mowa zo­stała ukoń­czona i Mar­licz opu­ścił ga­bi­net dy­rek­tora.

Gdy usiadł za swym biur­kiem, po­czuł, że cię­żar osta­tecz­nie spadł mu z serca. Cze­muż się tak na­mar­twił i na­de­ner­wo­wał? Ku­zu­now nie tylko nie po­są­dzał go o nic złego, ale ży­wił na­wet duże za­ufa­nie, skoro obar­czał po­dobną mi­sją. Cóż to za pa­piery, że aż tak da­lece mu na nich za­leży, że płaci za nie pięć ty­sięcy zło­tych i jest za­że­no­wany, gdy na­po­mina się o ich tre­ści? Mniej­sza o to! Po­stara się jak naj­le­piej wy­peł­nić zle­ce­nie i na pewno nie da ich so­bie ode­brać ani też nie zwie­rzy się żad­nej ko­bie­cie.

Tu uśmiech­nął się lekko. W rze­czy sa­mej, z żadną nie­wia­stą w da­nej chwili nie łą­czyła go ani dal­sza, ani bliż­sza przy­jaźń, a ży­jąc od paru ty­go­dni w sta­łym stra­chu, że wyda się de­frau­da­cja, i ma­jąc my­śli wy­łącz­nie tym za­prząt­nięte, jak ją po­kryć - za­po­mniał pra­wie o ich ist­nie­niu. Prze­pra­szam, chyba wczo­raj­sza ta­jem­ni­cza ba­ro­nowa, któ­rej na­zwi­ska na­wet nie znał. Lecz co ta ma tu do rze­czy? Ale ta ba­ro­nowa? W ja­kim celu dała mu pie­nią­dze i nie wy­mie­niła na­wet ad­resu? Dziwne! Na­po­mknęła tylko, że sama go od­szuka. Trzeba bę­dzie ją od­na­leźć i spła­cić dług ra­tami. Wię­cej nie wda się w po­dobne hi­sto­rie i nie weź­mie kart do ręki. Skoń­czone. Ku­zu­now ma do niego cał­ko­wite za­ufa­nie i nie­wy­klu­czone, że otrzyma pod­wyżkę.

- Cóż to pan ko­lega taki za­do­wo­lony i tak uśmie­cha się do sie­bie? - roz­legł się wtem obok niego głos Krebsa, który zbli­żył się do jego biurka. - Cie­szy was mała prze­jażdżka, gdyż wiem, że dy­rek­tor wy­syła was dziś na kilka dni na pro­win­cję.

- Za­wszeć i to roz­rywka! - od­parł ogól­ni­kowo.

- Hm... hm - chrząk­nął Krebs, który ucho­dził za naj­więk­szego plot­ka­rza w banku - a nie za­uwa­ży­li­śmy zmiany w sta­rym?

- Ja­kiej zmiany?

- Wy­ele­gan­to­wany, uper­fu­mo­wany...

- Cóż z tego?!

- Jak to cóż z tego? - Krebs na­chy­lił się ni­sko nad biur­kiem. - Nie wie­cie o naj­więk­szej sen­sa­cji? Ku­zu­now za­ko­chał się i pra­gnie się że­nić...

- Co prawda ma około sześć­dzie­siątki, ale i w tym wieku że­nią się lu­dzie. Jest wdow­cem i nie ma dzieci. A któż jest tą szczę­śliwą wy­branką jego serca...

- Hm... - Krebs szep­tał mu słowa pro­sto w ucho - o to wła­śnie cho­dzi. Ko­bieta nie­zwy­kłej urody, ale po­dobno awan­tur­nica. Ja­kaś bar­dzo za­gad­kowa osoba. Na­leży się dzi­wić, że taki opa­no­wany i nie­zwy­kle ży­ciowo do­świad­czony czło­wiek jak Ku­zu­now za­du­rzył się w po­dob­nej ko­bie­cie...

- Cza­sem po­dobne przy­gody spo­ty­kają naj­bar­dziej roz­waż­nych lu­dzi. Je­stem spo­kojny o Ku­zu­nowa, da so­bie radę...

- Wła­śnie że stra­cił cał­ko­wi­cie głowę. Gdyż ta osoba...

Tu Mar­licz po­sły­szałby za­pewne jesz­cze dal­sze re­we­la­cje o uko­cha­nej dy­rek­tora, gdyby wtem do Krebsa nie zbli­żyła się jedna z urzęd­ni­czek z działu gieł­do­wego z ja­kimś waż­nym za­py­ta­niem w spra­wie war­to­ścio­wych pa­pie­rów.

- Ach, o te ak­cje cho­dzi! - za­wo­łał pro­ku­rent. - Za­raz sam za­te­le­fo­nuję na giełdę.

Od­da­lił się po­śpiesz­nie i Mar­licz po­zo­stał sam.

Więc dy­rek­tor za­ko­chał się i dla­tego dziś był tak wy­twor­nie ubrany ni­czym Adolf Men­jou. Za­iste, nie lada sen­sa­cja! Lecz cóż to wła­ści­wie mo­gło ob­cho­dzić Mar­li­cza i za­pewne nie­zwy­kła ta wia­do­mość nie stała w żad­nym związku z jego po­dróżą do Wilna ani z ode­bra­niem ta­jem­ni­czych pa­pie­rów. Zresztą za­pewne jesz­cze wię­cej do­wie się od Krebsa.

Ale w banku pa­no­wał szcze­gólny ruch i tylu było in­te­re­san­tów, że Krebs nie miał już czasu na po­uf­niej­szą po­ga­wędkę z ko­legą i nie zbli­żał się do jego biurka. Rów­nież Mar­li­cza po­chło­nęła co­dzienna praca i sam nie wie­dział kiedy czas upły­nął mu do trze­ciej. Do­piero trzask okie­nek, za­my­ka­nych z ha­ła­sem przez urzęd­ni­ków, przy­po­mniał mu, że zbli­żył się kres za­jęć.

Po­wstał ze swego miej­sca i pod­szedł do pro­ku­renta, są­dząc, że ra­zem uda­dzą się do domu. Ale Krebs, dłu­żej jesz­cze za­trzy­many ja­kąś ro­botą, po­zo­sta­wał w banku. Po­prze­stał tedy na wy­pła­ce­niu Mar­li­czowi pię­ciu ty­sięcy wraz z pie­niędzmi prze­zna­czo­nymi na drogę - zgod­nie z po­le­ce­niem dy­rek­tora - po czym uści­snął jego rękę i rzekł tylko na po­że­gna­nie:

- Szcze­rze wam za­zdrosz­czę tej ma­łej wy­cieczki. Uciek­nie­cie przy­naj­mniej na kilka dni od pie­kła w na­szej bu­dzie i od dia­bel­skiego stu­kotu ma­szyn...

Mar­licz opu­ścił bank i po­woli skie­ro­wał się w stronę re­stau­ra­cyjki, w któ­rej zwy­kle ja­dał obiady. Go­rące lip­cowe słońce we­so­łymi po­to­kami za­le­wało ulice, a w jego świe­tle wszystko wy­da­wało mu się obec­nie ra­do­sne. Ach, jak od­mienny był jego na­strój od wczo­raj­szego na­stroju na mo­ście Po­nia­tow­skiego, kiedy wy­da­wało mu się, że żad­nego ra­tunku już nie ma. Na pewno nie po­pełni wię­cej żad­nego głup­stwa - roz­pocz­nie nowe, so­lidne ży­cie. Toć czuje się, jak gdyby po­wtór­nie przy­szedł na świat. Może wszyst­kim śmiało pa­trzeć w oczy. A wła­ści­wie za­wdzię­cza to ta­jem­ni­czej ba­ro­no­wej. Kim­kol­wiek jest ta ta­jem­ni­cza ba­ro­nowa, bez­względ­nie wy­cią­gnęła go z prze­pa­ści...

Szedł tak za­my­ślony, że na­wet nie za­uwa­żył, że po prze­ciw­le­głej stro­nie jezdni po­woli po­suwa się ja­kiś sa­mo­chód. A po­wi­nien był za­uwa­żyć, gdyż było to małe, czer­wone auto. Rów­nież nie za­uwa­żył, że z tego sa­mo­chodu wy­suwa się ja­kaś ręka i kiwa nań, aby się zbli­żył.

Wresz­cie sa­mo­chód sta­nął, wy­sko­czył z niego szo­fer i pod­biegł do Mar­li­cza:

- Pani prosi!

- Jaka pani? - Drgnął w pierw­szej chwili, uj­rzaw­szy przed sobą nie­zna­jo­mego czło­wieka.

- Pani ba­ro­nowa! Ocze­kuje pana w au­cie! Wciąż kiwa, a pan nie wi­dzi!

- Ach, pani ba­ro­nowa!

Więc speł­niła swą obiet­nicę i już od­szu­kała go. Ucie­szył się na­wet z tego po­wodu, w na­dziei, że wnet całą sy­tu­ację wy­ja­śni. Szybko prze­szedł przez jezd­nię i zbli­żył się do auta. Nie dzi­wiło go na­wet, że wie­działa, gdzie i o ja­kiej po­rze go od­na­leźć. Na­prawdę była to nie­zwy­kła ko­bieta.

- Niech pan prę­dzej wsiada! - za­wo­łała, gdy pod­szedł i uca­ło­wał wy­cią­gniętą rączkę. - Nie chcę, żeby nas wi­dziano ra­zem!

Szybko za­jął obok niej miej­sce. W tejże chwili szo­fer za­trza­snął drzwiczki, usiadł przy kie­row­nicy i sa­mo­chód ru­szył na­przód.

- Więc pani była na tyle ła­skawa... - po­czął, pa­trząc na nią z za­chwy­tem złą­czo­nym z wdzięcz­no­ścią.

Przy świe­tle dzien­nym nie tra­ciła jej uroda i sza­co­wać ją było można jako prze­cu­downą ko­bietę. Za­iste, wy­kwit sek­sa­pilu. Zło­to­mie­dziane włosy wy­my­kały się spod ma­łego ka­pe­lu­sika, oka­la­jąc ma­tową, białą twarz, a pur­pu­rowe usta roz­chy­lały się ku­sząco. Bił od niej ja­kiś zmy­słowy czar, któ­remu z tru­dem mógł się oprzeć każdy męż­czy­zna. Była piękna i nie­po­ko­jąca. Wy­glą­dała na lat trzy­dzie­ści, ale ktoś, ktoby ją dłu­żej ob­ser­wo­wał, wy­wnio­sko­wałby, że mu­siała być na pewno star­sza, prze­szła już nie­jedno i po­siada do­świad­cze­nie ży­ciowe. Jej smu­kłą po­stać zna­ko­mi­cie ob­ci­skał skromny spor­towy ko­stium, a spod su­kienki wy­zie­rały w cie­niut­kich poń­czosz­kach i lśnią­cych pan­to­fel­kach śliczne nóżki, któ­rych po­zaz­dro­ścić mo­głaby znana z pięk­nych nóg pa­ry­ska ar­tystka Mi­stin­gu­ett.

Je­śli Mar­licz łu­dził się, że może ja­kieś inne względy prócz in­te­resu skło­niły ba­ro­nową, by od­szu­kała go wnet po wyj­ściu z banku, piękna a dziwna ko­bieta ry­chło wy­pro­wa­dziła go z błędu.

- Czy otrzy­mał pan zle­ce­nie? - za­py­tała szybko i wi­dać było, że jest czymś mocno pod­nie­cona.

- Ja­kie? - Nie zro­zu­miał w pierw­szej chwili.

- Czy Ku­zu­now po­le­cił panu wy­je­chać do Wilna?

- Tak! - O mało nie wy­rwał mu się ten wy­krzyk­nik pod wpły­wem wzroku ba­ro­no­wej, lecz wnet się opa­no­wał.

- Nie - wy­bą­kał - nic o tym nie wiem.

Z tru­dem po­wstrzy­my­wał ner­wowe drże­nie. Nie­spo­dzie­wa­nie za­sko­czyło go to za­py­ta­nie i naj­mniej się tego z jej ust spo­dzie­wał. Skąd do­wie­działa się o po­dróży, która miała być ta­jem­nicą dla wszyst­kich? Z prze­ra­że­niem przy­po­mniał so­bie na­gle słowa dy­rek­tora, że szcze­gól­nie miał się wy­strze­gać ko­biet. Więc ba­ro­nowa...

- Nic nie wiem o tym! - po­wtó­rzył. - Myli się pani...

- Pro­szę nie kła­mać! - po­wtó­rzyła. - Chyba za to, co wczo­raj uczy­ni­łam dla pana, jest pan zo­bo­wią­zany wzglę­dem mnie do cał­ko­wi­tej szcze­ro­ści!

Te­raz Mar­licz po­czuł do­piero, że wpadł w pu­łapkę.

- No tak... ale za­pew­niam...

- Pro­szę nie kła­mać! - po­wtó­rzyła. - Ku­zu­now po­le­cił panu udać się noc­nym po­cią­giem do Wilna. Tam ma pan ju­tro od­wie­dzić nie­ja­kiego Dran­gla, do­rę­czyć mu pie­nią­dze i ode­brać pa­piery. Da­remne bę­dzie wy­pie­ra­nie się, jak pan sły­szy - wiem wszystko...

Istot­nie wie­działa wszystko.

- Kim pani jest? - szep­nął zdu­miony. - Nie znam na­wet pani na­zwi­ska.

- Kim je­stem? - od­po­wie­działa spo­koj­nie. - Na­zy­wam się Ta­mara Dran­glowa. On­giś by­łam żoną Dran­gla, tego sa­mego, któ­rego pan ma od­wie­dzić w Wil­nie, a obec­nie je­stem na­rze­czoną pań­skiego dy­rek­tora, Jana Ku­zu­nowa.

- Pani?! - Aż pod­niósł się na swym miej­scu. - Pani na­rze­czoną Ku­zu­nowa... Ach ro­zu­miem.

Na­gle sta­nęły w jego pa­mięci re­we­la­cje po­sły­szane z ust pro­ku­renta Krebsa. Więc dla niej sześć­dzie­się­cio­letni Ku­zu­now osza­lał z mi­ło­ści i ją wła­śnie Krebs na­zwał awan­tur­nicą. Choć Mar­licz wi­dział tę ko­bietę po raz drugi w ży­ciu, jej po­stać po­czy­nała się za­ry­so­wy­wać w jego oczach w no­wym, nie­ocze­ki­wa­nym świe­tle.

- Ro­zu­miem! - po­wtó­rzył.

- Nie, pan jesz­cze nie ro­zu­mie! - od­rze­kła nie­cier­pli­wie, a w jej oczach za­grały te same co wczo­raj szma­rag­dowe bły­ski. - Przed wielu laty wy­szłam za mąż za ba­rona Dran­gla, ro­syj­skiego ary­sto­kratę. Je­stem z po­cho­dze­nia pół Po­lką, pół Gru­zinką i dla­tego mam na imię Ta­mara. Ale krótko ży­łam z mę­żem, gdyż szybko stra­cił to, co miał, i roz­pił się osta­tecz­nie. Tego wszyst­kiego, oczy­wi­ście, nie po­wie­dział panu Ku­zu­now. Obec­nie, chcąc wyjść za mąż za niego, mu­szę mieć zgodę na roz­wód od pierw­szego męża. Wła­śnie pan je­dzie po tę zgodę i za nią pan też za­płaci. Ta­nio otak­so­wał się Dran­giel - za­wo­łała z iro­nią. - Tylko pięć ty­sięcy zło­tych! Ale to już jego rzecz, sto­czył się na dno, po­dobno osta­tecz­nie... Ale prócz tego...

- Prócz tego? - po­wtó­rzył Mar­licz, co­raz wię­cej za­in­te­re­so­wany. - Nie poj­muję jesz­cze, że z tej sprawy uczy­niono taką ta­jem­nicę.

- Prócz tego - do­koń­czyła - Dran­giel ma jesz­cze do­łą­czyć pewne pa­piery. Pa­piery, które mi wy­kradł pod­stę­pem. Nic za­pewne w nich nie ma - do­dała, si­ląc się na obo­jęt­ność - ale jest to taki łaj­dak i tak mnie nie­na­wi­dzi, że nie­wy­klu­czone, gdy po­chwy­ciw­szy pie­nią­dze, do­łą­czy coś kom­pro­mi­tu­ją­cego, aby mi za­szko­dzić. Go­tów na­wet - po­pra­wiła się, spo­strze­gł­szy, że wy­ga­dała się zbyt­nio - na­de­słać sfał­szo­wane do­ku­menty...

Mar­licz poj­mo­wał te­raz wszystko i pa­mię­tał, że przed dy­rek­to­rem le­żał ja­kiś ta­jem­ni­czy list. Za­pewne od Dran­gla. Poj­mo­wał, że ten prócz ze­zwo­le­nia na roz­wód obie­cy­wał na­de­słać praw­do­po­dob­nie ja­kieś re­we­la­cyjne in­for­ma­cje, które miały być ta­jem­nicą dla wszyst­kich i w żad­nym ra­zie nie do­trzeć do rąk pięk­nej Ta­mary, i że po to wy­słano go do Wilna.

- Ach, tak - bąk­nął.

- Cho­dzi mi więc - wy­rze­kła te­raz zu­peł­nie otwar­cie - abym mo­gła przej­rzeć te pa­piery, za­nim do­trą do rąk Ku­zu­nowa. Ro­zu­mie pan? Musi pan mi je po­ka­zać...

W Mar­li­czu za­grały resztki uczci­wo­ści. Nie­dawno przy­się­gał so­bie po­stę­po­wać jak czło­wiek prawy, a to, czego żą­dała od niego, by­łoby zdradą wo­bec dy­rek­tora.

- Na­prawdę nie mogę tego uczy­nić - wy­rzekł.

- A wczo­raj mógł pan ode mnie przy­jąć pie­nią­dze? - po­sły­szał ostrą, nie­ocze­ki­waną od­po­wiedź. - Co za na­gła dżen­tel­me­ne­ria.

Mar­licz po­czuł, że czer­wień wstydu na­głą falą za­lewa mu po­liczki.

- Są­dzi­łem, że to tylko po­życzka!

- Po­życzka od ob­cej ko­biety? Aby ukryć de­frau­da­cję? Wszak za­mie­rzał pan so­bie strze­lić w głowę?

- Z tego jesz­cze nie wy­nika, że­bym stale miał być szu­braw­cem!

- Więc od­ma­wia pan? A co bę­dzie, je­śli pójdę do Ku­zu­nowa i opo­wiem mu, w jaki spo­sób po­krył pan nie­do­bory w ka­sie? Gdyż tylko na to mógł pan po­trze­bo­wać pie­nią­dze. Nikt z czte­ry­stu­zło­to­wej pen­sji nie grywa grubo w klu­bie. Wiem, ile pan za­ra­bia i ile pan prze­grał.

Mar­licz czuł, że w tej chwili nie­na­wi­dzi tę ko­bietę, i z tru­dem się opa­mię­ty­wał, by nie rzec jej cze­goś rów­nie przy­krego. Ale ro­zu­miał, że jest cał­ko­wi­cie w jej wła­dzy i że je­śli ze­chce opo­wie­dzieć wszystko dy­rek­to­rowi, ten jej uwie­rzy. Znów znaj­dzie się na bruku. Rów­nież przy­szła re­flek­sja, iż za­pewne Ku­zu­now jest w niej tak za­śle­piony, iż mimo wszyst­kich re­we­la­cji ożeni się z nią, gdyż przy swym spry­cie po­trafi się wy­tłu­ma­czyć z naj­gor­szych za­rzu­tów. A nie­do­brze było so­bie zro­bić śmier­tel­nego wroga z przy­szłej żony zwierzch­nika.

- Cóż, na­my­ślił się pan? - za­py­tała, za­uwa­żyw­szy jego wa­ha­nie.

- Tak! - od­rzekł. - Uczy­nię, co pani żąda. Wszak mam wo­bec niej po­ważne obo­wiązki i pra­gnę się z nich jak naj­szyb­ciej wy­wią­zać!

- Ach, nie mówmy o tym - za­wo­łała zu­peł­nie in­nym to­nem, a uśmiech roz­ja­śnił jej twarz. - Na­prawdę mi przy­kro, że przed chwilą zbyt ostro ode­zwa­łam się do pana, ale je­stem wy­jąt­kowo dziś zde­ner­wo­wana! Za­po­mnijmy o tym i bądźmy przy­ja­ciółmi! Nikt na mnie się nie za­wiódł i po­tra­fię się jesz­cze panu przy­dać w przy­szło­ści. Oto ręka na zgodę. Więc zga­dza się pan dać mi do przej­rze­nia pa­piery?

Znów był cał­ko­wi­cie pod jej uro­kiem i mó­wiła do niego, jak gdyby przed chwilą nie pa­dły po­mię­dzy nimi szorst­kie i ob­raź­liwe słowa.

- Tak! - po­wtó­rzył, ca­łu­jąc wy­cią­gniętą rączkę.

- Skoro pan przy­je­dzie z Wilna - wy­ja­śniła - uda się na­tych­miast do mego miesz­ka­nia. Miesz­kam na Ko­szy­ko­wej pod nu­me­rem 144. Za­nim pan pój­dzie do banku. Przej­rzę pa­piery i zwrócę je panu. Po­ciąg przy­bywa o siód­mej rano, już o ósmej będę ocze­ki­wała pana. Po­tem pan pój­dzie do Ku­zu­nowa, a spóź­nie­nie ła­two wy­tłu­ma­czy zmę­cze­niem.

Ski­nął głową.

- Omó­wi­li­śmy wszystko! - za­koń­czyła. - Te­raz już zwal­niam pana!

Za­stu­kała w szybę, da­jąc znać szo­fe­rowi, aby się za­trzy­mał.

- Jesz­cze jedno! - za­py­tał Mar­licz, wy­sia­da­jąc z sa­mo­chodu. - Czy pani wczo­raj już wie­działa, że Ku­zu­now za­mie­rza mnie wy­słać do Wilna?

- Oczy­wi­ście! - Za­śmiała się, uka­zu­jąc rząd olśnie­wa­jąco bia­łych zę­bów. - Czyż ina­czej od­szu­ka­ła­bym pana w klu­bie? Je­stem zna­ko­mitą de­tek­tywką i zbie­ram o po­trzeb­nych mi lu­dziach za­wsze ści­słe in­for­ma­cje.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki