Kobieta, która nie odmieniła losów świata - Karina Obara

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
5 maja 2015 roku
Już nad ranem, gdy otworzyła oczy, wiedziała, że coś jest nie tak. Wiele wskazywało na to, że się zmieniła, ale o piątej dziesięć nie można mieć jeszcze pewności co do spraw, które mogą wywrócić życie do góry nogami.
Wygrzebała się z pościeli i chcąc, jak co dzień, lekkim krokiem ruszyć w stronę łazienki, zorientowała się, że ciało zastygło jak u ołowianego żołnierzyka marzącego o karierze otwieracza do butelek.
Nie lepiej było podczas mycia zębów. Szczoteczka uparcie wypadała z ręki prosto w pianę z pasty rozbryzganej na dnie umywalki. Dalsza część porannej toalety również nie przebiegła pomyślnie. Benita Kluczman utwierdziła się więc w przekonaniu, że stała się kimś innym, niż była jeszcze wczoraj. Kimś, kto stoi na mokrych kafelkach i zastanawia się, po co je wycierać, skoro lustro podpowiada, że są ważniejsze sprawy do ogarnięcia. Jeśli myślicie, że zwariowała, jesteście w błędzie. Jak w przypadku każdego, kogo uwiera życie, przyszedł czas, aby podjęła właściwą decyzję.
Z takim przekonaniem i kawą z ekspresu Benita Kluczman rozpoczęła zwyczajny dzień w redakcji lokalnego dziennika "Siła Torunia". Jego mocną stroną byli coraz bardziej wyczerpani dziennikarze, słabą - coraz silniejsza władza korporacji, która przyjechała z daleka, aby uczyć tego, co nie sprawdzało się nawet w jej ojczyźnie. Nowa władza najpierw się rozgościła, później zadomowiła, a w końcu zauważyła pierwsze potrzeby. Na dobry początek kazała zaoszczędzić milion.
Praca dziennikarza to nie jest lekki kawałek chleba, ale teraz naprawdę skończyły się żarty. Na efekty oszczędności, zgodnie z życzeniem właścicieli, nie trzeba było długo czekać. Skrócił się czas przygotowywania informacji do druku i zapchała muszla klozetowa. Gdy produkcja newsa nabrała tempa jamajskiego biegacza Usaina Bolta, niektórzy zaczęli podejrzewać, że spięcie w starej instalacji elektrycznej nie było przypadkiem. Tak czy inaczej ostatni dwaj mężczyźni dziennikarze musieli sikać obok deski. Nawet dokładając starań, niełatwo zrobić to precyzyjnie po ciemku. Instalację w końcu naprawiono, ale nawyki trudno wyplenić. A wyglądały one mniej więcej tak:
Szybko żyjesz - wolniej się starzejesz. Chyba że szybciej umrzesz.
Szybko piszesz - napiszesz jeszcze szybciej. Pod warunkiem, że wystarczy ci cierpliwości, aby przeczytać przynajmniej instrukcję obsługi spinacza biurowego.
Szybko myślisz - szybciej zapomnisz. Jeśli w ogóle myślisz, co nie jest dobrze widziane w branży.
Szybko się męczysz - szybciej znajdą się inni na twoje miejsce. Jakby na to nie spojrzeć, wciąż rodzą się nowi ludzie, którzy muszą gdzieś pracować.
Kiedyś tym wszystkim zajmował się sztab dziennikarzy, teraz zostały trzy osobniki wyglądające jak zombie w parku rozrywki. W nocy najczęściej śniły im się literówki, a tym bardziej ambitnym - długie ciągi zdań pisane od końca. Żyli szybko, lecz śnili powoli. I były to, nie ma co ukrywać, sny popaprańców.
W mieście została już tylko jedna kobieta, która zajmowała się fachem dziennikarskim nazywanym przez wszystkich ugrzecznionych - podupadającym. Ona zaś dziś rano zdała sobie sprawę, że to, co robi, nie ma nic wspólnego z rzetelnym informowaniem społeczeństwa o bieżących wydarzeniach. Zostawiając łazienkę w stanie klęski żywiołowej, upewniła się, że w ogóle nie rozumie, co się w mieście dzieje, bo nie ma czasu, aby choć przez chwilę o tym pomyśleć.
Tego dnia w redakcji lokalnego dziennika Benita zebrała swoich ostatnich dwóch dziennikarzy na kolegium i powiedziała:
- To koniec.
- Jak to? A co będziesz robić? A kredyt? - zapytał z przymrużonymi oczami pierwszy z nich. Miał na imię Paweł. Czekał na odpowiedź, mrużąc wciąż oczy, bo skończył pracę o czwartej nad ranem. Właśnie wybiła dziewiąta na zegarze, ale jeszcze nie doszedł do siebie.
- Ach tak! - wykrzyknął drugi. Miał na imię Grzegorz i, co było silniejsze od niego, bez względu na sytuację, w jakiej się znalazł, reagował śmiechem na każdą nowość. Nie zważał przy tym na to, że prezentuje rząd wybrakowanych czarnych pieńków. - Wreszcie! - Cieszył się jak dziecko, bo czekał na to od dawna. Na kryzysie zawsze ktoś zarobi, a on właśnie zapragnął być tym kimś.
- Mam dość pracy ponad siły i widzę, co tu się wyprawia - powiedziała głośno, wstając. - Chciałabym być mądra, a jestem coraz głupsza!
A później opowiedziała ze szczegółami o sprawie, która nie dawała jej spokoju.
- Wymyśliłam, że zrobię cykl wywiadów z najmądrzejszymi ludźmi. Takimi, co wiedzą więcej niż inni i chcą się tym podzielić. Dajmy na to... dziesięć osób.
- Znajdziesz tyle? - zapytał Grzegorz.
- To wymaga czasu - zauważyła Benita.
- Tego towaru w tej robocie nie znajdziesz - stwierdził Paweł i uświadomił sobie, że właśnie zrobił coś, czego się po sobie nie spodziewał - po raz pierwszy od dawna nie skłamał.
- Szef zapewnił, że weźmie. Dwadzieścia złotych za sztukę.
- Majątek! - Grzegorz wyszczerzył pieńki.
- To by było jakieś dwieście złotych, ale kazał przejść na firmę, bo już nie ma wierszówki dla tych na etacie - powiedziała Benita.
- To by było minus dziesięć procent - obliczył szybko Paweł.
- Minus koszty paliwa - przypomniała Benita. - Jeśli pożyczysz mi samochód.
- Zostanie ci tyle, ile płacę miesięcznie za parking!
Nie miała złudzeń, wszyscy wiedzą, co tu się dzieje, ale nie spróbować tego obnażyć to grzech zaniechania. Co na to Bóg Wszechmogący? - prześlizgnęło się po jej głowie. Ale telewizja w owym czasie lżej nie miała. Zdaje się, że właśnie kupili ją Amerykanie.
Podsumowała, że narzeka po raz trzeci w ciągu dwóch miesięcy, a przecież nie chce taka być. Wolałaby się cieszyć z tego, co ma. Już dwa razy żaliła się przełożonym, którzy po usłyszeniu długiej listy skarg wsiedli do auta i odjechali, uprzednio odwiedzając jeszcze sklep z perfumami i odlotowymi ciuchami. Głośny trzask otwieranej puszki piwa w samochodzie zagłuszył ich wyrzuty sumienia - wszyscy jedziemy na tym samym wózku maksymalizacji zysków - podsumowali zgodnie z prawdą, siorbiąc solidny łyk schłodzonego żywca. I redukcji kosztów - dodali po drugim łyku, który przyspieszył namysł. A potem wpadli na pomysł, że trzeba zwiększyć zakres zadań, skoro podwładni mają jeszcze czas na myślenie.
Została sama w redakcji i siedziała tak, patrząc na latającą muchę, która w końcu narobiła jej na lampkę przy biurku.
Naczytała się gazet, tygodników, miesięczników, poradników pozytywnego myślenia, ćwiczyła jogę, oddychanie i skakanie na odreagowanie. Wiedza i energia kipiały z niej, zalewając rumieńcem bezradności. I nagle dotarło do niej, że przecież... kręci się w kółko. Nie ma szans zostać fizykiem, nigdy nie dokona żadnego odkrycia naukowego. Dla niej praca to być, istnieć w mieście, mieszkać w mieszkaniu, spłacać kredyt, a nawet wierzyć, że do czegoś się nadaje. Przecież nie potrafi nic więcej, tylko pisać.
Przynajmniej tak o sobie myślała, co - jak nietrudno zauważyć - nie było do końca mijaniem się z prawdą. W dodatku zbyt wiele osób jej unikało. Może zawsze było z nią coś nie tak?
Siadła więc za biurkiem po raz ostatni, wzięła głośny wdech i wtedy przyszło jej do głowy coś, co nigdy by nie przyszło, gdyby nie próg zmęczenia, który przekroczyła. Miała dość bycia tym, kim jest teraz.
- Pozwę ich - powiedziała, wypuściwszy powietrze. Koledzy powstrzymywali się, aby nie pęknąć ze śmiechu. - Nie mam talentów do spraw technicznych ani fizycznych, nigdy niczego nie odkryłam, zawsze cytowałam innych, ale mam jeszcze coś, o czym zapomniałam, a co na pewno się przyda.
Wybrała numer telefonu do kolegi prawnika.
- Pomożesz mi? - powiedziała do słuchawki. - Można zarobić milion polskich złotych. Dla ciebie dziesięć procent i sława. Gdy wystąpisz w telewizji śniadaniowej, będziesz miał nowych klientów.
- Zgoda - wymamrotał młody prawnik, jeszcze w pidżamie. Miał na imię Tomek.
Odkąd piętnaście lat temu skończył studia, czekał na okazje i od czasu do czasu żył z nich bez specjalnych starań. Zwlekł się z łóżka, podrapał po nagim tyłku i wsunął pluszowe kapcie. - I tak nie mam nic lepszego do roboty. Sprawy zwolnionych z pracy cieniasów zaczynają mnie nudzić. Cienias, który porywa się z motyką na słońce, to zupełnie inna sprawa.
Rozłączyła się i zaczęła porządkować rzeczy na biurku. Wszystko do śmietnika, nawet notes z ważnymi telefonami i adresami mailowymi. W końcu i tak nie wiedziałaby, o czym z tymi ludźmi rozmawiać.
Wtedy zadzwonił telefon.
- Dzień dobry, nazywam się Magdalena Sawko i dzwonię z sieci Polkomtel, chciałabym pani zaoferować...
- Dziękuję, nie potrzebuję żadnej nowej oferty - przerwała Benita, pamiętając słowa mamusi, że grzeczność jest jak poduszka powietrzna, niby nic w niej nie ma, ale potrafi uratować życie.
- Ale jeszcze nie powiedziałam, co mam pani do zaoferowania!
- Nie jestem niczym zainteresowana, jeśli będę, udam się do punktu w centrum miasta.
- Ale ja mam dla pani...
- Powtarzam, nic mnie nie interesuje od...
- Jak można nie być zainteresowanym, zanim nie usłyszy się, co jest do zaoferowania! - krzyknęła zdenerwowana pani z call center i rzuciła słuchawką.
Benita westchnęła ciężko i ugryzła kawałek marchewki, który od wczoraj kilkakrotnie zmieniał lokalizację na jej biurku. W jednej chwili poczuła, jak kruszy się jej dwójka. Co za pech, nie ma już czwórki, a piątka wymaga pilnego leczenia kanałowego.
Zarzuciła plecak na ramię i wyszła, by nigdy więcej tu nie wrócić. Dentystę musiała odłożyć na potem.
ROZDZIAŁ DRUGI
Dzień następny, choć pierwszy w nowej rzeczywistości
Obudziła się rano jeszcze w swoim łóżku, choć niewiele pamiętała z wczorajszego wieczora. Mamusia mówiła, że depresja jest dla frajerów i nieudaczników, dlatego wstała z łóżka, zanim zdążyła się zdołować myślą, że na pewno przegra z medialną korporacją. W mgnieniu oka przed oczami stanął jej obraz trenera koszykówki, który mówi, jak dawniej: "Masz jaja, trzeba tylko poczuć, że swędzą". Szybko upchnęła je w majtki i pochwaliła swoją bujną wyobraźnię. Odbyła poranną porcję ćwiczeń z Chodakowską i rzuciła się do spisywania oskarżeń wobec swojego pracodawcy, które zamierzała niebawem wykorzystać w sądzie.
Po pierwsze - uszczerbek na zdrowiu. Nigdy nie miała natręctw myśli. W wyniku piętnastu lat spędzonych w zawodzie galopada słów w jej głowie przypominała kapustę siekaną przez Chińczyka, który jakimś cudem potrafił oszczędzić palce.
Po drugie - nabawiła się pedantyzmu. Nawyki mycia, czyszczenia, szorowania i zużywania nadmiaru papieru toaletowego doprowadziły jej i tak wątły budżet do przeciążenia.
Po trzecie - spadek libido był u niej tak znaczący, że mogła podczas seksu pisać w głowie kolejny artykuł. W tym czasie nie zauważała orgazmu, choć nie jest wykluczone, że było odwrotnie.
Po czwarte - jej relacje z ludźmi wyglądały jak topniejący lodowiec: ludzie do niej mówili, a po niej spływało. Słowa przyswajała na chwilę, by potem szukać ich w przepaści pustego łba, jak pieszczotliwie mówiła o swoim centrum zasilania. W rezultacie zapominała nawet imiona, a znała ich więcej niż marek samochodów przybywających na polskich drogach. Po piąte - brak przyjaciół. Facebook reagował tylko na gazetowe wpisy, które musiały rozgrzewać znudzonych poszukiwaczy wrażeń w internecie. Nie można mieć przyjaciół, pracując prawie całą dobę i mówiąc do nich językiem z gazety. Nie można też z nimi pić, bo w mediach panuje moda na zdrowe prowadzenie się. Ani jeść, ponieważ za późno kończy się pracę i można utyć bezpowrotnie, co nie jest dobrze widziane w branży.
Po szóste - zwalnia się z pracy, więc staje się bezdomna (bank zabierze jej mieszkanie), a to rodzi konsekwencje. Będą ją nazywać kloszardzicą (zresztą pierwszą w mieście w tak młodym wieku). Straci więc dobre imię.
Trudno jej też będzie zachować higienę i dbać o regularność posiłków. Wprawdzie w środku Europy nikt z głodu nie umiera, jednak jedzenie trzeba zdobyć. Aby je zdobyć, trzeba żebrać albo pożyczać i nie oddawać. Przynajmniej przez jakiś czas, dopóki sytuacja się unormuje. Kiedy? Gdy sąd uzna, że praca doprowadziła ją do upadku zdrowotnego i moralnego.
Spojrzała prawdzie w oczy, opierając się po raz ostatni na miękkiej kanapie. Jest zepsuta do szpiku kości. Etos pracy, jaki kiedyś wyznawała, został zamieniony na nienawiść do pracy. Ślepą nienawiść, która prowadziła ją właśnie do wyboru bezrobocia. Czyż taki patologiczny wybór nie zasługiwał na odszkodowanie? Czy ktoś zdrowy, cieszący się dobrą reputacją, pragnący przynależeć do społeczeństwa i przynosić do domu potrzebne sprzęty oraz żywność, jest w stanie dobrowolnie dokonać takiego wyboru? No, odpowiedzcie sobie na to pytanie.[1]
Włączyła płytę Davida Bowiego, który wyśpiewał piosenkę Under pressure. Zapłaciła przez internet wszystkie rachunki, czyszcząc w ten sposób konto, spakowała w plecak kilka rzeczy, które mogły się przydać, i poszła sobie, zostawiając w drzwiach list do banku i klucz pod wycieraczką.
Gdy szła przed siebie, mijając biegaczy, którym nie przeszkadzał smród spalin, pogwizdując i obserwując, jak wszystko wkoło się zieleni i złoci w wiosennym słońcu, przyszło jej do głowy, że świat jest piękny, a dziennikarstwo to najlepszy zawód świata. Dlatego dziennikarz nie może się bać, bo wtedy zawsze będzie kłamał. A przecież ona przez całe swoje życie nigdy, ale to nigdy nie skłamała! Jeśli ktoś myśli inaczej, niech jej to udowodni.
Miała jeszcze w kieszeni trochę pieniędzy. Wystarczy, aby postawić Tomkowi prawnikowi kawę.
Był to wysoki, ciemnowłosy mężczyzna dobiegający trzydziestki. Na co dzień nosił okulary w niebieskich oprawkach, uważając, że w ten sposób wzbudza zaufanie.
- Niebieski - mówił - to kolor rzucający się w oczy, a ja lubię kontakt wzrokowy. Poza tym ludzie nie mają mnie za buca, tak jak facetów, którzy noszą czarne oprawki.
Czarne oprawki zakładał tylko, gdy szedł do sądu.
- Tam - przekonywał - wygląd buca jest jak najbardziej na miejscu.
Spotkali się w centrum miasta, ale gdy zobaczył, w jakim stanie jest Benita, uznał, że lepiej się z nią nie pokazywać w miejscu publicznym. Zdecydował, że mogą omówić wszystko podczas spaceru bocznymi uliczkami.
- Widzę, że nie masz dwójki - zauważył, gdy uśmiechnęła się na przywitanie.
- To przez marchewkę, na pożegnanie w firmie ugryzłam kawałek, twarda była - przyznała.
- To mówisz, że milion?
- Tak, dla ciebie dziesięć procent. - Poklepała go po ramieniu. Nie założył garnituru, więc jej dłoń wbiła się w miękki, zielony sweter. - Fajna włóczka - zauważyła.
- Kupiłem za ostatni przegrany proces.
- Będziesz moim najlepszym prawnikiem - zapewniła, znów świecąc pustką w ustach.
- Myślałem, że wybierzesz kogoś innego.
- Ty jesteś najlepszy. Przegrywasz, a jednak wygrywasz. I wiem, jak to robisz.
- Twój proces wygramy. I wiem, jak to zrobić.
Benita wyznała, że woli umrzeć niż wrócić do firmy, a także że to, co robi, od dawna jest kompletnie pozbawione sensu, co sąd z pewnością dostrzeże. Na to Tomek prawnik odpowiedział, że nie przeceniałby spostrzegawczości sądu, a już tym bardziej nie liczył, że sąd wzruszy się na wieść o tym, że od pracy w korporacji lepsza jest śmierć. Spojrzał na jej szarą marynarkę, szare zmęczone oczy i potargane krótkie jasne włosy, po czym zapytał:
- Masz jakieś lokum?
- Najlepsze będzie przy piekarni Grochowalskich. Jest tam wentylacja. Z kraty wieje ciepłem.
- Tam przychodzą bezdomni - zauważył przytomnie. - No i ta krata...
- Daj spokój, przywykłam do tortur.
- W takim razie dziś piszę pozew, jutro składam - rozentuzjazmował się, idąc coraz szybciej.
Dorównała mu kroku.
- Szybki jesteś, dzięki. Masz na mailu powody.
- Już je sobie przeczytałem. Niezła z ciebie jędza, wiesz?
- Wiem.
- Ale masz rację.
- To też wiem.
- A nie chcesz więcej?
- Chytry dwa razy traci.
- Ty rządzisz. Dziesięć procent?
- Tak. I bądź pewien, że staniesz się ulubieńcem telewizji.
- Bez tego bym się nie podjął.
- No tak, wiem, że nie mam przyjaciół.
- Masz, w interesach - powiedział i objął ją mocno. - Trzymaj się! - krzyknął, odchodząc szybko. - Zrobię wszystko, byśmy zarobili na twoją dwójkę!
- I jeszcze czwórkę i piątkę. - Otworzyła szeroko usta. - Piątka wymaga kanałowego - powiedziała już do siebie.
A lekki ciepły wietrzyk musnął jej twarz tak znienacka, że poczuła, jak przenika do ust, budząc nerw zęba do kanałowego leczenia.
****
Przeszła całe miasto wzdłuż i wszerz. Widziała wreszcie tak wiele, nie przejmując się niczym. Dawno nie czuła się tak wspaniale zmęczona. Tak zdrowo i rześko. Temperatura pod wieczór zaczęła spadać. Pora znaleźć miejsce na nocleg. Powoli zaczynały boleć ją nogi, w końcu chodzić tak wiele godzin, zwyczajnie przyglądając się światu, to nie to samo, co pisać o świecie, który się zna z opowieści innych. I to tylko wyrywkowo. Nie była przyzwyczajona. Przed północą zdecydowała się na kratę przy piekarni Grochowalskich na Starym Mieście. Gdy dostrzegła, że zbliża się kloszard, szybko usiadła, czując falujące ciepło wentylatora.
- Ej, to moje miejsce! - oburzył się stary człowiek z potarganą brodą i sinym nosem.
- Teraz moje. - Rozłożyła ręce, chcąc zaznaczyć zajęte terytorium.
- To daj parę groszy na bułkę. - Wyciągnął spuchnięte paluchy.
- Masz tu. - Dała mu ostatnie pieniądze. - Ale miejsce moje.
- Dobra. - Machnął siną dłonią, wziął pieniądze i odszedł.
Mogła odetchnąć. Oparła plecy o ścianę, a ciepło wentylatora grzało, gdy pręty kraty wciskały się w pośladki.
Pierwsza godzina była nawet przyjemna. Ulica spokojna, żadnych zbłąkanych psów; mijające ją nastolatki myślały, że leży pijana, więc nie podchodziły. Starsi byli pewni, że jest pod wpływem narkotyków, tym bardziej trzymali się z daleka. W piekarni piekli chleb, więc jego świeży zapach roznosił się po okolicy, przyjemnie drażniąc nos. Naprzeciwko, na placu zabaw, łagodnie szumiały drzewa. Po lewej stronie widniały fragmenty dwóch urzędów, po prawej przejście na Stare Miasto. Idealny punkt obserwacyjny.
Prawie nie zmrużyła oka, bo co chwilę do głowy przychodziła jej jakaś myśl. Głównie były to myśli sabotujące. Czy dobrze zrobiłam? Jak mogłam? Po co to wszystko i co ja tu robię? Każda spotykała się jednak z natychmiastową reakcją jej wielkich jaj, które mocno swędziały. W końcu uznała, że wrogie myśli trzeba ucinać natychmiast, w przeciwnym razie umrze z powodu swędzenia. Jaja były wentylem bezpieczeństwa. Gdyby nie one, już dawno zrezygnowałaby z tego, co zamierza. Tak czy inaczej lepiej mieć jaja niż ich nie mieć. Wolała się ich trzymać.
Nad ranem co jakiś czas musiała wstawać, aby rozprostować kości i rozmasować skórę. Dotrwała tak do szóstej. Siedziała prosto, z przymkniętymi oczami, myśląc o pierwszej rozprawie sądowej, której termin, ze względu na znajomości Tomka, powinien zostać szybko wyznaczony. Nagle pod jej nogi potoczyło się dwa złote. Rozejrzała się dokoła, spojrzała w górę. Nikogo nie było w pobliżu. W mieszkaniu nad piekarnią cicho zamknęło się okno. A może jej się tylko zdawało? Sięgnęła po monetę, obejrzała z każdej strony i ukryła ją w dłoni.
Wstała i weszła do piekarni.
- Poproszę grahamkę - powiedziała do sprzedawczyni.
Była to pulchna kobieta z wyraźnym rumieńcem na nalanych policzkach. Dłonie też miała nabrzmiałe, a cenę "osiemdziesiąt groszy" wymówiła przez nos, tak jakby miała katar. Podała bułkę i skrzywiła się.
- Tu nie wolno siedzieć. - Wskazała na miejsce pod piekarnią i poinformowała, że jest tam kartka z wyraźnie napisanymi dwoma słowami: "Zakaz przesiadywania".
- Nie mam dokąd pójść - powiedziała Benita.
- Można się nabawić hemoroidów - ostrzegła sprzedawczyni.
- Bez obaw, mam gorsze problemy - uśmiechnęła się Benita, pokazując z wdziękiem brak dwójki.
Kobieta chwilę myślała, wpatrując się w uzębienie klientki. Spojrzała na jej krótkie, jasne włosy, na wyraźnie zmęczoną twarz i mały pieprzyk na brodzie, po czym zaczęła krzyczeć.
- Ja panią znam z gazety! - przypomniała sobie nagle. - Co pani robi na tej kracie wentylacyjnej?
- Siedzę sobie. - Benita wzruszyła ramionami. - Albo śpię.
- Nie może pani spać w gazecie?
- Gazeta nigdy nie śpi - westchnęła Benita.
- A pod redakcją?
- Nie daliby mi spokoju.
- No, tu pani też go nie znajdzie, to ulubiona krata bezdomnych.
- Teraz też jestem bezdomna.
- Ale wy tam w tej gazecie to podobno kokosy zarabiacie! Chyba wstydu pani nie ma, żeby bezdomnym miejsce zabierać?
- Nie mam - przyznała. Bo przecież nigdy nie skłamała. Zapłaciła za grahamkę i wyszła.
Zabrała swoje rzeczy z kraty wentylacyjnej, założyła plecak na ramię i dostrzegła, że przyszedł SMS na jej komórkę, którą opłaciła do końca miesiąca. Miała jeszcze cztery dni na zwrotne kontaktowanie się ze światem.
Pozew złożony. I jak? Słyszałem, że siedzisz pod piekarnią? Tomek
Odpisała.
To będzie nasz punkt kontaktowy po północy. Benita
[1] Jasne, że nie! Jeśli macie odmienne zdanie, czas zastanowić się nad sobą, aby nie skończyć jak nasza główna bohaterka. Choć, jak skończy, to się jeszcze okaże.