Kobieta bez znaczenia. Historia Virginii Hall, najgroźniejszej agentki II wojny - Sonia Purnell

-
Proszę czekać
 
 

Dla Sue (1951-2017)

 
 

Odwaga przybiera wiele form

 
 
 
Osoby występujące w książce

Kryptonimy i pseudonimy oznaczone są cudzysłowem. Agenci często mieli kilka pseudonimów lub kryptonimów, ale dla łatwiejszej orientacji używam tylko najważniejszych.

 

"Alain" = Georges Duboudin

"Antoine" = Philippe de Vomécourt (także: "Gauthier", "Major St. Paul")

"Aramis" = Peter Harratt (także: "Henri Lassot")

"Artus" i "Auguste" = Henry i Alfred Newtonowie

"Bishop" = ksiądz Robert Alesch (także: "René Martin")

"Bob" = Raoul Le Boulicaut

"Carte" = André Girard

"Célestin" = Brian Stonehouse

"Christophe" = Gilbert Turck

"Constantin" = Jean de Vomécourt

"Fontcroise" = kapitan Henri Charles Giese

"Georges" = Georges Bégué

"Gévolde" = Serge Kapalski

"Gloria" = Gabrielle Picabia

"Lucas" = Pierre de Vomécourt (także: "Sylvain")

"Marie" = Virginia Hall (także: "Germaine", "Philom?ne", "Nicolas", "Diane", "Diana", "Marcelle", "Brigitte", "Isabelle", "Camille", "DFV", "Artemis")

"Nicolas" = Robert Boiteux (znany również jako Robert Burdett)

"Olive" = Francis Basin

"Pépin" = dr Jean Rousset

"René" = Victor Gerson (także: Vic)

"Sophie" = Odette Wilen

"Victoire" = Mathilde Carré (także: La Chatte)

 
 
Prolog

Francja kapitulowała. Spalone wraki samochodów, wiozących na dachach najważniejsze dla ludzi rzeczy, leżały krzywo w rowach. Wokół ulubione lalki, zegary, lustra, roztrzaskane na kilometrach nieprzyjaznej drogi. Ich właściciele, młodzi i starzy, leżąc w gorącym pyle, jeszcze jęczeli albo zdążyli już zamilknąć. Mimo to płynęły obok nich chmary kolejnych, niekończące się szeregi głodnych i wyczerpanych, zbyt przestraszonych, by się zatrzymać, idących wciąż dalej.

Dziesięć milionów kobiet, dzieci i starców uciekało przed czołgami Hitlera przelewającymi się przez granice ze wschodu i z północy. Całe miasta wyludniły się w próżnej próbie ewakuacji przed nazistowskim blitzkriegiem, który miał ich pochłonąć. Podobno niemieccy żołnierze rozebrani do pasa świętowali łatwość, z jaką dokonywali podboju. W powietrzu unosiły się gęsty dym i smród trupów. Dla dzieci nie było mleka, starcy padali tam, gdzie stali. Spocone konie ciągnące przeładowane stare wozy uginały się pod ich ciężarem i słaniały się bliskie agonii. Działo się to w maju 1940 roku, w trakcie wielkiej fali upałów we Francji, która była też świadkiem największej fali uchodźców w historii[1].

Dzień po dniu przez ten tłum przedzierał się samotny pojazd z nieziemsko piękną kobietą za kierownicą. Szeregowa Virginia Hall często nie miała paliwa albo leków, ale i tak parła naprzód, w stronę postępującego wroga, we francuskiej wojskowej karetce. Nie ustępowała, nawet kiedy niemieckie stuki z rykiem zrzucały na konwoje wszędzie dokoła pięćdziesięciokilogramowe bomby, które paliły samochody i dziurawiły drogi. Nawet kiedy myśliwce przemykały nad czubkami drzew i z broni maszynowej ostrzeliwały rowy, w których kobiety i dzieci próbowały ukryć się przed rzezią. Nawet kiedy francuscy żołnierze dezerterowali z oddziałów, porzucali broń i uciekali, niektórzy czołgami. Nawet kiedy lewe biodro Virginii przeszywał potworny ból od nieustannego naciskania sprzęgła protezą nogi.

Virginia miała trzydzieści cztery lata i po latach okrutnego odrzucania wypełniała swoją misję - znalazła się właśnie w jej punkcie zwrotnym. Dla dobra nie tylko własnego, ale też ofiar, które zbierała z pól bitew i woziła do szpitala, nie mogła zawieść. Istniało wiele powodów, dla których dobrowolnie kładła na szali własne życie, daleko od domu, pomagając obcemu krajowi, choć miliony innych się poddawały. A być może najbardziej liczyło się to, że od dawna nie czuła się tak pełna życia. Brzydziło ją tchórzostwo dezerterów i nie rozumiała, dlaczego nie walczą dalej. Ale ona miała niewiele do stracenia. Francuzi wciąż pamiętali, że w trakcie pierwszej wojny życie oddała jedna trzecia młodych mężczyzn, więc naród wdów i sierot nie miał ochoty na kolejny rozlew krwi. Virginia zamierzała jednak dotrwać do końca, nieważne, dokąd poniesie ją walka. Była gotowa na każde ryzyko, na stawienie czoła każdemu niebezpieczeństwu. Wojna totalna przeciwko Trzeciej Rzeszy, o ironio, dała jej jeszcze jedną, ostatnią nadzieję na wewnętrzny spokój.

Wszystko to jednak nie miało znaczenia w porównaniu z następnymi wydarzeniami w życiu będącym homerycką wręcz opowieścią o przygodzie, działaniu i niewyobrażalnej odwadze. Służba Virginii Hall we Francji latem 1940 roku była ledwie wprawką przed samobójczą misją przeciwko nazistowskiej tyranii i francuskim marionetkom. To Virginia Hall odegrała pionierską i brawurową rolę szpiegini, sabotażystki i dywersantki za linią wroga w epoce, w której o kobietach bohaterkach mówiono rzadko, a ich zadanie w walce ograniczało się do wspierania mężczyzn i opieki nad nimi. Oczekiwano, że panie będą ładnie wyglądać, będą posłuszne i pozwolą brzydkiej płci ponosić ciężar wojny. A na dodatek niepełnosprawne kobiety i niepełnosprawni mężczyźni zamknięci w domach często prowadzili zupełnie niesatysfakcjonujące, pozbawione rozmachu życie. Niesamowite, że dziewczyna, która w tragicznych okolicznościach straciła nogę, pokonała największe ograniczenia, uprzedzenia, wrogość i pomogła aliantom wygrać drugą wojnę światową. Zadziwiające, że kobieta - dowódczyni partyzantów, odgrywająca tak wielką rolę - do dziś pozostaje stosunkowo mało znana.

Ale może tego właśnie chciałaby Virginia. Działała w cieniu i w cieniu była najszczęśliwsza. Nawet jej najbliżsi współpracownicy we Francji myśleli czasem, że Hall nie ma domu, rodziny ani własnego oddziału, jedynie pali ją pragnienie, by pokonać nazistów. Nie znali jej prawdziwego nazwiska ani narodowości, nie wiedzieli, skąd się wśród nich wzięła. Nieustannie zmieniała wygląd i zachowanie, niespodziewanie pojawiała się w różnych, odległych od siebie częściach Francji, równie nagle znikała, pozostając zagadką przez całą wojnę i pod pewnymi względami również po niej. Nawet obecnie odtworzenie ścieżek jej życia zajęło mi trzy długie lata detektywistycznej pracy, prowadzącej od National Archives w Londynie, akt ruchu oporu w Lyonie do stref zrzutu spadochroniarzy w departamencie Górna Loara, dokumentów sądowych w Paryżu, a nawet białych marmurowych korytarzy w kwaterze głównej CIA w Langley. Moje poszukiwania obejmowały dziewięć poziomów tajności i wymagały dotarcia do serca współczesnego amerykańskiego szpiegostwa. Rozmawiałam o ryzyku działania na terytorium wroga z byłym członkiem brytyjskich sił specjalnych i byłymi oficerami wywiadu po obu stronach Atlantyku. Szukałam zaginionych akt i przy okazji odkryłam, że inne w tajemniczy sposób zniknęły. Wiele dni spędziłam, rysując diagramy łączące dziesiątki kryptonimów z wynikami misji Virginii, miesiącami polowałam na fragmenty owych "zagubionych" akt; latami odkopywałam zapomniane dokumenty i wspomnienia. Oczywiście najlepsi przywódcy ruchu oporu nie zamierzali uszczęśliwiać przyszłych historyków, prowadząc o piątej nad ranem regularne zapiski o nocnej misji, a te istniejące często są niepełne lub ze sobą sprzeczne. Tam, gdzie to możliwe, trzymałam się wersji wydarzeń, którą poznałam od osób w nich uczestniczących. Jednak czasami miałam wrażenie, że Virginia bawi się ze mną w kotka i myszkę; choć leży w grobie, to wciąż, jak mawiała, "nie zamierza gadać" o tym, co robiła.

W jej sekretnym świecie, w czasie, kiedy właściwie cała Europa ­- od Morza Północnego do radzieckiej granicy - znajdowała się pod niemieckim jarzmem, zaufanie stało się luksusem, na który sobie nie pozwalano. Aura tajemniczości była równie niezbędna co łatwy do ukrycia pistolet. Mimo że świat ponownie skłania się ku podziałom i ekstremizmowi, ten przykład nieznającego granic braterstwa i podążania za najwyższymi ideałami wyróżnia się bardziej niż kiedykolwiek.

Rządy również nie ułatwiały mi wypełnienia luk. Wiele istotnych dokumentów pozostało utajnionych na kolejne pokolenie, choć i tak udało mi się zdobyć i wykorzystać sporą część z nich dzięki nieocenionej pomocy dwóch byłych oficerów wywiadu. Kolejne akta w latach 70. XX wieku spłonęły w ogromnym pożarze francuskich Archives Nationales i pozostawiły w oficjalnych zapiskach niemożliwą do odtworzenia lukę. Całe teczki dokumentów w National Archives and Records Administration (NARA) w Waszyngtonie zostały z premedytacją przeniesione lub źle skatalogowane, a część całkiem pominięto w trakcie przeprowadzki do innego budynku. Zachowało się zaledwie piętnaście procent oryginalnych dokumentów Special Operations Executive (Kierownictwa Operacji Specjalnych), brytyjskiej tajnej agencji rządowej, dla której Virginia pracowała od 1941 do 1944 roku. Jednak mimo tych wszystkich wyzwań, trudności oraz skręcania w ciemne i ukryte zaułki historia Virginii ani przez moment nie rozczarowała, przeciwnie - raz po raz okazywała się coraz bardziej niezwykła, jej bohaterowie - wciąż żywi, a znaczenie - większe, niż kiedykolwiek mogłam sobie wyobrazić. Virginia pomogła na zawsze zmienić postrzeganie szpiegostwa i roli kobiet w czasie wojny oraz, oczywiście, walkach we Francji.

Wrogowie Virginii byli groźniejsi, a jej działania odważniejsze, niż można by zobaczyć w jakimkolwiek hollywoodzkim filmowym przeboju. Ale ta awanturnicza opowieść jest prawdziwa. Virginia zaś to bohaterka, która nie zatrzymała się nawet wtedy, kiedy wszystko wydawało się stracone. Bezlitosny świat oszustw i intryg, w którym funkcjonowała, mógłby zainspirować Iana Fleminga do stworzenia postaci Jamesa Bonda, jednak to Virginia bliższa jest portretowi genialnego szpiega. Okazała się równie bezlitosna i przebiegła co fikcyjny komandor Bond, ale rozumiała również konieczność niewyróżniania się czy trzymania na dystans i wrogów, i przyjaciół. I podczas gdy Bond przedstawiał się z nazwiska każdemu międzynarodowemu złoczyńcy, Virginia niezauważona przemykała między kolejnymi nieprzyjaciółmi. Bond jeździł modnym astonem martinem, ona zaś podróżowała pociągiem, tramwajem albo - mimo niepełnosprawności - pieszo. Bohater Fleminga bez trudu osiągnął szczyt, Virginia zaś musiała walczyć o każdą odrobinę uznania i autorytetu. Walka uczyniła z niej kogoś, kto nie tylko przetrwał, ale nawet kwitł w sekretnym życiu, jakiego nie wytrzymało wielu z pozoru lepiej nadających się do tej roboty. Nic dziwnego, że obecny szef brytyjskiej agencji wywiadowczej MI6 przyznał otwarcie, że szuka rekrutów, którzy nie krzyczą i się nie popisują, ale którzy musieli "walczyć, by coś osiągnąć"[2].

Virginia była zwykłym człowiekiem, miała takie same wady, obawy i kompleksy jak my wszyscy (może nawet większe), ale to one pomogły jej zrozumieć wroga. Tylko raz zawiódł ją instynkt i przyniosło to katastrofalne skutki. Jednak zwykle udawało się jej pokonywać wewnętrzne demony, dzięki czemu zdobyła zaufanie, podziw, a w końcu wdzięczność tysięcy ludzi. Spotkania z Virginią nie dawało się zapomnieć. Aż do chwili, gdy w latach 60. XX wieku po długim okresie pracy w CIA odeszła ze służby, była kobietą wyprzedzającą swoje czasy i nawet dziś możemy się od niej wiele nauczyć.

Kobiety walczące u boku mężczyzn na pierwszej linii frontu wciąż budzą kontrowersje, a Virginia już niemal osiemdziesiąt lat temu dowodziła mężczyznami głęboko na terytorium wroga. Przetrwała sześć lat drugiej wojny światowej w sposób naprawdę niezwykły. Raz po raz ryzykowała życie, kierował nią jednak nie płomienny patriotyzm, ale miłość i szacunek dla wolności innego człowieka. Wysadzała mosty, tunele, ryzykowała, handlowała i tak jak agent 007 miała licencję na zabijanie. Prowadziła bardzo współczesny rodzaj wojny opartej na propagandzie, podstępie i niszczeniu wroga od środka - technikach, które dziś są nam coraz lepiej znane. Jednak cele miała szlachetne: chciała chronić, a nie niszczyć, odbudować wolność, a nie ją zabierać. Nie szukała sławy i chwały ani też ich nie zaznała.

Książka ta nie jest fachowym opisem bitwy o Francję, analizą najważniejszych postaci ówczesnego szpiegowskiego świata czy rosnącej roli sił specjalnych, choć oczywiście stanowią one bogate i dramatyczne tło opowieści o Virginii. To bardziej próba opowiedzenia o tym, jak jedna kobieta pomogła odwrócić bieg historii. Jak przeciwności, odrzucenie i cierpienie w ostatecznym rozrachunku budują naszą determinację, co w końcu prowadzi do zwycięstwa, nawet w trakcie potwornej wojny, która rzuca długi cień na nasze życie również obecnie. O tym, że kobiety potrafią wyjść poza ramy konwencji i zaprzeczyć stereotypom, o ile tylko da się im szansę. I o tym, jak graniczne sytuacje wojny paradoksalnie otwierają możliwości, na które zwykłe życie nie pozwala.

Oczywiście Virginia, służąc w brytyjskich i amerykańskich tajnych służbach, nie działała sama. Równie często zapominano o pomagających jej lekarzach, prostytutkach, żonach rolników, nauczycielach, księgarzach i policjantach, którzy nierzadko płacili ogromną cenę za swoją odwagę. Choć to, co robili dla sprawy, po części inspirowane było romantycznymi ideałami, byli oni również świadomi, że porażka lub aresztowanie oznaczają samotną i okrutną śmierć. Najgroźniejsze i najbardziej skorumpowane postacie Trzeciej Rzeszy miały obsesję na punkcie Virginii i jej siatki, niestrudzenie próbowano wyeliminować kobietę i ruch, który pomogła stworzyć. Jednak kiedy w 1944 roku nadeszła pora wyzwolenia Francji, tajne wojsko, które Virginia wyposażyła, wyszkoliła i którym czasami dowodziła, a na które nikt nie stawiał, pomogło aliantom osiągnąć pełne i ostateczne zwycięstwo. Virginii jednak nawet to nie wystarczyło.

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Marzenie

Barbara Hall wszystko starannie zaplanowała. Virginię, swoją jedyną córkę i najmłodsze dziecko, urodzoną 6 kwietnia 1906 roku, wychowała, by w przyszłości dobrze wyszła za mąż. Barbara, niegdyś młoda, ambitna sekretarka, w poprzednim stuleciu wygrała los na loterii, poślubiając swojego ówczesnego szefa Edwina Lee Halla (Neda), majętnego bankiera oraz właściciela kin w Baltimore, i nie chciała już nigdy patrzeć wstecz. Ten szybki społeczny awans do eleganckich kręgów Wschodniego Wybrzeża, przynajmniej zdaniem jej rodziny, sprawił, że zadzierała nosa. Nie bezzasadnie. Przecież ojciec Neda, John W. Hall, choć uciekł jako dziewięciolatek na morze na jednym z rodzinnych żaglowców, to potem poślubił dziedziczkę fortuny i został prezesem First National Bank. Brat Johna, stryjeczny dziadek Virginii Robert, był najważniejszą postacią ekskluzywnego Maryland Jockey Club. Barbara obserwowała, jak starsi panowie Hall prowadzą eleganckie życie (podobno wjazd do ich wystawnej kamienicy w Baltimore był tak szeroki, by powóz konny mógł zawracać), i zapragnęła tego samego. Jednak ku oczywistej frustracji żony Ned nie tylko nie potrafił utrzymać rodzinnej fortuny, ale tym bardziej jej powiększyć, więc mieszkali w raczej skromnym domostwie. Wiejska posiadłość Neda i Barbary, Boxhorn Farm w Marylandzie, była elegancka, ale nie miała centralnego ogrzewania, a wodę pompowano ze strumienia. Apartament w centrum Baltimore, choć również gustowny, tylko wynajmowali. Virginia miała więc pomóc bliskim w powrocie na dawne społeczne wyżyny i wżenić się w większą niż rodzinna fortunę.

Barbara z matczyną satysfakcją obserwowała, jak za córką uganiają się majętni młodzi kawalerowie. Zanim Virginia straciła nogę, miała tyle uroku, że przyjaciele ze snobistycznego prywatnego liceum Roland Park Country nazywali ją "Donną Juanitą". Wysoka, smukła, z lśniącymi brązowymi oczami i uroczym uśmiechem (o ile postanowiła go pokazać), niezwykle energiczna stanowiła nie lada wyzwanie dla młodych mężczyzn marzących o jej poskromieniu. Jednak Virginia pogardzała oznakami męskiego zapału, a swoją niezależność okazywała noszeniem chłopięcych spodni i kraciastych koszul, kiedy tylko mogła. "Muszę być wolna", pisała jako osiemnastolatka w kronice szkolnej w 1924 roku, "i mieć tyle swobody, ile mi się podoba". Niewiele w jej życiu zgadzało się z tym, co zaplanowała matka.

Virginia czerpała przyjemność z łamania konwenansów. Polowała ze strzelbą, skórowała króliki, jeździła konno na oklep, a raz przyszła do szkoły w bransoletce z żywych węży. Było oczywiste, że odważna młoda Dindy, jak nazywali ją bliscy, pragnie przygód, podobnie jak jej dziadek, który uciekł na morze. Nawet jeśli oznaczało to znoszenie niewygód. Fakt, że szkoła Roland Park Country po dickensowsku nawet w mroźne dni zabraniała zamykać okien - więc uczennice uczestniczyły w lekcjach ubrane w płaszcze, rękawiczki i kapelusze - Virginii chyba w ogóle nie przeszkadzał.

Dindy mówiła o sobie, że jest "kłótliwa i kapryśna"[3] - opinię tę podzielały koleżanki z klasy, jednocześnie podziwiając jej talent organizacyjny i inicjatywę. Uznały ją za swoją naturalną przywódczynię i głosowały na nią w wyborach na przewodniczącą, redaktorkę naczelną, kapitankę drużyny, a nawet "klasową prorokinię". Starszy brat Virginii John studiował chemię na University of Iowa, po studiach zaś posłusznie zaczął pracować z ojcem, jak zaplanowano mu od kołyski. Virginia przeciwnie - lubiła odkrywać nowe dziedziny życia i rówieśniczki wiedziały, że mogą z jej strony oczekiwać wyłącznie nieoczekiwanego. Uważały Dindy za najbardziej "oryginalną" - co w wyraźny sposób ją cieszyło - ona zaś przyznawała, że "zawsze próbowała do tej opinii dorosnąć"[4]. I choć Ned pobłażliwie traktował takie ekstrawaganckie podejście do życia, Barbara odbierała je inaczej. Pani Hall upierała się, by córka porzuciła zamiłowanie do przygód dla większego dobra - bogatego męża i pięknego domu. Jako dziewiętnastolatka Virginia posłusznie się zaręczyła i wydawało się, że podobnie jak wiele innych dziewcząt z socjety dorastających w latach 20. XX wieku spędzi życie jako pani domu.

Jednak choć majętny narzeczony w oczach matki był idealnym kandydatem, Virginia nie godziła się na jego zdrady i męskie przywileje. Owszem, od młodych "dam" zawsze oczekiwano, że podporządkują się mężom, ale w amerykańskim powietrzu pojawił się już zapach buntu, w pierwszej kolejności w Baltimore, u kochających niezależność podlotków. To było nowe pokolenie młodych kobiet łamiących prohibicyjne zasady w kwestii picia alkoholu i oburzających starszych ludzi krótkimi fryzurami, paleniem tytoniu i tańcami do jazzowej muzyki. Dziewczęta odrzucały jednostronność i ograniczenia tradycyjnego małżeństwa, biorąc na siebie bardziej aktywne role w polityce, również dzięki temu, że w 1920 roku (po wieku protestów) amerykańskie kobiety w końcu otrzymały prawo głosu. Virginia rozglądała się wokół: domowe życie odbierało tlen, a świat zewnętrzny oferował fascynujące nowe swobody. I tak - ku nieskrywanemu oburzeniu narzeczonego - porzuciła go. (Okazało się, że postąpiła właściwie, bo później mężczyzna trzykrotnie nieszczęśliwie się żenił i zdradzał kolejne żony).

Virginia, podobnie jak matka, nie ukrywała swoich ambicji, ale wolała wykorzystywać je do robienia kariery zawodowej i odkrywania świata, nie zaś zdobywania męża nieudacznika, nieważne jak bogatego. W młodości Barbara nie miała zbyt wielkiego wyboru zawodu - pozostawała posada sekretarki. Pod koniec XIX wieku młodej samotnej kobiecie z niewielkim majątkiem życie stwarzało ograniczone możliwości. Zdumiewało ją marzenie córki, by pracować z dala od domu, zamiast wieść przyjemne małżeńskie życie, ale regularne rodzinne podróże w dzieciństwie i niemiecka niania w wykrochmalonym fartuchu obudziły w Virginii głód samodzielnych podróży. W szkole najlepsze oceny miała z języków obcych i marzyła, by mówić nimi w trakcie spotkań z "interesującymi" ludźmi - najlepiej, gdy będzie już ambasadorką. Zupełnie nie zrażało jej to, że tak wysokie stanowiska były dotąd zarezerwowane dla panów. Dindy zamierzała udowodnić, że jest równa mężczyznom, w czym pomógł ojciec (z którym była bardzo blisko), pozwalając córce spędzić następnych siedem lat na studiach na pięciu prestiżowych uczelniach.

Rozpoczęła naukę w 1924 roku w Cambridge w stanie Massachusetts, na Radcliffe (obecnie części Harvardu), ale intelektualna atmosfera ją nudziła, więc rok później przeniosła się do bardziej miejskiego Barnard College na Manhattanie, gdzie mogła się cieszyć rozrywkami Broadwayu. Miała jednak świadomość, że po odprawieniu jednego kandydata na męża powinna się dostosować i szybko złapać kolejnego. Nie udało się. Nie zrobiła też wrażenia na swoich wykładowcach, którzy oceniali ją jako "przeciętną studentkę", nieuczestniczącą w życiu studenckim i w zajęciach wychowania fizycznego. Ulubionymi przedmiotami Virginii były francuski i matematyka (nie znosiła łaciny i teologii), ale choć odchodziła z "dobrą reputacją", to zdobywała średnie oceny i nie zrobiła dyplomu. Wiedziała, że powinna skończyć studia, jednak bardziej pragnęła zacząć życie w prawdziwym świecie. Barnard być może za bardzo przypominał dom, by Virginia mogła rozkwitnąć.

Za to Paryż oferował szerokie horyzonty i Virginii udało się przekonać rodziców, że lepiej pójdzie jej studiowanie za granicą. Jak wiele majętnych Amerykanek ze Wschodniego Wybrzeża przed nią i po niej Virginia uważała stolicę Francji za elegancką bramę do wyzwolenia. Co tydzień setki młodych dziewcząt wchodziły na pokład płynących do Europy liniowców Cunarda, a potem pisały o tym, że modne kobiety w Paryżu - tak zwane garçonnes - mają prawo być niezależne, wysportowane i wyglądać androginicznie, a także kochać i pracować, jak im się podoba. I tak w 1926 roku dwudziestoletnia Virginia również przeprowadziła się na drugą stronę Atlantyku, z dala od męczącego matczynego rozczarowania, i zapisała się do L'École libre des sciences politiques na lewym brzegu Sekwany. U szczytu tak zwanych Années Folles, szalonych lat, zamiast doświadczania amerykańskiej prohibicji i segregacji rasowej Virginia odkrywała fascynującą scenę artystyczną, literacką i muzyczną, na której pojawiali się pisarze tacy jak Francis Scott Fitzgerald, Gertrude Stein i Ernest Hemingway oraz legendarna czarnoskóra tancerka Josephine Baker (znana ze swoich występów i charlestona w Folies Berg?re oraz późniejszej współpracy z ruchem oporu). W kafejkach dzielnicy Saint-Germain i jazz clubach Montmartre'u Virginia poznawała aktorki, kierowców wyścigowych, intelektualistów i początkujących polityków. Żądna przygód młoda kobieta z Baltimore paliła, piła i tańczyła z nimi wszystkimi, zdecydowanie bardziej zafascynowana tym, czego uczyła się od szalonych nowych przyjaciół niż od nauczycieli. Tutaj w końcu mogła być sobą.

Nie porzuciła swobodnego stylu życia, kiedy jesienią 1927 roku przeprowadziła się do wiedeńskiej Konsular-Akademie, by zgłębiać języki obce, ekonomię i dziennikarstwo. Zupełnie inaczej niż w trakcie nowojorskich wykładów, tutaj była doskonałą studentką, przy minimalnym wysiłku osiągała świetne wyniki i miała dużo czasu, by cieszyć się szalonym życiem towarzyskim. Wysoka, szczupła i elegancko ubrana według najnowszych europejskich trendów Virginia zwróciła na siebie uwagę wielu mężczyzn, w szczególności Emila, przystojnego oficera polskiego wojska, z którym chodziła na romantyczne spacery brzegiem Dunaju. Emil uwielbiał wolnego ducha Virginii, czym jak nikt przedtem zdobył jej serce. Jednak pan Hall (najpewniej inspirowany przez żonę) nie akceptował niejasnej przeszłości kawalera i nie pogodził się z myślą, że Virginia na dobre może się osiedlić w Europie, zabronił więc młodym się spotykać. Nieszczęśliwa i zwykle niepokorna Virginia tym razem postąpiła zgodnie z wolą ukochanego Neda (jak nazywała ojca) i zerwała nieoficjalne zaręczyny. Na jakiś czas zachowała jeszcze fotografię Emila, ale na więcej nie starczyło jej niezależności. Nigdy już nie spotkała się z ukochanym, potem dowiedziała się, że prawdopodobnie zginął wiosną 1940 roku jako jeden z tysięcy polskich oficerów rozstrzelanych z zimną krwią przez radzieckie KGB podczas drugiej wojny światowej i pochowanych w masowych grobach w Katyniu.

Kiedy już przebolała rozstanie, Virginia wyjechała z Europy i wróciła do domu jako kobieta zupełnie inna od tej, która wyruszała w podróż w 1926 roku. Przywiozła ze sobą nie tylko dyplom (w końcu), ale również silną wiarę w emancypację kobiet. Trzy beztroskie lata umocniły w niej wielką miłość do Francji i swobód, które dali jej Francuzi. Miłość ta przetrwała okrucieństwa, które zdarzyły się później, i skłoniła Virginię do zaryzykowania życia w obronie - jak sama mówiła - swojej "drugiej ojczyzny". Przywiozła też lepszą znajomość pięciu języków obcych: najpotrzebniejszych francuskiego i niemieckiego, ale również hiszpańskiego, włoskiego i rosyjskiego, choć nigdy się nie pozbyła amerykańskiego akcentu. Była także doskonale zorientowana w europejskiej kulturze, geografii, a przede wszystkim polityce. Gdy mieszkała w Wiedniu, widziała faszystów triumfujących podczas krwawych politycznych niepokojów. W trakcie wyjazdów do Niemiec była świadkiem szybkiego wzrostu popularności Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników obiecującego Wielkie Niemcy Adolfa Hitlera, wieców norymberskich, masowych pokazów siły paramilitarnej władzy nazistowskiej. W niedalekich Włoszech dyktator Benito Mussolini już w 1925 roku wydał wojnę demokracji i od tamtej pory budował państwo policyjne. Virginia obserwowała więc, jak na horyzoncie gromadzą się ciemne chmury nacjonalizmu. Pokój w Europie i ukochane belle vie de Paris Virginii znalazły się w niebezpieczeństwie.

Dindy wróciła do domu, do Boxhorn Farm, w lipcu 1929 roku, niedługo przed unicestwieniem rodzinnej fortuny przez kryzys na Wall Street i Wielką Depresję, która po nim nastąpiła. John stracił pracę w nękanej kłopotami rodzinnej firmie budowlano-finansowej i atmosfera przygnębienia wyraźnie wpłynęła na magisterskie studia Virginii na waszyngtońskim George Washington University, gdzie robiła dyplom z romanistyki i ekonomii. Na zajęcia uczęszczała nieregularnie, ale otrzymywała wystarczająco dobre oceny, by aplikować do Departamentu Stanu, żeby zostać dyplomatką, co wciąż było jej ogromnym marzeniem. Pewność siebie charakterystyczna dla młodości, znajomość języków i duża wiedza akademicka miały pomóc jej w osiągnięciu sukcesu na wymagającym egzaminie wstępnym. Ale fakt, że zaledwie sześć z tysiąca pięciuset aktywnych dyplomatów to były kobiety, powinien dać Virginii do myślenia. Odrzucono ją szybko i brutalnie. "Wysocy urzędnicy Departamentu Stanu nie mają ochoty przyjmować kobiet w swoje szeregi", opowiadała Virginia swojemu przyjacielowi Elbridge'owi Durbrowowi, ale nie zamierzała się poddać i chciała "wejść do służby tylnymi drzwiami"[5].

W międzyczasie próbowała wspierać ojca, który pakował się z jednej biznesowej klapy w drugą i mocno przeżywał los tysięcy bezrobotnych, choć sam znalazł się niebezpiecznie blisko bankructwa. 22 stycznia 1931 roku, wychodząc z biura w centrum Baltimore, Ned doznał rozległego ataku serca, upadł na chodnik i kilka godzin później umarł. Miał tylko pięćdziesiąt pięć lat i jego śmierć była okrutnym ciosem dla rodziny, przede wszystkim dla Virginii. Ned hołubił swoją odważną małą Dindy, godził się na jej zachcianki, nawet jeśli wydawały mu się typowo męskie, tak jak polowanie - kupił nawet córce strzelbę. Teraz nie było już Neda i większości rodzinnych pieniędzy. John z żoną i dwójką dzieci przeprowadzili się do Boxhorn Farm, by zaoszczędzić, a od Virginii oczekiwano, że wraz z bliskimi będzie wieść spokojne życie. Ale takie klaustrofobiczne rozwiązanie mogła znieść tylko przez krótki czas i szybko zaczęła szukać pracy. Po siedmiu miesiącach uwiązania w domu, w sierpniu 1931 roku, zniecierpliwiona bezczynnością Virginia pojechała do Warszawy, by objąć posadę urzędniczki w amerykańskiej ambasadzie. Pensja wynosiła dwa tysiące dolarów rocznie, czyli całkiem dużo (i o jedną trzecią więcej niż przeciętny dochód gospodarstwa domowego we wciąż pogrążonych w depresji Stanach Zjednoczonych, gdzie wielu rodzinom brakowało do pierwszego). Wyrwała się więc w końcu z Baltimore i wstąpiła w szeregi pracowników Departamentu Stanu. Ale mimo studiów i wysokich oczekiwań dostała tylko posadę sekretarki, jak kiedyś jej matka.

Mimo to Virginia od razu zrobiła na nowych kolegach wrażenie - szyfrując i odszyfrowując telegramy, zajmując się pocztą, wizami dyplomatycznymi, wysyłaniem do Waszyngtonu raportów o coraz bardziej napiętej sytuacji politycznej. Miała do tego smykałkę i wykazywała inicjatywę. Warszawa w tamtym czasie była pełnym życia miastem z największą populacją Żydów w Europie, ale Polska (niepodległa dopiero od końca pierwszej wojny) tkwiła niebezpiecznie wciśnięta między dwie potęgi - Niemcy i Związek Radziecki - a jej przyszłość była niepewna. Czas i miejsce okazały się kształcące, zaś sympatię Virginii do Polaków bez wątpienia wzmacniały wspomnienia romansu z Emilem. Prawdopodobnie w tym samym czasie, gdy uczyła się kodowania, po raz pierwszy liznęła kuszącego światka wywiadu. Mimo to czuła, że odbyte studia i doświadczenie marnują się przy maszynie do pisania. Dlatego rok później, przy wsparciu ówczesnych szefów, w tym Durbrowa, wtedy wicekonsula, poprosiła o pozwolenie na powtórne przystąpienie do egzaminu umożliwiającego wstąpienie do korpusu dyplomatycznego. Szczególnie pewnie podchodziła do egzaminu ustnego, w którym wcześniej okazała się wybitna, zdobywając maksymalną liczbę punktów. Virginia wiedziała, że najbardziej pociągająca jest przy bezpośrednim kontakcie i wtedy robi najlepsze wrażenie. Jakimś sposobem jednak pytania na egzamin ustny nigdy do niej nie dotarły i termin aplikowania minął. I kiedy już myślała, że w końcu trafi do jądra Departamentu Stanu, po raz kolejny rzucono ją na obrzeża.

Siedem miesięcy później sfrustrowana sytuacją poprosiła o przeniesienie do Smyrny (obecnie Izmir) w Turcji. Była to idealna posada dla kogoś nielubiącego przebywać w czterech ścianach - miasto blisko lagun i solanek delty Gediz, słynnej z pelikanów i flamingów. Kiedy w kwietniu 1933 roku Virginia przyjechała na miejsce, okazało się, że jej oficjalne obowiązki są niemal identyczne z tymi warszawskimi, w dodatku Smyrna nie była tak strategicznym miejscem na mapie świata. Jednak to właśnie w tym mieście żądna przygód, choć może wciąż nieco naiwna młoda kobieta zmieniła się w kobietę o ogromnym harcie ducha; to tutaj los podsunął Virginii kartę, która zmieniła jej życie. To, co wydarzyło się w miejscu, gdzie rzeka Gediz wpada do lśniącego Morza Egejskiego, miało wpływ na przyszłość odległego kraju w wojnie, która rozpoczęła się sześć lat później.

Wkrótce po przyjeździe Virginia zaczęła organizować grupę przyjaciół, by polować z nimi na bagnach na bekasy. W piątek, 8 grudnia, w pogodny i ciepły dzień, wybrała się na kolejną wyprawę, na którą zabrała ukochany prezent od zmarłego ojca - strzelbę kaliber 18,5 milimetra. Tamtego dnia bekasów pojawiło się mnóstwo i wśród myśliwych zapanowała ogromna ekscytacja, choć ten gatunek nie był łatwym celem z powodu trudnego do przewidzenia lotu. Zawsze gotowa do współzawodnictwa Virginia być można chciała jako pierwsza zestrzelić jednego z dobrze zakamuflowanych ptaków, zdekoncentrowała się i nie zabezpieczyła broni. Kiedy przechodziła przez kolczasty płot okalający wysokie trzciny, potknęła się. Upadła, strzelba ześlizgnęła się jej z ramienia, a pasek zaplątał w długi do kostek płaszcz. Virginia sięgnęła po broń, a ta, niezabezpieczona, wystrzeliła z bliska prosto w lewą stopę kobiety.

Kiedy Virginia traciła przytomność, strużka krwi już płynęła, barwiąc błotniste wody wokół. Rana okazała się poważna; wystrzelony nabój był duży, tępy i pełen kuleczek śrutu, które głęboko wryły się w stopę. Przyjaciele próbowali zatamować krwawienie prowizoryczną opaską uciskową, zanieśli Virginię do samochodu i popędzili do szpitala w mieście. Lekarze w Smyrnie zadziałali szybko i przez następne trzy tygodnie wydawało się, że pacjentka wydobrzeje. Znajomi i kwatera główna Departamentu Stanu w Waszyngtonie z ulgą przyjęli wiadomość, że za kilka miesięcy Virginia wróci do zdrowia. Jednak miejscowi lekarze nie zdawali sobie sprawy, że w otwartej ranie rozwija się groźna infekcja. Tuż przed Bożym Narodzeniem stan Virginii nagle się pogorszył i wezwano do niej szefa amerykańskiego szpitala w Stambule oraz dwie amerykańskie pielęgniarki. Kiedy po dwudziestoczterogodzinnej podróży pociągiem personel dotarł na miejsce, stopa pacjentki była spuchnięta, zaczęła się robić czarna i wydzielać odór, a całym ciałem wstrząsały fale potwornego bólu. Amerykański zespół od razu wydał najgorszą możliwą diagnozę: gangrena objęła część nogi pod kolanem. W czasach przed antybiotykami nie było skutecznego sposobu leczenia i organy Virginii mogły w każdej chwili przestać pracować. Była bliska śmierci, kiedy w Boże Narodzenie chirurdzy piłą odcięli lewą nogę pod kolanem, w ostatniej próbie ratowania życia[6]. Miała wtedy dwadzieścia siedem lat.

Biorąc pod uwagę okoliczności, amputacja przebiegła pomyślnie, ale kiedy Virginia się ocknęła, nic nie mogło ukoić jej żalu za dawnym życiem. Konsulat USA w Izmirze wysłał do Waszyngtonu depeszę, że "urzędniczka Hall" "odpoczywa pod dobrą opieką" i za dwa lub trzy tygodnie powinna odzyskać siły, choć do obowiązków wróci dużo później. Ale w tych pierwszych dniach po operacji Virginia w ogóle nie widziała dla siebie przyszłości. Życie nagle ograniczyło się do szpitalnego łóżka i - co gorsza - do nieustannego współczucia okazywanego przez wszystkich dokoła. No i jak miała przekazać tę informację matce, która nigdy nie chciała, by córka wyjeżdżała tak daleko i która w dodatku niedawno straciła ukochanego Neda? Przez resztę życia, karząc się za bezmyślność, Virginia odtwarzała w głowie tamten feralny dzień, zmieniające się jak w kalejdoskopie obrazy krwi i cierpienia.

Amerykański konsul Perry George zadepeszował do Waszyngtonu, prosząc, by jeden z wyższych rangą urzędników poinformował panią Hall o wypadku Virginii "tak taktownie, jak to możliwe". Virginia słusznie się obawiała; Barbara nie mogła znaleźć ukojenia po otrzymaniu tragicznych wieści. Wkrótce o wszystkim napisano w prasie, ale publiczne współczucie nie pomagało Barbarze, sparaliżowanej obawą, że może stracić najmłodsze dziecko. Dopiero 6 stycznia przekazano z Izmiru informację, że niebezpieczeństwo minęło. Amerykański lekarz w końcu wrócił do Stambułu, z ulgą, że pacjentka przeżyła.

Jedenaście dni później alarm rozległ się ponownie. Kolejna infekcja, najprawdopodobniej sepsa, potencjalnie śmiertelne zakażenie krwi. Znów rozpaczliwie walcząc o życie Virginii, miejscowi lekarze wstrzykiwali w jej kolano tajemnicze serum i co godzinę telefonicznie konsultowali się z amerykańskimi lekarzami w Stambule. Nawet w dzisiejszych czasach i we współczesnej medycynie taki stan określa się jako krytyczny, a wówczas szanse na przeżycie były naprawdę minimalne. Codzienny ból przy zmienianiu nasiąkniętych ropą bandaży na kikucie ledwie dawał się znieść, a serce Virginii często przyspieszało w niekontrolowany sposób.

Którejś nocy, majacząc z powodu infekcji ogarniającej cały organizm, Virginia przeżyła coś, co później opisywała jako wizję. Choć od bliskich dzieliły ją tysiące kilometrów, przy szpitalnym łóżku pojawił się zmarły ojciec i przekazał córce prostą wiadomość: nie wolno ci się poddawać, twoim "obowiązkiem jest przeżyć", jednak jeśli naprawdę nie możesz znieść bólu, przyjdę po ciebie. Virginia oficjalnie nie była wierząca, ale naprawdę uwierzyła, że ojciec do niej przemówił. Tamte słowa pozostały w jej głowie i jeszcze wiele lat później często wspominała, że Ned dał jej siłę, by walczyć o przetrwanie[7]. I tak wygrała pierwszą, choć nie ostatnią, wielką bitwę o życie, właściwie sama, nie licząc ojcowskiego ducha. Jeśli los ją oszczędził mimo tak ogromnego cierpienia, uznała, że z pewnością przetrwa wszystko, co przyniesie życie. Nie pozwoli, by tamten błąd w czymkolwiek jej przeszkodził, uczci tym samym pamięć ojca.

Virginia rzeczywiście cudem nie umarła i konsul, który codziennie odwiedzał ją w szpitalu, był bardzo zdziwiony jej odpornością. Wreszcie pacjentkę przeniesiono do nowocześniejszego szpitala w Stambule, by tam odzyskała siły. Przez niekończące się tygodnie rehabilitacji Virginia nie pozwalała traktować się jak inwalidki. W maju 1934 roku, wbrew radom lekarzy i współpracowników, uparła się, że wróci do pracy w konsulacie dzień po wypisaniu ze szpitala. To była bardzo zła decyzja. Tureccy lekarze mogli zamocować na kikut wyłącznie najprostszą i niedopasowaną drewnianą nogę, więc Virginia była uzależniona od kul; po miesiącach leżenia w łóżku przejście nawet najmniejszej odległości było wyczerpujące. Po powrocie do Smyrny nie miała odpowiedniej opieki medycznej, a ogromny ból nie ustawał. Po raz pierwszy Virginia bardzo tęskniła za domem, czego skutkiem było fizyczne i emocjonalne załamanie. "Przewidziałem tę sytuację i pragnąłem jej uniknąć, ale panna Hall nie rozumiała trudności, jakie przed nią stały", pisał konsul Perry w depeszy do Waszyngtonu. "Ten eksperyment okazał się bolesny dla nas wszystkich"[8].

Kilka dni później Virginia była już na statku płynącym do Ameryki i po miesiącu, 21 czerwca, dotarła do Nowego Jorku, gdzie w porcie czekała na nią rodzina. Niepewnie, kulejąc, córka i siostra podążała w jej stronę. Przyjęto ją do szpitala na serię "operacji naprawczych", które zapewne objęły amputację kolejnego fragmentu nogi, by uniknąć zżerających ciało infekcji, dobrano też nową protezę. Choć nowoczesna jak na lata 30. XX wieku, była jednak toporna i przyczepiano ją skórzanymi paskami oraz rodzajem gorsetu umieszczanego w pasie[9]. W upalne dni skóra parzyła jej ciało, a kikut pokrywał się pęcherzami i krwawił. Choć pusta w środku, pomalowana drewniana noga z aluminiową stopą ważyła trzy i pół kilograma. Samo poruszanie nią było próbą wytrzymałości, a więc ukochane sporty pozostawały zupełnie poza zasięgiem. Do końca życia Virginii miał towarzyszyć nieustanny ból.

W trakcie letnich miesięcy w Boxhorn Farm Virginia od nowa uczyła się chodzić, wciąż zmagała się z nieustępliwymi infekcjami i nieustanną wizją depresji. Lubiła siedzieć na werandzie albo pomagać w karmieniu owiec, koni i kóz. Jednak w listopadzie 1934 roku bardzo chciała wrócić już do pracy i poprosiła o przydzielenie kolejnego stanowiska w Europie, tym razem w Wenecji, gdzie miała nadzieję na "lepsze" warunki niż w Turcji, kraju, z którym wiązały się złe wspomnienia i do którego nie zamierzała wracać.

Nie prosiła o żadne specjalne przywileje ani ulgi w pracy, zatem ich nie dostała. Od czasu do czasu miewała jednak napady złości, częste u kogoś mierzącego się z ogromną frustracją, które zauważali obcy, choć Virginia starała się, by ich nie dostrzegali. Próbowała maskować niepełnosprawność, robiąc długie kroki, ale nawet w butach na płaskim obcasie, które musiała teraz nosić, nierówny chód stawał się bardziej widoczny, gdy czuła zmęczenie. Wchodzenie i schodzenie po schodach okazało się szczególnym wyzwaniem, a Wenecja - najmniej odpowiednim miejscem dla kogoś świeżo po amputacji.

La Serenissima - miasto pieszych. Virginia z przerażeniem patrzyła na śliskie brukowane przejścia i czterysta wypukłych mostków, często ze schodami, nad stu siedemdziesięcioma siedmioma kanałami. Szybko obmyśliła genialne rozwiązanie: własną gondolę zdobioną pięknym złotym lwem, którą mogła się przemieszczać. Angelo, oddany wenecjanin, pomagał jej wiosłować i łapał, kiedy "morze było wzburzone", a "podłoże niestabilne"[10]. Virginia coraz łatwiej zjednywała sobie ludzi, którzy robili wszystko, by pomóc jej w niebezpiecznych sytuacjach, zauroczeni kobiecym wdziękiem i oczywistą odwagą.

Virginia zamieszkała w historycznym palazzo, z balkonu miała piękny widok na Canale Grande. Ponownie rzuciła się w wir życia, do czego przydały się rodzinna porcelana i srebra. Zaprosiła na kilka miesięcy matkę, czując, że wciąż może potrzebować pomocy, szczególnie kiedy kikut jej "ogromnie doskwierał" w oblepiającym weneckim upale. Jednak codzienne funkcjonowanie w obecności niespokojnej wciąż matki stało się niekomfortowe, być może z powodu jej niezadowolenia, że córka ponownie postanowiła pracować tak daleko od domu. Okazało się, że Barbara, choć bardzo i z wzajemnością kochała córkę, już nigdy więcej nie spotkała się z Dindy w Europie.

Mimo trudności Virginia ponownie zrobiła wrażenie na przełożonych w konsulacie Stanów Zjednoczonych, gdzie personel zajmował się wizami, paszportami i repatriacją amerykańskich turystów oraz kwestiami celnymi ważnymi dla biznesmenów. Desperacko pragnąc udowodnić swą wartość, Virginia wkrótce zaczęła rozwiązywać bardziej złożone i delikatne problemy, z którymi zwykle mierzyli się dyplomaci, nie urzędnicy, a nawet zastępowała wicekonsula podczas jego wyjazdów. Odkryła, że najłatwiej jej przegonić ponure myśli, gdy jest zajęta. Konsul widział, że Virginia rzadko bierze wolne dni, nawet w weekendy, i nie pozwala, by jej niepełnosprawność w jakikolwiek sposób przeszkadzała w pracy. Zakładając, że i tak nigdy nie wyjdzie za mąż, uznała karierę za ważniejszą niż kiedykolwiek i robiła, co mogła, by mieć aktualną wiedzę o sytuacji politycznej. Przerażona wzbierającą dokoła falą faszyzmu, pragnęła zaangażować się w dyplomatyczne wysiłki, by ją powstrzymać.

Był to czas ogromnego bezrobocia i szalejącej biedy, kiedy jedynie dyktatorzy przejmujący władzę w Europie zdawali się przynosić ludziom nadzieję. Hitler, do niedawna przedmiot żartów komentatorów politycznych twierdzących, że ten człowiek do niczego nie dojdzie, był już kanclerzem Niemiec, czczonym przez miliony. Tymczasowa ojczyzna Virginii, Włochy, stała się jednopartyjnym faszystowskim państwem pod rządami Mussoliniego, trzymanym w garści przez bandy zbirów z Czarnych Koszul nazywanych squadristi. Stalin wprowadził w Związku Radzieckim krwawą dyktaturę. Ekstremizm - lewicowy i prawicowy - rozkwitał niemal wszędzie, na gruncie propagandy, sloganów i bezwzględnej manipulacji medialnej.

W okresie nazywanym dekadą kłamstw prawda i zaufanie padały ofiarą strachu, rasizmu i nienawiści. Virginia z bliska obserwowała, jak coraz bardziej kruche ideały demokracji przegrywają z innymi rozwiązaniami. Rzadkim wyjątkiem była jej ojczyzna, w której wprowadzony przez Franklina Roosevelta Nowy Ład dawał możliwość wyjścia z kryzysu, m.in. dzięki tworzeniu normalnie płatnych posad w ogromnych projektach publicznych. Virginia oczywiście popierała Roosevelta, a w Barnard College uczył ją niegdyś jeden z głównych doradców obecnego prezydenta, profesor Raymond Moley. Ale frustrowało ją to, że Stany Zjednoczone, nie chcąc angażować się w coś, co uważano za niekończące się europejskie niesnaski, zamykają oczy na rozwój sytuacji na świecie. Choć mieszkała w pięknym miejscu, urzędnicza praca w tak dramatycznej sytuacji zdawała się dusząca i nic niewnosząca.

Pod koniec 1936 roku Virginia postanowiła raz jeszcze podjąć próbę wstąpienia do korpusu dyplomatycznego. Po pięciu latach służby za oceanem jako urzędniczka Departamentu Stanu nie musiała już zdawać egzaminu pisemnego, miała wystarczyć rozmowa. Przekonana, że w końcu coś przemawia na jej korzyść, i nastawiona optymistycznie, w styczniu 1937 roku popłynęła do Stanów, by złożyć aplikację, z błogosławieństwem swoich weneckich szefów. Trzydziestoletnia kobieta po pracy w trzech różnych placówkach miała ogromną wiedzę na temat sytuacji politycznej w konkretnych krajach. Ale jej aplikację automatycznie odrzucono, tym razem jako przyczynę podając niejasną zasadę wykluczającą z dyplomacji osoby z amputowanymi kończynami. Na początku Virginia uznała to za chwilową przeszkodę i zażądała serii spotkań w Departamencie Stanu, by udowodnić, że niepełnosprawność w żaden sposób nie wpływa na jej pracę. Była to odważna, lecz nadaremna próba, zakończona powrotem do Wenecji. Virginia miała złamane serce i żywiła coraz większą pogardę dla zasad oraz ich twórców.

Werdykt wydał sam sekretarz stanu Cordell Hull, ale osoby popierające Virginię, w tym wielu aktywnych demokratów (jak Hallowie), nie godziły się, by jej próby skazać bez walki na porażkę. Po kilku miesiącach i ożywionej korespondencji między wieloma znaczącymi przyjaciółmi rodziny jeden z nich, pułkownik E.M. House, wziął na siebie lobbowanie u starego znajomego w Gabinecie Owalnym. Virginia, jak powiedział Rooseveltowi, jest "szlachetną kobietą o wielkiej inteligencji", "chlubą naszego kraju" i ofiarą "niesprawiedliwości". Mimo protezy prowadzi aktywne życie, wiosłuje, pływa, jeździ konno i "wciąż pracuje", ale raz po raz słyszy, że nigdy nie uda jej się wstąpić w szeregi służby dyplomatycznej. 4 lutego 1938 roku Roosevelt poprosił o informacje Hulla, który zdawał się osobiście urażony tym, że ktoś lobbuje na korzyść Virginii. Powiedział prezydentowi, że niepełnosprawność wpływa na wyniki Hall i nie pozwala spełnić wymogów służby w dyplomacji. Hull, najwyraźniej ignorując pełne pochwał raporty z Wenecji, twierdził, że Virginia "może się spisać"[11], ale tylko jako urzędniczka. FDR sam przezwyciężył częściowy paraliż po polio i sięgnął po najwyższy urząd. Mimo to, o ironio, nie widział powodu, by ingerować w tę sprawę.

Niedługo później Virginia wbrew swoim prośbom otrzymała ­- jako oczywistą karę za zuchwalstwo - odwołanie z Wenecji. Kazano jej się stawić na służbę w amerykańskiej placówce w Tallinnie, dalekiej stolicy coraz bardziej autorytarnego państwa bałtyckiego, Estonii. Kiedy poprosiła o zgodę na przystanek w Paryżu, tylko nieznacznie poza trasą, by móc w pilnym trybie naprawić protezę, szorstko przekazano jej, że nie otrzyma zwrotu kosztów podróży. Kolejnym policzkiem dla niej był fakt, że jej następca w Wenecji - mężczyzna - otrzymał stanowisko wicekonsula i wyższą pensję. Dorastając do swojej buntowniczej reputacji, Virginia postanowiła na własny koszt pojechać do Francji i spotkać się w Paryżu z dawnymi znajomymi.

Niewielu z nich wiedziało o wypadku - choć pewnie zastanawiali się, dlaczego nawet w wiosenne ciepłe dni Virginia nosi kryjące pończochy. Z pewnością nie mieli pojęcia, że to specjalny gorset pomagał ukryć protezę i osłonić kikut, by minimalizować ból i krwawienie. Rodzina matki Virginii, choć teoretycznie należąca do amerykańskiego Kościoła episkopalnego, kultywowała stoickie tradycje niemieckich imigrantów w Pensylwanii, spadkobierców osadników powiązanych z amiszami. Dzieci wychowano tak, by nie rozmawiały o pieniądzach, uczuciach i zdrowiu oraz by nie odsłaniały się przed innymi. Dlatego Virginii naturalnie przychodziło skrywanie problemów i tajemnic. Może i nie wyszła za obojętnego jej mężczyznę, ale częścią jej życia stał się teraz inny rodzaj milczącego cierpienia.

Virginia przyjechała do Tallinna pod koniec czerwca i zaczęła pracę za pensję w takiej samej wysokości - dwóch tysięcy dolarów; podczas siedmiu lat służby nigdy nie otrzymała podwyżki. Jedynym bonusem była możliwość polowań w ogromnych, dziewiczych estońskich lasach i Virginia niemal od razu wystąpiła o licencję, by strzelać do głuszców i bażantów. Postanowiła, że wypadek nie odbierze jej ulubionej rozrywki mimo niełatwych, bagnistych terenów. Urzędnicza praca ją nudziła. Odbierała telefony, wypełniała dokumenty, gdy tymczasem Europa zmierzała ku wojnie. Patrzyła też z przerażeniem, jak we wrześniu 1938 roku brytyjski premier Neville Chamberlain spotyka się z Hitlerem w Monachium i rozmawia o "pokoju". W Estonii działo się mniej więcej to samo co w innych europejskich krajach - rozgorzała nacjonalistyczna gorączka. Zakazano działalności partii politycznych, cenzurowano prasę, a potencjalnie obce nazwiska zmieniano tak, by brzmiały po estońsku. Bojąc się przyszłości, bez nadziei na awans, uziemiona w urzędniczej dziupli kobieta bez znaczenia - w marcu 1939 roku Virginia odeszła z Departamentu Stanu. Miała wielkie ambicje, ale okazało się, że kariera zawodowa wcale nie przynosi więcej satysfakcji niż staromodne małżeństwo, przed którym tak się broniła. I tak jak ono nie równa się lojalności.

Po siedmiu latach życia w cieniu faszyzmu Virginia uznała, że dla ojczyzny może zrobić więcej, próbując obudzić opinię publiczną, pisząc artykuły do amerykańskich gazet i walcząc z "fałszywym myśleniem", "zepsuciem" oraz "potwornym oszustwem". Na wiedeńskiej akademii miała oczywiście zajęcia z dziennikarstwa, ale pisanie nigdy nie było jej mocną stroną. Wątpliwe, by odniosła sukces czy by ją usłyszano. Nie znalazłam żadnych opublikowanych artykułów z tego okresu, choć z paszportu wynika, że została w Tallinnie jeszcze kilka miesięcy. Zresztą pisanie i tak nie mogło dać jej trwałego zadowolenia. W końcu pragnęła działać, a nie tylko opowiadać. Jak miała pokonać życiowe ograniczenia i zrobić coś naprawdę wartościowego? Jak pokonać depresję, która wciąż ją dręczyła, i udowodnić, że nie bez powodu przetrwała tak ogromne trudności?

1 września 1939 roku Niemcy niespodziewanie i agresywnie zaatakowały Polskę. Dwa dni później Wielka Brytania i Francja wypowiedziały im wojnę. Wiadomo było, że sąsiadujący z Estonią Związek Radziecki ma równie ekspansjonistyczne plany, więc pod koniec października Virginia postanowiła wypłynąć jednym z ostatnich statków do Londynu, zanim będzie za późno. Zresztą miała już inny pomysł na życie. Zamierzała porzucić pisanie i zgłosić się do Auxiliary Territorial Service, żeńskiej służby pomocniczej armii brytyjskiej - jednak kiedy pojawiła się w biurze rekrutacyjnym, sierżanci spojrzeli na jej paszport i od razu oznajmili, że obcokrajowców nie przyjmują. Kolejne odrzucenie.

Większość ludzi w takiej sytuacji poddałaby się i wróciła do bezpiecznych Stanów Zjednoczonych, jednak dla Virginii taki ruch byłby przyznaniem się do porażki, czymś nie do pomyślenia. Popłynęła więc do Paryża, gdzie dzięki determinacji i uporowi w końcu znalazła dla siebie rolę, dzięki której mogła aktywnie pomóc w walce z faszyzmem. Chcąc uniknąć kłótni, z premedytacją nie powiedziała matce, że w lutym 1940 roku wstąpiła do francuskiego Dziewiątego Pułku Artylerii, by jeździć ambulansem w Service de santé des armées, wojskowej służbie zdrowia. Nie zaliczyła przeszkolenia medycznego, ale miała prawo jazdy, a ten oddział był jednym z niewielu, w których akceptowano kobiety ochotniczki, również obcokrajowców. Ku radości Virginii przyjęto ją (być może nie mając wiedzy o jej niepełnosprawności) i wysłano na intensywny kurs pierwszej pomocy. W końcu dostała szansę, by odegrać jakąś rolę.

6 maja, po ukończeniu kursu, Virginia zgłosiła się na służbę niedaleko Metz, przy północno-wschodniej granicy Francji, blisko Linii Maginota - betonowych umocnień mających być barierą nie do pokonania dla zbliżającej się niemieckiej agresji. W ostatnich dniach tak zwanej dziwnej wojny niewiele było do roboty. Żołnierze wylegiwali się nieuzbrojeni. Virginia najdelikatniej, jak umiała, poinformowała o swojej nowej roli matkę, twierdząc, że choć jest "zmęczona i brudna", to "ma dobrą opiekę" i "mnóstwo dobrego jedzenia"[12]. Pani Hall nie dała się przekonać. W rozmowie z dziennikarzem "The Baltimore Sun", który pisał artykuł pod tytułem "Mieszkanka Marylandu kierowcą francuskiego ambulansu wojskowego[13]", powiedziała: Virginia "ma dobre intencje, ale to nie przynosi mi pocieszenia, bo w typowy dla niej sposób próbuje sprawić, by wszystko wyglądało lepiej, niż jest w rzeczywistości". Barbara pytała samą siebie, dlaczego jej córka ucieka od wygodnego życia w domu, zamieniając je na trudności, broń i okrucieństwo.

Przez jakiś czas matka nie otrzymywała wieści od Virginii. 10 maja Niemcy przypuścili śmiertelny atak, obchodząc Linię Maginota i atakując Francję przez niebronione zalesione wzgórza belgijskich Ardenów. Dywizje pancerne przeszły przez granicę, zaskakując biernych starych francuskich generałów i miażdżąc ich źle przygotowane wojska - co Virginia mogła obserwować z karetki. Francuzi zamknęli się w archaicznej, obronnej mentalności, siedzieli za murami i wysyłali sobie wiadomości za pośrednictwem gołębi pocztowych. Nie mieli szans w walce z agresywnym i sprawnym nazistowskim wojskiem, szybkim, wyposażonym w miotacze ognia i wspomaganym przez bombardowania z powietrza. Niedbałość i apatia - a czasami i przekupność - dawnych francuskich elit sprawiły, że światowa potęga poddała się w zaledwie sześć tygodni. Politycy i wojskowi, jak ujął to pewien francuski patriota tamtego czasu, ogłupili obywateli "złudzeniem siły i niezniszczalności", które, wystawione przez Niemców na próbę, szybko okazały się "kryminalnym oszustwem"[14]. Oficjalne afisze nieustannie ogłaszały z dumą: "Wygramy wojnę, jesteśmy najsilniejsi!". Nikt we francuskim rządzie czy głównym dowództwie nie zakładał możliwości kapitulacji, dopóki nie nastąpiła.

Po nieco ponad dwóch tygodniach niedobitki francuskiego i belgijskiego wojska, a także liczne oddziały brytyjskie zostały odcięte przez posuwające się niemieckie armie i czekały na ewakuację na plażach Dunkierki. Wydawało się, że nic nie może powstrzymać Hitlera przed zwycięskim marszem przez całą Europę. Virginia z rozpaczą patrzyła, jak większość jej oddziału ratunkowego w panice zostawia rannych tam, gdzie leżą. Nawet wielu oficerów i przełożonych, w tym cywilni urzędnicy i merowie, porzucało swoje obowiązki i uciekało. Również francuski rząd 10 czerwca opuścił stolicę, umykając na południe, do Bordeaux, gdzie wkrótce się rozpadł.

Cztery dni później, o świcie, niezatrzymywani Niemcy wlewali się do Paryża przez Porte de Vincennes, Virginia zaś była już wtedy w drodze do Valençay w Dolinie Loary, głęboko w sercu Francji. Słyszała bowiem, że pewien zdeterminowany francuski pułkownik wciąż zbiera tu rannych i wozi ich ponad trzysta kilometrów do szpitali w stolicy. Kiedy armia wokół się poddawała, bardzo potrzebował pomocy i Virginia odpowiedziała na wezwanie. Przez kilka tygodni przewoziła żołnierzy do Paryża, gdzie musiała za każdym razem występować o kartki na paliwo oraz przepustki od nazistowskich władz, świeżo zadomowionych pod gigantycznymi swastykami w hotelu Le Meurice. Zauważyła, że jako formalnie neutralna Amerykanka ma więcej swobody niż Francuzi, z którymi pracowała. I w głowie zaczęła jej kiełkować pewna myśl.

Nowy prawicowy francuski przywódca marszałek Philippe Pétain zdążył już przejąć władzę i 22 czerwca zawrzeć z Hitlerem rozejm w wagonie kolejowym w lesie Compi?gne, podpisując kapitulację Francji. Kilka tygodni później Virginię formalnie zdemobilizowano, ale w narastającym chaosie przynajmniej miała się gdzie podziać - odnalazła dawną znajomą ze studenckich czasów, która mieszkała na avenue de Breteuil w Paryżu. Virginia zdążyła już doświadczyć strachu przed nieprzyjacielskim ogniem podczas przejazdów karetką, ale ściśle przestrzegana godzina policyjna, odwetowe egzekucje i pierwsza runda aresztowań (rafles) w stolicy bardzo ją niepokoiły. Irytowała się również na uległość francuskich władz godzących się na bardzo wiele kosztujący kraj pokój. To francuska policja strzegła nazistów ulokowanych w najlepszych paryskich hotelach, to Francuzi pozwalali na budowanie na ich własnej ziemi obozów dla tysięcy ludzi zatrzymywanych przez Niemców.

Virginia najbardziej na świecie pragnęła pomóc ukochanej Francji pokonać najeźdźców i walczyć o dawne swobody. Tylko to mogło być jej celem i odsunąć najczarniejsze myśli. Była przekonana, że niedługo Francuzi znowu powstaną, a w międzyczasie zamierzała wrócić do Londynu i czekać. Wielka Brytania występowała teraz samotnie przeciwko Hitlerowi, ale jak długo uda się jej przetrwać bez pomocy? Ku rozczarowaniu Virginii Stany Zjednoczone odmówiły udziału w wojnie u boku dawnych sprzymierzeńców. Kongres nie zgodził się na narażanie życia amerykańskich obywateli w imię czegoś, co uważano za marginalne spory między państwami na odległym kontynencie, szczególnie że tak niewiele czasu upłynęło od pierwszej wojny światowej. Opinia publiczna nawet na uczelniach opowiadała się przeciwko sojuszowi z Wielką Brytanią w powtórce francusko-niemieckiego konfliktu. Ale Virginia na własne oczy widziała, jak wygląda faszyzm, więc izolacjonizm ojczyzny nie mógł powstrzymać jej przed walką, choćby samodzielną. I nawet jeśli dyplomacja zamknęła przed nią drzwi, na pewno istniał inny sposób, by Virginia mogła udowodnić swoją wartość w walce prawdy z tyranią. I musiała go znaleźć.

Przypisy
[1] Porównać można ją prawdopodobnie tylko z falą uchodźców podczas bangladeskiej wojny o niepodległość w 1971 roku. (Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy pochodzą od autorki).
[2] "The Guardian", 2 marca 2017 roku.
[3] Magazyn "Quid Nunc", Roland Park Country School.
[4] Ibid.
[5] Margaret L. Rossiter, Women in the Resistance, s. 190. Na podstawie rozmowy telefonicznej z Elbridge'em Durbrowem przed jego śmiercią w 1984 roku.
[6] Telegram z konsulatu w Izmirze do Departamentu Stanu w Waszyngtonie, 25 grudnia 1933 roku, NARA (National Archives and Records Administration, Maryland, USA), grupa akt RG 59.
[7] Lorna Catling, wywiad przeprowadzony w jej domu w Baltimore 27 października 2017 roku.
[8] Konsul W. Perry George, 16 maja 1934 roku, NARA, RG 59.
[9] Jestem niezmiernie wdzięczna Stewartowi Emmensowi, kuratorowi Działu Zdrowia Społecznego w londyńskim Science Museum, za jego fachową pomoc w kwestiach historii protetyki, którą wykorzystuję w całej książce.
[10] Virginia napisała te słowa na odwrocie fotografii przedstawiającej ją i Angela w gondoli; zbiory prywatne Lorny Catling.
[11] Virginia Hall, teczka 123, NARA, RG 59.
[12] Z wywiadu z Barbarą Hall w "The Baltimore Sun", 12 czerwca 1940 roku.
[13] Ibid.
[14] Philippe de Vomécourt, Who Lived to See the Day, Hutchinson, 1961, s. 22.