ZAMIAST WSTĘPU
"Musi być do wyboru. Zmieniać się, żeby tylko nic się nie
zmieniło"1. Powinna być silna, ale nie za bardzo. Piękna,
ale nie próżna. Opiekuńcza, ale niezależna. Powinna mieć głos, ale nie
mówić za głośno. Świat wymaga od nas wszystkiego naraz i wciąż za rzadko
pyta, czego same chcemy. Portret kobiecy Wisławy Szymborskiej to nie
tylko wiersz - to lustro, w którym odbija się każda z nas. Bo kobieta
musi się dostosowywać, przeobrażać, wypełniać luki, dopasowywać do ról,
które narzuca jej świat. Ale czy w tym kalejdoskopie oczekiwań i obowiązków znajduje się miejsce na własne pragnienia? Na szczęście,
które nie jest kompromisem? Na życie, które nie jest czekaniem?
Od najmłodszych lat karmiono nas bajką o Kopciuszku - o dziewczynie,
która czekała na księcia, by odmienił jej los. Z jaką ekscytacją, wiarą
i nadzieją czekałyśmy! A potem się zjawiał - czasem spóźniony, czasem w za ciasnych butach, czasem bez konia, ale za to z kredytem we frankach.
I nie zawsze był księciem. Ba! Często nawet nie wiedział, że miał nim
być. Najpierw było zdziwienie: Jak to, to już? To ten? Potem
rozczarowanie: Dlaczego nie pasuje do tej bajki, którą miałyśmy w głowie? Pojawiała się frustracja wywołana tym, że role nie były grane
tak, jak nam obiecywano. Żal do siebie za to, że uwierzyłyśmy w scenariusz pisany cudzym piórem. Złość, że tyle czasu spędziłyśmy w wieży oczekiwań, zamiast po prostu zejść na ziemię. Kalejdoskop emocji.
Ale już nie czekamy. Nie potrzebujemy księcia, który wyciągnie nas z trudnej sytuacji, zaprosi do tańca i odmieni nasze życie jednym gestem.
Nie czekamy na wybawienie, bo wiemy, że żadna wróżka chrzestna się nie
zjawi, a szklany pantofelek jest niewygodny i niepraktyczny. Same
piszemy swoje baśnie - czasem są to historie o sile, kiedy negocjujemy
podwyżkę albo skręcamy meble bez rzucania przekleństw. Czasem o stracie,
gdy książę okazuje się zwykłym chłopcem z talentem do znikania. O samotności, ale tej dobrej - gdy z kieliszkiem wina i ulubionym serialem
odkrywamy, że łóżko dla jednej osoby to całkiem wygodny wynalazek. A triumfy? Są. I to jakie! Gdy decydujemy, że to my wybieramy, czy w naszej baśni w ogóle jest miejsce dla księcia - czy może wolimy zostać
królową własnego królestwa. Może dlatego coraz częściej wolimy historię
małej syrenki w oryginalnej wersji Andersena - tej, która była gotowa
poświęcić wszystko, by zawalczyć o siebie, choć cena była wysoka. Może
dlatego bliżej nam do dziewczynki z zapałkami, która zapalała kolejne
płomyki, by zobaczyć choć na chwilę to, czego pragnęła. Bo już wiemy -
nie ma gotowych szczęśliwych zakończeń. Są tylko te, które same sobie
stworzymy.
Bycie kobietą to gra o wysoką stawkę. To życie w świecie, który
jednocześnie nas zachwyca i ogranicza, który daje nam skrzydła i przycina je, zanim zdążymy wzlecieć. To umiejętność dostosowywania się,
a jednocześnie walka o to, by nie zatracić siebie. Każda z nas choć raz
w życiu stała przed decyzją, którą trudno było podjąć. Odejść czy
zostać? Zrezygnować czy walczyć? Udawać, że wszystko jest w porządku,
czy powiedzieć głośno: "Nie zgadzam się"? Każda z nas zna ten moment,
kiedy rozum i serce idą w dwóch różnych kierunkach, a wybór - choć
odważny - nigdy nie jest wolny od konsekwencji. Kobiety się zmieniły.
Świat się zmienił. Już nie czekamy na to, aż ktoś da nam przestrzeń -
bierzemy ją same. Już nie przyjmujemy bez słowa tego, co "wypada" -
pytamy, dla kogo to właściwie jest wygodne. Już nie spełniamy cudzych
oczekiwań, poświęcając nasze - coraz częściej wybieramy to, czego same
chcemy. To proces, który wciąż trwa, ale jest nie do zatrzymania. Nie
musimy robić tego, czego po nas się spodziewano przez wieki. Nie musimy
się umniejszać, by ktoś inny mógł błyszczeć. Nie musimy wybierać między
rodziną a karierą, między miłością a wolnością, między spełnieniem a niezależnością. Możemy wszystko - choć wciąż nie zawsze świat chce to
zaakceptować.
"Nikt nie rodzi się kobietą - lecz się nią staje" - napisała Simone de
Beauvoir. Bo kobiecość to nie tylko biologia, ale suma doświadczeń,
walk, decyzji, porażek i triumfów. To nasza codzienna walka o siebie -
by nie być tylko córką, żoną, matką, partnerką, ale przede wszystkim
sobą. Bo kobieta to nie rola, którą się odgrywa. To opowieść, którą
pisze się każdego dnia na nowo. Wsześniejsze pokolenia kobiet walczyły o to, żebyśmy mogły żyć tak, jak chcemy. Wybierać, kim jesteśmy. Mówić
własnym głosem. Uczyć się, pracować, decydować. Ale ten proces nie jest
zakończony. Wciąż widzimy kobiety, które muszą udowadniać, że zasługują
na szacunek. Wciąż słyszymy historie o tych, którym ktoś odebrał głos.
Wciąż wiemy, że wystarczy jedno polityczne przesunięcie, by coś, co
wydawało się zdobyte na zawsze, znów stało się przywilejem, a nie
prawem. Dlatego nie możemy osiadać na laurach. Jesteśmy częścią zmiany i to my zdecydujemy, dokąd zaprowadzi nas kolejny krok. Albert Camus
powiedział kiedyś, że prawdziwa hojność wobec przyszłości polega na tym,
by dać wszystko teraźniejszości. Może to właśnie jest klucz do kobiecego
spełnienia? By żyć tu i teraz, bez ciągłego oglądania się na to, czego
oczekuje świat. By pozwolić sobie na radość bez poczucia winy. By nie
musieć się tłumaczyć z własnych decyzji. By nieustannie zadawać sobie
pytanie: "Czy to życie, które prowadzę, jest moje?". Wciąż uczymy się
mówić "nie" - kiedy ktoś wymaga od nas więcej, niż jesteśmy gotowe dać.
Wciąż uczymy się mówić "tak" - własnym pragnieniom, marzeniom, decyzjom,
które kiedyś wydawały się nierealne. Uczymy się odchodzić, kiedy coś nas
niszczy, i zostawać, kiedy warto walczyć. Mamy w sobie gniew - gdy świat
traktuje nas jak tło. Mamy w sobie smutek - gdy widzimy, jak wiele
kobiet wciąż nie może decydować o sobie. Ale mamy też w sobie miłość -
do siebie nawzajem, do życia, do tej nieuchwytnej wolności, którą czasem
udaje się złapać jak podmuch wiatru w letni dzień.
Kiedy pisałam Męskie gadanie - książkę o emocjach mężczyzn -
wiedziałam, że przyjdzie pora na głos kobiet. Bo to właśnie kobiety od
pokoleń uczą świat emocji, przyjmują je, oswajają, tłumaczą.
Wychowywałyśmy się w ich cieniu i w ich blasku, pod ich czułym
spojrzeniem i surowymi wymaganiami. To one szepczą do nas w momentach
wątpliwości, to ich historie splatają się z naszymi.
Ta książka powstała dzięki niezwykłym kobietom - odważnym, mądrym,
pełnym życia - które zgodziły się podzielić tym, co najcenniejsze: swoją
historią. To one otworzyły przede mną swoje serca, pozwoliły zajrzeć w zakamarki swoich dusz, odsłoniły rany, które czasem jeszcze bolą, i opowiedziały o marzeniach, które wciąż w nich żyją. Każda rozmowa była
jak uchylenie drzwi do świata, w którym śmiech splata się z tęsknotą, a siła rodzi się nie z braku słabości, ale z umiejętności podnoszenia się
po upadkach. Dziękuję Wam - za Waszą szczerość, która usuwa wszelkie
maski, za siłę, która nie boi się łez, za odwagę, by mówić o tym, co
skrywane, i za czułość, z jaką opowiadałyście o swoich bliznach i triumfach. Dziękuję za każdą chwilę zawahania przed słowem, które było
trudne do wypowiedzenia, i za każdą iskierkę radości, gdy wspomnienia
rozświetlały twarze. Za momenty milczenia, które mówiły więcej niż
tysiąc zdań. Za uśmiechy, które były jak światło, i za łzy, które
oczyszczały jak letni deszcz. Dziękuję, że powierzyłyście mi swoje
historie, że pozwoliłyście je zapisać, dotknąć słowem tego, co dla Was
ważne. Wierzę, że dzięki temu te opowieści odbiją się echem w życiu
innych kobiet - dodadzą im odwagi, pozwolą się przejrzeć w Waszych
doświadczeniach jak w lustrze, poczuć, że nie są same. Bo każda z nas
niesie swoją opowieść, ale razem tworzymy coś znacznie większego -
wspólny głos, który już nigdy nie zostanie uciszony.
Dziękuję mojej Mamusi - pierwszej, najczulszej przewodniczce po świecie
emocji. Tak bardzo mi jej brakuje. Jej ciepły głos, kojący dotyk dłoni,
spojrzenie pełne zrozumienia - to wszystko noszę w sobie, choć już nie
mogę się do niej przytulić. To ona nauczyła mnie, że wrażliwość to nie
słabość, lecz dar, który należy pielęgnować. Pokazała mi, jak słuchać
sercem, jak patrzeć na świat z uważnością i troską. Jej czułość
nieustannie otula mnie w chwilach zwątpienia.
Dziękuję mojej siostrze Ewie, która nauczyła mnie pisać pierwsze litery
- choć droga do tej nauki bywała wyboista, a jej metody dydaktyczne
przypominały bardziej szkołę przetrwania niż klasyczne podręczniki.
Miałyśmy własny system edukacyjny: ona, starsza o cztery lata, pełniła
rolę surowej nauczycielki, ja - niezbyt pojętnej uczennicy, której zapał
do nauki nie zawsze dorównywał jej ambicjom pedagogicznym. Według
rodzinnych legend, kiedy nie nadążałam za tempem lekcji, Ewa stosowała
metodę "wiedza przez osmozę" - czyli delikatne uderzenie książką w czoło. Podobno miało to pomóc. Nie wiem, czy pomogło, ale rzeczywiście
litery zostały ze mną na zawsze - tak jak ona. Dziś Ewa jest moją
pierwszą czytelniczką, moją najczulszą recenzentką i strażniczką sensu,
nie tylko w książkach, ale i w życiu. Jest daleko - za oceanem, w Ameryce - a jednak bliżej niż wielu ludzi, którzy mijają mnie na ulicy.
Czuwająca, uważna, zawsze gotowa, by złapać mnie w locie, zanim zdążę
się potknąć. I choć to ja piszę książki, mam wrażenie, że to ona jest
autorką najważniejszych rozdziałów mojego życia. Bo choć już nie wali
mnie książką po głowie, to wciąż pilnuje, żebym nie zgubiła się w literach, w życiu, w sobie samej. Ma w sobie rodzaj kobiecości, którego
zawsze jej zazdrościłam - czułość, troskę i niewzruszoną wiarę w to, że
świat można naprawić, jeśli tylko się go wystarczająco mocno przytuli.
Dziękuję mojemu Synowi, który uczynił mi zaszczyt, przyjmując rolę
ilustratora tej książki. Jego portrety to opowieści utkane ze światła i emocji - uchwycone w subtelnym geście, w spojrzeniu pełnym zamyślenia, w czułości, która nie potrzebuje słów. W jego fotografiach jest coś
niezwykłego - umiejętność dostrzegania tego, co niewidzialne,
wydobywania z kobiet ich prawdziwej siły i delikatności zarazem. Jestem
dumna i wzruszona, że właśnie on - mój Syn - chciał być częścią tej
opowieści, że zechciał swoim talentem dopełnić słowa obrazem, dodając im
nową, głęboką warstwę znaczeń. To więcej niż ilustracje. To portrety
duszy. Dziękuję Ci, Synku, za tę niezwykłą podróż, za spojrzenie, które
potrafi wydobyć piękno w najczystszej postaci, za Twoją wrażliwość,
która sprawia, że ta książka stała się jeszcze bardziej nasza.
Dziękuję również mojej cudownej redaktorce prowadzącej Magdzie
Chorębale, która z niezmiennym wdziękiem i niesłabnącą cierpliwością
przypomina mi, że książki same się nie napiszą. Gdybym była
Kopciuszkiem, Magda byłaby wróżką chrzestną, ale taką, która zamiast
różdżką macha deadline'em. A ponieważ nie jestem Kopciuszkiem, a książki
nie powstają dzięki magii, tylko ciężkiej pracy - bez niej pewnie wciąż
myślałabym, że mam na wszystko czas. Magda wie lepiej. I dobrze, że tak
jest.
Ta książka to nie poradnik. Nie znajdziesz tu gotowych recept na
szczęście, bo każda z nas musi odnaleźć własną drogę. Ale może
znajdziesz tu siebie - w słowach innych kobiet, w ich historiach, w ich
śmiechu i łzach. Może odnajdziesz ślad własnych myśli. Może któreś
zdanie zatrzyma cię na dłużej. Może coś pozwoli ci spojrzeć na swoje
życie inaczej. A może po prostu poczujesz się częścią tej rozmowy - tej
niezwykłej energii, którą kobiety potrafią sobie nawzajem dawać.
Zatem usiądź. Zaparz kawę albo herbatę. Odłóż na chwilę wszystkie
"muszę" i "powinnam". Bo to jest rozmowa o tobie. O mnie. O nas. O tym,
jak sprawić, żeby nasze życie - mimo trudności, mimo porażek, mimo
wszystkiego - było naprawdę nasze.
Wisława Szymborska, Portret kobiecy, https://poezja.org/wz/Wislawa_Szymborska/41/Portret_kobiecy. [wróć]
KATARZYNA BOSACKA
Życie po końcu świata
Rozpacz nie jest krzykiem. Nie jest dramatycznym rzcaniem się na
podłogę ani pękniętym kieliszkiem wina. Rozpacz to cisza. Gęsta, lepiąca
się do skóry, wżerająca się w każdą komórkę ciała. To siedzenie
godzinami w jednym miejscu, wpatrywanie się w pustą ścianę, zapominanie,
że trzeba oddychać. To poranki, które wyglądają tak samo jak kiedyś, ale
w których nie ma już nic znajomego. Świat się nie zmienił - słońce
wschodzi, kawa się parzy, dzieci odrabiają lekcje, pies wyciąga się na
kanapie - ale ty jesteś kimś innym. Kimś, kto nie rozumie, dlaczego w ogóle jeszcze istnieje. Rozpacz to utrata sensu. Nie ból - bo ból jest
konkretny, ból można opisać. Rozpacz jest czymś więcej, czymś, co nie
mieści się w języku. To długie noce, kiedy nie można spać, bo sen wymaga
spokoju, a w środku nas jest tylko chaos. To poczucie, że świat się
skończył, ale z jakiegoś powodu wciąż trzeba w nim funkcjonować. Fiodor
Dostojewski pisał w Zbrodni i karze: "Cierpienie i ból nieodłącznie
towarzyszą szerokim horyzontom myślowym i głęboko współczującemu sercu".
Może dlatego człowiek, który przeżył prawdziwą rozpacz, nigdy nie jest
już taki sam. Zmienia się nieodwracalnie - skóra staje się cieńsza, ale
serce bardziej pojemne.
Mówią: Czas leczy rany. Kłamią. Czas niczego nie leczy. Można jedynie
nauczyć się żyć z rozdarciem, oswoić własne ruiny, zaakceptować, że już
nigdy nie będzie się tą samą osobą. Ale zanim to nastąpi, jest dno.
Głęboka, ciemna przepaść, w której można ugrzęznąć. Niektórym nigdy nie
udaje się z niej wydostać. A jednak... czasem zdarza się cud. Przychodzi
chwila, kiedy ból się odsuwa. I nagle zaczyna się oddychać. Powoli,
ostrożnie, jakby na nowo uczyło się życia. Rozpacz, która miała być
końcem, staje się początkiem. Pustka, która wydawała się nie do
zniesienia, okazuje się przestrzenią - miejscem, w którym można zbudować
coś nowego. Bo, jak pisał Czesław Miłosz: "Jest taka cierpienia
granica/Za którą się uśmiech pogodny zaczyna"1.
Kiedyś Agnieszka Osiecka napisała dla Maryli Rodowicz, którą zostawił
czeski narzeczony, piosenkę na pocieszenie, Ja z podróży. "Zgubiłam
drogę,/nie wiem, gdzie zrobiłam błąd./Kto powróży, kto powróży,/kto
zgadnie przyszłość z pustych rąk?"2. Jakie to uczucie, kiedy nagle
rozpada się cały twój świat?
Uff, dotknęłaś teraz bolesnego punktu. To jest coś, o czym nie da się
tak po prostu opowiedzieć, bo to nie tylko historia, to jest całe
doświadczenie, które pochłania cię całkowicie. Spadasz. Po prostu
spadasz w otchłań, w jakąś ciemność, w miejsce, gdzie nie ma już żadnych
punktów zaczepienia. Nie możesz jeść, nie możesz spać, nie możesz myśleć
o niczym innym. Cały czas masz ten ucisk w piersiach i w gardle, ten
ból, który dosłownie odbiera oddech. To jest jak stan zawieszenia między
snem a jawą, ale w żadnej rzeczywistości nie ma ukojenia. Jest tylko
rozpacz.
I co zrobić z tą rozpaczą? Zwłaszcza gdy przychodzi nagle, bez
ostrzeżenia?
Jest jak nóż w piersi. Przebija cię na wskroś i nie wiesz, czy
kiedykolwiek będziesz w stanie wyjąć go bez wykrwawienia się do końca.
Bo wiesz, gdybyś się spodziewała, że coś się rozpada, to może zdołałabyś
się przygotować, może miałabyś czas, żeby się uzbroić, zebrać siły. Ale
kiedy to przychodzi nagle, nie masz żadnej osłony, żadnej tarczy. Tylko
ten cios. I najgorsze jest to, że w pierwszych dniach, tygodniach,
miesiącach nie wiesz, co z tym zrobić. Bo cała twoja codzienność
rozsypała się na kawałki i nie masz żadnego schematu, według którego
mogłabyś to poskładać na nowo.
I wtedy pojawia się pytanie: jak żyć dalej?
Tak, ale na początku nawet nie jesteś gotowa, żeby je sobie zadać. Na
początku po prostu trwasz w tym bólu, bo nie da się go uniknąć. Nie
można go oszukać, nie można przeskoczyć. I wydaje ci się, że nie ma
żadnego "dalej", żadnego "jutro". Jest tylko to teraz, ten ciężar, ta
noc, która się nie kończy.
Pamiętam, jak dwa miesiące wcześniej przeprowadzałam z wami rozmowę do
miesięcznika "Pani" na ekskluzywną kolumnę "Partnerzy". Para jak z bajki. I nagle gruchnęła wieść...
I to jest właśnie najbardziej surrealistyczne. Czytasz o sobie w magazynie, patrzysz na swoje zdjęcia, na historię, którą opowiadałaś, i nagle zdajesz sobie sprawę, że to już nie ty. Że ta kobieta z wywiadu -
uśmiechnięta, szczęśliwa, pewna swojego świata - już nie istnieje.
Jakbyśmy byli postaciami z bajki, która nie doczekała się szczęśliwego
zakończenia.
Jak wyglądał ten dzień, kiedy się dowiedziałaś, że twój mąż odchodzi?
Nie chce mi się o tym gadać. To był grom z jasnego nieba. Rano była
kawa, plany na cały dzień, podróż i... Nagle rzeczywistość się
rozszczepiła - jeszcze nie wiedziałam, że żyję już w innej wersji mojego
życia, w której wszystko wygląda inaczej. Usłyszałam jedno zdanie, które
prawie mnie zabiło.
Co czuje kobieta, która po dwudziestu sześciu latach dowiaduje się, że
jej życie, które z taką czułością, miłością i poświęceniem budowała,
właśnie się rozpadło?
Najpierw jest szok, niedowierzanie. Potem próba negocjacji z rzeczywistością - że może to błąd, pomyłka, może da się cofnąć czas o pięć minut, zanim te słowa padły. Potem jest ból. Zaczynasz wyć. Ale
najgorsza jest pustka. Taka, która wbija się pod skórę i sprawia, że
nawet oddychanie staje się trudne.
Myślałaś, że to jakiś zły sen? Budziłaś się rano i...
Nie budziłam się, bo nie spałam. To było najgorsze - noce, które się nie
kończą, myśli, które nie dają ci spokoju, cisza, która jest zbyt głośna.
W dzień jeszcze jakoś funkcjonujesz, bo wokół są ludzie, bo telefon
dzwoni, bo ktoś przychodzi, ktoś pyta, ktoś mówi, że musisz się trzymać.
Ale w nocy zostajesz tylko z tym bólem. Nie śpisz. Nie jesz. Patrzysz
tępo przed siebie, ktoś podaje ci leki uspokajające, ktoś załatwia je
przez znajomego lekarza, ktoś wykupuje recepty, ktoś mówi: "Musisz coś
zjeść", "Musisz się napić". Ja miałam szczęście, bo byli ze mną ludzie -
dzieci, rodzina, bliscy. Ale znam kobiety, które lądowały w szpitalach
psychiatrycznych i leżały tam przez kilka tygodni jak warzywa, bez
kontaktu. Bo to jest taki szok.
Jak poradzić sobie z poczuciem zdrady, które dotyka nie tylko serca, ale
i tożsamości?
Na początku nie da się z tym nic zrobić. To cię pochłania, niszczy,
rozsypuje na kawałki. Nie da się po prostu powiedzieć: "Dobra, to
zamykam ten rozdział i idę dalej". To jest tak, jakby ktoś wyrzucił cię
na śmietnik. Czujesz się niewystarczająco dobra, niewystarczająco mądra,
niewystarczająco zaradna, niewystarczająco kobieca, niewystarczająco
młoda. Analizujesz każdy moment swojego życia, każdą decyzję, każde
słowo, zastanawiając się, gdzie popełniłaś błąd. Zdrada - w sensie
emocjonalnym, psychicznym - zostawia w człowieku wyrwę. Bo przestajesz
być tą samą osobą, którą byłaś wcześniej. To zło rozlewa się jak
trucizna na dzieci, rodzinę, bliskich, znajomych, przyjaciół. Wszyscy są
w szoku: Ale jak to? Oni? Przecież to niemożliwe! Przecież to takie
dobre małżeństwo! Czwórka dzieci!
Kluczowe w tej sytuacji jest jedno - otoczenie się bliskimi, życzliwymi
osobami i ich pomoc, za którą będę im do końca życia wdzięczna. Pomoc
konkretna, realna pomoc ludzi, którzy staną obok i zaczną organizować ci
życie, kiedy sama nie jesteś w stanie podnieść się z łóżka. Ludzie,
którzy powiedzą: "Weź urlop, odpocznij". "Nie martw się, załatwimy ci
zwolnienie lekarskie". "Chodź na spacer, nawet jeśli nie masz siły".
"Musisz pić wodę, wypij kilka łyków". "Nie zostawaj sama". Pamiętam, jak
dzieci prosiły: "Mamo, zjedz. Nie możesz nie jeść". I kiedy nawet te
dwie łyżki były ponad moje siły, proponowały coś innego: "Nie chcesz
zupy? To wypij kefir". To są te pierwsze dni, które pozwalają ci
przetrwać fizycznie, bo psychicznie... psychicznie cię nie ma.
Myślałam, że na początku jest gniew, wściekłość...
Nie. Na początku jest rozpacz. Totalna, absolutna. A potem pojawia się
coś jeszcze - lęk. Boli cię żołądek, całe ciało jest w stanie fizycznego
bólu. Nie śpisz. Nie jesz. Nie odbierasz telefonów. Patrzysz w ścianę
godzinami, nie pamiętasz, który to dzień, nie rozumiesz, jak ludzie mogą
żyć dalej, śmiać się, chodzić na zakupy, pić kawę. Świat się nie
zatrzymał, choć twój właśnie się skończył. Skończył się, ale przecież są
dzieci, praca, twoi fani, którzy czekają, aż wrócisz, martwią się i wspierają. I wtedy wiesz, że musisz coś zrobić. Że musisz się podnieść,
choć nie masz pojęcia jak. Najpierw zaczynasz się dokształcać - w bezsenne noce słuchasz podcastów tematycznych, pożerasz książki mądrych
terapeutów, czytasz artykuły w prasie psychologicznej, by zrozumieć, co
się stało. I wtedy słyszysz od bliskich: "Musisz iść do psychiatry. To
normalne, że potrzebujesz pomocy. Jeśli ktoś ma chore serce, idzie do
kardiologa. Ty masz złamaną duszę". Na początku myślisz: "Nie, nie
przesadzajmy, nie jestem wariatką, poradzę sobie". Ale nie radzisz sobie
wcale. I wtedy, kiedy po raz dziesiąty ktoś mówi: "Zrób to dla mnie, dla
siebie, dla dzieci, idź po pomoc", w końcu idziesz.
Do psychiatry?
Tak. Jak najszybciej, prywatnie, za ciężkie pieniądze, ale jedne z najlepiej wydanych w moim życiu. Po półtoragodzinnym wywiadzie
psychiatra mówi: "To są leki, które pani przepiszę. Zadziałają za
tydzień, może za dziesięć dni". Ale wiesz, co jest najciekawsze? Że po
tej pierwszej tabletce, chociaż wiem, że nie działa jeszcze
biologicznie, psychicznie już czuję się lepiej. Bo nagle masz poczucie,
że zapanowałaś nad czymś. Że zrobiłaś pierwszy krok. Zaczynasz brać leki
rano, najpierw mniejszą dawkę, potem większą. Leki na sen. I powoli,
bardzo powoli, zaczynasz funkcjonować. Najpierw w tym dole, w tej
totalnej dupie, jak to nazwałam, ale zaczynasz się w niej urządzać. I znów masz atak lęku, ale pamiętasz, że psychiatra mówił: "Proszę nie
patrzeć do tyłu. Przeszłości już pani nie zmieni, więc po co w niej
grzebać?". I to jest cholernie trudne, bo myśli wracają jak obsesja: "A może mogłam zrobić coś inaczej? Może to ja popełniłam błąd? Może gdybym
była lepsza, mądrzejsza, bardziej czuła, mniej wymagająca...?". Ale nie.
Nie można w tym utknąć, bo tam nie ma odpowiedzi.
Ale jak się zmusić do tego, żeby w ogóle wstać z łóżka?
Antydepresanty to robią. Praca, dzieci. To wszystko podnosi cię do góry,
daje tę pierwszą siłę, żeby wstać. Ale potem to jest już twoja praca.
Musisz się tego nauczyć na nowo. Byłam pilną pacjentką. Psychiatra
mówił: "Regularny sen" - to spałam. "Sport" - chodziłam po
dziesięć-dwanaście kilometrów dziennie. "Nie patrzeć wstecz" - odcięłam
wszystko, co mnie dołowało. Nie oglądałam nawet filmów, które mnie
smuciły. Żadnych ponurych książek i żałobnej muzyki. Zamiast tego szłam
na stand-upy, na impro, na rzeczy, które mnie bawiły. Powoli zaczęłam
wychodzić z domu, uśmiechać się nieśmiało, nawet jeśli na początku to
był tylko śmiech przez łzy.
Zaczęłam dbać o siebie. Codziennie układałam włosy, robiłam makijaż. Nie
dla kogoś - dla siebie. Bo po raz pierwszy od lat to ja byłam na
pierwszym miejscu. Wcześniej zawsze ktoś był ważniejszy. Dzieci, mąż,
praca, dom, pies - przecież trzeba mu pomóc, ogarnąć, wesprzeć,
dopilnować. A ja? Ja byłam gdzieś na końcu. Jak zdążę, to może umaluję
oko, może zrobię coś dla siebie, ale najczęściej i tak brakowało czasu.
I nagle stałam przed lustrem i myślałam: "Kiedy ostatnio poświęciłam
sobie więcej niż dziesięć minut dziennie?". To była zmiana. Zaczęłam to
doceniać. Malowałam usta czerwoną szminką luksusowej marki, którą
dostałam od przyjaciółek i szłam z psem na spacer. Najpierw na dziesięć
minut. Potem na godzinę. Chłodna woda jeziora na skórze, zapach lasu po
deszczu, dźwięk kroków na ścieżce. I wiesz co? To wszystko działa. Małe
rzeczy zaczynają układać cię na nowo. Nie siedzisz i nie patrzysz w przestrzeń - zaczynasz uczyć się włoskiego, bo teraz masz czas i zawsze
o tym marzyłaś. Wychodzisz na kolację. Jedziesz na weekend. Nagle nie
jesteś tą porzuconą, która stoi w miejscu. Jesteś tą, która idzie
naprzód.
Zaczęłam sobie zadawać pytanie: Co dalej? Czy powinnam zamknąć się w sobie? Pogodzić z tym, że życie się skończyło? Że jestem już tylko
matką, kobietą po przejściach, że teraz mogę tylko czekać na wnuki, na
spokojną starość? Siedzieć i płakać? Niedoczekanie! Zawsze miałam duszę
wojowniczki. Przecież minęła dopiero połowa mojego życia. A teraz będzie
ta lepsza połowa. Taka, w której ja się liczę. Taka, w której nie muszę
się martwić, czy zdążę ugotować obiad, czy ktoś doceni, że dbałam, że
myślałam, że byłam. To połowa, w której mam czas na swoje pasje, na
podróże, na marzenia, które odkładałam na bok. To połowa, w której będę
ważna.
Czy samotność po tak długim związku jest przepaścią czy nowym
terytorium?
To zależy. Możesz usiąść w tej pustce i pozwolić, by cię pochłonęła.
Możesz w kółko analizować przeszłość, rozdrapywać rany, zastanawiać się,
gdzie popełniłaś błąd, chcieć zniszczyć byłego, puścić go w skarpetach,
zabronić mu kontaktu z dziećmi, codziennie go przeklinać. Ale ja
powiedziałam sobie: Nie tędy droga. Po co tkwić w martwym punkcie i zatruwać siebie i bliskich jadem? Po co cały czas obsesyjnie żyć życiem
byłego, jak to robi wiele kobiet, nawet tych bardzo znanych? Wiedziałam,
że trzeba zachować dobre wspomnienia, ale jednak odciąć się od
przeszłości i iść do przodu.
A co, jeśli nie masz na to siły?
To wtedy się zmuszasz. Nie zastanawiasz się, czy ci się chce. Po prostu
robisz to, co lekarz wypisał w recepcie, i powoli wracasz do siebie, do
zdrowia. Powoli dociera do ciebie, że życie nie tylko trwa dalej, ale
może być jeszcze bardzo piękne. Terapia mówi: Patrz do przodu. Nie
możesz zmienić tego, co było. Ale możesz zmienić to, co będzie. I pewnego dnia przekonujesz się, że...
"Można żyć bez powietrza!"3, jak napisała Maria
Pawlikowska-Jasnorzewska?
Tak. A potem okazuje się, że to powietrze, którym kiedyś oddychałaś -
wcale nie było takie świeże. Że można żyć lepiej. Że można czuć mocniej.
Że tamto życie nie było złe, ale to, które przyszło, jest o wiele
lepsze.
Frida Kahlo powiedziała, że w końcu możemy wytrzymać o wiele więcej, niż
sądzimy, że potrafimy. Byłaś zaskoczona tym, ile miałaś w sobie siły,
kiedy przyszło ci zmierzyć się z rozpaczą, z kryzysem, kiedy cały twój
świat się rozpadł?
Zawsze wiedziałam, że jestem silna. Moje dzieci nazywają mnie czołgiem
radzieckim - podobno nic mnie nie zatrzyma. I wiesz, coś w tym jest. Mam
w sobie tę niezniszczalność, tę zdolność podnoszenia się i parcia do
przodu. Ale jednocześnie jestem emocjonalna, uczuciowa, bardzo rodzinna.
Dla mnie to, co się wydarzyło, było jak trzęsienie ziemi. To nie było
"trudne", to było przerażające. I tak, wiedziałam, że dam sobie radę,
ale wiedziałam też, że muszę działać. Nie mogłam pozwolić sobie na
dryfowanie. Od pierwszego dnia wprowadziłam reżim przetrwania. Zero
alkoholu - alkohol zabija regenerację. Sen - regularny, nieprzerywany.
Spacery, ruch, w dni deszczowe siłownia. Dobre jedzenie. Żadnych
szaleństw, żadnych eskapizmów, tylko konsekwencja i trzymanie się
dyscypliny. To mi pomogło. Ale wiesz co? Leki też. Nie boję się tego
powiedzieć. Psychiatria istnieje po to, żeby ratować ludzi, trzeba w takich sytuacjach z niej korzystać.
Pamiętasz, kiedy po raz pierwszy poczułaś, że znowu możesz oddychać?
Kiedy zaczęłam brać leki, poczułam to w drugim tygodniu. Przespałam całą
noc. Pierwszy raz od miesięcy. I nagle nie obudziłam się z tym uciskiem
w klatce piersiowej. Nie miałam już aż takich lęków. Zapamiętałam też
słowa psychiatry: "Jeśli stres jest krótkotrwały, może dodać pani
skrzydeł. Może panią wynieść w zupełnie inne miejsce. Ale jeśli pani mu
się podda, jeśli pozwoli mu trwać latami, zacznie pani niszczyć samą
siebie, organizm zacznie chorować, co może prowadzić nawet do zmian
autoimmunologicznych czy nowotworowych".
Profesor Jadwiga Jośko-Ochojska mówi, że kluczowe jest to, jak
postrzegamy życie. Że to kwestia uważności. "Sikorka przyleciała" -
mówiła. Myślę, że to dostrzeganie drobnych rzeczy, tej codziennej magii,
pomaga człowiekowi przetrwać. Bo jeśli się zatrzymasz i spojrzysz
uważnie, zobaczysz, że świat jest pełen małych cudów. Dzięcioł wali w drzewo za oknem - sprawdzam, co to za gatunek. Sójka usiadła przy
karmniku. Sikorki zaczynają między sobą wojnę o ziarna. To mój prywatny
National Geographic. Świat w ruchu, świat pełen kolorów, energii, życia.
Ostatnio wracaliśmy autostradą, niebo było brzoskwiniowe, rozcinane
czarnymi chmurami. I pomyślałam: "Boże, jakie to piękne". To są
momenty, które człowieka sklejają. Małe rzeczy. Proste gesty. "Pani
zrobiła mi kawę? Dziękuję, jak cudownie". To wszystko jest terapią.
Każdy psychiatra, psycholog, neurofizjolog ci to powie - człowiek, który
potrafi dostrzegać piękno w codzienności, rzadziej wpada w otchłań. Jak
powtarza psychoterapeutka Ewa Wojdyłło-Osiatyńska: Chcesz być
szczęśliwa? To ciesz się z tego, co masz, a nie martw tym, czego nie
masz.
To po co jest rozpacz?
Jest częścią życia. Po prostu. Jest po to, by zrozumieć, co jest ważne.
Uczy nas pokory, szacunku dla życia i samych siebie. Jest też po to,
żebyśmy zrozumieli, jak piękne może być życie. Bo strata nie jest
końcem. Strata jest początkiem czegoś nowego.
Albert Camus pisał, że rozpacz nie jest wtedy, gdy czujesz, że nic nie
ma sensu, ale gdy nie chcesz już szukać sensu. Kiedy poczułaś, że możesz
znowu szukać?
Gdy zaczęłam zdrowieć, lepiej funkcjonować, lepiej spać, nieco więcej
jeść. Gdy zaczęłam wychodzić do ludzi. Kiedy zobaczyłam, ilu ludzi mnie
wspiera, ile osób się o mnie troszczy. Kiedy po raz pierwszy od dawna
pomyślałam, że może gdzieś tam, jeszcze dalej, jest droga ku słońcu. I wtedy nagle pojawił się on. Facet z zupełnie innej planety, też po
przejściach, z podobnymi doświadczeniami. Ciepły, opiekuńczy, wrażliwy.
Kiedy kończy się jedno życie, zaczyna się drugie. Czasem wymuszone,
czasem niechciane, ale czasem - lepsze. Jak to było w twoim przypadku?
Ważne było otwarcie się na to, co jeszcze może się wydarzyć. Bo masz
wybór - można zastygnąć w goryczy, jadzie i nienawiści, można wciąż
oglądać się za siebie, trzymać się kurczowo przeszłości, nawet jeśli
jest już tylko pustą skorupą, i powoli umierać ze złości, albo można
uwierzyć, że przyszłość ma jeszcze coś do zaoferowania. Że jeszcze
kiedyś będziesz mogła śmiać się długo i głośno z kimś, kogo pokochasz.
Jak wygląda dojrzała miłość?
Nie ma już tej naiwności, nie ma złudzeń. Wiesz, czego chcesz. Wiesz, na
co nie masz ochoty. Widzisz więcej. I dbasz inaczej. Bardziej świadomie,
uważniej. Człowiek jest bardziej świadomy, dojrzalszy. Wie, co w relacji
jest naprawdę ważne, a co można sobie odpuścić. Ja zawsze byłam
rodzinna, dbałam o dom, o bliskich, ale wiesz, co mnie najbardziej
zaskoczyło? Tomek wstaje o piątej rano i pierwsze, co robi, to włącza
pranie. I potem dostaję wiadomość: "Kochanie, nastawiłem pranie,
rozwieś, proszę". Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam.
Byłam w związku, w którym obowiązki domowe spadały zwykle na mnie.
Ale jak na nowo zaufać? Jak się nie bać, że znowu ktoś oszuka,
zawiedzie, że wszystko znowu runie?
To kwestia odwagi. Trzeba się odważyć i dać się ponieść temu, co daje
los. Bo ja nie miałam w planach nowego związku. Myślałam: "A po co mi to
teraz? Jestem wolna. Mogę robić, co chcę". To nie stało się od razu.
Bardzo długo ze sobą pisaliśmy, a kiedy przyszło zaproszenie na pierwszą
randkę, pomyślałam: "Czemu nie? W końcu jestem wolną kobietą". I to było
jak otwarcie drzwi do zupełnie nowej rzeczywistości. I oto ja. Dwa lata
po rozstaniu. Po leczeniu i terapii. Ze wspaniałym mężczyzną u boku.
Kupiliśmy dom. Układamy nasze życie na nowo, zszywamy ten nasz patchwork
każdego dnia. Bo jak spotykasz kogoś kochanego, to po co czekać?
Viktor Frankl napisał, że człowiek jest w stanie przetrwać wszystko,
jeśli znajdzie w tym sens. Co było twoim sensem w najtrudniejszych
chwilach?
Miłość. Zawsze. Do dzieci. Do mojego mężczyzny. Do świata. Do zwierząt,
do ludzi. Nie umiem funkcjonować bez miłości. Nie umiem nie kochać. I nie umiem być niekochana. Patrzę na mojego psa - wariata, który ostatnio
ukradł nam pasztet. Patrzę na dzieci, które były przy mnie, gdy
myślałam, że nie dam rady. Patrzę na mężczyznę, który wstaje o piątej
rano, żeby wstawić pranie, i wiem, że świat jest piękny. Nawet jeśli
czasem wszystko wali się nam na głowę.
Jaką zmianę widzisz w sobie od tamtego czasu? Co ta rozpacz ci dała?
Stałam się jeszcze bardziej zachłanna na życie. Dawniej miałam poczucie,
że wszystko muszę. Muszę być w kilku miejscach naraz, załatwiać,
pamiętać, dźwigać. A teraz? Teraz tylko mogę. I ta zmiana jest ogromna.
Odpuszczam. Pozwalam sobie na odpoczynek. Czytam więcej niż
kiedykolwiek. Nadrabiam filmy, które przez lata mi umykały, bo zawsze
było coś pilniejszego. Przez tyle lat nie miałam czasu, żeby po prostu
usiąść i obejrzeć serial. Zawsze pisałam, organizowałam, pędziłam.
Dzieci, dom, scenariusze, lekarze, pies, zobowiązania. A teraz mam czas.
I już nie czuję, że jestem komuś coś winna.
A więc to doświadczenie paradoksalnie cię wzmocniło?
Nie lubię tego powiedzenia - "co nas nie zabije, to nas wzmocni". Ono ma
złe konotacje, ale prawda jest taka, że tak, wyszłam z tego silniejsza.
I przede wszystkim przestałam robić wszystko za wszystkich. Teraz widzę,
że podział obowiązków jest możliwy. Można żyć w związku, w którym
wszystko dzieje się naturalnie - ja robię śniadanie, a on mówi: "Dobra,
to ja pozmywam". I to się po prostu dzieje, nikt nie musi o nic prosić,
nikt nikomu niczego nie wypomina.
Co powiedziałabyś kobietom, które znajdą się w podobnej sytuacji?
Żeby zawsze pamiętały o sobie. Nawet jeśli masz dzieci, nawet jeśli
jesteś w domu, jeśli twój mąż zarabia na rodzinę, jeśli ty zajmujesz się
codziennością - musisz mieć coś swojego. To może być praca na pół etatu,
wolontariat, pieczenie ciast, robienie biżuterii, cokolwiek. Ale coś, co
jest twoje. Bo jeśli pewnego dnia się okaże, że wszystko, co budowałaś,
się rozsypało - będziesz miała coś, na czym możesz się oprzeć. Bo znam
kobiety, które w wieku czterdziestu czy pięćdziesięciu lat zostały z niczym. Bez pracy, bez kontaktów, bez zabezpieczenia, bez pieniędzy. A co będzie potem? Czeka je rozwód, walka o podział majątku, koszty
prawników, przepaść, w którą można łatwo wpaść. Ja zawsze wiedziałam, że
nic nie jest dane na zawsze, choć nie myślałam, że się o tym boleśnie
przekonam. Na spotkaniach autorskich mówiłam o tym wprost: "Może się
zdarzyć, że ktoś straci pracę. Może nadejść choroba. Może być wypadek
samochodowy. A może pewnego dnia mąż znajdzie sobie młodszą i odejdzie".
I tak się stało. Ale ja byłam przygotowana. Miałam własne konto, własne
pieniądze, własną pracę. Byłam niezależna. I kiedy to wszystko się
wydarzyło, przetrwałam. I wiesz co? Jestem z siebie dumna.
Czy gdybyś mogła cofnąć czas, coś byś zmieniła?
Ale po co? Pamiętasz? Po co grzebać w przeszłości, której nie możesz
zmienić? Lepiej zająć się przyszłością, na którą jak najbardziej mamy
wpływ. No więc moja przyszłość będzie wyglądać tak: Nasz dom zawsze
będzie pełen miłości, dobrych ludzi, zwierząt i śmiechu. Będziemy o siebie dbać, dzielić się pracą i obowiązkami. Będziemy wychowywać i wspierać nasze dzieci, a potem rozpieszczać wnuki. Taki jest nasz plan.
KATARZYNA BOSACKA
Mówi o rzeczach, o których inni wolą milczeć - i to tak, że wszyscy
słuchają. Jej znakiem firmowym jest prawda: o jedzeniu, kosmetykach,
trikach producentów i codziennych absurdach. W programach telewizyjnych
i na YouTubie uczy, jak nie dać się nabić w butelkę - dosłownie i w przenośni. Zrobiła dla edukacji konsumenckiej więcej niż niejedna
kampania ministerialna. Jest znana z tego, że nie owija w bawełnę - bo
wie, że między zdrowiem a chorobą czasem stoi tylko etykieta z małym
drukiem. Ma cięty język, ale jeszcze większe serce - nie ocenia, nie
wyśmiewa, tylko tłumaczy. I właśnie dlatego widzowie jej ufają. Nie boi
się mówić o sprawach ważnych: o otyłości dzieci, o manipulacjach w reklamach, o roli kobiet w kuchni, a także i w społeczeństwie. Zamiast
głośnych haseł - konkret. Zamiast obietnic - liczby, fakty, badania. A przy tym wszystkim: serdeczna, dowcipna, autentyczna. Taka, z którą chce
się usiąść przy kuchennym stole i porozmawiać. O jedzeniu. O życiu. O tym, co naprawdę ma sens.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Czesław Miłosz, Walc, https://polska-poezja.pl/lista-wierszy/261-czeslaw-milosz-walc. [wróć]
Ja z podróży, muzyka Maryla Rodowicz, tekst Agnieszka Osiecka. [wróć]
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Miłość, https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/pawlikowska-jasnorzewska-milosc.html. [wróć]