Rozdział II
Moje życie i twórczość
Janek Machta miał dwie wady. Przede wszystkim bardziej zwracał uwagę na książkę niż na jej autorkę. Tak jakby Dominika była fikcyjną postacią i książki nie napisała obiecująca młoda prozaiczka o wymiarach 89 - 61 - 87, ale prędzej literat z brodą, brzuchem i łysiną.
Drugą wadą Janka Machty było to, że po każdym spotkaniu z nim miałam wyrzuty sumienia. Nie robiliśmy nic prócz szlifowania akapitów, a rozmawiając o tym później z Pedrem czułam, że się rumienię.
- Posuwacie się? - pytał Pedro, a ja obrażałam się na niego, zanim dotarła do mnie cała niewinność pytania.
- Napisałaś powieść o solidnych literackich parantelach - pocieszał mnie Janek Machta. - Podoba mi się, kiedy bohaterka pije koniak. Czysty Pilch! Mocny pijacki monolog podszyty ironicznym sentymentalizmem! A jej rozmowa z księdzem ma coś z klimatu Standahla..
Raz znalazł u mnie mityczną wyobraźnię Borghesa, kiedy indziej coś z Pro-usta. Naprawdę wydawał mi się miłym i literacko oblatanym facetem.
- A ogólnie co powiesz? - spytałam niby to mimochodem.
- Ogólnie, rzecz jasna, Grochola jest daleko lepsza. Ale nie martw się.
To był któryś z kolejnych momentów, kiedy pomyślałam, że potrafiłabym z zimną krwią zabić Janka Machtę razem z jego nienagannym wychowaniem, miłym uśmiechem i ogólną życzliwością dla kobiet. Potem by to opisali w jakimś tabloidzie, dostałabym propozycję sesji w "Playboyu", póki mam dwadzieścia pięć lat po raz ostatni w życiu, i zrobiłabym sensowną karierę, a nie literacką.
W listopadzie książka wyszła. Najpierw przeczytała mama. Powiedziała mi, że to najpiękniejsza powieść, jaką czytała. Wzruszyła ją do łez. Płakała przez pół nocy.
- Serio? - ucieszyłam się własną biegłością literacką. - W którym miejscu płakałaś?
- W pokoju, w łazience, w łóżku. Wszędzie.
- Ale w którym miejscu książki?
- Och, zaraz na początku! - mama załkała mi w komórkę. - Kiedy przeczytałam twoje nazwisko na okładce.
Tata powiedział, że w książce jest za dużo ekshibicjonizmu. Czy nie mogłam wydać mojej dziewczęcej powieści o jednorożcu? Po co ten Pedro i ta miłość? To są moje osobiste sprawy i nie ma sensu wywlekać ich publicznie. Jak w telewizji i w prasie kolorowej. Czy już wszyscy ulegli modzie na bezwstydne obnażanie swojej prywatności? Zachowuję się jak druga Britney Spears.
Ho, ho! Tata nigdy się nie przyznawał, że ją zna, wstydził się tego. Musiał być autentycznie wzburzony moim debiutem. Miałam za sobą dwa poważne romanse, małżeństwo, rozwód, a dotąd nie zauważyłam, że ojcowie rzeczywiście są zazdrośni o swoje córki. Jednak książki rozjaśniają w głowach.
Po południu zawiozłam ją Gośce w prezencie. Wieczorem zadzwoniłam, żeby mi powiedziała, co o niej sądzi. Na zdaniu Gośki najbardziej mi zależało.
- Do, nie zdążyłam jej nawet otworzyć. Musiałam się wydepilować, zrobić masaż karku tymi kulkami na sznurku. Dom jest na mojej głowie, nie myśl!
Jeżeli ma się na głowie dwanaście pokoi, dwa tarasy, ogród, basen i ludzi, którzy się tym wszystkim za nas zajmują, a czyta się wyłącznie z wydepilowanymi łydkami, to nie ma lekko.
- Czyli nie ciekawi cię?
- Naturalnie, że mnie ciekawi, Do. Tylko nie pamiętam, gdzie ją położyłam.
Po godzinie zadzwoniła, że książka się znalazła. Dobrał się do niej Berni. Czyta zamknięty w gabinecie. Horror! Nie chce oddać, ale Gośka zabierze mu siłą.
Powiedziałam jej, żeby nie była paskudna i zostawiła swojemu mężowi powieść o miłości do Pedra. To przecież mój pierwszy fan.
- Racja - zgodziła się. - Wezmę "Światowy Szyk" z zeszłego miesiąca. Jego na pewno nie ustąpię Berniemu! Przegrzałby się! To jednak tylko facet, mimo że sylabizuje tę twoją książkę.
Berni skończył po tygodniu. Mnie powiedział, że świetne, a Gośce, że takie sobie. Ciekawe, po co dorwał się do niej jak łysy do grzebienia? Ostatni utwór, jaki przeczytał, to prawdopodobnie lektura "Janko Muzykant", więc jak mogłam wypaść korzystnie bez lipowych skrzypków?
Gośka czytała moją powieść przez trzy tygodnie, za to miała przemyślenia.
- Doskonała! - obcałowała mnie. - Świetnie to podpatrzyłaś. Faceci właśnie tacy są!
- Jacy?
- Tacy wredni jak opisałaś! Jak ten pożal się Boże Pedro!
Popatrzyłam na nią ze zdumieniem. Nawet z lekką zgrozą.
- Jak to wredni? Przecież to mój Pedro - przywołałam ją do przytomności.
- Aha - zreflektowała się. - Pedra i Berniego naturalnie wykluczam. Inni faceci są tacy jak w twojej książce. Absolutni dranie! Jak ten cały bohater!
- Jaki bohater?
- Literacki, a jaki?! Trochę marnie kontaktujesz jak na przyszłą noblistkę!
Co to jest, że wszyscy znajomi człowieka, który coś napisał, wpadają na ten sam dowcip o Noblu? A na domiar złego okazało się, że cała moja klasa, to znaczy ta, w której uczę polskiego i jestem wychowawczynią, przeczytała książkę o miłości do Pedra. Chcą podyskutować
- Więc to tak wygląda! - zagaił Rapcuchowicz. - Już zupełnie stanęła pani przeciwko nam po stronie Mickiewicza! Kiedyś wypoci pani jakieś "Dziady" i nasze dzieci będą się z tym od nowa męczyły!
Uśmiechnęłam się na wszelki wypadek. Z lekturowymi pisarzami łączyła mnie póki co tylko ciągłość finansowa. To znaczy ja nadal kasowałam pensję za ich dzieła. Za ich "Pany Tadeusze", "Balladyny", "Wesela", "Nieboskie komedie", do których przekonywałam uczniów. No i raz na kiermaszu Pilch podpisał mi swoje "Pod Mocnym Aniołem". Ale co z tego? Gdybym to ja podpisała swoje Pilchowi...
- Nie przesadzaj, Rapcuchowicz - powiedziałam. - Twoje dzieci poradzą sobie lepiej od ciebie. Bo trudno gorzej. W połowie semestru masz pięć jedynek!
- Ale jedną za zeszyt!
- Ale cztery nie za zeszyt!
- Mnie szkoła odpycha! Dobre oceny są tylko oznaką demoralizacji ucznia. Czy pani wie, co my naprawdę myślimy czytając "Dziady"?
- Tylko, proszę cię, bez wyrazów, Rapcuchowicz - upomniałam go.
Więc zaczął wypikiwać jak w telewizji.
- Myślimy: co ten pik Mickiewicz napisał?! Nudne jak pik i do tego za pik nie wiadomo, o co chodzi? Kogo dziś te piki obchodzą? Się nie dziwię, że były zabory, skoro naród takie pik pik pik czytał. Tak myślę, exactly. A wie pani, co piszę do zeszytu? - przekartkował z odrazą zeszyt i odczytał: - Moim zdaniem "Dziady" to najwspanialszy utwór naszego romantyzmu. Piękno ję-zyka idzie w parze z doniosłością problematyki, co sprawia, że dramat wciąga czytelnika od pierwszej sceny. Należy do dzieł, które pozwoliły Polakom przetrwać zabory. Nie sposób się przy nim nudzić, odłożyć go bez głębszej re-fleksji... Dostałem od pani plus za te bogoojczyźniane łgarstwa.
- Chcesz powiedzieć, że moja książka jest bogoojczyźniana? - pogubiłam się.
- Chcę powiedzieć, że szkoła uczy nas kłamstwa! Czy korona by wieszczowi spadła z głowy, gdybyśmy powiedzieli, co myślimy naprawdę? Podobno w życiu liczy się prawda. Tymczasem szkoła wychowuje ludzi, którzy uczciwość chowają na lepszą okazję. A "Dziadów" i tak nie znają! - zakończył tryumfalnie.
- Dobrze, Rapcuchowicz - powiedziałam kwaśno. - Pozwalam ci powiedzieć o mojej książce to, co myślisz naprawdę. Nie będzie konse-kwencji, ponieważ nie jestem Mickiewiczem, mimo że ty nas mało rozróżniasz, zdaje się?
- E tam! - machnął ręką zdegustowany Rapcuchowicz. - To bez sensu. Exactly!
Nie miałam odwagi spytać go, co bez sensu? Nasza dyskusja, moja powieść czy odróżnianie mnie od Mickiewicza. Więc nie kontynuowałam tego tematu.
Pedro również przeczytał książkę o miłości do siebie. Nie miałam pewności, czy powinien, ale któregoś popołudnia nabrał ochoty i nic się nie dało zrobić.
- Było trochę inaczej - zawiadomił mnie przy kolacji. - Byłem przy tym i wiem.
- Przesadzasz, Pedro. Naoczni świadkowie zawsze czepiają się szczegółów. Dla literatury jest mało ważne, gdzie wtedy byłeś. Romeo i Julia też byli przy tym, jak się kochali, a Szekspira nie było. I czyje zdanie się dzisiaj liczy?
Pedro przestał zbierać talerze po kolacji i zupełnie nie a propos pociągnął mnie na łóżko.
- Mniejsza o to. Co wolisz? Stracone zachody miłości czy poskromienie złośnicy? Nigdy dotąd nie robiłem tego z Szekspirem.
Nie ukrywam, że najbliżsi mieli do mojej książki tak zwany stosunek seksualny. Lepiej sprawdzali się obcy czytelnicy. Miałam dwa wieczory autorskie, na których dostałam kwiaty, brawa, dociekliwe pytania. Niekiedy wykluczające się wzajemnie. Pewien młodzieniec zapytał, czy pierwowzór Pedra jest tak samo beznadziejny jak postać z książki? Dziewczyna za to spy-tała, czy spodziewam się, że czytelnicy uwierzą w taki chodzący ideał? Wyjaśniłam jej, że ideały są na świecie - wbrew temu, co się sądzi. Sztuka pisarska polega na odnalezieniu ich w pozornie szarym tłumie.
Najpierw wydawała mi się śmieszna. Ta pytająca dziewczyna. Paliła papierosa za papierosem i przypominała Płonącą Żyrafę Dalego. Dobre metr osiemdziesiąt wzrostu plus krwistoczerwona wełniana suknia do kostek. Ale kiedy po wieczorze podeszła do mnie z żółtym plecaczkiem i kusą kurteczką przerzuconą przez ramię, już nie wydawała mi się śmieszna.
- W którą stronę idziesz? - zagadnęła. - Zapalisz?
Nie zapaliłam i szłam w przeciwną stronę, ale jej to nie zraziło.
- Wgląda na to, że czujesz pociąg do idealnych facetów. Zauważyłaś? Ideałofilia. Freud szczegółowo analizował taką kobietę. Ze mną jest odwrotnie.
- Tak? Ciebie nie analizował?
- Odwrotnie w tym sensie, że oni czują pociąg do mnie. Idealni faceci.
Dobierała starannie słowa, choć ze swoimi błyszczącymi oczami nie sprawiała wrażenia osoby zrównoważonej. Nie uwierzycie, skąd mogłabym ją znać. Z filmu o psychopatce z Manhattanu. Tej, która myślała, że wszyscy chcą ją zamordować, toteż postanowiła ich uprzedzić. Wszystkich. Zaostrzonym drutem do robótek. Ta moja miała tylko suknię robioną na drutach, ale zawsze.
- Dać ci autograf? - spróbowałam dyskretnie zmienić temat.
- Na co mi autograf? Daj mi adres Pedra, to wystarczy.
Zatkało mnie. Przyszło mi do głowy, że czerwona suknia jest dla niepoznaki. Tak naprawdę Żyrafa ma w szafie przygotowaną ślubną z falbankami i potrzebuje tylko Pedra do kompletu. Oraz bukieciku fiołków. Jest następną białą damą na mojej drodze do szczęścia. Tym razem groźniejszą. Podbudowaną teoretycznie. Młodziutką. Bezczelną.
Wydukałam, że Pedro wyjechał do Paryża, nie mam z nim kontaktu, poza tym muszę teraz zrobić makijaż. Będę miała wywiad dla telewizji, może przyjedzie sama Fajkowska albo, nie daj Boże, Kammel, a ja nie umalowana.
- Nie wierzę ci - powiedziała Żyrafa. - Może w to, co piszesz, ale w resztę nie.
Wróciłam do domu wściekła. Czy fakt, że kłamię, upoważnia do tego, żeby mi nie wierzyć? Sława ma swoje wredne strony. Z tym, że nie zaznałam dotąd sławy, a wrednych stron - zaznaję. Jeśli już odnajdzie się swój wyśniony ideał, należy zaszyć się z nim w palmowej chatce na bezludnej wyspie i nie pchać się ludziom przed oczy. To się zawsze zemści. Choć z drugiej strony na bezludnej wyspie ideały tracą na doskonałości. Albo nie potrafią rozłupać orzecha kokosowego z orzeźwiającą wodą, albo nie umieją znaleźć w piasku żółwich jaj na obiad. Nic bardziej kruchego niż ideał. Trzeba na niego chuchać i dmuchać, żeby nie strąciło go z piedestału byle żółwie jajo albo żeby nie ożenił się z jakąś idiotką.
- Pedro, czy potrafiłbyś ożenić się na bezludnej wyspie? - zapytałam w zadumie, kiedy piliśmy kawę po kolacji.
- Co żebym zrobił? - Pedro zakrztusił się kawą, więc oprzytomniałam.
Uderzyłam go w plecy, a kiedy odkrztusił, pogroziłam palcem.
- Nie uważasz, co mówię. Pytam, czy znałeś kiedyś dziewczynę w czerwonej sukni?
Dla bezpieczeństwa odstawił kawę.
- I w czerwonej i bez... - zająknął się. - To znaczy... Zależy, o co ci chodzi?
- A tobie o co? Z tym, że bez sukni.
- Bez czerwonej. Znałem kobiety w sukniach o rozmaitych kolorach.
- W jakich jeszcze? - spytałam podchwytliwie.
- Różnych. Nie bardzo wiem, do czego zmierzasz, Do?
Ja też nie wiedziałam, do czego zmierzam. Powiedziałam, że do niczego i obraziłam się na Pedra, żeby na spokojnie wszystko przemyśleć. Bez paplania o wyspach bezludnych i sukniach i bez krztuszenia się kawą. Uznałam też, że na razie przestanę myśleć o Janku Machcie. Tym bardziej, że Janek Machta nie robi nic, żebym o nim myślała. Skupię się na moim życiu z Pedrem. Będziemy chodzić na spacery, oglądać nowości filmowe i dyskutować o przeczytanych książkach. Codziennie rano wspólnie poszukamy mojego zapodzianego w szale miłości stanika. Pedro uchroni mnie przed zwątpieniem i dźwiganiem ciężarów na nasz pięknie urządzony stryszek, a ja uchronię Pedra przed białymi damami, które chciałyby zaciągnąć go do ołtarza beze mnie. Będziemy pili mocne nalewki. Upiekę sernik. Albo zrobię sernik na zimno, to prostsze. W sobotę wyskoczymy do pałacu w Wilkowysku, gdzie Pedro kustoszuje. A w wakacje do Azji. Dokądkolwiek do Azji, marzę o tym. Pedro mówi, że on też. O ile, oczywiście, skombinujemy dość kasy i zdobędę się na odwagę, żeby zrobić wszystkie potrzebne szczepienia. A jak nie, to wybierzemy się do Azji za dwa lata. Do tego czasu będziemy się kochać we wszystkich pozycjach miłosnych. Są ludzie, którzy budują sobie z tego piękne, ciekawe, warto-ściowe życie.
Swoją drogą, kurczę, jak oni to robią?