4
Dziwne światła pojawiły się na drodze. Nina obserwowała to wszystko z pewnej odległości. Z tego samego dystansu widziała wjazd do doliny, ale nie zwracała już uwagi na samochody. Stanowiły szum, tło. Stały się dla niej czymś naturalnym, co przestało mieć znaczenie w trakcie tego ostatniego roku. Jej trzeciego w Beskidzie Niskim, ale pierwszego, podczas którego prawie w ogóle nie opuściła gór. Kiedy na tarasie zobaczyła nadkomisarza Karpiuka, pomyślała, że ten czas minął jak jedna długa chwila, pstryknięcie światła.
Michał Karpiuk, nadkomisarz i naczelnik kryminalnego w Gorlicach. Z całym szacunkiem dla niej samej, najsłynniejszy gorlicki policjant.
Uśmiechnęła się na jego widok. Następnie zaś uścisnęła serdecznie.
- Nina - rzekł.
- Wejdź. Mogę zaproponować ci kawę? - zapytała już w środku.
- Zdecydowanie.
Uśmiechnęła się.
- Michał Karpiuk w mojej kuchni. Przepraszam za bałagan.
- Nie szkodzi.
Z westchnieniem zajął miejsce przy stole. Nastawiła kawiarkę, a potem obserwowała go uważnie.
- A więc już wiesz? Jakim cudem? - zapytał.
- Co wiem? - odpowiedziała z uśmiechem.
Zaskoczył ją. Była w domowych dżinsach, z "naturalnymi" dziurami, i wełnianym, również naturalnie wydłużonym w pralce swetrze.
- Nic nie wiem - dodała. - A jeśli to Bruńkowie znowu...
- Kalina Korycka nie żyje - powiedział.
Zrobiło się cicho.
- Och, Kalina... ale jak?
Kiedy tylko zadała to pytanie, dorzuciła kolejne, tym razem już w formie stwierdzenia.
- I ty jesteś w dolinie - powiedziała.
- Tak.
- Więc mogę rozumieć... nie - zawahała się nad odpowiedzią. - Ona nie umarła śmiercią naturalną?
- Nie.
- Chryste. Pozwolisz, że usiądę?
- Oczywiście. Znałaś ją?
Wykonała nieokreślony ruch dłonią.
- A znasz swoich sąsiadów na Szpitalnej?
- Tak jakby.
- Więc masz odpowiedź. Mimo wszystko... Nie no, trochę lepiej znałam. Znałam i nie znałam. Gdzie była? Gdzie ją znaleźliście?
- Na spacerze.
- Z psem?
Spojrzał na nią zaskoczony.
- Tak. Skąd...?
- Widziałam ją wielokrotnie. Więcej może wiedziałam o niej, że tak powiem, z obserwacji jej zachowań niż od niej samej. Z pewnością chodziła popołudniami na spacery.
Dobre pytanie, czy znała Kalinę. Tak, może ją znała. Czy ktokolwiek ją znał...
Westchnęła, a potem nagle wstała i zamknęła drzwi do pokoju dziecięcego, który nosił teraz nazwę "pałacu zabaw", choć niektórzy w domu nazywali go "pajacem". Wszystko było dozwolone, żeby utrzymać dzieci w tym pomieszczeniu i żeby reszta domu nie utonęła pod naporem zabawek. Zainstalowała tam półki na książki, skręciła stolik, na którym mieściły się blok i różne kredki, a także białe krzesełka. Na podłodze położyła dywanik z mapą świata oraz drugi: miasta z ulicami oraz niezliczone tory.
Z reguły wszystko i tak sprowadzało się do jednej bieżącej zabawki. Jak dobrze poszło, bo ostatnio przez trzy dni Mila bawiła się wyłącznie obcinaczką do paznokci.
Dzisiejszego popołudnia córka bawiła się jednak plastikową kuchnią. Usmażyła matce jajecznicę, ugotowała zupę i kotlet. A potem położyła się na dywanie z książką w ręku. Nina delikatnie zamknęła za sobą drzwi.
- Jak Kalina zginęła? - zapytała.
Karpiuk zrobił nieokreślony ruch dłonią.
- Tu zawsze było bezpiecznie - powiedziała. - U nas nawet samochodów się nie zamyka. Przestałam to robić pół roku temu. Więc... morderstwo?
- Tak. Roztrzaskano jej głowę. Znaleźliśmy ją przy takim wielkim głazie na polu.
- Przy Kropli.
Spojrzał na nią zdziwiony.
- Skąd ta nazwa?
- Tak na niego mówią. Wydawało mi się, że ten głaz jest naszą maskotką. Nie widziałam w nim narzędzia zbrodni. Może mam ubogą wyobraźnię.
- Skąd jednak nazwa Kropla? - powtórzył pytanie Karpiuk.
- Bo wygląda, jakby spadł z nieba - odparła. - I ma takie dziwne wybrzuszenia i wypustki.
- Zgadza się.
Pokręciła głową.
- Kto ją znalazł? - podjęła.
- Mąż.
- Adam.
- Znasz go?
Wzruszyła ramionami.
- Stąd i ze szpitala. Pomagał mi. Milę też leczył na zatoki, konsultowałam u niego migdałki. To bardzo uprzejmy człowiek. Jako sąsiadka widywałam najczęściej jego samochód.
- Twój dom jest na lekkim wzniesieniu i za drzewami - zauważył Karpiuk, uważnie ją obserwując.
- Ale z okna mojej sypialni widać fragment wjazdu do doliny.
- Przydatna informacja.
- Czy ja wiem.
- Jacy oni byli? - zapytał nadkomisarz.
- Koryccy? Zgodne małżeństwo, na ile moje okno pozwala mi ocenić.
- Chciałaś powiedzieć oko.
- Wolę jednak okno, naprawdę stałam się beznadziejną parapetówką. Przychodzili do mnie na święta, z bogatymi koszykami. Byli nawet tutaj, w mojej kuchni. Trzymali się za ręce. Zdziwiłam się, bo to się dość rzadko zdarza, prawda? Zwłaszcza w przypadku par ze stażem. No ale tak było. Siedzieli tu, gdzie ty. Ona głównie mówiła. Adam milczał. W takim śmiesznym kapeluszu siedział.
- Często w nim chodzi.
- Tak. Powiedział może dwa słowa. Ona o nim mówiła... tak trochę drażniąco, jak mała dziewczynka... O, wiem: Adzik to, Adzik tamto. A Adam kiwał głową. Mówiła za nich dwoje. Czasami coś wtrącał, ale chyba bez większej przyjemności.
Urwała. Za dużo mówi, uświadomiła sobie. Karpiuk obserwował ją uważnie.
- Opowiedz mi o przebiegu wieczoru. Po kolei - poprosiła.
Odniosła wrażenie, że w oku Karpiuka coś błyska.
- Korycki wrócił po południu - rzekł. - Żony nie zastał.
- Wrócił po szesnastej, tak?
- Zgadza się.
- Potwierdzają w szpitalu?
- Jeszcze nie wiem.
- Czy miał miejsce jakiś rabunek?
- Do ustalenia. Naprawdę znasz ten głaz? - Pokręcił głową.
- Tak, i uświadomiłam sobie, że wiem, o której Kalina wychodziła. Punktualnie o trzeciej. Mówili mi o tym.
- Serio?
- Dużo mówiła o sobie. O tym, jakie ma zwyczaje. No i oczywiście o zwierzętach. Zapewniłam, że jestem ich sojuszniczką. Badała mnie. W sumie to była dziwna rozmowa. Mówiła głównie ona, także za męża, a wydobyła ze mnie wszystko, co chciała. Kalina była taka wampirza. Czułam się potem zmęczona, ale pasztet był smaczny.
Karpiuk musiał chyba przeprocesować te wszystkie komunikaty.
- Wegetariański?
- Oczywiście. Kalina gardziła mięsem. Więc trochę jednak wiem. Ale to jeszcze nie czyni ze mnie podejrzanej, prawda? Uświadomiłam sobie, że mam nawet pojęcie, o której Korycki wracał. Codziennie o szesnastej.
- Skąd wiesz?
Wzruszyła ramionami.
- Jak powiedziałam, stałam się parapetówką. Z początku ukazuje się światło, później samochód... Przyjemnie tak obserwować. Nic nie poradzę.
Widziała, jak Karpiuk na nią patrzy, kiedy mówiła te słowa. Nie jak na panią komisarz, tylko beskidzką Wariatkę Maigreta. Tym właśnie się stała. Może jeszcze nie wariatką, ale nagle zyskała nieoczekiwaną funkcję i nową rolę w teatrze śledztwa.
Korzystny pod kątem urlopów macierzyńskich polski system prawny uczynił z niej obserwatorkę życia Brzennej.
Jej myśli wróciły do Kaliny.
Kalina była przyjezdna. A przyjezdni do tej pory trzymali się mocno. To lokalni wymierali. Inna sprawa, że ludzie, którzy byli na rencie od trzydziestu lat, może nie powinni żyć tak długo.
- Kalina była tutaj najważniejszą osobą - powiedziała.
- Co masz na myśli?
- Niektórzy ludzie mają w sobie jakiś magnetyzm.
- Czy źle żyła z kimś tutaj?
- W dolinie? Nic mi o tym nie wiadomo.
- A jak z mężem? Mówiłaś, że trzymali się za ręce.
- Tak. Chociaż on nie patrzył na nią specjalnie miło. Uderzyło mnie, że gdy milczał, w jego spojrzeniu była krytyka. Ale to nic nie znaczy, zwłaszcza że może tak patrzeć na wszystko, prawda?
Usłyszała nagle chrobotanie od strony sypialni dzieci.
To znaczy nominalnie sypialni, bo wszyscy spali w jednym łóżku. Nie miała pojęcia, czy to zgodne z obecnymi trendami, ale wiedziała, że jej dzieci śpią jak susły i ona, jakimś cudem, również.
Zerknęła nagle na zegarek i pokręciła głową.
- Co się stało? - zapytał zaniepokojony i chyba nieco już zmęczony Karpiuk.
- Nie słyszałeś? - Uśmiechnęła się. - I w ogóle jeszcze nie zapytałeś. Za głośno gadaliśmy i teraz będę miała jeden wielki kłopot.
- Jaki kłopot?
- Przecież on próbuje wyjść. Nie słyszysz?
- Nie.
- Mężczyźni...
Otworzyła drzwi, a następnie wróciła z dzieckiem na ręku.
Posadziła sobie chłopca na kolanach. Karpiuk milczał przez chwilę, następnie wyciągnął gruby palec przed siebie, ale chłopiec przytulił się do matki.
- I on tak...
- To jest bardzo spokojne dziecko.
- Skąd wiedziałaś?
- Słyszałam.
- Już chodzi?
- Tak. I chyba próbował otworzyć drzwi. Ale generalnie cierpliwie czeka, aż ktoś przyjdzie.
Ciemne włosy opadały mu na czoło. Był śliczny. Tak uważała i - może jak wszystkie matki zresztą - sądziła, że to nie tylko jej zdanie, ale że taka jest prawda.
Choć o instytucji prawdy Nina Warwiłow wiedziała, że to kapryśna muza.
- Jesteś matką - rzekł z pewnym przejęciem.
- Od dawna nią jestem, Michał.
- Jak ma na imię?
Karpiuk schował już dłoń, ale przyglądał się chłopcu z dobrotliwą ciekawością.
- Benio.
Po chwili dodała:
- Pomyślałam, że nazwę go Beniamin, bo będzie najmłodszy w rodzinie.
- Pomyślałaś? - zapytał z zaskakującym uśmiechem.
- Bardzo śmieszne - żachnęła się.
Wiedziała, jakie pytanie jeszcze chce zadać. Zadał inne.
- Kiedy do pracy?
- Nie sprawdzałeś?
- Dawno temu.
Pokiwała głową.
- A jaki dziś dzień?
- Czwartek.
- No to w poniedziałek.
Zapadła cisza.
- Gotowa? Chyba odpoczęłaś, prawda? - zapytał.
- Z czego wnioskujesz?
- Dobrze wyglądasz. I miałaś ponad rok przerwy.
- Dziękuję. Odpoczęłam. - Pogłaskała Benia po głowie, a on wsadził sobie palce do buzi i przytulił się do niej. - Tak. We współpracy z moim wynajmującym zaczęłam robić przymiarki do remontu, ale w trakcie odkupiłam ten dom po tym, jak udało mi się sprzedać mieszkanie w Warszawie. Więc dom jest teraz mój. Wytapetowałam ściany. Kupiłam pompę ciepła i zrobiłam ogrzewanie podłogowe, dzieciaki lubią przecież chodzić boso. Wyodrębniłam jeszcze jeden pokój, w łazience zainstalowałam szeroką wannę. Urządziłam salę zabaw i sypialnię dzieci. Zrobiłam plany dobudowania pomieszczenia na tarasie, tak na przyszłość.
Uśmiechnęła się.
- Byłabym zapomniała. Od tygodni chodziłam po klubach malucha i przedszkolach. Rozmawiałam z wychowawczyniami. Zdecydowałam się na Klub Malucha dla Benia i po namyśle do najstarszej grupy przeniosłam tam Milę. Ale poza tym nudziłam się jak mops i obejrzałam wszystkie odcinki 13 Posterunku.
- Serio?
- Nie. Nic nie obejrzałam w tym roku, za to głos mi ochrypł od czytania Tomcia Palucha, Czerwonego Kapturka i absolutnie wszystkich wydanych w Polsce książek o dinozaurach.
Karpiuk westchnął.
- Będę już się zbierał.
- Dobrze.
- Jest mnóstwo pracy. Nie spodziewałem się, wiesz...
- Gdyby ktokolwiek przewidywał zbrodnie, toby się nie wydarzały, prawda?
Karpiuk pokiwał głową.
- Do zobaczenia.
- Do zobaczenia, Michał.
Nina odniosła wrażenie, że chce ją uścisnąć. Czemu nie. Wstała i przytuliła się do niego, jak do swojego beskidzkiego niedźwiedzia. Nie musieli już zbyt wiele mówić. Zbrodnia sama do niej przyszła. Nieproszona, najgorsza uczestniczka przyjęcia.
Kiedy Karpiuk wyszedł, zaprowadziła Benia do pokoju zabaw. Nie chodził jeszcze tak całkiem pewnie, zaczął parę miesięcy wcześniej. Jak dobrze, że zrobiła tam ogrzewanie podłogowe, znacznie sensowniejsze przy pompie ciepła. Chodziła boso, tak jak dzieci. Mały, jej nieodrodny syn, zajął się uzupełnianiem drewnianej układanki: wkładaniem geometrycznych kształtów w otwory. Wiele zabawek leżało nieużywanych, ale tą, zakupioną w Plastusiu na rynku, bawił się godzinami. Dopiero przy nim Nina nauczyła się wyciągać dziecku z gardła przedmioty, bo z jakichś powodów przemierzał świat jak mały odkurzacz.
Benio się obudził, ale czas był już na Milę. Musiała ją położyć spać; przeczytała jej wieczorem książkę o dinozaurach o wartości w zasadzie popularnonaukowej. Mała marudziła trochę, ale zasnęła po piętnastu minutach. Benio, spokojny jak Budda, mimo że niedawno wstał, położył głowę na poduszce, wsadził do buzi dwa palce i też po chwili odpłynął.
Sama nie mogła zasnąć: w końcu otworzyła sobie okno. Słyszała szum dość ciepłego wiatru dmącego przez dolinę i zapowiadającego większe lub mniejsze roztopy. Śnieg zimą beskidzką stał się niepewnym gościem - ku zgryzocie dzieci, właścicieli wyciągów oraz Jańczaka. Wszyscy oni liczyli na kolejne, zapowiadane w przyszłym tygodniu opady.
Kalina...
Zasnęła w końcu, choć z pewnym trudem. Spała zaś krótko i niespokojnie.
Rano przyszła do niej Sabinka Penar.
Była przerwa świąteczna i dziewczyna pomagała jej przy dzieciach, a Mila wprost za nią przepadała.
Sabina, ciemnowłosa dziewczyna, ładna i nieco przy kości, wydawała się blada i wyglądała na zaniepokojoną. Warwiłow taktownie nie zadawała pytań: wiedziała, że Penarowie znali Kalinę Korycką. Byli zaprzyjaźnieni. I jak wszyscy w dolinie, wstrząśnięci.
Pomyślała, że Sabina opowie jej więcej, kiedy nadejdzie pora.
Dziewczyna zwierzała jej się od czasu do czasu: stąd Nina wiedziała, że Penarka wcale nie jest taka zorganizowana i pewna, jak to ukazuje światu. Sabina opowiadała o kłótniach rodziców i o tym, że matka leżała całą zeszłą zimę, nie mając sił podnieść się z łóżka. A tato, a już zwłaszcza Antek, naczelny rodzinny lekkoduch, zdawali się tego nie widzieć.
Miała tylko jedno zastrzeżenie do Sabiny. No, może dwa. Dziewczyna była bardzo poważna i miała śladowe poczucie humoru. A poza tym Nina obawiała się, że Sabinka przekazuje dalej, co się dzieje u niej w domu. Przyjemnie posłuchać o innych, ale nie dzielić się własnymi brudami...
Ale cóż, zyski przewyższały tutaj straty. Nina bardzo polubiła tę poważną dziewczynę, która zdawała się nosić większy ciężar życia, niż to wyglądało na pierwszy rzut oka. Ufała jej, nie tylko w zakresie odpowiedzialności za dzieci - dziewczyna trzymała też klucze do jej domu.
Dzisiaj Sabina miała czerwone oczy i opuchniętą twarz. Nie patrzyła Ninie w oczy. Warwiłow nie wiedziała, co się robi w takich sytuacjach.
Objąć? Przytulić? Z dziećmi wychodziło jej zaskakująco dobrze, ale co innego z dorosłymi, a Sabina była prawie dorosła... Chyba chciała od niej czegoś, czego Nina nie potrafiła jej dać.
Moment minął.
- Co pani będzie robić? - zapytała dziewczyna, kiedy Nina już się ubrała i była gotowa do wyjścia.
Zabrzmiało to uprzejmie i wyrażało troskę, zrozumiałą w tych okolicznościach.
- Ja? Chyba pójdę się przejść - odparła Nina.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.