Klucz do Kaczyńskiego - Robert Krasowski

Kup ebooka

36.90 zł
31.37 zł (30,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I. Portret Kaczyńskiego

Roz­dział I Por­tret Kaczyń­skiego

Niechęć do władzy

Zacznijmy od czte­rech cech, które zasad­ni­czo róż­nią Kaczyń­skiego od innych poli­ty­ków. Ujaw­niały się na róż­nych eta­pach kariery, ale warto je wska­zać od razu. Rzu­cają dużo świa­tła na jego osobę i osa­dzają jej opis na twar­dym grun­cie realiów, co w przy­padku tej nie­jed­no­znacz­nej postaci nie zda­rza się czę­sto. Pod­kreślmy wagę tych czte­rech roz­po­znań: to nie są poszlaki, to nie są hipo­tezy, ale obser­wa­cje potwier­dzone całym jego życiem. Cztery naj­waż­niej­sze poli­tyczne fakty, jakie znamy na pewno.

Sprawa pierw­sza: Jaro­sław Kaczyń­ski ni­gdy nie chciał rzą­dzić, nie miał takiej potrzeby. Nie kusił go żaden z wymia­rów wła­dzy - ani nie chciał się napa­wać jej posia­da­niem, ani nie miał ambi­cji zmiany rze­czy­wi­sto­ści wła­snymi rękami. Stwo­rzył kilka pro­jek­tów głę­bo­kiej zmiany realiów, ale nie on był ich adre­sa­tem, lecz jego brat. W rodzin­nym podziale pracy Lech był prze­zna­czony na władcę, on miał zmie­niać Pol­skę, Jaro­sław miał być sze­fem jego poli­tycz­nego zaple­cza oraz głów­nym doradcą.

Podział ról zro­dził się jesz­cze w opo­zy­cji, kiedy Lech był zna­cząco waż­niej­szy. Obaj dzia­łali w KOR-ze, Jaro­sław w War­sza­wie, zale­d­wie na obrzeżu ruchu, nato­miast Lech w Trój­mie­ście w samym cen­trum wyda­rzeń, cią­gle u boku głów­nych postaci epoki - Bog­dana Boru­se­wi­cza, Jacka Kuro­nia, Andrzeja Gwiazdy, Lecha Wałęsy. Nie był poli­ty­kiem pierw­szej ligi, ale był posta­cią istotną, znał wszyst­kich, wszy­scy znali jego. Zaprzy­jaź­niony z Kuro­niem, z Ada­mem Mich­ni­kiem, znał świet­nie Bro­ni­sława Geremka i Tade­usza Mazo­wiec­kiego, był w gro­nie naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków Wałęsy, zwłasz­cza w dru­giej poło­wie lat 80. Gdy przyj­dzie do klu­czo­wych wyda­rzeń, Lecha odnaj­dziemy w roli zaufa­nego czło­wieka Wałęsy: jego wysłał na wszyst­kie spo­tka­nia w Mag­da­lence, jemu powie­rzył misję stwo­rze­nia rządu Mazo­wiec­kiego, jemu oddał nad­zór nad bie­żącą aktyw­no­ścią "Soli­dar­no­ści", jemu po wygra­niu pre­zy­den­tury chciał oddać przy­wódz­two nad związ­kiem.

W tym cza­sie Jaro­sław był poli­tycz­nie nie­ważny, jak sam powie­dział: "moja pozy­cja poli­tyczna była wła­ści­wie żadna". Dopiero dzięki bratu poznał główne figury opo­zy­cji. Bratu też zawdzię­czał, że u progu III RP mógł popro­wa­dzić naj­waż­niej­sze roz­da­nie epoki: stwo­rzyć koali­cję rzą­dową oraz wybrać osobę pre­miera.

Kilka mie­sięcy póź­niej bra­cia ruszyli do walki o budowę wła­snych zaso­bów, Jaro­sław stwo­rzył par­tię, Lech zabrał się do prze­ję­cia wła­dzy nad "Soli­dar­no­ścią". Misja Lecha była o niebo waż­niej­sza, gdyby prze­jął zwią­zek, bra­cia byliby potęgą, jed­nak Lech prze­grał. A wtedy mię­dzy braćmi usta­lił się podział pracy, który obo­wią­zy­wać będzie do końca. Cie­szący się powszech­nym sza­cun­kiem Lech był twa­rzą oraz kapi­ta­łem pro­jektu "bra­cia Kaczyń­scy", nato­miast Jaro­sław orga­ni­zo­wał zaple­cze oraz kre­ślił stra­te­gie. Innymi słowy Jaro­sław kie­ro­wał par­tią, któ­rej celem było wpro­wa­dze­nie Lecha na klu­czowe sta­no­wi­ska w pań­stwie. Prób pod­jął wiele, wszyst­kie bez skutku, Poro­zu­mie­nie Cen­trum oka­zało się za słabe, aby zostać wehi­ku­łem kariery Lecha. Sta­no­wi­sko w końcu dostał, został sze­fem NIK-u, ale nie dzięki PC, tylko ze względu na wła­sną pozy­cję.

Mijały lata, par­tia na­dal nie potra­fiła mu pomóc, to raczej on wyświad­czał przy­sługi. Gdy sła­biut­kie PC, wal­czące o kilka pro­cent, musiało wysta­wić kan­dy­data na pre­zy­denta, pro­siło Lecha. Ten zga­dzał się, choć jak mówił Jaro­sław, Poro­zu­mie­nia nie lubił; w jego opi­nii byli to mali, toporni ludzie. Po zakoń­cze­niu kaden­cji w NIK-u Lech poli­tykę porzu­cił, wziął się za karierę aka­de­micką. Cza­sem bra­cia snuli poli­tyczne plany, ale ambi­cje były coraz bar­dziej skromne, raz jesz­cze pre­ze­sura NIK-u dla Lecha, z któ­rej bra­cia chcieli stwo­rzyć ośro­dek walki z ukła­dem. Jed­nak cel cią­gle się odda­lał, Jaro­sław pono­sił kolejne porażki, w par­tii doszło do buntu, stra­cił pozy­cję szefa, był już tylko sze­re­go­wym posłem.

I wtedy Lech znowu pocią­gnął brata do góry. Pre­mier Jerzy Buzek mia­no­wał go mini­strem spra­wie­dli­wo­ści, co ten wyko­rzy­stał z olbrzy­mią zręcz­no­ścią. W kilka mie­sięcy Lech odniósł nie­by­wały suk­ces, był pierw­szym pra­wi­co­wym poli­ty­kiem, który w son­da­żach popu­lar­no­ści poszy­bo­wał na szczyt. W tam­tych mie­sią­cach Jaro­sław pra­co­wał u boku brata, był jego nie­for­mal­nym sekre­ta­rzem, pod­rzu­cał mu pomy­sły, auto­ry­zo­wał wywiady, szu­kał współ­pra­cow­ni­ków. Chwilę potem bra­cia ska­pi­ta­li­zo­wali popar­cie, zało­żyli par­tię, któ­rej Lech został sze­fem. Ale tylko for­mal­nie, na­dal obo­wią­zy­wał dawny podział pracy, Lech był kan­dy­da­tem na naj­wyż­sze urzędy, Jaro­sław sze­fem par­tii pra­cu­ją­cej na jego suk­ces. Nie­długo potem bra­cia opra­co­wali stra­te­giczny plan: Lech wystar­tuje w wybo­rach na pre­zy­denta War­szawy, a jeśli wygra, na pre­zy­denta pań­stwa.

Udało się. Ubocz­nym skut­kiem suk­cesu, nie­pla­no­wa­nym i przez Jaro­sława nie­chcia­nym, był fakt, że "par­tia pracy na suk­ces Lecha" uro­sła do roz­miaru naj­więk­szej w Pol­sce siły. Rodząc nowy pro­blem - w puli wła­dzy poja­wiło się wię­cej sta­no­wisk niż braci goto­wych rzą­dzić. Bo rzą­dzić chciał jedy­nie Lech. To nie był kaprys, bliź­niac­two zbu­do­wało nie­spo­ty­kane pro­file poli­tyczne. Sta­bilne ist­nie­nie cze­goś, co w poli­tyce nie ist­nieje - peł­nej lojal­no­ści i nie­zmą­co­nej współ­pracy - pozwo­liło bra­ciom podzie­lić się pracą. Jeden robił rze­czy od A do P, drugi od R do Z. Jaro­sław budo­wał par­tię, szli­fu­jąc swoje talenty orga­ni­za­cyjne, tak­tyczne, mani­pu­la­cyjne. Z kolei Lech życia par­tyj­nego nie zno­sił, nie lubił żad­nej par­tii, w szcze­gól­no­ści nie lubił PC oraz PiS-u. Nie obcho­dziły go rów­nież tak­tyka poli­tyczna, kulisy walki wybor­czej, sej­mowe intrygi i awan­tury. Jaro­sław brał na sie­bie poli­tyczny brud, Lech godne spra­wo­wa­nie urzę­dów. Sta­bilny podział pracy spra­wił, że bra­cia krze­pli w nie­co­dzien­nych warun­kach, roz­wi­jali w sobie jedne zdol­no­ści, innych roz­wi­jać nie pró­bo­wali. Jaro­sław poko­chał codzienną szar­pa­ninę, par­tyjną młóckę, nato­miast wobec wiel­kich sta­no­wisk czuł opór, a nawet wstręt. Sta­now­czo nie chciał rzą­dzić, Lech kie­dyś powie­dział: "Znam jed­nego zadzi­wia­jąco mało ambit­nego poli­tyka - Jarka, mojego brata". Lech miał o to pre­ten­sje, coraz więk­sze, z cza­sem zaczął je wypo­wia­dać publicz­nie. Mówił, że brat nie chce wła­dzy, że to nie­nor­malne, że w poli­tyce nie można sie­dzieć wyłącz­nie za kuli­sami. W odpo­wie­dzi Jaro­sław mno­żył prze­szkody: nie zna języ­ków, nie chce jeź­dzić na mię­dzy­na­ro­dowe szczyty, ma kiep­ską kon­dy­cję fizyczną. Po latach rów­nież Jaro­sław ujaw­nił tamte spory z bra­tem: "Po wygra­nych wybo­rach par­la­men­tar­nych w 2005 r. wręcz żądał ode mnie, w bar­dzo ostrych sło­wach, abym został pre­mie­rem... Wtedy doszło mię­dzy nami do naj­więk­szej kłótni w całym naszym życiu. I naj­dłuż­szego mil­cze­nia. Leszek się na mnie potwor­nie obra­ził... Póź­niej Leszek cały czas na mnie naci­skał, żebym sta­nął na czele rządu". Wygrał, ale tylko dla­tego że wyma­gała tego par­tyjna logika. Jaro­sław wystra­szył się, że popu­larny pre­mier Kazi­mierz Mar­cin­kie­wicz zawal­czy o przy­wódz­two nad par­tią. Zdy­mi­sjo­no­wał go i sam został pre­mie­rem, nie dla wła­dzy nad pań­stwem, ale dla wła­dzy nad par­tią.

Kil­ka­na­ście mie­sięcy na czele rządu było cie­ka­wym testem. Bie­żące rzą­dze­nie Jaro­sława zacie­ka­wiło, jed­nak nie odmie­niło, par­tia na­dal była dla niego naj­waż­niej­sza. Za trzy lata Lech miał wal­czyć o reelek­cję, więc Jaro­sław sku­pił się na wzmac­nia­niu PiS-u. Tuż po wybo­rach w 2005 roku skar­żył się, że PiS osią­gnął sufit, jest par­tią wiel­ko­miej­ską, bez szans eks­pan­sji na wieś i małe mia­sta. Koali­cja z popu­li­stami z Samo­obrony i LPR-u, co z cza­sem dostrzegł, stała się oka­zją do zamiany wiel­ko­miej­skiej wydmuszki w sta­bilną par­tię ludową. Rzą­dze­nie pań­stwem, w per­spek­ty­wie Jaro­sława, było epi­zo­dem w budo­wie wiel­kiego PiS-u.

Przez pięt­na­ście lat Kaczyń­ski opo­wia­dał o tym, jaka rewo­lu­cja czeka Pol­skę, gdy jego obóz zdo­bę­dzie wła­dzę. Ale od robie­nia rewo­lu­cji miał być Lech, Jaro­sław jedy­nie kumu­lo­wał siły. Budo­wa­nie sil­nej par­tii, zdol­nej do rewo­lu­cji, było dla niego celem waż­niej­szym niż sama rewo­lu­cja. Podob­nie jak Lech dużo mówił o pań­stwie, ale w prze­ci­wień­stwie do Lecha potra­fił dzia­łać wyłącz­nie dla dobra par­tii. Nawet kiedy był pre­mie­rem, par­tię miał za kom­pas: budo­wał jej doce­lowy pro­fil, prze­su­wał na prawo jej elek­to­rat, wyrzu­cał cen­trowe postaci, w ich miej­sce zasy­sał śro­do­wi­ska twarde, gniewne, bar­dziej lojalne. Z fote­lem pre­miera roz­stał się łatwo, po wybor­czej porażce z wyraźną rado­ścią wró­cił na Nowo­grodzką, co potwier­dzają wszy­scy jego współ­pra­cow­nicy. Jego świat wró­cił do normy, brat rzą­dził w Pałacu, on bił się o to, aby ten stan prze­dłu­żyć.

Rodzinny podział pracy trwał do 2010 roku, dopo­kąd pre­zy­den­tem był Lech, brat od rzą­dze­nia. Wraz z jego śmier­cią sys­tem się zała­mał. Jaro­sław na­dal sze­fo­wał par­tii, ale nie pra­gnął już wła­dzy, bo nie było jej adre­sata. Do kolej­nych wybo­rów szedł nie po to, aby wygrać pań­stwo, ale aby nie prze­grać par­tii. Raz sta­nął oso­bi­ście, bo musiał, potem jako kan­dy­da­tów PiS-u wysta­wiał postaci słabe, które nie miały szansy na zwy­cię­stwo, albo - w razie zwy­cię­stwa - nie miały szansy na sprawne rzą­dze­nie.

Wła­dza przy­szła nagle, zupeł­nym przy­pad­kiem; Tusk porzu­cił Plat­formę, obóz libe­ralny stra­cił przy­wódz­two, chwilę potem się roz­padł, więc w 2015 roku całe pań­stwo powtór­nie wpa­dło w ręce PiS-u. Jaro­sław raz jesz­cze zlek­ce­wa­żył wła­dzę, nie wziął fotela pre­miera, dwa razy poja­wił się w rzą­dzie jako wice­pre­mier, ale bez ambi­cji pań­stwowych, wyłącz­nie w celach tak­tycz­nych. Na osiem lat wła­dzę oddał w ręce ludzi, któ­rych nie cenił, uwa­żał za lojal­nych, lecz głu­pich. A nie­licz­nych zdol­nych celowo osła­biał, aby nie uro­śli za bar­dzo. Mno­żył w rzą­dzie frak­cje, popy­chał prze­ciw sobie, pil­no­wał rów­no­wagi. Nazy­wano go "naczel­ni­kiem pań­stwa", co było zasad­ni­czą pomyłką. Był wyłącz­nie "naczel­ni­kiem par­tii", miał hory­zont par­tyj­nego lidera, dbał tylko o to, aby mu nie wyrósł kon­ku­rent. Aby ambitny pre­mier, mini­ster czy pre­zy­dent nie ode­brał mu par­tii.

Dia­gnoza Lecha: "brata nie inte­re­suje wła­dza, jego inte­re­suje par­tia", na­dal była praw­dziwa. Jedną z kon­se­kwen­cji było to, że na­dal nie inte­re­so­wało go pań­stwo. Nie żył teraź­niej­szo­ścią pano­wa­nia, teraź­niej­szość była dla niego nie­ważna. Żył w innym cza­sie, w innym wymia­rze, wiecz­nie sku­piał się na tym, co będzie po zakoń­cze­niu kaden­cji, po przej­ściu do opo­zy­cji. Dla­tego kar­mił par­tię, aby się naja­dła za wszyst­kie czasy, aby zapa­mię­tała sytość okresu zwy­cię­stwa. Sam nato­miast zacho­wy­wał się jak emi­grant, który wiecz­nie nie dojada, bo wszystko odkłada na powrót. Potrze­bom pań­stwa nie poświę­cał uwagi, bo u wła­dzy był prze­jaz­dem. Wła­dza nie była celem w jego poli­tycz­nej karie­rze, ale epi­zo­dem, zbie­ra­niem opału na srogą zimę, zaś prze­trwa­nie zimy celem praw­dzi­wym. Stał się naj­waż­niej­szą figurą w histo­rii III RP, ale jego hory­zont cią­gle wyzna­czało dozgonne pano­wa­nie nad PiS-em.

Postawa była nie­zwy­kła, nic dziw­nego, że współ­cze­śni się pogu­bili. Sym­pa­tycy PiS-u potra­fili dostrzec, że pań­stwem rzą­dzą kukiełki, ale na­dal wie­rzyli w ambit­nego lal­ka­rza, zga­du­jąc jego plany na pod­sta­wie publicz­nie gło­szo­nych poglą­dów. Ale sta­wiali pro­blem na gło­wie, poli­tyczna maszy­ne­ria krę­ciła się dokład­nie w odwrotną stronę, Kaczyń­ski ow­szem poglądy miał, ale po pracy, gdy odpo­czy­wał nad książką, nato­miast rano, idąc do pracy, miał wyłącz­nie par­tyjne zmar­twie­nia. Co było widać gołym okiem - mit wiel­kich zmian, jakich chciał doko­nać, stał w sprzecz­no­ści z sys­te­mem wła­dzy, jaki zbu­do­wał. Wiel­kich pla­nów nie osiąga się małymi ludźmi. Taką ekipą nie buduje się Wiel­kiej Pol­ski, a jedy­nie Wielki PiS.

Pogu­bili się też prze­ciw­nicy. Patrząc na bru­talną kon­cen­tra­cję wła­dzy, wycią­gnęli wnio­sek, że Jaro­sław chce dyk­ta­tury, wła­dzy na zawsze. Gdyby prze­ła­mał się, gdyby został pre­mie­rem, podej­rze­nie byłoby zasadne, chce wiecz­nej wła­dzy dla sie­bie. Gdyby żył Lech, można by było zało­żyć, że chce wiecz­nej wła­dzy dla Lecha. Ale żaden z warun­ków nie był speł­niony. Po co miał zatem oba­lać demo­kra­cję? Aby prze­dłu­żyć wła­dzę pre­zy­den­towi, któ­rym gar­dził, któ­rego nie odwie­dzał w Pałacu Pre­zy­denc­kim, bo uwa­żał, że nie zasłu­guje na Pałac? A może po to, aby zapew­nić wła­dzę któ­re­muś z pre­mie­rów? Prze­cież nimi też gar­dził, świa­do­mie ich zro­bił kukieł­kami. Pomysł, że na skraju eme­ry­tury zrobi zamach stanu, aby jego owoce oddać kukieł­kom, był ostat­nim, jaki mógł mu przyjść do głowy.

Jaro­sław to dziwny poli­tyk, nie chciał ani wła­dzy posia­dać, ani z wła­dzy korzy­stać. Domyśl­nym usta­wie­niem jego aktyw­no­ści była praca na brata, a gdy brata zabra­kło, speł­niał się w roli psa ogrod­nika. Odga­niał innych od cze­goś, czego sam nie lubił.

Miłość do partii

A co lubił? Jaro­sław ni­gdy nie marzył o wła­dzy, zawsze marzył o par­tii. Pierw­sze pomy­sły na par­tię, jak opo­wia­dają bra­cia, poja­wiły się w 1980 roku, przy czym była to potrzeba wyłącz­nie Jaro­sława, Lech chęt­nie dzia­łał w ramach dru­żyny. Gdy Lech go wpro­wa­dził do opo­zy­cyj­nej elity, Jaro­sław od razu poże­glo­wał ku samo­dziel­no­ści. Jego potrzeba nie­za­leż­no­ści była osten­ta­cyjna, rzu­cała się w oczy każ­demu. Mich­nik w 1988 roku powie­dział Lechowi: "Wy zawsze two­rzy­cie dwu­oso­bową par­tię. Dla­czego nie chce­cie przy­stą­pić do nas?". Do nas, czyli do Geremka. Podobne pro­po­zy­cje zgła­szali wszy­scy. Zostaw­szy pre­mie­rem, Mazo­wiecki spy­tał Jaro­sława, czy zamie­rza być lojalny wobec Wałęsy, czy wobec niego. Była to oczy­wi­sta oferta, ale Kaczyń­ski jej nie pod­jął. Rów­nież Wałęsa kil­ku­krot­nie zło­żył mu pro­po­zy­cję bycia pierw­szym na jego dwo­rze, z wszel­kimi pro­fi­tami, z pre­mie­ro­stwem włącz­nie. Kaczyń­ski mil­czał i wybie­rał par­tię.

Potrzeba nie­za­leż­no­ści miała klu­czowe zna­cze­nie dla zro­zu­mie­nia jego roli w woj­nie na górze. Chciał być na swoim, nie chciał dołą­czyć ani do Geremka, ani do Mazo­wiec­kiego, ani do Wałęsy. A ponie­waż te trzy impe­ria zdo­mi­no­wały poli­tykę, posta­no­wił je zna­cząco osła­bić. Jak? Rzu­ca­jąc wszyst­kich do wojny prze­ciw sobie, kon­flik­tu­jąc ze sobą króla, kró­lową i wieżę, aby się poza­bi­jali wła­snymi rękami. Co cie­kawe, nie stał ase­ku­rancko z boku, dziel­nie wsko­czył w sam śro­dek wojny, bijąc bez umiaru w każ­dego. Spek­takl był nie­zwy­kły, Kaczyń­ski poszedł na wojnę z całym ówcze­snym esta­bli­sh­men­tem, a nie był to zwy­kły esta­bli­sh­ment, jak ten z 2005 roku czy z 2015 roku. Po odzy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści miał on sta­tus mityczny, w jego figu­rach widziano naro­do­wych zbaw­ców, postaci święte.

Był wybitny w two­rze­niu warun­ków do budowy par­tii. Nie był kla­sycz­nym lide­rem par­tyj­nym, który mozol­nie ciuła popar­cie. Pra­co­wał na innym pozio­mie, pod swoje potrzeby zmie­niał całą scenę poli­tyczną. Dzia­łał jak klę­ski żywio­łowe, hura­gany lub trzę­sie­nia ziemi. Kiedy Jaro­sław rano się budził, cały świat się budził razem z nim. Siał spu­sto­sze­nie, wdzie­rał się na pole rywali, kom­pro­mi­to­wał lide­rów, nisz­czył im for­ma­cje. Prze­ra­ził współ­cze­snych skalą poli­tycz­nego talentu. Przy­szedł zni­kąd, zbu­do­wał się w mie­siąc, a potem zaczął dyk­to­wać warunki. W zuchwa­łym, agre­syw­nym stylu, wsz­czy­na­jąc wojnę za wojną, nie uzna­jąc żad­nych świę­to­ści, sku­tecz­nie nisz­cząc każ­dego. Kiedy poznaje się po latach kulisy kolej­nych wyda­rzeń, podziw dla Kaczyń­skiego jesz­cze bar­dziej rośnie. Nie miał żad­nych kart, jed­nak zdo­łał prze­jąć ini­cja­tywę. Zadał śmier­telny cios w rosnące impe­rium Geremka; potem zdep­tał Mazo­wiec­kiego, nie pozwo­lił mu uro­snąć na pre­mie­ro­stwie; na koniec bole­śnie zra­nił Wałęsę.

Świet­nie wyko­rzy­sty­wał oka­zje. Par­tię powo­łał, gdy Wałęsa ruszył po pre­zy­den­turę, a Mazo­wiecki i Gere­mek posta­no­wili go zablo­ko­wać. Kaczyń­ski od razu zro­zu­miał, że popeł­niają życiowy błąd, gołymi rękami pró­bują zatrzy­mać pędzącą loko­mo­tywę. Sta­nął po stro­nie oczy­wi­stego zwy­cięzcy, a potem uda­wał przed świa­tem, że jest prawą ręką Wałęsy, co prawdą nie było. Po latach wyznał, że ich związki były luźne, co kilka tygo­dni roz­ma­wiali przez tele­fon, nic wię­cej w ich rela­cjach wów­czas nie było. Uda­wał prawą rękę Wałęsy, aby prze­jąć jego elek­to­rat. Plan opie­rał się na dwóch kro­kach, Wałęsa wygrywa wybory pre­zy­denc­kie i natych­miast roz­pi­suje wybory par­la­men­tarne, w któ­rych wałę­sow­ski elek­to­rat raz jesz­cze gło­suje, teraz na PC. Poro­zu­mie­nie sta­łoby się par­tią rów­nie potężną, jak sam Wałęsa. Jedyną wadą planu było to, że Wałęsa go przej­rzał, więc dru­giego kroku nie zro­bił, nie roz­pi­sał wybo­rów. Doszło do wiel­kiej kłótni, Kaczyń­ski wręcz krzy­czał na Wałęsę, ale niczego nie wskó­rał. Wałęsa powtó­rzył mu to, co zawsze: "Będę wspie­rał cie­bie, ale nie twoją par­tię".

Wybory odbyły się nie­mal rok póź­niej. Kaczyń­ski na­dal uda­wał, że jest prawą ręką Wałęsy, ale nic to nie dało, za dużo czasu upły­nęło. Wynik PC był ewi­dentną porażką, nie­całe 10 pro­cent. Więc znowu zaata­ko­wał, po raz kolejny prze­bu­do­wał scenę poli­tyczną pod swoje potrzeby. Doko­nał nie­moż­li­wego, poszedł na otwarty kon­flikt z Wałęsą i wygrał, prze­for­so­wał pre­miera Jana Olszew­skiego. Suk­ces trwał jed­nak kilka tygo­dni, Wałęsa odzy­skał ini­cja­tywę, rząd stra­cił więk­szość, pre­mier sta­nął na kra­wę­dzi upadku. Jaro­sław prze­my­ślał sytu­ację i wyszedł z szo­ku­ją­cym pomy­słem: posta­no­wił się prze­pro­sić z Gerem­kiem i Mazo­wiec­kim, zaofe­ro­wał im klu­czowe mini­ster­stwa w rzą­dzie. Olszew­ski był wstrzą­śnięty, gdy Kaczyń­ski wyło­żył mu szcze­góły planu: odwo­łu­jemy prze­łom, odwo­łu­jemy deko­mu­ni­za­cję, budu­jemy z Gerem­kiem i Mazo­wiec­kim układ na całą kaden­cję, wro­giem jest teraz Wałęsa.

To był ostatni manewr Kaczyń­skiego w cza­sie wojny na górze i pierw­szy nie­udany. Koali­cja prze­ciw Wałę­sie nie powstała, bo wszy­scy mieli dość Kaczyń­skiego. Od 1992 roku zaczął się poli­tyczny boj­kot Kaczyń­skiego, ale nie z powodu anty­ko­mu­ni­zmu, po pro­stu uznano go za awan­tur­nika. Poli­tycy prze­stali mu ufać, zaczęli go uni­kać. Jesz­cze nie­dawno jego zuchwa­łość budziła respekt, Jan Krzysz­tof Bie­lecki mówił "musimy mieć w rzą­dzie Kaczor­ków, bo wszystko roz­pie­przą". Parę mie­sięcy póź­niej zwy­cię­żył strach. Pre­mier Hanna Suchocka oznaj­miła, że nie można wpusz­czać Kaczyń­skiego do namiotu, bo nasika do środka. Kaczyń­ski skar­żył się potem, że skrzyk­nęły się prze­ciw niemu siły układu, ale z równą nie­chę­cią reago­wała na niego twarda pra­wica: "Soli­dar­ność", ZChN czy Radio Maryja.

Ude­rza­jącą cechą tam­tych dzia­łań Kaczyń­skiego był roz­ziew mię­dzy roz­ma­chem, z jakim wyrą­by­wał miej­sce dla wła­snej par­tii, a nie­umie­jęt­no­ścią jej budowy. W pozy­tyw­nej pracy sobie nie radził, lide­rem był ewi­dent­nie sła­bym, ekipa, z którą zało­żył PC, szybko od niego ucie­kła, nowych ludzi ścią­gnąć nie potra­fił, nie chciał przejść na jego stronę żaden roz­po­zna­walny poli­tyk, nie chciała żadna znana oso­bi­stość. Poległ na wszyst­kim, co dla par­tii ważne, na budo­wie lokal­nych struk­tur, na zbie­ra­niu pie­nię­dzy (a skru­pu­łów nie miał), na pozy­ski­wa­niu stra­te­gicz­nych śro­do­wisk. Nie zjed­nał sobie ani elit, ani Kościoła, ani związ­ków zawo­do­wych, ani mediów. Nie prze­bił się do żad­nej grupy spo­łecz­nej. Gdy wyczer­pał się impet 1990 roku, jego par­tia szła wyłącz­nie w dół. Jako lider for­ma­cji sta­now­czo prze­grał z innymi: z Chrza­now­skim, z Moczul­skim, z Mazo­wiec­kim. Nie wspo­mi­na­jąc o Kwa­śniew­skim czy Paw­laku.

Nie pod­dał się, im bar­dziej tonął, tym sil­niej wal­czył. Nie dopusz­czał myśli, żeby zapu­kać do cudzych drzwi, żeby pra­co­wać pod innym lide­rem. Ale w jego deter­mi­na­cji było coś jesz­cze. Powie­dzieć, że par­tyjną robotę szcze­rze polu­bił, to nic nie powie­dzieć, on się zako­chał w byciu lide­rem. W jego pla­nach par­tia miała być wielka, ale rów­nie mocno ją kochał, gdy oka­zała się mała. Od 1993 roku była to jedna skromna, wyna­jęta willa, jedna sekre­tarka oraz grupka wolon­ta­riu­szy. Sie­dzieli w willi całymi dniami, snuli plany, dzie­lili skórę na niedź­wie­dziu, orga­ni­zo­wali kon­fe­ren­cje pra­sowe, na które nikt nie przy­cho­dził. PC pro­spe­ro­wało jak osie­dlowa restau­ra­cja, kilku sta­łych klien­tów, wieczny brak pie­nię­dzy na czynsz i prąd, ale gdyby powie­dzieć wła­ści­cie­lowi, że lepiej zamknąć biz­nes, ten by się obu­rzył. Dla niego nie był to biz­nes, ale życie. W końcu nad­szedł cios, nawet w tym malut­kim światku doszło do buntu, Jaro­sław stra­cił przy­wódz­two, przez kilka lat wege­to­wał w Sej­mie jako nie­za­leżny poseł.

To wyda­rze­nie ufor­mo­wało jego toż­sa­mość, zro­zu­miał, czego naprawdę chce. Kiedy brat dał mu w pre­zen­cie drugą par­tię, sku­pił się na tym, aby jej ni­gdy nie stra­cić. W poli­tyce jest to marze­nie nie­zwy­kłe, dla poli­ty­ków par­tie są narzę­dziem, tram­po­liną do wła­dzy albo wzmoc­nie­niem wła­dzy, gdy rzą­dzą. Wszy­scy jed­nak wie­dzą, że kie­dyś par­tia ich porzuci. Kaczyń­ski był wyjąt­kowy, odmó­wił udziału w łań­cu­chu nie­ustan­nych roz­stań, zako­chał się w roli par­tyj­nego lidera jako w pomy­śle na całe życie. Zako­chał się w doży­wot­nim przy­wódz­twie, w posia­da­niu par­tii pry­wat­nej. Wszę­dzie jest tak, że to par­tia posiada lidera, on stwo­rzył par­tię, w któ­rej lider jest wła­ści­cie­lem.

Ludwik Dorn opo­wia­dał, że ledwo powstał PiS, Kaczyń­ski wiecz­nie wer­to­wał sta­tut par­tii w poszu­ki­wa­niu miejsc dla sie­bie nie­bez­piecz­nych. Spraw­dzał, kiedy par­tia może odwo­łać szefa, jakie ciało to robi, w jakim try­bie. I dys­kret­nie się zabez­pie­czał, zmie­niał zapisy, zmie­niał ludzi. Zazwy­czaj zacho­wa­nia poli­tyka obja­śnia długi sze­reg oko­licz­no­ści, u Kaczyń­skiego liczyła się jedna, chciał pozo­stać doży­wot­nim pre­ze­sem. Ten cel wyja­śniał, dla­czego rzą­dząc, robił to, co robił. Wszyst­kie wyda­rze­nia w epoce rzą­dów Kaczyń­skiego w tle miały kon­so­li­da­cję par­tii oraz obronę wła­snej pozy­cji. Podob­nie wszyst­kie decy­zje, gdy PiS był w opozy­cji, sku­pione były wokół nie­ty­kal­no­ści osoby pre­zesa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki