Rozdział I. Portret Kaczyńskiego
Rozdział I
Portret Kaczyńskiego
Niechęć do władzy
Zacznijmy od czterech cech, które zasadniczo różnią Kaczyńskiego od
innych polityków. Ujawniały się na różnych etapach kariery, ale warto je
wskazać od razu. Rzucają dużo światła na jego osobę i osadzają jej opis
na twardym gruncie realiów, co w przypadku tej niejednoznacznej postaci
nie zdarza się często. Podkreślmy wagę tych czterech rozpoznań: to nie
są poszlaki, to nie są hipotezy, ale obserwacje potwierdzone całym jego
życiem. Cztery najważniejsze polityczne fakty, jakie znamy na pewno.
Sprawa pierwsza: Jarosław Kaczyński nigdy nie chciał rządzić, nie miał
takiej potrzeby. Nie kusił go żaden z wymiarów władzy - ani nie chciał
się napawać jej posiadaniem, ani nie miał ambicji zmiany rzeczywistości
własnymi rękami. Stworzył kilka projektów głębokiej zmiany realiów, ale
nie on był ich adresatem, lecz jego brat. W rodzinnym podziale pracy
Lech był przeznaczony na władcę, on miał zmieniać Polskę, Jarosław miał
być szefem jego politycznego zaplecza oraz głównym doradcą.
Podział ról zrodził się jeszcze w opozycji, kiedy Lech był znacząco
ważniejszy. Obaj działali w KOR-ze, Jarosław w Warszawie, zaledwie na
obrzeżu ruchu, natomiast Lech w Trójmieście w samym centrum wydarzeń,
ciągle u boku głównych postaci epoki - Bogdana Borusewicza, Jacka
Kuronia, Andrzeja Gwiazdy, Lecha Wałęsy. Nie był politykiem pierwszej
ligi, ale był postacią istotną, znał wszystkich, wszyscy znali jego.
Zaprzyjaźniony z Kuroniem, z Adamem Michnikiem, znał świetnie Bronisława
Geremka i Tadeusza Mazowieckiego, był w gronie najbliższych
współpracowników Wałęsy, zwłaszcza w drugiej połowie lat 80. Gdy
przyjdzie do kluczowych wydarzeń, Lecha odnajdziemy w roli zaufanego
człowieka Wałęsy: jego wysłał na wszystkie spotkania w Magdalence, jemu
powierzył misję stworzenia rządu Mazowieckiego, jemu oddał nadzór nad
bieżącą aktywnością "Solidarności", jemu po wygraniu prezydentury chciał
oddać przywództwo nad związkiem.
W tym czasie Jarosław był politycznie nieważny, jak sam powiedział:
"moja pozycja polityczna była właściwie żadna". Dopiero dzięki bratu
poznał główne figury opozycji. Bratu też zawdzięczał, że u progu III RP
mógł poprowadzić najważniejsze rozdanie epoki: stworzyć koalicję rządową
oraz wybrać osobę premiera.
Kilka miesięcy później bracia ruszyli do walki o budowę własnych
zasobów, Jarosław stworzył partię, Lech zabrał się do przejęcia władzy
nad "Solidarnością". Misja Lecha była o niebo ważniejsza, gdyby przejął
związek, bracia byliby potęgą, jednak Lech przegrał. A wtedy między
braćmi ustalił się podział pracy, który obowiązywać będzie do końca.
Cieszący się powszechnym szacunkiem Lech był twarzą oraz kapitałem
projektu "bracia Kaczyńscy", natomiast Jarosław organizował zaplecze
oraz kreślił strategie. Innymi słowy Jarosław kierował partią, której
celem było wprowadzenie Lecha na kluczowe stanowiska w państwie. Prób
podjął wiele, wszystkie bez skutku, Porozumienie Centrum okazało się za
słabe, aby zostać wehikułem kariery Lecha. Stanowisko w końcu dostał,
został szefem NIK-u, ale nie dzięki PC, tylko ze względu na własną
pozycję.
Mijały lata, partia nadal nie potrafiła mu pomóc, to raczej on
wyświadczał przysługi. Gdy słabiutkie PC, walczące o kilka procent,
musiało wystawić kandydata na prezydenta, prosiło Lecha. Ten zgadzał
się, choć jak mówił Jarosław, Porozumienia nie lubił; w jego opinii byli
to mali, toporni ludzie. Po zakończeniu kadencji w NIK-u Lech politykę
porzucił, wziął się za karierę akademicką. Czasem bracia snuli
polityczne plany, ale ambicje były coraz bardziej skromne, raz jeszcze
prezesura NIK-u dla Lecha, z której bracia chcieli stworzyć ośrodek
walki z układem. Jednak cel ciągle się oddalał, Jarosław ponosił kolejne
porażki, w partii doszło do buntu, stracił pozycję szefa, był już tylko
szeregowym posłem.
I wtedy Lech znowu pociągnął brata do góry. Premier Jerzy Buzek mianował
go ministrem sprawiedliwości, co ten wykorzystał z olbrzymią
zręcznością. W kilka miesięcy Lech odniósł niebywały sukces, był
pierwszym prawicowym politykiem, który w sondażach popularności
poszybował na szczyt. W tamtych miesiącach Jarosław pracował u boku
brata, był jego nieformalnym sekretarzem, podrzucał mu pomysły,
autoryzował wywiady, szukał współpracowników. Chwilę potem bracia
skapitalizowali poparcie, założyli partię, której Lech został szefem.
Ale tylko formalnie, nadal obowiązywał dawny podział pracy, Lech był
kandydatem na najwyższe urzędy, Jarosław szefem partii pracującej na
jego sukces. Niedługo potem bracia opracowali strategiczny plan: Lech
wystartuje w wyborach na prezydenta Warszawy, a jeśli wygra, na
prezydenta państwa.
Udało się. Ubocznym skutkiem sukcesu, nieplanowanym i przez Jarosława
niechcianym, był fakt, że "partia pracy na sukces Lecha" urosła do
rozmiaru największej w Polsce siły. Rodząc nowy problem - w puli władzy
pojawiło się więcej stanowisk niż braci gotowych rządzić. Bo rządzić
chciał jedynie Lech. To nie był kaprys, bliźniactwo zbudowało
niespotykane profile polityczne. Stabilne istnienie czegoś, co w polityce nie istnieje - pełnej lojalności i niezmąconej współpracy -
pozwoliło braciom podzielić się pracą. Jeden robił rzeczy od A do P,
drugi od R do Z. Jarosław budował partię, szlifując swoje talenty
organizacyjne, taktyczne, manipulacyjne. Z kolei Lech życia partyjnego
nie znosił, nie lubił żadnej partii, w szczególności nie lubił PC oraz
PiS-u. Nie obchodziły go również taktyka polityczna, kulisy walki
wyborczej, sejmowe intrygi i awantury. Jarosław brał na siebie
polityczny brud, Lech godne sprawowanie urzędów. Stabilny podział pracy
sprawił, że bracia krzepli w niecodziennych warunkach, rozwijali w sobie
jedne zdolności, innych rozwijać nie próbowali. Jarosław pokochał
codzienną szarpaninę, partyjną młóckę, natomiast wobec wielkich
stanowisk czuł opór, a nawet wstręt. Stanowczo nie chciał rządzić, Lech
kiedyś powiedział: "Znam jednego zadziwiająco mało ambitnego polityka -
Jarka, mojego brata". Lech miał o to pretensje, coraz większe, z czasem
zaczął je wypowiadać publicznie. Mówił, że brat nie chce władzy, że to
nienormalne, że w polityce nie można siedzieć wyłącznie za kulisami. W odpowiedzi Jarosław mnożył przeszkody: nie zna języków, nie chce jeździć
na międzynarodowe szczyty, ma kiepską kondycję fizyczną. Po latach
również Jarosław ujawnił tamte spory z bratem: "Po wygranych wyborach
parlamentarnych w 2005 r. wręcz żądał ode mnie, w bardzo ostrych
słowach, abym został premierem... Wtedy doszło między nami do największej
kłótni w całym naszym życiu. I najdłuższego milczenia. Leszek się na
mnie potwornie obraził... Później Leszek cały czas na mnie naciskał, żebym
stanął na czele rządu". Wygrał, ale tylko dlatego że wymagała tego
partyjna logika. Jarosław wystraszył się, że popularny premier Kazimierz
Marcinkiewicz zawalczy o przywództwo nad partią. Zdymisjonował go i sam
został premierem, nie dla władzy nad państwem, ale dla władzy nad
partią.
Kilkanaście miesięcy na czele rządu było ciekawym testem. Bieżące
rządzenie Jarosława zaciekawiło, jednak nie odmieniło, partia nadal była
dla niego najważniejsza. Za trzy lata Lech miał walczyć o reelekcję,
więc Jarosław skupił się na wzmacnianiu PiS-u. Tuż po wyborach w 2005
roku skarżył się, że PiS osiągnął sufit, jest partią wielkomiejską, bez
szans ekspansji na wieś i małe miasta. Koalicja z populistami z Samoobrony i LPR-u, co z czasem dostrzegł, stała się okazją do zamiany
wielkomiejskiej wydmuszki w stabilną partię ludową. Rządzenie państwem,
w perspektywie Jarosława, było epizodem w budowie wielkiego PiS-u.
Przez piętnaście lat Kaczyński opowiadał o tym, jaka rewolucja czeka
Polskę, gdy jego obóz zdobędzie władzę. Ale od robienia rewolucji miał
być Lech, Jarosław jedynie kumulował siły. Budowanie silnej partii,
zdolnej do rewolucji, było dla niego celem ważniejszym niż sama
rewolucja. Podobnie jak Lech dużo mówił o państwie, ale w przeciwieństwie do Lecha potrafił działać wyłącznie dla dobra partii.
Nawet kiedy był premierem, partię miał za kompas: budował jej docelowy
profil, przesuwał na prawo jej elektorat, wyrzucał centrowe postaci, w ich miejsce zasysał środowiska twarde, gniewne, bardziej lojalne. Z fotelem premiera rozstał się łatwo, po wyborczej porażce z wyraźną
radością wrócił na Nowogrodzką, co potwierdzają wszyscy jego
współpracownicy. Jego świat wrócił do normy, brat rządził w Pałacu, on
bił się o to, aby ten stan przedłużyć.
Rodzinny podział pracy trwał do 2010 roku, dopokąd prezydentem był Lech,
brat od rządzenia. Wraz z jego śmiercią system się załamał. Jarosław
nadal szefował partii, ale nie pragnął już władzy, bo nie było jej
adresata. Do kolejnych wyborów szedł nie po to, aby wygrać państwo, ale
aby nie przegrać partii. Raz stanął osobiście, bo musiał, potem jako
kandydatów PiS-u wystawiał postaci słabe, które nie miały szansy na
zwycięstwo, albo - w razie zwycięstwa - nie miały szansy na sprawne
rządzenie.
Władza przyszła nagle, zupełnym przypadkiem; Tusk porzucił Platformę,
obóz liberalny stracił przywództwo, chwilę potem się rozpadł, więc w 2015 roku całe państwo powtórnie wpadło w ręce PiS-u. Jarosław raz
jeszcze zlekceważył władzę, nie wziął fotela premiera, dwa razy pojawił
się w rządzie jako wicepremier, ale bez ambicji państwowych, wyłącznie w celach taktycznych. Na osiem lat władzę oddał w ręce ludzi, których nie
cenił, uważał za lojalnych, lecz głupich. A nielicznych zdolnych celowo
osłabiał, aby nie urośli za bardzo. Mnożył w rządzie frakcje, popychał
przeciw sobie, pilnował równowagi. Nazywano go "naczelnikiem państwa",
co było zasadniczą pomyłką. Był wyłącznie "naczelnikiem partii", miał
horyzont partyjnego lidera, dbał tylko o to, aby mu nie wyrósł
konkurent. Aby ambitny premier, minister czy prezydent nie odebrał mu
partii.
Diagnoza Lecha: "brata nie interesuje władza, jego interesuje partia",
nadal była prawdziwa. Jedną z konsekwencji było to, że nadal nie
interesowało go państwo. Nie żył teraźniejszością panowania,
teraźniejszość była dla niego nieważna. Żył w innym czasie, w innym
wymiarze, wiecznie skupiał się na tym, co będzie po zakończeniu
kadencji, po przejściu do opozycji. Dlatego karmił partię, aby się
najadła za wszystkie czasy, aby zapamiętała sytość okresu zwycięstwa.
Sam natomiast zachowywał się jak emigrant, który wiecznie nie dojada, bo
wszystko odkłada na powrót. Potrzebom państwa nie poświęcał uwagi, bo u władzy był przejazdem. Władza nie była celem w jego politycznej
karierze, ale epizodem, zbieraniem opału na srogą zimę, zaś przetrwanie
zimy celem prawdziwym. Stał się najważniejszą figurą w historii III RP,
ale jego horyzont ciągle wyznaczało dozgonne panowanie nad PiS-em.
Postawa była niezwykła, nic dziwnego, że współcześni się pogubili.
Sympatycy PiS-u potrafili dostrzec, że państwem rządzą kukiełki, ale
nadal wierzyli w ambitnego lalkarza, zgadując jego plany na podstawie
publicznie głoszonych poglądów. Ale stawiali problem na głowie,
polityczna maszyneria kręciła się dokładnie w odwrotną stronę, Kaczyński
owszem poglądy miał, ale po pracy, gdy odpoczywał nad książką, natomiast
rano, idąc do pracy, miał wyłącznie partyjne zmartwienia. Co było widać
gołym okiem - mit wielkich zmian, jakich chciał dokonać, stał w sprzeczności z systemem władzy, jaki zbudował. Wielkich planów nie
osiąga się małymi ludźmi. Taką ekipą nie buduje się Wielkiej Polski, a jedynie Wielki PiS.
Pogubili się też przeciwnicy. Patrząc na brutalną koncentrację władzy,
wyciągnęli wniosek, że Jarosław chce dyktatury, władzy na zawsze. Gdyby
przełamał się, gdyby został premierem, podejrzenie byłoby zasadne, chce
wiecznej władzy dla siebie. Gdyby żył Lech, można by było założyć, że
chce wiecznej władzy dla Lecha. Ale żaden z warunków nie był spełniony.
Po co miał zatem obalać demokrację? Aby przedłużyć władzę prezydentowi,
którym gardził, którego nie odwiedzał w Pałacu Prezydenckim, bo uważał,
że nie zasługuje na Pałac? A może po to, aby zapewnić władzę któremuś z premierów? Przecież nimi też gardził, świadomie ich zrobił kukiełkami.
Pomysł, że na skraju emerytury zrobi zamach stanu, aby jego owoce oddać
kukiełkom, był ostatnim, jaki mógł mu przyjść do głowy.
Jarosław to dziwny polityk, nie chciał ani władzy posiadać, ani z władzy
korzystać. Domyślnym ustawieniem jego aktywności była praca na brata, a gdy brata zabrakło, spełniał się w roli psa ogrodnika. Odganiał innych
od czegoś, czego sam nie lubił.
Miłość do partii
A co lubił? Jarosław nigdy nie marzył o władzy, zawsze marzył o partii.
Pierwsze pomysły na partię, jak opowiadają bracia, pojawiły się w 1980
roku, przy czym była to potrzeba wyłącznie Jarosława, Lech chętnie
działał w ramach drużyny. Gdy Lech go wprowadził do opozycyjnej elity,
Jarosław od razu pożeglował ku samodzielności. Jego potrzeba
niezależności była ostentacyjna, rzucała się w oczy każdemu. Michnik w 1988 roku powiedział Lechowi: "Wy zawsze tworzycie dwuosobową partię.
Dlaczego nie chcecie przystąpić do nas?". Do nas, czyli do Geremka.
Podobne propozycje zgłaszali wszyscy. Zostawszy premierem, Mazowiecki
spytał Jarosława, czy zamierza być lojalny wobec Wałęsy, czy wobec
niego. Była to oczywista oferta, ale Kaczyński jej nie podjął. Również
Wałęsa kilkukrotnie złożył mu propozycję bycia pierwszym na jego dworze,
z wszelkimi profitami, z premierostwem włącznie. Kaczyński milczał i wybierał partię.
Potrzeba niezależności miała kluczowe znaczenie dla zrozumienia jego
roli w wojnie na górze. Chciał być na swoim, nie chciał dołączyć ani do
Geremka, ani do Mazowieckiego, ani do Wałęsy. A ponieważ te trzy imperia
zdominowały politykę, postanowił je znacząco osłabić. Jak? Rzucając
wszystkich do wojny przeciw sobie, konfliktując ze sobą króla, królową i wieżę, aby się pozabijali własnymi rękami. Co ciekawe, nie stał
asekurancko z boku, dzielnie wskoczył w sam środek wojny, bijąc bez
umiaru w każdego. Spektakl był niezwykły, Kaczyński poszedł na wojnę z całym ówczesnym establishmentem, a nie był to zwykły establishment, jak
ten z 2005 roku czy z 2015 roku. Po odzyskaniu niepodległości miał on
status mityczny, w jego figurach widziano narodowych zbawców, postaci
święte.
Był wybitny w tworzeniu warunków do budowy partii. Nie był klasycznym
liderem partyjnym, który mozolnie ciuła poparcie. Pracował na innym
poziomie, pod swoje potrzeby zmieniał całą scenę polityczną. Działał jak
klęski żywiołowe, huragany lub trzęsienia ziemi. Kiedy Jarosław rano się
budził, cały świat się budził razem z nim. Siał spustoszenie, wdzierał
się na pole rywali, kompromitował liderów, niszczył im formacje.
Przeraził współczesnych skalą politycznego talentu. Przyszedł znikąd,
zbudował się w miesiąc, a potem zaczął dyktować warunki. W zuchwałym,
agresywnym stylu, wszczynając wojnę za wojną, nie uznając żadnych
świętości, skutecznie niszcząc każdego. Kiedy poznaje się po latach
kulisy kolejnych wydarzeń, podziw dla Kaczyńskiego jeszcze bardziej
rośnie. Nie miał żadnych kart, jednak zdołał przejąć inicjatywę. Zadał
śmiertelny cios w rosnące imperium Geremka; potem zdeptał Mazowieckiego,
nie pozwolił mu urosnąć na premierostwie; na koniec boleśnie zranił
Wałęsę.
Świetnie wykorzystywał okazje. Partię powołał, gdy Wałęsa ruszył po
prezydenturę, a Mazowiecki i Geremek postanowili go zablokować.
Kaczyński od razu zrozumiał, że popełniają życiowy błąd, gołymi rękami
próbują zatrzymać pędzącą lokomotywę. Stanął po stronie oczywistego
zwycięzcy, a potem udawał przed światem, że jest prawą ręką Wałęsy, co
prawdą nie było. Po latach wyznał, że ich związki były luźne, co kilka
tygodni rozmawiali przez telefon, nic więcej w ich relacjach wówczas nie
było. Udawał prawą rękę Wałęsy, aby przejąć jego elektorat. Plan opierał
się na dwóch krokach, Wałęsa wygrywa wybory prezydenckie i natychmiast
rozpisuje wybory parlamentarne, w których wałęsowski elektorat raz
jeszcze głosuje, teraz na PC. Porozumienie stałoby się partią równie
potężną, jak sam Wałęsa. Jedyną wadą planu było to, że Wałęsa go
przejrzał, więc drugiego kroku nie zrobił, nie rozpisał wyborów. Doszło
do wielkiej kłótni, Kaczyński wręcz krzyczał na Wałęsę, ale niczego nie
wskórał. Wałęsa powtórzył mu to, co zawsze: "Będę wspierał ciebie, ale
nie twoją partię".
Wybory odbyły się niemal rok później. Kaczyński nadal udawał, że jest
prawą ręką Wałęsy, ale nic to nie dało, za dużo czasu upłynęło. Wynik PC
był ewidentną porażką, niecałe 10 procent. Więc znowu zaatakował, po raz
kolejny przebudował scenę polityczną pod swoje potrzeby. Dokonał
niemożliwego, poszedł na otwarty konflikt z Wałęsą i wygrał,
przeforsował premiera Jana Olszewskiego. Sukces trwał jednak kilka
tygodni, Wałęsa odzyskał inicjatywę, rząd stracił większość, premier
stanął na krawędzi upadku. Jarosław przemyślał sytuację i wyszedł z szokującym pomysłem: postanowił się przeprosić z Geremkiem i Mazowieckim, zaoferował im kluczowe ministerstwa w rządzie. Olszewski
był wstrząśnięty, gdy Kaczyński wyłożył mu szczegóły planu: odwołujemy
przełom, odwołujemy dekomunizację, budujemy z Geremkiem i Mazowieckim
układ na całą kadencję, wrogiem jest teraz Wałęsa.
To był ostatni manewr Kaczyńskiego w czasie wojny na górze i pierwszy
nieudany. Koalicja przeciw Wałęsie nie powstała, bo wszyscy mieli dość
Kaczyńskiego. Od 1992 roku zaczął się polityczny bojkot Kaczyńskiego,
ale nie z powodu antykomunizmu, po prostu uznano go za awanturnika.
Politycy przestali mu ufać, zaczęli go unikać. Jeszcze niedawno jego
zuchwałość budziła respekt, Jan Krzysztof Bielecki mówił "musimy mieć w rządzie Kaczorków, bo wszystko rozpieprzą". Parę miesięcy później
zwyciężył strach. Premier Hanna Suchocka oznajmiła, że nie można
wpuszczać Kaczyńskiego do namiotu, bo nasika do środka. Kaczyński
skarżył się potem, że skrzyknęły się przeciw niemu siły układu, ale z równą niechęcią reagowała na niego twarda prawica: "Solidarność", ZChN
czy Radio Maryja.
Uderzającą cechą tamtych działań Kaczyńskiego był rozziew między
rozmachem, z jakim wyrąbywał miejsce dla własnej partii, a nieumiejętnością jej budowy. W pozytywnej pracy sobie nie radził,
liderem był ewidentnie słabym, ekipa, z którą założył PC, szybko od
niego uciekła, nowych ludzi ściągnąć nie potrafił, nie chciał przejść na
jego stronę żaden rozpoznawalny polityk, nie chciała żadna znana
osobistość. Poległ na wszystkim, co dla partii ważne, na budowie
lokalnych struktur, na zbieraniu pieniędzy (a skrupułów nie miał), na
pozyskiwaniu strategicznych środowisk. Nie zjednał sobie ani elit, ani
Kościoła, ani związków zawodowych, ani mediów. Nie przebił się do żadnej
grupy społecznej. Gdy wyczerpał się impet 1990 roku, jego partia szła
wyłącznie w dół. Jako lider formacji stanowczo przegrał z innymi: z Chrzanowskim, z Moczulskim, z Mazowieckim. Nie wspominając o Kwaśniewskim czy Pawlaku.
Nie poddał się, im bardziej tonął, tym silniej walczył. Nie dopuszczał
myśli, żeby zapukać do cudzych drzwi, żeby pracować pod innym liderem.
Ale w jego determinacji było coś jeszcze. Powiedzieć, że partyjną robotę
szczerze polubił, to nic nie powiedzieć, on się zakochał w byciu
liderem. W jego planach partia miała być wielka, ale równie mocno ją
kochał, gdy okazała się mała. Od 1993 roku była to jedna skromna,
wynajęta willa, jedna sekretarka oraz grupka wolontariuszy. Siedzieli w willi całymi dniami, snuli plany, dzielili skórę na niedźwiedziu,
organizowali konferencje prasowe, na które nikt nie przychodził. PC
prosperowało jak osiedlowa restauracja, kilku stałych klientów, wieczny
brak pieniędzy na czynsz i prąd, ale gdyby powiedzieć właścicielowi, że
lepiej zamknąć biznes, ten by się oburzył. Dla niego nie był to biznes,
ale życie. W końcu nadszedł cios, nawet w tym malutkim światku doszło do
buntu, Jarosław stracił przywództwo, przez kilka lat wegetował w Sejmie
jako niezależny poseł.
To wydarzenie uformowało jego tożsamość, zrozumiał, czego naprawdę chce.
Kiedy brat dał mu w prezencie drugą partię, skupił się na tym, aby jej
nigdy nie stracić. W polityce jest to marzenie niezwykłe, dla polityków
partie są narzędziem, trampoliną do władzy albo wzmocnieniem władzy, gdy
rządzą. Wszyscy jednak wiedzą, że kiedyś partia ich porzuci. Kaczyński
był wyjątkowy, odmówił udziału w łańcuchu nieustannych rozstań, zakochał
się w roli partyjnego lidera jako w pomyśle na całe życie. Zakochał się
w dożywotnim przywództwie, w posiadaniu partii prywatnej. Wszędzie jest
tak, że to partia posiada lidera, on stworzył partię, w której lider
jest właścicielem.
Ludwik Dorn opowiadał, że ledwo powstał PiS, Kaczyński wiecznie wertował
statut partii w poszukiwaniu miejsc dla siebie niebezpiecznych.
Sprawdzał, kiedy partia może odwołać szefa, jakie ciało to robi, w jakim
trybie. I dyskretnie się zabezpieczał, zmieniał zapisy, zmieniał ludzi.
Zazwyczaj zachowania polityka objaśnia długi szereg okoliczności, u Kaczyńskiego liczyła się jedna, chciał pozostać dożywotnim prezesem. Ten
cel wyjaśniał, dlaczego rządząc, robił to, co robił. Wszystkie
wydarzenia w epoce rządów Kaczyńskiego w tle miały konsolidację partii
oraz obronę własnej pozycji. Podobnie wszystkie decyzje, gdy PiS był w opozycji, skupione były wokół nietykalności osoby prezesa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki