Krwawy poranek w Mosfellsdalur
Rok 875
Trzy olbrzymki przędą ludzkie losy
Zgarbione i ciche niczym stare dęby
Ty nie zdołasz rozpleść nigdy tego splotu
Jak nie znajdziesz czaru, by być naraz wszędzie.
Zima przyszła tego roku nagle, wgryzając się lodowym oddechem w nasączony jesiennymi deszczami krajobraz Islandii. Solidne, ocieplane darnią drewniane hovy3 przykryła jednej nocy gruba warstwa śniegu. Dolina Mosfellsdalur skryła się pod nim niczym pod stertą owczej przędzy. Jeśli nie liczyć kilku strażników opatulonych w niedźwiedzie futra, między domami było pusto. Jeszcze miesiąc wcześniej ci zbrojni grzaliby tyłki przy ogniskach, tęgo popijając mocne piwo. Ale to było, zanim...
Ujadanie marznących psów i dochodzące niekiedy z wnętrza domostw stłumione pijackie śpiewy i kłótnie zagłuszał ryk wiatru zagarnianego potężnymi skrzydłami Hräswelga4. Kto nie musiał, nie wyściubiał dzisiaj nosa z chaty. Nadchodził czas pijatyk, chędożenia żon i niewolnic - tych ostatnich po wielokroć, o ile właściciel nie miał nic przeciwko albo był zbyt pijany, by go pytać o zgodę. No i czas planowania przyszłych wypraw. Młodzi, którzy nie chcieli lub nie wiedzieli, jak w pełni korzystać z życia, siadali w chłodne wieczory przy ogniu, zasłuchani w barwne sagi o bogach i bohaterach. Opowieści snute przez wiekowych już mężów opisujące czyny tych druhów, którzy zasłużyli na to, by o nich pamiętać. Barwne opisy walk z czarnymi elfami ze Svartalfheimu, olbrzymami z Muspelheimu i Hrimthursheimu, morskimi potworami czy wreszcie atakującymi wielką kupą zbrojnymi wywoływały rumieńce na chłopięcych i dziewczęcych buziach. Nie zawsze wikingowie wychodzili z tego cało, ale wykazywali się siłą, męstwem, sprytem i odwagą, dzięki którym trafiali po dobrej walce do Walhalli i właśnie do sag. Czegóż chcieć więcej?
W największej hali - tej, w której zimował miejscowy jarl5 Grimisdal ze swoją drużyną - opracowywano taktykę wystąpienia na wiosennym Althingu. Zbierali się tam wszyscy wolni mieszkańcy wyspy, by sądzić, rozsądzać i ustanawiać prawa. Wojowie Grimisdala i on sam zadanie mieli niełatwe, za swój postępek - wielokrotne mężobójstwo - zasłużyli bowiem na dożywotnie wyjęcie spod prawa. Z trzydziestu dziewięciu sędziów zdołali jak dotąd - złotem i groźbą - przeciągnąć na swoją stronę ledwie dziesięciu. Reszta niechybnie zażąda zapłaty krwią za krew, śmiercią za śmierć. Ale czy zdołają wykląć całą osadę? Może wystarczy rekompensata w srebrze i złocie, którego mieli teraz pod dostatkiem?
A wszystko zaczęło się jak zwykle niewinnie, od pogaduszek przy piwie. Ha, bez tego napitku lub zamorskiego wina świat - choć ponury - byłby spokojniejszym miejscem.
Ostatnie lata były chude, a wyprawy na wiking przynosiły więcej płaczu wdów niż kruszcu. Dwukrotnie trafili na świeżo splądrowane klasztory i w drodze na okręty musieli się zadowolić chłopskimi chatami. Jedynym wartościowym towarem byli tam ludzie, ale ci na wieść o rajdzie rozpraszali się po okolicznych lasach i szukaj wiatru. Chwytano niektórych, a jakże, jednak raczej chore i młode sztuki i pewne było, że część zemrze w drodze powrotnej do domu. W odwecie, by pofolgować pustej złości, wyrzynano niewielkie stada chudych owiec i palono liche domostwa, a do jarla Grimisdala przylgnęło niesławne przezwisko: Owczy Konung.
Raz starli się z silnym oddziałem miejscowego władyki, rozsierdzonego rajdem innych wikingów, którzy dawno już zdążyli zniknąć z łupem. Bogowie i tym razem nie sprzyjali Grimisdalowi. Coraz częściej i głośniej przebąkiwano o zmianie dowódcy. Po co iść za takim, któremu nie są przychylni bogowie? Przecież jego pech oblepia członków drużyny niczym miód zanurzony w nim męski flet. Tylko fakt, że Owczy Konung nie miał sobie równych w boju, powstrzymywał co bardziej krewkich od rzucenia wyzwania.
Jesienią jego łodzie znowu wróciły do domu puste. Śmiechu było tak wiele, że jarl musiał ubić kilku co bardziej bezczelnych wesołków. Nie dziwota więc, że przy piwie szukał sposobu na powetowanie braku szczęścia. I znalazł. Wpadł na pomysł, by pod nieobecność sąsiada Sigmunda Olafssona złupić jego rodowy gród, leżącą nad zatoką Reykjavík osadę Ýdalir6.
Nie wzbudził tym konceptem zbytniego entuzjazmu u okolicznych bondów. Wszyscy wiedzieli, że Sigmundowi Olafssonowi na odwyrtkę sprzyja wojenne szczęście i nawet niewolnicy w jego obejściach srają srebrem. On sam akurat wraz z kilkoma setkami zbrojnych pustoszył kraj Bretlandczyków, ale przecież przyjdzie czas, że wróci z wikingu! A wtedy...
- Pijmy, a potem o tym porozmawiamy. - Grimisdalowi nie można było odmówić sprytu.
Więc lały się piwo i miód całą jesienną noc, a Owczy Konung co jakiś czas roztaczał przed oczami towarzyszy wizje wielkich bogactw, które zakopał pod swoim domostwem Olafsson. Niby mimochodem napomykał, że wcale nie wiadomo, czy jego skipy przybiją jeszcze do rodzinnego portu, a jeśli nawet, to zapewne mocno poharatane i będzie to niczym dar od bogów. Nic tylko brać.
- Spalimy mu domy, wyrżniemy zbrojnych, a kobiety i niewolnicy staną się naszą własnością! - grzmiał, wznosząc w górę róg. - To nie wszystko! Gdy przypłyną jego langskipy, spadniemy na nich niczym wilk na rannego psa i zagarniemy okręty pełne skarbów. A wiecie, że Englismadowie płacą duży okup w złocie za odstąpienie od plądrowania kraju. Część z tego przypadnie Sigmundowi, a właściwie nam, wystarczy tylko sięgnąć!
Na słowo "złoto" słuchającym żywiej zabiły serca.
- No ale to sam Sigmund Olafsson - mruknął nieco przytomniej Tjordek Ospowaty. - Nie jakiś tam jarl, ale TEN jarl! Bywały lata, gdy to on przewodził Althingowi. Słyszałem o nim...
- Gówno tam słyszałeś! - wrzasnął wódz. - Za broń, a staniecie się najzamożniejszymi ludźmi na Islandii! Tchórze niech siedzą po domach pod fartuchami swoich kobiet i ssą ich coraz chudsze cycki!
- Nie miałbym nic przeciw, żeby teraz zwiedzić mech twojej żony - mruknął jakiś młody chwat, ale tak, by gospodarz nie słyszał. Aldis uchodziła za jedną z najbardziej urodziwych w osadzie. I nie szczędziła miodu co gładszym młodzieńcom, gdy mąż wypływał na wiking.
Alkohol, żywiąc się rozsądkiem, dodaje znudzonym mężom odwagi, a tchórzom po cztery ręce do walki. Namowy jarla zrobiły swoje. Jeszcze tego dnia zorganizowano rajd i biesiadnicy dotarli zbrojnie pod niezbyt wysoki kamienno-ziemny wał otaczający osadę nad zatoką Reykjavík. Z występujących tu licznie gorących źródeł wydobywała się para, czyniąc krótkie dnie mglistymi. Dzięki temu zimą było cieplej niż w innych rejonach wyspy.
Ktoś musiał ostrzec mieszkańców, bramy bowiem zastali zamknięte, a drewniana galeria biegnąca równolegle z obwałowaniem mieniła się blaskiem pochodni.
Jarl Grimisdal przyprowadził setkę mężów w sile wieku. Niektórzy mieli ze sobą solidne drabiny, więc los obrońców był przesądzony. Tym bardziej że naprzeciw stanęli starcy, kobiety i podrostki wspomagani przez domowych niewolników.
- Czekać, chłopcy, pomówię z nimi i może po dobroci otworzą bramę. Szkoda krwi na tych pastuchów. - Owczy Konung wstrzymał swoich co bardziej krewkich kamratów. - Kto dowodzi załogą?! - wrzasnął i ruszył z tarczą nad głową w stronę wału.
Kilka chwil na górze trwało zamieszanie, aż w końcu odezwał się głos, który raz był męski, a raz dziecięcy jeszcze:
- Ja, Vetril?i, syn Sigmunda Olafssona, jarla tej osady! Czego szukacie po nocy nad zatoką Reykjavík taką kupą?! Idźcie precz! Nie stanie się nikomu krzywda, jeśli nas poniechacie.
- A może na odwyrtkę otworzysz nam bramę, szczeniaku, i umrzesz szybko i z honorem, zamiast zdychać godzinami z rozprutym bebechem?! - Grimisdal zaśmiał się głosem olbrzymów. W ślady wodza poszła cała drużyna. - No? Nie mam całej nocy!
- Ojciec się zemści! - Głos podrostka się załamał i chłopak zapiszczał teraz niczym dziewczę.
- Gówno mnie obchodzą pogróżki takiej nieledwie białogłowy, a Wilczy Konung gryzie pewnikiem zamorską ziemię. Otwieraj, gównojadzie, albo pójdę po ciebie i przekonamy się, co z jarlowego wyskrobka za wojownik! - We władcy osady Mosfellsdalur zaczęła kipieć wściekłość.
Na górze dało się słyszeć przyciszone rozmowy, ktoś krzyknął, inny zabulgotał, gdy nóż przeciął mu gardło, i zapadła cisza.
- Idźcie precz! - usłyszeli w końcu głos młodego Vetril?iego Sigmundssona. - Idźcie precz, a może ujdziecie z życiem!
Na ryk swego wodza napastnicy rzucili się do szturmu. Niesione w silnych rękach drabiny wczepiły się w wał, a zbrojni z toporami w dłoniach lub nożami w zębach rozpoczęli błyskawiczną wspinaczkę. Na spotkanie poleciały strzały i oszczepy, które poszczerbiły nieco napastników, ale to dodało tylko tym ostatnim zaciętości.
Pierwszy na górze znalazł się niewysoki i szybki Kraki Sibbisson, który rozłupał czaszkę starego woja próbującego mu stanąć na drodze. Zaraz jednak jęknął głośno, gdy jakiś miecz utkwił mu w boku przy sprzączce troków skórzanego napierśnika nabijanego metalowymi płytkami. Spadał już, gdy w migotliwym świetle pochodni zobaczył młodego zabójcę w zbyt dużej kolczej koszuli.
Zaraz za nim wepchnął się jednak potężny Guffi, syn Abiego. Zamachnął się toporem na chłopca i byłby go przeciął na pół, gdyby z ciemności nie wypadła kobieta z oszczepem w ręku. Rzuciła się z rozpędu na zbrojnego i wbiła mu ostrze w brzuch. Ten zdążył jeszcze rozorać niewieści bark i niemal odciąć kobiecie głowę, a potem razem spleceni, niby para kochanków, spadli z drabiny. Vetril?i zamarł przerażony. Chciał być dzielny, ale...
- Uciekaj, chłopcze! - Stary woj, który w podzięce za dobrą służbę otrzymał dożywocie w domostwie jarla Olafssona, wskazał głową leżące w dole domostwa. - Schowaj się gdzieś, a potem uciekaj do lasu. My tu będziem... - Więcej nie rzekł nic, z drabiny bowiem zeskoczył Banki Kowal, chłop o posturze młodego niedźwiedzia, i starzec, choć na krótko, miał inne zajęcie.
Vetril?i zsunął się po grubym balu podtrzymującym galeryjkę i stanął na wprost gromady przerażonych mieszkańców osady, którzy w dłoniach dzierżyli broń bardziej pasującą do kuchni niż na pole bitwy.
- Kobiety... - głos na chwilę odmówił mu posłuszeństwa - ...kobiety do chałup, a ze mną tylko ci, którym nie będzie strach umrzeć! - krzyknął w końcu, tym razem zadziwiająco grubym głosem.
Po chwilowym zamieszaniu został w otoczeniu kilkunastu starych, w większości schorowanych mężczyzn. Każdy z nich, zamiast męczyć się w czas zimy życia, chciał trafić po śmierci w boju do Walhalli.
To była najwyższa pora. Napastnicy bowiem wycięli niemal w pień obrońców na galerii i teraz dwóch z nich zeskoczywszy na klepisko, zdejmowało rygle z bramy.
Potężny ryk z dziesiątek gardeł przebił się przez zgiełk bitwy i do środka wdarł się żądny krwi i łupów tłum zbrojnych jarla Grimisdala. Nieliczni żywi jeszcze obrońcy walczyli dzielnie, ale nie mieli szans i szybko wyrżnięto ich do nogi. Najdłużej opór stawiał oddział zgromadzony wokół syna jarla Sigmunda. Chłopak, choć ledwie podrostek, zagrzewał swoich do walki, a i sam poharatał kilku napastników zaskoczonych taką zaciętością. Wypatroszyli go za to niczym prosiaka i nabili na pal nad bramą w miejscu, w którym wcześniej wisiała olbrzymia wilcza czaszka - rodowy znak pana tego grodu.
Co gładsze kobiety pohańbiono, napełniając ich brzuchy nasieniem wielu pijanych mężów, i wespół z dziećmi powiedziono w niewolę. Wiosną, gdy stopnieją śniegi i lody, a żagle statków wypełni wiatr, trafią na targi w Birce, Hedebie czy Truso.
Cztery dni ciągnęła się pijatyka, a między osadą Ýdalir a doliną Mosfellsdalur kursowały wozy wypełnione wszelkimi dobrami. Ostatniej grupie towarzyszyła ponad setka niewolników i uradowani łatwym zwycięstwem zbrojni jarla Grimisdala. By zatrzeć ślady plądrowania, pod hovy podłożono ogień.
Po wszystkim z polecenia Owczego Konunga w pobliskim rachitycznym lesie ustanowiono posterunek, który miał ostrzec zdobywców o powrocie drużyny pogorzelca Sigmunda Olafssona. Zdążą się przygotować, ruszyć naprzeciw i odebrać resztę należnego łupu. Do tego czasu muszą znaleźć sposób, by na wiosennym Althingu zyskać jak największą liczbę stronników. Jeśli nie, wywalczą sobie wolność żelazem i wyspa lodu spłynie krwią. Bogowie kochają zwycięzców.
Im głośniej krzyczano, tym bardziej starano się zagłuszyć myśli o Wilczym Konungu, jarlu, o którym krążyły mrożące kości legendy.
Dni były coraz krótsze. Te kilka godzin światła ledwie wystarczało, by oporządzić bydlęta i gospodarkę. Trwający dłużej mrok wlewał w serca ludzi ponure myśli, które należało odpędzić dużą ilością piwa. Czasami nadchodzi jednak taka ciemność, której żaden napitek nie zmoże.
Dlatego pomimo pory roku, podczas której wstrzymywane są rajdy, a ludzie siedzą po chałupach, kilku zmarzniętych i psioczących zbrojnych strażowało w pobliżu osady Ýdalir. Porywisty wiatr giął ku ziemi cienkie pnie drzew i jedyną osłonę dawało zagłębienie terenu, w którym zbudowali lichą lepiankę. Do pociechy i dla rozgrzewki dostali kilka garnców z piwem, które z nietęgimi minami podgrzewali teraz przy ogniu.
- Wgapiamy się w wodę dniem i nocą i powiem wam, kamraci, że Wilczy Kon... tfu, no, sami wiecie kto, pewnikiem chędoży już Ran razem ze swoim lidem, a jego łódź śpi na dnie wielkiego morza. Jakby miał wrócić, to już by tu był. Tak czy nie? - Harek, syn Hunbogiego, splunął w ognisko, a ogień odpowiedział cichym, ostrzegawczym sykiem.
- Ugryź się w ozór, trupożerco, żeby w taką ciemnicę przyzywać nieszczęście. Im ciszej o nim, tym dłużej pożyjem, ot co. - Wielki, zakutany w niedźwiedzią skórę mąż dorzucił kilka nierównych szczap do ognia. - A jakby takie pewne było, że ten wódz poniechał ojcowizny, toby nasz jarl nie trzymał nas tu trzeci tydzień na mrozie.
- Ale mam rację, Swen, że o tej porze nikt roztropny nie rusza na morze, zgadza się?
- Chyba... - mruknął trzeci kompan, przełykając głośno łyk cienkiego piwa - ...że mu kto wieści z domu przyniósł.
- Bodajby cię wilcy, cóżeś taki strachliwy się zrobił? Jak w Ýdalir rżnęliśmy miejscowych, toś pierwszy był do bitki. Jak nadszedł czas, by poużywać z białogłowami, i tuś się nieźle sprawiał. Pamiętasz tę z głową wygoloną wpół? Krzepka była i jak ci przyłożyła bierwionem, to żeś się kopytami nakrył. - Zarechotali, ale w ich głosach echa wesołości współzawodniczyły z obawą.
- Możem się i nakrył, ale wychędożyłem jej córkę, a stara jeno patrzyła i pluła ze zgryzoty krwią i zębami. Gdy młoda w końcu dała gardło, matka wyła niby opętana. Żeśta ją we trzech trzymali, gdym i jej dogodził. Po wszystkim trza było i tę ukatrupić, boby spokoju nie było. Uszy bolały od tego wycia i złorzeczenia. Po prawdzie piłem wtedy dużo, bo na trzeźwo... - Zamilkł.
- Jak każdy. - Harek chłeptał z dzbana, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. - U jarla Olafs..., tfu, w piwnicach trunki były przednie, a nie jak te świńskie szczyny. - Oddał dzban kompanowi.
- Tylko my tam byli w wielkiej kupie i sile, a tu sterczym sami niby zadry we włochatej dupie. Jakby co, znikąd pomocy. - Swen westchnął ciężko.
- Bo nie naszą rolą potykać się ze zbrojnymi. Ty lepiej przepatruj wodę, a jak zoczysz jaki skip, weźmiem nogi za pas i lecim do doliny. Pogorzelec przecie latać jeszcze nie umie.
- Takiś pewny?
- Bodajby cię... Ten znowu swoje. Zawrzyj gębę, bo i bez twoich strachów ciężko nam tu usiedzieć, a Owczy Konung połamie gnaty, gdy wrócim przed czasem.
W ciągu kolejnych godzin milczeli, naprzemiennie przysypiając i zrywając się na równe nogi przy gwałtowniejszych podmuchach wiatru. Tylko piwo dawało nieco ukojenia skołatanym nerwom.
Nim pojawił się nad nimi cień czarniejszy od czeluści Niflheimu i poczuli smrodliwy oddech drapieżnika, mieli już nieźle w czubie.
Pierwszy zobaczył go Harek, syn Hunbogiego. Rozwarte do krzyku usta wraz z głową poleciały w mrok. Krew, która trysnęła z jego karku, niemal ugasiła niewielkie ognisko. W zielonych, jarzących się nieziemskim blaskiem ślepiach płonęła żądza mordu.
Swen, co trzeba mu przyznać, błyskawicznie zerwał się z toporem w dłoni. Zamachnął się na rozmazaną plamę czerni, jakby pragnął jednym ciosem powalić solidną brzozę. Zahaczył wprawdzie napastnika, ale zaraz poczuł potworne szarpnięcie i, nim upadł na trawę, ręka oderwana od barku - ciągnąc za sobą poszarpane pasma mięśni i ścięgien - poszybowała w stronę morza. Nie podniósł się już, a bestia potężnym ciosem pięści zmiażdżyła mu czaszkę.
Trzeci, zdało się najbardziej krzepki ze strażników, gdy zobaczył, co spotkało jego kompanów, wpadł w berserk. Odrzucił broń, krzyknął i skoczył, chcąc gołymi rękami zadusić potwora. Napastnik przyjął wyzwanie i przygarnął wikinga do szerokiej, włochatej piersi. Kości mężczyzny pękały z cichym trzaskiem, krew poszła wszystkimi otworami w ciele, ale to było mało. Gdy martwy strażnik dotknął ziemi, przypominał człowieka z drugą talią. Wtedy bestia pożywiła się nim, a szelesty nocy rozdarło zwycięskie, jękliwe wilcze wycie.
Po kilku chwilach nad zatoką Reykjavík zapanowała cisza, o ile nie liczyć wiatru grającego swoje pieśni.
Tej nocy niewolnicy porwani z osady Ýdalir słyszeli odgłosy bitwy, jednak odrzwia szop na łodzie, w których ich stłoczono, pozostały zamknięte. Szczęk broni i chrapliwe okrzyki rozkazów mieszały się z odgłosami przerażonych i mordowanych ludzi. Niekiedy dał się też słyszeć ryk, który z pewnością nie wydobył się z gardła człowieka.
Nagle coś łupnęło o jedną ze ścian, a brzemienna Hilde bezwiednie osłoniła rękami łono, jakby to mogło pomóc. Chwilę trwała cisza, rozdarta nagle zdławionym w połowie krzykiem bezbrzeżnego przerażenia. Potem dał się słyszeć typowy odgłos towarzyszący każdej jatce: rozrywanego mięsa, łamanych kości i... chłeptania gorącej juchy. Coś, ktoś zazgrzytał jeszcze ostrzami noży lub pazurami po deskach, usłyszeli ciche węszenie, a potem zapadła cisza.
Długi dom jarla Grimisdala był największy w osadzie. Ci zbrojni, którzy ruszyli w noc ściągnięci hałasami i okrzykami, nie wrócili już, by zdać relację, więc Owczy Konung nakazał pozostałym bronić obejścia. Zawarli solidną belką grube odrzwia. Pod ściany poszły stoły i ławy. Dorzucono drewna do płonącego na środku ogniska.
- To Wilczy Konung! - Albi, syn Akiego, obracał się, kreśląc mieczem półkola. - Mówiłem, że za podszeptem Lokiego zaatakowaliśmy jego dom!
- Zawrzyj gębę, szczopiju, albo wyrwę ci z niej parchaty jęzor! - Rozsierdzony pan domostwa otrząsnął się już z zaskoczenia. - Kto by nie był, jest nas tu dziesięciu i posiekamy każdą bestię z Helheimu!
Gromada kobiet pod wodzą Aldis również szykowała się do walki. Solidne saksy w dłoniach i wyraz determinacji na twarzach czyniły z nich nie lada przeciwników. Tym bardziej że po kątach i w spiżarni chowały się wystraszone dzieciaki. Nie tak wyobrażały sobie bitwy, o których słyszały sagi, siedząc przy zimowych ogniskach. Wielu marzących o wojennej sławie i czynach godnych bohaterów posikało teraz wdziewane do spania ciepłe koszule.
Nagle coś naparło na wrota, a belka zatrzeszczała złowieszczo. Potworny ryk przeszył powietrze i nawet tęgim wojom ścierpła skóra. Uderzenia rozlegały się raz za razem, jednak - dzięki niech będą bogom - solidna dębina wytrzymała te ciosy. Hałasy ucichły i jeden z drugim wypuszczali teraz długo trzymane w płucach powietrze.
- Poszedł precz? - Kowal Banki, zwany Krzepkim Młotem, ruszył w stronę wejścia.
- Ani się waż wychodzić! - Głos jarla Grimisdala osadził go w miejscu. - To podstęp! Czai się i czeka na nasz błąd, a że w ciemności widzi lepiej od synów Aska i Embli7, to w hovie przy ogniu nasze szanse wzrosną.
- Ale tam nasi, jarlu. - Banki nie dawał za wygraną. - W obejściu zostali moja kobieta z synem i stary ociec.
- Wyroki bogów, tu jesteśmy bezpieczni. W słońcu jego czarne moce słabną, wtedy...
Słowa te zostały przerwane przez hałasy dochodzące z góry. Nagle przez dymny otwór przecisnęła się jakaś postać. Wisiała chwilę na łapach, by zeskoczyć, unikając żywo płonącego ognia. Niemal w tej samej chwili dwóch stojących najbliżej zbrojnych padło na kolana, chwytając się za rozszarpane gardła. Skołtuniona ruda bestia stanęła między obrońcami a drzwiami domostwa i zaryczała wyzywająco.
Rzucili się na stwora z żelazem w dłoniach. Niepodobna jednak, by żywa istota była zdolna do tak szybkich ruchów. Topory i miecze cięły z jękiem powietrze, stwór zaś - po błyskawicznym uniku - z łatwością gromił obrońców. W kilka chwil klepisko zaściełały ludzkie szczątki, a umierający rzęzili, wydając ostatnie tchnienia. W tym i kobiety, które w desperackim ataku próbowały przechylić szalę zwycięstwa. Żywi pozostali tylko jarl Grimisdal i Aldis stojąca obok z saksem w dłoni. Przybysz zdawał się celowo oszczędzić tę dwójkę.
Owczy Konung, widząc los swoich najlepszych ludzi, wpadł w berserkerski szał i za nic mając sobie własne życie, ruszył na spotkanie potwora. Był wielkim, silnym mężem, budzącym postrach wśród zbrojnych na całej wyspie lodu, ale tylko człowiekiem. Nie zauważył rozmazanego od szybkości ciosu pazurzastą łapą. Hełm osłabił uderzenie i uratował mu życie, ale świat skryły ciemności.
Gdy odzyskał przytomność, siedział na własnym, zdobnym krześle. Solidny drewniany mebel wyciosano z jednego kawałka dębiny, która wiele zim przeleżała w morzu i teraz była twarda niczym kamień. Ręce Grimisdala ktoś przymocował sznurem do podłokietników, na jego szyi zaś ciasno zaciskała się gruba pętla.
Pierwsze, co zobaczył, to siedzącą na wprost Aldis. Spętana podobnie jak mąż patrzyła spuchniętymi od płaczu i na wpół pustymi oczami kogoś, kto pogodził się już z najgorszym.
- Aldis - wychrypiał - nasze dzieci...?
Kobieta zdołała pokręcić głową, a ból wspomnień był tak wielki, że zaciskane teraz zęby ukruszyły się na wspomnienie okropieństw, których była świadkiem. Jęknęła cicho.
- Jest tu?
Zdawała się nie rozumieć pytania.
- Czy bestia ciągle jest w dolinie? - Ponowił próbę uwolnienia, ale to sprawiło tylko, że pętla ciaśniej zacisnęła się na jego szyi.
- Wszyscy zabici, Grim, wszyscy... - szepnęła i zamknęła zbolałe oczy, jakby próbując ukryć się przed światem za zasłoną powiek. - Widziałam - mówiła jakby do siebie - jak rozerwał na pół małego Diarfa i pożarł go niby kurczaka... Jeszcze słyszę chrzęst kostek... Chciał, żebym to widziała... Bogowie, zabierzcie mnie już, proszę... - Głowa Aldis opadła na piersi. Przepełniona bólem kobieta zemdlała.
Potwór jakby na to czekał. Bezszelestnie wyszedł z cienia i na oczach właściciela długiego domu rozpoczął przemianę. W asyście sapania, ryków bólu i odgłosu pękającej skóry bestia opadła na kolana, by po kilku chwilach, drżąc z wysiłku, podnieść się w ludzkim kształcie. Przed Owczym Konungiem stał teraz nagi Sigmund Olafsson.
- Obudziłeś się, trupie?! - Władca spalonej osady splunął krwawą plwociną pod stopy wroga. - Poczekałbym ze szczeniakami na ciebie, ale głód był silniejszy. Dobrze chociaż, że twoja Aldis patrzyła.
Jarl Grimisdal rzucił się do przodu, ale sznury były mocne.
- Mam też coś specjalnie dla ciebie, morderco mego syna. Kochasz tę kobietę?
Pytanie było tak nagłe, że szykujący się do obelg Owczy Konung milczał chwilę, zbierając myśli.
- Weź mnie, bestio, a jeśli jest w tobie okruch człowieczeństwa, puść Aldis wolno - wychrypiał w końcu.
- Czyli tak. Ja kochałem Vetril?iego nad życie. Nawet nie wiesz, ile musiałem znieść, by mógł przyjść na świat zdrowy i... normalny. A ty, psie, w jednej chwili mi to odebrałeś.
- Życie za życie, Sigmundzie. Weź mnie.
- Tak zrobię, ale nim to się stanie, chciałbym dać ci odczuć ból straty po kimś, kogo śmierć wyrwie ci serce.
- Zabrałeś moje dzieci. - Z ust więźnia wyszedł bardziej szept niźli okrzyk. - Czego jeszcze chcesz? Weź mnie jako nawiązkę i idź precz, potworze.
Ciągle nagi Olafsson podszedł do odzyskującej przytomność kobiety. W blasku dogasającego ogniska prezentował się okazale. Węzły grubych mięśni na torsie były pokryte rudymi kędziorami. Mimo wieku ciało miał wciąż smukłe, młodzieńcze.
- Aldis, piękna Aldis, jak bardzo pragniesz żyć? - Przeciął saksem krępujące ją więzy.
Kobieta padła na kolana, gdy tylko puściły sznury, ale zebrała się w sobie. Z trudem wstała i zdało się bez strachu spojrzała w oczy mordercy swoich dzieci. Potem... splunęła mu w twarz zabarwioną krwią śliną. Milczała.
- Widzisz, Grimisdal - Wilczy Konung bez gniewu otarł twarz - twoja kobieta ma więcej honoru niż ty i twój lid razem wzięci. Stoi przed wrogiem, gdy wy wykorzystaliście moją nieobecność, by wyrżnąć bliskich mi ludzi. I może nawet pozwoliłbym jej oddychać. Ale... ona chce do Asgardu. - Mówiąc to, wcisnął niewieście saks w dłoń i stanął, szeroko rozkładając ręce. - Zabij mnie, Aldis, pomścij rodzinę.
Aldis Jorungdottir brała za młodu udział w rajdach i nieobcy był jej mord. Teraz w jednej chwili rzuciła się na oprawcę, godząc ostrzem w jego serce. Włożyła w ten ruch całą siłę, całą nienawiść i matczyny ból. Ale Wilczy Konung czekał na nią. Błyskawicznie zszedł z linii ciosu i jednym ruchem potężnych ramion skręcił kobiecie kark. Trzymał ją jeszcze kilka chwil w objęciach, po czym delikatnie ułożył jej ciało na deskach podłogi.
- Wiedz, wieprzu, że okazałem łaskę dzielnej wojowniczce w uznaniu jej mężnego serca, a nie skomlenia tchórzliwego męża. Zginęła w walce, więc pójdzie do Walhalli. Ty jednak, wiarołomny sąsiedzie, nie dostąpisz tej łaski. Poranię cię tak, byś nim skonasz, miał czas przemyśleć swoje postępki. Po śmierci pójdziesz do królestwa Hel, bo tam jest miejsce każdego zdrajcy i krzywoprzysięzcy.
Jarl Grimisdal nie wydał z siebie krzyku, gdy Wilczy Konung odrąbywał mu dłonie i stopy, a potem pieczętował rany żywym ogniem, by ten nie zmarł zbyt szybko z upływu krwi. Bezwiedne jęki, które wydobywały się z jego ust, tłamsił gniewnie, zawierając mocniej usta. Mdlał co pewien czas, ale zimna woda wyrywała mężczyznę z nieświadomości. Gdy było po wszystkim, Sigmund Olafsson zniknął, pozostawiając kalekę sam na sam z myślami, potwornym bólem i truchłem ukochanej kobiety.
Około południa, gdy strażnicy nie zjawili się z rybną breją, którą karmiono jeńców z Ýdalir, myszowłosej Steinvör udało się wyzwolić z więzów. Gdy zalękniona wyszła na zewnątrz, przywitała ją niepokojąca cisza. Żadnego tumultu, odgłosów pracy w kuźni, jęków rannych czy nawet płaczu. Nic.
Pobladła ze strachu, gdy zajrzała do pierwszego z brzegu hovu. Porozrywane ciała ludzi i zwierząt - i to bez wyjątku, czy to byli mężowie, kobiety czy dzieci - tworzyły na klepisku miękką, krwawą ściółkę. Wszędzie było tak samo.
Jeńcy uciekli, zwietrzywszy w tym działanie czarnej magii. Wrócili do spalonych domostw, by odbudować osadę nad brzegiem zatoki Reykjavík. Póki życia, póty nadziei.
Tak dopełniła się zemsta jarla Sigmunda Olafssona, lecz to był ledwie przedsmak przyszłych wydarzeń. Norny splotły los tego zmiennokształtnego w sposób wyjątkowo kunsztowny i miły bogom. To z kolei oznacza dla człowieka cierpienie i łzy, którymi żywią się serca długowiecznych Asów i Wanów.
4 Hräswelg (Trupożerca) - olbrzymi orzeł, który siedzi na skraju niebios i machając skrzydłami, wywołuje wiatr.
5 Jarl, haulder, landmand, thegen - określenia odpowiadające polskim tytułom szlacheckim.
6 Ýdalir (staronord.) - Dolina Cisów.
7 Ask - pierwszy mężczyzna, Embla - pierwsza kobieta.