Klucz do Helheimu - Radosław Lewandowski

Kup ebooka

39.00 zł
31.20 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dru­żyna świę­tego Gra­ala

Współcześnie, Sala Kolumnowa Uniwersytetu Warszawskiego

Hola, bro­daty, mar­kotny drab ma zysk! Pie­kło: skarby, pakta

Halo, ob­darty ro­man­tyk bard ma szyk! Opiekł skryba (*****)

Insty­tut Ar­che­olo­gii Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu mie­ści się w bu­dynku, któ­rego bryłę trudno na­zwać no­wo­cze­sną. Zwa­żyw­szy jed­nak na funk­cję, jest to bar­dziej za­letą niż wadą. Szcze­gól­nie je­śli wziąć pod uwagę za­in­te­re­so­wa­nia kształ­cą­cych się tu lu­dzi.

Sala Ko­lum­nowa w gma­chu głów­nym przy­po­mina po­miesz­cze­nie mu­ze­alne z bo­ga­tymi zdo­bie­niami i wień­czą­cymi po­stu­menty gip­so­wymi od­le­wami an­tycz­nych rzeźb. Od­wie­dza­jący ją po raz pierw­szy czę­sto bez­wied­nie spusz­czają wzrok na swoje buty, jakby wsty­dząc się braku fil­co­wych kapci. Zwy­kle pu­stawa, te­raz nie­mal pę­kała w szwach. Wy­peł­niały ją tłumy stu­den­tów i dok­to­ran­tów, któ­rzy przy­szli na te­go­roczną kon­fe­ren­cję Wy­działu Hi­sto­rycz­nego. Tę i wiele in­nych im­prez to­wa­rzy­szą­cych zor­ga­ni­zo­wano w związku z hucz­nie ob­cho­dzo­nymi Dniami Wy­działu.

Dwa pierw­sze rzędy skła­da­nych krze­seł zaj­mo­wali za­pro­szeni go­ście. Wśród nich wła­dze po­zo­sta­łych kie­run­ków stu­diów, par­la­men­ta­rzy­ści, przed­sta­wi­ciele in­nych uczelni, ma­gi­stratu, urzędu mar­szał­kow­skiego i wo­je­wody. I to oni w zdaw­ko­wych, kur­tu­azyj­nych roz­mo­wach wy­ra­żali zdzi­wie­nie, że kon­fe­ren­cja cie­szy się tak wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem. A grupę tę sta­no­wili wy­trwali by­walcy tego typu im­prez, wręcz można by rzec: eks­perci w dzie­dzi­nie.

- Klucz do ta­kiej fre­kwen­cji - pe­ro­ro­wał ści­szo­nym gło­sem dzie­kan Wy­działu Hi­sto­rii - to wielce ta­jem­ni­czy od­czyt koń­cowy pro­fe­sora Gras­sera, pod­czas któ­rego, jak sam mnie za­pew­niał, przed­stawi in­for­ma­cję o naj­do­nio­ślej­szym od­kry­ciu ostat­niego ćwierć­wie­cza, ten tego. - Dzie­kan do­py­ty­wany o szcze­góły z uśmie­chem zby­wał roz­mów­ców ogól­ni­kami.

Wielu VIP-ów miało zwy­czaj wy­cho­dzić po an­giel­sku tuż po wstęp­nych prze­mo­wach, jed­nak cie­ka­wość świata, choć w sta­nie mocno szcząt­ko­wym i ukie­run­ko­wa­nym na od­nie­sie­nie oso­bi­stych ko­rzy­ści, nie­obca jest rów­nież po­li­ty­kom. Zo­stali.

Trzeba uczci­wie przy­znać, że or­ga­ni­za­to­rzy kon­fe­ren­cji sta­nęli na wy­so­ko­ści za­da­nia. Wśród te­ma­tów pre­lek­cji zna­la­zły się m.in. "Sztuka gro­bów Izra­ela" i "Zna­cze­nie ge­ne­tyki w bada­niach ar­che­olo­gicz­nych", które to za­gad­nie­nia o niebo prze­ra­stały atrak­cyj­no­ścią ubie­gło­roczny le­it­mo­tiv: "Ana­liza tra­pe­zów me­zo­li­tycz­nych na pod­sta­wie sta­no­wi­ska w Ko­ro­no­wie". Ale wy­obraź­nię roz­pa­lało koń­czące kon­fe­ren­cję, in­te­rak­tywne ­wy­stą­pie­nie pro­fe­sora Marka Gras­sera z Ka­te­dry Hi­sto­rii Śre­dnio­wiecz­nej. Gdyby miano dzi­siaj oży­wić stwora dok­tora Fran­ken­ste­ina, fre­kwen­cja nie by­łaby więk­sza.

Ty­dzień przed kon­fe­ren­cją pro­fe­sor prze­słał stu­den­tom uni­wer­sy­tetu i umie­ścił w uczel­nia­nym in­tra­ne­cie wia­do­mość, że do­ko­nał prze­ło­mo­wego od­kry­cia w dzie­dzi­nie przed­chrze­ści­jań­skiej kul­tury skan­dy­naw­skiej. Od­kry­cia na miarę Na­grody No­bla, gdyby przy­zna­wano ją z hi­sto­rii.

Wie­ści ro­ze­szły się lo­tem bły­ska­wicy, a aka­de­miki i in­ter­net aż hu­czały od plo­tek. Jak twier­dził sam Gras­ser, zna­lazł wska­zówkę, gdzie ukryto Świę­tego Gra­ala wszyst­kich ba­da­czy zło­tej ery wi­kin­gów. A wła­ści­wie, to zro­bił pierw­szy krok w tym kie­runku i żeby pójść da­lej, pla­nuje wy­prawę na Is­lan­dię. Nie by­łoby tu jed­nak tylu roz­pa­lo­nych głów, gdyby nie fakt, że na­uko­wiec - który ucho­dził na wy­dziale za lo­kal­nego In­dianę Jo­nesa - obie­cał nie­co­dzienną na­grodę. Mia­no­wi­cie spo­śród uczest­ni­ków dzi­siej­szej kon­fe­ren­cji wy­bie­rze asy­sten­tów i stwo­rzy z nich is­landzki ze­spół ba­daw­czy.

Co cie­kaw­sze, kry­te­riami nie miały być do­tych­cza­sowe osią­gnię­cia, za­an­ga­żo­wa­nie w ko­łach na­uko­wych, czy - jak nie­kiedy by­wało w przy­padku dziew­czyn - ładny ty­łek i dłu­gie nogi, ale umie­jęt­ność nie­sza­blo­no­wego my­śle­nia, zwana z an­giel­ska: my­śle­niem la­te­ral­nym. Gras­ser ob­wie­ścił wszem wo­bec, że przy­go­tuje pięć py­tań i pięć otwar­tych umy­słów z do­wol­nych uczelni wyż­szych po­leci z nim na wy­spę. Oczy­wi­ście na koszt spon­sora. Stu­diu­jący hi­sto­rię za­li­czą tym sa­mym staż, który w in­nym przy­padku mu­sie­liby spę­dzać na któ­rymś z kra­jo­wych sta­no­wisk ar­che­olo­gicz­nych, a inni... Cóż, jed­nego, czego mo­gli być pewni, to tego, że nie za­po­mną kil­ku­ty­go­dnio­wej eska­pady do końca ży­cia. "To bę­dzie prze­pustka do wiel­kiej przy­gody, a może i sławy god­nej sa­mego Schlie­manna" - za­chę­cał po­my­sło­dawca w ostat­nim zda­niu.

Ko­le­dzy wy­kła­dowcy, któ­rym rów­nież ma­rzyła się wy­prawa, z bez­sil­no­ści zgrzy­tali zę­bami, ale Gras­ser miał pry­wat­nego spon­sora i nie mu­siał się oglą­dać na uni­wer­sy­tec­kie granty. Od dwóch lat pro­wa­dził nie­za­leżne, za­kro­jone na ogromną skalę i nieco ta­jem­ni­cze ba­da­nia w te­re­nie, z któ­rych re­la­cję zda­wał je­dy­nie dzie­ka­nowi Ba­na­siowi i swo­jemu do­na­to­rowi.

Je­śli chciał za­cie­ka­wić kan­dy­da­tów z uni­wer­sy­tec­kiego Wy­działu Hi­sto­rii, to trzeba przy­znać, że efekty tego apelu prze­szły jego naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Zja­wili się też li­czący na do­brą za­bawę żacy z in­nych war­szaw­skich szkół wyż­szych. Ba, stało się to na­wet przed­mio­tem pew­nej ry­wa­li­za­cji i licz­nych za­kła­dów, w któ­rych skrzynka ta­niego stu­denc­kiego wina nie była naj­wyż­szą na­grodą.

W tej sy­tu­acji - gdy nad­szedł czas na ostatni wy­kład i eks­tra­wa­gancki pro­fe­sor sta­nął przy dę­bo­wej ka­te­drze - wbrew od­wiecz­nym tra­dy­cjom tego typu spo­tkań na sali znaj­do­wało się wię­cej go­ści niż na po­czątku kon­fe­ren­cji.

Gras­ser mó­wił swo­bod­nie i ze swadą pa­sjo­nata. Na­kre­ślił ramy wcze­snego śre­dnio­wie­cza w Eu­ro­pie, w wiel­kim skró­cie wspo­mniał o trzech zło­tych wie­kach wi­kin­gów i ich wpły­wie na kul­turę i sztukę wielu współ­cze­snych państw, w tym Pol­ski, by przejść do me­ri­tum. Przez au­dy­to­rium prze­to­czyło się wes­tchnie­nie ulgi.

- Ma­cie do­syć? - Za­śmiał się, prze­kła­da­jąc ja­kieś pa­piery.

W od­po­wie­dzi na to re­to­ryczne py­ta­nie w sali zro­bił się szum. Pro­fe­sor spo­koj­nie po­cze­kał, aż umilkną śmie­chy, żarty i ora­tor­skie po­pisy tych, któ­rzy lu­bią błysz­czeć w tłu­mie.

- Wszy­scy wie­dzą, o co gramy?

- Nie do końca, pa­nie pro­fe­so­rze. Czym jest Graal wi­kin­gów? I dla­czego przez setki lat po­zo­sta­wał w ukry­ciu? No i czy uczest­nicy eks­pe­dy­cji do­staną na miej­scu ja­kieś kie­szon­kowe?

- Ostat­niego py­ta­nia nie było. - Na­uko­wiec po­gro­ził pal­cem uśmiech­nię­temu chło­pa­kowi. - Co do reszty, to wie­dza za­re­zer­wo­wana dla tych z was, któ­rzy za­kwa­li­fi­kują się do mo­jej ekipy, na­zwijmy ją Dru­żyną Gra­ala. - Bły­snął zę­bami. - Prze­pa­dam za tol­kie­now­ską try­lo­gią i za Har­ri­so­nem For­dem w roli ar­che­ologa - do­rzu­cił jakby ty­tu­łem uspra­wie­dli­wie­nia. - Jed­nak wi­nien je­stem wy­ja­śnie­nie, dla­czego ob­ra­łem tak nie­ty­pową me­todę se­lek­cji. Już samo to wiele po­wie o cze­ka­ją­cych nas wy­zwa­niach. - Nieco te­atral­nym ge­stem roz­ło­żył sze­roko ręce. - Czy taka od­po­wiedź wy­star­czy?

Ten sam chło­pak wzru­szył ra­mio­nami.

- Jesz­cze nic pan nie po­wie­dział, pso­rze.

- Świet­nie. Nie szu­kam wśród was po­ta­ki­wa­czy, ale lu­dzi my­ślą­cych sa­mo­dziel­nie. Pierw­sze wska­zówki do­ty­czące ukry­tego skarbu, które, mu­szę uczci­wie przy­znać, roz­szy­fro­wa­łem dzięki szczę­śli­wemu zbie­gowi oko­licz­no­ści, dają przed­smak tego, co nas czeka. Szu­ka­jąc punktu za­cze­pie­nia do dal­szych ba­dań, wgra­łem te okru­chy in­for­ma­cji do mię­dzy­uczel­nia­nego sys­temu za­wie­ra­ją­cego kom­pen­dium do­stęp­nej lu­dziom wie­dzy hi­sto­rycz­nej. To po­tężna, mię­dzy­na­ro­dowa ak­tywna baza da­nych typu ECA. Dok­to­ranci wie­dzą, o czym mó­wię. I nic! Da­cie wiarę?! Null! Cero! Sifr! Żad­nych do­stęp­nych ana­lo­gii. Do­piero gdy w ak­cie de­spe­ra­cji wrzu­ci­łem je do ogól­no­do­stęp­nej sieci www, po­ja­wił się ty­tuł: Sześć my­ślo­wych ka­pe­lu­szy Edwarda de Bono.

- Bono, znamy! - roz­le­gło się kilka gło­sów z sali.

- Nie wąt­pię, ale nie cho­dzi tu o wo­ka­li­stę ze­społu U2. Inna sprawa, że jego praw­dziwe na­zwi­sko to Hew­son. Mam na my­śli, rzecz ja­sna, rock­mena. - Pro­fe­sor po­ło­żył pa­lec na ustach, by uci­szyć na­ra­sta­jący szum ko­men­ta­rzy. - Oka­zało się, że do roz­wią­za­nia dy­le­ma­tów, z któ­rymi przyj­dzie nam się zmie­rzyć, nie­zbędne jest to, o czym pi­sał ten le­karz, fi­lo­zof i eko­no­mi­sta w jed­nym, a co w wiel­kim uprosz­cze­niu na­zwiemy: my­śle­niem la­te­ral­nym. Tylko ktoś my­ślący nie­sza­blo­nowo, ktoś, kto ­po­trafi po­rzu­cić wer­ty­kalny spo­sób po­strze­ga­nia przy­czyny i skutku na rzecz la­te­ral thin­king, bę­dzie w sta­nie wła­ści­wie zin­ter­pre­to­wać dane. A ja nie za­mie­rzam się spie­rać z kom­pu­te­rem, ani tym bar­dziej z in­ter­ne­tem. Za­gadki, które przy­go­to­wa­łem, wy­ło­nią od­po­wied­nich lu­dzi albo po­lecę na wy­spę sam i sława wraz z bo­gac­twem przy­padną jed­nemu czło­wie­kowi. Go­towi?

Chór nie­rów­nych gło­sów zlał się w nie­zro­zu­miałe bu­cze­nie.

- Pa­mię­taj­cie, dzie­sięć mi­nut, w cza­sie któ­rych mo­że­cie za­da­wać py­ta­nia. Byle po­je­dyn­czo. Osoba, która chce coś po­wie­dzieć, pod­nosi rękę i, wska­zana przez moją asy­stentkę Anię, wstaje. Je­śli ktoś zna od­po­wiedź, po­stę­puje w ana­lo­giczny spo­sób.

Jak dało się za­uwa­żyć, nie­któ­rzy pra­cow­nicy na­ukowi uczelni - uda­jąc mało za­in­te­re­so­wa­nych - rów­nież spo­so­bili się do ry­wa­li­za­cji.

- Na ekra­nie za mną wy­świe­tlimy treść, a jej znik­nię­cie bę­dzie ozna­czać ko­niec czasu na udzie­le­nie od­po­wie­dzi. Aha - pro­fe­sor za­to­czył ręką sze­ro­kie pół­kole - przy­po­mi­nam, że moja oferta nie ogra­ni­cza się tylko do stu­den­tów Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego. W za­sa­dzie każdy z was ma szanse i może wy­brać się ze mną na tę pa­sjo­nu­jącą wy­prawę. Let's get re­ady to rum­ble!1 - Przy­wo­łane słowa Buf­fera wy­wo­łały nieco nie­pew­nych uśmie­chów. - No to do dzieła.

Hi­sto­ryk wci­snął kla­wisz lap­topa i nie­bie­ski ekran z sym­bo­lem sys­temu Win­dows za­stą­piła treść pierw­szego py­ta­nia. Salę wy­peł­nił lekko no­sowy głos Ani.

Męż­czy­zna był na­mięt­nym pa­la­czem. Gdy zo­rien­to­wał się, że nie ma pa­pie­ro­sów, wy­jął z port­fela jedną z dzie­się­ciu stu­zło­tó­wek i zo­sta­wiw­szy dla bez­pie­czeń­stwa resztę w ka­sie, wy­szedł, by po­szu­kać sklepu. Kiedy wró­cił po pięt­na­stu mi­nu­tach, nie było śladu po pie­nią­dzach i port­felu. Na­stęp­nego dnia po­li­cjant z mia­sta od­da­lo­nego o trzy­sta ki­lo­me­trów za­dzwo­nił pod nu­mer te­le­fonu, który męż­czy­zna na wszelki wy­pa­dek no­sił w port­felu, z in­for­ma­cją, że po­siada jego wła­sność. Poza czę­ścią pie­nię­dzy nic nie zgi­nęło.

Py­ta­nie: Ja­kim spo­so­bem port­fel zna­lazł się trzy­sta ki­lo­me­trów od swo­jego wła­ści­ciela?

Za­ło­że­nia:

Nikt go nie ukradł.

Wła­ści­ciel nie miał nic wspól­nego z jego znik­nię­ciem.

Port­fela nie za­brała też roz­tar­gniona żona wła­ści­ciela ani nikt z jego ro­dziny lub przy­ja­ciół.

Ci­sza, pod­czas któ­rej ze­brani pró­bo­wali zro­zu­mieć treść za­gadki, przy­wo­dziła na myśl eg­za­min i Gras­ser uśmiech­nął się mi­mo­wol­nie. Gdy zo­ba­czył dzie­kana Ba­na­sia skro­bią­cego coś za­pa­mię­tale w swoim wy­słu­żo­nym no­tat­niku, uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej.

- Mi­ło­śnicy pa­pie­ro­sów mają kla­rowny do­wód na to, że pa­le­nie szko­dzi. - Or­ga­ni­za­tor pró­bo­wał nieco roz­ła­do­wać at­mos­ferę, ale z mi­zer­nym skut­kiem.

Ja­kiś chło­pak pod­niósł rękę i gdy zo­ba­czył, że asy­stentka ski­nęła głową, wstał.

- Pa­nie pro­fe­so­rze, czy męż­czy­zna był sprze­dawcą?

- To nie ma zna­cze­nia - od­po­wie­dział Gras­ser.

- No ale jest ważne, czy skra­dziono mu pie­nią­dze z kasy w skle­pie czy z kasy pan­cer­nej...

- Nie skra­dziono mu pie­nię­dzy - uciął te wy­wody męż­czy­zna.

- Pa­nie pro­fe­so­rze... - Tym ra­zem głos za­brała wy­soka blon­dynka. - Może on zwy­czaj­nie zgu­bił ten port­fel i zna­lazł go ktoś ja­dący do in­nego mia­sta? A gdy do­tarł do miej­sca prze­zna­cze­nia, od­dał po­li­cjan­tom i tyle?

- A jak pani wy­tłu­ma­czy brak je­dy­nie czę­ści go­tówki w port­felu?

- No zna­lazca po­trą­cił so­bie ja­kieś koszty. Albo po­li­cjant...

Śmiech prze­to­czył się przez salę, ale Gras­ser po­zo­stał po­ważny.

- Może to wzbu­dzać we­so­łość - po­wie­dział, gdy za­pa­dła ci­sza - ale wa­sza ko­le­żanka idzie do­brym tem­pem, tylko w złą stronę. To i tak wię­cej niż nie­któ­rzy śmie­jący się ko­le­dzy.

- No a może, jak mó­wiła Na­ta­lia, port­fel wy­padł, a pie­nią­dze po­rwał wiatr, i... - Chło­pak sie­dzący obok dziew­czyny po­dra­pał się po gę­stej czu­pry­nie.

- Do­brze, uprosz­czę za­da­nie. W trak­cie po­bytu w mie­ście, w któ­rym męż­czy­zna szu­kał sklepu z pa­pie­ro­sami, port­fel cały czas po­zo­sta­wał w ka­sie.

- Chyba utrud­nię - ode­zwał się po­nuro ktoś z tłumu.

Co rusz pró­bo­wano swo­ich sił, jed­nak Gras­ser wszyst­kie od­po­wie­dzi kwi­to­wał prze­czą­cym ru­chem głowy. Gdy zda­wało się, że w wy­zna­czo­nym cza­sie ni­komu nie po­wie­dzie się sztuka roz­wią­za­nia za­gadki, rękę pod­niósł po­ważny, chyba młody męż­czy­zna, co jed­nak trudno było stwier­dzić z całą pew­no­ścią. Gę­sta, skoł­tu­niona czarna broda i zmierz­wione, opa­da­jące na czoło włosy za­kry­wały więk­szość jego twa­rzy. Gdy zo­ba­czył ski­nie­nie asy­stentki, wstał i do­piero te­raz dało się za­uwa­żyć, jak jest wy­soki.

- Sa­mo­lot. To był sa­mo­lot.

Na sali roz­brzmiały śmie­chy z ko­legi, który - jak wi­dać - nie zdą­żył jesz­cze wy­lą­do­wać po ostat­niej im­pre­zie. Szybko jed­nak umil­kły, gdy pro­fe­sor za­pro­sił chło­paka do sie­bie.

- Pro­szę pań­stwa, nie ro­zu­miem, skąd ta we­so­łość. Wasz ko­lega udzie­lił pra­wi­dło­wej od­po­wie­dzi.

- Co ma sa­mo­lot z... Ej, bez jaj.

- Niech sam wy­tłu­ma­czy. - Hi­sto­ryk od­su­nął się od mów­nicy, by zro­bić nowo przy­by­łemu miej­sce przy mi­kro­fo­nie.

- Nooo... - Tro­chę spe­szony zwy­cięzca szybko do­szedł do sie­bie. Pró­bo­wał na­wet prze­cze­sać włosy, ale palce utknęły gdzieś w ich gę­stwi­nie. - Py­ta­nie na­pro­wa­dziło nas na fał­szywy trop. Ale może pan, pa­nie pro­fe­so­rze...

- My się chyba skądś znamy. - Sto­jący obok Gras­ser z uwagą przy­glą­dał się zwy­cięzcy.

- By­łem słu­cha­czem na pań­skich wy­kła­dach.

- Aaa tak, te­raz pa­mię­tam, cho­ciaż ucie­kło mi imię...

- Kon­rad, pa­nie pro­fe­so­rze.

- Już pa­mię­tam. Uśmiech­nięty, cią­gle głodny wie­dzy... tylko ten - na­uko­wiec wska­zał na za­ro­śniętą twarz i nieco nie­chlujny wy­gląd - ka­mu­flaż mnie zmy­lił. No to, Kon­ra­dzie, wy­ja­śnij swoim nie­cier­pli­wym ko­le­żan­kom i ko­le­gom, jak tra­fi­łeś na wła­ściwą od­po­wiedź.

- No bo "kasa" to nie musi być sejf czy kasa w skle­pie, ale rów­nie do­brze sa­mo­lot o ta­kiej wła­śnie na­zwie. Wie­cie, jak ten, który roz­bił się w Mi­ro­sławcu z woj­sko­wymi na po­kła­dzie. Wpraw­dzie to się pi­sze ina­czej, ale sły­szymy "kasa" i...

- Ale na ekra­nie mamy pol­skie słowo kasa, a nie ja­kiś skrót od sam nie wiem czego! - krzyk­nął ktoś z tłumu.

- Gdyby to miało być ta­kie pro­ste - od­po­wie­dział pro­fe­sor - mu­siał­bym za­dać to py­ta­nie dzie­ciom w dru­giej kla­sie szkoły pod­sta­wo­wej. Kon­ra­dzie, do­kończ swoją wy­po­wiedź.

- To nas wszyst­kich wpro­wa­dziło w błąd. Gość z za­gadki był pa­sa­że­rem i gdy wy­szedł, sa­mo­lot od­le­ciał ra­zem z jego ba­ga­żem i port­fe­lem. To nie są rej­sowe ma­szyny, więc by­łoby to moż­liwe.

- No ale co się stało z czę­ścią pie­nię­dzy? Gdy ps... po­li­cja do­stała port­fel, bra­ko­wało tro­chę hajsu - ode­zwał się chło­pak wy­go­lony nie­mal na zero. Był niż­szy od Kon­rada, ale umię­śniony kark zna­mio­no­wał czę­stego go­ścia si­łowni.

- Pie­nią­dze przy­własz­czył so­bie ktoś z ob­sługi sa­mo­lotu.

- Czyli ukradł! - Triumf w gło­sie tego sa­mego go­ścia był nie­mal na­ma­calny. - A sam pan mó­wił, pso­rze, i wszy­scy to po­twier­dzą... - pa­trzył na Gras­sera, szcze­rząc zęby - ...że hajsu nikt nie zwi­nął!

- Nie, je­śli bra­ko­wało dzie­się­ciu pro­cent kwoty, czyli zna­leź­nego, które prze­zorny i nie­zbyt wie­rzący w ludzką wdzięcz­ność zna­lazca po­trą­cił z sumy w port­felu - wy­ja­śnił Kon­rad.

Szmer zro­zu­mie­nia i śmie­chów prze­to­czył się po sali. Wiele było też klep­nięć w czoło.

- No to je­den sta­ży­sta, lub, je­śli wo­li­cie, czło­nek Dru­żyny Gra­ala, już jest. - Hi­sto­ryk wy­pro­sto­wał sple­cione dło­nie, aż ci­cho chrup­nęły stawy. - Cze­kamy na po­zo­stałą czwórkę. Mogę was za­pew­nić, że is­landzka eks­pe­dy­cja bę­dzie przy­godą ży­cia. Kto wie, może też od­mieni losy świata?

1 Let's... (ang.) - Przy­go­tuj­cie się na grzmoty! Le­gen­darny zwrot wy­po­wie­dziany przez Mi­cha­ela Buf­fera, ame­ry­kań­skiego kon­fe­ran­sjera bok­ser­skiego.

Ma­gnu

Rok 900

Wilk z niedź­wie­dziem gnę­bią to obej­ście

Żu­raw zbiera co­raz więk­sze żniwo

Krwawi ranne sta­rych bo­gów serce

Nowe idzie, pod­stępne, ką­śliwe.

Mija wła­śnie dzie­więć­set lat od na­ro­dzin Chry­stusa. Wśród mo­ich braci ina­czej zna­czymy ko­lejne zimy, ale re­la­cja jest w ję­zyku Pa­pa­rów, który zwą ła­ciną, i to lu­dzie przez nich na­uczani prze­czy­tają te słowa.

Wszystko, co po­ni­żej skre­śli­łem, jest prawdą. Wiele z tych wy­da­rzeń wi­dzia­łem na wła­sne oczy, a to, czego nie­dane mi było do­tknąć i po­wą­chać, za­sły­sza­łem od god­nych za­ufa­nia braci. Klnę się na bo­gów i je­śli łżę, niech spad­nie na moją głowę ich gniew.

Nie­któ­rzy uznają, że losy mego pana i przy­ja­ciela nie były godne sagi. Inni za­czną wąt­pić, czy wy­da­rzyły się na­prawdę. Taka jest ludzka na­tura i ta­kimi za­wist­nymi i nie­uf­nymi stwo­rzyli nas bra­cia: Odyn, Wili i We. Osądź­cie tę opo­wieść swoim ro­zu­mem. Pro­szę tylko, by­ście do­trwali do końca. To ważne. Tylko wtedy bo­wiem dane wam bę­dzie po­jąć nie­bez­pie­czeń­stwo gro­żące ca­łej ludz­ko­ści. A wie­rzaj­cie mi, mu­si­cie sto­czyć straszny bój o przy­szłość tego świata, wa­szego świata! Czas nie ma tu zna­cze­nia.

W każ­dym po­ko­le­niu są mę­żo­wie o dziel­nych ser­cach, dźwi­ga­jący na bar­kach cię­żary więk­sze od in­nych. Są też lu­dzie jed­nego dnia, ży­jący chwilą. Wielu z nas od­bija się od tych dwóch mu­rów i zaj­muje miej­sce od­po­wied­nie dla ta­len­tów i zgodne z wolą bo­gów. Mój pan wy­chy­nął po­nad prze­cięt­ność niby pły­wak nad ta­flę wody, wy­peł­nił obo­wią­zek, za­trzy­mał to, co mo­gło się roz­lać na wszyst­kie światy Yg­g­dra­sila. Te­raz wa­sza ko­lej.

Je­śli zna­leź­li­ście te za­pi­ski, to taka była wola stwór­ców i na­stał czas na dzia­ła­nie. Nad­cho­dzi mrok, a wy, uzbro­jeni w to­pór i tar­czę, mu­si­cie sta­nąć mu na prze­szko­dzie. Choć­by­ście pła­kali ze stra­chu krwa­wymi łzami, zmo­czyli uryną wła­sne buty, nie od­stąp­cie nogi.

Nie wiem, ile dzie­sią­tek, a może se­tek lat mi­nęło od dnia, gdy skre­śli­łem te słowa, ale ży­wię na­dzieję, iż mgła snuta przez wy­znaw­ców Jed­no­boga nie znisz­czyła wa­szej praw­dzi­wej wiary, wiary dzia­dów. Nie ufam mę­dr­com Jed­nej Księgi, nie ufam lu­dziom nio­są­cym krzyż. Czyż to bo­wiem nie od­wró­cony miecz? Ich pra­gnie­nia zdają się nie znać gra­nic, ni­gdy nie będą syci złota, po­kło­nów i wła­dzy. Ob­ser­wo­wa­łem po­czy­na­nia Pa­pa­rów na wy­spie lodu. Choć z po­czątku zgi­nali plecy i myli stopy bie­da­kom, z cza­sem każdy z nich ob­ra­stał w py­chę i twier­dził, iż to sam bóg prze­ma­wia jego ustami. Może tak było w isto­cie, co­raz mniej bo­wiem przy­po­mi­nali lu­dzi. Ale dość o tym, słu­chaj­cie.

Bra­łem udział w wy­pra­wie, z któ­rej nie po­wi­nie­nem wró­cić żywy. To zna­czy, wy­ru­szyło na nią moje ciało i jedno oko, dla­tego też prze­każę słowa ko­goś, kto był je­dy­nie ob­ser­wa­to­rem, a nie peł­no­praw­nym człon­kiem dru­żyny. Ni­czym so­kół śle­dzący z góry krzą­ta­ninę w obej­ściu.

Wszy­scy zło­żyli przy­sięgę w ob­li­czu sa­mego Odyna, że za­cho­wają w se­kre­cie wy­da­rze­nia tam­tych ty­go­dni. Dla pew­no­ści władca bo­gów rzu­cił na nich klą­twę i wspo­mnie­nia bla­kły, aż w końcu znik­nęły, przy­wra­ca­jąc im spo­kój du­cha. Ja, z po­wo­dów zna­nych tylko Jemu, nie przy­rze­ka­łem i jako je­dyny pa­mię­tam. Wiele du­ma­łem o tym dla­czego. Czar za­po­mnie­nia byłby prze­cież le­kar­stwem, a nie tru­ci­zną. Do­sze­dłem do tego, że Syn Ziemi chciał, bym spi­sał hi­sto­rię mi­nio­nych wy­da­rzeń i prze­ka­zał ją po­tom­nym. Jako świa­dec­two, że bo­go­wie nie po­rzu­cili nas, a je­dy­nie wy­co­fali się do swo­ich świa­tów i dali lu­dziom wolną rękę, cie­kawi, gdzie nas to za­pro­wa­dzi. Po­zo­sta­wili też oręż zdolny od­wró­cić bieg wy­da­rzeń. Albo do­peł­nić dzieła znisz­cze­nia.

Z bie­giem lat żal zmie­nił się w odrę­twie­nie, bo los każ­dego zo­stał utkany przez Norny już w dniu na­ro­dzin. Mój rów­nież. Cóż więc po­może za­mar­twia­nie się i ja­łowe py­ta­nie: "Dla­czego wła­śnie ja?".

Biały Chry­stus i chrze­ści­ja­nie na ca­łym świe­cie ro­sną w siłę, do­tarli prze­cież na­wet do nas, na wy­spę wśród lo­dów. Nikt nie zdoła po­wstrzy­mać tego po­chodu, a skoro nie można prze­ciw­sta­wić się wiel­kiej fali, na­leży usu­nąć się w bok i po­cze­kać, aż wody opadną. Za­wsze w końcu opa­dają.

Więc ja, Ma­gnu, ostatni straż­nik zmien­no­kształt­nego ulfhed­nara, po­wier­nik świę­tego bra­ek­tatu, zwa­nego przez bo­gów Na­czy­niem, ślę ci, mężu zna­jący mowę Rzy­mian, wie­ści po­przez czas. Niech będą ni­czym pło­mień przy­ło­żony do zga­słej dawno świecy lub blask dnia oglą­dany przez ślepca po wielu la­tach błą­dze­nia w ciem­no­ści. Czy­ta­jąc moje słowa, za­sta­nów się, czy wszystko, co po­wie­dziano ci o ota­cza­ją­cym świe­cie, jest ka­mie­niem i że­la­zem, a nie jeno won­nym dy­mem otu­ma­nia­ją­cym umysł i zmy­sły. Je­śliś pi­śmienny, nie mo­żesz być głup­cem i fakty otwo­rzą ci oczy.

Młody uczeń, le­d­wie jesz­cze pod­ro­stek, przy­siągł na pier­ścień, że wy­pełni mą wolę i schowa ma­nu­skrypt zgod­nie z in­struk­cjami, tak aby przez wieki ża­den wścib­ski Grek czy plu­jący na wiarę oj­ców Nor­man nie do­stał go w swoje ręce. A nie myśl, że nie spró­bują. Sam by­łem świad­kiem, gdy prze­by­wa­łem z ku­piecką mi­sją na wy­spie Irów, jak z wielką za­cie­kło­ścią słu­dzy Ko­ścioła szu­kali włóczni Gae Bulg woja Cúchu­la­inna. Łu­pież­czy na­pad mo­ich ziom­ków wy­dał mi się przy tym jeno go­spo­dar­ską wi­zytą. Nie co­fali się przed ni­czym, by po­siąść moc tego ar­te­faktu. Jak twier­dzili, miał za­wie­rać w so­bie frag­ment włóczni prze­zna­cze­nia, tej sa­mej, którą prze­bito bok Bia­łego Chry­stusa. Ale kto zro­zu­mie praw­dziwe in­ten­cje zło­to­ustych Pa­pa­rów?

Ro­dziny tych wie­śnia­ków, któ­rzy mo­gli coś wie­dzieć, roz­ry­wano końmi, by wy­do­być od nich in­for­ma­cje o miej­scu ukry­cia przed­miotu mocy. Po­mimo rzeki krwi nie usta­wano w po­szu­ki­wa­niach, gdyż upór i kon­se­kwen­cja kri­st­ma­?rów są ogromne. Za to na­leży im się wielki sza­cu­nek.

Tyle star­czy, by cię ostrzec i uczy­nić twoje kroki ci­chymi.

Nic nie jest wieczne. Kie­dyś fala znu­żona wła­snym cię­ża­rem opad­nie. Wtedy świat na nowo od­kryje sta­rych skan­dy­naw­skich bo­gów. Oby dla nas, lu­dzi, nie było już za późno, a Biały Chry­stus nie za­bił w czło­wieku pro­stej ra­do­ści ży­cia, za­peł­nia­jąc pustkę nie­skoń­czo­nym po­czu­ciem winy.

I jesz­cze jedna prze­stroga: mą­drze użyj Na­czy­nia. Tylko wtedy bo­go­wie zwani Asami, a nie Hel z jej słu­gami, po­wrócą na Zie­mię. ?ar­nik ?ére­igi­úrr2, nie­znany przy­ja­cielu. Bądź roz­ważny, bo do­sta­jesz do ręki wła­dzę nad świa­tami. Je­śli, jak ja, uznasz się nie­god­nym tej po­tęgi, po­szu­kaj męża o nie­złom­nym cha­rak­te­rze, któ­rego słu­chają dru­dzy, a on nie czer­pie z tego ucie­chy. Męża dba­ją­cego o swoje obej­ście, co nie zna stra­chu ni py­chy. Daj mu to, coś zna­lazł. Pa­mię­taj jed­nak: wy­bierz roz­trop­nie!

2 ?ar­nik... (sta­ro­nord.) - Oby nie za­bra­kło mę­skiej mocy.

Krwawy po­ra­nek w Mos­fel­ls­da­lur

Rok 875

Trzy ol­brzymki przędą ludz­kie losy

Zgar­bione i ci­che ni­czym stare dęby

Ty nie zdo­łasz roz­pleść ni­gdy tego splotu

Jak nie znaj­dziesz czaru, by być na­raz wszę­dzie.

Zima przy­szła tego roku na­gle, wgry­za­jąc się lo­do­wym od­de­chem w na­są­czony je­sien­nymi desz­czami kra­jo­braz Is­lan­dii. So­lidne, ocie­plane dar­nią drew­niane hovy3 przy­kryła jed­nej nocy gruba war­stwa śniegu. Do­lina Mos­fel­ls­da­lur skryła się pod nim ni­czym pod stertą owczej przę­dzy. Je­śli nie li­czyć kilku straż­ni­ków opa­tu­lo­nych w niedź­wie­dzie fu­tra, mię­dzy do­mami było pu­sto. Jesz­cze mie­siąc wcze­śniej ci zbrojni grza­liby tyłki przy ogni­skach, tęgo po­pi­ja­jąc mocne piwo. Ale to było, za­nim...

Uja­da­nie mar­z­ną­cych psów i do­cho­dzące nie­kiedy z wnę­trza do­mostw stłu­mione pi­jac­kie śpiewy i kłót­nie za­głu­szał ryk wia­tru za­gar­nia­nego po­tęż­nymi skrzy­dłami Hräswelga4. Kto nie mu­siał, nie wy­ściu­biał dzi­siaj nosa z chaty. Nad­cho­dził czas pi­ja­tyk, chę­do­że­nia żon i nie­wol­nic - tych ostat­nich po wie­lo­kroć, o ile wła­ści­ciel nie miał nic prze­ciwko albo był zbyt pi­jany, by go py­tać o zgodę. No i czas pla­no­wa­nia przy­szłych wy­praw. Mło­dzi, któ­rzy nie chcieli lub nie wie­dzieli, jak w pełni ko­rzy­stać z ży­cia, sia­dali w chłodne wie­czory przy ogniu, za­słu­chani w barwne sagi o bo­gach i bo­ha­te­rach. Opo­wie­ści snute przez wie­ko­wych już mę­żów opi­su­jące czyny tych dru­hów, któ­rzy za­słu­żyli na to, by o nich pa­mię­tać. Barwne opisy walk z czar­nymi el­fami ze Svar­tal­fhe­imu, ol­brzy­mami z Mu­spel­he­imu i Hrim­thur­she­imu, mor­skimi po­two­rami czy wresz­cie ata­ku­ją­cymi wielką kupą zbroj­nymi wy­wo­ły­wały ru­mieńce na chło­pię­cych i dziew­czę­cych bu­ziach. Nie za­wsze wi­kin­go­wie wy­cho­dzili z tego cało, ale wy­ka­zy­wali się siłą, mę­stwem, spry­tem i od­wagą, dzięki któ­rym tra­fiali po do­brej walce do Wal­halli i wła­śnie do sag. Cze­góż chcieć wię­cej?

W naj­więk­szej hali - tej, w któ­rej zi­mo­wał miej­scowy jarl5 Gri­mis­dal ze swoją dru­żyną - opra­co­wy­wano tak­tykę wy­stą­pie­nia na wio­sen­nym Al­thingu. Zbie­rali się tam wszy­scy wolni miesz­kańcy wy­spy, by są­dzić, roz­są­dzać i usta­na­wiać prawa. Wo­jo­wie Gri­mis­dala i on sam za­da­nie mieli nie­ła­twe, za swój po­stę­pek - wie­lo­krotne mę­żo­bój­stwo - za­słu­żyli bo­wiem na do­ży­wot­nie wy­ję­cie spod prawa. Z trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu sę­dziów zdo­łali jak do­tąd - zło­tem i groźbą - prze­cią­gnąć na swoją stronę le­d­wie dzie­się­ciu. Reszta nie­chyb­nie za­żąda za­płaty krwią za krew, śmier­cią za śmierć. Ale czy zdo­łają wy­kląć całą osadę? Może wy­star­czy re­kom­pen­sata w sre­brze i zło­cie, któ­rego mieli te­raz pod do­stat­kiem?

A wszystko za­częło się jak zwy­kle nie­win­nie, od po­ga­du­szek przy pi­wie. Ha, bez tego na­pitku lub za­mor­skiego wina świat - choć po­nury - byłby spo­koj­niej­szym miej­scem.

Ostat­nie lata były chude, a wy­prawy na wi­king przy­no­siły wię­cej pła­czu wdów niż kruszcu. Dwu­krot­nie tra­fili na świeżo splą­dro­wane klasz­tory i w dro­dze na okręty mu­sieli się za­do­wo­lić chłop­skimi cha­tami. Je­dy­nym war­to­ścio­wym to­wa­rem byli tam lu­dzie, ale ci na wieść o raj­dzie roz­pra­szali się po oko­licz­nych la­sach i szu­kaj wia­tru. Chwy­tano nie­któ­rych, a jakże, jed­nak ra­czej chore i młode sztuki i pewne było, że część ze­mrze w dro­dze po­wrot­nej do domu. W od­we­cie, by po­fol­go­wać pu­stej zło­ści, wy­rzy­nano nie­wiel­kie stada chu­dych owiec i pa­lono li­che do­mo­stwa, a do jarla Gri­mis­dala przy­lgnęło nie­sławne prze­zwi­sko: Owczy Ko­nung.

Raz starli się z sil­nym od­dzia­łem miej­sco­wego wła­dyki, roz­sier­dzo­nego raj­dem in­nych wi­kin­gów, któ­rzy dawno już zdą­żyli znik­nąć z łu­pem. Bo­go­wie i tym ra­zem nie sprzy­jali Gri­mis­da­lowi. Co­raz czę­ściej i gło­śniej prze­bą­ki­wano o zmia­nie do­wódcy. Po co iść za ta­kim, któ­remu nie są przy­chylni bo­go­wie? Prze­cież jego pech ob­le­pia człon­ków dru­żyny ni­czym miód za­nu­rzony w nim mę­ski flet. Tylko fakt, że Owczy Ko­nung nie miał so­bie rów­nych w boju, po­wstrzy­my­wał co bar­dziej krew­kich od rzu­ce­nia wy­zwa­nia.

Je­sie­nią jego ło­dzie znowu wró­ciły do domu pu­ste. Śmie­chu było tak wiele, że jarl mu­siał ubić kilku co bar­dziej bez­czel­nych we­soł­ków. Nie dzi­wota więc, że przy pi­wie szu­kał spo­sobu na po­we­to­wa­nie braku szczę­ścia. I zna­lazł. Wpadł na po­mysł, by pod nie­obec­ność są­siada Sig­munda Ola­fs­sona złu­pić jego ro­dowy gród, le­żącą nad za­toką Rey­kja­vík osadę Ýda­lir6.

Nie wzbu­dził tym kon­cep­tem zbyt­niego en­tu­zja­zmu u oko­licz­nych bon­dów. Wszy­scy wie­dzieli, że Sig­mun­dowi Ola­fs­so­nowi na od­wyrtkę sprzyja wo­jenne szczę­ście i na­wet nie­wol­nicy w jego obej­ściach srają sre­brem. On sam aku­rat wraz z kil­koma set­kami zbroj­nych pu­sto­szył kraj Bre­tland­czy­ków, ale prze­cież przyj­dzie czas, że wróci z wi­kingu! A wtedy...

- Pijmy, a po­tem o tym po­roz­ma­wiamy. - Gri­mis­da­lowi nie można było od­mó­wić sprytu.

Więc lały się piwo i miód całą je­sienną noc, a Owczy Ko­nung co ja­kiś czas roz­ta­czał przed oczami to­wa­rzy­szy wi­zje wiel­kich bo­gactw, które za­ko­pał pod swoim do­mo­stwem Ola­fs­son. Niby mi­mo­cho­dem na­po­my­kał, że wcale nie wia­domo, czy jego skipy przy­biją jesz­cze do ro­dzin­nego portu, a je­śli na­wet, to za­pewne mocno po­ha­ra­tane i bę­dzie to ni­czym dar od bo­gów. Nic tylko brać.

- Spa­limy mu domy, wy­rżniemy zbroj­nych, a ko­biety i nie­wol­nicy staną się na­szą wła­sno­ścią! - grzmiał, wzno­sząc w górę róg. - To nie wszystko! Gdy przy­płyną jego lang­skipy, spad­niemy na nich ni­czym wilk na ran­nego psa i za­gar­niemy okręty pełne skar­bów. A wie­cie, że En­gli­sma­do­wie płacą duży okup w zło­cie za od­stą­pie­nie od plą­dro­wa­nia kraju. Część z tego przy­pad­nie Sig­mun­dowi, a wła­ści­wie nam, wy­star­czy tylko się­gnąć!

Na słowo "złoto" słu­cha­ją­cym ży­wiej za­biły serca.

- No ale to sam Sig­mund Ola­fs­son - mruk­nął nieco przy­tom­niej Tjor­dek Ospo­waty. - Nie ja­kiś tam jarl, ale TEN jarl! By­wały lata, gdy to on prze­wo­dził Al­thin­gowi. Sły­sza­łem o nim...

- Gówno tam sły­sza­łeś! - wrza­snął wódz. - Za broń, a sta­nie­cie się naj­za­moż­niej­szymi ludźmi na Is­lan­dii! Tchó­rze niech sie­dzą po do­mach pod far­tu­chami swo­ich ko­biet i ssą ich co­raz chud­sze cycki!

- Nie miał­bym nic prze­ciw, żeby te­raz zwie­dzić mech two­jej żony - mruk­nął ja­kiś młody chwat, ale tak, by go­spo­darz nie sły­szał. Al­dis ucho­dziła za jedną z naj­bar­dziej uro­dzi­wych w osa­dzie. I nie szczę­dziła miodu co gład­szym mło­dzień­com, gdy mąż wy­pły­wał na wi­king.

Al­ko­hol, ży­wiąc się roz­sąd­kiem, do­daje znu­dzo­nym mę­żom od­wagi, a tchó­rzom po cztery ręce do walki. Na­mowy jarla zro­biły swoje. Jesz­cze tego dnia zor­ga­ni­zo­wano rajd i bie­siad­nicy do­tarli zbroj­nie pod nie­zbyt wy­soki ka­mienno-ziemny wał ota­cza­jący osadę nad za­toką Rey­kja­vík. Z wy­stę­pu­ją­cych tu licz­nie go­rą­cych źró­deł wy­do­by­wała się para, czy­niąc krót­kie dnie mgli­stymi. Dzięki temu zimą było cie­plej niż w in­nych re­jo­nach wy­spy.

Ktoś mu­siał ostrzec miesz­kań­ców, bramy bo­wiem za­stali za­mknięte, a drew­niana ga­le­ria bie­gnąca rów­no­le­gle z ob­wa­ło­wa­niem mie­niła się bla­skiem po­chodni.

Jarl Gri­mis­dal przy­pro­wa­dził setkę mę­żów w sile wieku. Nie­któ­rzy mieli ze sobą so­lidne dra­biny, więc los obroń­ców był prze­są­dzony. Tym bar­dziej że na­prze­ciw sta­nęli starcy, ko­biety i pod­rostki wspo­ma­gani przez do­mo­wych nie­wol­ni­ków.

- Cze­kać, chłopcy, po­mó­wię z nimi i może po do­broci otwo­rzą bramę. Szkoda krwi na tych pa­stu­chów. - Owczy Ko­nung wstrzy­mał swo­ich co bar­dziej krew­kich kam­ra­tów. - Kto do­wo­dzi za­łogą?! - wrza­snął i ru­szył z tar­czą nad głową w stronę wału.

Kilka chwil na gó­rze trwało za­mie­sza­nie, aż w końcu ode­zwał się głos, który raz był mę­ski, a raz dzie­cięcy jesz­cze:

- Ja, Ve­tri­l?i, syn Sig­munda Ola­fs­sona, jarla tej osady! Czego szu­ka­cie po nocy nad za­toką Rey­kja­vík taką kupą?! Idź­cie precz! Nie sta­nie się ni­komu krzywda, je­śli nas po­nie­cha­cie.

- A może na od­wyrtkę otwo­rzysz nam bramę, szcze­niaku, i umrzesz szybko i z ho­no­rem, za­miast zdy­chać go­dzi­nami z roz­pru­tym be­be­chem?! - Gri­mis­dal za­śmiał się gło­sem ol­brzy­mów. W ślady wo­dza po­szła cała dru­żyna. - No? Nie mam ca­łej nocy!

- Oj­ciec się ze­mści! - Głos pod­rostka się za­ła­mał i chło­pak za­pisz­czał te­raz ni­czym dziew­czę.

- Gówno mnie ob­cho­dzą po­gróżki ta­kiej nie­le­d­wie bia­ło­głowy, a Wil­czy Ko­nung gry­zie pew­ni­kiem za­mor­ską zie­mię. Otwie­raj, gów­no­ja­dzie, albo pójdę po cie­bie i prze­ko­namy się, co z jar­lo­wego wy­skrobka za wo­jow­nik! - We władcy osady Mos­fel­ls­da­lur za­częła ki­pieć wście­kłość.

Na gó­rze dało się sły­szeć przy­ci­szone roz­mowy, ktoś krzyk­nął, inny za­bul­go­tał, gdy nóż prze­ciął mu gar­dło, i za­pa­dła ci­sza.

- Idź­cie precz! - usły­szeli w końcu głos mło­dego Ve­tri­l?iego Sig­munds­sona. - Idź­cie precz, a może uj­dzie­cie z ży­ciem!

Na ryk swego wo­dza na­past­nicy rzu­cili się do szturmu. Nie­sione w sil­nych rę­kach dra­biny wcze­piły się w wał, a zbrojni z to­po­rami w dło­niach lub no­żami w zę­bach roz­po­częli bły­ska­wiczną wspi­naczkę. Na spo­tka­nie po­le­ciały strzały i oszczepy, które po­szczer­biły nieco na­past­ni­ków, ale to do­dało tylko tym ostat­nim za­cię­to­ści.

Pierw­szy na gó­rze zna­lazł się nie­wy­soki i szybki Kraki Sib­bis­son, który roz­łu­pał czaszkę sta­rego woja pró­bu­ją­cego mu sta­nąć na dro­dze. Za­raz jed­nak jęk­nął gło­śno, gdy ja­kiś miecz utkwił mu w boku przy sprzączce tro­ków skó­rza­nego na­pier­śnika na­bi­ja­nego me­ta­lo­wymi płyt­kami. Spa­dał już, gdy w mi­go­tli­wym świe­tle po­chodni zo­ba­czył mło­dego za­bójcę w zbyt du­żej kol­czej ko­szuli.

Za­raz za nim we­pchnął się jed­nak po­tężny Guffi, syn Abiego. Za­mach­nął się to­po­rem na chłopca i byłby go prze­ciął na pół, gdyby z ciem­no­ści nie wy­pa­dła ko­bieta z oszcze­pem w ręku. Rzu­ciła się z roz­pędu na zbroj­nego i wbiła mu ostrze w brzuch. Ten zdą­żył jesz­cze roz­orać nie­wie­ści bark i nie­mal od­ciąć ko­bie­cie głowę, a po­tem ra­zem sple­ceni, niby para ko­chan­ków, spa­dli z dra­biny. Ve­tri­l?i za­marł prze­ra­żony. Chciał być dzielny, ale...

- Ucie­kaj, chłop­cze! - Stary woj, który w po­dzięce za do­brą służbę otrzy­mał do­ży­wo­cie w do­mo­stwie jarla Ola­fs­sona, wska­zał głową le­żące w dole do­mo­stwa. - Scho­waj się gdzieś, a po­tem ucie­kaj do lasu. My tu bę­dziem... - Wię­cej nie rzekł nic, z dra­biny bo­wiem ze­sko­czył Banki Ko­wal, chłop o po­stu­rze mło­dego niedź­wie­dzia, i sta­rzec, choć na krótko, miał inne za­ję­cie.

Ve­tri­l?i zsu­nął się po gru­bym balu pod­trzy­mu­ją­cym ga­le­ryjkę i sta­nął na wprost gro­mady prze­ra­żo­nych miesz­kań­ców osady, któ­rzy w dło­niach dzier­żyli broń bar­dziej pa­su­jącą do kuchni niż na pole bi­twy.

- Ko­biety... - głos na chwilę od­mó­wił mu po­słu­szeń­stwa - ...ko­biety do cha­łup, a ze mną tylko ci, któ­rym nie bę­dzie strach umrzeć! - krzyk­nął w końcu, tym ra­zem za­dzi­wia­jąco gru­bym gło­sem.

Po chwi­lo­wym za­mie­sza­niu zo­stał w oto­cze­niu kil­ku­na­stu sta­rych, w więk­szo­ści scho­ro­wa­nych męż­czyzn. Każdy z nich, za­miast mę­czyć się w czas zimy ży­cia, chciał tra­fić po śmierci w boju do Wal­halli.

To była naj­wyż­sza pora. Na­past­nicy bo­wiem wy­cięli nie­mal w pień obroń­ców na ga­le­rii i te­raz dwóch z nich ze­sko­czyw­szy na kle­pi­sko, zdej­mo­wało ry­gle z bramy.

Po­tężny ryk z dzie­sią­tek gar­deł prze­bił się przez zgiełk ­bi­twy i do środka wdarł się żądny krwi i łu­pów tłum zbroj­nych jarla Gri­mis­dala. Nie­liczni żywi jesz­cze obrońcy wal­czyli dziel­nie, ale nie mieli szans i szybko wy­rżnięto ich do nogi. Naj­dłu­żej opór sta­wiał od­dział zgro­ma­dzony wo­kół syna jarla Sig­munda. Chło­pak, choć le­d­wie pod­ro­stek, za­grze­wał swo­ich do walki, a i sam po­ha­ra­tał kilku na­past­ni­ków za­sko­czo­nych taką za­cię­to­ścią. Wy­pa­tro­szyli go za to ni­czym pro­siaka i na­bili na pal nad bramą w miej­scu, w któ­rym wcze­śniej wi­siała ol­brzy­mia wil­cza czaszka - ro­dowy znak pana tego grodu.

Co gład­sze ko­biety po­hań­biono, na­peł­nia­jąc ich brzu­chy na­sie­niem wielu pi­ja­nych mę­żów, i we­spół z dziećmi po­wie­dziono w nie­wolę. Wio­sną, gdy stop­nieją śniegi i lody, a ża­gle stat­ków wy­pełni wiatr, tra­fią na targi w Birce, He­de­bie czy Truso.

Cztery dni cią­gnęła się pi­ja­tyka, a mię­dzy osadą Ýda­lir a do­liną Mos­fel­ls­da­lur kur­so­wały wozy wy­peł­nione wszel­kimi do­brami. Ostat­niej gru­pie to­wa­rzy­szyła po­nad setka nie­wol­ni­ków i ura­do­wani ła­twym zwy­cię­stwem zbrojni jarla Gri­mis­dala. By za­trzeć ślady plą­dro­wa­nia, pod hovy pod­ło­żono ogień.

Po wszyst­kim z po­le­ce­nia Owczego Ko­nunga w po­bli­skim ra­chi­tycz­nym le­sie usta­no­wiono po­ste­ru­nek, który miał ostrzec zdo­byw­ców o po­wro­cie dru­żyny po­go­rzelca Sig­munda Ola­fs­sona. Zdążą się przy­go­to­wać, ru­szyć na­prze­ciw i ode­brać resztę na­leż­nego łupu. Do tego czasu mu­szą zna­leźć spo­sób, by na wio­sen­nym Al­thingu zy­skać jak naj­więk­szą liczbę stron­ni­ków. Je­śli nie, wy­wal­czą so­bie wol­ność że­la­zem i wy­spa lodu spły­nie krwią. Bo­go­wie ko­chają zwy­cięz­ców.

Im gło­śniej krzy­czano, tym bar­dziej sta­rano się za­głu­szyć my­śli o Wil­czym Ko­nungu, jarlu, o któ­rym krą­żyły mro­żące ko­ści le­gendy.

Dni były co­raz krót­sze. Te kilka go­dzin świa­tła le­d­wie wy­star­czało, by opo­rzą­dzić by­dlęta i go­spo­darkę. Trwa­jący dłu­żej mrok wle­wał w serca lu­dzi po­nure my­śli, które na­le­żało od­pę­dzić dużą ilo­ścią piwa. Cza­sami nad­cho­dzi jed­nak taka ciem­ność, któ­rej ża­den na­pi­tek nie zmoże.

Dla­tego po­mimo pory roku, pod­czas któ­rej wstrzy­my­wane są rajdy, a lu­dzie sie­dzą po cha­łu­pach, kilku zmar­z­nię­tych i psio­czą­cych zbroj­nych stra­żo­wało w po­bliżu osady Ýda­lir. Po­ry­wi­sty wiatr giął ku ziemi cien­kie pnie drzew i je­dyną osłonę da­wało za­głę­bie­nie te­renu, w któ­rym zbu­do­wali li­chą le­piankę. Do po­cie­chy i dla roz­grzewki do­stali kilka garn­ców z pi­wem, które z nie­tę­gimi mi­nami pod­grze­wali te­raz przy ogniu.

- Wga­piamy się w wodę dniem i nocą i po­wiem wam, kam­raci, że Wil­czy Kon... tfu, no, sami wie­cie kto, pew­ni­kiem chę­doży już Ran ra­zem ze swoim li­dem, a jego łódź śpi na dnie wiel­kiego mo­rza. Jakby miał wró­cić, to już by tu był. Tak czy nie? - Ha­rek, syn Hun­bo­giego, splu­nął w ogni­sko, a ogień od­po­wie­dział ci­chym, ostrze­gaw­czym sy­kiem.

- Ugryź się w ozór, tru­po­żerco, żeby w taką ciem­nicę przy­zy­wać nie­szczę­ście. Im ci­szej o nim, tym dłu­żej po­ży­jem, ot co. - Wielki, za­ku­tany w niedź­wie­dzią skórę mąż do­rzu­cił kilka nie­rów­nych szczap do ognia. - A jakby ta­kie pewne było, że ten wódz po­nie­chał oj­co­wi­zny, toby nasz jarl nie trzy­mał nas tu trzeci ty­dzień na mro­zie.

- Ale mam ra­cję, Swen, że o tej po­rze nikt roz­tropny nie ru­sza na mo­rze, zga­dza się?

- Chyba... - mruk­nął trzeci kom­pan, prze­ły­ka­jąc gło­śno łyk cien­kiego piwa - ...że mu kto wie­ści z domu przy­niósł.

- Bo­dajby cię wilcy, có­żeś taki stra­chliwy się zro­bił? Jak w Ýda­lir rżnę­li­śmy miej­sco­wych, toś pierw­szy był do bitki. Jak nad­szedł czas, by po­uży­wać z bia­ło­gło­wami, i tuś się nie­źle spra­wiał. Pa­mię­tasz tę z głową wy­go­loną wpół? Krzepka była i jak ci przy­ło­żyła bier­wio­nem, to żeś się ko­py­tami na­krył. - Za­re­cho­tali, ale w ich gło­sach echa we­so­ło­ści współ­za­wod­ni­czyły z obawą.

- Mo­żem się i na­krył, ale wy­chę­do­ży­łem jej córkę, a stara jeno pa­trzyła i pluła ze zgry­zoty krwią i zę­bami. Gdy młoda w końcu dała gar­dło, matka wyła niby opę­tana. Żeśta ją we trzech trzy­mali, gdym i jej do­go­dził. Po wszyst­kim trza było i tę uka­tru­pić, boby spo­koju nie było. Uszy bo­lały od tego wy­cia i zło­rze­cze­nia. Po praw­dzie pi­łem wtedy dużo, bo na trzeźwo... - Za­milkł.

- Jak każdy. - Ha­rek chłep­tał z dzbana, krzy­wiąc się przy tym nie­mi­ło­sier­nie. - U jarla Olafs..., tfu, w piw­ni­cach trunki były przed­nie, a nie jak te świń­skie szczyny. - Od­dał dzban kom­pa­nowi.

- Tylko my tam byli w wiel­kiej ku­pie i sile, a tu ster­czym sami niby za­dry we wło­cha­tej du­pie. Jakby co, zni­kąd po­mocy. - Swen wes­tchnął ciężko.

- Bo nie na­szą rolą po­ty­kać się ze zbroj­nymi. Ty le­piej prze­pa­truj wodę, a jak zo­czysz jaki skip, weź­miem nogi za pas i le­cim do do­liny. Po­go­rze­lec prze­cie la­tać jesz­cze nie umie.

- Ta­kiś pewny?

- Bo­dajby cię... Ten znowu swoje. Za­wrzyj gębę, bo i bez two­ich stra­chów ciężko nam tu usie­dzieć, a Owczy Ko­nung po­ła­mie gnaty, gdy wró­cim przed cza­sem.

W ciągu ko­lej­nych go­dzin mil­czeli, na­prze­mien­nie przy­sy­pia­jąc i zry­wa­jąc się na równe nogi przy gwał­tow­niej­szych po­dmu­chach wia­tru. Tylko piwo da­wało nieco uko­je­nia sko­ła­ta­nym ner­wom.

Nim po­ja­wił się nad nimi cień czar­niej­szy od cze­lu­ści Nifl­he­imu i po­czuli smro­dliwy od­dech dra­pież­nika, mieli już nie­źle w czu­bie.

Pierw­szy zo­ba­czył go Ha­rek, syn Hun­bo­giego. Roz­warte do krzyku usta wraz z głową po­le­ciały w mrok. Krew, która try­snęła z jego karku, nie­mal uga­siła nie­wiel­kie ogni­sko. W zie­lo­nych, ja­rzą­cych się nie­ziem­skim bla­skiem śle­piach pło­nęła żą­dza mordu.

Swen, co trzeba mu przy­znać, bły­ska­wicz­nie ze­rwał się z to­po­rem w dłoni. Za­mach­nął się na roz­ma­zaną plamę czerni, jakby pra­gnął jed­nym cio­sem po­wa­lić so­lidną brzozę. Za­ha­czył wpraw­dzie na­past­nika, ale za­raz po­czuł po­tworne szarp­nię­cie i, nim upadł na trawę, ręka ode­rwana od barku - cią­gnąc za sobą po­szar­pane pa­sma mię­śni i ścię­gien - po­szy­bo­wała w stronę mo­rza. Nie pod­niósł się już, a be­stia po­tęż­nym cio­sem pię­ści zmiaż­dżyła mu czaszkę.

Trzeci, zdało się naj­bar­dziej krzepki ze straż­ni­ków, gdy zo­ba­czył, co spo­tkało jego kom­pa­nów, wpadł w ber­serk. Od­rzu­cił broń, krzyk­nął i sko­czył, chcąc go­łymi rę­kami za­du­sić po­twora. Na­past­nik przy­jął wy­zwa­nie i przy­gar­nął wi­kinga do sze­ro­kiej, wło­cha­tej piersi. Ko­ści męż­czy­zny pę­kały z ci­chym trza­skiem, krew po­szła wszyst­kimi otwo­rami w ciele, ale to było mało. Gdy mar­twy straż­nik do­tknął ziemi, przy­po­mi­nał czło­wieka z drugą ta­lią. Wtedy be­stia po­ży­wiła się nim, a sze­le­sty nocy roz­darło zwy­cię­skie, ję­kliwe wil­cze wy­cie.

Po kilku chwi­lach nad za­toką Rey­kja­vík za­pa­no­wała ci­sza, o ile nie li­czyć wia­tru gra­ją­cego swoje pie­śni.

Tej nocy nie­wol­nicy po­rwani z osady Ýda­lir sły­szeli od­głosy bi­twy, jed­nak odrzwia szop na ło­dzie, w któ­rych ich stło­czono, po­zo­stały za­mknięte. Szczęk broni i chra­pliwe okrzyki roz­ka­zów mie­szały się z od­gło­sami prze­ra­żo­nych i mor­do­wa­nych lu­dzi. Nie­kiedy dał się też sły­szeć ryk, który z pew­no­ścią nie wy­do­był się z gar­dła czło­wieka.

Na­gle coś łup­nęło o jedną ze ścian, a brze­mienna Hilde bez­wied­nie osło­niła rę­kami łono, jakby to mo­gło po­móc. Chwilę trwała ci­sza, roz­darta na­gle zdła­wio­nym w po­ło­wie krzy­kiem bez­brzeż­nego prze­ra­że­nia. Po­tem dał się sły­szeć ty­powy od­głos to­wa­rzy­szący każ­dej jatce: roz­ry­wa­nego mięsa, ła­ma­nych ko­ści i... chłep­ta­nia go­rą­cej ju­chy. Coś, ktoś za­zgrzy­tał jesz­cze ostrzami noży lub pa­zu­rami po de­skach, usły­szeli ci­che wę­sze­nie, a po­tem za­pa­dła ci­sza.

Długi dom jarla Gri­mis­dala był naj­więk­szy w osa­dzie. Ci zbrojni, któ­rzy ru­szyli w noc ścią­gnięci ha­ła­sami i okrzy­kami, nie wró­cili już, by zdać re­la­cję, więc Owczy Ko­nung na­ka­zał po­zo­sta­łym bro­nić obej­ścia. Za­warli so­lidną belką grube odrzwia. Pod ściany po­szły stoły i ławy. Do­rzu­cono drewna do pło­ną­cego na środku ogni­ska.

- To Wil­czy Ko­nung! - Albi, syn Akiego, ob­ra­cał się, kre­śląc mie­czem pół­kola. - Mó­wi­łem, że za pod­szep­tem Lo­kiego za­ata­ko­wa­li­śmy jego dom!

- Za­wrzyj gębę, szczo­piju, albo wy­rwę ci z niej par­chaty ję­zor! - Roz­sier­dzony pan do­mo­stwa otrzą­snął się już z za­sko­cze­nia. - Kto by nie był, jest nas tu dzie­się­ciu i po­sie­kamy każdą be­stię z Hel­he­imu!

Gro­mada ko­biet pod wo­dzą Al­dis rów­nież szy­ko­wała się do walki. So­lidne saksy w dło­niach i wy­raz de­ter­mi­na­cji na twa­rzach czy­niły z nich nie lada prze­ciw­ni­ków. Tym bar­dziej że po ką­tach i w spi­żarni cho­wały się wy­stra­szone dzie­ciaki. Nie tak wy­obra­żały so­bie bi­twy, o któ­rych sły­szały sagi, sie­dząc przy zi­mo­wych ogni­skach. Wielu ma­rzą­cych o wo­jen­nej sła­wie i czy­nach god­nych bo­ha­te­rów po­si­kało te­raz wdzie­wane do spa­nia cie­płe ko­szule.

Na­gle coś na­parło na wrota, a belka za­trzesz­czała zło­wiesz­czo. Po­tworny ryk prze­szył po­wie­trze i na­wet tę­gim wo­jom ścier­pła skóra. Ude­rze­nia roz­le­gały się raz za ra­zem, jed­nak - dzięki niech będą bo­gom - so­lidna dę­bina wy­trzy­mała te ciosy. Ha­łasy uci­chły i je­den z dru­gim wy­pusz­czali te­raz długo trzy­mane w płu­cach po­wie­trze.

- Po­szedł precz? - Ko­wal Banki, zwany Krzep­kim Mło­tem, ru­szył w stronę wej­ścia.

- Ani się waż wy­cho­dzić! - Głos jarla Gri­mis­dala osa­dził go w miej­scu. - To pod­stęp! Czai się i czeka na nasz błąd, a że w ciem­no­ści wi­dzi le­piej od sy­nów Aska i Em­bli7, to w ho­vie przy ogniu na­sze szanse wzro­sną.

- Ale tam nasi, jarlu. - Banki nie da­wał za wy­graną. - W obej­ściu zo­stali moja ko­bieta z sy­nem i stary ociec.

- Wy­roki bo­gów, tu je­ste­śmy bez­pieczni. W słońcu jego czarne moce słabną, wtedy...

Słowa te zo­stały prze­rwane przez ha­łasy do­cho­dzące z góry. Na­gle przez dymny otwór prze­ci­snęła się ja­kaś po­stać. Wi­siała chwilę na ła­pach, by ze­sko­czyć, uni­ka­jąc żywo pło­ną­cego ognia. Nie­mal w tej sa­mej chwili dwóch sto­ją­cych naj­bli­żej zbroj­nych pa­dło na ko­lana, chwy­ta­jąc się za roz­szar­pane gar­dła. Skoł­tu­niona ruda be­stia sta­nęła mię­dzy obroń­cami a drzwiami do­mo­stwa i za­ry­czała wy­zy­wa­jąco.

Rzu­cili się na stwora z że­la­zem w dło­niach. Nie­po­dobna jed­nak, by żywa istota była zdolna do tak szyb­kich ru­chów. To­pory i mie­cze cięły z ję­kiem po­wie­trze, stwór zaś - po bły­ska­wicz­nym uniku - z ła­two­ścią gro­mił obroń­ców. W kilka chwil kle­pi­sko za­ście­łały ludz­kie szczątki, a umie­ra­jący rzę­zili, wy­da­jąc ostat­nie tchnie­nia. W tym i ko­biety, które w de­spe­rac­kim ataku pró­bo­wały prze­chy­lić szalę zwy­cię­stwa. Żywi po­zo­stali tylko jarl Gri­mis­dal i Al­dis sto­jąca obok z sak­sem w dłoni. Przy­bysz zda­wał się ce­lowo oszczę­dzić tę dwójkę.

Owczy Ko­nung, wi­dząc los swo­ich naj­lep­szych lu­dzi, wpadł w ber­ser­ker­ski szał i za nic ma­jąc so­bie wła­sne ży­cie, ru­szył na spo­tka­nie po­twora. Był wiel­kim, sil­nym mę­żem, bu­dzą­cym po­strach wśród zbroj­nych na ca­łej wy­spie lodu, ale tylko czło­wie­kiem. Nie za­uwa­żył roz­ma­za­nego od szyb­ko­ści ciosu pa­zu­rza­stą łapą. Hełm osła­bił ude­rze­nie i ura­to­wał mu ży­cie, ale świat skryły ciem­no­ści.

Gdy od­zy­skał przy­tom­ność, sie­dział na wła­snym, zdob­nym krze­śle. So­lidny drew­niany me­bel wy­cio­sano z jed­nego ka­wałka dę­biny, która wiele zim prze­le­żała w mo­rzu i te­raz była twarda ni­czym ka­mień. Ręce Gri­mis­dala ktoś przy­mo­co­wał sznu­rem do pod­ło­kiet­ni­ków, na jego szyi zaś cia­sno za­ci­skała się gruba pę­tla.

Pierw­sze, co zo­ba­czył, to sie­dzącą na wprost Al­dis. Spę­tana po­dob­nie jak mąż pa­trzyła spuch­nię­tymi od pła­czu i na wpół pu­stymi oczami ko­goś, kto po­go­dził się już z naj­gor­szym.

- Al­dis - wy­chry­piał - na­sze dzieci...?

Ko­bieta zdo­łała po­krę­cić głową, a ból wspo­mnień był tak wielki, że za­ci­skane te­raz zęby ukru­szyły się na wspo­mnie­nie okro­pieństw, któ­rych była świad­kiem. Jęk­nęła ci­cho.

- Jest tu?

Zda­wała się nie ro­zu­mieć py­ta­nia.

- Czy be­stia cią­gle jest w do­li­nie? - Po­no­wił próbę uwol­nie­nia, ale to spra­wiło tylko, że pę­tla cia­śniej za­ci­snęła się na jego szyi.

- Wszy­scy za­bici, Grim, wszy­scy... - szep­nęła i za­mknęła zbo­lałe oczy, jakby pró­bu­jąc ukryć się przed świa­tem za za­słoną po­wiek. - Wi­dzia­łam - mó­wiła jakby do sie­bie - jak ro­ze­rwał na pół ma­łego Diarfa i po­żarł go niby kur­czaka... Jesz­cze sły­szę chrzęst ko­stek... Chciał, że­bym to wi­działa... Bo­go­wie, za­bierz­cie mnie już, pro­szę... - Głowa Al­dis opa­dła na piersi. Prze­peł­niona bó­lem ko­bieta ze­mdlała.

Po­twór jakby na to cze­kał. Bez­sze­lest­nie wy­szedł z cie­nia i na oczach wła­ści­ciela dłu­giego domu roz­po­czął prze­mianę. W asy­ście sa­pa­nia, ry­ków bólu i od­głosu pę­ka­ją­cej skóry be­stia opa­dła na ko­lana, by po kilku chwi­lach, drżąc z wy­siłku, pod­nieść się w ludz­kim kształ­cie. Przed Owczym Ko­nun­giem stał te­raz nagi Sig­mund Ola­fs­son.

- Obu­dzi­łeś się, tru­pie?! - Władca spa­lo­nej osady splu­nął krwawą plwo­ciną pod stopy wroga. - Po­cze­kał­bym ze szcze­nia­kami na cie­bie, ale głód był sil­niej­szy. Do­brze cho­ciaż, że twoja Al­dis pa­trzyła.

Jarl Gri­mis­dal rzu­cił się do przodu, ale sznury były mocne.

- Mam też coś spe­cjal­nie dla cie­bie, mor­derco mego syna. Ko­chasz tę ko­bietę?

Py­ta­nie było tak na­głe, że szy­ku­jący się do obelg Owczy Ko­nung mil­czał chwilę, zbie­ra­jąc my­śli.

- Weź mnie, be­stio, a je­śli jest w to­bie okruch czło­wie­czeń­stwa, puść Al­dis wolno - wy­chry­piał w końcu.

- Czyli tak. Ja ko­cha­łem Ve­tri­l?iego nad ży­cie. Na­wet nie wiesz, ile mu­sia­łem znieść, by mógł przyjść na świat zdrowy i... nor­malny. A ty, psie, w jed­nej chwili mi to ode­bra­łeś.

- Ży­cie za ży­cie, Sig­mun­dzie. Weź mnie.

- Tak zro­bię, ale nim to się sta­nie, chciał­bym dać ci od­czuć ból straty po kimś, kogo śmierć wy­rwie ci serce.

- Za­bra­łeś moje dzieci. - Z ust więź­nia wy­szedł bar­dziej szept niźli okrzyk. - Czego jesz­cze chcesz? Weź mnie jako na­wiązkę i idź precz, po­two­rze.

Cią­gle nagi Ola­fs­son pod­szedł do od­zy­sku­ją­cej przy­tom­ność ko­biety. W bla­sku do­ga­sa­ją­cego ogni­ska pre­zen­to­wał się oka­zale. Wę­zły gru­bych mię­śni na tor­sie były po­kryte ru­dymi kę­dzio­rami. Mimo wieku ciało miał wciąż smu­kłe, mło­dzień­cze.

- Al­dis, piękna Al­dis, jak bar­dzo pra­gniesz żyć? - Prze­ciął sak­sem krę­pu­jące ją więzy.

Ko­bieta pa­dła na ko­lana, gdy tylko pu­ściły sznury, ale ze­brała się w so­bie. Z tru­dem wstała i zdało się bez stra­chu spoj­rzała w oczy mor­dercy swo­ich dzieci. Po­tem... splu­nęła mu w twarz za­bar­wioną krwią śliną. Mil­czała.

- Wi­dzisz, Gri­mis­dal - Wil­czy Ko­nung bez gniewu otarł twarz - twoja ko­bieta ma wię­cej ho­noru niż ty i twój lid ra­zem wzięci. Stoi przed wro­giem, gdy wy wy­ko­rzy­sta­li­ście moją nie­obec­ność, by wy­rżnąć bli­skich mi lu­dzi. I może na­wet po­zwo­lił­bym jej od­dy­chać. Ale... ona chce do As­gardu. - Mó­wiąc to, wci­snął nie­wie­ście saks w dłoń i sta­nął, sze­roko roz­kła­da­jąc ręce. - Za­bij mnie, Al­dis, po­mścij ro­dzinę.

Al­dis Jo­rung­dot­tir brała za młodu udział w raj­dach i nie­obcy był jej mord. Te­raz w jed­nej chwili rzu­ciła się na oprawcę, go­dząc ostrzem w jego serce. Wło­żyła w ten ruch całą siłę, całą nie­na­wiść i mat­czyny ból. Ale Wil­czy Ko­nung cze­kał na nią. Bły­ska­wicz­nie zszedł z li­nii ciosu i jed­nym ru­chem po­tęż­nych ra­mion skrę­cił ko­bie­cie kark. Trzy­mał ją jesz­cze kilka chwil w ob­ję­ciach, po czym de­li­kat­nie uło­żył jej ciało na de­skach pod­łogi.

- Wiedz, wie­przu, że oka­za­łem ła­skę dziel­nej wo­jow­niczce w uzna­niu jej męż­nego serca, a nie skom­le­nia tchórz­li­wego męża. Zgi­nęła w walce, więc pój­dzie do Wal­halli. Ty jed­nak, wia­ro­łomny są­sie­dzie, nie do­stą­pisz tej ła­ski. Po­ra­nię cię tak, byś nim sko­nasz, miał czas prze­my­śleć swoje po­stępki. Po śmierci pój­dziesz do kró­le­stwa Hel, bo tam jest miej­sce każ­dego zdrajcy i krzy­wo­przy­sięzcy.

Jarl Gri­mis­dal nie wy­dał z sie­bie krzyku, gdy Wil­czy Ko­nung od­rą­by­wał mu dło­nie i stopy, a po­tem pie­czę­to­wał rany ży­wym ogniem, by ten nie zmarł zbyt szybko z upływu krwi. Bez­wiedne jęki, które wy­do­by­wały się z jego ust, tłam­sił gniew­nie, za­wie­ra­jąc moc­niej usta. Mdlał co pe­wien czas, ale zimna woda wy­ry­wała męż­czy­znę z nie­świa­do­mo­ści. Gdy było po wszyst­kim, Sig­mund Ola­fs­son znik­nął, po­zo­sta­wia­jąc ka­lekę sam na sam z my­ślami, po­twor­nym bó­lem i tru­chłem uko­cha­nej ko­biety.

Około po­łu­dnia, gdy straż­nicy nie zja­wili się z rybną breją, którą kar­miono jeń­ców z Ýda­lir, my­szo­wło­sej Ste­invör udało się wy­zwo­lić z wię­zów. Gdy za­lęk­niona wy­szła na ze­wnątrz, przy­wi­tała ją nie­po­ko­jąca ci­sza. Żad­nego tu­multu, od­gło­sów pracy w kuźni, ję­ków ran­nych czy na­wet pła­czu. Nic.

Po­bla­dła ze stra­chu, gdy zaj­rzała do pierw­szego z brzegu hovu. Po­roz­ry­wane ciała lu­dzi i zwie­rząt - i to bez wy­jątku, czy to byli mę­żo­wie, ko­biety czy dzieci - two­rzyły na kle­pi­sku miękką, krwawą ściółkę. Wszę­dzie było tak samo.

Jeńcy ucie­kli, zwie­trzyw­szy w tym dzia­ła­nie czar­nej ma­gii. Wró­cili do spa­lo­nych do­mostw, by od­bu­do­wać osadę nad brze­giem za­toki Rey­kja­vík. Póki ży­cia, póty na­dziei.

Tak do­peł­niła się ze­msta jarla Sig­munda Ola­fs­sona, lecz to był le­d­wie przed­smak przy­szłych wy­da­rzeń. Norny splo­tły los tego zmien­no­kształt­nego w spo­sób wy­jąt­kowo kunsz­towny i miły bo­gom. To z ko­lei ozna­cza dla czło­wieka cier­pie­nie i łzy, któ­rymi ży­wią się serca dłu­go­wiecz­nych Asów i Wa­nów.

3 Höv/hov - dom.

4 Hräswelg (Tru­po­żerca) - ol­brzymi orzeł, który sie­dzi na skraju nie­bios i ma­cha­jąc skrzy­dłami, wy­wo­łuje wiatr.

5 Jarl, haul­der, land­mand, the­gen - okre­śle­nia od­po­wia­da­jące pol­skim ty­tu­łom szla­chec­kim.

6 Ýda­lir (sta­ro­nord.) - Do­lina Ci­sów.

7 Ask - pierw­szy męż­czy­zna, Em­bla - pierw­sza ko­bieta.