Klub Pickwicka (elegancka edycja) - Charles Dickens

Kup ebooka

99.99 zł
82.99 zł (69,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Pic­kwick­czycy

Pierw­sze pro­mie­nie świa­tła, które roz­ja­śniły grube ciem­no­ści towa­rzy­szące uka­za­niu się nie­śmier­tel­nego Pic­kwicka na hory­zon­cie uczo­nego świata, pierw­szą urzę­dową wzmiankę o tym nie­po­spo­li­tym mężu znaj­du­jemy w pro­to­ko­łach Klubu Pic­kwicka. Wydawca niniej­szego dzieła szczę­śli­wym się mieni, że może przed­sta­wić je swym czy­tel­ni­kom jako dowód sumien­no­ści, uwagi, usil­nej pracy i zdol­no­ści badaw­czych, jakie roz­wi­nął przy poszu­ki­wa­niach w licz­nych powie­rzo­nych mu sta­rych doku­men­tach.

Dnia 12 maja 1827, prze­wod­ni­czący Józef Smig­ger Esq.1 D. W. P C. K. P2 Posta­no­wiono jed­no­gło­śnie:

"Towa­rzy­stwo z uczu­ciem niczym nie zamą­co­nego zado­wo­le­nia i bez­względ­nego uzna­nia wysłu­chało czy­ta­nia doku­men­tów udzie­lo­nych przez Samu­ela Pic­kwicka Esq., D. P C. K. P, a zaty­tu­ło­wa­nych:

"Bada­nia spe­ku­la­tywne sta­wów hamp­stedz­kich3 tudzież nie­które spo­strze­że­nia nad teo­rią ska­ka­nia żab".

Towa­rzy­stwo wyraża swoje naj­szczer­sze podzię­ko­wa­nie rze­czo­nemu Samu­elowi Pic­kwic­kowi Esq., D. P C. K. P

Towa­rzy­stwo, uzna­jąc wiel­kie korzy­ści, jakie nauka odnieść powinna z wyżej przy­to­czo­nego dzieła, jak rów­nież z nie­zmor­do­wa­nych poszu­ki­wań Samu­ela Pic­kwicka w Horn­sey, High­gate, Bri­xton i Cam­ber­well, nie może także nie uznać nie­obli­czal­nych skut­ków, jakie by, o ile sobie pochle­biać można, miało to dla roz­po­wszech­nie­nia poży­tecz­nych wia­do­mo­ści i roz­woju oświaty, gdyby prace tego zna­ko­mi­tego męża prze­nie­sione zostały na roz­le­glej­sze pole, to jest gdyby podróże jego i spo­strze­że­nia obszer­niej­szy obej­mo­wały zakres.

Dla­tego też Towa­rzy­stwo pod­dało grun­tow­nej roz­wa­dze wnio­sek wyżej wymie­nio­nego Samu­ela Pic­kwicka Esq. D. P. C. K. P i trzech innych pic­kwick­czy­ków wymie­nio­nych poni­żej, mający na celu utwo­rze­nie nowego związku zjed­no­czo­nych Pic­kwick­czy­ków pod nazwą: Kore­spon­du­jący Oddział Klubu Pic­ki­wicka.

Po przy­ję­ciu i zatwier­dze­niu wzmian­ko­wa­nego wnio­sku przez Towa­rzy­stwo, Oddział Kore­spon­du­jący Klubu Pic­kwicka uznaje się niniej­szym za ukon­sty­tu­owany. Samuel Pic­kwick Esq. D. R. K. C. P, August Snod­grass Esq. C. K. P, Nata­niel Win­kle Esq. C. K. P, Tracy Tup­man Esq. C. K. P zostają rów­nież wybrani i mia­no­wani człon­kami rze­czo­nego sto­wa­rzy­sze­nia kore­spon­den­tów, z zale­ce­niem, ażeby od czasu do czasu prze­sy­łali Towa­rzy­stwu Klubu Pic­kwicka w Lon­dy­nie auten­tyczne szcze­góły o swych podró­żach i poszu­ki­wa­niach, spo­strze­że­nia nad cha­rak­te­rem i oby­cza­jami, na koniec opisy przy­gód, jak rów­nież opo­wia­da­nia i inne utwory będące wyni­kiem uwag nad miej­sco­wymi wyda­rze­niami lub wyni­kiem wspo­mnień w związku z nimi pozo­sta­ją­cych.

Towa­rzy­stwo z wdzięcz­no­ścią zatwier­dza zasadę, że człon­ko­wie Oddziału Kore­spon­du­ją­cego sami będą pono­sić koszty podróży, i nie ma nic prze­ciw temu, ażeby człon­ko­wie rze­czo­nego sto­wa­rzy­sze­nia robili swe poszu­ki­wa­nia, dopóki im się będzie podo­bać, byle poszu­ki­wa­nia te odby­wały się na tych samych warun­kach.

Na koniec uwia­da­mia się niniej­szym człon­ków wyżej wymie­nio­nego oddziału, że wnio­sek ich w spra­wie opła­ce­nia por­to­rii od listów i posy­łek roz­trzą­sany był przez Towa­rzy­stwo, że Towa­rzy­stwo wnio­sek ten poczy­tuje za godny wiel­kich umy­słów, z któ­rych łona wyszedł, i udziela mu swego zupeł­nego zatwier­dze­nia".

Powierz­chowny obser­wa­tor - dodaje sekre­tarz, z któ­rego papie­rów zaczer­pu­jemy opo­wia­da­nie - powierz­chowny obser­wa­tor może by nie dostrzegł nic nad­zwy­czaj­nego w łysej gło­wie i okrą­głych oku­la­rach, stale zwró­co­nych na jego (sekre­tarza) twarz, gdy ten czyta wyżej przy­to­czone sta­tuty; był to jed­nak widok ze wszech miar godny zasta­no­wie­nia dla każ­dego, kto wie­dział, że potężny mózg Pic­kwicka pra­co­wał pod tą łysiną i że wyra­zi­ste oczy Pic­kwicka błysz­czały poza tymi oku­la­rami. W samej rze­czy mąż, który dotarł aż do źró­deł sta­wów hamp­ste­adz­kich, który poru­szył cały świat uczoną swoją teo­rią o żabim skoku, sie­dział tam tak spo­kojny i nie­ru­chomy jak wody tych sta­wów, gdy je lód zetnie, albo raczej jak poje­dyn­czy egzem­plarz żaby w prze­pa­ści­stych głę­biach gli­nia­stych jam.

Ale o ileż widok ten stał się bar­dziej zaj­mu­jący, gdy na wie­lo­krotne woła­nia: "Pic­kwick! Pic­kwick!", które jed­no­cze­śnie wyrwały się z ust wszyst­kich jego wiel­bi­cieli, zna­ko­mity ów mąż pod­niósł się, pełen życia i wzru­sze­nia, wstą­pił powoli na pro­stą ławkę, na któ­rej przed­tem sie­dział, i prze­mó­wił do klubu, któ­rego był zało­ży­cie­lem. Jakim to stu­dium dla arty­sty mogłaby być ta zaj­mu­jąca scena! Wymowny Pic­kwick stał przed nami, jedną rękę wdzięcz­nie kry­jąc pod połą fraka, drugą poru­sza­jąc w powie­trzu dla nada­nia więk­szej wyra­zi­sto­ści swej gorą­cej wymo­wie. Wznie­sione sta­no­wi­sko mówcy pozwa­lało widzieć jego obci­słe spodnie z kama­szami, na które nie zwró­cono by pew­nie wiel­kiej uwagi, gdyby okry­wały innego czło­wieka, ale które uświet­nione, ilu­stro­wane, jeżeli tak można wyra­zić się, osobą Pic­kwicka, mimo­wol­nie przej­mo­wały widzów usza­no­wa­niem i czcią.

Ota­czali go ludzie, któ­rzy oświad­czyli goto­wość podzie­le­nia nie­bez­pie­czeństw jego podróży i któ­rych prze­zna­cze­niem było dzie­lić sławę jego odkryć. Po pra­wej jego ręce sie­dział pan Tracy Tup­man, wielce zapalny Tup­man, który z mądro­ścią wieku doj­rza­łego łączył unie­sie­nie i zapał mło­dego chłopca w tym, co doty­czy naj­bar­dziej zaj­mu­ją­cej i naj­god­niej­szej prze­ba­cze­nia sła­bo­ści ludz­kiej - miło­ści. Czas i dobre jadło roz­sze­rzyły mu kibić nie­gdyś tak roman­tyczną; czarna jedwabna kami­zelka uwy­pu­klała się coraz wię­cej; złoty łań­cuch od zegarka zni­kał cal po calu sprzed wła­snych jego oczu; sze­roki pod­bró­dek coraz wię­cej wyła­niał się spoza bia­łego kra­wata, ale dusza Tup­mana nie zmie­niła się: uwiel­bie­nie dla płci pięk­nej było w niej zawsze góru­ją­cym uczu­ciem.

Na lewo od mistrza sie­dział poetyczny Snod­grass, tajem­ni­czo otu­lony w nie­bie­ski płaszcz pod­szyty psami. Obok niego Win­kle, myśli­wiec, rybak, jeź­dziec, bok­ser, spor­t­smen, z wdzię­kiem uka­zy­wał zupeł­nie nową kurtkę, szkocki kra­wat i sza­racz­kowe spodnie.

Mowa pana Pic­kwicka i roz­prawy, które się wywią­zały następ­nie, przy­to­czone są w pro­to­ko­łach klubu. Przed­sta­wiają one ude­rza­jące podo­bień­stwo do roz­praw naj­zna­ko­mit­szych zgro­ma­dzeń, a ponie­waż budu­jące jest zawsze porów­na­nie czy­nów wiel­kich ludzi, poda­jemy tu pro­to­kół tego pamięt­nego posie­dze­nia.

"Pan Pic­kwick zro­bił uwagę - mówił sekre­tarz - że sława jest droga sercu każ­dego czło­wieka. Sława poetycka jest droga sercu jego przy­ja­ciela Snod­grassa. Sława miło­snych pod­bo­jów jest tak samo droga jego przy­ja­cie­lowi Tup­ma­nowi, a żądza zdo­by­cia sobie sławy we wszyst­kich ćwi­cze­niach ciała pło­nie w wyso­kim stop­niu w piersi jego przy­ja­ciela Win­kle'a. On (pan Pic­kwick) nie może zapo­mnieć, że i na niego samego wywie­rają wpływ namięt­no­ści ludz­kie, ludz­kie uczu­cia (okla­ski), może nawet ludz­kie sła­bo­ści (gło­śne woła­nia: - Nie! Nie!). Ale powie i to, że jeżeli kiedy ogień miło­ści wła­snej zapa­łał w jego łonie, to wnet tłu­miła go żądza, aby być poży­tecz­nym rodza­jowi ludz­kiemu. Chęć zjed­na­nia sobie sza­cunku rodu ludz­kiego była zawsze jego bodź­cem, filan­tro­pia jego gwiazdą prze­wod­nią. (Gwał­towne oznaki uzna­nia). Czuł on pewną dumę, wyznaje to otwar­cie, i niech jego przy­ja­ciele zużyt­kują to wyzna­nie, jeżeli im się podoba, czuł on pewną dumę, gdy przed­sta­wił uczo­nemu światu swoją teo­rię skoku żab. Teo­ria ta może być zna­ko­mitą albo nią może nie być. (Jeden głos: - Jest nią! - Gło­śne okla­ski). Zga­dza się mówca ze zda­niem sza­now­nego pic­kwick­czyka, któ­rego głos usły­szał. Teo­ria jego jest zna­ko­mita. Ale choćby sława tego trak­tatu doszła do krań­ców uczo­nego świata, i wtedy duma, jaką by uczu­wał autor tego dzieła, nie była niczym wobec uczu­cia dumy, jakiego doznaje w tej chwili naj­szczę­śliw­szej w jego życiu (okla­ski). Jest on tylko bar­dzo mizerną jed­nostką (- Nie! Nie!); nie może jed­nak nie uznać tego, że powo­łany został przez Towa­rzy­stwo do czyn­no­ści wiel­kiej wagi, połą­czo­nej z pew­nym nara­że­niem się, dziś zwłasz­cza, gdy nie­ład panuje na wiel­kich dro­gach, a woź­nice są zde­mo­ra­li­zo­wani. Spoj­rzyj­cie na stały ląd Europy i na sceny zda­rza­jące się we wszyst­kich kra­jach. Wszę­dzie wywra­cają się dyli­żanse, konie pono­szą, statki idą na dno, kotły parowe pękają. (Okla­ski. Jeden głos: Nie!) Nie?!... (Okla­ski). Byłażby to zbita z tropu miłość wła­sna czło­wieka... nie chcę powie­dzieć nie­do­wa­rzo­nego (żywe okla­ski), który zazdrosz­cząc pochwał odda­nych może nie­za­słu­że­nie uczo­nym pra­com mówcy i ura­żony skar­ce­niem, jakiego doznały jego wła­sne słabe wystą­pie­nia, natchniony zazdro­ścią, powo­do­wany zatem niskim uczu­ciem...

Pan Blot­ton (z Algate) powstaje i żąda przy­wo­ła­nia pana Pic­kwicka do porządku oraz zapy­tuje, czy sza­nowny pic­kwick­czyk do niego robił alu­zję? (Woła­nia: - Do porządku! Tak! Nie! Słu­chaj­cie! Dość tego! itd.).

Pan Pic­kwick oświad­cza, że go nie zastra­szą te hałasy. Tak, zro­bił alu­zję do sza­now­nego gen­tle­mana! (Żywe wzbu­rze­nie).

W takim razie pan Blot­ton odpo­wie w dwóch tylko sło­wach: z naj­więk­szą pogardą odrzuca on zarzut sza­now­nego gen­tle­mana, jako fał­szywy i oszczer­czy (gło­śne okla­ski). Sza­nowny gen­tle­man jest bla­gier (okropne wzbu­rze­nie. Wiel­kie krzyki: - Do porządku!).

Pan Snod­grass wstaje, żąda­jąc przy­wo­ła­nia do porządku pana Blot­tona (- Słu­chaj­cie! Słu­chaj­cie!). Zapy­tuje, czy nie zosta­nie zamknięta nie­wła­ściwa dys­ku­sja mię­dzy dwoma człon­kami klubu (- Słu­chaj­cie! Słu­chaj­cie!).

Pre­zy­dent jest prze­ko­nany, że sza­nowny pic­kwick­czyk cof­nie wyra­że­nie, któ­rego użył.

Pan Blot­ton, pomimo całego sza­cunku dla pre­zy­denta, oświad­cza, że tego nie uczyni.

Pre­zy­dent jest zda­nia, że obo­wią­zek naka­zuje mu zapy­tać sza­now­nego gen­tle­mana, czy wyra­że­nie, które mu się wyrwało, użył w zna­cze­niu, jakie mu się nadaje pospo­li­cie.

Pan Blot­ton nie waha się odpo­wie­dzieć, że nie i że użył tego wyra­że­nia w zna­cze­niu pic­kwic­kow­skim (- Słu­chaj­cie! Słu­chaj­cie!). Czuje się w obo­wiązku oświad­czyć, że oso­bi­ście prze­jęty jest naj­głęb­szym sza­cun­kiem dla tak sza­now­nego gen­tle­mana, jakim jest pan Pic­kwick. Nazwał go bla­gie­rem tylko z punktu widze­nia czy­sto pic­kwic­kow­skiego (- Słu­chaj­cie! Słu­chaj­cie!).

Pan Pic­kwick oświad­cza, że naj­zu­peł­niej poprze­staje na szla­chet­nym i szcze­rym wyja­śnie­niu swego szla­chet­nego przy­ja­ciela. Życzy on sobie, by nale­ży­cie zostało zro­zu­miane, iż wła­sne jego spo­strze­że­nia powinny być także poj­mo­wane w zna­cze­niu czy­sto pic­kwic­kow­skim (okla­ski)".

Tu koń­czy się pro­to­kół. I w samej rze­czy dys­ku­sja nie mogła już być pro­wa­dzona dalej, doszedł­szy do kon­klu­zji tak zado­wa­la­ją­cej i jasnej. Nie mamy urzę­do­wych dowo­dów co do fak­tów, jakie czy­tel­nik znaj­dzie w roz­dziale następ­nym, lecz uło­żone one zostały podług listów i innych doku­men­tów ręko­pi­śmien­nych, któ­rych auten­tycz­ność nie pod­lega wąt­pli­wo­ści.

Rozdział II

Pierw­szy dzień podróży i pierw­szy wie­czór przy­gód z ich skut­kami

Słońce, ten punk­tu­alny sługa pracy, zale­d­wie wstało i rzu­ciło świa­tło na pora­nek trzy­na­stego maja 1827 roku, gdy pan Pic­kwick, podobny do dru­giego słońca, wyrwał się z objęć snu; otwo­rzył okno i spoj­rzał na świat. Ulica Goswell leżała u jego stóp, ulica Goswell po pra­wej ręce - jak daleko wzrok się­gał - ulica Goswell po lewej ręce; a naprze­ciwko niego druga strona ulicy Goswell.

"Takie to są - pomy­ślał pan Pic­kwick - cia­sne poglądy filo­zo­fów poprze­sta­ją­cych na bada­niu powierzchni rze­czy i nie usi­łu­ją­cych zba­dać ukry­tych tajem­nic. I ja mógł­bym tak jak oni poprze­stać na bada­niu ulicy Goswell, nie robiąc żad­nych usi­ło­wań, by dostać się do ota­cza­ją­cych ją nie­zna­nych oko­lic!".

Wynu­rzyw­szy tę szczytną myśl, pan Pic­kwick zajął się ubie­ra­niem i ukła­da­niem rze­czy w tor­bie podróż­nej. Wielcy ludzie bar­dzo rzadko bywają wybredni pod wzglę­dem ubra­nia, toteż gole­nie brody, toa­leta i śnia­da­nie nastę­po­wały szybko po sobie. Po upły­wie godziny pan Pic­kwick znaj­do­wał się już na placu St. Mar­tin le Grand z torbą podróżną pod pachą i per­spek­tywą w kie­szeni sur­duta, w kie­szeni zaś kami­zelki umie­ścił notat­nik do zapi­sy­wa­nia god­nych upa­mięt­nie­nia odkryć, jakie dałyby się zro­bić.

- Dorożka! - zawo­łał pan Pic­kwick.

- Jestem, panie! - odpo­wie­dział szcze­gólny gatu­nek rodzaju ludz­kiego w blu­zie i płó­cien­nym far­tu­chu, z bla­chą nume­ro­waną na szyi, jakby był ska­ta­lo­go­wany w jakiej kolek­cji oso­bli­wo­ści. Był to miej­scowy posłu­gacz doro­żek.

- Jestem, panie! Hej! Kolejna dorożka!

Gdy woź­nica wyszedł z szynku, gdzie palił fajkę, pan Pic­kwick i jego torba wsa­dzeni zostali do powozu.

- Gol­den Cross - rzekł pan Pic­kwick.

- Nędzny kurs szy­lin­gowy. Tomie! - zawo­łał woź­nica w złym humo­rze, dla infor­ma­cji posłu­ga­cza, gdy powóz ruszał.

- Ile lat, mój przy­ja­cielu, ma ten koń? - zapy­tał pan Pic­kwick, pocie­ra­jąc sobie nos szy­lin­giem przy­go­to­wa­nym na zapła­ce­nie.

- Czter­dzie­ści dwa - odrzekł woź­nica, spoj­rzaw­szy bokiem na pana Pic­kwicka.

- Co? - zawo­łał zna­ko­mity czło­wiek, się­ga­jąc ręką po notat­nik.

Woź­nica powtó­rzył swe twier­dze­nie, pan Pic­kwick uważ­nie spoj­rzał mu w oczy, ale nie dostrzegł w ich wyra­zie żad­nego waha­nia i bez­zwłocz­nie fakt zano­to­wał.

- I jak długo bywa w zaprzęgu? - pytał dalej pan Pic­kwick, zawsze sta­ra­jący się o zbie­ra­nie poży­tecz­nych wia­do­mo­ści.

- Dwa albo trzy tygo­dnie.

- Dwa albo trzy tygo­dnie w zaprzęgu! - zawo­łał filo­zof, pełen zdu­mie­nia, i znowu wycią­gnął notat­nik.

- Staj­nie - dodał obo­jęt­nie woź­nica - znaj­dują się w Pen­ton­will, ale on tam rzadko staje, z powodu osła­bie­nia.

- Z powodu osła­bie­nia? - powtó­rzył Pic­kwick ze zdu­mie­niem.

- Tak, pada, jak się go tylko wyprzęże z dorożki, a prze­ciw­nie, gdy jest zaprzę­żony jak należy i lejce trzyma się krótko, to nawet się nie potknie. Mamy przy tym parę zna­ko­mi­tych kół, tak że byle koń ruszył, już się toczą za nim; musi więc biec, nie może się oprzeć!

Pan Pic­kwick zapi­sał każdy wyraz tego opo­wia­da­nia, by udzie­lić klu­bowi wia­do­mo­ści o tym szcze­gól­nym dowo­dzie żywot­no­ści koni w oko­licz­no­ściach naj­mniej przy­ja­znych. Koń­czył wła­śnie pisać, gdy dorożka dotarła do Gol­den Cross. Woź­nica zesko­czył, pan Pic­kwick wysiadł z wszelką ostroż­no­ścią, pano­wie Tup­man, Snod­grass i Win­kle, z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­ku­jący na przy­by­cie swego zna­ko­mi­tego mistrza, przy­stą­pili, aby go przy­wi­tać.

- Masz - rzekł pan Pic­kwick, poda­jąc woź­nicy szy­linga.

Ale jakież było zdzi­wie­nie uczo­nego męża, gdy ów nie­obli­czalny czło­wiek, rzu­ciw­szy pie­nią­dze na bruk, oświad­czył w mowie wielce wyra­zi­stej, iż nie żąda innej zapłaty, jak tylko przy­jem­no­ści prze­bok­so­wa­nia z panem Pic­kwic­kiem całego szy­linga.

- Sza­lony! - zawo­łał pan Snod­grass.

- Pijany! - dodał pan Win­kle.

- I jedno, i dru­gie - dorzu­cił pan Tup­man.

- Dalejże! - krzyk­nął woź­nica, rękami wyczy­nia­jąc w powie­trzu mnó­stwo młyn­ków przy­go­to­waw­czych. - Wystę­puj­cie wszy­scy czte­rej.

- A to gratka! - zawo­łało pół tuzina innych woź­ni­ców. - Do roboty, Samie! - I z wiel­kim zado­wo­le­niem usta­wili się w pół­kole.

- Co to, Samie? - zapy­tał jakiś gen­tle­man, wła­ści­ciel man­kie­tów z czar­nego per­kalu.

- Co to? - odrzekł woź­nica. - Ten stary zano­to­wał mój numer.

- Nie noto­wa­łem numeru! - odpo­wie­dział z obu­rze­niem pan Pic­kwick.

- A więc dla­cze­goś go pan zapi­sy­wał? - zapy­tał woź­nica.

- Nie zapi­sy­wa­łem! - zawo­łał pan Pic­kwick tonem jesz­cze więk­szego obu­rze­nia.

- Czy uwie­rzy­cie - cią­gnął dalej woź­nica, zwra­ca­jąc się do tłumu - czy uwie­rzy­cie, że ten oto szpi­cel siadł do mej dorożki, zapi­sał numer i noto­wał każde powie­dziane słowo! (Notat­nik, jak błysk świa­tła, przy­cho­dzi na myśl panu Pic­kwic­kowi).

- Zro­bił to? - mruk­nął inny woź­nica.

- Tak, zro­bił. A teraz, swymi szy­ka­nami dopro­wa­dziw­szy mnie do wyzna­nia, ma goto­wych trzech świad­ków prze­ciwko mnie. Ale zapłaci mi za to, choć­bym miał pół roku sie­dzieć!... Wystę­puj!

I w unie­sie­niu, ze szczytną obo­jęt­no­ścią dla wła­snych rucho­mo­ści, woź­nica cisnął swój kape­lusz na bruk, zrzu­cił oku­lary panu Pic­kwic­kowi, zaapli­ko­wał jedno ude­rze­nie pię­ścią w nos pana Pic­kwicka, dru­gie ude­rze­nie pię­ścią w piersi pana Pic­kwicka, trze­cie w oko pana Snod­grassa, czwarte dla roz­ma­ito­ści w kami­zelkę pana Tup­mana, potem jed­nym sko­kiem wypadł na śro­dek ulicy, następ­nie wsko­czył znów na chod­nik i w końcu wyparł tę odro­binę powie­trza, jaką zawie­rały jesz­cze płuca pana Win­kle'a. Wszystko to odbyło się w jakie dwa­na­ście sekund.

- Czy nie ma tu kon­sta­bla? - zapy­tał pan Snod­grass.

- Wpa­kuj­cie ich pod pompę - dora­dzał jakiś prze­ku­pień z gorą­cymi pasz­te­ci­kami.

- Zapła­cisz mi za to! - zawo­łał pan Pic­kwick, oddy­cha­jąc z trud­no­ścią.

- Szpi­cel! - krzyk­nęło kilka gło­sów z tłumu.

- Wystę­puj­cie! - beł­ko­tał woź­nica nie prze­sta­jąc przez ten czas młyn­ko­wać pię­ściami w próżni. Aż dotąd tłum zacho­wy­wał się bier­nie wobec tej sceny; ale kiedy z ust do ust prze­szła wia­do­mość, że pic­kwick­czycy są poli­cyj­nymi szpie­gami, obecni zaczęli roz­trzą­sać z wiel­kim roz­na­mięt­nie­niem, czy nie nale­ża­łoby postą­pić według wnio­sku prze­kup­nia z gorą­cymi pasz­te­ci­kami. Nie­po­dobna odgad­nąć, do czego by to dopro­wa­dziło, gdyby inter­wen­cja pew­nej nowo przy­by­łej oso­bi­sto­ści nie poło­żyła końca tej awan­tu­rze.

- Co to jest? - zapy­tał młody wysmu­kły czło­wiek w zie­lo­nym fraku, wycho­dzący z biura postoju doro­żek.

- Szpi­cel! - wrza­snął tłum.

- To fałsz! - zawo­łał pan Pic­kwick z wyra­zem, który powi­nien był prze­ko­nać każ­dego nie­uprze­dzo­nego słu­cha­cza.

- Czy tak? Czy tak? - pytał młody czło­wiek, toru­jąc sobie drogę przez tłum za pomocą nie­za­wod­nego spo­sobu pole­ga­ją­cego na sztur­cha­niu łok­ciami na prawo i na lewo.

Pan Pic­kwick w kilku zwię­złych sło­wach przed­sta­wił mu rze­czy­wi­sty stan rze­czy.

- Jeśli tak, to chodź­cie - rzekł zie­lony frak, pocią­ga­jąc za sobą zna­ko­mi­tego czło­wieka i nie prze­sta­jąc mówić przez całą drogę. - Ty, nr 924, weź, co ci się należy za kurs, i wynoś się. To sza­no­wany gen­tle­man, ja odpo­wia­dam za niego. Żad­nych głupstw. Tędy, panie! Gdzie pań­scy przy­ja­ciele? Jak widzę, zaszła omyłka. Mniej­sza o to... wypa­dek... każ­demu to się może zda­rzyć... odwagi! Od tego nikt nie umarł... Trzeba męż­nie sta­wić czoło prze­ciw­no­ściom. Zaskarż go pan do komi­sa­rza... A to łotry!

Wygła­sza­jąc z nie­po­spo­litą poto­czy­sto­ścią długi sze­reg podob­nych sen­ten­cji, nie­zna­jomy wpro­wa­dził pana Pic­kwicka i jego uczniów do pokoju, gdzie zwy­kle podróżni cze­kają na odej­ście dyli­żan­sów.

- Chłop­cze! - zawo­łał nie­zna­jomy, tar­ga­jąc za dzwo­nek z nad­zwy­czajną gwał­tow­no­ścią - szkla­nek dla wszyst­kich, gorą­cego grogu, mocno ucu­krzo­nego i sporo. Oko pod­bite, panie! Chłop­cze! Kawa­łek suro­wego mięsa na oko dla pana. Nic tak nie pomaga na sińce jak surowe mięso. Słup latarni gazo­wej także dosko­nały, ale nie­wy­godny. Strasz­nie głu­pio stać pół godziny na ulicy z okiem przy­ło­żo­nym do latar­nia­nego słupa. Dobry żart, co? Cha! Cha!

I nie­zna­jomy, nie zatrzy­mu­jąc się nawet dla nabra­nia odde­chu, prze­łknął od razu pół kwarty gorą­cego pon­czu, potem roz­wa­lił się na krze­śle z taką obo­jęt­no­ścią, jakby nic nad­zwy­czaj­nego nie zaszło.

Pan Pic­kwick miał teraz czas przyj­rzeć się ubio­rowi i posta­wie tego nowego zna­jo­mego, a tym­cza­sem trzej jego towa­rzy­sze zajęci byli wyra­ża­niem wybawcy swej wdzięcz­no­ści.

Był to męż­czy­zna śred­niego wzro­stu, ale że był szczu­pły i miał dłu­gie nogi, wyda­wał się więc nie­rów­nie słusz­niej­szy. Jego zie­lony frak musiał być nie­gdyś ele­gancki, za owych pięk­nych dni fra­ków o krót­kich połach; na nie­szczę­ście w owych dniach był on na pewno robiony na męż­czy­znę znacz­nie niż­szego ani­żeli nie­zna­jomy, ponie­waż zabru­dzone rękawy docho­dziły mu zale­d­wie do łok­cia. Bez względu na poważne lata tego ubioru nie­zna­jomy zapiął go pod sam pod­bró­dek, nara­ża­jąc tym na pęk­nię­cie na grzbie­cie. Szyja nie­zna­jo­mego okrę­cona była czarną chustką, ale nie dostrzegł­byś na niej ani śladu koł­nie­rza od koszuli. Wąskie spodnie uka­zy­wały tu i ówdzie poły­sku­jące miej­sca, co zna­mio­no­wało długą służbę; były mocno nacią­gnięte za pomocą strze­mią­czek na poła­ta­nych zapewne trze­wi­kach, ażeby ukryć poń­czo­chy nie­gdyś białe, które zdra­dzały się jed­nak pomimo tej zby­tecz­nej ostroż­no­ści. Z każ­dej strony jego kape­lu­sza o pod­nie­sio­nych kry­zach spa­dały w zanie­dba­nych kędzio­rach dłu­gie, czarne włosy, a pomię­dzy ręka­wicz­kami a ręka­wami ubra­nia widać było nagie czę­ści rąk. Na koniec twarz jego była blada i wychu­dzona, a cała osoba tchnęła bez­wsty­dem, nie­dbal­stwem i niczym nie zachwianą zaro­zu­mia­ło­ścią.

Takiemu to indy­wi­duum pan Pic­kwick przy­pa­try­wał się przez oku­lary (które na szczę­ście zna­la­zły się) i w wybo­ro­wych sło­wach wyra­żał swe podzię­ko­wa­nie, gdy trzej jego zna­jomi wyczer­pali już swoje dzięk­czy­nie­nia.

- Nie mówmy wię­cej o tym - rzekł nie­zna­jomy, prze­ry­wa­jąc kom­ple­menty - dość tego. Zresztą woź­nica dziel­nie wywi­jał pię­ściami; ale gdy­bym był na miej­scu pań­skiego przy­ja­ciela w myśliw­skiej kurtce, to - niech mnie Bóg ska­rze! - roz­wa­lił­bym mu głowę w jed­nej sekun­dzie... i temu prze­kup­niowi z pasz­te­ci­kami także, słowo honoru.

Mowa ta, wygło­szona jed­nym tchem, prze­rwana została przez kon­duk­tora z Roche­ster, oznaj­mia­ją­cego, że Kom­mo­dor odjeż­dża.

- Kom­mo­dor! - mruk­nął nie­zna­jomy, wsta­jąc. - W tym powo­zie mam miej­sce. Miej­sce na impe­riale. Płać­cie za ten grog - trzeba by zmie­nić bank­not pię­cio­fun­towy - w obiegu jest dużo fał­szy­wej monety - znamy to.

I potrzą­snął głową z prze­bie­głą miną.

Wła­śnie pan Pic­kwick i jego trzej towa­rzy­sze zamie­rzali zro­bić pierw­szy przy­sta­nek w Roche­ster. Oświad­czyli więc nowemu swo­jemu zna­jo­memu, że jadą tą samą drogą, co on, i umó­wili się, że zajmą miej­sca z tyłu powozu, gdzie pomiesz­czą się wszy­scy pię­ciu.

- Hop! Do góry! - zawo­łał nie­zna­jomy, poma­ga­jąc Pic­kwic­kowi wgra­mo­lić się na impe­rial z pośpie­chem, który mate­rial­nie naru­szył zwy­kłą powagę filo­zofa.

- Pakun­ków nie ma pan? - zapy­tał woź­nica.

- Kto? Ja? - odparł nie­zna­jomy. - Pakie­cik zawi­nięty w bibułę, to wszystko! Resztę wypra­wi­łem wodą! Wiel­kie skrzy­nie obite gwoź­dziami, wiel­kie jak domy! Cięż­kie, cięż­kie, dia­bel­nie cięż­kie!

To mówiąc pako­wał do kie­szeni pakiet owi­nięty w brą­zowy papier, a zawie­ra­jący, jak można było wno­sić z powierz­chow­no­ści, koszulę i chustkę do nosa.

- Ostroż­nie! ostroż­nie z gło­wami! - krzy­czał gada­tliwy nie­zna­jomy, gdy prze­jeż­dżali pod jed­nym ze skle­pień - straszne to miej­sce - bar­dzo nie­bez­pieczne - nie­dawno - pię­cioro dzieci - matka - słuszna kobieta - jadła chleb z masłem... zapo­mniała o skle­pie­niu; trach! dzieci oglą­dają się - matka bez głowy!... chleb z masłem w ręku, a nie ma gęby, by go wło­żyć - głowa rodziny zgi­nęła. Okrop­ność! Okrop­ność! Pan przy­pa­truje się pała­cowi Whi­te­hall? - piękny pałac - małe okienka; tu także zle­ciała jedna głowa!... Także nie uwa­żał!4 Och! och! pano­wie! och!

- Myśla­łem wła­śnie - rzekł pan Pic­kwick - o dziw­nej zmien­no­ści rze­czy ludz­kich.

- A! domy­ślam się. Dziś wcho­dzi się do pałacu drzwiami, jutro wyla­tuje się oknem. Pan filo­zof?

- Badacz natury ludz­kiej, panie.

- Ja także, jak więk­sza część ludzi nie mają­cych nic lep­szego do roboty, a jesz­cze mniej do zaro­bie­nia. Pan poeta?

- Mój przy­ja­ciel, pan Snod­grass, ma bar­dzo wybitne zdol­no­ści poetyc­kie - odpo­wie­dział pan Pic­kwick.

- Ja także - rzekł nie­zna­jomy - napi­sa­łem poemat epiczny - dzie­sięć tysięcy wier­szy - rewo­lu­cja lip­cowa - stwo­rzony na miej­scu - w dzień Mars - w nocy Apollo - w dzień kara­bin - w nocy lira.

- Czy był pan obecny przy tych sław­nych zda­rze­niach? - zapy­tał pan Snod­grass.

- Obecny? Tak, cokol­wiek; mie­rzy­łem w Szwaj­ca­rów i wymie­rzy­łem wier­sze - spi­sy­wa­łem je w han­dlu win - na ulicy pif! paf! nowa myśl! - wra­cam do han­dlu - pióro, atra­ment - na ulicy sie­ka­nina. Szczytny czas, panie. Pan myśliwy? - zapy­tał, zwra­ca­jąc się nagle do pana Win­kle'a.

- Tro­chę - odrzekł zagad­nięty.

- Piękne zaję­cie! Bar­dzo piękne! A pies?

- Teraz nie mam.

- Ach, powi­nien by pan mieć. Szla­chetne zwie­rzę - istota inte­li­gentna! Mia­łem nie­gdyś psa - legawca - zdu­mie­wa­jący instynkt. Pew­nego dnia, polu­jąc, wcho­dzę do lasu - gwiż­dżę - pies nie rusza się - gwiż­dżę znowu: Ponto! Nic nie pomaga - stoi jak wryty. Ponto! Ponto! - ani drgnie. Ska­mie­niał przed jakąś tablicą. - Napis: Straż­nicy leśni mają roz­kaz zabi­jać wszyst­kie psy, które się znajdą w tym lasku. - Nie chciał iść dalej. Zadzi­wia­jący pies. Sławny pies! O tak! Sławny!

- Szcze­gólny wypa­dek! - rzekł pan Pic­kwick. - Czy pozwoli pan, bym go zano­to­wał?

- Ow­szem, ow­szem: sto innych aneg­dot o tym samym zwie­rzę­ciu. Piękna dziew­czyna, panie - mówił nie­zna­jomy, zwra­ca­jąc się do pana Tracy'ego Tup­mana, który zajęty był anty­pic­kwic­kow­skim zer­ka­niem na młodą kobietę idącą brze­giem drogi...

- Bar­dzo piękna - odpo­wie­dział pan Tup­man.

- Angielki nie­warte Hisz­pa­nek - szla­chetne istoty! Włosy heba­nowe - oczy czarne - kształty ponętne - słod­kie istoty - cudne!

- Byłeś pan w Hisz­pa­nii? - zapy­tał pan Tracy Tup­man.

- Wieki tam prze­ży­łem.

- Musiał pan mieć wiele przy­gód miło­snych...

- Przy­gód miło­snych? Tysiące! Don Bolaro Fiz­zgig - grand hisz­pań­ski - córka jedy­naczka - donna Kry­styna - wspa­niała dzie­wica - kochała mię do sza­leń­stwa. Ojciec zazdro­sny - córka namiętna - Anglik piękny - donna Kry­styna w roz­pa­czy - kwas pru­ski - pompa do płu­ka­nia żołądka w mojej tor­bie podróż­nej - wyko­ny­wam ope­ra­cję - stary Bolaro w unie­sie­niu - zga­dza się na nasz zwią­zek - łączy ręce - stru­mień łez - histo­ria roman­tyczna - bar­dzo roman­tyczna.

- Czy dama ta znaj­duje się obec­nie w Anglii? - prze­rwał pan Tup­man, na któ­rym opis tylu wdzię­ków żywe wywarł wra­że­nie.

- Umarła, panie, umarła! - odrzekł nie­zna­jomy, przy­kła­da­jąc do oczu szczątki baty­sto­wej chustki. - Ni­gdy nie przy­szła do sie­bie po ope­ra­cji z pompą do płu­ka­nia żołądka - deli­katna kon­sty­tu­cja wstrzą­śnięta - ofiara miło­ści.

- A ojciec? - zapy­tał poetyczny Snod­grass.

- Wyrzuty sumie­nia - nagłe znik­nię­cie - gada­nina o tym w całym mie­ście. Szu­kają po wszyst­kich kątach - nie ma! Wtem fon­tanna na publicz­nym placu zatrzy­muje się - mija jakiś czas - nie ma wody - rze­mieśl­nicy biorą się do roboty - mój teść w wiel­kiej rurze wodo­cią­go­wej - w pra­wym bucie wyzna­nie, że zgry­zoty skło­niły go do samo­bój­stwa. Wydo­by­wają go - fon­tanna try­ska w naj­lep­sze.

- Pozwoli mi pan spi­sać ten mały romans? - zapy­tał pan Snod­grass, głę­boko roz­czu­lony.

- Z naj­więk­szą chę­cią, z naj­więk­szą chę­cią. - Pięć­dzie­siąt innych do usług pań­skich. Dziwna to histo­ria - nie­na­dzwy­czajna - ale cie­kawa.

Nie prze­sta­wał mówić w ten spo­sób przez całą drogę, zatrzy­mu­jąc się tylko na przy­stan­kach dla prze­łknię­cia szklanki piwa; coś w rodzaju inter­punk­cji. Toteż gdy powóz przy­to­czył się do Roche­ster, notat­niki panów Pic­kwicka i Snod­grassa były cał­ko­wi­cie zapeł­nione opi­sem jego przy­gód.

Gdy ujrzano stary zamek, pan August Snod­grass zawo­łał z cechu­ją­cym go poetycz­nym zapa­łem:

- Co za wspa­niałe zwa­li­ska!

- Jakie stu­dium dla arche­ologa! - to były słowa wyrze­czone przez samego pana Pic­kwicka w chwili, gdy przy­kła­dał per­spek­tywę do oka.

- Piękna miej­sco­wość - odrzekł nie­zna­jomy. - Wspa­niała masa! Ciemne mury - zbu­rzone arkady - ponure przej­ścia - zawa­lone schody. Stara kate­dra! Także zapach stę­chli­zny - stop­nie wydep­tane nogami piel­grzy­mów - małe furtki sak­soń­skie - kon­fe­sjo­nały jak budki kon­tro­le­rów odbie­ra­ją­cych bilety w teatrze... Dziwni to ludzie ci zakon­nicy - ci papieże - ci prze­ło­żeni i wszel­kiego rodzaju nie­bosz­czyki o wiel­kich obli­czach, o obtłu­czo­nych nosach, któ­rych wyko­pują codzien­nie. Pasy z bawo­lej skóry - musz­kiety - sar­ko­fagi. Piękne miej­sce - stare legendy - szczytne histo­rie - zadzi­wia­jące.

Nie­zna­jomy cią­gnął ten mono­log, dopóki powóz nie zatrzy­mał się na ulicy Wiel­kiej przed obe­rżą "Pod Bykiem".

- Czy pan zatrzy­muje się tutaj? - zapy­tał go pan Nata­niel Win­kle.

- Tu? Nie, panie. Ale radzę panom, byście tu się zatrzy­mali, dom dobry, łóżka czy­ste. Tuż obok jest hotel "Wri­ght", bar­dzo drogi; pół korony dopi­sują do rachunku za spoj­rze­nie na gar­sona; każą pła­cić dro­żej, gdy się je obiad w mie­ście, niż gdyby się jadło w hotelu; szcze­gólni ludzie, doprawdy.

Pan Win­kle zbli­żył się do pana Pic­kwicka i szep­nął mu parę słów do ucha. Szep­ta­nie prze­szło od pana Pic­kwicka do pana Snod­grassa, od pana Snod­grassa do pana Tup­mana, a gdy następ­nie zamie­niono pomię­dzy sobą znaki zgody, pan Pic­kwick tak prze­mó­wił do nie­zna­jo­mego:

- Dziś rano wyświad­czył nam pan ważną usługę. Zechciej pan zatem przy­jąć słaby dowód naszej wdzięcz­no­ści i zrób nam zaszczyt, obia­du­jąc z nami.

- Z wielką przy­jem­no­ścią... Nie chciał­bym wyja­wić panom swego gustu, ale pie­czony drób i grzyby rzecz wyśmie­nita - o któ­rej godzi­nie?

- Teraz - rzekł pan Pic­kwick, wyj­mu­jąc zega­rek - jest około trze­ciej. O pią­tej, jeśli pan chce.

- Bar­dzo dobrze, punkt o pią­tej; aż do tej chwili niech się pano­wie zajmą swo­imi spra­wami.

Tak powie­dział nie­zna­jomy, a potem pod­niósł o kilka cali swój kape­lusz o zadar­tych kry­zach, nie­dbale osa­dził go znowu na bakier, prze­szedł dzie­dzi­niec z miną zamy­śloną i skrę­cił w ulicę; pakiet owi­nięty w brą­zowy papier ster­czał mu cią­gle z kie­szeni.

- Widocz­nie wielki to podróż­nik po roz­ma­itych kra­jach i skru­pu­latny obser­wa­tor ludzi i rze­czy - rzekł pan Pic­kwick.

- Chciał­bym widzieć jego poemat - dodał pan Snod­grass.

- A ja psa - rzekł pan Win­kle.

Pan Tup­man nie mówił nic, ale myślał o don­nie Kry­sty­nie, pom­pie do płu­ka­nia żołądka i fon­tan­nie - i oczy jego napeł­niły się łzami...

Zamó­wiw­szy osobny pokój jadalny, obej­rzaw­szy łóżka i uło­żyw­szy dania obiadu, nasi zna­jomi wyszli, by przyj­rzeć się mia­stu i jego oko­li­com.

Pil­nie prze­wer­to­wa­li­śmy notaty pana Pic­kwicka o czte­rech mia­stach: Strood, Roche­ster, Cha­tham i Bromp­ton, ale nie sądzimy, by zda­nie jego o nich róż­niło się co do istot­nej tre­ści od zda­nia innych uczo­nych, któ­rzy zwie­dzali te same miej­sca. Opis jego można stre­ścić w tych wyra­zach:

Głów­nymi pro­duk­tami tych miast są, zdaje się, żoł­nie­rze, majt­ko­wie, Żydzi, kreda, raki, ofi­ce­ro­wie i urzęd­nicy mary­narki. Naj­waż­niej­sze towary, wysta­wione na uli­cach, to: zboże dla floty, cukier lodo­waty, jabłka, ryby i ostrygi. Ulice są wielce oży­wione, co jest po naj­więk­szej czę­ści wyni­kiem dobrego humoru woj­sko­wych. Mężni ci ludzie, pod wpły­wem nad­miaru weso­ło­ści i napo­jów spi­ry­tu­so­wych, wyśpie­wu­jąc i robiąc zyg­zaki po uli­cach, przed­sta­wiają widok praw­dzi­wie zaj­mu­jący dla umy­słu filan­tro­pij­nego, zwłasz­cza jeżeli zwa­żymy, jakiej nie­win­nej i taniej ucie­chy dostar­czają wszyst­kim miej­skim ulicz­ni­kom bie­ga­ją­cym za nimi i prze­drzeź­nia­ją­cym ich. Nic - dodaje pan Pic­kwick - nie zdoła dorów­nać ich dobremu humo­rowi. W przed­dzień mego przy­by­cia jeden z woj­sko­wych został w pew­nej obe­rży gru­biań­sko obra­żony. Dziew­czyna nie chciała mu pozwo­lić wię­cej pić. Wsku­tek tego, z pro­stej swa­woli, żoł­nierz wydo­był bagnet i ranił ją w ramię, lecz już naza­jutrz zuch ten udał się do obe­rży i sam oświad­czył pierw­szy, że nie zacho­wuje żad­nej urazy i zapo­mina o tym, co zaszło.

Kon­sump­cja tyto­niu musi być w tym mie­ście bar­dzo znaczna - pisze dalej pan Pic­kwick - a zapach tej rośliny, roz­cho­dzący się po wszyst­kich uli­cach, musi być szcze­gól­nie przy­jemny dla lubią­cych palić. Podróż­nik nie zgłę­bia­jący istoty rze­czy może by kry­ty­ko­wał błoto cha­rak­te­ry­zu­jące ulice miej­skie, gdy prze­ciw­nie, przed­sta­wia ono praw­dziwy przed­miot zado­wo­le­nia dla tych, któ­rzy widzą w tym dowód ruchu i pomyśl­no­ści han­dlo­wej.

Piąta godzina spro­wa­dziła jed­no­cze­śnie obiad i nie­zna­jo­mego. Pozbył się on pakietu w brą­zo­wym papie­rze, ale nie doko­nał żad­nej zmiany w swym kostiu­mie i jak przed­tem, odzna­czał się gada­tli­wo­ścią.

- Co to? - spy­tał, gdy gar­son zdej­mo­wał pokrywę z pół­mi­ska.

- Flą­dry, panie.

- Flą­dry! ach! kapi­talna ryba! wszyst­kie flą­dry pocho­dzą z Lon­dynu! przed­się­biorcy dyli­żan­sów popie­rają obiady poli­tyczne - całe wozy flą­der - tuziny koszów - chy­tre sztuki - szkla­neczkę wina, panie?

- Z przy­jem­no­ścią! - odrzekł pan Pic­kwick. I nie­zna­jomy napił się wina naprzód z nim, potem z panem Snod­gras­sem, potem z panem Tup­ma­nem, potem z panem Win­kle'em, wresz­cie z całym zebra­nym towa­rzy­stwem, a wszystko to uczy­nił, nie prze­sta­jąc mówić ani na chwilę.

- Jakieś szcze­gólne bacha­na­lie na scho­dach. Wno­szą ławki, uwi­jają się sto­la­rze - szklanki - arfa. Co to zna­czy, gar­so­nie?...

- Bal, panie.

- Pik­nik?

- Nie, panie. Bal publiczny, panie, na rzecz ubo­gich, panie...

- Powiedz mi pan - zapy­tał pan Tup­man z żywym zaję­ciem - czy w tym mie­ście kobiety są piękne?

- Pyszne, wspa­niałe. Kent, panie. Cały świat zna hrab­stwo Kent sły­nące z jabłek, wiśni, chmielu i kobiet. Szklankę wina?

- Z wielką przy­jem­no­ścią - odparł pan Tup­man. Nie­zna­jomy nalał swoją szklankę i wychy­lił.

- Bar­dzo bym chciał pójść na ten bal - rzekł pan Tup­man - bar­dzo bym chciał.

- Bilety, panie, mamy w kan­to­rze, po pół gwi­nei - rzekł gar­son.

Pan Tup­man powtór­nie wyra­ził życze­nie, że chce być obecny na tej uro­czy­sto­ści, ale nie znaj­du­jąc żad­nej odpo­wie­dzi w pociem­nia­łym oku pana Snod­grassa ani w roz­tar­gnio­nym wzroku pana Pic­kwicka, rzu­cił się z nowym zaję­ciem do wina porto i do deseru, który przy­nie­siono. Gar­son odda­lił się, a towa­rzy­stwo mogło roz­ko­szo­wać się spo­ko­jem kilku poobied­nich godzin.

- Za pozwo­le­niem panów - rzekł nie­zna­jomy - butelka drze­mie, zmu­śmy ją do krą­że­nia jak słońce.

I wypił szklankę, którą napeł­nił był przed dwiema minu­tami, po czym nalał sobie drugą, ze świa­do­mo­ścią czło­wieka przy­zwy­cza­jo­nego do podob­nych mani­pu­la­cji.

Wypito wino i żądano wię­cej, nie­zna­jomy roz­pra­wiał, pic­kwick­czycy słu­chali, pan Tup­man co chwila odczu­wał coraz to więk­szą ochotę pój­ścia na bal, twarz pana Pic­kwicka jaśniała wyra­zem uni­wer­sal­nej filan­tro­pii, pano­wie Win­kle i Snod­grass wpa­dli w głę­boki sen.

- Na górze już zaczy­nają - rzekł nie­zna­jomy - słu­chaj­cie! Stroją skrzypce, a teraz arfę, już zaczęli!

W samej rze­czy dźwięki orkie­stry zapo­wia­dały począ­tek kon­tre­dansa.

- Bar­dzo bym chciał pójść na ten bal - powtó­rzył pan Tup­man.

- Ja także. Prze­klęte bagaże, sta­tek opóź­nił się, nie mam w co się ubrać.

Powszechna uprzej­mość była cha­rak­te­ry­stycz­nym rysem pic­kwick­czy­ków, a pan Tup­man był nią obda­rzony w wyż­szym od innych stop­niu. Prze­glą­da­jąc pro­to­koły klubu zdu­mie­wać się trzeba, ile razy ten zacny czło­wiek odsy­łał do innych człon­ków towa­rzy­stwa roz­ma­itych bie­da­ków uda­ją­cych się do niego z prośbą o stare suk­nie lub pie­niężną zapo­mogę.

- Był­bym szczę­śliwy, gdy­bym mógł panu na ten bal poży­czyć mego fraka - rzekł do nie­zna­jo­mego - ale pan jest dość szczu­pły, a ja...

- Dość otyły. Stary zde­mon­to­wany Bachus w pan­ta­lo­nach. Zlazł z beczki! Winne liście, do dia­bła! Cha! cha! Przy­suń no pan wino!

Nie umiemy powie­dzieć, czy pan Tup­man był obu­rzony zbyt swo­bod­nym tonem, z jakim nie­zna­jomy wzy­wał go, by przy­su­nął wina, które tak szybko prze­su­wało się znów przez gar­dło, lub też czy słusz­nie zgor­szony tym, że wpły­wowy czło­nek Klubu Pic­kwicka porów­nany został do zde­mon­to­wa­nego Bachusa - ale przy­su­nąw­szy wino odchrząk­nął dwa razy i patrzał na nie­zna­jo­mego przez kilka sekund z surową sta­now­czo­ścią. Jed­nak, gdy indy­wi­duum to zacho­wało naj­zu­peł­niej­szy spo­kój i pogodę pod tym badaw­czym spoj­rze­niem, pan Tup­man zmniej­szył stop­niowo jego natę­że­nie i znowu zaczął mówić o balu.

- Chciał­bym wła­śnie powie­dzieć panu - ode­zwał się - że gdyby moje ubra­nie było dla pana za prze­stronne, suk­nie mego przy­ja­ciela, pana Win­kle'a, mogłyby być dla niego w sam raz.

Nie­zna­jomy zmie­rzył pana Win­kle'a i zawo­łał z zado­wo­le­niem:

- Takich wła­śnie nam trzeba!

Pan Tup­man spoj­rzał dokoła. Wino, które wywarło swój wpływ usy­pia­jący na panów Snod­grassa i Win­kle'a, cią­żyło rów­nież nad zmy­słami pana Pic­kwicka. Gen­tle­man ten kolejno prze­szedł wszyst­kie fazy poprze­dza­jące obez­wład­nie­nie wywo­łane obia­dem i winem. Prze­szedł wszyst­kie stop­nie od nad­miaru weso­ło­ści do bez­den­nego smutku. Jak pło­mień gazowy na ulicy, gdy wiatr dosta­nie się do rury, roz­ta­czał on chwi­lami to nad­zwy­czajną jasność, to znów tak malał, iż zale­d­wie go można było doj­rzeć; po krót­kiej prze­rwie bły­snął ośle­pia­ją­cym bla­skiem, potem drgnął i zgasł zupeł­nie. Głowa pochy­liła mu się na piersi i jed­no­stajne chra­pa­nie, któ­remu cza­sem towa­rzy­szyło głu­che mru­cze­nie, były jedy­nymi dowo­dami słu­cho­wymi mogą­cymi świad­czyć o ist­nie­niu tego wiel­kiego męża.

Pana Tup­mana opa­no­wała gwał­towna pokusa zna­le­zie­nia się na balu, aby wydać sąd o pięk­no­ściach hrab­stwa Kent. Chciało mu się rów­nież zapro­wa­dzić tam nie­zna­jo­mego, sły­szał bowiem, że mówi o miesz­kań­cach mia­sta, jak gdyby miesz­kał w nim od uro­dze­nia, gdy on sam znaj­do­wał się w miej­scu zupeł­nie mu obcym. Pan Win­kle spał głę­boko, a pan Tup­man zbyt dobrze znał z doświad­cze­nia stan, w jakim się znaj­do­wał jego towa­rzysz, by nie wie­dzieć, że według zwy­kłego prze­biegu praw natury przy­ja­ciel jego, prze­bu­dziw­szy się, nie będzie myślał o niczym innym, tylko o tym, by się jakoś dowlec do łóżka. Mimo to jed­nak był jesz­cze nie­zde­cy­do­wany.

- Napeł­nij pan sobie szklankę i przy­suń wino - rzekł nie­zmor­do­wany gość.

Pan Tup­man speł­nił to żąda­nie i ta ostat­nia, uzu­peł­nia­jąca szklanka wymo­gła na nim posta­no­wie­nie.

- Z sypial­nego pokoju pana Win­kle'a - rzekł do nie­zna­jo­mego - są drzwi do mojego pokoju, a gdy­bym go teraz obu­dził, nie potra­fił­bym mu dać do zro­zu­mie­nia, czego żądam; ale wiem, że w swej tor­bie podróż­nej ma on kom­pletne ubra­nie. Gdyby pan przy­wdział je na bal, a po powro­cie zdjął, mógł­bym je łatwo zło­żyć na tym samym miej­scu, nie nie­po­ko­jąc mego przy­ja­ciela.

- Dosko­nale - odparł nie­zna­jomy - wyborny plan! Głu­pie poło­że­nie, śmieszne. Czter­na­ście fra­ków mieć w swoim kufrze i być zmu­szo­nym przy­wdzie­wać cudzy! Bar­dzo głu­pio! Doprawdy.

- Trzeba wziąć bilety - rzekł pan Tup­man.

- Nie warto mie­niąc gwi­nei. Zagrajmy, kto zapłaci za obu. Rzuć pan złotą monetę w górę, ja będę zga­dy­wał. Zaczy­naj pan. Kobieta, kobieta, kobieta cza­ro­dziejka!

Złoty pie­niądz upadł i uka­zała się postać smoka przez grzecz­ność nazy­wa­nego kobietą. Ska­zany losem pan Tup­man zadzwo­nił, wziął bilety i zażą­dał świa­tła. Po kwa­dran­sie nie­zna­jomy był kom­plet­nie ustro­jony w szaty pana Nata­niela Win­kle'a.

- To frak zupeł­nie nowy - rzekł Tup­man, pod­czas gdy nie­zna­jomy z zado­wo­le­niem przy­glą­dał się sobie - to pierw­szy frak, który zastał ozdo­biony guzi­kami naszego klubu.

I wska­zy­wał towa­rzy­szowi duże zło­cone guziki, na któ­rych wyryte były litery K. P. po obu stro­nach popier­sia pana Pic­kwicka.

- K. P. - powtó­rzył nie­zna­jomy - śmieszna dewiza, por­tret tego dziada i K. P! Co to zna­czy to K. P? Komiczny por­tret? Co?

Pan Tup­man z wielką powagą i źle ukry­wa­nym obu­rze­niem obja­śnił mistyczny sym­bol Klubu Pic­kwicka, a tym­cza­sem nie­zna­jomy wykrę­cił się, by zoba­czyć tył fraka, któ­rego stan docho­dził mu do połowy ple­ców.

- Stan cokol­wiek za krótki, co? Jak kurtki tra­ga­rzy: śmieszne ubiory, robi się bez miary, na hurt; tajem­ni­cze drogi Opatrz­no­ści, wszyst­kim ludziom małego wzro­stu dostają się dłu­gie ubra­nia, wszyst­kim słusz­nego - krót­kie.

Mie­ląc w ten spo­sób języ­kiem nowy towa­rzysz pana Tup­mana koń­czył popra­wiać swe ubra­nie, a raczej ubra­nie pana Win­kle'a i w chwilę potem dwaj miło­śnicy balu weszli razem na schody.

- Nazwi­ska panów? - zapy­tał jakiś jego­mość przy drzwiach sto­jący. Pan Tup­man pod­szedł, by wygło­sić swe tytuły i cha­rak­ter, gdy nie­zna­jomy zatrzy­mał go, mówiąc:

- Żad­nych nazwisk! - i mruk­nął do ucha panu Tup­ma­nowi: - Po co nazwi­ska? Nie­zna­jomi! Dosko­nałe nazwi­sko, w swoim rodzaju inco­gnito, to przy­jem­ność! Gen­tle­mani z Lon­dynu, szla­chet­nie uro­dzeni i basta.

Po tych ostat­nich wyra­zach, gło­śno wymó­wio­nych, otwo­rzyły się drzwi i pan Tup­man wraz z nie­zna­jo­mym weszli do sali balo­wej.

Był to długi pokój z kar­ma­zy­no­wymi kana­pami wzdłuż ścian i oświe­tlony świe­cami w krysz­ta­ło­wym żyran­dolu. Muzy­kanci byli umiesz­czeni na estra­dzie: trzy lub cztery koła kon­tre­dan­sowe roz­wi­jały się i zwi­jały sys­te­ma­tycz­nie. W bocz­nym pokoju znaj­do­wało się parę sto­łów do gry, przy któ­rych cztery stare damy, z taką samą liczbą oty­łych męż­czyzn, z całą powagą grały w wista.

Po prze­tań­cze­niu ostat­niej figury tan­ce­rze zaczęli prze­cha­dzać się po sali, a nasi dwaj zna­jomi sta­nęli w kącie, by przyj­rzeć się towa­rzy­stwu.

- Śliczne kobiety! - rzekł z wes­tchnie­niem pan Tup­man.

- Zacze­kaj no pan. Zoba­czysz jesz­cze. Mata­dory jesz­cze się nie poja­wiły. Śmieszne zwy­czaje! Wyżsi urzęd­nicy mary­narki nie roz­ma­wiają z niż­szymi urzęd­ni­kami; niżsi urzęd­nicy nie roz­ma­wiają z miesz­czań­stwem; komi­sarz rzą­dowy nie roz­ma­wia z nikim.

- Co to za jasno­włosy chło­pak z czer­wo­nymi oczyma i w fan­ta­stycz­nym ubra­niu?

- Ts! Milcz pan, jeżeli możesz! Czer­wone oczy! Fan­ta­styczne ubra­nie! Chło­pak!... Ho, ho! Ciszej, ciszej, to cho­rąży z 97 pułku, sza­nowny Wil­mot Snipe. Snipy wielka rodzina, liczna rodzina.

- Sir Tomasz Club­ber, pani Club­ber i panny Club­ber - zawo­łał dono­śnym gło­sem anon­su­jący.

Głę­bo­kie wra­że­nie owład­nęło całą salę, gdy wszedł ogromny gen­tle­man w nie­bie­skim fraku ze zło­tymi guzami, z nim dorodna dama w nie­bie­skim atła­sie tudzież dwie młode panienki, wykro­jone według tegoż modelu, w stroj­nych suk­niach takiej samej barwy.

- Komi­sarz rzą­dowy, naczel­nik mary­narki, wielki czło­wiek, nie­za­prze­czal­nie wielki! - cicho mówił nie­zna­jomy do pana Tup­mana, gdy gospo­da­rze balu pro­wa­dzili sir Toma­sza Club­bera na drugi koniec sali. Sza­nowny Wil­mot Snipe i zna­ko­mici goście pospie­szyli zło­żyć swe usza­no­wa­nie pan­nom Club­ber, a sir Tomasz Club­ber, wypro­sto­wany jak gło­ska I, maje­sta­tycz­nie spo­glą­dał na zgro­ma­dzo­nych z wyso­ko­ści swego czar­nego kra­wata.

- Pan Smi­thie, pani Smi­thie i panny Smi­thie - zaanon­so­wano następ­nie.

- Co to za pań­stwo Smi­thie? - zapy­tał pan Tup­man.

- Także coś z mary­narki - odpo­wie­dział nie­zna­jomy.

Pan Smi­thie ukło­nił się z usza­no­wa­niem sir Toma­szowi Club­ber, a sir Tomasz Club­ber oddał mu ukłon z widoczną przy­chyl­no­ścią. Lady Club­ber przez lor­netkę przy­pa­try­wała się pani Smi­thie i jej cór­kom, a znowu pani Smi­thie z góry spo­glą­dała na jakąś damę, któ­rej mąż nie słu­żył w mary­narce.

- Puł­kow­nik Bul­der, pani Bul­der, panna Bul­der.

- Dowódca gar­ni­zonu - rzekł nie­zna­jomy, odpo­wia­da­jąc na pyta­jący wzrok pana Tup­mana.

Panna Bul­der bar­dzo ser­decz­nie została przy­jęta przez panny Club­ber; powi­ta­nie pani Bul­der i lady Club­ber było naj­czul­sze, puł­kow­nik Bul­der i sir Tomasz Club­ber poczę­sto­wali się nawza­jem tabaką i obaj spoj­rzeli dokoła jak para Alek­san­drów, wład­ców wszyst­kiego, co ich ota­czało.

Pod­czas gdy miej­scowa ary­sto­kra­cja, Bul­dery, Club­bery i Snipy, zacho­wy­wała w ten spo­sób swoją god­ność na hono­ro­wym miej­scu w sali, inne klasy towa­rzy­stwa naśla­do­wały ich na sza­rym końcu, ile tylko mogły. Naj­mniej ary­sto­kra­tyczni ofi­ce­ro­wie 97 pułku poświę­cali się rodzi­nom pomniej­szych urzęd­ni­ków mary­narki, żona adwo­kata i żona kupca win stały na czele dwóch osob­nych frak­cji, żona piwo­wara skła­dała swe usza­no­wa­nie pań­stwu Bul­der, a pani Tom­lin­son, żona dyrek­tora biura pocz­to­wego, zda­wało się, za poszechną zgodą obrana została na prze­wod­ni­czącą par­tii kupiec­kiej.

Jedną z naj­po­pu­lar­niej­szych oso­bi­sto­ści w swym kółku był mały, tłu­sty czło­wie­czek o łysej gło­wie, oto­czo­nej wień­cem czer­wo­nych, twar­dych wło­sów. Był to dok­tor Slam­mer, chi­rurg 97. pułku. Dok­tor Slam­mer zaży­wał tabakę ze wszyst­kimi, śmiał się, tań­czył, żar­to­wał, grał w wista, był wszę­dzie, robił wszystko. Do tych i tak już licz­nych zajęć dok­tor dołą­czył jesz­cze jedno: naj­więk­szymi i nie­zmor­do­wa­nymi wzglę­dami ota­czał starą, małą wdowę, któ­rej toa­leta i liczne klej­noty zna­mio­no­wały znaczny mają­tek, co czy­niło z niej pożą­dany doda­tek do ogra­ni­czo­nych docho­dów.

Oczy pana Tup­mana i jego towa­rzy­sza były już od nie­ja­kiego czasu zwró­cone na dok­tora i wdowę, gdy nie­zna­jomy prze­rwał mil­cze­nie.

- Kupa pie­nię­dzy - stara baba - dok­tor zawraca jej głowę - wyborna myśl - dosko­nała sztuka!

Pod­czas gdy te uwagi, nie­zbyt zro­zu­miałe, wybie­gały z ust nie­zna­jo­mego, pan Tup­man patrzał nań okiem badaw­czym.

- Pójdę tań­czyć z wdową.

- Kto to?

- Nie wiem, ni­gdy nie widzia­łem. Wyku­rzyć dok­tora! Naprzód marsz!

Doma­wia­jąc to nie­zna­jomy prze­szedł salę, oparł się o gzyms kominka, i utkwił wzrok, z wyra­zem uwiel­bie­nia i melan­cho­lii, w tłu­ste policzki sta­rej wdowy. Pan Tup­man patrzał na to onie­miały z podziwu. Nie­zna­jomy robił widocz­nie szyb­kie postępy; dok­tor tań­czył z inną damą. Wdowa upu­ściła wachlarz; nie­zna­jomy zerwał się i podał go jej pośpiesz­nie: uśmiech, ukłon, wymiana kilku grzecz­no­ści. Nie­zna­jomy zuchwale prze­szedł przez salę, by wyszu­kać mistrza cere­mo­nii, powró­cił z nim do pani Bud­ger i po kilku chwi­lach przed­wstęp­nej pre­zen­ta­cji pochwy­cił swą zdo­bycz za rękę i sta­nął z wdową do kon­tre­dansa.

Zdzi­wie­nie pana Tup­mana na widok tego suma­rycz­nego trybu postę­po­wa­nia było wiel­kie, ale zdzi­wie­nie dok­tora, zdaje się, było jesz­cze więk­sze. Nie­zna­jomy był młody, pochle­biało to wdówce; nie zwra­cała już teraz uwagi na nad­ska­ki­wa­nia dok­tora - a jego obu­rze­nie nie wywarło żad­nego wra­że­nia na rywalu. Dok­tor Slam­mer stał jakby para­li­żem tknięty. On, dok­tor Slam­mer, z 97 pułku, w jed­nej chwili wni­wecz obró­cony przez czło­wieka, któ­rego nikt dotąd nie widział, nikt nie znał! Dok­tor Slam­mer! Dok­tor Slam­mer z 97. pułku! To nie do uwie­rze­nia! To być nie może! A jed­nak tak było! Dobrze. Oto nie­zna­jomy przed­sta­wia swego przy­ja­ciela! Dok­tor nie wie­rzy wła­snym oczom. Patrzy znowu i znaj­duje się w przy­krej koniecz­no­ści uzna­nia, że go nie łudzą jego nerwy wzro­kowe. Pani Bud­ger tań­czy z panem Tup­ma­nem; trudno mylić się. Jego wdowa, z cia­łem i kośćmi, jest tu przed nim i hasa z nie­zwy­kłą ener­gią! Jest tu także przed nim i pan Tup­man, wyska­ku­jący to w prawo, to w lewo, z miną pełną powagi, tań­czący (co się zresztą zda­rza wielu oso­bom) tak, jak gdyby kon­tre­dans był jakąś uro­czy­stą próbą, dla któ­rej odby­cia trzeba zawsze uzbroić swą moralną stronę w nie­wzru­szoną sta­now­czość.

Dok­tor zniósł to wszystko w mil­cze­niu i cier­pli­wie. Widział, jak nie­zna­jomy poda­wał wdo­wie poncz, potem odno­sił szklanki, rzu­cił się na bisz­kopty; widział tysiące wza­jem­nych umi­zgów i nie powie­dział nic. Ale w kilka sekund po znik­nię­ciu nie­zna­jo­mego z panią Bud­ger, którą rywal odpro­wa­dził do powozu, dok­tor wyle­ciał z sali, a każdy atom jego długo powstrzy­my­wa­nego gniewu, zda­wało się, try­skał mu z twa­rzy stru­mie­niem.

Nie­zna­jomy powró­cił i począł roz­ma­wiać po cichu z panem Tup­ma­nem; śmiał się, był roz­pro­mie­niony i trium­fo­wał. Mały dok­tor zapra­gnął jego życia.

- Panie - ode­zwał się groź­nie, poda­jąc swój bilet wizy­towy i odcho­dząc nieco na stronę - nazwi­sko moje Slam­mer, dok­tor Slam­mer, panie! Z 97. pułku, koszary Cha­tham. Oto mój bilet, panie! Bilet mój!

Chciał mówić dalej, ale obu­rze­nie mowę mu odjęło.

- A! - odrzekł nie­zna­jomy, jakby od nie­chce­nia - Slam­mer, bar­dzo dobrze, dzię­kuję, teraz nie jestem chory. Slam­mer... Gdy zacho­ruję, udam się do pana.

- Pan... jesteś intry­gant... jesteś tchórz... jesteś nik­czemny... jesteś głaz... jesteś... jesteś... Czy pan zde­cy­duje się dać mi swój bilet?

- A! rozu­miem - rzekł nie­zna­jomy pół­gło­sem - poncz za mocny - przy­ję­cie zbyt hojne - limo­niada lep­sza - w poko­jach za gorąco - gen­tle­man już w pew­nym wieku - naza­jutrz daje się to odczuć - nie­zno­śne cier­pie­nia... - i zro­bił kilka kro­ków.

- Miesz­kasz pan w tym domu! - krzyk­nął wzbu­rzony mały jego­mość. - Teraz jesteś pan pijany, panie! ale usły­szysz pan o mnie jutro rano, panie! Dowiem się, coś pan za jeden! Dowiem się, kto pan zacz!

- Prę­dzej dowie się pan, kto jestem, niż gdzie miesz­kam! - odrzekł nie­wzru­szony nie­zna­jomy.

Dok­tor Slam­mer spoj­rzał na niego z nie­opi­saną zawzię­to­ścią i odda­lił się, nasu­wa­jąc na głowę kape­lusz w spo­sób wymow­nie świad­czący o obu­rze­niu.

Nie­zna­jomy poszedł do pana Tup­mana, by zwró­cić gar­de­robę poży­czoną u nie­win­nego pana Win­kle'a, któ­rego zna­le­ziono w głę­bo­kim śnie; zwrot został nie­ba­wem doko­nany. Nie­zna­jomy był nad­zwy­czaj żar­to­bli­wie uspo­so­biony, a pan Tup­man, oszo­ło­miony winem, pon­czem, świa­tłem i wido­kiem tylu kobiet, całą tę sprawę uwa­żał za dosko­nały żart. Po odej­ściu nowego swego przy­ja­ciela napo­tkał pewne trud­no­ści przy szu­ka­niu otworu szlaf­mycy, wywró­cił lich­tarz i dopiero po licz­nych wielce skom­pli­ko­wa­nych ewo­lu­cjach zdo­łał dostać się do łóżka. Pomimo tych drob­nych wypad­ków rychło zna­lazł pożą­dany spo­czy­nek.

Na drugi dzień rano, zale­d­wie wybiła siódma, uni­wer­salny umysł pana Pic­kwicka został gwał­tow­nym koła­ta­niem do drzwi wyrwany ze stanu odrę­twie­nia, w któ­rym pogrą­żył go sen.

- Kto tam? - zawo­łał filo­zof, pod­no­sząc się.

- Gar­son, panie.

- Czego chcesz?

- Czy nie może mi pan powie­dzieć, który z towa­rzy­szy pań­skich ma nie­bie­ski frak ze zło­co­nymi guzi­kami i lite­rami na nich?

"Zapewne wziął go do wyczysz­cze­nia - pomy­ślał pan Pic­kwick - i zapo­mniał, do kogo należy".

- Pan Win­kle - odrzekł - trze­cie drzwi na prawo.

- Bar­dzo panu dzię­kuję - odpo­wie­dział gar­son i odszedł.

- Co się stało? - zawo­łał pan Tup­man, gdy gło­śne stu­ka­nie do jego drzwi wyrwało i jego ze snu.

- Czy mogę mówić z panem Win­kle'em? - spy­tał czy­ści­but zza drzwi.

- Win­kle! Win­kle! - zawo­łał pan Tup­man do pokoju w głębi.

- Halo! - odpo­wie­dział słaby głos spod koł­dry.

- Pytają o cie­bie... ktoś przy drzwiach - zmu­siw­szy sie­bie do wypo­wie­dze­nia aż tylu słów, pan Tracy Tup­man odwró­cił się do ściany i zasnął.

- Pytają o mnie! - zawo­łał pan Win­kle, wyska­ku­jąc z łóżka i nakła­da­jąc na sie­bie coś nie­coś z gar­de­roby. - Pytają o mnie! W takiej odle­gło­ści od Lon­dynu! Kto, do licha, może mieć do mnie inte­res?

- Jakiś gen­tle­man na dole w kawiarni, panie... Powiada, że chce tylko chwilkę pomó­wić z panem, ale nie chce cze­kać.

- To dziwne - mruk­nął pan Win­kle. - Powiedz mu, że zaraz przyjdę.

Zawi­nął się w szla­frok, szyję obwią­zał chustką i poszedł. Stara baba i dwaj chłopcy zamia­tali kawiar­nię. Przy oknie stał jakiś ofi­cer, który, ujrzaw­szy wcho­dzą­cego pana Win­kle'a, skło­nił mu się zimno, potem kazał wyjść sprzą­ta­ją­cym, sta­ran­nie zamknął drzwi i powie­dział:

- Pan Win­kle, jak sądzę?

- Tak jest, panie, nazy­wam się Win­kle.

- Przy­cho­dzę tu w imie­niu mego przy­ja­ciela, dok­tora Slam­mera, z 97. pułku. To pana nie powinno dzi­wić.

- Dok­tora Slam­mera? - powtó­rzył pan Win­kle.

- Dok­tora Slam­mera. Pole­cił mi, bym oznaj­mił panu w jego imie­niu, że postę­po­wa­nie pań­skie wczo­raj­szego wie­czora było nie­ho­no­rowe i że czło­wiek hono­rowy daro­wać tego nie może.

Zdu­mie­nie pana Win­kle'a było zbyt praw­dziwe i widoczne, by go nie dostrzegł wysłan­nik dok­tora Slam­mera, który też tak dalej mówił:

- Przy­ja­ciel mój, dok­tor Slam­mer, jest zdaje się naj­moc­niej prze­ko­nany, że przez znaczną część wie­czoru był pan mocno pod­chmie­lony i nie­mal bez moż­li­wo­ści zro­zu­mie­nia wyrzą­dzo­nej mu obrazy. Pole­cił mi przeto oznaj­mić panu, że jeżeli w ten spo­sób wytłu­ma­czysz się ze swego postę­po­wa­nia, on przyj­mie takie tłu­ma­cze­nie, napi­sane przez pana wła­sno­ręcz­nie tak, jak ja je panu podyk­tuję.

- Tłu­ma­cze­nie na piśmie! - powtó­rzył znowu pan Win­kle tonem naj­wyż­szego zdu­mie­nia.

- W prze­ciw­nym razie - mówił dalej ofi­cer - wia­domo panu, czym się to powinno skoń­czyć.

- Czy zle­ce­nie, któ­rego się pan pod­jął, doty­czy mnie? - zapy­tał pan Win­kle, któ­rego siły umy­słowe doszczęt­nie zdez­or­ga­ni­zo­wała ta nie­zwy­kła roz­mowa.

- Nie byłem obecny przy tej sce­nie, a więc i przy tym, jak pan upar­łeś się, by nie dać swej karty dok­to­rowi Slam­me­rowi. Upro­sił więc mnie, bym się dowie­dział, kto jest wła­ści­cie­lem fraka nie­bie­skiego ze zło­co­nymi guzi­kami i lite­rami K. P.

Pan Win­kle aż drgnął ze zdzi­wie­nia, usły­szaw­szy tak szcze­gó­łowy opis swego ubioru. Przy­ja­ciel dok­tora Slam­mera mówił dalej:

- Dowie­dzia­łem się, że wła­ści­ciel rze­czo­nego fraka przy­był tu wczo­raj z trzema innymi panami. Posła­łem do tego z nich, który zdaje się być prze­wod­ni­czą­cym całego towa­rzy­stwa, a ten ode­słał mnie do pana.

Gdyby wielka wieża zamku Roche­ster zla­zła nagle ze swych fun­da­men­tów i sta­nęła naprze­ciw okien, zdzi­wie­nie pana Win­kle'a nie byłoby więk­sze nad to, jakiego doznał usły­szaw­szy te wyrazy. Pierw­szą jego myślą było, że mu skra­dziono frak. Rzekł więc ofi­ce­rowi:

- Czy zechce pan zacze­kać tu na mnie przez chwilę?

- Dobrze - odpo­wie­dział nie­po­żą­dany gość.

Pan Win­kle pobiegł prędko po scho­dach i drżącą ręką otwo­rzył swą torbę podróżną. Nie­bie­ski frak leżał w zwy­kłym miej­scu; ale przy­pa­trzyw­szy się mu sta­ran­nie, można było poznać, że był w uży­ciu poprzed­niej nocy.

- Prawda! - powie­dział do sie­bie pan Win­kle, upusz­cza­jąc frak. - Za wiele piłem wczo­raj po obie­dzie i coś mi się marzy, jako­bym potem cho­dził po mie­ście i palił cygaro. Fak­tem jest, żem był tęgo ścięty. Musia­łem zmie­nić ubra­nie i łazić gdzieś; musia­łem kogoś obra­zić - to pewne... i oto jakie okropne skutki!

Drę­czony tymi myślami, zeszedł do kawiarni z ponu­rym posta­no­wie­niem przy­ję­cia wyzwa­nia śmia­łego dok­tora i pod­da­nia się naj­groź­niej­szym tego skut­kom.

Roz­ma­ite względy dopro­wa­dziły go do takiej decy­zji. Naprzód dba­łość o swą repu­ta­cję w klu­bie. Tam ucho­dził zawsze za pierw­szo­rzędną powagę we wszyst­kim, co doty­czyło ćwi­czeń ciała, tak zaczep­nych jak odpor­nych i bez­spor­nych. Gdyby się cof­nął przy pierw­szej pró­bie, w oczach pre­zy­denta klubu sta­no­wi­sko jego byłoby na zawsze stra­cone. Po wtóre, przy­po­mniał sobie, iż sły­szał (od nie­wta­jem­ni­czo­nych), że świad­ko­wie zwy­kle uma­wiają się i nie kładą kul do pisto­le­tów. Na koniec sądził, że gdy wybie­rze sobie za świadka pana Snod­grassa i przed­stawi mu całe nie­bez­pie­czeń­stwo, gen­tle­man ten uwia­domi pewno o wszyst­kim pana Pic­kwicka, który nie­za­wod­nie da znać wła­dzy miej­sco­wej, zapo­bie­ga­jąc zabi­ciu albo uszko­dze­niu jego ucznia.

Obli­czyw­szy wszyst­kie te szanse powró­cił do sali i oświad­czył, iż przyj­muje wyzwa­nie dok­tora.

- Czy zechce mi pan wska­zać swego świadka, bym się z nim uło­żył co do czasu i miej­sca spo­tka­nia? - zapy­tał wtedy ofi­cer nader uprzej­mie.

- To zby­teczne, wskaż mi pan tylko czas i miej­sce, świa­dek przyj­dzie razem ze mną.

- Niech i tak będzie - rzekł ofi­cer obo­jęt­nie - dziś o zacho­dzie słońca, jeżeli pan nie ma nic prze­ciw temu.

- Bar­dzo dobrze - odparł pan Win­kle, myśląc w duchu, że bar­dzo źle.

- Zna pan warow­nię Pitt?

- Widzia­łem ją wczo­raj.

- Pój­dzie pan więc polem, koło wałów, potem ścieżką na lewo od rogu for­ty­fi­ka­cji, a potem pro­sto, aż tam, gdzie ja stać będę. Następ­nie pój­dziemy razem w miej­sce ustronne, gdzie rzecz odbę­dzie się bez żad­nej prze­szkody.

"Bez prze­szkody!" - pomy­ślał pan Win­kle.

- Sądzę, że nie mamy nic wię­cej do omó­wie­nia.

- Zdaje się, że nic.

- A więc żegnam.

- Żegnam.

I ofi­cer odszedł, wygwiz­du­jąc jakąś wesołą melo­dię.

Przy śnia­da­niu w dniu tym było jakoś nie­we­soło naszym podróż­ni­kom.

Pan Tup­man po nie­zwy­kłych zda­rze­niach ubie­głej nocy nie był w sta­nie pod­nieść się z łóżka; pan Snod­grass, zda­wało się, doświad­czał poetyc­kiego zaćmie­nia umy­słu; sam pan Pic­kwick oka­zy­wał nie­zwy­kłą skłon­ność do sodo­wej wody i mil­cze­nia; co do pana Win­kle'a ten szu­kał przede wszyst­kim spo­sob­no­ści do poro­zu­mie­nia się ze swym świad­kiem. Spo­sob­ność ta wkrótce się nada­rzyła; pan Snod­grass zapro­po­no­wał zwie­dze­nie zamku, a ponie­waż z całego towa­rzy­stwa jeden tylko Win­kle był uspo­so­biony do tej prze­chadzki, poszli więc we dwóch.

- Snod­grass - rzekł pan Win­kle, gdy zna­leźli się na ulicy - Snod­grass, mój przy­ja­cielu! Powiedz mi, czy mogę liczyć na twoją dys­kre­cję?

A mówiąc to pra­gnął gorąco, by na nią liczyć nie mógł.

- Możesz - odparł pan Snod­grass. - Przy­się­gam...

- Nie, nie! - prze­rwał mu Win­kle; prze­ra­żony myślą, iż przy­ja­ciel jego naj­nie­po­trzeb­niej może się zobo­wią­zać do nie­wy­da­nia go. - Nie przy­się­gaj! To zby­teczne.

Pan Snod­grass opu­ścił rękę, którą pod­niósł był poetycz­nie ku niebu, i przy­brał postawę wycze­ku­jącą.

- Potrze­buję, mój przy­ja­cielu, twych usług w spra­wie hono­ro­wej.

- Gotów jestem - odparł pan Snod­grass, ści­ska­jąc rękę swego towa­rzy­sza.

- Z dok­to­rem, dok­to­rem Slam­me­rem, z 97. pułku - dorzu­cił pan Win­kle, chcąc przed­sta­wić rzecz jak można naj­po­waż­niej. - Sprawa jest z ofi­ce­rem, który będzie miał za świadka innego ofi­cera. Dziś przed zacho­dem słońca, w ustron­nym miej­scu, poza warow­nią Pitt.

- Możesz liczyć na mnie - odrzekł pan Snod­grass, zdzi­wiony, ale nie prze­jęty. I rze­czy­wi­ście, nie masz nic god­niej­szego uwagi nad obo­jęt­ność, z jaką dowia­du­jemy się o podob­nego rodzaju spra­wach, gdy sami nie jeste­śmy główną stroną dzia­ła­jącą.

Pan Win­kle zapo­mniał o tym. Sądził o uczu­ciach swego przy­ja­ciela według wła­snych uczuć.

- Skutki mogą być okropne - prze­mó­wił pan Win­kle.

- Spo­dzie­wam się, że nie.

- Dok­tor, jak sądzę, strzela bar­dzo dobrze.

- Więk­sza część woj­sko­wych strzela dobrze - zauwa­żył pan Snod­grass ze spo­ko­jem - ale i ty strze­lasz dosko­nale.

Pan Win­kle odpo­wie­dział twier­dząco, lecz widząc, że nie­do­sta­tecz­nie prze­ra­ził swego towa­rzy­sza, zmie­nił bate­rię.

- Snod­grass - rzekł doń gło­sem drżą­cym ze wzru­sze­nia - jeżeli zginę, znaj­dziesz w moim pugi­la­re­sie list do...

Ten atak także się nie udał. Pan Snod­grass był wzru­szony, ale zobo­wią­zał się dorę­czyć list, i to z taką łatwo­ścią, jakby przez całe życie był listo­no­szem.

- Jeżeli zginę - mówił dalej pan Win­kle - albo jeżeli dok­tor zgi­nie, ty, mój przy­ja­cielu, będziesz sądzony jako wspól­nik czy nu dzia­ła­jący z roz­my­słem. Czyż mam nara­żać przy­ja­ciela na wygna­nie? Może doży­wot­nie wię­zie­nie?

Tym razem pan Snod­grass zawa­hał się: ale hero­izm jego był nie­po­ko­nany.

- Dla przy­ja­ciela - zawo­łał z zapa­łem - gotów jestem na wszyst­kie nie­bez­pie­czeń­stwa.

Bóg to jeden wie, jak nie­szczę­śliwy pan Win­kle prze­kli­nał w duchu poświę­ce­nie swego przy­ja­ciela. Przez jakiś czas szli w mil­cze­niu, obaj pogrą­żeni w myślach. Dzień upły­wał, a z nim zni­kała wszelka nadzieja ratunku.

- Snod­grass - zawo­łał wresz­cie pan Win­kle sta­nąw­szy nagle - nie wydaj mnie przed miej­scową wła­dzą, nie żądaj kon­sta­blów dla zapo­bie­że­nia poje­dyn­kowi; nie sta­raj się o to, by przy­trzy­mano mnie albo dok­tora Slam­mera z 97. pułku, obec­nie miesz­ka­ją­cego w kosza­rach Cha­tham. Pro­szę cię, byś nie czy­nił tego w zamia­rze nie­do­pusz­cze­nia do poje­dynku.

Pan Snod­grass pochwy­cił rękę swego przy­ja­ciela i zawo­łał z unie­sie­niem:

- Nie! Za nic w świe­cie!

Dreszcz prze­szedł po ciele pana Win­kle'a, gdy się prze­ko­nał, że i z tej strony nie ma się czego spo­dzie­wać i że nie­odwo­łal­nym jego prze­zna­cze­niem jest słu­żyć za żywy cel.

Opo­wie­dziaw­szy sobie ze wszyst­kimi szcze­gó­łami powody poje­dynku wstą­pili obaj do rusz­ni­ka­rza. Tu wyna­jęli skrzynkę z pisto­le­tami, uży­wa­nymi zwy­kle przy dawa­niu satys­fak­cji, i dołą­czyli do tego odpo­wied­nią ilość pro­chu, kap­sli i kul. Potem powró­cili do obe­rży: pan Win­kle, by roz­my­ślać o mają­cej nastą­pić walce, pan Snod­grass, by upo­rząd­ko­wać broń.

Gdy udali się następ­nie na nie­miłą wyprawę, nad­cho­dził wie­czór, smutny i jakiś ocię­żały. Pan Win­kle z obawy, by nie być spo­strze­żo­nym, owi­nął się w sze­roki płaszcz, pan Snod­grass pod swoim płasz­czem niósł narzę­dzia znisz­cze­nia.

- Czyś wziął ze sobą wszystko, co potrzeba? - zapy­tał pan Win­kle gło­sem wzru­szo­nym.

- Wszystko. Mam zapa­sowe naboje na wypa­dek, gdyby pierw­szy strzał nie dał rezul­tatu, ćwierć funta pro­chu w skrzynce i dwa dzien­niki w kie­szeni dla zro­bie­nia przy­bi­tek, gdy będzie potrzeba.

Były to dowody przy­jaźni, za które nie­po­dobna było nie czuć wdzięcz­no­ści. Przy­pusz­czać należy, iż wdzięcz­ność tę pan Win­kle uczu­wał aż nadto żywo, aby mógł ją wyra­zić, gdyż nie wyrzekł ani słowa, tylko zaczął iść nieco wol­niej.

- Przy­by­wamy w sam czas - powie­dział pan Snod­grass, prze­cho­dząc przez mie­dzę pierw­szego zagonu - wła­śnie słońce zacho­dzi.

Pan Win­kle spoj­rzał na czer­woną tar­czę chy­lącą się za wid­no­krąg i z bole­ścią pomy­ślał, iż może już jej nie zoba­czy wię­cej.

- Oto ofi­cer! - zawo­łał po nie­ja­kim cza­sie.

- Gdzie? - zapy­tał pan Snod­grass.

- Tam! Ten gen­tle­man w nie­bie­skim płasz­czu.

Oczy pana Snod­grassa zwró­ciły się w kie­runku palca pana Win­kle'a i ujrzał drugą figurę, która dała znak ręką i poszła przo­dem. Dwaj nasi przy­ja­ciele podą­żyli za nią w mil­cze­niu.

Wie­czór nad­cho­dził. Melan­cho­lijny wiatr dął po pustym polu, rzekł­byś - daleki poświst olbrzyma nawo­łu­ją­cego psy. Wszystko to wywarło ponure wra­że­nie na panu Win­kle'u. Prze­cho­dząc obok rogu warowni zadrżał: wyda­wało mu się, iż widzi jakiś olbrzymi gro­bo­wiec.

Wtem ofi­cer zeszedł ze ścieżki i prze­sko­czyw­szy przez płot wszedł na ustronne pole. Tu cze­kało dwóch panów. Jeden młody, tłu­sty, czer­wo­no­włosy; drugi słuszny i przy­stojny męż­czy­zna w sur­du­cie z potrze­bami, sie­dział na skła­da­nym krze­śle w naj­do­sko­nal­szym spo­koju.

- Nasi prze­ciw­nicy - rzekł pan Snod­grass - jak mi się zdaje, z chi­rur­giem. Prze­łknij no łyk wódki.

Pan Win­kle chci­wie chwy­cił opla­taną butelkę, podaną mu przez towa­rzy­sza, i dłu­gim łykiem wcią­gnął w sie­bie wzmac­nia­jący płyn.

- Mój przy­ja­ciel, pan Snod­grass - rzekł potem do zbliża jącego się ofi­cera.

Świa­dek dok­tora Slam­mera ukło­nił się i podał szka­tułkę podobną do tej, jaką przy­niósł ze sobą pan Snod­grass.

- Sądzę, mój panie, że nie mamy sobie nic do powie­dze­nia - zauwa­żył zimno, otwie­ra­jąc szka­tułkę. - Żadne tłu­ma­cze­nie nie wcho­dzi w grę.

- Nie wcho­dzi - odpo­wie­dział pan Snod­grass, któ­remu zaczęło się robić nie­do­brze.

- Czy zechce pan wymie­rzyć ze mną plac? - zapy­tał ofi­cer.

- Natu­ral­nie - odparł pan Snod­grass.

- Może jest pan zda­nia, że moje pisto­lety są lep­sze niż panów. Widzia­łeś pan, jak je nabi­ja­łem. Czy ma pan co prze­ciwko temu byśmy się nimi posłu­żyli?

- Nie mam nic - odpo­wie­dział pan Snod­grass. Pro­po­zy­cja ta wyba­wiła go z wiel­kiego kło­potu, gdyż wia­do­mo­ści jego o spo­so­bie nabi­ja­nia pisto­le­tów były cokol­wiek nie­okre­ślone i nie­ja­sne.

- Sądzę więc, iż możemy usta­wić prze­ciw­ni­ków - dalej ofi­cer z taką obo­jęt­no­ścią, jakby cho­dziło o par­tię sza­chów.

- Sądzę, że możemy - odparł pan Snod­grass, który by zresztą zgo­dził się na każdą inną pro­po­zy­cję, gdyż nic a nic nie znał się na tego rodzaju spra­wach.

Ofi­cer pod­szedł ku dok­to­rowi Slam­me­rowi, a tym­cza­sem pan Snod­grass zbli­żył się do pana Win­kle'a.

- Wszystko gotowe - rzekł, wrę­cza­jąc pisto­let. - Daj mi twój płaszcz.

- Masz tu mój pugi­la­res - rzekł nie­szczę­śliwy pan Win­kle.

- Wszystko pój­dzie dobrze. Zacho­waj spo­kój i mierz pro­sto w piersi.

Pan Win­kle pomy­ślał, iż rada ta była podobna do rady dawa­nej zwy­kle przez widzów przy­pa­tru­ją­cych się bory­ka­niu dwóch ulicz­ni­ków: - Powal go na zie­mię i trzy­maj pod sobą. - Dosko­nała rada, byle tylko wie­dzieć, jak ją wyko­nać! Ale koniec koń­ców pan Win­kle zdjął płaszcz w mil­cze­niu (płaszcz ten miał tę wła­ści­wość, że zdej­mo­wa­nie go wyma­gało dość dłu­giego czasu) i wziął pisto­let. Świad­ko­wie ode­szli na bok: jego­mość ze skła­da­nym krze­słem, a także dwaj wro­go­wie poczęli pod­cho­dzić ku sobie.

Pan Win­kle odzna­czał się zawsze wyso­kim huma­ni­ta­ry­zmem. Są poszlaki pozwa­la­jące przy­pusz­czać, że i tym razem wstręt, jakiego dozna­wał, widząc się zmu­szo­nym do szko­dze­nia z roz­my­słem jed­nemu ze swych bliź­nich, znie­wo­lił go do zamknię­cia oczu w chwili, gdy się zbli­żał do fatal­nego punktu, i że ta wła­śnie oko­licz­ność nie dozwo­liła mu dostrzec niczym nie wytłu­ma­czo­nego postę­po­wa­nia dok­tora Slam­mera. Czło­wiek ten, zbli­ża­jąc się do pana Win­kle'a zadrżał, otwo­rzył sze­roko oczy, jak tylko mógł, i w końcu zawo­łał:

- Stój­cie! stój­cie!

- Co to ma zna­czyć? - mówił dalej, gdy pan Snod­grass wraz z jego świad­kiem nad­bie­gli. - To nie ten.

- Nie ten? - zawo­łał świa­dek dok­tora Slam­mera.

- Nie ten? - zawo­łał pan Snod­grass.

- Nie ten? - zawo­łał jego­mość ze skła­da­nym stoł­kiem pod pachą.

- Nie ten - powtó­rzył raz jesz­cze dok­tor. - Tak, to nie ten czło­wiek, który mnie wczo­raj obra­ził!

- To szcze­gólne! - zawo­łał ofi­cer.

- Szcze­gólne - powtó­rzył jego­mość ze stoł­kiem. - Ale teraz - dodał - zacho­dzi nastę­pu­jąca kwe­stia. Czy pan znaj­du­jący się obec­nie na placu nie powi­nien by być dla zacho­wa­nia for­mal­no­ści uznany za osobę, która wczo­raj wie­czo­rem obra­ziła naszego przy­ja­ciela, dok­tora Slam­mera?

Rzu­ciw­szy tę nową myśl, z miną nie­zwy­kle mądrą i tajem­ni­czą, jego­mość ze stoł­kiem zażył tęgi niuch tabaki i spoj­rzał dokoła z powagą osoby przy­wy­kłej być auto­ry­te­tem.

Ale teraz i pan Win­kle otwo­rzył oczy, a także i uszy, usły­szaw­szy, że prze­ciw­nik jego żąda zawie­sze­nia kro­ków nie­przy­ja­ciel­skich. Domy­śliw­szy się z tego, co następ­nie powie­dziano, iż zaszła jakaś omyłka co do osoby, pojął od razu, ile może zyskać jego repu­ta­cja, jeżeli ukryje rze­czy­wi­ste powody, które go skło­niły do poje­dyn­ko­wa­nia się. Poszedł więc śmiało naprzód i powie­dział:

- Wiem dobrze, że to nie ja jestem prze­ciw­ni­kiem dok­tora.

- W takim razie - rzekł jego­mość ze stoł­kiem - jest to afront dla dok­tora Slam­mera, a co za tym idzie, dosta­teczny powód do poje­dynku.

- Daj pokój, Payne - prze­rwał świa­dek dok­tora. A potem, zwra­ca­jąc się do pana Win­kle'a, zapy­tał:

- Dla­czego nie powie­dział mi pan tego dziś rano?

- Tak! tak! Dla­czego nie powie­dział dziś rano? - wyrwał się znowu obu­rzony jego­mość ze stoł­kiem.

- Pro­szę cię, Payne, daj spo­kój! - ode­zwał się świa­dek i znów, zwra­ca­jąc się do pana Win­kle'a, dodał: - Czy mam powtó­rzyć moje pyta­nie?

- Ponie­waż - odrzekł pan Win­kle, który miał już czas obmy­ślić odpo­wiedź - ponie­waż powie­dział mi pan, iż osoba, o którą cho­dzi, ubrana była we frak, który ja tylko mam honor nosić, który sam wyna­la­złem. Jest to uni­form zapro­jek­to­wany dla Klubu Pic­kwicka w Lon­dy­nie. Czuję się w obo­wiązku bro­nić honoru tego uni­formu i w takim to celu, bez dal­szych wyja­śnień, przy­ją­łem wyzwa­nie.

- Kochany panie - odrzekł na to mały, poczciwy dok­tor, poda­jąc mu rękę - sza­nuję pań­ską odwagę. Pozwól mi pan dodać, iż wysoko cenię jego postę­po­wa­nie i że bar­dzo żałuję, żem go nie­po­trzeb­nie faty­go­wał.

- Nie mówmy o tym wię­cej - odrzekł grzecz­nie pan Win­kle.

- Będę miał sobie za zaszczyt bli­żej poznać pana - cią­gnął dalej mały dok­tor.

- I dla mnie, panie, będzie to naj­więk­szą przy­jem­no­ścią - odpo­wie­dział pan Win­kle.

Następ­nie uści­snął rękę dok­tora, jego świadka, porucz­nika Tap­ple­tona, jego­mo­ścia ze skła­da­nym stoł­kiem, na koniec pana Snod­grassa, który z nie­sły­cha­nym uwiel­bie­niem patrzył na szla­chetne zacho­wa­nie się swego boha­ter­skiego przy­ja­ciela.

- Sądzę, że teraz możemy się rozejść - rzekł porucz­nik Tap­ple­ton.

- Natu­ral­nie - odpo­wie­dział dok­tor.

- Chy­baby pan Win­kle - wtrą­cił jego­mość ze stoł­kiem - chy­baby pan Win­kle czuł się obra­żony wyzwa­niem. W takim razie jestem zda­nia, iż ma prawo żądać satys­fak­cji.

Pan Win­kle, z naj­da­lej idącą abne­ga­cją swego wła­snego "ja", oświad­czył, że czuje się naj­zu­peł­niej usa­tys­fak­cjo­no­wany.

- Może - zaczął znowu jego­mość ze stoł­kiem - może świa­dek pana Win­kle'a czuje się oso­bi­ście obra­żony nie­któ­rymi mymi uwa­gami w począt­kach tego spo­tka­nia. W takim razie gotów jestem dać mu bez­zwłocz­nie satys­fak­cję.

Pan Snod­grass pośpie­szył oświad­czyć, że jest wdzięczny za tę uprzejmą pro­po­zy­cję i że tylko jedno stoi mu na prze­szko­dzie do jej przy­ję­cia, a mia­no­wi­cie to, że czuje się wielce usa­tys­fak­cjo­no­wany obro­tem, jaki wzięła sprawa.

Po tak szczę­śli­wym roz­wią­za­niu świad­ko­wie powkła­dali do skrzy­nek mor­der­cze przy­rządy i opu­ścili plac boju, nie­rów­nie weselsi, niż gdy tam szli.

- Czy pan długo tu pozo­sta­nie? - zapy­tał dok­tor Slam­mer pana Win­kle'a, gdy powra­cali.

- Sądzę, że odje­dziemy poju­trze.

- Bar­dzo bym był szczę­śliwy, gdy­byś pan po tym śmiesz­nym qui pro quo zro­bił mi zaszczyt i zechciał odwie­dzić mnie wraz ze swym przy­ja­cie­lem. Czy jest pan gdzie zapro­szony?

- Mam kilku przy­ja­ciół w obe­rży "Pod Bykiem" i chciał­bym być z nimi. Ale bar­dzo by nam było przy­jem­nie, gdy­by­ście pano­wie spę­dzili wie­czór z nami.

- Z naj­więk­szą chę­cią. Czy nie będzie późno o dzie­sią­tej godzi­nie?

- By­naj­mniej. Bar­dzo mi będzie miło przed­sta­wić panów moim przy­ja­cio­łom, panu Pic­kwic­kowi i panu Tup­ma­nowi.

- I mnie także - odpo­wie­dział dok­tor, nie przy­pusz­cza­jąc, że zna pana Tup­mana.

- Więc pano­wie przyjdą z pew­no­ścią? - zapy­tał pan Snod­grass.

- O, naj­nie­za­wod­niej.

Tak roz­ma­wia­jąc wyszli na gości­niec. Poże­gnano się z wielką ser­decz­no­ścią. Dok­tor ze swymi przy­ja­ciółmi udał się do koszar, a pano­wie Win­kle i Snod­grass wesoło powró­cili do obe­rży.

Rozdział III

Nowa zna­jo­mość - Opo­wieść włó­częgi - Nie­miła prze­szkoda - Przy­kre spo­tka­nie

Pan Pic­kwick dozna­wał pew­nego nie­po­koju z powodu za dłu­giej nieco nie­obec­no­ści dwóch swo­ich przy­ja­ciół, przy­po­mniaw­szy sobie zwłasz­cza nie­po­jęte ich ranne zacho­wa­nie się. Toteż z praw­dziwą przy­jem­no­ścią powi­tał ich i z nie­zwy­kłym zaję­ciem zapy­tał, gdzie bawili tak długo. W odpo­wie­dzi na to pan Snod­grass zabie­rał się już do tre­ści­wego opisu zaszłych wypad­ków, gdy spo­strzegł mię­dzy panem Tup­ma­nem a towa­rzy­szem ich podróży w zie­lo­nym fraku jakie­goś nowego nie­zna­jo­mego, wyglą­da­ją­cego nie mniej ory­gi­nal­nie. Był to czło­wiek widocz­nie zesta­rzały wśród trosk, któ­rego wychu­dłym policz­kom, ster­czą­cym kościom, błysz­czą­cym, cho­ciaż mocno zapa­dłym oczom nada­wały jesz­cze ostrzej­szego wyrazu czarne, dłu­gie włosy spa­da­jące w nie­ła­dzie na koł­nierz. Szczęki jego były tak dłu­gie i tak chude, iż można by sądzić, że naumyśl­nie je wycią­gał, gdyby nie­ru­cho­mość rysów i na pół otwarte usta nie prze­ko­ny­wały, że jest to zwy­kły jego wygląd. Szyję miał okrę­coną zie­lo­nym sza­lem, któ­rego sze­ro­kie końce, spa­da­jące na piersi, wyglą­dały spomię­dzy guzi­ków sta­rej kami­zelki. Miał na sobie długi, czarny sur­dut, spodnie z gru­bego sukna i buty mocno sfa­ty­go­wane.

Oczy pana Win­kle'a zatrzy­mały się na tej nie umy­tej figu­rze; pan Pic­kwick, dostrze­gł­szy to, powie­dział, wska­zu­jąc ręką na nie­zna­jo­mego:

- Przy­ja­ciel naszego nowego przy­ja­ciela. Dziś rano odkry­li­śmy, że nowy nasz przy­ja­ciel jest zaan­ga­żo­wany do tutej­szego teatru, cho­ciaż nie życzy sobie, by to roz­gła­szano. Gen­tle­man należy rów­nież do tej pro­fe­sji i wła­śnie, gdy­ście wcho­dzili, miał nam opo­wie­dzieć pewną aneg­dotę.

- Masa aneg­dot! - rzekł nie­zna­jomy w zie­lo­nym fraku, pod­cho­dząc do pana Win­kle'a i doda­jąc po cichu: - Szcze­gól­nego rodzaju czło­wiek, nie arty­sta, grywa role dru­go­rzędne, dziwny czło­wiek, wszel­kiego rodzaju nędza. Nazy­wamy go Jaku­bem Ponu­rym.

Pano­wie Win­kle i Snod­grass skło­nili się gen­tle­ma­nowi noszą­cemu to dziwne prze­zwi­sko i zasiadł­szy do stołu zażą­dali grogu, naśla­du­jąc w tym resztę towa­rzy­stwa.

- Teraz, panie - rzekł pan Pic­kwick - zechciej zro­bić nam tę przy­jem­ność i zacznij.

Jakub Ponury wyjął z kie­szeni zwój zasmo­lo­nego papieru i zwra­ca­jąc się do pana Snod­grassa zapy­tał ochry­płym gło­sem, będą­cym w naj­do­sko­nal­szej har­mo­nii z jego powierz­chow­no­ścią:

- Czy pan jest poetą?

- Tak... pró­buję sił w tej dzie­dzi­nie - odrzekł pan Snod­grass, nieco zmie­szany nie­spo­dzie­wa­nym zapy­ta­niem.

- O! Poezja jest dla życia tym, czym świa­tło i muzyka dla teatru. Ogo­łoć pan jedno z jego fał­szy­wych ozdób, a dru­gie ze złu­dzeń, cóż zaj­mu­ją­cego pozo­sta­nie w obu? Tak na przy­kład: przed kin­kie­tami patrzy pan na kró­lew­ski orszak, podzi­wia pan jedwabne szaty świet­nego tłumu, a sta­nąw­szy za kuli­sami jesteś ludem wyra­bia­ją­cym te piękne stroje, motło­chem nic nie zna­czą­cym i pogar­dza­nym, który może upa­dać i pod­no­sić się, żyć i umie­rać, jak się podoba losowi, i nikogo to nie obcho­dzi.

- Nie­wąt­pli­wie - odpo­wie­dział pan Snod­grass, gdyż zapa­dłe oczy nie­zna­jo­mego były weń utkwione, czuł więc potrzebę powie­dze­nia cze­go­kol­wiek.

- No, Jaku­bie - zawo­łał hisz­pań­ski podróż­nik - nabierz no otu­chy, dość tego skrze­cze­nia.

- Czy pozwoli pan jesz­cze jedną szkla­neczkę przed zaczę­ciem? - zapy­tał pan Pic­kwick.

Ponury czło­wiek przy­jął pro­po­zy­cję, nalał sobie szklankę grogu, z wolna odpił połowę, roz­wi­nął rulon papieru i zaczął ni to czy­tać, ni to opo­wia­dać nastę­pu­jące zda­rze­nie, które zostało wnie­sione do pro­to­ko­łów klubu jako Opo­wieść włó­częgi.

OPOWIEŚĆ WŁÓCZĘGI

- W tym, co chcę pań­stwu opo­wie­dzieć, nie ma nic cudow­nego - powie­dział ponury czło­wiek - nawet nic nad­zwy­czaj­nego. Nie­do­sta­tek i cho­roba nazbyt są znane w wielu warun­kach życia, aby zasłu­gi­wały na więk­szą uwagę, niż w ogóle oka­zuje się naj­pow­szech­niej­szym sła­bost­kom natury ludz­kiej. Zebra­łem tu luźne notatki, gdyż przed­miot ich był mi dobrze znany od wielu lat. Śle­dzi­łem jego upa­dek, krok za kro­kiem, aż wresz­cie osią­gnął to dno nędzy, z któ­rego ni­gdy nie mógł się już pod­nieść.

Czło­wiek, o któ­rym mówię, był nędz­nym akto­rem pan­to­mi­micz­nym. I jak wielu ludzi tej sfery, zwy­czaj­nym opo­jem; za lep­szych swo­ich dni, zanim wyczer­pały go hulanki i wynisz­czyły cho­roby, otrzy­my­wał dobre hono­ra­rium, które, gdyby był roz­sądny i zapo­bie­gliwy, mógłby otrzy­my­wać jesz­cze przez jakiś czas, nie­zbyt długi, gdyż ci ludzie albo umie­rają wcze­śnie, albo przez nad­mierne opo­dat­ko­wa­nie swo­jej ener­gii cie­le­snej tracą przedwcze­śnie owe fizyczne uzdol­nie­nia, na któ­rych wyłącz­nie mogą oprzeć swoje ist­nie­nie. Uparty nałóg opa­no­wał go jed­nak tak szybko, że było rze­czą nie­moż­liwą uży­wać go w sytu­acjach, w któ­rych naprawdę był poży­teczny teatrowi. Karczmy miały dla niego urok, któ­remu nie potra­fił się oprzeć. Gdyby nie zmie­nił na czas kursu, cho­roba i bez­na­dziejna nędza ocze­ki­wa­łyby go rów­nie pew­nie jak śmierć; a że go nie zmie­nił, więc rezul­tatu łatwo się domy­ślić. Nie mógł otrzy­mać enga­ge­ment i nie miał na kawa­łek chleba.

Każdy choć tro­chę obe­znany ze spra­wami teatru wie, że całe zastępy obdar­tych, zje­dzo­nych nędzą ludzi kręcą się koło sceny więk­szych przed­się­biorstw teatral­nych; nie są to akto­rzy stale zaan­ga­żo­wani, ale balet­nicy, ludzie z tłumu, akro­baci itp., któ­rych się bie­rze do jakiejś pan­to­mimy lub przed­sta­wie­nia wiel­ka­noc­nego, a potem zwal­nia do czasu, aż nowe uro­czy­ste przed­sta­wie­nie da spo­sob­ność do korzy­sta­nia z ich usług. Do tego rodzaju życia został zmu­szony ów czło­wiek. Gdyby zna­lazł zaję­cie co noc w któ­rymś z pod­rzęd­nych teatrów, miałby o kilka szy­lin­gów wię­cej tygo­dniowo i jed­no­cze­śnie mógłby hoł­do­wać swo­jemu daw­nemu nało­gowi. Ale i te źró­dła zawio­dły go wkrótce. Zanadto bry­kał, by mógł zaro­bić sobie na nędzne pokrze­pie­nie, i wkrótce został dopro­wa­dzony do stanu gra­ni­czą­cego z gło­dem; zale­d­wie od czasu do czasu zdo­by­wał marne gro­sze, gdy udało mu się poży­czyć od któ­rego z daw­nych kom­pa­nów lub gdy pozwo­lono mu poka­zać się w któ­rymś z mniej­szych teatrów, a gdy zdo­był w końcu jakieś pie­nią­dze, trwo­nił je w zwy­kły spo­sób.

W tym cza­sie, kiedy mniej wię­cej od roku żył nie wia­domo z czego, otrzy­ma­łem małe enga­ge­ment w jed­nym z teatrów na brzegu rzeki od strony Sur­rey. Tam spo­tka­łem owego czło­wieka, któ­rego od dawna stra­ci­łem z oczu, gdyż podró­żo­wa­łem po pro­win­cji, on zaś wałę­sał się po ale­jach i zauł­kach Lon­dynu. Ubra­łem się do wyj­ścia i wła­śnie prze­cho­dzi­łem przez scenę, gdy ude­rzył mnie po ramie­niu. Ni­gdy nie zapo­mnę odpy­cha­ją­cego widoku, jaki ujrzały moje oczy, gdy się odwró­ci­łem! Był ubrany do pan­to­mimy z całą absur­dal­no­ścią bła­zeń­skiego stroju. Upiorne posta­cie Tańca Śmierci, naj­po­twor­niej­sze kształty, jakie naj­bar­dziej uta­len­to­wany malarz kie­dy­kol­wiek rzu­cił na płótno, ani w poło­wie nie były tak upiorne. Jego opu­chłe ciało i drżące nogi - efekt ten tysiąc­krot­nie powięk­szał fan­ta­styczny strój - szkli­ste oczy sta­no­wiły potworny kon­trast z grubą war­stwą bia­łej szminki pokry­wa­ją­cej twarz. Gro­te­skowe przy­bra­nie głowy, trzę­są­cej się jak u para­li­tyka, i dłu­gie, kości­ste ręce wysma­ro­wane białą kredą - wszystko to nada­wało mu straszny i nie­na­tu­ralny wygląd. Naj­do­kład­niej­szy opis nie może dać o tym wła­ści­wego poję­cia - dziś jesz­cze drżę na to wspo­mnie­nie. Głos miał głę­boki i tre­mo­lu­jący, gdy odcią­gnął mnie na stronę. Ury­wa­nymi sło­wami wygło­sił długą lita­nię cho­rób i bra­ków, koń­cząc, jak zwy­kle, gorącą prośbą o poży­cze­nie mu tro­chę pie­nię­dzy. Wło­ży­łem mu kilka szy­lin­gów do ręki, a kie­dym się odwró­cił, usły­sza­łem wybuch śmie­chu towa­rzy­szący jego sko­kom na sce­nie.

W parę wie­czo­rów póź­niej jakiś chło­piec wsu­nął mi do ręki brudny skra­wek papieru, na któ­rym było kilka słów dono­szą­cych, że ów czło­wiek jest nie­bez­piecz­nie chory i prosi, abym po przed­sta­wie­niu odwie­dził go w jego miesz­ka­niu na jakiejś tam ulicy - zapo­mnia­łem już nazwy - nie­zbyt odle­głej od teatru. Obie­ca­łem sta­wić się, jak tylko będę wolny; gdy kur­tyna zapa­dła, posze­dłem speł­nić swą smutną misję.

Było późno, gdyż gra­łem w ostat­niej sztuce. A ponie­waż był to wie­czór bene­fi­sowy, przed­sta­wie­nie cią­gnęło się nie­zwy­kle długo. Noc była ciemna, zimna, przej­mu­jący wicher gnał stru­mie­nie desz­czu w okna i fronty domów. Kałuże wody potwo­rzyły się w nie­uczęsz­cza­nych i wąskich zauł­kach, a ponie­waż więk­szość latarni olej­nych zga­sił wicher, prze­chadzka była nie tylko nie­wy­godna, ale i nie­pewna. Szczę­śli­wie posze­dłem we wła­ści­wym kie­runku i po pew­nych trud­no­ściach udało mi się odna­leźć dom, do któ­rego mnie skie­ro­wano - skład na węgle z jed­no­pię­trową nad­bu­dówką. W ubo­gim pokoju, w głębi, leżał przed­miot moich poszu­ki­wań.

Kobieta o nędz­nym wyglą­dzie, żona owego czło­wieka, spo­tkała mnie na scho­dach i mówiąc, że wła­śnie wpadł w rodzaj otę­pie­nia, wpro­wa­dziła mnie ostroż­nie i przy­su­nęła mi krze­sło do łóżka. Chory leżał z twa­rzą obró­coną do ściany, a ponie­waż nie zwró­cił żad­nej uwagi na moją obec­ność, mia­łem moż­ność rozej­rzeć się, gdzie jestem.

Leżał na lichym łóżku; znisz­czone szczątki poszar­pa­nych fira­nek wisiały w gło­wie łóżka, aby zasło­nić cho­rego od wia­tru, który pomimo to toro­wał sobie drogę do ubo­giego pokoju przez liczne szpary we drzwiach i dął w roz­ma­itych kie­run­kach. Na żela­znym rusz­cie tlił się ogień. Znisz­czony trój­kątny stół, na nim kilka fla­szek od lekarstw i stłu­czona szklanka. Na pro­wi­zo­rycz­nym posła­niu na pod­ło­dze stało dziecko, przy nim na krze­śle sie­działa kobieta. Pod ścianą - półki, na nich kilka tale­rzy, kub­ków i sala­te­rek; obok para trze­wi­ków teatral­nych i kilka blach. Z wyjąt­kiem gar­ści szmat i gał­ga­nów, rzu­co­nych nie­dbale w kąt, nic wię­cej nie było w pokoju.

Mia­łem czas dostrzec te szcze­góły i zauwa­żyć ciężki oddech oraz gorącz­kowe ruchy cho­rego, zanim on zdał sobie sprawę z mojej obec­no­ści. Nie­spo­koj­nie szu­ka­jąc miej­sca, w któ­rym mógłby poło­żyć głowę, wycią­gnął rękę z łóżka i dotknął mojej ręki. Zerwał się i spoj­rzał badaw­czo w moją twarz.

- Pan Hutley, Joh­nie - powie­działa żona - pan Hutley, po któ­rego posy­ła­łeś wie­czo­rem.

- A! - powie­dział chory, trąc ręką czoło - Hudey... Hudey... pozwól­cie... - Przez chwilę usi­ło­wał zebrać myśli, po czym schwy­cił mnie za prze­gub dłoni i zawo­łał: - Nie zosta­wiaj mnie... nie zosta­wiaj mnie... Ona mnie zamor­duje, zamor­duje mnie!

- Czy to już dawno? - spy­ta­łem, zwra­ca­jąc się do pła­czą­cej nie­wia­sty.

- Od wczo­raj wie­czo­rem - odpo­wie­działa. - John! John! Czy mnie nie pozna­jesz?!

- Nie pusz­czaj jej do mnie! - zawo­łał chory i wzdry­gnął się. - Zabierz ją! Nie zno­szę jej obec­no­ści. - Spoj­rzał na nią dziko, z wyra­zem śmier­tel­nego prze­stra­chu, po czym szep­nął mi do ucha: - Biłem ją, Jaku­bie. Biłem ją wczo­raj i nie­raz przed­tem... Gło­dzi­łem ją i małego rów­nież. A teraz, kiedy jestem słaby i bez­bronny, ona mnie zamor­duje. Jaku­bie, wiem, że mnie zamor­duje! Gdy­byś sły­szał ją, jak pła­cze - ja sły­szałem! - też byś wie­dział, że mnie zamor­duje! Nie dopusz­czaj jej do mnie! - Zwol­nił uścisk i wyczer­pany, opadł na poduszkę.

Wie­dzia­łem aż nadto dobrze, co to zna­czy. Gdy­bym miał choć cień wąt­pli­wo­ści, jedno spoj­rze­nie na bladą twarz nie­wia­sty i na jej wychu­dzoną postać wytłu­ma­czy­łoby mi dosta­tecz­nie całą prawdę. - Lepiej niech pani nie pod­cho­dzi - powie­dzia­łem do nie­szczę­śli­wej. - Nic mu pani nie pomoże. Może się uspo­koi nie widząc pani. - Usu­nęła mu się z oczu. Otwo­rzył powieki po chwili i obej­rzał się trwoż­li­wie.

- Poszła? - spy­tał gorącz­kowo.

- Tak, tak! - potwier­dzi­łem z zapa­łem. - Nic ci nie zrobi!

- Coś ci powiem, Jaku­bie - powie­dział cichym gło­sem. - Ona już mi coś robi... Jest w jej oczach coś, co budzi w moim sercu taki strach, że docho­dzę do sza­leń­stwa! Przez całą zeszłą noc jej badaw­cze oczy i blada twarz były tuż przy mnie. Gdzie ja się obró­ci­łem, obra­cały się i one. Ile razy budzi­łem się ze snu, sie­działa przy łóżku, patrząc na mnie. - Kazał mi się przy­su­nąć bli­żej i mówił głę­bo­kim, trwoż­li­wym szep­tem: - Jaku­bie, to musi być zły duch! Dia­beł! Brr! Wiem, że jest dia­błem! Gdyby była kobietą, dawno by umarła. Kobieta nie znio­słaby tego, co ona.

Słabo mi się zro­biło na myśl o tym potwor­nym zanie­dby­wa­niu żony i znę­ca­niu się nad nią, które musiało go dopro­wa­dzić do takiego wnio­sku. Nie zna­la­złem odpo­wie­dzi; któż bowiem zna­la­złby wyrazy nadziei lub pocie­chy dla tej nik­czem­nej kre­atury, którą mia­łem przed oczyma?

Sie­dzia­łem przy nim około dwóch godzin. Przez ten czas rzu­cał się, jęczał z bólu lub nie­cier­pli­wo­ści, nie­ustan­nie wyma­chi­wał rękami i prze­wra­cał się z jed­nego boku na drugi. W końcu popadł w stan pół świa­do­mo­ści, w któ­rej myśli wędrują od sceny do sceny bez kon­troli rozumu. Nie­zdolny był jed­nak uwol­nić się od cier­pie­nia. Prze­ko­naw­szy się ze sko­ków jego myśli, że zaszedł ten wła­śnie wypa­dek, i widząc, że według wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa gorączka natych­miast się pod­nie­sie, opu­ści­łem go, obie­cu­jąc nie­szczę­snej żonie, że pono­wię swoje odwie­dziny następ­nego wie­czora, a jeżeli zaj­dzie tego potrzeba, będę czu­wał nad cho­rym w nocy.

Dotrzy­ma­łem obiet­nicy. Ostat­nie 24 godziny spro­wa­dziły strasz­liwą zmianę. Oczy, olbrzy­mie, głę­boko zapa­dłe, błysz­czały tak, że trudno było wytrzy­mać ich spoj­rze­nie. Wargi miał spie­czone i popę­kane w wielu miej­scach. Sucha skóra była roz­pa­lona. W twa­rzy tego czło­wieka wyczy­ta­łem jakiś nie­sa­mo­wity wyraz stra­chu, zdra­dza­jący jesz­cze wyraź­niej postępy cho­roby. Gorączka doszła do naj­wyż­szego stop­nia.

Sia­dłem na krze­śle, które zaj­mo­wa­łem poprzed­niej nocy, i sie­dzia­łem przy nim dłu­gie godziny, słu­cha­jąc dźwię­ków, które tra­fić muszą do głębi serc naj­bar­dziej zatwar­dzia­łych ludzi. Było to potworne bre­dze­nie kona­ją­cego. Z tego, co usły­sza­łem od fel­czera, wie­dzia­łem, że nie ma żad­nej nadziei. Sie­dzia­łem przy łożu śmierci. Patrzy­łem na scho­rzałe koń­czyny, które przed kil­koma godzi­nami wykrzy­wiały się ku ucie­sze burz­li­wej gale­rii, wijące się w mękach gorączki, sły­sza­łem ostry śmiech klowna poprzez char­cze­nie kona­ją­cego.

Jest to moment wzru­sza­jący, gdy sły­szy się, jak mózg cze­pia się zwy­kłych zajęć i zdro­wia, a ciało leży bez­silne i słabe. Ale gdy cha­rak­ter owych zajęć jest naj­bar­dziej krań­co­wym prze­ci­wień­stwem naszych pojęć o tym, co uwa­żamy w życiu za uro­czy­ste i poważne, naten­czas wra­że­nie jest jesz­cze potęż­niej­sze. Teatr i karczma - oto główne tematy maja­czeń nie­szczę­śli­wego. Zda­wało mu się, że jest wie­czór; ma grać tej nocy; jest już późno, musi natych­miast wyjść z domu. Dla­czego go zatrzy­mują? I nie dają mu iść! Straci zaro­bek - musi iść! Nie! Nie! Nie pusz­czają go! Ukrył twarz w roz­pa­lo­nych dło­niach i sła­bym gło­sem skar­żył się na swoją sła­bość i na okru­cień­stwo swego oto­cze­nia. Krótka pauza - a potem wyrzu­cił z sie­bie kilka wier­szy­deł o pod­łych rymach; ostat­nie, któ­rych się nauczył. Pod­niósł się na łóżku. Zmógł się w sobie i przy­brał dzi­waczną pozy­cję; był w teatrze... Chwila mil­cze­nia, po czym szep­tem zaczął śpie­wać jakąś pio­senkę. Jest znowu w swoim sta­rym domu! Na koniec! Jak cie­pło w tym pokoju! Był chory, bar­dzo chory, ale już jest zdrów i bar­dzo szczę­śliwy. Napeł­nić szklankę! Kto to odej­muje ją od warg?! Ten sam prze­śla­dowca, który doku­czał mu przed­tem. Znowu opadł na poduszki, jęcząc gło­śno. Krótki okres zapo­mnie­nia, i oto znowu wędruje przez sze­reg niskich, skle­pio­nych izb - tak niskich, że chwi­lami musi zgi­nać ręce i nogi, żeby móc przejść. Ciemno tu było i cia­sno, w któ­rą­kol­wiek stronę się zwró­cił, wszę­dzie napo­ty­kał prze­szkody. Roiło się tam od insek­tów - wstrętne, peł­za­jące stwo­rze­nia z oczyma utkwio­nymi w niego, zda­wało się, wypeł­niały powie­trze - błysz­czały groź­nie w nie­prze­par­tym mroku. Ściany i sufit były jakby żywe od rusza­ją­cych się pła­zów. Skle­pie­nie przy­bie­rało potworne roz­miary - straszne posta­cie uwi­jały się wszę­dzie - twa­rze ludzi, któ­rych znał, wykrzy­wione gry­ma­sem, migały mię­dzy nimi. Przy­pie­kały go roz­pa­lo­nym żela­zem, ści­skały głowę sznu­rami, aż krew krze­pła. Wście­kle wal­czył o życie.

Po jed­nym z takich ata­ków (z tru­dem utrzy­ma­łem go na łóżku) popadł w stan, który wyda­wać się mógł snem. Zmę­czony czu­wa­niem i moco­wa­niem się z nim, zamkną­łem na chwilę oczy, gdy nagle uczu­łem, że ktoś schwy­cił mnie za ramię. Zbu­dzi­łem się natych­miast. Uniósł się tak, że pra­wie sie­dział na łóżku. Twarz miał strasz­nie zmie­nioną, ale wró­ciła mu przy­tom­ność - gdyż wyraź­nie poznał mnie. Dzie­cina, którą dawno już zbu­dziły jego jęki, pod­nio­sła się na swym posła­niu i bie­gła do ojca, krzy­cząc ze stra­chu - matka szybko pochwy­ciła ją w ramiona, bojąc się, że ojciec skrzyw­dzi ją w napa­dzie szału. Ale prze­ra­żona zmianą, jaka w nim zaszła, sta­nęła nie­ru­chomo przy łóżku. Kon­wul­syj­nie schwy­cił mnie za ramię i dotknął ręką piersi... Roz­pacz­li­wie pró­bo­wał wydo­być z piersi głos... Nie mógł. Wycią­gnął do nich ręce - i zro­bił jesz­cze jeden roz­pacz­liwy wysi­łek... Char­kot - błysk oczu - stłu­miony jęk - i opadł z powro­tem... nie­żywy!

*

Spra­wi­łoby nam naj­wyż­szą radość, gdy­by­śmy mogli zapro­to­ko­ło­wać opi­nię pana Pic­kwicka o opo­wie­dzia­nej przed chwilą aneg­do­cie. Nie wąt­pimy, że mogli­by­śmy przed­sta­wić tę opi­nię naszym czy­tel­ni­kom, gdyby nie pewne nie­szczę­śliwe oko­licz­no­ści.

Pan Pic­kwick posta­wił na stół szklankę, któ­rej pod­czas ostat­nich zdań opo­wia­da­nia nie wypusz­czał z rąk. Pan Pic­kwick goto­wał wła­śnie swój wznio­sły umysł do wypo­wie­dze­nia w tej spra­wie sądu i nawet otwo­rzył już usta (o czym mamy wia­do­mo­ści z nota­tek pana Snod­grassa), gdy gar­son wszedł do pokoju i powie­dział:

- Panie, przy­było tu kilku panów.

Pan Pic­kwick surowo spoj­rzał na gar­sona, a potem po całym towa­rzy­stwie, jakby zapy­tu­jąc, kto by to mógł przyjść.

- O! - zawo­łał pan Win­kle, wsta­jąc - to moi przy­ja­ciele, proś, niech wejdą.

A gdy gar­son odda­lił się, rzekł:

- Bar­dzo przy­jemni ludzie, ofi­ce­ro­wie z 97. pułku, z któ­rymi zazna­jo­mił mnie dość szcze­gólny traf. Pewny jestem, że będą się podo­bać nam wszyst­kim.

Pogoda powró­ciła na twarz pana Pic­kwicka. Gar­son wpro­wa­dził do pokoju trzech gen­tle­ma­nów i pan Win­kle począł ich przed­sta­wiać.

- Porucz­nik Tap­ple­ton; pan Pic­kwick - dok­tor Payne; pan Pic­kwick... Pano­wie znają już mego przy­ja­ciela, pana Snod­grassa... Przy­ja­ciel mój, pan Tup­man. Dok­tor Slam­mer; pan Pic­kwick... pan Tup...

Tu pan Win­kle nagle zatrzy­mał się, dostrze­gł­szy wiel­kie wzru­sze­nie dok­tora i pana Tup­mana.

- Już spo­tka­łem raz tego gen­tle­mana - rzekł dok­tor z ener­gią.

- A! a! - zawo­łał pan Win­kle.

- I to indy­wi­duum także, jeżeli się nie mylę - mówił dalej dok­tor Slam­mer, utkwiw­szy badaw­czy wzrok w nie­zna­jo­mego w zie­lo­nym fraku. - Sądzę, że zeszłej nocy wysto­so­wa­łem do tego indy­wi­duum aż nazbyt dosadne wezwa­nie, które uznał za wła­ściwe odrzu­cić.

Wyma­wia­jąc te wyrazy, dok­tor rzu­cił na nie­zna­jo­mego wzrok pełen obu­rze­nia i począł roz­ma­wiać po cichu, ale żywo z porucz­ni­kiem Tap­ple­to­nem. Gdy skoń­czył, porucz­nik zawo­łał:

- Czy tak?

- Tak - odpo­wie­dział dok­tor Slam­mer.

- Trzeba z nim skoń­czyć od razu - rzekł z naj­więk­szą powagą wła­ści­ciel skła­da­nego stołka.

- Pro­szę cię, Payne, bądź spo­koj­niej­szy - ode­zwał się porucz­nik, potem zwra­ca­jąc się do pana Pic­kwicka, szcze­gól­nie zain­try­go­wa­nego całym tym nie­grzecz­nym zacho­wa­niem, mówił dalej:

- Pozwoli pan zapy­tać, czy ta osoba należy do towa­rzy­stwa panów?

- Nie, panie - odrzekł pan Pic­kwick - to tylko jeden z naszych gości.

- Sądzę, że jest człon­kiem klubu?

- By­naj­mniej.

- I nie nosi ni­gdy klu­bo­wego uni­formu?

- Ni­gdy - odpo­wie­dział zdu­miony pan Pic­kwick.

Porucz­nik Tap­ple­ton zwró­cił się do swego przy­ja­ciela, dok­tora Slam­mera, lekko wzru­szyw­szy ramio­nami, co zda­wało się wyra­żać pewne powąt­pie­wa­nie o dokład­no­ści wspo­mnień dok­tora.

Dok­tor był w naj­wyż­szym stop­niu roz­gnie­wany, ale zara­zem jakby zbity z tropu. Uprzejme zacho­wa­nie się pana Pic­kwicka dopro­wa­dziło pana Payne'a nie­mal do wście­kło­ści.

- Pan byłeś na balu zeszłej nocy! - wykrzyk­nął nagle dok­tor do pana Tup­mana tonem, od któ­rego ten drgnął tak widocz­nie, jak gdyby kto nie­spo­dzia­nie wsa­dził mu szpilkę w łydkę.

Pan Tup­man odpo­wie­dział sła­bym gło­sem: - Tak - nie prze­sta­jąc patrzeć na pana Pic­kwicka.

- Ten jego­mość był z panem? - mówił dok­tor dalej, wska­zu­jąc na niczym nie­wzru­szo­nego nie­zna­jo­mego.

Pan Tup­man stwier­dził to.

- Teraz, mój panie - powie­dział dok­tor do nie­zna­jo­mego - zapy­tuję pana raz jesz­cze w obec­no­ści wszyst­kich tych gen­tle­ma­nów, czy chce mi pan dać swą kartę i być trak­to­wa­nym jak gen­tle­man, czy też chce mnie pan zmu­sić do skar­ce­nia go oso­bi­ście tu, w tym miej­scu?

- Za pozwo­le­niem - prze­rwał pan Pic­kwick - nie mogę zgo­dzić się na dal­sze posu­wa­nie się tej sprawy bez pew­nych wyja­śnień. Tup­man, opo­wiedz, jak to było.

Pan Tup­man, wezwany w spo­sób tak uro­czy­sty, opo­wie­dział całą rzecz w nie­wielu sło­wach; lekko dotknął szcze­gółu wypo­ży­cze­nia fraka, sze­roko roz­wiódł się nad tym, że stało się to po obie­dzie, wynu­rzył nieco żalu, jeśli cho­dzi o jego osobę, i pozo­sta­wił nie­zna­jo­memu wydo­by­wa­nie się z kło­potu, jak umie.

Ten zabie­rał się wła­śnie do prze­mó­wie­nia, gdy porucz­nik Tap­ple­ton, który przy­pa­try­wał mu się z wielką cie­ka­wo­ścią, zapy­tał tonem wynio­słym:

- Czy nie widzia­łem pana na sce­nie?

- Bar­dzo być może - odrzekł nie­ustra­szony nie­zna­jomy.

- To wędrowny kome­diant! - zawo­łał porucz­nik z pogardą, a potem, zwra­ca­jąc się do dok­tora Slam­mera, dodał: - Gra w sztuce, którą na żąda­nie ofi­ce­rów 52. pułku dają jutro. Nie możesz więc, dok­to­rze, pro­wa­dzić dalej tej sprawy. Wyklu­czone!

- Wyklu­czone! - powtó­rzył dok­tor Payne.

- Przy­kro mi, żem wpro­wa­dził pana w tak nie­miłe poło­że­nie - rzekł następ­nie porucz­nik Tap­ple­ton do pana Pic­kwicka. - Ale pozwól pan powie­dzieć sobie, że naj­lep­szym spo­so­bem unik­nię­cia podob­nych scen w przy­szło­ści jest zacho­wa­nie więk­szej roz­wagi w dobie­ra­niu sobie towa­rzy­stwa. Naj­niż­szy sługa!

I rze­kł­szy to, wyszedł z pokoju.

- I pozwól pan także powie­dzieć sobie - dodał draż­liwy dok­tor Payne - że gdy­bym ja był na miej­scu porucz­nika Tap­ple­tona lub Slam­mera, to nakrę­cił­bym uszu panu i wszyst­kim obec­nym tu indy­wi­duom. Nazwi­sko moje jest Payne, dok­tor Payne z 43. pułku. Dobra­noc.

Ukoń­czyw­szy tę prze­mowę, któ­rej ostat­nie wyrazy wygło­szone były gło­sem bar­dzo donio­słym, poszedł maje­sta­tycz­nie za porucz­ni­kiem, a za nim Slam­mer, który wpraw­dzie nic nie powie­dział, ale użył swej żółci rzu­ciw­szy na całe towa­rzy­stwo wzrok pełen pogardy.

Pod­czas tych dłu­gich pro­wo­ka­cji nie­sły­chane obu­rze­nie i gniew, wzma­ga­jący się strasz­li­wie, napeł­niły szla­chetną pierś pana Pic­kwicka tak, że omal nie pękła mu kami­zelka. Stał jak ska­mie­niały, spo­glą­da­jąc na miej­sce zaj­mo­wane przed chwilą przez dok­tora Payne'a, aż trzask zamy­ka­nych drzwi opa­mię­tał go nieco. Rzu­cił się tedy naprzód, z gniewną twa­rzą i bły­ska­wi­cami w oczach. Ręka jego była już na klamce. Jesz­cze chwila, a zna­la­złaby się na gar­dle dok­tora Payne'a z 43. pułku, gdyby pan Snod­grass nie pochwy­cił czci­god­nego swego men­tora za połę i nie począł cią­gnąć w tył.

- Win­kle! Tup­man! - zawo­łał z wyra­zem roz­pa­czy - trzy­maj­cie go! Nie powi­nien nara­żać swego dro­giego życia w podob­nej spra­wie.

- Puść­cie mnie! - krzy­czał pan Pic­kwick.

- Trzy­maj­cie! - wołał pan Snod­grass. Aż dzięki połą­czo­nym wysił­kom całego towa­rzy­stwa udało się posa­dzić pana Pic­kwicka w fotelu.

- Daj­cie mu spo­kój - rzekł wtedy nie­zna­jomy w zie­lo­nym fraku. - Szklankę grogu! A to dzielny stary! Prze­łknij no pan tro­chę. Zna­ko­mity napój.

Mówiąc to i wprzód sam pocią­gnąw­szy spory łyk dymią­cego płynu, nie­zna­jomy przy­ło­żył szklankę do ust pana Pic­kwicka, aż reszta tego, co się w niej znaj­do­wało, zni­kła w nie­dłu­gim cza­sie w gar­dle zna­ko­mi­tego filo­zofa. Nastą­piła krótka pauza; grog skut­ko­wał i wkrótce znowu pogoda zaja­śniała na obli­czu pana Pic­kwicka. Nie­zna­jomy ode­zwał się:

- Oni nie są godni pań­skiej uwagi.

- Ma pan słusz­ność - odparł pan Pic­kwick - nie są godni. Wsty­dzę się, żem tak puścił wodze moim namięt­no­ściom. Przy­suń pan swe krze­sło.

Kome­diant nie dał się pro­sić dwa razy. Wszy­scy zasie­dli dokoła stołu i har­mo­nia zapa­no­wała znowu. Tylko pan Win­kle, zda­wało się, był nieco ziry­to­wany. Czyżby przy­czyną tego uspo­so­bie­nia była samo­wolna pożyczka fraka? Ale tak błaha oko­licz­ność nie mogła wzbu­dzić uczu­cia gniewu, choćby prze­lot­nego, w sercu pic­kwic­ki­sty. To pewne, że wyjąw­szy ten szcze­gół, dobry humor powró­cił w towa­rzy­stwie i wie­czór zakoń­czył się wesoło, tak jak się zaczął.

Rozdział IV

Mała wojna - Nowi zna­jomi - Zapro­sze­nie na wieś

Wielu auto­rów upiera się przy zasa­dzie nie tylko głu­piej, ale wła­ści­wie nie­uczci­wej, żeby nie poda­wać źró­deł, z któ­rych czer­pią naj­waż­niej­sze infor­ma­cje. Nie podzie­lamy tych zasad. Będziemy sta­rali się jedy­nie o to, by wywią­zać się w spo­sób wła­ściwy z obo­wiąz­ków, jakie nakłada na nas nasz zawód wydawcy. I jak­kol­wiek w innych oko­licz­no­ściach ambi­cja skło­ni­łaby nas, byśmy rościli sobie prawa do autor­stwa tych przy­gód, wzgląd na prawdę pozwala nam jedy­nie przy­pi­sać sobie zasługę opra­co­wa­nia szcze­gó­łów i nada­nia im formy bez­stron­nej opo­wie­ści. Za źró­dła służą nam doku­menty pic­kwic­kow­skie. Można nas więc porów­nać z Kom­pa­nią Eks­plo­ata­cji Nowych Źró­deł Wody. Praca innych stwo­rzyła dla nas olbrzy­mie rezer­wu­ary donio­słych fak­tów. Zbie­ramy je po pro­stu i za pośred­nic­twem tych stro­nic w postaci weso­łego i wart­kiego stru­mie­nia dajemy do użytku tym, któ­rzy są spra­gnieni wie­dzy pic­kwic­ki­stów.

Dzia­ła­jąc w tym duchu i odważ­nie wpro­wa­dza­jąc w czyn posta­no­wie­nie wymie­nia­nia auto­ry­te­tów, do któ­rych zwra­ca­li­śmy się o radę, wyzna­jemy otwar­cie, że notat­ni­kowi pana Snod­grassa zawdzię­czamy szcze­góły umiesz­czone w tym roz­dziale. Szcze­góły te (teraz, gdy­śmy ulżyli swemu sumie­niu) podamy bez dal­szych komen­ta­rzy.

Cała lud­ność Roche­ster i oko­licz­nych mia­ste­czek zerwała się naza­jutrz wcze­śnie z łóżek, bar­dzo wzru­szona i pod­eks­cy­to­wana. Wielka rewia miała się odbyć na Bło­niach. Orli wzrok dowódcy miał doko­nać prze­glądu pół tuzina puł­ków. Wznie­siono tym­cza­sową twier­dzę, którą miano oble­gać, zdo­być sztur­mem i w końcu wysa­dzić w powie­trze.

Czy­tel­nicy nasi mogli już wywnio­sko­wać z notat pana Pic­kwicka o mie­ście Cha­tham, że mąż ów był namięt­nym wiel­bi­cie­lem woj­ska. Nic też nie mogło być przy­jem­niej­szego, tak dla niego, jak i dla jego towa­rzy­szy, jak widok małej wojny. Wcze­śnie więc zerwali się i szyb­kim kro­kiem poszli ku twier­dzy, dokąd już ze wszyst­kich stron zdą­żały tłumy cie­ka­wych.

Wszystko zapo­wia­dało, że manewry będą nie­zwy­kle świetne. Usta­wiono warty, by zabez­pie­czyć wolny plac dla woj­ska. Sier­żanci bie­gali na wszyst­kie strony, roz­no­sząc kartki z roz­ka­zami. Puł­kow­nik Bul­der, w galo­wym mun­du­rze, galo­po­wał to w jedną, to w drugą stronę, cofał swego konia na cie­ka­wych, kazał mu wyko­ny­wać wolty i kur­bety i krzy­czał tak gło­śno, iż twarz mu poczer­wie­niała i głos zachrypł, cho­ciaż nikt nie mógł pojąć, na co to się wszystko przyda. Ofi­ce­ro­wie latali tu i tam, odbie­rali roz­kazy od puł­kow­nika Bul­dera, powta­rzali je sier­żan­tom, potem zni­kali w galo­pie. Nawet sze­re­gowcy patrzyli spoza płotu błysz­czą­cych luf z minami tajem­ni­czo uro­czy­stymi, co dosta­tecz­nie tłu­ma­czył wyjąt­kowy cha­rak­ter sytu­acji.

Pan Pic­kwick i trzej jego towa­rzy­sze umie­ścili się w pierw­szym rzę­dzie cie­ka­wych, cier­pli­wie ocze­ku­jąc na roz­po­czę­cie manew­rów. Tłum powięk­szał się cią­gle, a wysiłki, jakie zmu­szeni byli czy­nić dla utrzy­ma­nia się na swych sta­no­wi­skach, dosta­tecz­nie im zapeł­niły dwie godziny ocze­ki­wa­nia. Cza­sami odczu­wano nagłe pchnię­cie od tyłu i pan Pic­kwick wyla­ty­wał naprzód z szyb­ko­ścią i ela­stycz­no­ścią nie bar­dzo zgodną ze zwy­kłą powagą jego ruchów. To znowu żoł­nie­rze wzy­wali widzów do cof­nię­cia się, opusz­cza­jąc kolby kara­bi­nów na nogi pana Pic­kwicka, by przy­po­mnieć mu, aby się nie wysu­wał naprzód, lub też rze­czone kolby przy­kła­dali mu do piersi, wzy­wa­jąc do utrzy­ma­nia się w sze­regu. Innym razem żar­to­bliwy jakiś gen­tle­man, naci­snąw­szy pana Snod­grassa, dopro­wa­dziw­szy go w ten spo­sób do moż­li­wie naj­mniej­szej obję­to­ści i wysta­wiw­szy na naj­ostrzej­sze tor­tury, zapy­tał go, dla­czego pozwala sobie tak się roz­py­chać. Zale­d­wie pan Win­kle miał czas wyra­zić całe swe obu­rze­nie na tę niczym nie uspra­wie­dli­wioną pre­ten­sję, gdy jakieś indy­wi­duum, sto­jące tuż za nim, wtło­czyło mu kape­lusz na oczy, pro­sząc, by był na tyle grzeczny i scho­wał do kie­szeni swą głowę. Te dow­cipy, połą­czone z nie­po­ko­jem, jakim napeł­niało ich nagłe i nie­po­jęte znik­nię­cie pana Tup­mana, spra­wiały, że w ogóle poło­że­nie naszych zna­jo­mych było bar­dziej nie­wy­godne ani­żeli przy­jemne.

Na koniec roz­legł się w tłu­mie gwar, zapo­wia­da­jący, że nad­cho­dziło to, na co tak długo cze­kano. Oczy wszyst­kich zwró­ciły się ku twier­dzy i ujrzano bata­liony jedne po dru­gich roz­wi­ja­jące się na rów­ni­nie, z wdzięcz­nie powie­wa­ją­cymi sztan­da­rami i bro­nią poły­sku­jącą od słońca. Woj­sko zajęło sta­no­wi­ska. Zwię­złe słowa komendy prze­bie­gły po całej linii; broń zapre­zen­to­wano ze szczę­kiem; naczelny dowódca, puł­kow­nik Bul­der, z licz­nym szta­bem prze­je­chał galo­pem przed fron­tem. Nagle zagrała muzyka wszyst­kich puł­ków, konie sta­nęły dęba i cof­nęły się; psy poczęły szcze­kać, tłum krzy­czeć, woj­sku zako­men­de­ro­wano: - Bacz­ność! - a jak daleko się­gał wzrok, na prawo i na lewo, widać było tylko długi sze­reg czer­wo­nych mun­du­rów i bia­łych spodni, nie­ru­cho­mych, jakby ska­mie­nia­łych.

Pan Pic­kwick był tak zajęty cofa­niem się i wymi­ja­niem nóg koń­skich, iż nie miał czasu zachwy­cać się tym wido­kiem. Gdy wresz­cie udało mu się odzy­skać nieco rów­no­wagi, woj­sko stało już nie­ru­chomo, jak to opi­sa­li­śmy wyżej; wtedy zachwyt filo­zofa doszedł do naj­wyż­szego punktu.

- Czy jest coś pięk­niej­szego, cud­niej­szego? - rzekł do pana Win­kle'a.

- Oczy­wi­ście, że nie - odpo­wie­dział ten ostatni, który od kwa­dransa dźwi­gał na sobie dwóch wyrost­ków.

- Tak! - zawo­łał pan Snod­grass, w któ­rego łonie zapło­nął nagle ogień poezji. - Tak, wspa­niałe to i wznio­słe wido­wi­sko, gdy tylu męż­nych obroń­ców ojczy­zny roz­wija się w świet­nych sze­re­gach przed spo­koj­nymi oby­wa­te­lami. Twa­rze ich nace­cho­wane są nie tyle wojow­ni­czą gwał­tow­no­ścią, ile raczej duchem cywi­li­za­cji, ich oczy nie błysz­czą dzi­kim ogniem roz­boju i zemsty, ale łagod­nym świa­tłem inte­li­gen­cji i ludz­ko­ści.

Pan Pic­kwick naj­zu­peł­niej zga­dzał się z tymi pochwa­łami, jeśli cho­dzi o ducha, który je natchnął, ale nie­zu­peł­nie przy­sta­wał na wyra­że­nia. Bo rze­czy­wi­ście łagodne świa­tło inte­li­gen­cji błysz­czało tu dość słabo, zwa­żyw­szy, że znowu zako­men­de­ro­wano: - Bacz­ność! - i widzo­wie mieli przed sobą nie mniej niż kilka tysięcy par oczu, spo­glą­da­ją­cych pro­sto przed sie­bie i naj­zu­peł­niej pozba­wio­nych wszel­kiego wyrazu.

Tym­cza­sem tłum z wolna usu­nął się i podróż­nicy nasi pozo­stali pra­wie sami.

- Teraz jeste­śmy w dosko­na­łym punk­cie - rzekł pan Pic­kwick, spo­glą­da­jąc dokoła sie­bie.

- Dosko­na­łym - odpo­wie­dzieli pano­wie Win­kle i Snod­grass.

- Zda... zdaje mi się... - wybeł­ko­tał nagle pan Win­kle, bled­nąc - zdaje mi się, że będą strze­lać...

- Ale cóż znowu! - zawo­łał szybko pan Pic­kwick.

- Sądzę... sądzę, że... że Win­kle ma słusz­ność - dodał Snod­grass, cokol­wiek prze­ra­żony.

- To być nie może! - powtó­rzył pan Pic­kwick.

Zale­d­wie jed­nak wymó­wił te słowa, gdy sześć puł­ków, jak jeden mąż i jakby miały jeden cel tylko, skie­ro­wało lufy na nie­szczę­śli­wych pic­kwick­czy­ków i roz­legł się huk, jaki może ni­gdy nie wstrzą­snął zie­mią ani odwagą gen­tle­mana w latach doj­rza­łych.

W tym kry­tycz­nym poło­że­niu, wysta­wiony na cią­gły ogień śle­pych nabo­jów, zanie­po­ko­jony ruchami woj­ska, dla któ­rego nad­cho­dziły nowe posiłki, roz­wi­ja­jące swe sze­regi z tyłu, poza panem Pic­kwic­kiem, mąż ten oka­zał zimną krew, nie­od­stępną towa­rzyszkę wiel­kich umy­słów. Uchwy­ciw­szy za rękę pana Win­kle'a i umie­ściw­szy się mię­dzy nim a panem Snod­gras­sem, przed­sta­wiał im prze­ko­ny­wa­jąco, że wyjąw­szy nie­bez­pie­czeń­stwo ogłuch­nię­cia od strza­łów, nie ma się czego oba­wiać.

- Ale... ale... - rzekł pan Win­kle, bled­nąc - przy­pu­śćmy, że który z żoł­nie­rzy ma ostry nabój... przez pomyłkę... Sły­sza­łem ostry świst tuż koło...

- Czy nie byłoby dobrze poło­żyć się plac­kiem na zie­mię? - zapy­tał pan Snod­grass.

- Nie, nie, wszystko już się skoń­czyło - odrzekł pan Pic­kwick.

Gdy mówił to, usta jego mogły drżeć, policzki bled­nąc, ale żaden okrzyk stra­chu lub nie­po­koju nie wyrwał się z ust tego nie­śmier­tel­nego męża.

Pan Pic­kwick miał słusz­ność; strze­la­nie skoń­czyło się. Myślał więc już tylko o nie­za­wod­nej traf­no­ści swej hipo­tezy, gdy dostrzegł na całej linii szyb­kie ruchy. Krzyki komendy roz­le­gły się znowu i pier­wej, nim nasi podróżni mieli czas poczy­nić domy­sły, co to może być za nowy manewr, sześć puł­ków przy­spie­szo­nym kro­kiem poszło na bagnety ku miej­scu, gdzie stał pan Pic­kwick z towa­rzy­szami.

Czło­wiek jest śmier­telny, a odwaga ludzka ma swe gra­nice. Przez chwilę pan Pic­kwick spo­glą­dał przez oku­lary na posu­wa­jącą się naprzód kolumnę, potem odwró­cił się do niej tyłem i począł... nie powiemy ucie­kać, naj­przód dla­tego, że jest to wyra­że­nie ubli­ża­jące, po wtóre, że sama osoba Pic­kwicka zupeł­nie nie nada­wała się do tego rodzaju odwrotu - począł tylko drep­tać tak szybko, jak mu pozwa­lały na to nie­zbyt dłu­gie nogi i cię­żar ciała; ale za późno oce­nił całe nie­bez­pie­czeń­stwo poło­że­nia. Woj­sko prze­ciw­nika, któ­rego uka­za­nie się z tyłu zanie­po­ko­iło pana Pic­kwicka przed kil­koma sekun­dami, teraz roz­wi­nęło się w szyk bojowy dla odpar­cia ataku oble­ga­ją­cych twier­dzę, tak że trzej nasi zna­jomi ujrzeli się pomię­dzy dwoma dłu­gimi rzę­dami bagne­tów, z któ­rych jeden szybko się przy­bli­żał, a drugi w miej­scu cze­kał na natar­cie.

- Na bok! Na bok! - wołali ofi­ce­ro­wie posu­wa­ją­cej się kolumny.

- Usuń­cie się! - krzy­czeli ofi­ce­ro­wie kolumny nie­ru­cho­mej.

- Gdzie się podziać? - krzyk­nęli prze­ra­żeni pic­kwic­ki­ści.

- Na bok! Na bok! - było odpo­wie­dzią. Potem nastała chwila nie­sły­cha­nego zamie­sza­nia; odgłos mia­ro­wych kro­ków, gwał­towne ude­rze­nia, stłu­mione śmie­chy; woj­ska cof­nęły się pięć­set kro­ków, a pode­szwy butów pana Pic­kwicka ujrzeć można było w powie­trzu.

Pan Snod­grass i pan Win­kle wyko­nali rów­nież z naj­zu­peł­niej­szą dokład­no­ścią po jed­nym obo­wiąz­ko­wym koziołku. Wła­śnie pan Win­kle, siadł­szy na ziemi, tamo­wał sobie chustką krew z nosa, gdy wtem ujrzeli w pew­nej odle­gło­ści swego czci­god­nego men­tora, bie­gną­cego za kape­lu­szem, który odda­lał się coraz bar­dziej, zło­śli­wie pod­ska­ku­jąc.

Mało jest chwil w życiu, w któ­rych by czło­wiek dozna­wał więk­szej przy­kro­ści, nie zjed­ny­wa­jąc sobie przy tym żad­nego współ­czu­cia, jak wów­czas gdy odbywa polo­wa­nie na swój wła­sny kape­lusz. Trzeba mieć wielki zasób zim­nej krwi i zdol­ność do szyb­kiej decy­zji, by go zło­wić. Bie­gnąc zbyt szybko, wyprze­dza się go; jeżeli schy­lamy się zbyt wolno, gdyż sądzimy, iż go już trzy­mamy, kape­lusz odbiega gdzieś daleko... Naj­lep­sza metoda polega na tym, by biec rów­no­le­gle do przed­miotu naszych zabie­gów, zacho­wać naj­więk­szą prze­zor­ność, umieć sko­rzy­stać ze spo­sob­nej chwili, stop­niowo wyprze­dzać, potem nagle pochy­lić się, ująć kape­lusz za rondo i mocno osa­dzić go na gło­wie, wdzięcz­nie uśmie­cha­jąc się pod­czas tej goni­twy, jak gdy­by­śmy sami, jak wszy­scy inni, widzieli w tym tak dobry żart.

Lekki wie­trzyk podmu­chi­wał i kape­lusz pana Pic­kwicka poto­czył się przed nim, jakby igra­jąc. Wiatr dmu­chał, pan Pic­kwick sapał, a kape­lusz bujał jak rybka w bystrym nur­cie. I pewno doto­czyłby się Bóg wie jak daleko, gdyby nie tra­fił na opatrz­no­ściową prze­szkodę w chwili, gdy nasz podróż­nik zamy­ślał już pozo­sta­wić go nie­szczę­śli­wemu losowi.

Pan Pic­kwick, nie­zwy­kle zmę­czony, miał już zanie­chać pogoni, gdy kape­lusz wplą­tał się w koło jed­nego z kil­ku­na­stu powo­zów sto­ją­cych rzę­dem. Filo­zof potra­fił wnet sko­rzy­stać z tej pomyśl­nej chwili, szybko pochy­lił się, pochwy­cił nie­sforne nakry­cie głowy, sil­nie nasu­nął je na czoło i sta­nął, by ode­tchnąć. Upły­nęło może nie wię­cej niż pół minuty, gdy usły­szał swoje nazwi­sko wymó­wione dono­śnym i przy­ja­znym gło­sem. Pod­niósł oczy i wtedy przed­sta­wił mu się widok, który go napeł­nił zara­zem zdzi­wie­niem i rado­ścią.

W wiel­kim otwar­tym powo­zie, od któ­rego wyprzę­żono konie, stały osoby poni­żej wymie­nione: stary dorodny gen­tle­man w nie­bie­skim fraku ze zło­co­nymi guzi­kami, aksa­mit­nych spodniach i dłu­gich butach; dwie młode damy w szar­fach i stro­ikach; młody czło­wiek, praw­do­po­dob­nie zako­chany w jed­nej z mło­dych panien; dama wieku nie­wąt­pli­wego, praw­do­po­dob­nie ciotka dwóch wyżej wymie­nio­nych panien, wresz­cie pan Tup­man, tak spo­kojny i swo­bodny, jakby nale­żał do rodziny od samego dzie­ciń­stwa. Z tyłu powozu przy­wią­zane było pudło wiel­kich roz­mia­rów, jedno z tych pudeł, które przez aso­cja­cję idei wzbu­dzają zawsze w orga­ni­za­cjach spo­strze­gaw­czych myśli o kapło­nach na zimno, wędzo­nych ozo­rach i butel­kach dobrego wina. Na koniec, na koźle powozu, w sta­nie bło­giej drzemki, sie­dział chło­pak tłu­sty, czer­wony i pyzaty, na któ­rego badaw­czy spo­strze­gacz nie mógł patrzeć przez kilka minut, by nie dojść do wnio­sku, że jest to wła­śnie urzę­dowy roz­dawca zawar­tych w pudle skar­bów, gdy nadej­dzie wła­ściwa chwila ich spo­ży­wa­nia.

Zale­d­wie pan Pic­kwick ogar­nął wzro­kiem wszyst­kie te zaj­mu­jące przed­mioty, gdy wierny jego uczeń znów począł go nawo­ły­wać:

- Pic­kwick! Pic­kwick! Właź pan tu prędko!

- Chodź pan! Pro­szę - dodał stary gen­tle­man. - Joe! Prze­klęty chło­pak! Znowu śpi! Joe! Spuść sto­pień!

Pyzaty chło­piec z wolna zsu­nął się z kozła, spu­ścił sto­pień i w uprzejmy spo­sób otwo­rzył drzwiczki. W tej chwili nade­szli pano­wie Snod­grass i Win­kle.

- Wszy­scy się tu pomie­ścimy - zaczął znowu wła­ści­ciel powozu. - Dwóch wewnątrz, jeden zewnątrz. Joe! Zrób na koźle miej­sce dla jed­nego z panów. Teraz pro­simy.

I stary gen­tle­man wycią­gnął żyla­stą rękę, wwin­do­wał do powozu naprzód pana Pic­kwicka, potem pana Snod­grassa. Pan Win­kle siadł na koźle. Pyzaty chło­pak pochy­lił się ku niemu i natych­miast zasnął.

- Cie­szy mnie, że oglą­dam panów - mówił dalej stary gen­tle­man - znam panów bar­dzo dobrze, cho­ciaż być może, iż pano­wie nie przy­po­mi­na­cie mnie sobie. Nie­je­den wie­czór spę­dzi­łem w klu­bie panów ostat­niej zimy. Dziś rano spo­tka­łem mego przy­ja­ciela, pana Tup­mana, co mnie wielce ura­do­wało. No i cóż, panie? Jak się pan ma! Wygląda pan dziel­nie, ale to bar­dzo dziel­nie!

Pan Pic­kwick, do któ­rego były zwró­cone te ostat­nie słowa, odwdzię­czył się odpo­wied­nim kom­ple­men­tem i sil­nie uści­snął dłoń sta­rego gen­tle­mana.

- A pan - cią­gnął dalej mówca, spo­glą­da­jąc z ojcow­skim zaję­ciem na pana Snod­grassa. - Dosko­nale! Nie­praw­daż? Tym lepiej, tym lepiej. A pan jak się ma, panie Win­kle? Dobrze? To mnie cie­szy. Moje córki, pano­wie. A to moja sio­stra, panna Rachela War­dle. Dzie­wica, a nie dziew­czątko, co? Hę - dodał, śmie­jąc się na całe gar­dło i uprzej­mie sztur­cha­jąc łok­ciem w bok pana Pic­kwicka.

- Ależ, bra­cie! - zawo­łała miss War­dle z bła­gal­nym uśmie­chem.

- Tak, tak - zaczął znów stary gen­tle­man - nikt temu zaprze­czyć nie może. Pano­wie! Przed­sta­wiam wam mego przy­ja­ciela, pana Trun­dle'a. A teraz, kiedy już wszy­scy zna­cie się, bądźmy dobrej myśli i patrzmy, co się dzieje. Takie jest moje zda­nie.

To rze­kł­szy wło­żył oku­lary. Pan Pic­kwick wydo­był swoją per­spek­tywę i wszy­scy, sto­jąc w powo­zie, przy­pa­try­wali się manew­rom woj­sko­wym.

Były to manewry godne podziwu. Jeden sze­reg strze­lał ponad gło­wami dru­giego sze­regu i natych­miast cofał się, potem drugi sze­reg strze­lał ponad gło­wami trze­ciego i także cofał się; for­mo­wano czwo­ro­boki z ofi­ce­rami w środku; wła­żono po dra­bi­nach na wały, burzono bary­kady utwo­rzone z koszów, a wszystko to robiono z nie­zrów­naną odwagą. Na oko­pach armat­nich arty­le­rzy­ści pako­wali ogromne naboje w działa, a gdy wystrze­lili, żało­sny krzyk trwoż­li­wych kobiet długo roz­le­gał się w powie­trzu. W powo­zie młode panny War­dle tak były prze­ra­żone, że pan Trun­dle był zmu­szony pod­trzy­my­wać jedną z nich, a pan Snod­grass drugą. Nerwy miss Racheli War­dle były tak okrop­nie podraż­nione, że pan Tup­man uznał za nie­odzowną koniecz­ność ująć ją za kibić, by nie upa­dła. Jed­nym sło­wem, wszy­scy doznali nie­zwy­kłego wzru­sze­nia, wyjąw­szy pyza­tego chłopca, który przy huku dział spał tak głę­boko, jak przy zwy­kłej pio­sence pia­stunki.

Gdy zdo­byto twier­dzę i tak oblę­żo­nym, jak i oble­ga­ją­cym zasta­wiono obiad, stary gen­tle­man zawo­łał:

- Joe! Joe! Prze­klęty chło­pak, znowu śpi. Bądź pan tak dobry i uszczyp­nij go w łydkę. Tylko w ten spo­sób można go obu­dzić. Dzię­kuję panu. Joe, roz­pa­kuj pudło.

Pyzaty chło­pak, rze­czy­wi­ście roz­bu­dzony za pomocą ści­śnię­cia mię­snych czę­ści nogi wiel­kim i wska­zu­ją­cym pal­cem pana Win­kle'a, znowu zsu­nął się z kozła i roz­po­czął roz­pa­ko­wy­wa­nie pudła z nie­rów­nie więk­szym pośpie­chem, ani­że­liby to można było przy­pusz­czać po jego poprzed­niej nie­mra­wo­ści.

- Teraz sia­dajmy, jak można - rzekł gen­tle­man.

Po wielu żar­to­bli­wych napo­mknię­ciach o sze­ro­ko­ści kobie­cych sukien, po wielu rumień­cach, spo­wo­do­wa­nych pro­po­zy­cją, by damy sia­dły na kola­nach u panów, całe towa­rzy­stwo usa­do­wiło się w powo­zie, a stary gen­tle­man jął pusz­czać wkoło przed­mioty poda­wane mu przez pyza­tego chłopca.

- Teraz, Joe, podaj noże i widelce.

Roz­dano noże i widelce. Damy i męż­czyźni w powo­zie, a pan Win­kle na koźle, zaopa­trzeni zostali w te nie­zbędne narzę­dzia.

- Tale­rze, Joe! Tale­rze!

Tale­rze rów­nież podano w ten sam spo­sób.

- Teraz, Joe, podaj drób. Prze­klęty chło­pak, znowu śpi. - Kilka ener­gicz­nych sztur­chań­ców wyrwało go z letargu.

- No, dawaj jeść!

W dźwięku tych słów było coś takiego, co zupeł­nie roz­bu­dziło zaspa­nego chłopca. Drgnął, a jego oło­wiane oczy, na pół zato­pione w tłu­stych policz­kach, miło­śnie spo­glą­dały na jadło w miarę, jak je wydo­by­wał.

- No, żywo! - zawo­łał pan War­dle, bo pyzaty chło­piec poże­rał wzro­kiem kapłona, z któ­rym, zda­wało się, nie był w sta­nie roz­stać się. Wresz­cie wes­tchnął głę­boko, rzu­cił roz­pacz­liwe spoj­rze­nie na pulchne pie­czy­ste i smutno podał je panu.

- Dobrze, tylko żywiej? Teraz ozór. Teraz pasz­tet z gołębi. Uwa­żaj na cie­lę­cinę i szynkę. Pil­nuj raków. Wydo­bądź sałatę, podaj pie­przu...

Wyda­jąc te szyb­kie roz­kazy, pan War­dle roz­da­wał wewnątrz powozu wymie­nione wyżej arty­kuły i sta­wiał nie­zli­czoną ilość pół­mi­sków na kola­nach bie­siad­ni­ków.

Gdy roz­po­częto dzieło znisz­cze­nia, wesoły sta­rzec zapy­tał:

- Co? Czy nie dosko­nałe?

- Prze­wy­borne - odrzekł pan Win­kle, kra­jąc kawa­łek kapłona.

- Szkla­neczkę wina?

- Z wielką przy­jem­no­ścią.

- Czy nie lepiej będzie, gdy podam panu na kozioł całą butelkę?

- O! Jeśli pan tak łaskaw!

- Joe!

- Słu­cham pana. (Tym razem pyzaty chło­piec nie spał, gdyż zwę­dził kawał cie­lę­ciny).

- Butelkę wina dla pana na koźle. Za pań­skie zdro­wie.

- Bar­dzo jestem panu wdzięczny - odrzekł pan Win­kle, sta­wia­jąc butelkę przy sobie.

- Czy zechce pan wypić ze mną szklankę wina? - zapy­tał pan Trun­dle pana Win­kle'a.

- Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią - odpo­wie­dział zapy­tany i obaj wychy­lili po szklance, a wszy­scy obecni, nie wyłą­cza­jąc dam, naśla­do­wali ten dobry przy­kład.

- Jak nasza kochana Emilka kokie­tuje tego mło­dego czło­wieka - szep­nęła panu War­dle'owi ciotka-panna z zazdro­ścią wła­ściwą ciot­kom-pan­nom.

- Ba! - odpo­wie­dział ojciec. - Nie ma w tym nic nad­zwy­czaj­nego. To rzecz cał­kiem natu­ralna. Panie Pic­kwick! Szklankę wina?

Pan Pic­kwick, prze­rwaw­szy na chwilę głę­bo­kie poszu­ki­wa­nia we wnę­trzach pasz­tetu z gołębi, przy­jął pro­po­zy­cję z wdzięcz­no­ścią.

- Emi­lio, moja droga - rze­kła ciotka, nie­za­do­wo­lona - nie mów tak gło­śno, moje życie.

- Co cio­cia mówi?

- Zdaje się, że ciotka i ten mały tłu­sty jego­mość chcie­liby, by tylko im wszystko było wolno - szep­nęła panna Iza­bela War­dle do swej sio­stry Emi­lii. Potem obie panny poczęły ser­decz­nie śmiać się, a stara panna wysi­lała się, by nadać sobie przy­jemny wyraz twa­rzy, co się jej jed­nak nie uda­wało.

- Młode dziew­częta są zwy­kle takie puste! - rze­kła do pana Tup­mana z miną czu­łego ubo­le­wa­nia, jak gdyby weso­łość była rodza­jem kon­tra­bandy i jakby nie wolno było nosić jej z sobą bez osob­nego świa­dec­twa; ale pan Tup­man nie dał odpo­wie­dzi, jakiej żądano.

- Ma pani słusz­ność - rzekł - to bar­dzo miłe.

- O! - zawo­łała miss War­dle z powąt­pie­wa­niem.

- Czy pozwoli pani - zaczął znowu pan Tup­man, doty­ka­jąc w spo­sób nad­zwy­czaj ujmu­jący lewą ręką dłoni ponęt­nej Racheli, pod­czas gdy prawa ręka z wolna poda­wała butelkę. - Czy pozwoli pani?

- O panie!

Pan Tup­man przy­brał postawę jesz­cze bar­dziej ujmu­jącą, miss Rachela wyra­ziła obawę, by nie strze­lano z dział, co by natu­ral­nie znowu zmu­siło kawa­lera do pod­trzy­my­wa­nia jej.

- Czy uważa pan, że moje sio­strze­nice są piękne? - szep­nęła następ­nie ciotka bar­dzo słodko do ucha panu Tup­ma­nowi.

- Uwa­żał­bym je za piękne, gdyby nie było tu ich ciotki - odpo­wie­dział ugrzecz­niony pic­kwick­czyk, spo­glą­da­jąc namięt­nie.

- O! Szka­radny z pana czło­wiek. Ale doprawdy, gdyby miały nieco wię­cej świe­żo­ści, czy nie wyglą­da­łyby efek­tow­nie... przy świe­tle?

- Tak sądzę - odrzekł pan Tup­man obo­jęt­nie.

- Kpiarz z pana. Domy­ślam się, co chce pan powie­dzieć. Wiem, wiem! Męż­czyźni mają szcze­gólny dar dostrze­ga­nia wszyst­kiego! Tak! to prawda! Nie mogę temu zaprze­czyć! Bo nie­za­wod­nie, jeżeli jest co wadli­wego w mło­dej oso­bie, to trzy­ma­nie się pochyło. Czę­sto jej to powta­rzam, że gdy wej­dzie nieco w lata, będzie szka­radna. O! Widzę, że pan jest zło­śliwy!

Pan Tup­man, zachwy­cony zjed­na­niem sobie takiej opi­nii tak tanim kosz­tem, usi­ło­wał przy­brać minę dyplo­ma­tyczną i uśmiech­nął się tajem­ni­czo.

- Co za sar­ka­styczny uśmiech! - zawo­łała zapalna Rachela. - Prze­stra­sza mnie pan.

- Ja prze­stra­szam?

- O! Przede mną nic się nie ukryje. Wiem ja, co ten uśmiech zna­czy!

- Cóż takiego? - zapy­tał pan Tup­man, który sam nie miał o tym naj­mniej­szego wyobra­że­nia.

- Chcesz pan przez to powie­dzieć - rze­kła miła cio­cia, jesz­cze wię­cej zni­ża­jąc głos - chce pan powie­dzieć, że sztyw­ność Iza­beli jesz­cze mniej podoba się panu ani­żeli trzpio­to­wa­tość Emi­lii. To prawda, Emi­lia jest pło­cha. Nie uwie­rzy pan, jaką mi to nie­raz spra­wia przy­krość. Nie­raz całymi godzi­nami pła­czę z tego powodu. Brat mój jest tak łatwo­wierny, iż tego zupeł­nie nie widzi. Ale gdyby widział, jestem pewna, że serce by mu pękło. Chcia­ła­bym wmó­wić w sie­bie, iż w grun­cie rze­czy nie ma w tym nic złego. Ser­decz­nie pra­gnę, by tak było. (Tu czuła ciotka wes­tchnęła głę­boko i smutno potrzą­snęła głową).

- Pewna jestem, że ciotka mówi o nas - szep­nęła miss Emi­lia War­dle do swej sio­stry - nie ma wąt­pli­wo­ści, bo przy­brała bar­dzo zło­śliwą minę.

- Tak sądzisz? - zapy­tała Iza­bela. - Cio­ciu! Cio­ciu!

- Co chcesz, moja droga?

- Cio­cia dosta­nie kataru. Pro­szę okrę­cić sobie sza­lem swą sędziwą główkę. W twoim wieku, cio­ciu, należy wię­cej dbać o zdro­wie.

Cho­ciaż takie wet za wet było słuszne, ale było zara­zem tak dokucz­liwe, iż nie wia­domo, jak by się prze­ja­wił gniew ciotki, gdyby pan War­dle nie zro­bił był dywer­sji zawo­ław­szy dono­śnym gło­sem:

- Joe! Prze­klęty chło­piec! Znów śpi!

- Szcze­gólny chło­pak - rzekł pan Pic­kwick - czy zawsze taki zaspany?

- Zaspany? Cią­gle śpi! Śpiąc wypeł­nia zle­ce­nia, a przy stole chra­pie.

- To szcze­gólne!

- O! Bar­dzo szcze­gólne! - odpo­wie­dział stary gen­tle­man. - Dumny jestem z tego chłopca. Za żadną cenę nie pozbył­bym się go. Jest to w swoim rodzaju oso­bli­wość. Hej! Joe! Zabierz to wszystko i odkor­kuj jesz­cze jedną butelkę! Czy sły­szysz?

Pyzaty chło­piec otwo­rzył oczy, połknął wielki kawał pasz­tetu, który wła­śnie zaczął był prze­żu­wać, gdy zasnął, i wyko­nu­jąc roz­kazy spo­glą­dał czule na resztki uczty, w miarę jak je ukła­dał w pudle. Odkor­ko­wano nową butelkę i wypróż­niono bar­dzo prędko, pudło przy­mo­co­wano na daw­nym miej­scu, a pyzaty chło­pak znów wlazł na kozioł; oku­lary i per­spek­tywy zwró­cono na woj­sko, które znów roz­po­częło manewry. Było jesz­cze dużo huku dział i nie­mało prze­stra­chu kobiet. Potem pod­pa­lono minę, ku wiel­kiemu zado­wo­le­niu wszyst­kich. Wresz­cie woj­sko i widzo­wie roze­szli się.

Koń­cząc roz­mowę prze­rwaną strze­la­niem stary gen­tle­man rzekł do pana Pic­kwicka, poda­jąc mu rękę:

- Pamię­taj pan, że jutro macie wszy­scy nas odwie­dzić.

- Nie­za­wod­nie - odrzekł pan Pic­kwick.

- Ma pan adres?

- Manor Farm w Din­gley Dell - odpo­wie­dział pan Pic­kwick, zaglą­da­jąc do swego notat­nika.

- Tak. I pamię­taj pan, że zatrzy­mam was u sie­bie przy­naj­mniej tydzień. Podej­muję się poka­zać wam wszyst­kie oso­bli­wo­ści oko­licy, a poza tym będziemy stu­dio­wali wiej­skie życie. O! Tylko przy­jedź­cie! Joe! Prze­klęty chło­pak! Znów śpi! Joe! Pomóż Tomowi zaprzę­gać konie.

Konie zaprzę­żono; woź­nica siadł na koźle, pyzaty chło­piec umie­ścił się obok niego; nastą­piły poże­gna­nia i powóz poto­czył się. W chwili gdy pic­kwic­ki­ści odwró­cili się, by jesz­cze raz spoj­rzeć na odjeż­dża­ją­cych, zacho­dzące słońce oświe­tliło obli­cze sta­rego gen­tle­mana i tłu­ste policzki pyza­tego chłopca. Po chwili głowa tego ostat­niego pochy­liła się i znów zasnął.

Rozdział V

zawie­ra­jący mię­dzy innymi opis, jak to pan Pic­kwick pod­jął się powo­że­nia, a pan Win­kle jazdy kon­nej, i jak się obaj z tego wywią­zali

Niebo było jasne i spo­kojne, powie­trze bal­sa­miczne, a wszystko jakby oblane nie­wy­sło­wio­nym uro­kiem. Pan Pic­kwick, wsparty na porę­czy mostu w Roche­ster, przy­pa­try­wał się kra­jo­bra­zowi w ocze­ki­wa­niu śnia­da­nia.

Widok, jaki miał przed oczyma, mógłby zachwy­cić każ­dego, nawet w mniej­szym stop­niu zdol­nego do unie­sień nad wiej­ską przy­rodą. Po lewej stro­nie wzno­sił się mur, w wielu miej­scach poszczer­biony, ponurą swą masą panu­jąc nad zie­lo­nymi brze­gami rzeki Medway. Zwoje blusz­czu smutno wień­czyły czarne blanki, a pęki mor­skich roślin, zwie­szo­nych na kamie­niach, drżały za powie­wem wia­tru. Poza tymi zwa­li­skami wzno­sił się stary zamek, któ­rego wieża bez dachów i walące się mury świad­czyły o ubo­giej wiel­ko­ści owych chwil, gdy szczęk broni i dono­śne śpiewy roz­le­gały się pod wspa­nia­łymi arka­dami. Po obu stro­nach, jak daleko wzrok się­gał, widać było brzegi rzek, pokryte łąkami i polami, spo­śród któ­rych tu i ówdzie wzno­siły się młyny i kościoły; bogaty i uroz­ma­icony to kra­jo­braz, któ­remu jesz­cze doda­wały wdzięku lek­kie obłoczki pły­wa­jące w świe­tle poran­nego słońca. Rzeka Medway, odbi­ja­jąc lazur nie­bie­ski, pły­nęła w mil­cze­niu, poły­sku­jąc pod wio­słami ryba­ków posu­wa­ją­cych się z jej nur­tem w cięż­kich, ale malow­ni­czych łód­kach. Widok tego uśmiech­nię­tego kra­jo­brazu pogrą­żył pana Pic­kwicka w słod­kim marze­niu. Wyrwało go zeń głę­bo­kie wes­tchnie­nie, które usły­szał tuż koło sie­bie, i lek­kie dotknię­cie ramie­nia. Odwró­cił się i poznał Jakuba Ponu­rego.

- Przy­pa­truje się pan kra­jo­bra­zowi? - zapy­tał ten poważ­nym gło­sem.

- Tak jest - odparł pan Pic­kwick.

- I jest pan rad, żeś wstał tak rano?

Pan Pic­kwick przy­tak­nął temu ski­nie­niem głowy.

- O! to prawda! Trzeba wcze­śnie wstać, by oglą­dać słońce w całym jego prze­py­chu, bo jasność jego rzadko trwa cały dzień. Począ­tek dnia i począ­tek życia są, nie­stety, aż nadto podobne do sie­bie.

- Ma pan słusz­ność.

- Czę­sto mówią - cią­gnął dalej Jakub Ponury - czę­sto mówią: ranek zbyt piękny, to nie potrwa długo. Jakże traf­nie można zasto­so­wać tę uwagę do naszego ist­nie­nia! Cze­góż bym nie dał, by mi wró­ciły dni mojej mło­do­ści albo bym o nich zapo­mniał na zawsze!

- Miał pan wiele smut­nych przejść? - zapy­tał pan Pic­kwick ze współ­czu­ciem.

- Mia­łem - odrzekł Jakub Ponury drżą­cym gło­sem - wię­cej, niżby można przy­pusz­czać patrząc na mnie.

Zatrzy­mał się przez chwilę, a potem zapy­tał nagle:

- Czy ni­gdy w taki piękny pora­nek nie przy­cho­dziła panu myśl, że byłoby rze­czą bar­dzo miłą i błogą uto­pić się?

- Nie! Niech mię Bóg uchowa! - zawo­łał pan Pic­kwick, cofa­jąc się nieco z obawy, by nie­zna­jo­memu nie przy­szła chętka zepchnąć go na próbę do wody.

- Ja czę­sto o tym myśla­łem - mówił dalej Ponury, który, zda­wało się, nie dostrzegł tego ruchu. - Ta woda, zimna i spo­kojna, szme­rem swym zdaje się wzy­wać mnie, bym w niej szu­kał pokoju i zapo­mnie­nia. Jeden skok!... Buch!... Sza­mo­ta­nie przez chwilę... Fala wznosi się nad głową... odmęt... Woda się wygła­dza... i koniec wszyst­kich cier­pień!

Zapa­dłe oczy błysz­czały mu ponuro, gdy to mówił. Ale to chwi­lowe unie­sie­nie wkrótce minęło. Jakub odwró­cił się i rzekł naj­spo­koj­niej:

- Dajmy temu pokój! Chcę pomó­wić z panem o czymś innym. Wczo­raj wie­czo­rem wezwał mnie pan, bym mu odczy­tał powieść...

- Tak jest - odrzekł pan Pic­kwick - i sądzę...

- Obędę się bez pań­skich sądów - prze­rwał Ponury - nie­po­trzebne mi one. Pan podró­żuje dla roz­rywki i kształ­ce­nia się... Ręko­pis nie­na­dzwy­czajny, ale zaj­mu­jący jako kartka z rze­czy­wi­stego życia. Czy odda go pan klu­bowi, o któ­rym mówi pan tak czę­sto?

- Oczy­wi­ście, zamie­ścimy go w pamięt­ni­kach klubu, jeżeli pan sobie tego życzy.

- Więc będzie go pan miał. Adres pań­ski?

Pan Pic­kwick obja­śnił, dokąd mniej wię­cej zamie­rza się udać. Jakub Ponury zano­to­wał wszystko sta­ran­nie w gru­bym pugi­la­re­sie, odpro­wa­dził uczo­nego gen­tle­mana do obe­rży i wymó­wiw­szy się od śnia­da­nia, odszedł powol­nym kro­kiem.

Trzej towa­rzy­sze pana Pic­kwicka cze­kali wła­śnie na niego, by zasiąść do prze­ką­ski usta­wio­nej na stole w spo­sób bar­dzo ponętny. Zasie­dli wresz­cie, a szynka, jajka, kawa, her­bata i tym podobne przy­smaki poczęły zni­kać z szyb­ko­ścią dającą wymowne świa­dec­two tak o jako­ści jadła, jak i o ape­ty­cie podróż­nych.

- Teraz - rzekł pan Pic­kwick - trzeba obmy­ślić, jak dosta­niemy się do Manor Farm.

- Naj­le­piej zapy­tać gar­sona - zauwa­żył pan Tup­man i zdrowa ta rada została przy­jęta, jak na to zasłu­gi­wała. Wezwano gar­sona.

- Din­gley Dell, panie? Pięt­na­ście mil, panie, droga boczna, zła... Może bryczkę pocz­tową?

- W bryczce mogą się pomie­ścić tylko dwie osoby - odparł pan Pic­kwick.

- To prawda, prze­pra­szam, ale mamy bar­dzo piękną czte­ro­ko­łową bryczkę podwójną z sie­dze­niem dla gen­tle­mana powo­żą­cego... Ale prze­pra­szam, i w tej mogą się pomie­ścić tylko trzy osoby.

- Cóż więc poczniemy? - zapy­tał pan Snod­grass.

- Może który z panów zechce odbyć drogę konno - rzekł gar­son, spo­glą­da­jąc na pana Win­kle'a. - Mamy dosko­na­łego wierz­chowca. Ludzie pana War­dle'a, idąc do Roche­ster, mogliby go nam odpro­wa­dzić.

- Bar­dzo dobrze! - zawo­łał pan Pic­kwick. - Win­kle, chcesz jechać konno?

W naj­głęb­szych taj­ni­kach swej duszy pan Win­kle żywił wielką wąt­pli­wość co do swej umie­jęt­no­ści kon­nej jazdy; ale ponie­waż za nic w świe­cie nie chciał, by kto­kol­wiek go o to podej­rze­wał, więc natych­miast odpo­wie­dział zucho­wato:

- I ow­szem, bar­dzo mnie to cie­szy! - Sam rzu­cił ręka­wicę swemu losowi i nie­po­dobna było się cof­nąć.

- Spro­wadź konia i bryczkę na jede­na­stą - rzekł pan Pic­kwick do gar­sona.

- Dobrze, panie.

Po śnia­da­niu podróżni roze­szli się do swo­ich pokoi, by spa­ko­wać rze­czy, które mieli zabrać ze sobą.

Pan Pic­kwick, ukoń­czyw­szy te przy­go­to­wa­nia, stał przed oknem w kawiarni i spo­glą­dał na ulicę, gdy wszedł gar­son z wia­do­mo­ścią, że wszystko gotowe, co rze­czy­wi­ście potwier­dziło uka­za­nie się bryczki przed domem.

Było to małe, zie­lone pudło, usta­wione na czte­rech kołach, na przo­dzie znaj­do­wało się wyso­kie sie­dze­nie dla woź­nicy, w tyle wąska ławka dla dwóch pasa­że­rów. Inte­re­su­jący ten mecha­nizm wpro­wa­dzony był w ruch za pomocą ogrom­nego karego konia, na któ­rym z zupełną łatwo­ścią można było stu­dio­wać oste­olo­gię. Chło­pak sta­jenny trzy­mał dla pana Win­kle'a dru­giego ogrom­nego konia, praw­do­po­dob­nie bli­skiego krew­nego zwie­rzę­cia zaprzę­gnię­tego do powozu.

- Niech nas Bóg ma w swo­jej opiece! - zawo­łał pan Pic­kwick, pod­czas gdy ukła­dano rze­czy w bryczce. - Niech nas Bóg ma w swo­jej opiece. A kto będzie powo­ził? Nie pomy­śla­łem o tym.

- Natu­ral­nie, że pan - odrzekł pan Tup­man.

- Natu­ral­nie - dodał pan Snod­grass.

- Ja?! - zawo­łał pan Pic­kwick.

- Nie ma naj­mniej­szego nie­bez­pie­czeń­stwa, panie - ode­zwał się chło­piec sta­jenny. - Zarę­czam panu, że koń jest spo­kojny, dziecko mogłoby nim kie­ro­wać.

- A czy nie jest lękliwy?

- Lękliwy? Nie drgnie, choćby widział prze­jeż­dża­jący cały wóz małp z ogni­stymi ogo­nami.

Ostat­nia pochwała była nie­za­prze­czalna. Pan Snod­grass i pan Tup­man wleźli do pudła. Pan Pic­kwick usiadł na koźle, umiesz­cza­jąc nogi na stołku pokry­tym cera­to­wym pokrow­cem.

- Teraz, świetny Wil­lia­mie - rzekł chło­pak sta­jenny do swego pomoc­nika - podaj lejce gen­tle­ma­nowi.

Świetny Wil­liam, nazy­wany tak zapewne dla­tego, że twarz i włosy świe­ciły mu się od tłusz­czu, umie­ścił lejce w lewej ręce pana Pic­kwicka, a tym­cza­sem jego prze­ło­żony wpa­ko­wał bicz w prawą rękę filo­zofa.

- Hola! - krzyk­nął pan Pic­kwick, bo wielki czwo­ro­nóg oka­zy­wał sta­now­czą skłon­ność do wje­cha­nia oknem do kawiarni.

- Hola! - zawo­łali pano­wie Tup­man i Snod­grass z powozu.

- Bawi się tro­chę, ot i wszystko - rzekł chło­pak dla ośmie­le­nia. - Przy­trzy­maj no go, Wil­lia­mie.

Pomoc­nik poskro­mił zapędy konia, a naczelny koniu­szy pobiegł, by dopo­móc panu Win­kle'owi siąść w sio­dle.

- Nie z tej strony, panie.

- Niech mnie powie­szą, jeżeli ten gen­tle­man nie zamie­rza siąść twa­rzą do ogona - rzekł wykrzy­wia­jąc się jakiś pocz­ty­lion do gar­sona hote­lo­wego, który z nie­opi­saną roz­ko­szą przy­pa­try­wał się całej tej sce­nie.

Pan Win­kle, otrzy­maw­szy powyż­szą prze­strogę, wgra­mo­lił się na sio­dło z taką nie­mal trud­no­ścią, jakiej by doznał, wcho­dząc po raz pierw­szy na okręt wojenny.

- Czy już wszystko dobrze? - zapy­tał pan Pic­kwick, drę­czony wewnętrz­nym prze­czu­ciem, że wszystko żle.

- Wszystko dobrze - odrzekł sła­bym gło­sem pan Win­kle.

- W drogę! - krzyk­nął posłu­gacz sta­jenny. - Trzy­maj go pan mocno!

I wśród gło­śnego śmie­chu obec­nych bryczka i wierz­cho­wiec ruszyły z miej­sca, z panem Pic­kwic­kiem na koźle tej pierw­szej, a panem Win­kle'em na grzbie­cie dru­giego.

- Dla­czego on tak bokiem idzie? - zapy­tał pan Snod­grass pana Win­kle'a z głębi pudła.

- Albo ja wiem! - odpo­wie­dział nie­szczę­śliwy jeź­dziec, któ­rego koń w samej rze­czy kro­czył bokiem w spo­sób wielce eks­cen­tryczny, z głową zwró­coną w jedną stronę ulicy, a ogo­nem w drugą.

Pan Pic­kwick nie miał czasu zwra­cać uwagi na to, co się działo poza nim, gdyż sam musiał wytę­żać wszyst­kie siły umy­słowe, by zdać sobie sprawę z postę­po­wa­nia zwie­rzę­cia zaprzę­żo­nego do bryczki. Stwo­rze­nie to wyra­biało szcze­gólne jakieś sztuki, mogące bar­dzo uba­wić postron­nego widza, ale wcale nie uspo­ka­ja­jące tych, któ­rzy znaj­do­wali się w pew­nej od niego zależ­no­ści. Potrzą­sa­jąc nie­ustan­nie głową w spo­sób nie­smaczny i nie­wła­ściwy, koń szar­pał zara­zem tak gwał­tow­nie, iż pan Pic­kwiek zale­d­wie był w sta­nie utrzy­mać lejce. Na domiar nie­szczę­ścia, tenże koń zna­lazł szcze­gólne upodo­ba­nie w rzu­ca­niu się ku jed­nej stro­nie ulicy, gdzie nagle sta­wał, po czym znów ruszał nagle z miej­sca z szyb­ko­ścią, którą poko­nać było fizycz­nym nie­po­do­bień­stwem. Już po raz dwu­dzie­sty wyko­ny­wał ten manewr, gdy pan Snod­grass zapy­tał swego towa­rzy­sza:

- Co temu koniowi?

- Nie poj­muję - odparł pan Tup­man. - Czy nie jest cza­sem pło­chliwy? Coś tak mi się widzi.

Pan Snod­grass chciał odpo­wie­dzieć, gdy wtem prze­rwał mu krzyk pana Pic­kwicka.

- Aj! - zawo­łał mistrz - upu­ści­łem bicz!

W tej chwili pan Win­kie, w kape­lu­szu nasu­nię­tym po same uszy, nad­je­chał na olbrzy­mim koniu, który wstrzą­sał nim z taką gwał­tow­no­ścią, iż zda­wało się, że jeź­dziec się roz­sy­pie.

- Win­kle! - krzyk­nął pan Snod­grass - tyś dobry chło­pak, pod­nieś no bicz!

Pan Win­kle, pochy­la­jąc się w tył, ścią­gnął konia tak sil­nie, że aż sam poczer­wie­niał. Gdy udało mu się wresz­cie zatrzy­mać olbrzy­miego rumaka, zlazł, podał bicz panu Pic­kwic­kowi i ująw­szy cugle zamie­rzał znowu wsiąść.

Nie umiemy tego powie­dzieć (jak łatwo się domy­ślić), czy wielki koń z nie­win­nej tylko weso­ło­ści chciał poigrać nieco z panem Win­kle'em, czy też wyobra­ził sobie, że więk­szą będzie miał przy­jem­ność, gdy odbę­dzie podróż bez jeźdźca, ale czy takie, czy inne były jego motywy, fak­tem jest, że zale­d­wie pan Win­kle dotknął cugli, zwie­rzę pochy­liw­szy głowę cof­nęło się o całą swą dłu­gość.

- Kosiu, dobry kosiu - ode­zwał się pan Win­kle ujmu­ją­cym gło­sem - dobry, stary kosiu!

Ale dobry kosio nie dał się uwieść tym pochleb­stwem i im bar­dziej pan Win­kle usi­ło­wał zbli­żyć się do niego, tym upo­rczy­wiej koń się odsu­wał, tak że w ciągu dzie­się­ciu minut, pomimo piesz­czot i pod­stę­pów, pan Win­kle i wielki koń, obra­ca­jąc się cią­gle jeden dokoła dru­giego, znaj­do­wali się zawsze w jed­nej i tej samej odle­gło­ści. Była to sytu­acja wcale nie­przy­jemna pod każ­dym wzglę­dem, zwłasz­cza na bez­lud­nej dro­dze, gdzie nie­po­dobna było zna­leźć żad­nej pomocy.

Gdy wiro­wa­nie to nie usta­wało, pan Win­kle krzyk­nął na swych towa­rzy­szy:

- Co tu robić? Nie mogę dosiąść konia.

- Naj­le­piej dopro­wa­dzić go gdzie do jakiego płotu - odpo­wie­dział pan Pic­kwick z kozła.

- Ale kiedy nie chce iść - zawo­łał pan Win­kle. - Chodź­cie no, pro­szę, przy­trzy­maj­cie go.

Pan Pic­kwick był praw­dzi­wym uoso­bie­niem uprzej­mo­ści i ugrzecz­nie­nia. Zsiadł więc z kozła, odpro­wa­dził konia wraz z bryczką pod płot, by nie zagra­dzać drogi, i zwró­cił się ku swemu towa­rzy­szowi gwoli dopo­mo­że­nia mu w jego kło­po­cie, pozo­sta­wia­jąc panów Tup­mana i Snod­grasa w bryczce.

Gdy tylko koń ujrzał pana Pic­kwicka pod­cho­dzą­cego z wiel­kim biczem, wnet zanie­chał ruchu koli­stego, w który się dotąd bawił, i roz­po­czął ruch wsteczny tak sta­now­czy, iż zmu­sił pana Win­kle'a, nie chcą­cego wypu­ścić cugli, do bie­gnię­cia za nim z nad­zwy­czajną szyb­ko­ścią w kie­runku Roche­ster. Pan Pic­kwick pospie­szył z pomocą, ale im prę­dzej biegł pan Pic­kwick, tym szyb­ciej koń się cofał. Kopyta jego dźwię­czały po bitej dro­dze, kurzawa wzno­siła się w górę. W końcu pan Win­kle, któ­remu ręka zdrę­twiała od trzy­ma­nia, zmu­szony był puścić lejce. Koń sta­nął, spoj­rzał ze zdzi­wie­niem dookoła, odwró­cił się i pokłu­so­wał spo­koj­nie ku stajni, pozo­sta­wia­jąc pana Win­kle'a i pana Pic­kwicka spo­glą­da­ją­cych na sie­bie i mocno skon­fun­do­wa­nych. Wtem jakiś podej­rzany nie­da­leki łoskot zwró­cił uwagę obu panów. Odwró­cili głowy.

- Tego tylko bra­ko­wało! - zawo­łał pan Pic­kwick roz­pacz­li­wie - i drugi koń ucieka!

Tak było rze­czy­wi­ście. Buce­fał zaprzę­żony do bryczki prze­ra­ził się hałasu spra­wia­nego przez towa­rzy­sza: lejce miał zarzu­cone na grzbiet, więc nie­trudno wyobra­zić sobie, co z tego wyni­kło. Rzu­cił się naprzód, szybko uno­sząc panów Tup­mana i Snod­grassa. Nie­stety! trwało to nie­długo. Pan Tup­man, prze­ra­żony, wysko­czył z bryczki, a pan Snod­grass instynk­tow­nie poszedł za jego przy­kła­dem. Koń roz­bił powóz ude­rzyw­szy nim o poręcz mostu, aż pudło oddzie­liło się od kół, potem sta­nął nie­ru­chomy, przy­pa­tru­jąc się ruinom, które spra­wił.

Pierw­szym sta­ra­niem dwóch nie uszko­dzo­nych przy­ja­ciół było wydo­by­cie spo­mię­dzy krza­ków dwóch innych przy­ja­ciół. Po doko­na­niu tego spo­strze­żono z zado­wo­le­niem, trud­nym do opi­sa­nia, iż ci dwaj dru­dzy nie ponie­śli żad­nego poważ­niej­szego szwanku i tylko w wielu miej­scach poroz­dzie­rali sobie ubra­nie i wła­sną skórę. Naten­czas wszy­scy razem zajęli się wyplą­ta­niem konia ze szcząt­ków powozu; a ukoń­czyw­szy tę skom­pli­ko­waną ope­ra­cję, wzięli go pomię­dzy sie­bie i poszli wol­nym kro­kiem, pozo­sta­wia­jąc resztki bryczki ich smut­nemu losowi.

Po godzi­nie drogi podróżni nasi zna­leźli się przed małą obe­rżą sto­jącą pomię­dzy dwoma wią­zami przy dro­dze. Z przodu widać było wielką stą­giew i ogromny szyld, z tyłu kilka popsu­tych narzę­dzi rol­ni­czych, z jed­nego boku ogród warzywny, z dru­giego na pół roz­wa­lone budynki gospo­dar­cze poro­słe mchem. Wie­śniak o rudych wło­sach pra­co­wał w ogro­dzie. Pan Pic­kwick, ujrzaw­szy go, zawo­łał:

- Hej, ty!

Wie­śniak pod­niósł się z wolna, prze­tarł oczy ręką i z naj­zim­niej­szą krwią począł przy­glą­dać się panu Pic­kwic­kowi i jego towa­rzy­szom.

- Hej, ty! - powtó­rzył pan Pic­kwick.

- A co tam? - zapy­tał rudo­włosy.

- Daleko stąd do Din­gley Dell?

- Sie­dem dobrych mil.

- A droga dobra?

- Nie! - odparł krótko wie­śniak.

Potem raz jesz­cze bacz­nie obej­rzaw­szy naszych podróż­ni­ków, wziął się do roboty, nie zaj­mu­jąc się nimi wię­cej.

- Chcie­li­by­śmy zosta­wić tu konia - zaczął pan Pic­kwick.

- Konia zosta­wić? - zapy­tał wie­śniak oparł­szy się na łopa­cie.

- Tak - odrzekł pan Pic­kwick pod­su­nąw­szy się wraz z ruma­kiem do samego płotu.

- Jej­mość! - krzyk­nął rudo­włosy, wycho­dząc z ogrodu i podejrz­li­wym okiem spo­glą­da­jąc na konia. - Jej­mość!

Wysoka, kości­sta i wypro­sto­wana jak tyka kobieta ode­zwała się na to woła­nie.

- Dobra kobieto - zaczął znowu Pic­kwick, pod­cho­dząc bli­żej i nada­jąc swemu gło­sowi ton ujmu­jący - czy nie mogli­by­śmy zosta­wić tu tego konia?

Wie­śniak powie­dział coś do ucha kobie­cie. Ta spoj­rzała z góry na całą kara­wanę i pomy­ślaw­szy chwilę odrze­kła:

- Nie! Nie mam jakoś do tego serca.

- Serca! - powtó­rzył pan Pic­kwick - co ona mówi tu o sercu?

- Już raz mie­li­śmy z tym kło­pot - odrze­kła kobieta, odcho­dząc do domu - i drugi raz mieć nie chcemy.

- To szcze­gólne! - zawo­łał pan Pic­kwick, mocno zdzi­wiony - w żad­nej mojej podróży nie zda­rzyło mi się nic podob­nego.

- Zdaje mi się... doprawdy, zdaje mi się - szep­nął pan Win­kle do swych przy­ja­ciół - iż baba ta podej­rzewa nas, że tego konia skra­dli­śmy.

- Co?! - krzyk­nął pan Pic­kwick z obu­rze­niem.

Pan Win­kle skrom­nie powtó­rzył swe zda­nie.

- Hej, ty! Rudy! - zawo­łał pan Pic­kwick na wie­śniaka - czy sądzisz, żeśmy tego konia skra­dli?

- Nie sądzę, ale jestem tego pewny - odpo­wie­dział rudo­włosy z uśmie­chem, który mu roz­sze­rzył usta od ucha do ucha. Powie­dziaw­szy to wszedł do domu i sta­ran­nie zamknął drzwi za sobą.

- To jakby sen! - zawo­łał pan Pic­kwick - szka­radny sen! O nieba, wystaw­cie sobie czło­wieka idą­cego pie­szo cały dzień i ści­ga­nego przez strasz­li­wego konia, któ­rego nie może się pozbyć!

Zmar­twieni pic­kwic­ki­ści szli dalej drogą ze zwie­szo­nymi gło­wami; ogromny czwo­ro­nóg, do któ­rego czuli głę­boką odrazę, kro­czył z wolna w ślad za nimi.

Już było dobrze po połu­dniu, gdy czte­rej nasi przy­ja­ciele, wciąż w towa­rzy­stwie nie­zno­śnego zwie­rzę­cia, doszli do drogi skrę­ca­ją­cej ku Manor Farm. Ale cho­ciaż byli już pra­wie u kresu podróży, zado­wo­le­nie ich znacz­nie sła­bło na myśl, jak głu­pio będą wyglą­dali, gdy się pokażą. Podarta odzież, podra­pane twa­rze, powa­lane buty, wycień­czone posta­cie, a na domiar wszyst­kiego ten koń okropny! O! Jakże go prze­kli­nał pan Pic­kwick! Od czasu do czasu rzu­cał na niego wzro­kiem, w któ­rym wyra­żała się cała nie­na­wiść i żądza strasz­li­wej zemsty. Nie­jed­no­krot­nie obli­czał, ile mniej wię­cej wypa­da­łoby zapła­cić za przy­jem­ność pode­rżnię­cia mu gar­dła; chęć zamor­do­wa­nia go i porzu­ce­nia w pustym polu zaj­mo­wała gwał­tow­nie jego umysł. Pomimo to szedł cią­gle, aż wresz­cie na jed­nym z zakrę­tów drogi okropne te myśli roz­wiały się na widok dwóch osób. Był to pan War­dle i wierny jego sługa, pyzaty chło­pak.

- Gdzie­ście to prze­pa­dli? - zapy­tał gościnny gen­tle­man. - Cze­kam na panów dzień cały. Widzę, żeście zmę­czeni. Co? Podra­pani? Ale spo­dzie­wam się, żeście nie ranni? Nie? To mnie cie­szy. Wywró­ci­li­ście się? Nie myślmy o tym wię­cej: to rzecz zwy­czajna w tych stro­nach. Joe! Prze­klęty chło­pak! Znowu śpi! Joe! Zapro­wadź konia do stajni!

Joe ujął za uzdę fatal­nego rumaka i powlókł się leni­wym kro­kiem, a tym­cza­sem stary gen­tle­man pocie­szał swych gości...

Przy­byw­szy do Manor Farm zapro­wa­dził ich naj­pierw do kuchni, mówiąc:

- Tu wszystko napra­wimy, a potem zapro­wa­dzę was do salonu. Emmo! Przy­nieś no wiśniówki! Joanno! Igły i nici! Mario! Wody i ręcz­ni­ków! No, dziew­częta! Żywo!

Trzy czy cztery hoże dziew­czyny pobie­gły szybko po żądane przed­mioty, pod­czas gdy sprzed kominka pod­nio­sło się kilku osob­ni­ków rodzaju męskiego (cho­ciaż był to wie­czór majowy, przy­wią­za­nie ich do pło­ną­cych drew zda­wało się nie mniej silne niż w okre­sie Bożego Naro­dze­nia) o wiel­kich gło­wach i sze­ro­kich twa­rzach, któ­rzy znik­nęli w jakichś zaka­mar­kach i zja­wili się uzbro­jeni we flaszkę czer­ni­dła i pół tuzina szczo­tek.

- Żywo! Żywo! - powta­rzał stary gen­tle­man. Ale to wezwa­nie było zby­teczne, gdyż już jedna słu­żąca nale­wała wiśniówki, druga poda­wała ręcz­niki, a jeden ze sług, pochwy­ciw­szy pana Pic­kwicka za nogę i nara­ża­jąc filo­zofa na utra­ce­nie rów­no­wagi, czy­ścił mu buty z taką gor­li­wo­ścią, że aż poczer­wie­niały odci­ski. Jed­no­cze­śnie drugi słu­żący ogromną szczotką czy­ścił Win­kle'a, wyda­jąc rodzaj świ­stu, wła­ści­wego masz­ta­le­rzom czysz­czą­cym konie.

Co do pana Snod­grassa, ten doko­naw­szy ablu­cyj, odwró­cił się tyłem do pieca i z bło­go­ścią pocią­ga­jąc z kie­liszka, począł oglą­dać kuch­nię.

Według jego opisu, była to obszerna izba wyło­żona czer­woną cegłą. Piec miała ogromny, sufit zdo­biły pęki cebul, szynki i sło­nina; na ścia­nach wisiały bicze, uzdy, sio­dła i stara, zardze­wiała strzelba; pod nią mie­ścił się napis wiel­kimi lite­rami: "Nabita", który zarówno dziś, jak i przed pół wie­kiem budził ten sam respekt. Stary zegar z kukułką poważ­nie tykał w kącie.

- Czy­ście już gotowi? - zapy­tał swych gości stary gen­tle­man, gdy byli już umyci, wyczysz­czeni i poła­tani jak należy.

- Zupeł­nie gotowi - odrzekł pan Pic­kwick.

- A więc chodźmy!

Trzej podróżni poszli licz­nymi kory­ta­rzami. Dopiero przed drzwiami salonu przy­łą­czył się do nich pan Tup­man, który pozo­stał z tyłu w zamia­rze skra­dze­nia Emmie całusa, ale otrzy­mał tylko kilka sztur­chań­ców. Stary gen­tle­man wpro­wa­dził gości do salonu, mówiąc:

- Pano­wie! Witam was w Manor Farm.

Rozdział VI

Jak za daw­nych cza­sów prze­pę­dzano wie­czór na wsi - Wiersz wika­rego - Powrót ska­zańca

Liczni goście zgro­ma­dzeni w salo­nie powstali dla przy­wi­ta­nia nowo przy­by­łych. Gdy odby­wały się cere­mo­nialne for­mal­no­ści przy­ję­cia, pan Pic­kwick miał czas obej­rzeć zebra­nych i poczy­nić wnio­ski co do ich cha­rak­te­rów i zajęć. Był to rodzaj roz­rywki, któ­rej chęt­nie się odda­wał, jak i wielu innych wiel­kich ludzi.

Bar­dzo stara dama, w wyso­kim czepku i jedwab­nej wypło­wia­łej sukni - ni mniej, ni wię­cej tylko matka pana War­dle'a - zaj­mo­wała hono­rowe miej­sce po pra­wej stro­nie kominka. Liczne dowody, że w mło­do­ści otrzy­mała wycho­wa­nie takie, jakie powinna była otrzy­mać, i że póź­niej nie sprze­nie­wie­rzyła się tym zasa­dom, poroz­wie­szane były na ścia­nach w postaci robó­tek wyko­na­nych w zamierz­chłych cza­sach, hafto­wa­nych land­sza­ftów z tejże epoki i czer­wo­nego jedwab­nego sznura do kociołka z nieco now­szego okresu. Ciotka-panna, dwie młode panienki i pan War­dle, ugru­po­wani dokoła sta­rej damy, współ­za­wod­ni­czyli w oka­zy­wa­niu jej nie­usta­ją­cych wzglę­dów. Jedna trzy­mała jej aku­styczną trąbkę, druga poma­rań­czę, trze­cia fla­ko­nik z pach­ni­dłami, sam zaś pan War­dle sta­ran­nie popra­wiał poduszki, na któ­rych była wsparta.

Z dru­giej strony komina sie­dział stary gen­tle­man, obda­rzony uprzejmą postawą i łysą głową. Był to wikary z Din­gley Dell; koło niego mie­ściła się jego żona, zacna stara kobieta, któ­rej czer­stwa twarz i oży­wione rysy zda­wały się świad­czyć, że jeżeli była wysoce bie­gła w wyra­bia­niu roz­ma­itych kor­dia­łów, jak przy­stoi na dobrą gospo­dy­nię, to znała się rów­nież i na wła­ści­wym ich uży­ciu. Mały czło­wie­czek, wła­ści­ciel głowy podob­nej do jabłka, roz­ma­wiał w kącie ze sta­rym tłu­stym gen­tle­manem, a dwaj czy trzej inni starcy i tyleż sta­rych pań sie­działo sztywno i nie­ru­chomo na krze­słach, lito­śnie spo­glą­da­jąc na pana Pic­kwicka i jego towa­rzy­szy podróży.

- Matko! - rzekł pan War­dle, mocno natę­ża­jąc głos - pan Pic­kwick.

- Och! - zawo­łała stara dama, potrzą­sa­jąc głową - nie sły­szę.

- Pan Pic­kwick, bab­ciu! - gło­śno krzyk­nęły razem dwie młode panny.

- A! - odrze­kła stara dama - to wszystko jedno. I tak nie­wiele dba o taką starą kobietę jak ja, jestem tego pewna.

- Zapew­niam panią - powie­dział pan Pic­kwick, ujmu­jąc rękę sta­rej damy i mówiąc tak gło­śno, że aż łagodna twarz jego nabrała szkar­łat­nej barwy - zapew­niam panią, iż nic mnie tak nie zachwyca jak oglą­da­nie, na czele tak pięk­nej rodziny, osoby w jej wieku, która przy tym wygląda tak młodo i zdrowo.

- Ach! - zaczęła znowu stara dama po krót­kim mil­cze­niu - wszystko to bar­dzo pięk­nie, jestem tego pewna, ale nic nie sły­szę.

- Bab­cia jest teraz źle uspo­so­biona - rze­kła łagod­nie miss Iza­bela War­dle - ale po nie­ja­kim cza­sie będzie roz­ma­wiać z panem.

Pan Pic­kwick oka­zał zna­kiem swą goto­wość uwzględ­nie­nia ułom­no­ści wieku; potem odwró­cił się i przy­jął udział we wspól­nej roz­mo­wie.

- Śliczne miesz­ka­nie! Cudna oko­lica! - zawo­łał.

- Prze­śliczna! - powtó­rzyli pano­wie Snod­grass, Tup­man iWin­kle.

- O! Pochle­biam sobie! - odrzekł pan War­dle.

- Panie - rzekł wła­ści­ciel głowy podob­nej do jabłka - nie ma lep­szego gruntu w całym hrab­stwie Kent. Doprawdy, panie, że nie ma. Jestem tego pewny, że nie ma!

I spoj­rzał dokoła z miną trium­fu­jącą, jak gdyby ktoś zaprze­czał mu gwał­tow­nie i jak gdyby on zmu­sił go do mil­cze­nia.

- Nie ma lep­szego gruntu w całym hrab­stwie Kent - po krót­kiej pau­zie powtó­rzył wła­ści­ciel głowy podob­nej do jabłka.

- Wyjąw­szy Mul­lins - wygło­sił uro­czy­ście tłu­sty gen­tle­man.

- Mul­lins! - wykrzyk­nął pierw­szy z głę­boką pogardą.

- To bar­dzo piękna zie­mia - dodał inny tłu­sty gen­tle­man.

- O! Piękna! - dorzu­cił trzeci tłu­sty gen­tle­man.

- Wszy­scy o tym wie­dzą - nad­mie­nił zama­szy­sty gospo­darz.

Wła­ści­ciel głowy podob­nej do jabłka spoj­rzał z powąt­pie­wa­niem dokoła, ale zna­la­zł­szy się sta­now­czo w mniej­szo­ści, przy­brał minę zapo­zna­nej wyż­szo­ści i nie powie­dział nic wię­cej.

- O czym mówią? - zapy­tała stara dama jedną ze swych wnu­czek gło­sem mocno pod­nie­sio­nym, gdyż według zwy­czaju głu­chych nie mogła wyobra­zić sobie, by ją mógł kto usły­szeć ina­czej.

- O grun­tach, bab­ciu.

- Co mówią o grun­tach? Czy co się stało?

- Nie, nie. Pan Mil­ler mówi, że nasze grunta są gor­sze ani­żeli w Mul­lins.

- Któż to utrzy­muje? - zapy­tała dama z obu­rze­niem. - Mil­ler jest samo­chwał, imper­ty­nent, powiedz­cie mu to ode mnie.

Wypo­wie­dziaw­szy to zda­nie stara dama pod­nio­sła się i spoj­rzała surowo na deli­kwenta, nie wąt­piąc ani na chwilę, iż mówiła tak, że wszy­scy mogli ją sły­szeć.

- No! No! - zawo­łał pan War­dle, usi­łu­jąc, natu­ral­nie, zmie­nić temat roz­mowy. - Co powie pan o wiście, panie Pic­kwick?

- Lubię tę grę nade wszystko, ale pro­szę, byś jej pan nie aran­żo­wał dla mnie jedy­nie.

- O! Zapew­niam pana, że moja matka bar­dzo lubi wista. Prawda, matko?

Stara dama, która co do tego punktu była nie­rów­nie mniej głu­cha, odpo­wie­działa twier­dząco.

- Joe! Joe! - zawo­łał stary gen­tle­man. - Joe! Prze­klęty chło­pak!... A! Jesteś! Przy­go­tuj stoły do gry.

Fleg­ma­tyczny mło­dzie­niec posta­wił dwa stoły: jeden do wista, drugi do "pół do dwu­na­stej". Do wista zasie­dli: pan Pic­kwick, stara dama, pan Mil­ler i tłu­sty gen­tle­man. Reszta towa­rzy­stwa zajęła się drugą grą.

Wist pro­wa­dzony był z całą ści­sło­ścią i powagą, jakich wymaga ten uro­czy­sty akt, który, według naszego zda­nia, nie­wła­ści­wie i krzyw­dząco nazwano grą. Ale przy okrą­głym stole wese­lono się tak hała­śli­wie, iż to prze­szka­dzało widocz­nie kom­bi­na­cjom pana Mil­lera. Nie­szczę­śliwy ten czło­wiek, nie mogąc zająć się grą, jak by nale­żało, popeł­niał błędy nie do prze­ba­cze­nia, wzbu­dza­jąc w wyso­kim stop­niu gniew tłu­stego gen­tle­mana i w tej samej mie­rze dobry humor sta­rej damy.

- Aha! - zawo­łał pan Mil­ler zwy­cię­skim tonem, bio­rąc siódmą lewę. - Myślę, że nie można by lepiej zagrać; nie­po­dobna było wziąć ani jed­nej lewy wię­cej.

Stara dama nie­długo go pozo­sta­wiła w tym szczę­śli­wym prze­ko­na­niu.

- Mil­ler powi­nien był bić dzwonkę - powie­działa - prawda, panie?

Pan Pic­kwick skło­nił się twier­dząco.

Nie­szczę­śliwy gracz odwo­łał się do swego part­nera, mówiąc z powąt­pie­wa­niem:

- Czy tak, panie?

- Natu­ral­nie - odpo­wie­dział sucho tłu­sty gen­tle­man.

- Bar­dzo tego żałuję - odrzekł Mil­ler, zbity z tropu.

- W samą porę - mruk­nął jego part­ner.

- Dwa honory to czyni razem osiem - rzekł z powagą pan Pic­kwick.

Znowu roz­dano karty.

- Czy może pan zro­bić jesz­cze jedną lewę? - zapy­tała stara dama.

- Mogę - odrzekł pan Pic­kwick. - Dubla, sympl i rober.

- Ni­gdy nie widzia­łem takiego szczę­ścia! - zauwa­żył pan Mil­ler.

- Ani ja takich nędz­nych kart - dodał tłu­sty gen­tle­man.

Nastą­piło uro­czy­ste mil­cze­nie. Pan Pic­kwick był oży­wiony, stara dama bar­dzo uważna, tłu­sty gen­tle­man zło­śliwy, a pan Mil­ler w cią­głej trwo­dze.

- Jesz­cze jedna dubla, panie - rzekł pan Pic­kwick.

- Wiem o tym - odrzekł cierpko tłu­sty gen­tle­man.

W ciągu dru­giej par­tii, któ­rej rezul­tat był taki sam, pan Mil­ler miał nie­szczę­ście zro­bić renons. Tłu­sty gen­tle­man nie mógł dłu­żej powstrzy­mać swego gniewu. Stara dama, prze­ciw­nie, sły­szała coraz lepiej, gdy tym­cza­sem pan Mil­ler, zda­wało się, był tak mało w swoim żywiole, jak del­fin w klatce.

Gdy wista skoń­czono, tłu­sty gen­tle­man usu­nął się w kąt i tam prze­sie­dział w naj­zu­peł­niej­szym mil­cze­niu dwa­dzie­ścia sie­dem minut, po czym, wyszedł­szy ze swego ustro­nia, podał panu Pic­kwic­kowi szczyptę tabaki ze wspa­nia­ło­myśl­no­ścią czło­wieka, któ­remu miłość bliź­niego naka­zuje prze­ba­czać doznane urazy.

Pod­czas tych wypad­ków gra przy okrą­głym stole szła dalej weso­łym try­bem. Tym­cza­sem utwo­rzyły się nie­roz­łączne pary: Iza­bela War­dle - pan Tru­dle, Emi­lia War­dle - pan Snod­grass; pan Tup­man z ciotką-panną utwo­rzyli także spółkę co do punk­tów i wza­jem­nych grzecz­no­ści. Stary War­dle był u szczytu dobrego humoru. Pro­wa­dził bank tak prze­bie­gle, damy oka­zy­wały taką chęć wygra­nia, że grzmoty śmie­chu roz­le­gały się pra­wie nie­ustan­nie. Była tam stara dama, cią­gle pła­cąca naj­mniej za sześć kart. Wszy­scy śmiali się z tego regu­lar­nie za każ­dym razem, a gdy stara dama, pła­cąc, krzy­wiła się, śmiano się jesz­cze gło­śniej. Wtedy twarz jej roz­pro­mie­niała się stop­niowo i koń­czyło się na tym, że sama śmiała się w ogól­nym chó­rze. Gdy ciotka-panna dosta­wała króla do damy, inne panny par­skały śmie­chem, a ciotka-panna wpa­dała w bar­dzo zły humor, zaraz jed­nak czuła rękę pana Tup­mana ści­ska­jącą jej rękę pod sto­łem, i twarz jej wypo­ga­dzała się natych­miast; potem przy­bie­rała minę, jakby chciała powie­dzieć, że mariaż nie był bynaj­mniej tak daleki, jak sądzono.

Wtedy wszy­scy znów śmiać się poczy­nali, zwłasz­cza pan War­dle, któ­rego każdy żart roz­we­se­lał przy­naj­mniej w tym stop­niu co naj­młod­szych.

Pan Snod­grass tym­cza­sem cią­gle szep­tał do ucha swo­jej part­nerce coś wielce poetycz­nego, co skło­niło pew­nego star­szego gen­tle­mana do robie­nia żar­to­bli­wych, acz nie pozba­wio­nych zło­śli­wo­ści uwag o dobie­ra­niu sobie part­ne­rów w kar­tach i w życiu, czemu towa­rzy­szyły trą­ca­nia łok­ciem i uśmie­chy. Weso­łość wzra­stała jesz­cze wsku­tek tego; szcze­gól­nie zaś cie­szyła się żona wzmian­ko­wa­nego gen­tle­mana.

Pan Win­kle od czasu do czasu rzu­cał żarty, dobrze znane w Lon­dy­nie, które jed­nak były nowo­ścią na pro­win­cji, a ponie­waż wszy­scy śmiali się z nich ser­decz­nie i uwa­żali je za dosko­nałe, pan Win­kle jaśniał humo­rem i sławą.

Zacny duchowny spo­glą­dał na te sceny z zado­wo­le­niem, gdyż dobrego starca cie­szył widok tylu szczę­śli­wych twa­rzy dokoła. Weso­łość bowiem, choć hała­śliwa, szła z serca, nie z ust tylko, a na tym wła­śnie polega praw­dziwa, szczera weso­łość.

Wśród takich roz­ry­wek wie­czór upły­nął szybko. Po pro­stej, lecz posil­nej wie­cze­rzy zebrano się wokół kominka, pan Pic­kwick oświad­czył, że ni­gdy w życiu nie czuł się tak szczę­śliwy, ni­gdy nie był tak uspo­so­biony do uży­wa­nia teraź­niej­szo­ści, nie­stety tak szybko prze­mi­ja­ją­cej.

- To wła­śnie - powie­dział gościnny gospo­darz, który umie­ściw­szy się wygod­nie w pobliżu fotela matki, ujął jej rękę - to wła­śnie lubię. Naj­szczę­śliw­sze lata mego życia upły­wały przy tym sta­rym kominku... Tak jestem do niego przy­wią­zany, że każę roz­pa­lać co wie­czór ogień, chyba że upał czyni to nie­moż­li­wym. Stara matuchna, tu obecna, sia­dy­wała na tym małym tabo­re­cie, gdy jesz­cze była dziec­kiem. Prawda, matko?

Łzy, które napły­wają do oczu na nie­spo­dzie­wane wspo­mnie­nie daw­nych cza­sów i minio­nego szczę­ścia, spły­wały po policz­kach sta­rej damy, gdy z melan­cho­lij­nym uśmie­chem pochy­liła głowę.

- Musi pan wyba­czyć, panie Pic­kwick, że cią­gle mówię o tej sta­rej dziu­rze - pod­jął po krót­kiej pau­zie gospo­darz. - Ale kocham ją nade wszystko i nie znam innej; stare domy i pola są dla mnie jak żywi przy­ja­ciele, i kośció­łek obro­sły blusz­czem rów­nież... Nasz dosko­nały przy­ja­ciel napi­sał o nim wiersz, gdy przy­je­chał do nas po raz pierw­szy. Panie Snod­grass, czy ma pan co w szklance?

- Pełno, dzię­kuję - powie­dział ów gen­tle­man, któ­rego poetycka cie­ka­wość została sil­nie podraż­niona ostat­nim zda­niem opo­wia­da­ją­cego. - Prze­pra­szam pana, ale pan wspo­mniał o pie­śni o blusz­czu.

- Musi pan zapy­tać o to naszego przy­ja­ciela sie­dzą­cego tam naprze­ciw - powie­dział gospo­darz, pochy­le­niem głowy zna­cząco wska­zu­jąc wika­rego.

- Czy wolno mi powie­dzieć, że pra­gnął­bym usły­szeć tę pieśń? - zapy­tał pan Snod­grass.

- Co, naprawdę? - zapy­tał wikary. - To taka drob­nostka! Mogę tylko powie­dzieć na swoje uspra­wie­dli­wie­nie, że byłem wtedy bar­dzo młody. Ale jeżeli pan chce, może ją pan usły­szeć!

Odpo­wie­dzią był oczy­wi­ście szmer zacie­ka­wie­nia i stary gen­tle­man zaczął, pona­glony przez żonę, recy­to­wać nastę­pu­jące wier­sze:

BLUSZCZ5

Dziwne to ziele ów bluszcz zie­lony,

Co stare oplata mury!

Sta­ran­nie strawę dobiera sobie

W swej celi zim­nej, ponu­rej!

Wszystko w proch zmie­nić, zetlić się musi,

By mu do smaku przy­pa­dło,

A pleśń wie­kowa, pleśń daw­nych cza­sów -

Naj­mil­sze jego jadło.

Tam, gdzie już życie zga­sło w popiele,

Bluszcz pnie się. - Dziwne, dziwne to ziele!

Rzekł­byś, że leci, choć skrzy­deł nie ma,

Lecz serce jakież ma czułe!

Jak tuli, pies swo­jego druha,

Sta­rego dęba-gadułę!

Wesoło błysz­czą mu liście szklane,

Cho­ciaż peł­za­nie go tru­dzi -

Lecz nic to - kie­dyś otuli wszyst­kie

Mogiły pomar­łych ludzi.

Tam, gdzie śmierć prze­szła na swych wojsk czele,

Bluszcz pnie się. - Dziwne, dziwne to ziele!

Mijają wieki, narody giną

I w grób się kładą miliony,

Ale bluszcz stary nie więd­nie ni­gdy,

Liść jego zawsze zie­lony.

Tuczy się stary bluszcz jadłem ruin,

Prze­szło­ścią tuczy się krwawą:

Gdyż naj­dum­niej­szy twór ludzki w końcu

Dla blusz­czu tylko jest strawą.

I tam gdzie Czas w swym kró­lo­wał kościele,

Bluszcz pnie się. - Dziwne to ziele!

Kiedy stary gen­tle­man powtó­rzył wiersz po raz drugi, aby uła­twić panu Snod­gras­sowi noto­wa­nie, pan Pic­kwick nadał rysom swo­jego obli­cza wyraz naj­więk­szego zain­te­re­so­wa­nia. Gdy stary gen­tle­man skoń­czył dyk­to­wać, a pan Snod­grass scho­wał notat­nik do kie­szeni, pan Pic­kwick oznaj­mił:

- Wyba­czy pan, że pozwolę sobie na zro­bie­nie uwagi pomimo krót­kiej zna­jo­mo­ści. Gen­tle­man, jak pan, nie mógł, sądzę, peł­niąc przez dłu­gie lata służbę bożą, nie zaob­ser­wo­wać wielu scen i wyda­rzeń god­nych zapa­mię­ta­nia.

- Nie­jedno, oczy­wi­ście, widzia­łem - odrzekł stary gen­tle­man. - Ale ludzie i wypadki były, powie­dział­bym, natury codzien­nej i domo­wej, gdyż sfera mego dzia­ła­nia jest bar­dzo ogra­ni­czona.

- Sądzę, iż zano­to­wał pan wypa­dek Johna Edmundsa, prawda? - zapy­tał pan War­dle, któ­rego poże­rała chęć wycią­gnię­cia na słowa przy­ja­ciela ku zbu­do­wa­niu nowych gości.

Stary gen­tle­man wolno pochy­lił głowę na znak potwier­dze­nia i już chciał zmie­nić temat, gdy głos zabrał pan Pic­kwick:

- Pro­szę mi wyba­czyć, ale czy wolno mi zapy­tać, kto to był John Edmunds?

- Wła­śnie to mia­łem na końcu języka - dodał gorąco pan Snod­grass.

- Nie wywi­nie się pan - powie­dział jowial­nie gospo­darz. - Wcze­śniej czy póź­niej będzie pan musiał zaspo­koić cie­ka­wość tych gen­tle­ma­nów. Radzę sko­rzy­stać z miłej spo­sob­no­ści i opo­wie­dzieć to zaraz.

Stary gen­tle­man uśmiech­nął się pogod­nie i wysu­nął nieco swój fotel; całe towa­rzy­stwo zbli­żyło krze­sła, zwłasz­cza pan Tup­man i ciotka-panna (moż­liwe, że słu­cha­nie spra­wiało im pewną trud­ność); gdy podano trąbkę sta­rej damie, a pana Mil­lera (który zasnął pod­czas recy­to­wa­nia wier­szy) zbu­dzono ze snu wymow­nym kuk­sań­cem, który wymie­rzył mu eks­part­ner, tłu­sty gen­de­man, stary pan bez dal­szych wstę­pów zaczął poniż­sze opo­wia­da­nie, któ­remu pozwo­li­li­śmy sobie nadać tytuł:

POWRÓT SKAZAŃCA

- Kie­dym po raz pierw­szy przy­był do tego mia­steczka - powie­dział stary gen­tle­man - to jest równo przed 25 laty, naj­go­rzej noto­wa­nym mię­dzy moimi para­fia­nami był czło­wiek nazwi­skiem Edmunds, który dzier­ża­wił małą fermę nie­da­leko stąd. Był to ponury, zatwar­działy leniuch i roz­pust­nik, okrutny i zawzięty z natury. Z wyjąt­kiem kilku leni­wych i nie­spo­koj­nych włó­czę­gów, z któ­rymi łaził po polach lub zale­wał pałę w piwiarni, nie miał przy­ja­ciół ani zna­jo­mych. Nikt nie chciał mówić z tym dra­bem, wielu się go bało, a wszy­scy nie­na­wi­dzili go. Kto żyw - uni­kał Edmundsa.

Czło­wiek ten miał żonę i jed­nego syna, który, gdym tu przy­był, liczył około 12 lat. Trudno wyobra­zić sobie ogrom cier­pień tej kobiety oraz pogody i pokory, z jaką je zno­siła, wresz­cie tro­skli­wo­ści, z jaką wycho­wy­wała chłopca. Niech Bóg wyba­czy mi moją podejrz­li­wość, jeżeli nie ma ona lito­ści, ale mocno wie­rzę, że czło­wiek ów przez wiele lat sys­te­ma­tycz­nie usi­ło­wał zła­mać serce swej żony. Ale ona zno­siła wszystko ze względu na malca i jak­kol­wiek wielu wyda się to dziwne, ze względu na ojca. Cho­ciaż bowiem był to bru­tal i okrut­nie się z nią obcho­dził, kochała go nie­gdyś, a wspo­mnie­nie, czym był wtedy dla niej, budziło w jej zbo­la­łym sercu cier­pli­wość i powol­ność, uczu­cia obce wszyst­kim stwo­rze­niom ludz­kim z wyjąt­kiem nie­wiast.

Byli ubo­dzy. Nie mogło być ina­czej, skoro czło­wiek ów wybrał taki spo­sób postę­po­wa­nia. Ale cią­gła i nie­ustanna praca tej kobiety, od rana do nocy, w świą­tek i w pią­tek, bro­niła ich od osta­tecz­nej nędzy. Za trudy te otrzy­my­wała nędzne wyna­gro­dze­nie... Ludzie, któ­rzy mijali ich dom wie­czo­rem, a cza­sami późną nocą, opo­wia­dali, że sły­szeli jęki i szlo­chy nie­szczę­śli­wej kobiety oraz odgłosy razów. Nie­raz dobrze już po pół­nocy chłop­czyna pukał do drzwi sąsiada, wysłany przez matkę, która chciała go ochro­nić przed pijaną furią nie­przy­tom­nego ojca.

Przez cały ten czas nie­szczę­śliwa ta kobieta cho­dziła stale do naszego kościółka, cho­ciaż czę­sto nie mogła ukryć śla­dów znę­cań i razów męża. Regu­lar­nie każ­dej nie­dzieli, z rana i po połu­dniu, zaj­mo­wała tę samą ławkę. Chło­piec sia­dał przy niej i cho­ciaż oboje odziani ubogo, o wiele gorzej niż sąsie­dzi, od któ­rych byli w gor­szej sytu­acji, zawsze wyglą­dali czy­sto i schlud­nie. Każdy miał przy­ja­ciel­ski ukłon i uprzejme słówko dla "bied­nej pani Edmunds" i czę­sto, gdy po nabo­żeń­stwie zatrzy­my­wała się, by zamie­nić z kimś kilka słów w alei brzo­sto­wej, pro­wa­dzą­cej do drzwi kościoła, albo z dumą i miło­ścią mat­czyną patrzyła na swego chło­paka, bawią­cego się opo­dal z towa­rzy­szami, jej stro­skane obli­cze jaśniało wyra­zem głę­bo­kiej wdzięcz­no­ści. Miała wów­czas uśmiech, jeżeli nie wesoły, to w każ­dym razie zawsze spo­kojny i pogodny.

Upły­nęło pięć czy sześć lat. Chło­pak wyrósł na sil­nego i dorod­nego mło­dzieńca. Czas, który wzmoc­nił deli­katne członki chłopca i nadał męski wygląd jego kształ­tom, zgiął postać matki i osła­bił jej kroki. Ale ramię, w któ­rym powinna była zna­leźć opar­cie, nie pod­trzy­my­wało jej. Obli­cze, które powinno było ją roz­we­se­lać, nie zwra­cało się do niej. Zaj­mo­wała tę samą ławkę. Ale miej­sce obok niej było puste. Biblia była prze­cho­wy­wana sta­ran­nie jak zawsze, odpo­wied­nie miej­sca zakre­ślone, kartki zagięte, ale nie miał kto czy­tać matce Pisma, więc łzy, cięż­kie i obfite, padały na księgę i zale­wały słowa przed oczyma bie­daczki. Sąsie­dzi byli uprzejmi jak daw­niej. Skoń­czyły się jed­nak poga­wędki w alei brzo­sto­wej... i rado­sne ocze­ki­wa­nie szczę­ścia, które przyjść miało. Nie­szczę­śliwa kobieta nasu­wała głę­biej cze­pek na oczy i szybko odcho­dziła.

Czy mam wam powie­dzieć, że mło­dzie­niec, spo­glą­da­jąc wstecz na lata swego dzie­ciń­stwa (do czego zmu­szały go pamięć i sumie­nie), wra­ca­jąc wspo­mnie­niami do tych chwil, nie mógł sobie przy­po­mnieć nic, co nie byłoby w ten czy inny spo­sób zwią­zane z długą serią ofiar dobro­wol­nych, jakie matka przyj­mo­wała na sie­bie przez wzgląd na niego, z krzywdą i cier­pie­niem swoim... wszystko dla niego?! Czy mam pań­stwu powie­dzieć, że lek­ko­myśl­nie lek­ce­wa­żąc jej zbo­lałe serce, umyśl­nie nie pamię­ta­jąc o niczym, co uczy­niła dla niego, wdał się ze zde­pra­wo­wa­nymi i zepsu­tymi ludźmi i po wariacku, bez opa­mię­ta­nia, zanu­rzył się w życie, które miało przy­nieść wyrok śmierci jemu, a hańbę jej! Nie­stety! Taka jest natura ludzka! Domy­śli­li­ście się tego, zanim wam powie­dzia­łem.

Miara udrę­czeń i cier­pień nie­szczę­śli­wej kobiety miała się prze­peł­nić. W oko­licy popeł­niono kilka zbrodni. Spraw­ców nie wykryto, więc czel­ność ich wzro­sła. Napad nie­zwy­kle śmiały i zuchwały wzmógł czuj­ność. Zło­czyńcy nie prze­wi­dzieli tego. Młody Edmunds został ujęty wraz z trzema towa­rzy­szami. Schwy­tano go, aresz­to­wano, sta­wiono przed try­bu­nał, osą­dzono na śmierć.

Dziki i przej­mu­jący krzyk kobiety, który roz­legł się w sali sądo­wej, gdy uro­czy­ście prze­czy­tano wyrok, dotych­czas dźwię­czy mi w uszach! Krzyk ten prze­jął stra­chem serce zbrod­nia­rza. Nie doko­nał tego sąd ani wyrok, ani pew­ność śmierci. Wargi, zaci­śnięte aż do tej chwili z upar­tym gnie­wem, zadrżały i roz­chy­liły się teraz wbrew jego woli. Twarz nabrała zie­mi­stej barwy. Nogi ugięły się pod zbrod­nia­rzem, aż zwa­lił się na ławę oskar­żo­nych.

W pierw­szym przy­stę­pie roz­pa­czy zbo­lała matka upa­dła u moich nóg, gorąco bła­ga­jąc Wszech­moc­nego, który dotych­czas rato­wał ją w każ­dym nie­szczę­ściu, aby zabrał ją z tego świata udręki i bólu w zamian za życie jej syna. Potem nastą­pił wybuch roz­pa­czy takiej, jakiej ni­gdy nie widzia­łem. Czu­łem, że od tej chwili serce w niej zamarło, ale ni­gdy nie usły­sza­łem z jej ust skargi...

Codzien­nie zja­wiała się na dzie­dzińcu wię­zien­nym, gorąco i ser­decz­nie usi­łu­jąc zmięk­czyć syna. Widok ten był zaiste żało­sny, bo wszystko oka­zało się daremne! Był wciąż ponury, uparty, nie­wzru­szony... Nawet nie­spo­dzie­wana wia­do­mość, że wyrok śmierci zamie­niono na 14 lat zesła­nia, ani na chwilę nie zmie­niła jego ponu­rej zatwar­dzia­ło­ści.

Ale duch rezy­gna­cji i wytrwa­nia, który tak długo pod­trzy­my­wał ją, nie mógł oprzeć się nie­mocy i cho­ro­bom ciała. Zanie­mo­gła. Zwlo­kła się z łóżka, żeby raz jesz­cze odwie­dzić syna, ale siły ją zawio­dły i upa­dła na pod­łogę.

Wtedy uparty chłód i obo­jęt­ność mło­dzieńca wysta­wione zostały na ciężką próbę. Cios, który weń ude­rzył, dopro­wa­dził go nie­mal do sza­leń­stwa. Dzień minął... matka nie przy­szła. Minął dzień drugi... a ona się nie zja­wiła... Zapadł trzeci wie­czór, a on jej nie widział... A za 24 godziny miał się z nią roz­stać - może na zawsze! Dawno wyga­słe wspo­mnie­nia wiro­wały mu w mózgu, gdy bie­gał tam i z powro­tem po cia­snym dzie­dzińcu, jak gdyby to bie­ga­nie mogło przy­spie­szyć pracę myśli! Ileż gory­czy było w uczu­ciu bez­na­dziej­no­ści i roz­pa­czy, gdy serce pojęło prawdę! Matka, jedyna krewna, leży chora - w odle­gło­ści mili od tego miej­sca! Gdyby był wolny, w jed­nej chwili zna­la­złby się przy niej! Biegł do furty i schwy­ciw­szy za żela­zne sztaby z taką siłą, jaką daje roz­pacz, potrzą­sał nimi, tłukł głową o mur, jak gdyby w ten spo­sób mógł uto­ro­wać sobie drogę! Ale twardy kamień urą­gał jego sła­bym siłom, więc gryzł ręce i pła­kał jak dziecko.

Przy­nio­słem mu do wię­zie­nia prze­ba­cze­nie i bło­go­sła­wień­stwo matki. Do jej łoża zaś zanio­słem jego uro­czy­ste zapew­nie­nie poprawy i gorące modły o prze­ba­cze­nie. Słu­cha­łem z lito­ścią i współ­czu­ciem, kiedy skru­szony zbrod­niarz robił tysiące pla­nów, jaką oto­czy ją tro­skli­wo­ścią, gdy powróci, ale wie­dzia­łem, że na parę mie­sięcy przed­tem, zanim doje­dzie do miej­sca swego prze­zna­cze­nia, matka jego odej­dzie z tego świata.

Zabrano go tejże nocy. W parę tygo­dni póź­niej dusza nie­szczę­śli­wej kobiety ule­ciała - ufam i wie­rzę głę­boko - do miej­sca wiecz­nej szczę­śli­wo­ści. Pocho­wa­łem szczątki jej docze­snej powłoki. Na mogile jej nie leży kamień: smutki jej były znane ludziom, zasługi - Bogu.

Umó­wi­łem się ze ska­zań­cem, zanim go zabrali, że napi­sze do matki, jak tylko otrzyma pozwo­le­nie, i że list adre­so­wany będzie do mnie. Ojciec sta­now­czo odmó­wił widze­nia się z synem. Było mu obo­jętne, czy syn żyje, czy nie. Kiedy minęła pra­wie połowa czasu, na jaki został zesłany, a ja nie ode­bra­łem żad­nej wie­ści o nim, dosze­dłem do prze­ko­na­nia, że umarł. Nie ukry­wam: mia­łem nadzieję, że się tak rze­czy­wi­ście stało.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki