Rozdział 1
Pickwickczycy
Pierwsze promienie światła, które rozjaśniły grube ciemności
towarzyszące ukazaniu się nieśmiertelnego Pickwicka na horyzoncie
uczonego świata, pierwszą urzędową wzmiankę o tym niepospolitym mężu
znajdujemy w protokołach Klubu Pickwicka. Wydawca niniejszego dzieła
szczęśliwym się mieni, że może przedstawić je swym czytelnikom jako
dowód sumienności, uwagi, usilnej pracy i zdolności badawczych, jakie
rozwinął przy poszukiwaniach w licznych powierzonych mu starych
dokumentach.
Dnia 12 maja 1827, przewodniczący Józef Smigger Esq.1 D. W. P C.
K. P2 Postanowiono jednogłośnie:
"Towarzystwo z uczuciem niczym nie zamąconego zadowolenia i bezwzględnego uznania wysłuchało czytania dokumentów udzielonych przez
Samuela Pickwicka Esq., D. P C. K. P, a zatytułowanych:
"Badania spekulatywne stawów hampstedzkich3 tudzież
niektóre spostrzeżenia nad teorią skakania żab".
Towarzystwo wyraża swoje najszczersze podziękowanie rzeczonemu Samuelowi
Pickwickowi Esq., D. P C. K. P
Towarzystwo, uznając wielkie korzyści, jakie nauka odnieść powinna z wyżej przytoczonego dzieła, jak również z niezmordowanych poszukiwań
Samuela Pickwicka w Hornsey, Highgate, Brixton i Camberwell, nie może
także nie uznać nieobliczalnych skutków, jakie by, o ile sobie
pochlebiać można, miało to dla rozpowszechnienia pożytecznych wiadomości
i rozwoju oświaty, gdyby prace tego znakomitego męża przeniesione
zostały na rozleglejsze pole, to jest gdyby podróże jego i spostrzeżenia
obszerniejszy obejmowały zakres.
Dlatego też Towarzystwo poddało gruntownej rozwadze wniosek wyżej
wymienionego Samuela Pickwicka Esq. D. P. C. K. P i trzech innych
pickwickczyków wymienionych poniżej, mający na celu utworzenie nowego
związku zjednoczonych Pickwickczyków pod nazwą: Korespondujący Oddział
Klubu Pickiwicka.
Po przyjęciu i zatwierdzeniu wzmiankowanego wniosku przez Towarzystwo,
Oddział Korespondujący Klubu Pickwicka uznaje się niniejszym za
ukonstytuowany. Samuel Pickwick Esq. D. R. K. C. P, August Snodgrass
Esq. C. K. P, Nataniel Winkle Esq. C. K. P, Tracy Tupman Esq. C. K. P
zostają również wybrani i mianowani członkami rzeczonego stowarzyszenia
korespondentów, z zaleceniem, ażeby od czasu do czasu przesyłali
Towarzystwu Klubu Pickwicka w Londynie autentyczne szczegóły o swych
podróżach i poszukiwaniach, spostrzeżenia nad charakterem i obyczajami,
na koniec opisy przygód, jak również opowiadania i inne utwory będące
wynikiem uwag nad miejscowymi wydarzeniami lub wynikiem wspomnień w związku z nimi pozostających.
Towarzystwo z wdzięcznością zatwierdza zasadę, że członkowie Oddziału
Korespondującego sami będą ponosić koszty podróży, i nie ma nic przeciw
temu, ażeby członkowie rzeczonego stowarzyszenia robili swe
poszukiwania, dopóki im się będzie podobać, byle poszukiwania te
odbywały się na tych samych warunkach.
Na koniec uwiadamia się niniejszym członków wyżej wymienionego oddziału,
że wniosek ich w sprawie opłacenia portorii od listów i posyłek
roztrząsany był przez Towarzystwo, że Towarzystwo wniosek ten poczytuje
za godny wielkich umysłów, z których łona wyszedł, i udziela mu swego
zupełnego zatwierdzenia".
Powierzchowny obserwator - dodaje sekretarz, z którego papierów
zaczerpujemy opowiadanie - powierzchowny obserwator może by nie
dostrzegł nic nadzwyczajnego w łysej głowie i okrągłych okularach, stale
zwróconych na jego (sekretarza) twarz, gdy ten czyta wyżej przytoczone
statuty; był to jednak widok ze wszech miar godny zastanowienia dla
każdego, kto wiedział, że potężny mózg Pickwicka pracował pod tą łysiną
i że wyraziste oczy Pickwicka błyszczały poza tymi okularami. W samej
rzeczy mąż, który dotarł aż do źródeł stawów hampsteadzkich, który
poruszył cały świat uczoną swoją teorią o żabim skoku, siedział tam tak
spokojny i nieruchomy jak wody tych stawów, gdy je lód zetnie, albo
raczej jak pojedynczy egzemplarz żaby w przepaścistych głębiach
gliniastych jam.
Ale o ileż widok ten stał się bardziej zajmujący, gdy na wielokrotne
wołania: "Pickwick! Pickwick!", które jednocześnie wyrwały się z ust
wszystkich jego wielbicieli, znakomity ów mąż podniósł się, pełen życia
i wzruszenia, wstąpił powoli na prostą ławkę, na której przedtem
siedział, i przemówił do klubu, którego był założycielem. Jakim to
studium dla artysty mogłaby być ta zajmująca scena! Wymowny Pickwick
stał przed nami, jedną rękę wdzięcznie kryjąc pod połą fraka, drugą
poruszając w powietrzu dla nadania większej wyrazistości swej gorącej
wymowie. Wzniesione stanowisko mówcy pozwalało widzieć jego obcisłe
spodnie z kamaszami, na które nie zwrócono by pewnie wielkiej uwagi,
gdyby okrywały innego człowieka, ale które uświetnione, ilustrowane,
jeżeli tak można wyrazić się, osobą Pickwicka, mimowolnie przejmowały
widzów uszanowaniem i czcią.
Otaczali go ludzie, którzy oświadczyli gotowość podzielenia
niebezpieczeństw jego podróży i których przeznaczeniem było dzielić
sławę jego odkryć. Po prawej jego ręce siedział pan Tracy Tupman, wielce
zapalny Tupman, który z mądrością wieku dojrzałego łączył uniesienie i zapał młodego chłopca w tym, co dotyczy najbardziej zajmującej i najgodniejszej przebaczenia słabości ludzkiej - miłości. Czas i dobre
jadło rozszerzyły mu kibić niegdyś tak romantyczną; czarna jedwabna
kamizelka uwypuklała się coraz więcej; złoty łańcuch od zegarka znikał
cal po calu sprzed własnych jego oczu; szeroki podbródek coraz więcej
wyłaniał się spoza białego krawata, ale dusza Tupmana nie zmieniła się:
uwielbienie dla płci pięknej było w niej zawsze górującym uczuciem.
Na lewo od mistrza siedział poetyczny Snodgrass, tajemniczo otulony w niebieski płaszcz podszyty psami. Obok niego Winkle, myśliwiec, rybak,
jeździec, bokser, sportsmen, z wdziękiem ukazywał zupełnie nową kurtkę,
szkocki krawat i szaraczkowe spodnie.
Mowa pana Pickwicka i rozprawy, które się wywiązały następnie,
przytoczone są w protokołach klubu. Przedstawiają one uderzające
podobieństwo do rozpraw najznakomitszych zgromadzeń, a ponieważ budujące
jest zawsze porównanie czynów wielkich ludzi, podajemy tu protokół tego
pamiętnego posiedzenia.
"Pan Pickwick zrobił uwagę - mówił sekretarz - że sława jest droga sercu
każdego człowieka. Sława poetycka jest droga sercu jego przyjaciela
Snodgrassa. Sława miłosnych podbojów jest tak samo droga jego
przyjacielowi Tupmanowi, a żądza zdobycia sobie sławy we wszystkich
ćwiczeniach ciała płonie w wysokim stopniu w piersi jego przyjaciela
Winkle'a. On (pan Pickwick) nie może zapomnieć, że i na niego samego
wywierają wpływ namiętności ludzkie, ludzkie uczucia (oklaski), może
nawet ludzkie słabości (głośne wołania: - Nie! Nie!). Ale powie i to, że
jeżeli kiedy ogień miłości własnej zapałał w jego łonie, to wnet tłumiła
go żądza, aby być pożytecznym rodzajowi ludzkiemu. Chęć zjednania sobie
szacunku rodu ludzkiego była zawsze jego bodźcem, filantropia jego
gwiazdą przewodnią. (Gwałtowne oznaki uznania). Czuł on pewną dumę,
wyznaje to otwarcie, i niech jego przyjaciele zużytkują to wyznanie,
jeżeli im się podoba, czuł on pewną dumę, gdy przedstawił uczonemu
światu swoją teorię skoku żab. Teoria ta może być znakomitą albo nią
może nie być. (Jeden głos: - Jest nią! - Głośne oklaski). Zgadza się
mówca ze zdaniem szanownego pickwickczyka, którego głos usłyszał. Teoria
jego jest znakomita. Ale choćby sława tego traktatu doszła do krańców
uczonego świata, i wtedy duma, jaką by uczuwał autor tego dzieła, nie
była niczym wobec uczucia dumy, jakiego doznaje w tej chwili
najszczęśliwszej w jego życiu (oklaski). Jest on tylko bardzo mizerną
jednostką (- Nie! Nie!); nie może jednak nie uznać tego, że powołany
został przez Towarzystwo do czynności wielkiej wagi, połączonej z pewnym
narażeniem się, dziś zwłaszcza, gdy nieład panuje na wielkich drogach, a woźnice są zdemoralizowani. Spojrzyjcie na stały ląd Europy i na sceny
zdarzające się we wszystkich krajach. Wszędzie wywracają się dyliżanse,
konie ponoszą, statki idą na dno, kotły parowe pękają. (Oklaski. Jeden
głos: Nie!) Nie?!... (Oklaski). Byłażby to zbita z tropu miłość własna
człowieka... nie chcę powiedzieć niedowarzonego (żywe oklaski), który
zazdroszcząc pochwał oddanych może niezasłużenie uczonym pracom mówcy i urażony skarceniem, jakiego doznały jego własne słabe wystąpienia,
natchniony zazdrością, powodowany zatem niskim uczuciem...
Pan Blotton (z Algate) powstaje i żąda przywołania pana Pickwicka do
porządku oraz zapytuje, czy szanowny pickwickczyk do niego robił aluzję?
(Wołania: - Do porządku! Tak! Nie! Słuchajcie! Dość tego! itd.).
Pan Pickwick oświadcza, że go nie zastraszą te hałasy. Tak, zrobił
aluzję do szanownego gentlemana! (Żywe wzburzenie).
W takim razie pan Blotton odpowie w dwóch tylko słowach: z największą
pogardą odrzuca on zarzut szanownego gentlemana, jako fałszywy i oszczerczy (głośne oklaski). Szanowny gentleman jest blagier (okropne
wzburzenie. Wielkie krzyki: - Do porządku!).
Pan Snodgrass wstaje, żądając przywołania do porządku pana Blottona (-
Słuchajcie! Słuchajcie!). Zapytuje, czy nie zostanie zamknięta
niewłaściwa dyskusja między dwoma członkami klubu (- Słuchajcie!
Słuchajcie!).
Prezydent jest przekonany, że szanowny pickwickczyk cofnie wyrażenie,
którego użył.
Pan Blotton, pomimo całego szacunku dla prezydenta, oświadcza, że tego
nie uczyni.
Prezydent jest zdania, że obowiązek nakazuje mu zapytać szanownego
gentlemana, czy wyrażenie, które mu się wyrwało, użył w znaczeniu, jakie
mu się nadaje pospolicie.
Pan Blotton nie waha się odpowiedzieć, że nie i że użył tego wyrażenia w znaczeniu pickwickowskim (- Słuchajcie! Słuchajcie!). Czuje się w obowiązku oświadczyć, że osobiście przejęty jest najgłębszym szacunkiem
dla tak szanownego gentlemana, jakim jest pan Pickwick. Nazwał go
blagierem tylko z punktu widzenia czysto pickwickowskiego (- Słuchajcie!
Słuchajcie!).
Pan Pickwick oświadcza, że najzupełniej poprzestaje na szlachetnym i szczerym wyjaśnieniu swego szlachetnego przyjaciela. Życzy on sobie, by
należycie zostało zrozumiane, iż własne jego spostrzeżenia powinny być
także pojmowane w znaczeniu czysto pickwickowskim (oklaski)".
Tu kończy się protokół. I w samej rzeczy dyskusja nie mogła już być
prowadzona dalej, doszedłszy do konkluzji tak zadowalającej i jasnej.
Nie mamy urzędowych dowodów co do faktów, jakie czytelnik znajdzie w rozdziale następnym, lecz ułożone one zostały podług listów i innych
dokumentów rękopiśmiennych, których autentyczność nie podlega
wątpliwości.
Rozdział II
Pierwszy dzień podróży i pierwszy wieczór przygód z ich skutkami
Słońce, ten punktualny sługa pracy, zaledwie wstało i rzuciło światło na
poranek trzynastego maja 1827 roku, gdy pan Pickwick, podobny do
drugiego słońca, wyrwał się z objęć snu; otworzył okno i spojrzał na
świat. Ulica Goswell leżała u jego stóp, ulica Goswell po prawej ręce -
jak daleko wzrok sięgał - ulica Goswell po lewej ręce; a naprzeciwko
niego druga strona ulicy Goswell.
"Takie to są - pomyślał pan Pickwick - ciasne poglądy filozofów
poprzestających na badaniu powierzchni rzeczy i nie usiłujących zbadać
ukrytych tajemnic. I ja mógłbym tak jak oni poprzestać na badaniu ulicy
Goswell, nie robiąc żadnych usiłowań, by dostać się do otaczających ją
nieznanych okolic!".
Wynurzywszy tę szczytną myśl, pan Pickwick zajął się ubieraniem i układaniem rzeczy w torbie podróżnej. Wielcy ludzie bardzo rzadko bywają
wybredni pod względem ubrania, toteż golenie brody, toaleta i śniadanie
następowały szybko po sobie. Po upływie godziny pan Pickwick znajdował
się już na placu St. Martin le Grand z torbą podróżną pod pachą i perspektywą w kieszeni surduta, w kieszeni zaś kamizelki umieścił
notatnik do zapisywania godnych upamiętnienia odkryć, jakie dałyby się
zrobić.
- Dorożka! - zawołał pan Pickwick.
- Jestem, panie! - odpowiedział szczególny gatunek rodzaju ludzkiego w bluzie i płóciennym fartuchu, z blachą numerowaną na szyi, jakby był
skatalogowany w jakiej kolekcji osobliwości. Był to miejscowy posługacz
dorożek.
- Jestem, panie! Hej! Kolejna dorożka!
Gdy woźnica wyszedł z szynku, gdzie palił fajkę, pan Pickwick i jego
torba wsadzeni zostali do powozu.
- Golden Cross - rzekł pan Pickwick.
- Nędzny kurs szylingowy. Tomie! - zawołał woźnica w złym humorze, dla
informacji posługacza, gdy powóz ruszał.
- Ile lat, mój przyjacielu, ma ten koń? - zapytał pan Pickwick,
pocierając sobie nos szylingiem przygotowanym na zapłacenie.
- Czterdzieści dwa - odrzekł woźnica, spojrzawszy bokiem na pana
Pickwicka.
- Co? - zawołał znakomity człowiek, sięgając ręką po notatnik.
Woźnica powtórzył swe twierdzenie, pan Pickwick uważnie spojrzał mu w oczy, ale nie dostrzegł w ich wyrazie żadnego wahania i bezzwłocznie
fakt zanotował.
- I jak długo bywa w zaprzęgu? - pytał dalej pan Pickwick, zawsze
starający się o zbieranie pożytecznych wiadomości.
- Dwa albo trzy tygodnie.
- Dwa albo trzy tygodnie w zaprzęgu! - zawołał filozof, pełen zdumienia,
i znowu wyciągnął notatnik.
- Stajnie - dodał obojętnie woźnica - znajdują się w Pentonwill, ale on
tam rzadko staje, z powodu osłabienia.
- Z powodu osłabienia? - powtórzył Pickwick ze zdumieniem.
- Tak, pada, jak się go tylko wyprzęże z dorożki, a przeciwnie, gdy jest
zaprzężony jak należy i lejce trzyma się krótko, to nawet się nie
potknie. Mamy przy tym parę znakomitych kół, tak że byle koń ruszył, już
się toczą za nim; musi więc biec, nie może się oprzeć!
Pan Pickwick zapisał każdy wyraz tego opowiadania, by udzielić klubowi
wiadomości o tym szczególnym dowodzie żywotności koni w okolicznościach
najmniej przyjaznych. Kończył właśnie pisać, gdy dorożka dotarła do
Golden Cross. Woźnica zeskoczył, pan Pickwick wysiadł z wszelką
ostrożnością, panowie Tupman, Snodgrass i Winkle, z niecierpliwością
oczekujący na przybycie swego znakomitego mistrza, przystąpili, aby go
przywitać.
- Masz - rzekł pan Pickwick, podając woźnicy szylinga.
Ale jakież było zdziwienie uczonego męża, gdy ów nieobliczalny człowiek,
rzuciwszy pieniądze na bruk, oświadczył w mowie wielce wyrazistej, iż
nie żąda innej zapłaty, jak tylko przyjemności przeboksowania z panem
Pickwickiem całego szylinga.
- Szalony! - zawołał pan Snodgrass.
- Pijany! - dodał pan Winkle.
- I jedno, i drugie - dorzucił pan Tupman.
- Dalejże! - krzyknął woźnica, rękami wyczyniając w powietrzu mnóstwo
młynków przygotowawczych. - Występujcie wszyscy czterej.
- A to gratka! - zawołało pół tuzina innych woźniców. - Do roboty,
Samie! - I z wielkim zadowoleniem ustawili się w półkole.
- Co to, Samie? - zapytał jakiś gentleman, właściciel mankietów z czarnego perkalu.
- Co to? - odrzekł woźnica. - Ten stary zanotował mój numer.
- Nie notowałem numeru! - odpowiedział z oburzeniem pan Pickwick.
- A więc dlaczegoś go pan zapisywał? - zapytał woźnica.
- Nie zapisywałem! - zawołał pan Pickwick tonem jeszcze większego
oburzenia.
- Czy uwierzycie - ciągnął dalej woźnica, zwracając się do tłumu - czy
uwierzycie, że ten oto szpicel siadł do mej dorożki, zapisał numer i notował każde powiedziane słowo! (Notatnik, jak błysk światła,
przychodzi na myśl panu Pickwickowi).
- Zrobił to? - mruknął inny woźnica.
- Tak, zrobił. A teraz, swymi szykanami doprowadziwszy mnie do wyznania,
ma gotowych trzech świadków przeciwko mnie. Ale zapłaci mi za to,
choćbym miał pół roku siedzieć!... Występuj!
I w uniesieniu, ze szczytną obojętnością dla własnych ruchomości,
woźnica cisnął swój kapelusz na bruk, zrzucił okulary panu Pickwickowi,
zaaplikował jedno uderzenie pięścią w nos pana Pickwicka, drugie
uderzenie pięścią w piersi pana Pickwicka, trzecie w oko pana
Snodgrassa, czwarte dla rozmaitości w kamizelkę pana Tupmana, potem
jednym skokiem wypadł na środek ulicy, następnie wskoczył znów na
chodnik i w końcu wyparł tę odrobinę powietrza, jaką zawierały jeszcze
płuca pana Winkle'a. Wszystko to odbyło się w jakie dwanaście sekund.
- Czy nie ma tu konstabla? - zapytał pan Snodgrass.
- Wpakujcie ich pod pompę - doradzał jakiś przekupień z gorącymi
pasztecikami.
- Zapłacisz mi za to! - zawołał pan Pickwick, oddychając z trudnością.
- Szpicel! - krzyknęło kilka głosów z tłumu.
- Występujcie! - bełkotał woźnica nie przestając przez ten czas
młynkować pięściami w próżni. Aż dotąd tłum zachowywał się biernie wobec
tej sceny; ale kiedy z ust do ust przeszła wiadomość, że pickwickczycy
są policyjnymi szpiegami, obecni zaczęli roztrząsać z wielkim
roznamiętnieniem, czy nie należałoby postąpić według wniosku przekupnia
z gorącymi pasztecikami. Niepodobna odgadnąć, do czego by to
doprowadziło, gdyby interwencja pewnej nowo przybyłej osobistości nie
położyła końca tej awanturze.
- Co to jest? - zapytał młody wysmukły człowiek w zielonym fraku,
wychodzący z biura postoju dorożek.
- Szpicel! - wrzasnął tłum.
- To fałsz! - zawołał pan Pickwick z wyrazem, który powinien był
przekonać każdego nieuprzedzonego słuchacza.
- Czy tak? Czy tak? - pytał młody człowiek, torując sobie drogę przez
tłum za pomocą niezawodnego sposobu polegającego na szturchaniu łokciami
na prawo i na lewo.
Pan Pickwick w kilku zwięzłych słowach przedstawił mu rzeczywisty stan
rzeczy.
- Jeśli tak, to chodźcie - rzekł zielony frak, pociągając za sobą
znakomitego człowieka i nie przestając mówić przez całą drogę. - Ty, nr
924, weź, co ci się należy za kurs, i wynoś się. To szanowany gentleman,
ja odpowiadam za niego. Żadnych głupstw. Tędy, panie! Gdzie pańscy
przyjaciele? Jak widzę, zaszła omyłka. Mniejsza o to... wypadek...
każdemu to się może zdarzyć... odwagi! Od tego nikt nie umarł... Trzeba
mężnie stawić czoło przeciwnościom. Zaskarż go pan do komisarza... A to
łotry!
Wygłaszając z niepospolitą potoczystością długi szereg podobnych
sentencji, nieznajomy wprowadził pana Pickwicka i jego uczniów do
pokoju, gdzie zwykle podróżni czekają na odejście dyliżansów.
- Chłopcze! - zawołał nieznajomy, targając za dzwonek z nadzwyczajną
gwałtownością - szklanek dla wszystkich, gorącego grogu, mocno
ucukrzonego i sporo. Oko podbite, panie! Chłopcze! Kawałek surowego
mięsa na oko dla pana. Nic tak nie pomaga na sińce jak surowe mięso.
Słup latarni gazowej także doskonały, ale niewygodny. Strasznie głupio
stać pół godziny na ulicy z okiem przyłożonym do latarnianego słupa.
Dobry żart, co? Cha! Cha!
I nieznajomy, nie zatrzymując się nawet dla nabrania oddechu, przełknął
od razu pół kwarty gorącego ponczu, potem rozwalił się na krześle z taką
obojętnością, jakby nic nadzwyczajnego nie zaszło.
Pan Pickwick miał teraz czas przyjrzeć się ubiorowi i postawie tego
nowego znajomego, a tymczasem trzej jego towarzysze zajęci byli
wyrażaniem wybawcy swej wdzięczności.
Był to mężczyzna średniego wzrostu, ale że był szczupły i miał długie
nogi, wydawał się więc nierównie słuszniejszy. Jego zielony frak musiał
być niegdyś elegancki, za owych pięknych dni fraków o krótkich połach;
na nieszczęście w owych dniach był on na pewno robiony na mężczyznę
znacznie niższego aniżeli nieznajomy, ponieważ zabrudzone rękawy
dochodziły mu zaledwie do łokcia. Bez względu na poważne lata tego
ubioru nieznajomy zapiął go pod sam podbródek, narażając tym na
pęknięcie na grzbiecie. Szyja nieznajomego okręcona była czarną chustką,
ale nie dostrzegłbyś na niej ani śladu kołnierza od koszuli. Wąskie
spodnie ukazywały tu i ówdzie połyskujące miejsca, co znamionowało długą
służbę; były mocno naciągnięte za pomocą strzemiączek na połatanych
zapewne trzewikach, ażeby ukryć pończochy niegdyś białe, które zdradzały
się jednak pomimo tej zbytecznej ostrożności. Z każdej strony jego
kapelusza o podniesionych kryzach spadały w zaniedbanych kędziorach
długie, czarne włosy, a pomiędzy rękawiczkami a rękawami ubrania widać
było nagie części rąk. Na koniec twarz jego była blada i wychudzona, a cała osoba tchnęła bezwstydem, niedbalstwem i niczym nie zachwianą
zarozumiałością.
Takiemu to indywiduum pan Pickwick przypatrywał się przez okulary (które
na szczęście znalazły się) i w wyborowych słowach wyrażał swe
podziękowanie, gdy trzej jego znajomi wyczerpali już swoje
dziękczynienia.
- Nie mówmy więcej o tym - rzekł nieznajomy, przerywając komplementy -
dość tego. Zresztą woźnica dzielnie wywijał pięściami; ale gdybym był na
miejscu pańskiego przyjaciela w myśliwskiej kurtce, to - niech mnie Bóg
skarze! - rozwaliłbym mu głowę w jednej sekundzie... i temu przekupniowi
z pasztecikami także, słowo honoru.
Mowa ta, wygłoszona jednym tchem, przerwana została przez konduktora z Rochester, oznajmiającego, że Kommodor odjeżdża.
- Kommodor! - mruknął nieznajomy, wstając. - W tym powozie mam miejsce.
Miejsce na imperiale. Płaćcie za ten grog - trzeba by zmienić banknot
pięciofuntowy - w obiegu jest dużo fałszywej monety - znamy to.
I potrząsnął głową z przebiegłą miną.
Właśnie pan Pickwick i jego trzej towarzysze zamierzali zrobić pierwszy
przystanek w Rochester. Oświadczyli więc nowemu swojemu znajomemu, że
jadą tą samą drogą, co on, i umówili się, że zajmą miejsca z tyłu
powozu, gdzie pomieszczą się wszyscy pięciu.
- Hop! Do góry! - zawołał nieznajomy, pomagając Pickwickowi wgramolić
się na imperial z pośpiechem, który materialnie naruszył zwykłą powagę
filozofa.
- Pakunków nie ma pan? - zapytał woźnica.
- Kto? Ja? - odparł nieznajomy. - Pakiecik zawinięty w bibułę, to
wszystko! Resztę wyprawiłem wodą! Wielkie skrzynie obite gwoździami,
wielkie jak domy! Ciężkie, ciężkie, diabelnie ciężkie!
To mówiąc pakował do kieszeni pakiet owinięty w brązowy papier, a zawierający, jak można było wnosić z powierzchowności, koszulę i chustkę
do nosa.
- Ostrożnie! ostrożnie z głowami! - krzyczał gadatliwy nieznajomy, gdy
przejeżdżali pod jednym ze sklepień - straszne to miejsce - bardzo
niebezpieczne - niedawno - pięcioro dzieci - matka - słuszna kobieta -
jadła chleb z masłem... zapomniała o sklepieniu; trach! dzieci oglądają
się - matka bez głowy!... chleb z masłem w ręku, a nie ma gęby, by go
włożyć - głowa rodziny zginęła. Okropność! Okropność! Pan przypatruje
się pałacowi Whitehall? - piękny pałac - małe okienka; tu także zleciała
jedna głowa!... Także nie uważał!4 Och! och! panowie! och!
- Myślałem właśnie - rzekł pan Pickwick - o dziwnej zmienności rzeczy
ludzkich.
- A! domyślam się. Dziś wchodzi się do pałacu drzwiami, jutro wylatuje
się oknem. Pan filozof?
- Badacz natury ludzkiej, panie.
- Ja także, jak większa część ludzi nie mających nic lepszego do roboty,
a jeszcze mniej do zarobienia. Pan poeta?
- Mój przyjaciel, pan Snodgrass, ma bardzo wybitne zdolności poetyckie -
odpowiedział pan Pickwick.
- Ja także - rzekł nieznajomy - napisałem poemat epiczny - dziesięć
tysięcy wierszy - rewolucja lipcowa - stworzony na miejscu - w dzień
Mars - w nocy Apollo - w dzień karabin - w nocy lira.
- Czy był pan obecny przy tych sławnych zdarzeniach? - zapytał pan
Snodgrass.
- Obecny? Tak, cokolwiek; mierzyłem w Szwajcarów i wymierzyłem wiersze -
spisywałem je w handlu win - na ulicy pif! paf! nowa myśl! - wracam do
handlu - pióro, atrament - na ulicy siekanina. Szczytny czas, panie. Pan
myśliwy? - zapytał, zwracając się nagle do pana Winkle'a.
- Trochę - odrzekł zagadnięty.
- Piękne zajęcie! Bardzo piękne! A pies?
- Teraz nie mam.
- Ach, powinien by pan mieć. Szlachetne zwierzę - istota inteligentna!
Miałem niegdyś psa - legawca - zdumiewający instynkt. Pewnego dnia,
polując, wchodzę do lasu - gwiżdżę - pies nie rusza się - gwiżdżę znowu:
Ponto! Nic nie pomaga - stoi jak wryty. Ponto! Ponto! - ani drgnie.
Skamieniał przed jakąś tablicą. - Napis: Strażnicy leśni mają rozkaz
zabijać wszystkie psy, które się znajdą w tym lasku. - Nie chciał iść
dalej. Zadziwiający pies. Sławny pies! O tak! Sławny!
- Szczególny wypadek! - rzekł pan Pickwick. - Czy pozwoli pan, bym go
zanotował?
- Owszem, owszem: sto innych anegdot o tym samym zwierzęciu. Piękna
dziewczyna, panie - mówił nieznajomy, zwracając się do pana Tracy'ego
Tupmana, który zajęty był antypickwickowskim zerkaniem na młodą kobietę
idącą brzegiem drogi...
- Bardzo piękna - odpowiedział pan Tupman.
- Angielki niewarte Hiszpanek - szlachetne istoty! Włosy hebanowe - oczy
czarne - kształty ponętne - słodkie istoty - cudne!
- Byłeś pan w Hiszpanii? - zapytał pan Tracy Tupman.
- Wieki tam przeżyłem.
- Musiał pan mieć wiele przygód miłosnych...
- Przygód miłosnych? Tysiące! Don Bolaro Fizzgig - grand hiszpański -
córka jedynaczka - donna Krystyna - wspaniała dziewica - kochała mię do
szaleństwa. Ojciec zazdrosny - córka namiętna - Anglik piękny - donna
Krystyna w rozpaczy - kwas pruski - pompa do płukania żołądka w mojej
torbie podróżnej - wykonywam operację - stary Bolaro w uniesieniu -
zgadza się na nasz związek - łączy ręce - strumień łez - historia
romantyczna - bardzo romantyczna.
- Czy dama ta znajduje się obecnie w Anglii? - przerwał pan Tupman, na
którym opis tylu wdzięków żywe wywarł wrażenie.
- Umarła, panie, umarła! - odrzekł nieznajomy, przykładając do oczu
szczątki batystowej chustki. - Nigdy nie przyszła do siebie po operacji
z pompą do płukania żołądka - delikatna konstytucja wstrząśnięta -
ofiara miłości.
- A ojciec? - zapytał poetyczny Snodgrass.
- Wyrzuty sumienia - nagłe zniknięcie - gadanina o tym w całym mieście.
Szukają po wszystkich kątach - nie ma! Wtem fontanna na publicznym placu
zatrzymuje się - mija jakiś czas - nie ma wody - rzemieślnicy biorą się
do roboty - mój teść w wielkiej rurze wodociągowej - w prawym bucie
wyznanie, że zgryzoty skłoniły go do samobójstwa. Wydobywają go -
fontanna tryska w najlepsze.
- Pozwoli mi pan spisać ten mały romans? - zapytał pan Snodgrass,
głęboko rozczulony.
- Z największą chęcią, z największą chęcią. - Pięćdziesiąt innych do
usług pańskich. Dziwna to historia - nienadzwyczajna - ale ciekawa.
Nie przestawał mówić w ten sposób przez całą drogę, zatrzymując się
tylko na przystankach dla przełknięcia szklanki piwa; coś w rodzaju
interpunkcji. Toteż gdy powóz przytoczył się do Rochester, notatniki
panów Pickwicka i Snodgrassa były całkowicie zapełnione opisem jego
przygód.
Gdy ujrzano stary zamek, pan August Snodgrass zawołał z cechującym go
poetycznym zapałem:
- Co za wspaniałe zwaliska!
- Jakie studium dla archeologa! - to były słowa wyrzeczone przez samego
pana Pickwicka w chwili, gdy przykładał perspektywę do oka.
- Piękna miejscowość - odrzekł nieznajomy. - Wspaniała masa! Ciemne mury
- zburzone arkady - ponure przejścia - zawalone schody. Stara katedra!
Także zapach stęchlizny - stopnie wydeptane nogami pielgrzymów - małe
furtki saksońskie - konfesjonały jak budki kontrolerów odbierających
bilety w teatrze... Dziwni to ludzie ci zakonnicy - ci papieże - ci
przełożeni i wszelkiego rodzaju nieboszczyki o wielkich obliczach, o obtłuczonych nosach, których wykopują codziennie. Pasy z bawolej skóry -
muszkiety - sarkofagi. Piękne miejsce - stare legendy - szczytne
historie - zadziwiające.
Nieznajomy ciągnął ten monolog, dopóki powóz nie zatrzymał się na ulicy
Wielkiej przed oberżą "Pod Bykiem".
- Czy pan zatrzymuje się tutaj? - zapytał go pan Nataniel Winkle.
- Tu? Nie, panie. Ale radzę panom, byście tu się zatrzymali, dom dobry,
łóżka czyste. Tuż obok jest hotel "Wright", bardzo drogi; pół korony
dopisują do rachunku za spojrzenie na garsona; każą płacić drożej, gdy
się je obiad w mieście, niż gdyby się jadło w hotelu; szczególni ludzie,
doprawdy.
Pan Winkle zbliżył się do pana Pickwicka i szepnął mu parę słów do ucha.
Szeptanie przeszło od pana Pickwicka do pana Snodgrassa, od pana
Snodgrassa do pana Tupmana, a gdy następnie zamieniono pomiędzy sobą
znaki zgody, pan Pickwick tak przemówił do nieznajomego:
- Dziś rano wyświadczył nam pan ważną usługę. Zechciej pan zatem przyjąć
słaby dowód naszej wdzięczności i zrób nam zaszczyt, obiadując z nami.
- Z wielką przyjemnością... Nie chciałbym wyjawić panom swego gustu, ale
pieczony drób i grzyby rzecz wyśmienita - o której godzinie?
- Teraz - rzekł pan Pickwick, wyjmując zegarek - jest około trzeciej. O piątej, jeśli pan chce.
- Bardzo dobrze, punkt o piątej; aż do tej chwili niech się panowie
zajmą swoimi sprawami.
Tak powiedział nieznajomy, a potem podniósł o kilka cali swój kapelusz o zadartych kryzach, niedbale osadził go znowu na bakier, przeszedł
dziedziniec z miną zamyśloną i skręcił w ulicę; pakiet owinięty w brązowy papier sterczał mu ciągle z kieszeni.
- Widocznie wielki to podróżnik po rozmaitych krajach i skrupulatny
obserwator ludzi i rzeczy - rzekł pan Pickwick.
- Chciałbym widzieć jego poemat - dodał pan Snodgrass.
- A ja psa - rzekł pan Winkle.
Pan Tupman nie mówił nic, ale myślał o donnie Krystynie, pompie do
płukania żołądka i fontannie - i oczy jego napełniły się łzami...
Zamówiwszy osobny pokój jadalny, obejrzawszy łóżka i ułożywszy dania
obiadu, nasi znajomi wyszli, by przyjrzeć się miastu i jego okolicom.
Pilnie przewertowaliśmy notaty pana Pickwicka o czterech miastach:
Strood, Rochester, Chatham i Brompton, ale nie sądzimy, by zdanie jego o nich różniło się co do istotnej treści od zdania innych uczonych, którzy
zwiedzali te same miejsca. Opis jego można streścić w tych wyrazach:
Głównymi produktami tych miast są, zdaje się, żołnierze, majtkowie,
Żydzi, kreda, raki, oficerowie i urzędnicy marynarki. Najważniejsze
towary, wystawione na ulicach, to: zboże dla floty, cukier lodowaty,
jabłka, ryby i ostrygi. Ulice są wielce ożywione, co jest po największej
części wynikiem dobrego humoru wojskowych. Mężni ci ludzie, pod wpływem
nadmiaru wesołości i napojów spirytusowych, wyśpiewując i robiąc zygzaki
po ulicach, przedstawiają widok prawdziwie zajmujący dla umysłu
filantropijnego, zwłaszcza jeżeli zważymy, jakiej niewinnej i taniej
uciechy dostarczają wszystkim miejskim ulicznikom biegającym za nimi i przedrzeźniającym ich. Nic - dodaje pan Pickwick - nie zdoła dorównać
ich dobremu humorowi. W przeddzień mego przybycia jeden z wojskowych
został w pewnej oberży grubiańsko obrażony. Dziewczyna nie chciała mu
pozwolić więcej pić. Wskutek tego, z prostej swawoli, żołnierz wydobył
bagnet i ranił ją w ramię, lecz już nazajutrz zuch ten udał się do
oberży i sam oświadczył pierwszy, że nie zachowuje żadnej urazy i zapomina o tym, co zaszło.
Konsumpcja tytoniu musi być w tym mieście bardzo znaczna - pisze dalej
pan Pickwick - a zapach tej rośliny, rozchodzący się po wszystkich
ulicach, musi być szczególnie przyjemny dla lubiących palić. Podróżnik
nie zgłębiający istoty rzeczy może by krytykował błoto charakteryzujące
ulice miejskie, gdy przeciwnie, przedstawia ono prawdziwy przedmiot
zadowolenia dla tych, którzy widzą w tym dowód ruchu i pomyślności
handlowej.
Piąta godzina sprowadziła jednocześnie obiad i nieznajomego. Pozbył się
on pakietu w brązowym papierze, ale nie dokonał żadnej zmiany w swym
kostiumie i jak przedtem, odznaczał się gadatliwością.
- Co to? - spytał, gdy garson zdejmował pokrywę z półmiska.
- Flądry, panie.
- Flądry! ach! kapitalna ryba! wszystkie flądry pochodzą z Londynu!
przedsiębiorcy dyliżansów popierają obiady polityczne - całe wozy fląder
- tuziny koszów - chytre sztuki - szklaneczkę wina, panie?
- Z przyjemnością! - odrzekł pan Pickwick. I nieznajomy napił się wina
naprzód z nim, potem z panem Snodgrassem, potem z panem Tupmanem, potem
z panem Winkle'em, wreszcie z całym zebranym towarzystwem, a wszystko to
uczynił, nie przestając mówić ani na chwilę.
- Jakieś szczególne bachanalie na schodach. Wnoszą ławki, uwijają się
stolarze - szklanki - arfa. Co to znaczy, garsonie?...
- Bal, panie.
- Piknik?
- Nie, panie. Bal publiczny, panie, na rzecz ubogich, panie...
- Powiedz mi pan - zapytał pan Tupman z żywym zajęciem - czy w tym
mieście kobiety są piękne?
- Pyszne, wspaniałe. Kent, panie. Cały świat zna hrabstwo Kent słynące z jabłek, wiśni, chmielu i kobiet. Szklankę wina?
- Z wielką przyjemnością - odparł pan Tupman. Nieznajomy nalał swoją
szklankę i wychylił.
- Bardzo bym chciał pójść na ten bal - rzekł pan Tupman - bardzo bym
chciał.
- Bilety, panie, mamy w kantorze, po pół gwinei - rzekł garson.
Pan Tupman powtórnie wyraził życzenie, że chce być obecny na tej
uroczystości, ale nie znajdując żadnej odpowiedzi w pociemniałym oku
pana Snodgrassa ani w roztargnionym wzroku pana Pickwicka, rzucił się z nowym zajęciem do wina porto i do deseru, który przyniesiono. Garson
oddalił się, a towarzystwo mogło rozkoszować się spokojem kilku
poobiednich godzin.
- Za pozwoleniem panów - rzekł nieznajomy - butelka drzemie, zmuśmy ją
do krążenia jak słońce.
I wypił szklankę, którą napełnił był przed dwiema minutami, po czym
nalał sobie drugą, ze świadomością człowieka przyzwyczajonego do
podobnych manipulacji.
Wypito wino i żądano więcej, nieznajomy rozprawiał, pickwickczycy
słuchali, pan Tupman co chwila odczuwał coraz to większą ochotę pójścia
na bal, twarz pana Pickwicka jaśniała wyrazem uniwersalnej filantropii,
panowie Winkle i Snodgrass wpadli w głęboki sen.
- Na górze już zaczynają - rzekł nieznajomy - słuchajcie! Stroją
skrzypce, a teraz arfę, już zaczęli!
W samej rzeczy dźwięki orkiestry zapowiadały początek kontredansa.
- Bardzo bym chciał pójść na ten bal - powtórzył pan Tupman.
- Ja także. Przeklęte bagaże, statek opóźnił się, nie mam w co się
ubrać.
Powszechna uprzejmość była charakterystycznym rysem pickwickczyków, a pan Tupman był nią obdarzony w wyższym od innych stopniu. Przeglądając
protokoły klubu zdumiewać się trzeba, ile razy ten zacny człowiek
odsyłał do innych członków towarzystwa rozmaitych biedaków udających się
do niego z prośbą o stare suknie lub pieniężną zapomogę.
- Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł panu na ten bal pożyczyć mego fraka -
rzekł do nieznajomego - ale pan jest dość szczupły, a ja...
- Dość otyły. Stary zdemontowany Bachus w pantalonach. Zlazł z beczki!
Winne liście, do diabła! Cha! cha! Przysuń no pan wino!
Nie umiemy powiedzieć, czy pan Tupman był oburzony zbyt swobodnym tonem,
z jakim nieznajomy wzywał go, by przysunął wina, które tak szybko
przesuwało się znów przez gardło, lub też czy słusznie zgorszony tym, że
wpływowy członek Klubu Pickwicka porównany został do zdemontowanego
Bachusa - ale przysunąwszy wino odchrząknął dwa razy i patrzał na
nieznajomego przez kilka sekund z surową stanowczością. Jednak, gdy
indywiduum to zachowało najzupełniejszy spokój i pogodę pod tym
badawczym spojrzeniem, pan Tupman zmniejszył stopniowo jego natężenie i znowu zaczął mówić o balu.
- Chciałbym właśnie powiedzieć panu - odezwał się - że gdyby moje
ubranie było dla pana za przestronne, suknie mego przyjaciela, pana
Winkle'a, mogłyby być dla niego w sam raz.
Nieznajomy zmierzył pana Winkle'a i zawołał z zadowoleniem:
- Takich właśnie nam trzeba!
Pan Tupman spojrzał dokoła. Wino, które wywarło swój wpływ usypiający na
panów Snodgrassa i Winkle'a, ciążyło również nad zmysłami pana
Pickwicka. Gentleman ten kolejno przeszedł wszystkie fazy poprzedzające
obezwładnienie wywołane obiadem i winem. Przeszedł wszystkie stopnie od
nadmiaru wesołości do bezdennego smutku. Jak płomień gazowy na ulicy,
gdy wiatr dostanie się do rury, roztaczał on chwilami to nadzwyczajną
jasność, to znów tak malał, iż zaledwie go można było dojrzeć; po
krótkiej przerwie błysnął oślepiającym blaskiem, potem drgnął i zgasł
zupełnie. Głowa pochyliła mu się na piersi i jednostajne chrapanie,
któremu czasem towarzyszyło głuche mruczenie, były jedynymi dowodami
słuchowymi mogącymi świadczyć o istnieniu tego wielkiego męża.
Pana Tupmana opanowała gwałtowna pokusa znalezienia się na balu, aby
wydać sąd o pięknościach hrabstwa Kent. Chciało mu się również
zaprowadzić tam nieznajomego, słyszał bowiem, że mówi o mieszkańcach
miasta, jak gdyby mieszkał w nim od urodzenia, gdy on sam znajdował się
w miejscu zupełnie mu obcym. Pan Winkle spał głęboko, a pan Tupman zbyt
dobrze znał z doświadczenia stan, w jakim się znajdował jego towarzysz,
by nie wiedzieć, że według zwykłego przebiegu praw natury przyjaciel
jego, przebudziwszy się, nie będzie myślał o niczym innym, tylko o tym,
by się jakoś dowlec do łóżka. Mimo to jednak był jeszcze niezdecydowany.
- Napełnij pan sobie szklankę i przysuń wino - rzekł niezmordowany gość.
Pan Tupman spełnił to żądanie i ta ostatnia, uzupełniająca szklanka
wymogła na nim postanowienie.
- Z sypialnego pokoju pana Winkle'a - rzekł do nieznajomego - są drzwi
do mojego pokoju, a gdybym go teraz obudził, nie potrafiłbym mu dać do
zrozumienia, czego żądam; ale wiem, że w swej torbie podróżnej ma on
kompletne ubranie. Gdyby pan przywdział je na bal, a po powrocie zdjął,
mógłbym je łatwo złożyć na tym samym miejscu, nie niepokojąc mego
przyjaciela.
- Doskonale - odparł nieznajomy - wyborny plan! Głupie położenie,
śmieszne. Czternaście fraków mieć w swoim kufrze i być zmuszonym
przywdziewać cudzy! Bardzo głupio! Doprawdy.
- Trzeba wziąć bilety - rzekł pan Tupman.
- Nie warto mieniąc gwinei. Zagrajmy, kto zapłaci za obu. Rzuć pan złotą
monetę w górę, ja będę zgadywał. Zaczynaj pan. Kobieta, kobieta, kobieta
czarodziejka!
Złoty pieniądz upadł i ukazała się postać smoka przez grzeczność
nazywanego kobietą. Skazany losem pan Tupman zadzwonił, wziął bilety i zażądał światła. Po kwadransie nieznajomy był kompletnie ustrojony w szaty pana Nataniela Winkle'a.
- To frak zupełnie nowy - rzekł Tupman, podczas gdy nieznajomy z zadowoleniem przyglądał się sobie - to pierwszy frak, który zastał
ozdobiony guzikami naszego klubu.
I wskazywał towarzyszowi duże złocone guziki, na których wyryte były
litery K. P. po obu stronach popiersia pana Pickwicka.
- K. P. - powtórzył nieznajomy - śmieszna dewiza, portret tego dziada i K. P! Co to znaczy to K. P? Komiczny portret? Co?
Pan Tupman z wielką powagą i źle ukrywanym oburzeniem objaśnił mistyczny
symbol Klubu Pickwicka, a tymczasem nieznajomy wykręcił się, by zobaczyć
tył fraka, którego stan dochodził mu do połowy pleców.
- Stan cokolwiek za krótki, co? Jak kurtki tragarzy: śmieszne ubiory,
robi się bez miary, na hurt; tajemnicze drogi Opatrzności, wszystkim
ludziom małego wzrostu dostają się długie ubrania, wszystkim słusznego -
krótkie.
Mieląc w ten sposób językiem nowy towarzysz pana Tupmana kończył
poprawiać swe ubranie, a raczej ubranie pana Winkle'a i w chwilę potem
dwaj miłośnicy balu weszli razem na schody.
- Nazwiska panów? - zapytał jakiś jegomość przy drzwiach stojący. Pan
Tupman podszedł, by wygłosić swe tytuły i charakter, gdy nieznajomy
zatrzymał go, mówiąc:
- Żadnych nazwisk! - i mruknął do ucha panu Tupmanowi: - Po co nazwiska?
Nieznajomi! Doskonałe nazwisko, w swoim rodzaju incognito, to
przyjemność! Gentlemani z Londynu, szlachetnie urodzeni i basta.
Po tych ostatnich wyrazach, głośno wymówionych, otworzyły się drzwi i pan Tupman wraz z nieznajomym weszli do sali balowej.
Był to długi pokój z karmazynowymi kanapami wzdłuż ścian i oświetlony
świecami w kryształowym żyrandolu. Muzykanci byli umieszczeni na
estradzie: trzy lub cztery koła kontredansowe rozwijały się i zwijały
systematycznie. W bocznym pokoju znajdowało się parę stołów do gry, przy
których cztery stare damy, z taką samą liczbą otyłych mężczyzn, z całą
powagą grały w wista.
Po przetańczeniu ostatniej figury tancerze zaczęli przechadzać się po
sali, a nasi dwaj znajomi stanęli w kącie, by przyjrzeć się towarzystwu.
- Śliczne kobiety! - rzekł z westchnieniem pan Tupman.
- Zaczekaj no pan. Zobaczysz jeszcze. Matadory jeszcze się nie pojawiły.
Śmieszne zwyczaje! Wyżsi urzędnicy marynarki nie rozmawiają z niższymi
urzędnikami; niżsi urzędnicy nie rozmawiają z mieszczaństwem; komisarz
rządowy nie rozmawia z nikim.
- Co to za jasnowłosy chłopak z czerwonymi oczyma i w fantastycznym
ubraniu?
- Ts! Milcz pan, jeżeli możesz! Czerwone oczy! Fantastyczne ubranie!
Chłopak!... Ho, ho! Ciszej, ciszej, to chorąży z 97 pułku, szanowny
Wilmot Snipe. Snipy wielka rodzina, liczna rodzina.
- Sir Tomasz Clubber, pani Clubber i panny Clubber - zawołał donośnym
głosem anonsujący.
Głębokie wrażenie owładnęło całą salę, gdy wszedł ogromny gentleman w niebieskim fraku ze złotymi guzami, z nim dorodna dama w niebieskim
atłasie tudzież dwie młode panienki, wykrojone według tegoż modelu, w strojnych sukniach takiej samej barwy.
- Komisarz rządowy, naczelnik marynarki, wielki człowiek,
niezaprzeczalnie wielki! - cicho mówił nieznajomy do pana Tupmana, gdy
gospodarze balu prowadzili sir Tomasza Clubbera na drugi koniec sali.
Szanowny Wilmot Snipe i znakomici goście pospieszyli złożyć swe
uszanowanie pannom Clubber, a sir Tomasz Clubber, wyprostowany jak
głoska I, majestatycznie spoglądał na zgromadzonych z wysokości swego
czarnego krawata.
- Pan Smithie, pani Smithie i panny Smithie - zaanonsowano następnie.
- Co to za państwo Smithie? - zapytał pan Tupman.
- Także coś z marynarki - odpowiedział nieznajomy.
Pan Smithie ukłonił się z uszanowaniem sir Tomaszowi Clubber, a sir
Tomasz Clubber oddał mu ukłon z widoczną przychylnością. Lady Clubber
przez lornetkę przypatrywała się pani Smithie i jej córkom, a znowu pani
Smithie z góry spoglądała na jakąś damę, której mąż nie służył w marynarce.
- Pułkownik Bulder, pani Bulder, panna Bulder.
- Dowódca garnizonu - rzekł nieznajomy, odpowiadając na pytający wzrok
pana Tupmana.
Panna Bulder bardzo serdecznie została przyjęta przez panny Clubber;
powitanie pani Bulder i lady Clubber było najczulsze, pułkownik Bulder i sir Tomasz Clubber poczęstowali się nawzajem tabaką i obaj spojrzeli
dokoła jak para Aleksandrów, władców wszystkiego, co ich otaczało.
Podczas gdy miejscowa arystokracja, Buldery, Clubbery i Snipy,
zachowywała w ten sposób swoją godność na honorowym miejscu w sali, inne
klasy towarzystwa naśladowały ich na szarym końcu, ile tylko mogły.
Najmniej arystokratyczni oficerowie 97 pułku poświęcali się rodzinom
pomniejszych urzędników marynarki, żona adwokata i żona kupca win stały
na czele dwóch osobnych frakcji, żona piwowara składała swe uszanowanie
państwu Bulder, a pani Tomlinson, żona dyrektora biura pocztowego,
zdawało się, za poszechną zgodą obrana została na przewodniczącą partii
kupieckiej.
Jedną z najpopularniejszych osobistości w swym kółku był mały, tłusty
człowieczek o łysej głowie, otoczonej wieńcem czerwonych, twardych
włosów. Był to doktor Slammer, chirurg 97. pułku. Doktor Slammer zażywał
tabakę ze wszystkimi, śmiał się, tańczył, żartował, grał w wista, był
wszędzie, robił wszystko. Do tych i tak już licznych zajęć doktor
dołączył jeszcze jedno: największymi i niezmordowanymi względami otaczał
starą, małą wdowę, której toaleta i liczne klejnoty znamionowały znaczny
majątek, co czyniło z niej pożądany dodatek do ograniczonych dochodów.
Oczy pana Tupmana i jego towarzysza były już od niejakiego czasu
zwrócone na doktora i wdowę, gdy nieznajomy przerwał milczenie.
- Kupa pieniędzy - stara baba - doktor zawraca jej głowę - wyborna myśl
- doskonała sztuka!
Podczas gdy te uwagi, niezbyt zrozumiałe, wybiegały z ust nieznajomego,
pan Tupman patrzał nań okiem badawczym.
- Pójdę tańczyć z wdową.
- Kto to?
- Nie wiem, nigdy nie widziałem. Wykurzyć doktora! Naprzód marsz!
Domawiając to nieznajomy przeszedł salę, oparł się o gzyms kominka, i utkwił wzrok, z wyrazem uwielbienia i melancholii, w tłuste policzki
starej wdowy. Pan Tupman patrzał na to oniemiały z podziwu. Nieznajomy
robił widocznie szybkie postępy; doktor tańczył z inną damą. Wdowa
upuściła wachlarz; nieznajomy zerwał się i podał go jej pośpiesznie:
uśmiech, ukłon, wymiana kilku grzeczności. Nieznajomy zuchwale przeszedł
przez salę, by wyszukać mistrza ceremonii, powrócił z nim do pani Budger
i po kilku chwilach przedwstępnej prezentacji pochwycił swą zdobycz za
rękę i stanął z wdową do kontredansa.
Zdziwienie pana Tupmana na widok tego sumarycznego trybu postępowania
było wielkie, ale zdziwienie doktora, zdaje się, było jeszcze większe.
Nieznajomy był młody, pochlebiało to wdówce; nie zwracała już teraz
uwagi na nadskakiwania doktora - a jego oburzenie nie wywarło żadnego
wrażenia na rywalu. Doktor Slammer stał jakby paraliżem tknięty. On,
doktor Slammer, z 97 pułku, w jednej chwili wniwecz obrócony przez
człowieka, którego nikt dotąd nie widział, nikt nie znał! Doktor
Slammer! Doktor Slammer z 97. pułku! To nie do uwierzenia! To być nie
może! A jednak tak było! Dobrze. Oto nieznajomy przedstawia swego
przyjaciela! Doktor nie wierzy własnym oczom. Patrzy znowu i znajduje
się w przykrej konieczności uznania, że go nie łudzą jego nerwy
wzrokowe. Pani Budger tańczy z panem Tupmanem; trudno mylić się. Jego
wdowa, z ciałem i kośćmi, jest tu przed nim i hasa z niezwykłą energią!
Jest tu także przed nim i pan Tupman, wyskakujący to w prawo, to w lewo,
z miną pełną powagi, tańczący (co się zresztą zdarza wielu osobom) tak,
jak gdyby kontredans był jakąś uroczystą próbą, dla której odbycia
trzeba zawsze uzbroić swą moralną stronę w niewzruszoną stanowczość.
Doktor zniósł to wszystko w milczeniu i cierpliwie. Widział, jak
nieznajomy podawał wdowie poncz, potem odnosił szklanki, rzucił się na
biszkopty; widział tysiące wzajemnych umizgów i nie powiedział nic. Ale
w kilka sekund po zniknięciu nieznajomego z panią Budger, którą rywal
odprowadził do powozu, doktor wyleciał z sali, a każdy atom jego długo
powstrzymywanego gniewu, zdawało się, tryskał mu z twarzy strumieniem.
Nieznajomy powrócił i począł rozmawiać po cichu z panem Tupmanem; śmiał
się, był rozpromieniony i triumfował. Mały doktor zapragnął jego życia.
- Panie - odezwał się groźnie, podając swój bilet wizytowy i odchodząc
nieco na stronę - nazwisko moje Slammer, doktor Slammer, panie! Z 97.
pułku, koszary Chatham. Oto mój bilet, panie! Bilet mój!
Chciał mówić dalej, ale oburzenie mowę mu odjęło.
- A! - odrzekł nieznajomy, jakby od niechcenia - Slammer, bardzo dobrze,
dziękuję, teraz nie jestem chory. Slammer... Gdy zachoruję, udam się do
pana.
- Pan... jesteś intrygant... jesteś tchórz... jesteś nikczemny... jesteś
głaz... jesteś... jesteś... Czy pan zdecyduje się dać mi swój bilet?
- A! rozumiem - rzekł nieznajomy półgłosem - poncz za mocny - przyjęcie
zbyt hojne - limoniada lepsza - w pokojach za gorąco - gentleman już w pewnym wieku - nazajutrz daje się to odczuć - nieznośne cierpienia... -
i zrobił kilka kroków.
- Mieszkasz pan w tym domu! - krzyknął wzburzony mały jegomość. - Teraz
jesteś pan pijany, panie! ale usłyszysz pan o mnie jutro rano, panie!
Dowiem się, coś pan za jeden! Dowiem się, kto pan zacz!
- Prędzej dowie się pan, kto jestem, niż gdzie mieszkam! - odrzekł
niewzruszony nieznajomy.
Doktor Slammer spojrzał na niego z nieopisaną zawziętością i oddalił
się, nasuwając na głowę kapelusz w sposób wymownie świadczący o oburzeniu.
Nieznajomy poszedł do pana Tupmana, by zwrócić garderobę pożyczoną u niewinnego pana Winkle'a, którego znaleziono w głębokim śnie; zwrot
został niebawem dokonany. Nieznajomy był nadzwyczaj żartobliwie
usposobiony, a pan Tupman, oszołomiony winem, ponczem, światłem i widokiem tylu kobiet, całą tę sprawę uważał za doskonały żart. Po
odejściu nowego swego przyjaciela napotkał pewne trudności przy szukaniu
otworu szlafmycy, wywrócił lichtarz i dopiero po licznych wielce
skomplikowanych ewolucjach zdołał dostać się do łóżka. Pomimo tych
drobnych wypadków rychło znalazł pożądany spoczynek.
Na drugi dzień rano, zaledwie wybiła siódma, uniwersalny umysł pana
Pickwicka został gwałtownym kołataniem do drzwi wyrwany ze stanu
odrętwienia, w którym pogrążył go sen.
- Kto tam? - zawołał filozof, podnosząc się.
- Garson, panie.
- Czego chcesz?
- Czy nie może mi pan powiedzieć, który z towarzyszy pańskich ma
niebieski frak ze złoconymi guzikami i literami na nich?
"Zapewne wziął go do wyczyszczenia - pomyślał pan Pickwick - i zapomniał, do kogo należy".
- Pan Winkle - odrzekł - trzecie drzwi na prawo.
- Bardzo panu dziękuję - odpowiedział garson i odszedł.
- Co się stało? - zawołał pan Tupman, gdy głośne stukanie do jego drzwi
wyrwało i jego ze snu.
- Czy mogę mówić z panem Winkle'em? - spytał czyścibut zza drzwi.
- Winkle! Winkle! - zawołał pan Tupman do pokoju w głębi.
- Halo! - odpowiedział słaby głos spod kołdry.
- Pytają o ciebie... ktoś przy drzwiach - zmusiwszy siebie do
wypowiedzenia aż tylu słów, pan Tracy Tupman odwrócił się do ściany i zasnął.
- Pytają o mnie! - zawołał pan Winkle, wyskakując z łóżka i nakładając
na siebie coś niecoś z garderoby. - Pytają o mnie! W takiej odległości
od Londynu! Kto, do licha, może mieć do mnie interes?
- Jakiś gentleman na dole w kawiarni, panie... Powiada, że chce tylko
chwilkę pomówić z panem, ale nie chce czekać.
- To dziwne - mruknął pan Winkle. - Powiedz mu, że zaraz przyjdę.
Zawinął się w szlafrok, szyję obwiązał chustką i poszedł. Stara baba i dwaj chłopcy zamiatali kawiarnię. Przy oknie stał jakiś oficer, który,
ujrzawszy wchodzącego pana Winkle'a, skłonił mu się zimno, potem kazał
wyjść sprzątającym, starannie zamknął drzwi i powiedział:
- Pan Winkle, jak sądzę?
- Tak jest, panie, nazywam się Winkle.
- Przychodzę tu w imieniu mego przyjaciela, doktora Slammera, z 97.
pułku. To pana nie powinno dziwić.
- Doktora Slammera? - powtórzył pan Winkle.
- Doktora Slammera. Polecił mi, bym oznajmił panu w jego imieniu, że
postępowanie pańskie wczorajszego wieczora było niehonorowe i że
człowiek honorowy darować tego nie może.
Zdumienie pana Winkle'a było zbyt prawdziwe i widoczne, by go nie
dostrzegł wysłannik doktora Slammera, który też tak dalej mówił:
- Przyjaciel mój, doktor Slammer, jest zdaje się najmocniej przekonany,
że przez znaczną część wieczoru był pan mocno podchmielony i niemal bez
możliwości zrozumienia wyrządzonej mu obrazy. Polecił mi przeto oznajmić
panu, że jeżeli w ten sposób wytłumaczysz się ze swego postępowania, on
przyjmie takie tłumaczenie, napisane przez pana własnoręcznie tak, jak
ja je panu podyktuję.
- Tłumaczenie na piśmie! - powtórzył znowu pan Winkle tonem najwyższego
zdumienia.
- W przeciwnym razie - mówił dalej oficer - wiadomo panu, czym się to
powinno skończyć.
- Czy zlecenie, którego się pan podjął, dotyczy mnie? - zapytał pan
Winkle, którego siły umysłowe doszczętnie zdezorganizowała ta niezwykła
rozmowa.
- Nie byłem obecny przy tej scenie, a więc i przy tym, jak pan uparłeś
się, by nie dać swej karty doktorowi Slammerowi. Uprosił więc mnie, bym
się dowiedział, kto jest właścicielem fraka niebieskiego ze złoconymi
guzikami i literami K. P.
Pan Winkle aż drgnął ze zdziwienia, usłyszawszy tak szczegółowy opis
swego ubioru. Przyjaciel doktora Slammera mówił dalej:
- Dowiedziałem się, że właściciel rzeczonego fraka przybył tu wczoraj z trzema innymi panami. Posłałem do tego z nich, który zdaje się być
przewodniczącym całego towarzystwa, a ten odesłał mnie do pana.
Gdyby wielka wieża zamku Rochester zlazła nagle ze swych fundamentów i stanęła naprzeciw okien, zdziwienie pana Winkle'a nie byłoby większe nad
to, jakiego doznał usłyszawszy te wyrazy. Pierwszą jego myślą było, że
mu skradziono frak. Rzekł więc oficerowi:
- Czy zechce pan zaczekać tu na mnie przez chwilę?
- Dobrze - odpowiedział niepożądany gość.
Pan Winkle pobiegł prędko po schodach i drżącą ręką otworzył swą torbę
podróżną. Niebieski frak leżał w zwykłym miejscu; ale przypatrzywszy się
mu starannie, można było poznać, że był w użyciu poprzedniej nocy.
- Prawda! - powiedział do siebie pan Winkle, upuszczając frak. - Za
wiele piłem wczoraj po obiedzie i coś mi się marzy, jakobym potem
chodził po mieście i palił cygaro. Faktem jest, żem był tęgo ścięty.
Musiałem zmienić ubranie i łazić gdzieś; musiałem kogoś obrazić - to
pewne... i oto jakie okropne skutki!
Dręczony tymi myślami, zeszedł do kawiarni z ponurym postanowieniem
przyjęcia wyzwania śmiałego doktora i poddania się najgroźniejszym tego
skutkom.
Rozmaite względy doprowadziły go do takiej decyzji. Naprzód dbałość o swą reputację w klubie. Tam uchodził zawsze za pierwszorzędną powagę we
wszystkim, co dotyczyło ćwiczeń ciała, tak zaczepnych jak odpornych i bezspornych. Gdyby się cofnął przy pierwszej próbie, w oczach prezydenta
klubu stanowisko jego byłoby na zawsze stracone. Po wtóre, przypomniał
sobie, iż słyszał (od niewtajemniczonych), że świadkowie zwykle umawiają
się i nie kładą kul do pistoletów. Na koniec sądził, że gdy wybierze
sobie za świadka pana Snodgrassa i przedstawi mu całe niebezpieczeństwo,
gentleman ten uwiadomi pewno o wszystkim pana Pickwicka, który
niezawodnie da znać władzy miejscowej, zapobiegając zabiciu albo
uszkodzeniu jego ucznia.
Obliczywszy wszystkie te szanse powrócił do sali i oświadczył, iż
przyjmuje wyzwanie doktora.
- Czy zechce mi pan wskazać swego świadka, bym się z nim ułożył co do
czasu i miejsca spotkania? - zapytał wtedy oficer nader uprzejmie.
- To zbyteczne, wskaż mi pan tylko czas i miejsce, świadek przyjdzie
razem ze mną.
- Niech i tak będzie - rzekł oficer obojętnie - dziś o zachodzie słońca,
jeżeli pan nie ma nic przeciw temu.
- Bardzo dobrze - odparł pan Winkle, myśląc w duchu, że bardzo źle.
- Zna pan warownię Pitt?
- Widziałem ją wczoraj.
- Pójdzie pan więc polem, koło wałów, potem ścieżką na lewo od rogu
fortyfikacji, a potem prosto, aż tam, gdzie ja stać będę. Następnie
pójdziemy razem w miejsce ustronne, gdzie rzecz odbędzie się bez żadnej
przeszkody.
"Bez przeszkody!" - pomyślał pan Winkle.
- Sądzę, że nie mamy nic więcej do omówienia.
- Zdaje się, że nic.
- A więc żegnam.
- Żegnam.
I oficer odszedł, wygwizdując jakąś wesołą melodię.
Przy śniadaniu w dniu tym było jakoś niewesoło naszym podróżnikom.
Pan Tupman po niezwykłych zdarzeniach ubiegłej nocy nie był w stanie
podnieść się z łóżka; pan Snodgrass, zdawało się, doświadczał
poetyckiego zaćmienia umysłu; sam pan Pickwick okazywał niezwykłą
skłonność do sodowej wody i milczenia; co do pana Winkle'a ten szukał
przede wszystkim sposobności do porozumienia się ze swym świadkiem.
Sposobność ta wkrótce się nadarzyła; pan Snodgrass zaproponował
zwiedzenie zamku, a ponieważ z całego towarzystwa jeden tylko Winkle był
usposobiony do tej przechadzki, poszli więc we dwóch.
- Snodgrass - rzekł pan Winkle, gdy znaleźli się na ulicy - Snodgrass,
mój przyjacielu! Powiedz mi, czy mogę liczyć na twoją dyskrecję?
A mówiąc to pragnął gorąco, by na nią liczyć nie mógł.
- Możesz - odparł pan Snodgrass. - Przysięgam...
- Nie, nie! - przerwał mu Winkle; przerażony myślą, iż przyjaciel jego
najniepotrzebniej może się zobowiązać do niewydania go. - Nie
przysięgaj! To zbyteczne.
Pan Snodgrass opuścił rękę, którą podniósł był poetycznie ku niebu, i przybrał postawę wyczekującą.
- Potrzebuję, mój przyjacielu, twych usług w sprawie honorowej.
- Gotów jestem - odparł pan Snodgrass, ściskając rękę swego towarzysza.
- Z doktorem, doktorem Slammerem, z 97. pułku - dorzucił pan Winkle,
chcąc przedstawić rzecz jak można najpoważniej. - Sprawa jest z oficerem, który będzie miał za świadka innego oficera. Dziś przed
zachodem słońca, w ustronnym miejscu, poza warownią Pitt.
- Możesz liczyć na mnie - odrzekł pan Snodgrass, zdziwiony, ale nie
przejęty. I rzeczywiście, nie masz nic godniejszego uwagi nad
obojętność, z jaką dowiadujemy się o podobnego rodzaju sprawach, gdy
sami nie jesteśmy główną stroną działającą.
Pan Winkle zapomniał o tym. Sądził o uczuciach swego przyjaciela według
własnych uczuć.
- Skutki mogą być okropne - przemówił pan Winkle.
- Spodziewam się, że nie.
- Doktor, jak sądzę, strzela bardzo dobrze.
- Większa część wojskowych strzela dobrze - zauważył pan Snodgrass ze
spokojem - ale i ty strzelasz doskonale.
Pan Winkle odpowiedział twierdząco, lecz widząc, że niedostatecznie
przeraził swego towarzysza, zmienił baterię.
- Snodgrass - rzekł doń głosem drżącym ze wzruszenia - jeżeli zginę,
znajdziesz w moim pugilaresie list do...
Ten atak także się nie udał. Pan Snodgrass był wzruszony, ale zobowiązał
się doręczyć list, i to z taką łatwością, jakby przez całe życie był
listonoszem.
- Jeżeli zginę - mówił dalej pan Winkle - albo jeżeli doktor zginie, ty,
mój przyjacielu, będziesz sądzony jako wspólnik czy nu działający z rozmysłem. Czyż mam narażać przyjaciela na wygnanie? Może dożywotnie
więzienie?
Tym razem pan Snodgrass zawahał się: ale heroizm jego był niepokonany.
- Dla przyjaciela - zawołał z zapałem - gotów jestem na wszystkie
niebezpieczeństwa.
Bóg to jeden wie, jak nieszczęśliwy pan Winkle przeklinał w duchu
poświęcenie swego przyjaciela. Przez jakiś czas szli w milczeniu, obaj
pogrążeni w myślach. Dzień upływał, a z nim znikała wszelka nadzieja
ratunku.
- Snodgrass - zawołał wreszcie pan Winkle stanąwszy nagle - nie wydaj
mnie przed miejscową władzą, nie żądaj konstablów dla zapobieżenia
pojedynkowi; nie staraj się o to, by przytrzymano mnie albo doktora
Slammera z 97. pułku, obecnie mieszkającego w koszarach Chatham. Proszę
cię, byś nie czynił tego w zamiarze niedopuszczenia do pojedynku.
Pan Snodgrass pochwycił rękę swego przyjaciela i zawołał z uniesieniem:
- Nie! Za nic w świecie!
Dreszcz przeszedł po ciele pana Winkle'a, gdy się przekonał, że i z tej
strony nie ma się czego spodziewać i że nieodwołalnym jego
przeznaczeniem jest służyć za żywy cel.
Opowiedziawszy sobie ze wszystkimi szczegółami powody pojedynku wstąpili
obaj do rusznikarza. Tu wynajęli skrzynkę z pistoletami, używanymi
zwykle przy dawaniu satysfakcji, i dołączyli do tego odpowiednią ilość
prochu, kapsli i kul. Potem powrócili do oberży: pan Winkle, by
rozmyślać o mającej nastąpić walce, pan Snodgrass, by uporządkować broń.
Gdy udali się następnie na niemiłą wyprawę, nadchodził wieczór, smutny i jakiś ociężały. Pan Winkle z obawy, by nie być spostrzeżonym, owinął się
w szeroki płaszcz, pan Snodgrass pod swoim płaszczem niósł narzędzia
zniszczenia.
- Czyś wziął ze sobą wszystko, co potrzeba? - zapytał pan Winkle głosem
wzruszonym.
- Wszystko. Mam zapasowe naboje na wypadek, gdyby pierwszy strzał nie
dał rezultatu, ćwierć funta prochu w skrzynce i dwa dzienniki w kieszeni
dla zrobienia przybitek, gdy będzie potrzeba.
Były to dowody przyjaźni, za które niepodobna było nie czuć
wdzięczności. Przypuszczać należy, iż wdzięczność tę pan Winkle uczuwał
aż nadto żywo, aby mógł ją wyrazić, gdyż nie wyrzekł ani słowa, tylko
zaczął iść nieco wolniej.
- Przybywamy w sam czas - powiedział pan Snodgrass, przechodząc przez
miedzę pierwszego zagonu - właśnie słońce zachodzi.
Pan Winkle spojrzał na czerwoną tarczę chylącą się za widnokrąg i z boleścią pomyślał, iż może już jej nie zobaczy więcej.
- Oto oficer! - zawołał po niejakim czasie.
- Gdzie? - zapytał pan Snodgrass.
- Tam! Ten gentleman w niebieskim płaszczu.
Oczy pana Snodgrassa zwróciły się w kierunku palca pana Winkle'a i ujrzał drugą figurę, która dała znak ręką i poszła przodem. Dwaj nasi
przyjaciele podążyli za nią w milczeniu.
Wieczór nadchodził. Melancholijny wiatr dął po pustym polu, rzekłbyś -
daleki poświst olbrzyma nawołującego psy. Wszystko to wywarło ponure
wrażenie na panu Winkle'u. Przechodząc obok rogu warowni zadrżał:
wydawało mu się, iż widzi jakiś olbrzymi grobowiec.
Wtem oficer zeszedł ze ścieżki i przeskoczywszy przez płot wszedł na
ustronne pole. Tu czekało dwóch panów. Jeden młody, tłusty,
czerwonowłosy; drugi słuszny i przystojny mężczyzna w surducie z potrzebami, siedział na składanym krześle w najdoskonalszym spokoju.
- Nasi przeciwnicy - rzekł pan Snodgrass - jak mi się zdaje, z chirurgiem. Przełknij no łyk wódki.
Pan Winkle chciwie chwycił oplataną butelkę, podaną mu przez towarzysza,
i długim łykiem wciągnął w siebie wzmacniający płyn.
- Mój przyjaciel, pan Snodgrass - rzekł potem do zbliża jącego się
oficera.
Świadek doktora Slammera ukłonił się i podał szkatułkę podobną do tej,
jaką przyniósł ze sobą pan Snodgrass.
- Sądzę, mój panie, że nie mamy sobie nic do powiedzenia - zauważył
zimno, otwierając szkatułkę. - Żadne tłumaczenie nie wchodzi w grę.
- Nie wchodzi - odpowiedział pan Snodgrass, któremu zaczęło się robić
niedobrze.
- Czy zechce pan wymierzyć ze mną plac? - zapytał oficer.
- Naturalnie - odparł pan Snodgrass.
- Może jest pan zdania, że moje pistolety są lepsze niż panów. Widziałeś
pan, jak je nabijałem. Czy ma pan co przeciwko temu byśmy się nimi
posłużyli?
- Nie mam nic - odpowiedział pan Snodgrass. Propozycja ta wybawiła go z wielkiego kłopotu, gdyż wiadomości jego o sposobie nabijania pistoletów
były cokolwiek nieokreślone i niejasne.
- Sądzę więc, iż możemy ustawić przeciwników - dalej oficer z taką
obojętnością, jakby chodziło o partię szachów.
- Sądzę, że możemy - odparł pan Snodgrass, który by zresztą zgodził się
na każdą inną propozycję, gdyż nic a nic nie znał się na tego rodzaju
sprawach.
Oficer podszedł ku doktorowi Slammerowi, a tymczasem pan Snodgrass
zbliżył się do pana Winkle'a.
- Wszystko gotowe - rzekł, wręczając pistolet. - Daj mi twój płaszcz.
- Masz tu mój pugilares - rzekł nieszczęśliwy pan Winkle.
- Wszystko pójdzie dobrze. Zachowaj spokój i mierz prosto w piersi.
Pan Winkle pomyślał, iż rada ta była podobna do rady dawanej zwykle
przez widzów przypatrujących się borykaniu dwóch uliczników: - Powal go
na ziemię i trzymaj pod sobą. - Doskonała rada, byle tylko wiedzieć, jak
ją wykonać! Ale koniec końców pan Winkle zdjął płaszcz w milczeniu
(płaszcz ten miał tę właściwość, że zdejmowanie go wymagało dość
długiego czasu) i wziął pistolet. Świadkowie odeszli na bok: jegomość ze
składanym krzesłem, a także dwaj wrogowie poczęli podchodzić ku sobie.
Pan Winkle odznaczał się zawsze wysokim humanitaryzmem. Są poszlaki
pozwalające przypuszczać, że i tym razem wstręt, jakiego doznawał,
widząc się zmuszonym do szkodzenia z rozmysłem jednemu ze swych
bliźnich, zniewolił go do zamknięcia oczu w chwili, gdy się zbliżał do
fatalnego punktu, i że ta właśnie okoliczność nie dozwoliła mu dostrzec
niczym nie wytłumaczonego postępowania doktora Slammera. Człowiek ten,
zbliżając się do pana Winkle'a zadrżał, otworzył szeroko oczy, jak tylko
mógł, i w końcu zawołał:
- Stójcie! stójcie!
- Co to ma znaczyć? - mówił dalej, gdy pan Snodgrass wraz z jego
świadkiem nadbiegli. - To nie ten.
- Nie ten? - zawołał świadek doktora Slammera.
- Nie ten? - zawołał pan Snodgrass.
- Nie ten? - zawołał jegomość ze składanym stołkiem pod pachą.
- Nie ten - powtórzył raz jeszcze doktor. - Tak, to nie ten człowiek,
który mnie wczoraj obraził!
- To szczególne! - zawołał oficer.
- Szczególne - powtórzył jegomość ze stołkiem. - Ale teraz - dodał -
zachodzi następująca kwestia. Czy pan znajdujący się obecnie na placu
nie powinien by być dla zachowania formalności uznany za osobę, która
wczoraj wieczorem obraziła naszego przyjaciela, doktora Slammera?
Rzuciwszy tę nową myśl, z miną niezwykle mądrą i tajemniczą, jegomość ze
stołkiem zażył tęgi niuch tabaki i spojrzał dokoła z powagą osoby
przywykłej być autorytetem.
Ale teraz i pan Winkle otworzył oczy, a także i uszy, usłyszawszy, że
przeciwnik jego żąda zawieszenia kroków nieprzyjacielskich. Domyśliwszy
się z tego, co następnie powiedziano, iż zaszła jakaś omyłka co do
osoby, pojął od razu, ile może zyskać jego reputacja, jeżeli ukryje
rzeczywiste powody, które go skłoniły do pojedynkowania się. Poszedł
więc śmiało naprzód i powiedział:
- Wiem dobrze, że to nie ja jestem przeciwnikiem doktora.
- W takim razie - rzekł jegomość ze stołkiem - jest to afront dla
doktora Slammera, a co za tym idzie, dostateczny powód do pojedynku.
- Daj pokój, Payne - przerwał świadek doktora. A potem, zwracając się do
pana Winkle'a, zapytał:
- Dlaczego nie powiedział mi pan tego dziś rano?
- Tak! tak! Dlaczego nie powiedział dziś rano? - wyrwał się znowu
oburzony jegomość ze stołkiem.
- Proszę cię, Payne, daj spokój! - odezwał się świadek i znów, zwracając
się do pana Winkle'a, dodał: - Czy mam powtórzyć moje pytanie?
- Ponieważ - odrzekł pan Winkle, który miał już czas obmyślić odpowiedź
- ponieważ powiedział mi pan, iż osoba, o którą chodzi, ubrana była we
frak, który ja tylko mam honor nosić, który sam wynalazłem. Jest to
uniform zaprojektowany dla Klubu Pickwicka w Londynie. Czuję się w obowiązku bronić honoru tego uniformu i w takim to celu, bez dalszych
wyjaśnień, przyjąłem wyzwanie.
- Kochany panie - odrzekł na to mały, poczciwy doktor, podając mu rękę -
szanuję pańską odwagę. Pozwól mi pan dodać, iż wysoko cenię jego
postępowanie i że bardzo żałuję, żem go niepotrzebnie fatygował.
- Nie mówmy o tym więcej - odrzekł grzecznie pan Winkle.
- Będę miał sobie za zaszczyt bliżej poznać pana - ciągnął dalej mały
doktor.
- I dla mnie, panie, będzie to największą przyjemnością - odpowiedział
pan Winkle.
Następnie uścisnął rękę doktora, jego świadka, porucznika Tappletona,
jegomościa ze składanym stołkiem, na koniec pana Snodgrassa, który z niesłychanym uwielbieniem patrzył na szlachetne zachowanie się swego
bohaterskiego przyjaciela.
- Sądzę, że teraz możemy się rozejść - rzekł porucznik Tappleton.
- Naturalnie - odpowiedział doktor.
- Chybaby pan Winkle - wtrącił jegomość ze stołkiem - chybaby pan Winkle
czuł się obrażony wyzwaniem. W takim razie jestem zdania, iż ma prawo
żądać satysfakcji.
Pan Winkle, z najdalej idącą abnegacją swego własnego "ja", oświadczył,
że czuje się najzupełniej usatysfakcjonowany.
- Może - zaczął znowu jegomość ze stołkiem - może świadek pana Winkle'a czuje się osobiście obrażony niektórymi mymi uwagami w początkach tego
spotkania. W takim razie gotów jestem dać mu bezzwłocznie satysfakcję.
Pan Snodgrass pośpieszył oświadczyć, że jest wdzięczny za tę uprzejmą
propozycję i że tylko jedno stoi mu na przeszkodzie do jej przyjęcia, a mianowicie to, że czuje się wielce usatysfakcjonowany obrotem, jaki
wzięła sprawa.
Po tak szczęśliwym rozwiązaniu świadkowie powkładali do skrzynek
mordercze przyrządy i opuścili plac boju, nierównie weselsi, niż gdy tam
szli.
- Czy pan długo tu pozostanie? - zapytał doktor Slammer pana Winkle'a,
gdy powracali.
- Sądzę, że odjedziemy pojutrze.
- Bardzo bym był szczęśliwy, gdybyś pan po tym śmiesznym qui pro quo
zrobił mi zaszczyt i zechciał odwiedzić mnie wraz ze swym przyjacielem.
Czy jest pan gdzie zaproszony?
- Mam kilku przyjaciół w oberży "Pod Bykiem" i chciałbym być z nimi. Ale
bardzo by nam było przyjemnie, gdybyście panowie spędzili wieczór z nami.
- Z największą chęcią. Czy nie będzie późno o dziesiątej godzinie?
- Bynajmniej. Bardzo mi będzie miło przedstawić panów moim przyjaciołom,
panu Pickwickowi i panu Tupmanowi.
- I mnie także - odpowiedział doktor, nie przypuszczając, że zna pana
Tupmana.
- Więc panowie przyjdą z pewnością? - zapytał pan Snodgrass.
- O, najniezawodniej.
Tak rozmawiając wyszli na gościniec. Pożegnano się z wielką
serdecznością. Doktor ze swymi przyjaciółmi udał się do koszar, a panowie Winkle i Snodgrass wesoło powrócili do oberży.
Rozdział III
Nowa znajomość - Opowieść włóczęgi - Niemiła przeszkoda - Przykre
spotkanie
Pan Pickwick doznawał pewnego niepokoju z powodu za długiej nieco
nieobecności dwóch swoich przyjaciół, przypomniawszy sobie zwłaszcza
niepojęte ich ranne zachowanie się. Toteż z prawdziwą przyjemnością
powitał ich i z niezwykłym zajęciem zapytał, gdzie bawili tak długo. W odpowiedzi na to pan Snodgrass zabierał się już do treściwego opisu
zaszłych wypadków, gdy spostrzegł między panem Tupmanem a towarzyszem
ich podróży w zielonym fraku jakiegoś nowego nieznajomego, wyglądającego
nie mniej oryginalnie. Był to człowiek widocznie zestarzały wśród trosk,
którego wychudłym policzkom, sterczącym kościom, błyszczącym, chociaż
mocno zapadłym oczom nadawały jeszcze ostrzejszego wyrazu czarne, długie
włosy spadające w nieładzie na kołnierz. Szczęki jego były tak długie i tak chude, iż można by sądzić, że naumyślnie je wyciągał, gdyby
nieruchomość rysów i na pół otwarte usta nie przekonywały, że jest to
zwykły jego wygląd. Szyję miał okręconą zielonym szalem, którego
szerokie końce, spadające na piersi, wyglądały spomiędzy guzików starej
kamizelki. Miał na sobie długi, czarny surdut, spodnie z grubego sukna i buty mocno sfatygowane.
Oczy pana Winkle'a zatrzymały się na tej nie umytej figurze; pan
Pickwick, dostrzegłszy to, powiedział, wskazując ręką na nieznajomego:
- Przyjaciel naszego nowego przyjaciela. Dziś rano odkryliśmy, że nowy
nasz przyjaciel jest zaangażowany do tutejszego teatru, chociaż nie
życzy sobie, by to rozgłaszano. Gentleman należy również do tej profesji
i właśnie, gdyście wchodzili, miał nam opowiedzieć pewną anegdotę.
- Masa anegdot! - rzekł nieznajomy w zielonym fraku, podchodząc do pana
Winkle'a i dodając po cichu: - Szczególnego rodzaju człowiek, nie
artysta, grywa role drugorzędne, dziwny człowiek, wszelkiego rodzaju
nędza. Nazywamy go Jakubem Ponurym.
Panowie Winkle i Snodgrass skłonili się gentlemanowi noszącemu to dziwne
przezwisko i zasiadłszy do stołu zażądali grogu, naśladując w tym resztę
towarzystwa.
- Teraz, panie - rzekł pan Pickwick - zechciej zrobić nam tę przyjemność
i zacznij.
Jakub Ponury wyjął z kieszeni zwój zasmolonego papieru i zwracając się
do pana Snodgrassa zapytał ochrypłym głosem, będącym w najdoskonalszej
harmonii z jego powierzchownością:
- Czy pan jest poetą?
- Tak... próbuję sił w tej dziedzinie - odrzekł pan Snodgrass, nieco
zmieszany niespodziewanym zapytaniem.
- O! Poezja jest dla życia tym, czym światło i muzyka dla teatru. Ogołoć
pan jedno z jego fałszywych ozdób, a drugie ze złudzeń, cóż zajmującego
pozostanie w obu? Tak na przykład: przed kinkietami patrzy pan na
królewski orszak, podziwia pan jedwabne szaty świetnego tłumu, a stanąwszy za kulisami jesteś ludem wyrabiającym te piękne stroje,
motłochem nic nie znaczącym i pogardzanym, który może upadać i podnosić
się, żyć i umierać, jak się podoba losowi, i nikogo to nie obchodzi.
- Niewątpliwie - odpowiedział pan Snodgrass, gdyż zapadłe oczy
nieznajomego były weń utkwione, czuł więc potrzebę powiedzenia
czegokolwiek.
- No, Jakubie - zawołał hiszpański podróżnik - nabierz no otuchy, dość
tego skrzeczenia.
- Czy pozwoli pan jeszcze jedną szklaneczkę przed zaczęciem? - zapytał
pan Pickwick.
Ponury człowiek przyjął propozycję, nalał sobie szklankę grogu, z wolna
odpił połowę, rozwinął rulon papieru i zaczął ni to czytać, ni to
opowiadać następujące zdarzenie, które zostało wniesione do protokołów
klubu jako Opowieść włóczęgi.
OPOWIEŚĆ WŁÓCZĘGI
- W tym, co chcę państwu opowiedzieć, nie ma nic cudownego - powiedział
ponury człowiek - nawet nic nadzwyczajnego. Niedostatek i choroba nazbyt
są znane w wielu warunkach życia, aby zasługiwały na większą uwagę, niż
w ogóle okazuje się najpowszechniejszym słabostkom natury ludzkiej.
Zebrałem tu luźne notatki, gdyż przedmiot ich był mi dobrze znany od
wielu lat. Śledziłem jego upadek, krok za krokiem, aż wreszcie osiągnął
to dno nędzy, z którego nigdy nie mógł się już podnieść.
Człowiek, o którym mówię, był nędznym aktorem pantomimicznym. I jak
wielu ludzi tej sfery, zwyczajnym opojem; za lepszych swoich dni, zanim
wyczerpały go hulanki i wyniszczyły choroby, otrzymywał dobre
honorarium, które, gdyby był rozsądny i zapobiegliwy, mógłby otrzymywać
jeszcze przez jakiś czas, niezbyt długi, gdyż ci ludzie albo umierają
wcześnie, albo przez nadmierne opodatkowanie swojej energii cielesnej
tracą przedwcześnie owe fizyczne uzdolnienia, na których wyłącznie mogą
oprzeć swoje istnienie. Uparty nałóg opanował go jednak tak szybko, że
było rzeczą niemożliwą używać go w sytuacjach, w których naprawdę był
pożyteczny teatrowi. Karczmy miały dla niego urok, któremu nie potrafił
się oprzeć. Gdyby nie zmienił na czas kursu, choroba i beznadziejna
nędza oczekiwałyby go równie pewnie jak śmierć; a że go nie zmienił,
więc rezultatu łatwo się domyślić. Nie mógł otrzymać engagement i nie
miał na kawałek chleba.
Każdy choć trochę obeznany ze sprawami teatru wie, że całe zastępy
obdartych, zjedzonych nędzą ludzi kręcą się koło sceny większych
przedsiębiorstw teatralnych; nie są to aktorzy stale zaangażowani, ale
baletnicy, ludzie z tłumu, akrobaci itp., których się bierze do jakiejś
pantomimy lub przedstawienia wielkanocnego, a potem zwalnia do czasu, aż
nowe uroczyste przedstawienie da sposobność do korzystania z ich usług.
Do tego rodzaju życia został zmuszony ów człowiek. Gdyby znalazł zajęcie
co noc w którymś z podrzędnych teatrów, miałby o kilka szylingów więcej
tygodniowo i jednocześnie mógłby hołdować swojemu dawnemu nałogowi. Ale
i te źródła zawiodły go wkrótce. Zanadto brykał, by mógł zarobić sobie
na nędzne pokrzepienie, i wkrótce został doprowadzony do stanu
graniczącego z głodem; zaledwie od czasu do czasu zdobywał marne grosze,
gdy udało mu się pożyczyć od którego z dawnych kompanów lub gdy
pozwolono mu pokazać się w którymś z mniejszych teatrów, a gdy zdobył w końcu jakieś pieniądze, trwonił je w zwykły sposób.
W tym czasie, kiedy mniej więcej od roku żył nie wiadomo z czego,
otrzymałem małe engagement w jednym z teatrów na brzegu rzeki od
strony Surrey. Tam spotkałem owego człowieka, którego od dawna straciłem
z oczu, gdyż podróżowałem po prowincji, on zaś wałęsał się po alejach i zaułkach Londynu. Ubrałem się do wyjścia i właśnie przechodziłem przez
scenę, gdy uderzył mnie po ramieniu. Nigdy nie zapomnę odpychającego
widoku, jaki ujrzały moje oczy, gdy się odwróciłem! Był ubrany do
pantomimy z całą absurdalnością błazeńskiego stroju. Upiorne postacie
Tańca Śmierci, najpotworniejsze kształty, jakie najbardziej
utalentowany malarz kiedykolwiek rzucił na płótno, ani w połowie nie
były tak upiorne. Jego opuchłe ciało i drżące nogi - efekt ten
tysiąckrotnie powiększał fantastyczny strój - szkliste oczy stanowiły
potworny kontrast z grubą warstwą białej szminki pokrywającej twarz.
Groteskowe przybranie głowy, trzęsącej się jak u paralityka, i długie,
kościste ręce wysmarowane białą kredą - wszystko to nadawało mu straszny
i nienaturalny wygląd. Najdokładniejszy opis nie może dać o tym
właściwego pojęcia - dziś jeszcze drżę na to wspomnienie. Głos miał
głęboki i tremolujący, gdy odciągnął mnie na stronę. Urywanymi słowami
wygłosił długą litanię chorób i braków, kończąc, jak zwykle, gorącą
prośbą o pożyczenie mu trochę pieniędzy. Włożyłem mu kilka szylingów do
ręki, a kiedym się odwrócił, usłyszałem wybuch śmiechu towarzyszący jego
skokom na scenie.
W parę wieczorów później jakiś chłopiec wsunął mi do ręki brudny skrawek
papieru, na którym było kilka słów donoszących, że ów człowiek jest
niebezpiecznie chory i prosi, abym po przedstawieniu odwiedził go w jego
mieszkaniu na jakiejś tam ulicy - zapomniałem już nazwy - niezbyt
odległej od teatru. Obiecałem stawić się, jak tylko będę wolny; gdy
kurtyna zapadła, poszedłem spełnić swą smutną misję.
Było późno, gdyż grałem w ostatniej sztuce. A ponieważ był to wieczór
benefisowy, przedstawienie ciągnęło się niezwykle długo. Noc była
ciemna, zimna, przejmujący wicher gnał strumienie deszczu w okna i fronty domów. Kałuże wody potworzyły się w nieuczęszczanych i wąskich
zaułkach, a ponieważ większość latarni olejnych zgasił wicher,
przechadzka była nie tylko niewygodna, ale i niepewna. Szczęśliwie
poszedłem we właściwym kierunku i po pewnych trudnościach udało mi się
odnaleźć dom, do którego mnie skierowano - skład na węgle z jednopiętrową nadbudówką. W ubogim pokoju, w głębi, leżał przedmiot
moich poszukiwań.
Kobieta o nędznym wyglądzie, żona owego człowieka, spotkała mnie na
schodach i mówiąc, że właśnie wpadł w rodzaj otępienia, wprowadziła mnie
ostrożnie i przysunęła mi krzesło do łóżka. Chory leżał z twarzą
obróconą do ściany, a ponieważ nie zwrócił żadnej uwagi na moją
obecność, miałem możność rozejrzeć się, gdzie jestem.
Leżał na lichym łóżku; zniszczone szczątki poszarpanych firanek wisiały
w głowie łóżka, aby zasłonić chorego od wiatru, który pomimo to torował
sobie drogę do ubogiego pokoju przez liczne szpary we drzwiach i dął w rozmaitych kierunkach. Na żelaznym ruszcie tlił się ogień. Zniszczony
trójkątny stół, na nim kilka flaszek od lekarstw i stłuczona szklanka.
Na prowizorycznym posłaniu na podłodze stało dziecko, przy nim na
krześle siedziała kobieta. Pod ścianą - półki, na nich kilka talerzy,
kubków i salaterek; obok para trzewików teatralnych i kilka blach. Z wyjątkiem garści szmat i gałganów, rzuconych niedbale w kąt, nic więcej
nie było w pokoju.
Miałem czas dostrzec te szczegóły i zauważyć ciężki oddech oraz
gorączkowe ruchy chorego, zanim on zdał sobie sprawę z mojej obecności.
Niespokojnie szukając miejsca, w którym mógłby położyć głowę, wyciągnął
rękę z łóżka i dotknął mojej ręki. Zerwał się i spojrzał badawczo w moją
twarz.
- Pan Hutley, Johnie - powiedziała żona - pan Hutley, po którego
posyłałeś wieczorem.
- A! - powiedział chory, trąc ręką czoło - Hudey... Hudey...
pozwólcie... - Przez chwilę usiłował zebrać myśli, po czym schwycił mnie
za przegub dłoni i zawołał: - Nie zostawiaj mnie... nie zostawiaj
mnie... Ona mnie zamorduje, zamorduje mnie!
- Czy to już dawno? - spytałem, zwracając się do płaczącej niewiasty.
- Od wczoraj wieczorem - odpowiedziała. - John! John! Czy mnie nie
poznajesz?!
- Nie puszczaj jej do mnie! - zawołał chory i wzdrygnął się. - Zabierz
ją! Nie znoszę jej obecności. - Spojrzał na nią dziko, z wyrazem
śmiertelnego przestrachu, po czym szepnął mi do ucha: - Biłem ją,
Jakubie. Biłem ją wczoraj i nieraz przedtem... Głodziłem ją i małego
również. A teraz, kiedy jestem słaby i bezbronny, ona mnie zamorduje.
Jakubie, wiem, że mnie zamorduje! Gdybyś słyszał ją, jak płacze - ja
słyszałem! - też byś wiedział, że mnie zamorduje! Nie dopuszczaj jej do
mnie! - Zwolnił uścisk i wyczerpany, opadł na poduszkę.
Wiedziałem aż nadto dobrze, co to znaczy. Gdybym miał choć cień
wątpliwości, jedno spojrzenie na bladą twarz niewiasty i na jej
wychudzoną postać wytłumaczyłoby mi dostatecznie całą prawdę. - Lepiej
niech pani nie podchodzi - powiedziałem do nieszczęśliwej. - Nic mu pani
nie pomoże. Może się uspokoi nie widząc pani. - Usunęła mu się z oczu.
Otworzył powieki po chwili i obejrzał się trwożliwie.
- Poszła? - spytał gorączkowo.
- Tak, tak! - potwierdziłem z zapałem. - Nic ci nie zrobi!
- Coś ci powiem, Jakubie - powiedział cichym głosem. - Ona już mi coś
robi... Jest w jej oczach coś, co budzi w moim sercu taki strach, że
dochodzę do szaleństwa! Przez całą zeszłą noc jej badawcze oczy i blada
twarz były tuż przy mnie. Gdzie ja się obróciłem, obracały się i one.
Ile razy budziłem się ze snu, siedziała przy łóżku, patrząc na mnie. -
Kazał mi się przysunąć bliżej i mówił głębokim, trwożliwym szeptem: -
Jakubie, to musi być zły duch! Diabeł! Brr! Wiem, że jest diabłem! Gdyby
była kobietą, dawno by umarła. Kobieta nie zniosłaby tego, co ona.
Słabo mi się zrobiło na myśl o tym potwornym zaniedbywaniu żony i znęcaniu się nad nią, które musiało go doprowadzić do takiego wniosku.
Nie znalazłem odpowiedzi; któż bowiem znalazłby wyrazy nadziei lub
pociechy dla tej nikczemnej kreatury, którą miałem przed oczyma?
Siedziałem przy nim około dwóch godzin. Przez ten czas rzucał się,
jęczał z bólu lub niecierpliwości, nieustannie wymachiwał rękami i przewracał się z jednego boku na drugi. W końcu popadł w stan pół
świadomości, w której myśli wędrują od sceny do sceny bez kontroli
rozumu. Niezdolny był jednak uwolnić się od cierpienia. Przekonawszy się
ze skoków jego myśli, że zaszedł ten właśnie wypadek, i widząc, że
według wszelkiego prawdopodobieństwa gorączka natychmiast się podniesie,
opuściłem go, obiecując nieszczęsnej żonie, że ponowię swoje odwiedziny
następnego wieczora, a jeżeli zajdzie tego potrzeba, będę czuwał nad
chorym w nocy.
Dotrzymałem obietnicy. Ostatnie 24 godziny sprowadziły straszliwą
zmianę. Oczy, olbrzymie, głęboko zapadłe, błyszczały tak, że trudno było
wytrzymać ich spojrzenie. Wargi miał spieczone i popękane w wielu
miejscach. Sucha skóra była rozpalona. W twarzy tego człowieka
wyczytałem jakiś niesamowity wyraz strachu, zdradzający jeszcze
wyraźniej postępy choroby. Gorączka doszła do najwyższego stopnia.
Siadłem na krześle, które zajmowałem poprzedniej nocy, i siedziałem przy
nim długie godziny, słuchając dźwięków, które trafić muszą do głębi serc
najbardziej zatwardziałych ludzi. Było to potworne bredzenie konającego.
Z tego, co usłyszałem od felczera, wiedziałem, że nie ma żadnej nadziei.
Siedziałem przy łożu śmierci. Patrzyłem na schorzałe kończyny, które
przed kilkoma godzinami wykrzywiały się ku uciesze burzliwej galerii,
wijące się w mękach gorączki, słyszałem ostry śmiech klowna poprzez
charczenie konającego.
Jest to moment wzruszający, gdy słyszy się, jak mózg czepia się zwykłych
zajęć i zdrowia, a ciało leży bezsilne i słabe. Ale gdy charakter owych
zajęć jest najbardziej krańcowym przeciwieństwem naszych pojęć o tym, co
uważamy w życiu za uroczyste i poważne, natenczas wrażenie jest jeszcze
potężniejsze. Teatr i karczma - oto główne tematy majaczeń
nieszczęśliwego. Zdawało mu się, że jest wieczór; ma grać tej nocy; jest
już późno, musi natychmiast wyjść z domu. Dlaczego go zatrzymują? I nie
dają mu iść! Straci zarobek - musi iść! Nie! Nie! Nie puszczają go!
Ukrył twarz w rozpalonych dłoniach i słabym głosem skarżył się na swoją
słabość i na okrucieństwo swego otoczenia. Krótka pauza - a potem
wyrzucił z siebie kilka wierszydeł o podłych rymach; ostatnie, których
się nauczył. Podniósł się na łóżku. Zmógł się w sobie i przybrał
dziwaczną pozycję; był w teatrze... Chwila milczenia, po czym szeptem
zaczął śpiewać jakąś piosenkę. Jest znowu w swoim starym domu! Na
koniec! Jak ciepło w tym pokoju! Był chory, bardzo chory, ale już jest
zdrów i bardzo szczęśliwy. Napełnić szklankę! Kto to odejmuje ją od
warg?! Ten sam prześladowca, który dokuczał mu przedtem. Znowu opadł na
poduszki, jęcząc głośno. Krótki okres zapomnienia, i oto znowu wędruje
przez szereg niskich, sklepionych izb - tak niskich, że chwilami musi
zginać ręce i nogi, żeby móc przejść. Ciemno tu było i ciasno, w którąkolwiek stronę się zwrócił, wszędzie napotykał przeszkody. Roiło
się tam od insektów - wstrętne, pełzające stworzenia z oczyma utkwionymi
w niego, zdawało się, wypełniały powietrze - błyszczały groźnie w nieprzepartym mroku. Ściany i sufit były jakby żywe od ruszających się
płazów. Sklepienie przybierało potworne rozmiary - straszne postacie
uwijały się wszędzie - twarze ludzi, których znał, wykrzywione grymasem,
migały między nimi. Przypiekały go rozpalonym żelazem, ściskały głowę
sznurami, aż krew krzepła. Wściekle walczył o życie.
Po jednym z takich ataków (z trudem utrzymałem go na łóżku) popadł w stan, który wydawać się mógł snem. Zmęczony czuwaniem i mocowaniem się z nim, zamknąłem na chwilę oczy, gdy nagle uczułem, że ktoś schwycił mnie
za ramię. Zbudziłem się natychmiast. Uniósł się tak, że prawie siedział
na łóżku. Twarz miał strasznie zmienioną, ale wróciła mu przytomność -
gdyż wyraźnie poznał mnie. Dziecina, którą dawno już zbudziły jego jęki,
podniosła się na swym posłaniu i biegła do ojca, krzycząc ze strachu -
matka szybko pochwyciła ją w ramiona, bojąc się, że ojciec skrzywdzi ją
w napadzie szału. Ale przerażona zmianą, jaka w nim zaszła, stanęła
nieruchomo przy łóżku. Konwulsyjnie schwycił mnie za ramię i dotknął
ręką piersi... Rozpaczliwie próbował wydobyć z piersi głos... Nie mógł.
Wyciągnął do nich ręce - i zrobił jeszcze jeden rozpaczliwy wysiłek...
Charkot - błysk oczu - stłumiony jęk - i opadł z powrotem... nieżywy!
*
Sprawiłoby nam najwyższą radość, gdybyśmy mogli zaprotokołować opinię
pana Pickwicka o opowiedzianej przed chwilą anegdocie. Nie wątpimy, że
moglibyśmy przedstawić tę opinię naszym czytelnikom, gdyby nie pewne
nieszczęśliwe okoliczności.
Pan Pickwick postawił na stół szklankę, której podczas ostatnich zdań
opowiadania nie wypuszczał z rąk. Pan Pickwick gotował właśnie swój
wzniosły umysł do wypowiedzenia w tej sprawie sądu i nawet otworzył już
usta (o czym mamy wiadomości z notatek pana Snodgrassa), gdy garson
wszedł do pokoju i powiedział:
- Panie, przybyło tu kilku panów.
Pan Pickwick surowo spojrzał na garsona, a potem po całym towarzystwie,
jakby zapytując, kto by to mógł przyjść.
- O! - zawołał pan Winkle, wstając - to moi przyjaciele, proś, niech
wejdą.
A gdy garson oddalił się, rzekł:
- Bardzo przyjemni ludzie, oficerowie z 97. pułku, z którymi zaznajomił
mnie dość szczególny traf. Pewny jestem, że będą się podobać nam
wszystkim.
Pogoda powróciła na twarz pana Pickwicka. Garson wprowadził do pokoju
trzech gentlemanów i pan Winkle począł ich przedstawiać.
- Porucznik Tappleton; pan Pickwick - doktor Payne; pan Pickwick...
Panowie znają już mego przyjaciela, pana Snodgrassa... Przyjaciel mój,
pan Tupman. Doktor Slammer; pan Pickwick... pan Tup...
Tu pan Winkle nagle zatrzymał się, dostrzegłszy wielkie wzruszenie
doktora i pana Tupmana.
- Już spotkałem raz tego gentlemana - rzekł doktor z energią.
- A! a! - zawołał pan Winkle.
- I to indywiduum także, jeżeli się nie mylę - mówił dalej doktor
Slammer, utkwiwszy badawczy wzrok w nieznajomego w zielonym fraku. -
Sądzę, że zeszłej nocy wystosowałem do tego indywiduum aż nazbyt dosadne
wezwanie, które uznał za właściwe odrzucić.
Wymawiając te wyrazy, doktor rzucił na nieznajomego wzrok pełen
oburzenia i począł rozmawiać po cichu, ale żywo z porucznikiem
Tappletonem. Gdy skończył, porucznik zawołał:
- Czy tak?
- Tak - odpowiedział doktor Slammer.
- Trzeba z nim skończyć od razu - rzekł z największą powagą właściciel
składanego stołka.
- Proszę cię, Payne, bądź spokojniejszy - odezwał się porucznik, potem
zwracając się do pana Pickwicka, szczególnie zaintrygowanego całym tym
niegrzecznym zachowaniem, mówił dalej:
- Pozwoli pan zapytać, czy ta osoba należy do towarzystwa panów?
- Nie, panie - odrzekł pan Pickwick - to tylko jeden z naszych gości.
- Sądzę, że jest członkiem klubu?
- Bynajmniej.
- I nie nosi nigdy klubowego uniformu?
- Nigdy - odpowiedział zdumiony pan Pickwick.
Porucznik Tappleton zwrócił się do swego przyjaciela, doktora Slammera,
lekko wzruszywszy ramionami, co zdawało się wyrażać pewne powątpiewanie
o dokładności wspomnień doktora.
Doktor był w najwyższym stopniu rozgniewany, ale zarazem jakby zbity z tropu. Uprzejme zachowanie się pana Pickwicka doprowadziło pana Payne'a niemal do wściekłości.
- Pan byłeś na balu zeszłej nocy! - wykrzyknął nagle doktor do pana
Tupmana tonem, od którego ten drgnął tak widocznie, jak gdyby kto
niespodzianie wsadził mu szpilkę w łydkę.
Pan Tupman odpowiedział słabym głosem: - Tak - nie przestając patrzeć na
pana Pickwicka.
- Ten jegomość był z panem? - mówił doktor dalej, wskazując na niczym
niewzruszonego nieznajomego.
Pan Tupman stwierdził to.
- Teraz, mój panie - powiedział doktor do nieznajomego - zapytuję pana
raz jeszcze w obecności wszystkich tych gentlemanów, czy chce mi pan dać
swą kartę i być traktowanym jak gentleman, czy też chce mnie pan zmusić
do skarcenia go osobiście tu, w tym miejscu?
- Za pozwoleniem - przerwał pan Pickwick - nie mogę zgodzić się na
dalsze posuwanie się tej sprawy bez pewnych wyjaśnień. Tupman, opowiedz,
jak to było.
Pan Tupman, wezwany w sposób tak uroczysty, opowiedział całą rzecz w niewielu słowach; lekko dotknął szczegółu wypożyczenia fraka, szeroko
rozwiódł się nad tym, że stało się to po obiedzie, wynurzył nieco żalu,
jeśli chodzi o jego osobę, i pozostawił nieznajomemu wydobywanie się z kłopotu, jak umie.
Ten zabierał się właśnie do przemówienia, gdy porucznik Tappleton, który
przypatrywał mu się z wielką ciekawością, zapytał tonem wyniosłym:
- Czy nie widziałem pana na scenie?
- Bardzo być może - odrzekł nieustraszony nieznajomy.
- To wędrowny komediant! - zawołał porucznik z pogardą, a potem,
zwracając się do doktora Slammera, dodał: - Gra w sztuce, którą na
żądanie oficerów 52. pułku dają jutro. Nie możesz więc, doktorze,
prowadzić dalej tej sprawy. Wykluczone!
- Wykluczone! - powtórzył doktor Payne.
- Przykro mi, żem wprowadził pana w tak niemiłe położenie - rzekł
następnie porucznik Tappleton do pana Pickwicka. - Ale pozwól pan
powiedzieć sobie, że najlepszym sposobem uniknięcia podobnych scen w przyszłości jest zachowanie większej rozwagi w dobieraniu sobie
towarzystwa. Najniższy sługa!
I rzekłszy to, wyszedł z pokoju.
- I pozwól pan także powiedzieć sobie - dodał drażliwy doktor Payne - że
gdybym ja był na miejscu porucznika Tappletona lub Slammera, to
nakręciłbym uszu panu i wszystkim obecnym tu indywiduom. Nazwisko moje
jest Payne, doktor Payne z 43. pułku. Dobranoc.
Ukończywszy tę przemowę, której ostatnie wyrazy wygłoszone były głosem
bardzo doniosłym, poszedł majestatycznie za porucznikiem, a za nim
Slammer, który wprawdzie nic nie powiedział, ale użył swej żółci
rzuciwszy na całe towarzystwo wzrok pełen pogardy.
Podczas tych długich prowokacji niesłychane oburzenie i gniew,
wzmagający się straszliwie, napełniły szlachetną pierś pana Pickwicka
tak, że omal nie pękła mu kamizelka. Stał jak skamieniały, spoglądając
na miejsce zajmowane przed chwilą przez doktora Payne'a, aż trzask
zamykanych drzwi opamiętał go nieco. Rzucił się tedy naprzód, z gniewną
twarzą i błyskawicami w oczach. Ręka jego była już na klamce. Jeszcze
chwila, a znalazłaby się na gardle doktora Payne'a z 43. pułku, gdyby
pan Snodgrass nie pochwycił czcigodnego swego mentora za połę i nie
począł ciągnąć w tył.
- Winkle! Tupman! - zawołał z wyrazem rozpaczy - trzymajcie go! Nie
powinien narażać swego drogiego życia w podobnej sprawie.
- Puśćcie mnie! - krzyczał pan Pickwick.
- Trzymajcie! - wołał pan Snodgrass. Aż dzięki połączonym wysiłkom
całego towarzystwa udało się posadzić pana Pickwicka w fotelu.
- Dajcie mu spokój - rzekł wtedy nieznajomy w zielonym fraku. - Szklankę
grogu! A to dzielny stary! Przełknij no pan trochę. Znakomity napój.
Mówiąc to i wprzód sam pociągnąwszy spory łyk dymiącego płynu,
nieznajomy przyłożył szklankę do ust pana Pickwicka, aż reszta tego, co
się w niej znajdowało, znikła w niedługim czasie w gardle znakomitego
filozofa. Nastąpiła krótka pauza; grog skutkował i wkrótce znowu pogoda
zajaśniała na obliczu pana Pickwicka. Nieznajomy odezwał się:
- Oni nie są godni pańskiej uwagi.
- Ma pan słuszność - odparł pan Pickwick - nie są godni. Wstydzę się,
żem tak puścił wodze moim namiętnościom. Przysuń pan swe krzesło.
Komediant nie dał się prosić dwa razy. Wszyscy zasiedli dokoła stołu i harmonia zapanowała znowu. Tylko pan Winkle, zdawało się, był nieco
zirytowany. Czyżby przyczyną tego usposobienia była samowolna pożyczka
fraka? Ale tak błaha okoliczność nie mogła wzbudzić uczucia gniewu,
choćby przelotnego, w sercu pickwickisty. To pewne, że wyjąwszy ten
szczegół, dobry humor powrócił w towarzystwie i wieczór zakończył się
wesoło, tak jak się zaczął.
Rozdział IV
Mała wojna - Nowi znajomi - Zaproszenie na wieś
Wielu autorów upiera się przy zasadzie nie tylko głupiej, ale właściwie
nieuczciwej, żeby nie podawać źródeł, z których czerpią najważniejsze
informacje. Nie podzielamy tych zasad. Będziemy starali się jedynie o to, by wywiązać się w sposób właściwy z obowiązków, jakie nakłada na nas
nasz zawód wydawcy. I jakkolwiek w innych okolicznościach ambicja
skłoniłaby nas, byśmy rościli sobie prawa do autorstwa tych przygód,
wzgląd na prawdę pozwala nam jedynie przypisać sobie zasługę opracowania
szczegółów i nadania im formy bezstronnej opowieści. Za źródła służą nam
dokumenty pickwickowskie. Można nas więc porównać z Kompanią
Eksploatacji Nowych Źródeł Wody. Praca innych stworzyła dla nas
olbrzymie rezerwuary doniosłych faktów. Zbieramy je po prostu i za
pośrednictwem tych stronic w postaci wesołego i wartkiego strumienia
dajemy do użytku tym, którzy są spragnieni wiedzy pickwickistów.
Działając w tym duchu i odważnie wprowadzając w czyn postanowienie
wymieniania autorytetów, do których zwracaliśmy się o radę, wyznajemy
otwarcie, że notatnikowi pana Snodgrassa zawdzięczamy szczegóły
umieszczone w tym rozdziale. Szczegóły te (teraz, gdyśmy ulżyli swemu
sumieniu) podamy bez dalszych komentarzy.
Cała ludność Rochester i okolicznych miasteczek zerwała się nazajutrz
wcześnie z łóżek, bardzo wzruszona i podekscytowana. Wielka rewia miała
się odbyć na Błoniach. Orli wzrok dowódcy miał dokonać przeglądu pół
tuzina pułków. Wzniesiono tymczasową twierdzę, którą miano oblegać,
zdobyć szturmem i w końcu wysadzić w powietrze.
Czytelnicy nasi mogli już wywnioskować z notat pana Pickwicka o mieście
Chatham, że mąż ów był namiętnym wielbicielem wojska. Nic też nie mogło
być przyjemniejszego, tak dla niego, jak i dla jego towarzyszy, jak
widok małej wojny. Wcześnie więc zerwali się i szybkim krokiem poszli ku
twierdzy, dokąd już ze wszystkich stron zdążały tłumy ciekawych.
Wszystko zapowiadało, że manewry będą niezwykle świetne. Ustawiono
warty, by zabezpieczyć wolny plac dla wojska. Sierżanci biegali na
wszystkie strony, roznosząc kartki z rozkazami. Pułkownik Bulder, w galowym mundurze, galopował to w jedną, to w drugą stronę, cofał swego
konia na ciekawych, kazał mu wykonywać wolty i kurbety i krzyczał tak
głośno, iż twarz mu poczerwieniała i głos zachrypł, chociaż nikt nie
mógł pojąć, na co to się wszystko przyda. Oficerowie latali tu i tam,
odbierali rozkazy od pułkownika Buldera, powtarzali je sierżantom, potem
znikali w galopie. Nawet szeregowcy patrzyli spoza płotu błyszczących
luf z minami tajemniczo uroczystymi, co dostatecznie tłumaczył wyjątkowy
charakter sytuacji.
Pan Pickwick i trzej jego towarzysze umieścili się w pierwszym rzędzie
ciekawych, cierpliwie oczekując na rozpoczęcie manewrów. Tłum powiększał
się ciągle, a wysiłki, jakie zmuszeni byli czynić dla utrzymania się na
swych stanowiskach, dostatecznie im zapełniły dwie godziny oczekiwania.
Czasami odczuwano nagłe pchnięcie od tyłu i pan Pickwick wylatywał
naprzód z szybkością i elastycznością nie bardzo zgodną ze zwykłą powagą
jego ruchów. To znowu żołnierze wzywali widzów do cofnięcia się,
opuszczając kolby karabinów na nogi pana Pickwicka, by przypomnieć mu,
aby się nie wysuwał naprzód, lub też rzeczone kolby przykładali mu do
piersi, wzywając do utrzymania się w szeregu. Innym razem żartobliwy
jakiś gentleman, nacisnąwszy pana Snodgrassa, doprowadziwszy go w ten
sposób do możliwie najmniejszej objętości i wystawiwszy na najostrzejsze
tortury, zapytał go, dlaczego pozwala sobie tak się rozpychać. Zaledwie
pan Winkle miał czas wyrazić całe swe oburzenie na tę niczym nie
usprawiedliwioną pretensję, gdy jakieś indywiduum, stojące tuż za nim,
wtłoczyło mu kapelusz na oczy, prosząc, by był na tyle grzeczny i schował do kieszeni swą głowę. Te dowcipy, połączone z niepokojem, jakim
napełniało ich nagłe i niepojęte zniknięcie pana Tupmana, sprawiały, że
w ogóle położenie naszych znajomych było bardziej niewygodne aniżeli
przyjemne.
Na koniec rozległ się w tłumie gwar, zapowiadający, że nadchodziło to,
na co tak długo czekano. Oczy wszystkich zwróciły się ku twierdzy i ujrzano bataliony jedne po drugich rozwijające się na równinie, z wdzięcznie powiewającymi sztandarami i bronią połyskującą od słońca.
Wojsko zajęło stanowiska. Zwięzłe słowa komendy przebiegły po całej
linii; broń zaprezentowano ze szczękiem; naczelny dowódca, pułkownik
Bulder, z licznym sztabem przejechał galopem przed frontem. Nagle
zagrała muzyka wszystkich pułków, konie stanęły dęba i cofnęły się; psy
poczęły szczekać, tłum krzyczeć, wojsku zakomenderowano: - Baczność! - a jak daleko sięgał wzrok, na prawo i na lewo, widać było tylko długi
szereg czerwonych mundurów i białych spodni, nieruchomych, jakby
skamieniałych.
Pan Pickwick był tak zajęty cofaniem się i wymijaniem nóg końskich, iż
nie miał czasu zachwycać się tym widokiem. Gdy wreszcie udało mu się
odzyskać nieco równowagi, wojsko stało już nieruchomo, jak to opisaliśmy
wyżej; wtedy zachwyt filozofa doszedł do najwyższego punktu.
- Czy jest coś piękniejszego, cudniejszego? - rzekł do pana Winkle'a.
- Oczywiście, że nie - odpowiedział ten ostatni, który od kwadransa
dźwigał na sobie dwóch wyrostków.
- Tak! - zawołał pan Snodgrass, w którego łonie zapłonął nagle ogień
poezji. - Tak, wspaniałe to i wzniosłe widowisko, gdy tylu mężnych
obrońców ojczyzny rozwija się w świetnych szeregach przed spokojnymi
obywatelami. Twarze ich nacechowane są nie tyle wojowniczą
gwałtownością, ile raczej duchem cywilizacji, ich oczy nie błyszczą
dzikim ogniem rozboju i zemsty, ale łagodnym światłem inteligencji i ludzkości.
Pan Pickwick najzupełniej zgadzał się z tymi pochwałami, jeśli chodzi o ducha, który je natchnął, ale niezupełnie przystawał na wyrażenia. Bo
rzeczywiście łagodne światło inteligencji błyszczało tu dość słabo,
zważywszy, że znowu zakomenderowano: - Baczność! - i widzowie mieli
przed sobą nie mniej niż kilka tysięcy par oczu, spoglądających prosto
przed siebie i najzupełniej pozbawionych wszelkiego wyrazu.
Tymczasem tłum z wolna usunął się i podróżnicy nasi pozostali prawie
sami.
- Teraz jesteśmy w doskonałym punkcie - rzekł pan Pickwick, spoglądając
dokoła siebie.
- Doskonałym - odpowiedzieli panowie Winkle i Snodgrass.
- Zda... zdaje mi się... - wybełkotał nagle pan Winkle, blednąc - zdaje
mi się, że będą strzelać...
- Ale cóż znowu! - zawołał szybko pan Pickwick.
- Sądzę... sądzę, że... że Winkle ma słuszność - dodał Snodgrass,
cokolwiek przerażony.
- To być nie może! - powtórzył pan Pickwick.
Zaledwie jednak wymówił te słowa, gdy sześć pułków, jak jeden mąż i jakby miały jeden cel tylko, skierowało lufy na nieszczęśliwych
pickwickczyków i rozległ się huk, jaki może nigdy nie wstrząsnął ziemią
ani odwagą gentlemana w latach dojrzałych.
W tym krytycznym położeniu, wystawiony na ciągły ogień ślepych nabojów,
zaniepokojony ruchami wojska, dla którego nadchodziły nowe posiłki,
rozwijające swe szeregi z tyłu, poza panem Pickwickiem, mąż ten okazał
zimną krew, nieodstępną towarzyszkę wielkich umysłów. Uchwyciwszy za
rękę pana Winkle'a i umieściwszy się między nim a panem Snodgrassem,
przedstawiał im przekonywająco, że wyjąwszy niebezpieczeństwo
ogłuchnięcia od strzałów, nie ma się czego obawiać.
- Ale... ale... - rzekł pan Winkle, blednąc - przypuśćmy, że który z żołnierzy ma ostry nabój... przez pomyłkę... Słyszałem ostry świst tuż
koło...
- Czy nie byłoby dobrze położyć się plackiem na ziemię? - zapytał pan
Snodgrass.
- Nie, nie, wszystko już się skończyło - odrzekł pan Pickwick.
Gdy mówił to, usta jego mogły drżeć, policzki blednąc, ale żaden okrzyk
strachu lub niepokoju nie wyrwał się z ust tego nieśmiertelnego męża.
Pan Pickwick miał słuszność; strzelanie skończyło się. Myślał więc już
tylko o niezawodnej trafności swej hipotezy, gdy dostrzegł na całej
linii szybkie ruchy. Krzyki komendy rozległy się znowu i pierwej, nim
nasi podróżni mieli czas poczynić domysły, co to może być za nowy
manewr, sześć pułków przyspieszonym krokiem poszło na bagnety ku
miejscu, gdzie stał pan Pickwick z towarzyszami.
Człowiek jest śmiertelny, a odwaga ludzka ma swe granice. Przez chwilę
pan Pickwick spoglądał przez okulary na posuwającą się naprzód kolumnę,
potem odwrócił się do niej tyłem i począł... nie powiemy uciekać,
najprzód dlatego, że jest to wyrażenie ubliżające, po wtóre, że sama
osoba Pickwicka zupełnie nie nadawała się do tego rodzaju odwrotu -
począł tylko dreptać tak szybko, jak mu pozwalały na to niezbyt długie
nogi i ciężar ciała; ale za późno ocenił całe niebezpieczeństwo
położenia. Wojsko przeciwnika, którego ukazanie się z tyłu zaniepokoiło
pana Pickwicka przed kilkoma sekundami, teraz rozwinęło się w szyk
bojowy dla odparcia ataku oblegających twierdzę, tak że trzej nasi
znajomi ujrzeli się pomiędzy dwoma długimi rzędami bagnetów, z których
jeden szybko się przybliżał, a drugi w miejscu czekał na natarcie.
- Na bok! Na bok! - wołali oficerowie posuwającej się kolumny.
- Usuńcie się! - krzyczeli oficerowie kolumny nieruchomej.
- Gdzie się podziać? - krzyknęli przerażeni pickwickiści.
- Na bok! Na bok! - było odpowiedzią. Potem nastała chwila niesłychanego
zamieszania; odgłos miarowych kroków, gwałtowne uderzenia, stłumione
śmiechy; wojska cofnęły się pięćset kroków, a podeszwy butów pana
Pickwicka ujrzeć można było w powietrzu.
Pan Snodgrass i pan Winkle wykonali również z najzupełniejszą
dokładnością po jednym obowiązkowym koziołku. Właśnie pan Winkle,
siadłszy na ziemi, tamował sobie chustką krew z nosa, gdy wtem ujrzeli w pewnej odległości swego czcigodnego mentora, biegnącego za kapeluszem,
który oddalał się coraz bardziej, złośliwie podskakując.
Mało jest chwil w życiu, w których by człowiek doznawał większej
przykrości, nie zjednywając sobie przy tym żadnego współczucia, jak
wówczas gdy odbywa polowanie na swój własny kapelusz. Trzeba mieć wielki
zasób zimnej krwi i zdolność do szybkiej decyzji, by go złowić. Biegnąc
zbyt szybko, wyprzedza się go; jeżeli schylamy się zbyt wolno, gdyż
sądzimy, iż go już trzymamy, kapelusz odbiega gdzieś daleko... Najlepsza
metoda polega na tym, by biec równolegle do przedmiotu naszych zabiegów,
zachować największą przezorność, umieć skorzystać ze sposobnej chwili,
stopniowo wyprzedzać, potem nagle pochylić się, ująć kapelusz za rondo i mocno osadzić go na głowie, wdzięcznie uśmiechając się podczas tej
gonitwy, jak gdybyśmy sami, jak wszyscy inni, widzieli w tym tak dobry
żart.
Lekki wietrzyk podmuchiwał i kapelusz pana Pickwicka potoczył się przed
nim, jakby igrając. Wiatr dmuchał, pan Pickwick sapał, a kapelusz bujał
jak rybka w bystrym nurcie. I pewno dotoczyłby się Bóg wie jak daleko,
gdyby nie trafił na opatrznościową przeszkodę w chwili, gdy nasz
podróżnik zamyślał już pozostawić go nieszczęśliwemu losowi.
Pan Pickwick, niezwykle zmęczony, miał już zaniechać pogoni, gdy
kapelusz wplątał się w koło jednego z kilkunastu powozów stojących
rzędem. Filozof potrafił wnet skorzystać z tej pomyślnej chwili, szybko
pochylił się, pochwycił niesforne nakrycie głowy, silnie nasunął je na
czoło i stanął, by odetchnąć. Upłynęło może nie więcej niż pół minuty,
gdy usłyszał swoje nazwisko wymówione donośnym i przyjaznym głosem.
Podniósł oczy i wtedy przedstawił mu się widok, który go napełnił
zarazem zdziwieniem i radością.
W wielkim otwartym powozie, od którego wyprzężono konie, stały osoby
poniżej wymienione: stary dorodny gentleman w niebieskim fraku ze
złoconymi guzikami, aksamitnych spodniach i długich butach; dwie młode
damy w szarfach i stroikach; młody człowiek, prawdopodobnie zakochany w jednej z młodych panien; dama wieku niewątpliwego, prawdopodobnie ciotka
dwóch wyżej wymienionych panien, wreszcie pan Tupman, tak spokojny i swobodny, jakby należał do rodziny od samego dzieciństwa. Z tyłu powozu
przywiązane było pudło wielkich rozmiarów, jedno z tych pudeł, które
przez asocjację idei wzbudzają zawsze w organizacjach spostrzegawczych
myśli o kapłonach na zimno, wędzonych ozorach i butelkach dobrego wina.
Na koniec, na koźle powozu, w stanie błogiej drzemki, siedział chłopak
tłusty, czerwony i pyzaty, na którego badawczy spostrzegacz nie mógł
patrzeć przez kilka minut, by nie dojść do wniosku, że jest to właśnie
urzędowy rozdawca zawartych w pudle skarbów, gdy nadejdzie właściwa
chwila ich spożywania.
Zaledwie pan Pickwick ogarnął wzrokiem wszystkie te zajmujące
przedmioty, gdy wierny jego uczeń znów począł go nawoływać:
- Pickwick! Pickwick! Właź pan tu prędko!
- Chodź pan! Proszę - dodał stary gentleman. - Joe! Przeklęty chłopak!
Znowu śpi! Joe! Spuść stopień!
Pyzaty chłopiec z wolna zsunął się z kozła, spuścił stopień i w uprzejmy
sposób otworzył drzwiczki. W tej chwili nadeszli panowie Snodgrass i Winkle.
- Wszyscy się tu pomieścimy - zaczął znowu właściciel powozu. - Dwóch
wewnątrz, jeden zewnątrz. Joe! Zrób na koźle miejsce dla jednego z panów. Teraz prosimy.
I stary gentleman wyciągnął żylastą rękę, wwindował do powozu naprzód
pana Pickwicka, potem pana Snodgrassa. Pan Winkle siadł na koźle. Pyzaty
chłopak pochylił się ku niemu i natychmiast zasnął.
- Cieszy mnie, że oglądam panów - mówił dalej stary gentleman - znam
panów bardzo dobrze, chociaż być może, iż panowie nie przypominacie mnie
sobie. Niejeden wieczór spędziłem w klubie panów ostatniej zimy. Dziś
rano spotkałem mego przyjaciela, pana Tupmana, co mnie wielce uradowało.
No i cóż, panie? Jak się pan ma! Wygląda pan dzielnie, ale to bardzo
dzielnie!
Pan Pickwick, do którego były zwrócone te ostatnie słowa, odwdzięczył
się odpowiednim komplementem i silnie uścisnął dłoń starego gentlemana.
- A pan - ciągnął dalej mówca, spoglądając z ojcowskim zajęciem na pana
Snodgrassa. - Doskonale! Nieprawdaż? Tym lepiej, tym lepiej. A pan jak
się ma, panie Winkle? Dobrze? To mnie cieszy. Moje córki, panowie. A to
moja siostra, panna Rachela Wardle. Dziewica, a nie dziewczątko, co? Hę
- dodał, śmiejąc się na całe gardło i uprzejmie szturchając łokciem w bok pana Pickwicka.
- Ależ, bracie! - zawołała miss Wardle z błagalnym uśmiechem.
- Tak, tak - zaczął znów stary gentleman - nikt temu zaprzeczyć nie
może. Panowie! Przedstawiam wam mego przyjaciela, pana Trundle'a. A teraz, kiedy już wszyscy znacie się, bądźmy dobrej myśli i patrzmy, co
się dzieje. Takie jest moje zdanie.
To rzekłszy włożył okulary. Pan Pickwick wydobył swoją perspektywę i wszyscy, stojąc w powozie, przypatrywali się manewrom wojskowym.
Były to manewry godne podziwu. Jeden szereg strzelał ponad głowami
drugiego szeregu i natychmiast cofał się, potem drugi szereg strzelał
ponad głowami trzeciego i także cofał się; formowano czworoboki z oficerami w środku; włażono po drabinach na wały, burzono barykady
utworzone z koszów, a wszystko to robiono z niezrównaną odwagą. Na
okopach armatnich artylerzyści pakowali ogromne naboje w działa, a gdy
wystrzelili, żałosny krzyk trwożliwych kobiet długo rozlegał się w powietrzu. W powozie młode panny Wardle tak były przerażone, że pan
Trundle był zmuszony podtrzymywać jedną z nich, a pan Snodgrass drugą.
Nerwy miss Racheli Wardle były tak okropnie podrażnione, że pan Tupman
uznał za nieodzowną konieczność ująć ją za kibić, by nie upadła. Jednym
słowem, wszyscy doznali niezwykłego wzruszenia, wyjąwszy pyzatego
chłopca, który przy huku dział spał tak głęboko, jak przy zwykłej
piosence piastunki.
Gdy zdobyto twierdzę i tak oblężonym, jak i oblegającym zastawiono
obiad, stary gentleman zawołał:
- Joe! Joe! Przeklęty chłopak, znowu śpi. Bądź pan tak dobry i uszczypnij go w łydkę. Tylko w ten sposób można go obudzić. Dziękuję
panu. Joe, rozpakuj pudło.
Pyzaty chłopak, rzeczywiście rozbudzony za pomocą ściśnięcia mięsnych
części nogi wielkim i wskazującym palcem pana Winkle'a, znowu zsunął się
z kozła i rozpoczął rozpakowywanie pudła z nierównie większym
pośpiechem, aniżeliby to można było przypuszczać po jego poprzedniej
niemrawości.
- Teraz siadajmy, jak można - rzekł gentleman.
Po wielu żartobliwych napomknięciach o szerokości kobiecych sukien, po
wielu rumieńcach, spowodowanych propozycją, by damy siadły na kolanach u panów, całe towarzystwo usadowiło się w powozie, a stary gentleman jął
puszczać wkoło przedmioty podawane mu przez pyzatego chłopca.
- Teraz, Joe, podaj noże i widelce.
Rozdano noże i widelce. Damy i mężczyźni w powozie, a pan Winkle na
koźle, zaopatrzeni zostali w te niezbędne narzędzia.
- Talerze, Joe! Talerze!
Talerze również podano w ten sam sposób.
- Teraz, Joe, podaj drób. Przeklęty chłopak, znowu śpi. - Kilka
energicznych szturchańców wyrwało go z letargu.
- No, dawaj jeść!
W dźwięku tych słów było coś takiego, co zupełnie rozbudziło zaspanego
chłopca. Drgnął, a jego ołowiane oczy, na pół zatopione w tłustych
policzkach, miłośnie spoglądały na jadło w miarę, jak je wydobywał.
- No, żywo! - zawołał pan Wardle, bo pyzaty chłopiec pożerał wzrokiem
kapłona, z którym, zdawało się, nie był w stanie rozstać się. Wreszcie
westchnął głęboko, rzucił rozpaczliwe spojrzenie na pulchne pieczyste i smutno podał je panu.
- Dobrze, tylko żywiej? Teraz ozór. Teraz pasztet z gołębi. Uważaj na
cielęcinę i szynkę. Pilnuj raków. Wydobądź sałatę, podaj pieprzu...
Wydając te szybkie rozkazy, pan Wardle rozdawał wewnątrz powozu
wymienione wyżej artykuły i stawiał niezliczoną ilość półmisków na
kolanach biesiadników.
Gdy rozpoczęto dzieło zniszczenia, wesoły starzec zapytał:
- Co? Czy nie doskonałe?
- Przewyborne - odrzekł pan Winkle, krając kawałek kapłona.
- Szklaneczkę wina?
- Z wielką przyjemnością.
- Czy nie lepiej będzie, gdy podam panu na kozioł całą butelkę?
- O! Jeśli pan tak łaskaw!
- Joe!
- Słucham pana. (Tym razem pyzaty chłopiec nie spał, gdyż zwędził kawał
cielęciny).
- Butelkę wina dla pana na koźle. Za pańskie zdrowie.
- Bardzo jestem panu wdzięczny - odrzekł pan Winkle, stawiając butelkę
przy sobie.
- Czy zechce pan wypić ze mną szklankę wina? - zapytał pan Trundle pana
Winkle'a.
- Z największą przyjemnością - odpowiedział zapytany i obaj wychylili po
szklance, a wszyscy obecni, nie wyłączając dam, naśladowali ten dobry
przykład.
- Jak nasza kochana Emilka kokietuje tego młodego człowieka - szepnęła
panu Wardle'owi ciotka-panna z zazdrością właściwą ciotkom-pannom.
- Ba! - odpowiedział ojciec. - Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. To rzecz
całkiem naturalna. Panie Pickwick! Szklankę wina?
Pan Pickwick, przerwawszy na chwilę głębokie poszukiwania we wnętrzach
pasztetu z gołębi, przyjął propozycję z wdzięcznością.
- Emilio, moja droga - rzekła ciotka, niezadowolona - nie mów tak
głośno, moje życie.
- Co ciocia mówi?
- Zdaje się, że ciotka i ten mały tłusty jegomość chcieliby, by tylko im
wszystko było wolno - szepnęła panna Izabela Wardle do swej siostry
Emilii. Potem obie panny poczęły serdecznie śmiać się, a stara panna
wysilała się, by nadać sobie przyjemny wyraz twarzy, co się jej jednak
nie udawało.
- Młode dziewczęta są zwykle takie puste! - rzekła do pana Tupmana z miną czułego ubolewania, jak gdyby wesołość była rodzajem kontrabandy i jakby nie wolno było nosić jej z sobą bez osobnego świadectwa; ale pan
Tupman nie dał odpowiedzi, jakiej żądano.
- Ma pani słuszność - rzekł - to bardzo miłe.
- O! - zawołała miss Wardle z powątpiewaniem.
- Czy pozwoli pani - zaczął znowu pan Tupman, dotykając w sposób
nadzwyczaj ujmujący lewą ręką dłoni ponętnej Racheli, podczas gdy prawa
ręka z wolna podawała butelkę. - Czy pozwoli pani?
- O panie!
Pan Tupman przybrał postawę jeszcze bardziej ujmującą, miss Rachela
wyraziła obawę, by nie strzelano z dział, co by naturalnie znowu zmusiło
kawalera do podtrzymywania jej.
- Czy uważa pan, że moje siostrzenice są piękne? - szepnęła następnie
ciotka bardzo słodko do ucha panu Tupmanowi.
- Uważałbym je za piękne, gdyby nie było tu ich ciotki - odpowiedział
ugrzeczniony pickwickczyk, spoglądając namiętnie.
- O! Szkaradny z pana człowiek. Ale doprawdy, gdyby miały nieco więcej
świeżości, czy nie wyglądałyby efektownie... przy świetle?
- Tak sądzę - odrzekł pan Tupman obojętnie.
- Kpiarz z pana. Domyślam się, co chce pan powiedzieć. Wiem, wiem!
Mężczyźni mają szczególny dar dostrzegania wszystkiego! Tak! to prawda!
Nie mogę temu zaprzeczyć! Bo niezawodnie, jeżeli jest co wadliwego w młodej osobie, to trzymanie się pochyło. Często jej to powtarzam, że gdy
wejdzie nieco w lata, będzie szkaradna. O! Widzę, że pan jest złośliwy!
Pan Tupman, zachwycony zjednaniem sobie takiej opinii tak tanim kosztem,
usiłował przybrać minę dyplomatyczną i uśmiechnął się tajemniczo.
- Co za sarkastyczny uśmiech! - zawołała zapalna Rachela. - Przestrasza
mnie pan.
- Ja przestraszam?
- O! Przede mną nic się nie ukryje. Wiem ja, co ten uśmiech znaczy!
- Cóż takiego? - zapytał pan Tupman, który sam nie miał o tym
najmniejszego wyobrażenia.
- Chcesz pan przez to powiedzieć - rzekła miła ciocia, jeszcze więcej
zniżając głos - chce pan powiedzieć, że sztywność Izabeli jeszcze mniej
podoba się panu aniżeli trzpiotowatość Emilii. To prawda, Emilia jest
płocha. Nie uwierzy pan, jaką mi to nieraz sprawia przykrość. Nieraz
całymi godzinami płaczę z tego powodu. Brat mój jest tak łatwowierny, iż
tego zupełnie nie widzi. Ale gdyby widział, jestem pewna, że serce by mu
pękło. Chciałabym wmówić w siebie, iż w gruncie rzeczy nie ma w tym nic
złego. Serdecznie pragnę, by tak było. (Tu czuła ciotka westchnęła
głęboko i smutno potrząsnęła głową).
- Pewna jestem, że ciotka mówi o nas - szepnęła miss Emilia Wardle do
swej siostry - nie ma wątpliwości, bo przybrała bardzo złośliwą minę.
- Tak sądzisz? - zapytała Izabela. - Ciociu! Ciociu!
- Co chcesz, moja droga?
- Ciocia dostanie kataru. Proszę okręcić sobie szalem swą sędziwą
główkę. W twoim wieku, ciociu, należy więcej dbać o zdrowie.
Chociaż takie wet za wet było słuszne, ale było zarazem tak dokuczliwe,
iż nie wiadomo, jak by się przejawił gniew ciotki, gdyby pan Wardle nie
zrobił był dywersji zawoławszy donośnym głosem:
- Joe! Przeklęty chłopiec! Znów śpi!
- Szczególny chłopak - rzekł pan Pickwick - czy zawsze taki zaspany?
- Zaspany? Ciągle śpi! Śpiąc wypełnia zlecenia, a przy stole chrapie.
- To szczególne!
- O! Bardzo szczególne! - odpowiedział stary gentleman. - Dumny jestem z tego chłopca. Za żadną cenę nie pozbyłbym się go. Jest to w swoim
rodzaju osobliwość. Hej! Joe! Zabierz to wszystko i odkorkuj jeszcze
jedną butelkę! Czy słyszysz?
Pyzaty chłopiec otworzył oczy, połknął wielki kawał pasztetu, który
właśnie zaczął był przeżuwać, gdy zasnął, i wykonując rozkazy spoglądał
czule na resztki uczty, w miarę jak je układał w pudle. Odkorkowano nową
butelkę i wypróżniono bardzo prędko, pudło przymocowano na dawnym
miejscu, a pyzaty chłopak znów wlazł na kozioł; okulary i perspektywy
zwrócono na wojsko, które znów rozpoczęło manewry. Było jeszcze dużo
huku dział i niemało przestrachu kobiet. Potem podpalono minę, ku
wielkiemu zadowoleniu wszystkich. Wreszcie wojsko i widzowie rozeszli
się.
Kończąc rozmowę przerwaną strzelaniem stary gentleman rzekł do pana
Pickwicka, podając mu rękę:
- Pamiętaj pan, że jutro macie wszyscy nas odwiedzić.
- Niezawodnie - odrzekł pan Pickwick.
- Ma pan adres?
- Manor Farm w Dingley Dell - odpowiedział pan Pickwick, zaglądając do
swego notatnika.
- Tak. I pamiętaj pan, że zatrzymam was u siebie przynajmniej tydzień.
Podejmuję się pokazać wam wszystkie osobliwości okolicy, a poza tym
będziemy studiowali wiejskie życie. O! Tylko przyjedźcie! Joe! Przeklęty
chłopak! Znów śpi! Joe! Pomóż Tomowi zaprzęgać konie.
Konie zaprzężono; woźnica siadł na koźle, pyzaty chłopiec umieścił się
obok niego; nastąpiły pożegnania i powóz potoczył się. W chwili gdy
pickwickiści odwrócili się, by jeszcze raz spojrzeć na odjeżdżających,
zachodzące słońce oświetliło oblicze starego gentlemana i tłuste
policzki pyzatego chłopca. Po chwili głowa tego ostatniego pochyliła się
i znów zasnął.
Rozdział V
zawierający między innymi opis, jak to pan Pickwick podjął się
powożenia, a pan Winkle jazdy konnej, i jak się obaj z tego wywiązali
Niebo było jasne i spokojne, powietrze balsamiczne, a wszystko jakby
oblane niewysłowionym urokiem. Pan Pickwick, wsparty na poręczy mostu w Rochester, przypatrywał się krajobrazowi w oczekiwaniu śniadania.
Widok, jaki miał przed oczyma, mógłby zachwycić każdego, nawet w mniejszym stopniu zdolnego do uniesień nad wiejską przyrodą. Po lewej
stronie wznosił się mur, w wielu miejscach poszczerbiony, ponurą swą
masą panując nad zielonymi brzegami rzeki Medway. Zwoje bluszczu smutno
wieńczyły czarne blanki, a pęki morskich roślin, zwieszonych na
kamieniach, drżały za powiewem wiatru. Poza tymi zwaliskami wznosił się
stary zamek, którego wieża bez dachów i walące się mury świadczyły o ubogiej wielkości owych chwil, gdy szczęk broni i donośne śpiewy
rozlegały się pod wspaniałymi arkadami. Po obu stronach, jak daleko
wzrok sięgał, widać było brzegi rzek, pokryte łąkami i polami, spośród
których tu i ówdzie wznosiły się młyny i kościoły; bogaty i urozmaicony
to krajobraz, któremu jeszcze dodawały wdzięku lekkie obłoczki pływające
w świetle porannego słońca. Rzeka Medway, odbijając lazur niebieski,
płynęła w milczeniu, połyskując pod wiosłami rybaków posuwających się z jej nurtem w ciężkich, ale malowniczych łódkach. Widok tego
uśmiechniętego krajobrazu pogrążył pana Pickwicka w słodkim marzeniu.
Wyrwało go zeń głębokie westchnienie, które usłyszał tuż koło siebie, i lekkie dotknięcie ramienia. Odwrócił się i poznał Jakuba Ponurego.
- Przypatruje się pan krajobrazowi? - zapytał ten poważnym głosem.
- Tak jest - odparł pan Pickwick.
- I jest pan rad, żeś wstał tak rano?
Pan Pickwick przytaknął temu skinieniem głowy.
- O! to prawda! Trzeba wcześnie wstać, by oglądać słońce w całym jego
przepychu, bo jasność jego rzadko trwa cały dzień. Początek dnia i początek życia są, niestety, aż nadto podobne do siebie.
- Ma pan słuszność.
- Często mówią - ciągnął dalej Jakub Ponury - często mówią: ranek zbyt
piękny, to nie potrwa długo. Jakże trafnie można zastosować tę uwagę do
naszego istnienia! Czegóż bym nie dał, by mi wróciły dni mojej młodości
albo bym o nich zapomniał na zawsze!
- Miał pan wiele smutnych przejść? - zapytał pan Pickwick ze
współczuciem.
- Miałem - odrzekł Jakub Ponury drżącym głosem - więcej, niżby można
przypuszczać patrząc na mnie.
Zatrzymał się przez chwilę, a potem zapytał nagle:
- Czy nigdy w taki piękny poranek nie przychodziła panu myśl, że byłoby
rzeczą bardzo miłą i błogą utopić się?
- Nie! Niech mię Bóg uchowa! - zawołał pan Pickwick, cofając się nieco z obawy, by nieznajomemu nie przyszła chętka zepchnąć go na próbę do wody.
- Ja często o tym myślałem - mówił dalej Ponury, który, zdawało się, nie
dostrzegł tego ruchu. - Ta woda, zimna i spokojna, szmerem swym zdaje
się wzywać mnie, bym w niej szukał pokoju i zapomnienia. Jeden skok!...
Buch!... Szamotanie przez chwilę... Fala wznosi się nad głową...
odmęt... Woda się wygładza... i koniec wszystkich cierpień!
Zapadłe oczy błyszczały mu ponuro, gdy to mówił. Ale to chwilowe
uniesienie wkrótce minęło. Jakub odwrócił się i rzekł najspokojniej:
- Dajmy temu pokój! Chcę pomówić z panem o czymś innym. Wczoraj
wieczorem wezwał mnie pan, bym mu odczytał powieść...
- Tak jest - odrzekł pan Pickwick - i sądzę...
- Obędę się bez pańskich sądów - przerwał Ponury - niepotrzebne mi one.
Pan podróżuje dla rozrywki i kształcenia się... Rękopis nienadzwyczajny,
ale zajmujący jako kartka z rzeczywistego życia. Czy odda go pan
klubowi, o którym mówi pan tak często?
- Oczywiście, zamieścimy go w pamiętnikach klubu, jeżeli pan sobie tego
życzy.
- Więc będzie go pan miał. Adres pański?
Pan Pickwick objaśnił, dokąd mniej więcej zamierza się udać. Jakub
Ponury zanotował wszystko starannie w grubym pugilaresie, odprowadził
uczonego gentlemana do oberży i wymówiwszy się od śniadania, odszedł
powolnym krokiem.
Trzej towarzysze pana Pickwicka czekali właśnie na niego, by zasiąść do
przekąski ustawionej na stole w sposób bardzo ponętny. Zasiedli
wreszcie, a szynka, jajka, kawa, herbata i tym podobne przysmaki poczęły
znikać z szybkością dającą wymowne świadectwo tak o jakości jadła, jak i o apetycie podróżnych.
- Teraz - rzekł pan Pickwick - trzeba obmyślić, jak dostaniemy się do
Manor Farm.
- Najlepiej zapytać garsona - zauważył pan Tupman i zdrowa ta rada
została przyjęta, jak na to zasługiwała. Wezwano garsona.
- Dingley Dell, panie? Piętnaście mil, panie, droga boczna, zła... Może
bryczkę pocztową?
- W bryczce mogą się pomieścić tylko dwie osoby - odparł pan Pickwick.
- To prawda, przepraszam, ale mamy bardzo piękną czterokołową bryczkę
podwójną z siedzeniem dla gentlemana powożącego... Ale przepraszam, i w tej mogą się pomieścić tylko trzy osoby.
- Cóż więc poczniemy? - zapytał pan Snodgrass.
- Może który z panów zechce odbyć drogę konno - rzekł garson,
spoglądając na pana Winkle'a. - Mamy doskonałego wierzchowca. Ludzie
pana Wardle'a, idąc do Rochester, mogliby go nam odprowadzić.
- Bardzo dobrze! - zawołał pan Pickwick. - Winkle, chcesz jechać konno?
W najgłębszych tajnikach swej duszy pan Winkle żywił wielką wątpliwość
co do swej umiejętności konnej jazdy; ale ponieważ za nic w świecie nie
chciał, by ktokolwiek go o to podejrzewał, więc natychmiast odpowiedział
zuchowato:
- I owszem, bardzo mnie to cieszy! - Sam rzucił rękawicę swemu losowi i niepodobna było się cofnąć.
- Sprowadź konia i bryczkę na jedenastą - rzekł pan Pickwick do garsona.
- Dobrze, panie.
Po śniadaniu podróżni rozeszli się do swoich pokoi, by spakować rzeczy,
które mieli zabrać ze sobą.
Pan Pickwick, ukończywszy te przygotowania, stał przed oknem w kawiarni
i spoglądał na ulicę, gdy wszedł garson z wiadomością, że wszystko
gotowe, co rzeczywiście potwierdziło ukazanie się bryczki przed domem.
Było to małe, zielone pudło, ustawione na czterech kołach, na przodzie
znajdowało się wysokie siedzenie dla woźnicy, w tyle wąska ławka dla
dwóch pasażerów. Interesujący ten mechanizm wprowadzony był w ruch za
pomocą ogromnego karego konia, na którym z zupełną łatwością można było
studiować osteologię. Chłopak stajenny trzymał dla pana Winkle'a drugiego ogromnego konia, prawdopodobnie bliskiego krewnego zwierzęcia
zaprzęgniętego do powozu.
- Niech nas Bóg ma w swojej opiece! - zawołał pan Pickwick, podczas gdy
układano rzeczy w bryczce. - Niech nas Bóg ma w swojej opiece. A kto
będzie powoził? Nie pomyślałem o tym.
- Naturalnie, że pan - odrzekł pan Tupman.
- Naturalnie - dodał pan Snodgrass.
- Ja?! - zawołał pan Pickwick.
- Nie ma najmniejszego niebezpieczeństwa, panie - odezwał się chłopiec
stajenny. - Zaręczam panu, że koń jest spokojny, dziecko mogłoby nim
kierować.
- A czy nie jest lękliwy?
- Lękliwy? Nie drgnie, choćby widział przejeżdżający cały wóz małp z ognistymi ogonami.
Ostatnia pochwała była niezaprzeczalna. Pan Snodgrass i pan Tupman
wleźli do pudła. Pan Pickwick usiadł na koźle, umieszczając nogi na
stołku pokrytym ceratowym pokrowcem.
- Teraz, świetny Williamie - rzekł chłopak stajenny do swego pomocnika -
podaj lejce gentlemanowi.
Świetny William, nazywany tak zapewne dlatego, że twarz i włosy świeciły
mu się od tłuszczu, umieścił lejce w lewej ręce pana Pickwicka, a tymczasem jego przełożony wpakował bicz w prawą rękę filozofa.
- Hola! - krzyknął pan Pickwick, bo wielki czworonóg okazywał stanowczą
skłonność do wjechania oknem do kawiarni.
- Hola! - zawołali panowie Tupman i Snodgrass z powozu.
- Bawi się trochę, ot i wszystko - rzekł chłopak dla ośmielenia. -
Przytrzymaj no go, Williamie.
Pomocnik poskromił zapędy konia, a naczelny koniuszy pobiegł, by dopomóc
panu Winkle'owi siąść w siodle.
- Nie z tej strony, panie.
- Niech mnie powieszą, jeżeli ten gentleman nie zamierza siąść twarzą do
ogona - rzekł wykrzywiając się jakiś pocztylion do garsona hotelowego,
który z nieopisaną rozkoszą przypatrywał się całej tej scenie.
Pan Winkle, otrzymawszy powyższą przestrogę, wgramolił się na siodło z taką niemal trudnością, jakiej by doznał, wchodząc po raz pierwszy na
okręt wojenny.
- Czy już wszystko dobrze? - zapytał pan Pickwick, dręczony wewnętrznym
przeczuciem, że wszystko żle.
- Wszystko dobrze - odrzekł słabym głosem pan Winkle.
- W drogę! - krzyknął posługacz stajenny. - Trzymaj go pan mocno!
I wśród głośnego śmiechu obecnych bryczka i wierzchowiec ruszyły z miejsca, z panem Pickwickiem na koźle tej pierwszej, a panem Winkle'em
na grzbiecie drugiego.
- Dlaczego on tak bokiem idzie? - zapytał pan Snodgrass pana Winkle'a z głębi pudła.
- Albo ja wiem! - odpowiedział nieszczęśliwy jeździec, którego koń w samej rzeczy kroczył bokiem w sposób wielce ekscentryczny, z głową
zwróconą w jedną stronę ulicy, a ogonem w drugą.
Pan Pickwick nie miał czasu zwracać uwagi na to, co się działo poza nim,
gdyż sam musiał wytężać wszystkie siły umysłowe, by zdać sobie sprawę z postępowania zwierzęcia zaprzężonego do bryczki. Stworzenie to wyrabiało
szczególne jakieś sztuki, mogące bardzo ubawić postronnego widza, ale
wcale nie uspokajające tych, którzy znajdowali się w pewnej od niego
zależności. Potrząsając nieustannie głową w sposób niesmaczny i niewłaściwy, koń szarpał zarazem tak gwałtownie, iż pan Pickwiek
zaledwie był w stanie utrzymać lejce. Na domiar nieszczęścia, tenże koń
znalazł szczególne upodobanie w rzucaniu się ku jednej stronie ulicy,
gdzie nagle stawał, po czym znów ruszał nagle z miejsca z szybkością,
którą pokonać było fizycznym niepodobieństwem. Już po raz dwudziesty
wykonywał ten manewr, gdy pan Snodgrass zapytał swego towarzysza:
- Co temu koniowi?
- Nie pojmuję - odparł pan Tupman. - Czy nie jest czasem płochliwy? Coś
tak mi się widzi.
Pan Snodgrass chciał odpowiedzieć, gdy wtem przerwał mu krzyk pana
Pickwicka.
- Aj! - zawołał mistrz - upuściłem bicz!
W tej chwili pan Winkie, w kapeluszu nasuniętym po same uszy, nadjechał
na olbrzymim koniu, który wstrząsał nim z taką gwałtownością, iż zdawało
się, że jeździec się rozsypie.
- Winkle! - krzyknął pan Snodgrass - tyś dobry chłopak, podnieś no bicz!
Pan Winkle, pochylając się w tył, ściągnął konia tak silnie, że aż sam
poczerwieniał. Gdy udało mu się wreszcie zatrzymać olbrzymiego rumaka,
zlazł, podał bicz panu Pickwickowi i ująwszy cugle zamierzał znowu
wsiąść.
Nie umiemy tego powiedzieć (jak łatwo się domyślić), czy wielki koń z niewinnej tylko wesołości chciał poigrać nieco z panem Winkle'em, czy
też wyobraził sobie, że większą będzie miał przyjemność, gdy odbędzie
podróż bez jeźdźca, ale czy takie, czy inne były jego motywy, faktem
jest, że zaledwie pan Winkle dotknął cugli, zwierzę pochyliwszy głowę
cofnęło się o całą swą długość.
- Kosiu, dobry kosiu - odezwał się pan Winkle ujmującym głosem - dobry,
stary kosiu!
Ale dobry kosio nie dał się uwieść tym pochlebstwem i im bardziej pan
Winkle usiłował zbliżyć się do niego, tym uporczywiej koń się odsuwał,
tak że w ciągu dziesięciu minut, pomimo pieszczot i podstępów, pan
Winkle i wielki koń, obracając się ciągle jeden dokoła drugiego,
znajdowali się zawsze w jednej i tej samej odległości. Była to sytuacja
wcale nieprzyjemna pod każdym względem, zwłaszcza na bezludnej drodze,
gdzie niepodobna było znaleźć żadnej pomocy.
Gdy wirowanie to nie ustawało, pan Winkle krzyknął na swych towarzyszy:
- Co tu robić? Nie mogę dosiąść konia.
- Najlepiej doprowadzić go gdzie do jakiego płotu - odpowiedział pan
Pickwick z kozła.
- Ale kiedy nie chce iść - zawołał pan Winkle. - Chodźcie no, proszę,
przytrzymajcie go.
Pan Pickwick był prawdziwym uosobieniem uprzejmości i ugrzecznienia.
Zsiadł więc z kozła, odprowadził konia wraz z bryczką pod płot, by nie
zagradzać drogi, i zwrócił się ku swemu towarzyszowi gwoli dopomożenia
mu w jego kłopocie, pozostawiając panów Tupmana i Snodgrasa w bryczce.
Gdy tylko koń ujrzał pana Pickwicka podchodzącego z wielkim biczem, wnet
zaniechał ruchu kolistego, w który się dotąd bawił, i rozpoczął ruch
wsteczny tak stanowczy, iż zmusił pana Winkle'a, nie chcącego wypuścić
cugli, do biegnięcia za nim z nadzwyczajną szybkością w kierunku
Rochester. Pan Pickwick pospieszył z pomocą, ale im prędzej biegł pan
Pickwick, tym szybciej koń się cofał. Kopyta jego dźwięczały po bitej
drodze, kurzawa wznosiła się w górę. W końcu pan Winkle, któremu ręka
zdrętwiała od trzymania, zmuszony był puścić lejce. Koń stanął, spojrzał
ze zdziwieniem dookoła, odwrócił się i pokłusował spokojnie ku stajni,
pozostawiając pana Winkle'a i pana Pickwicka spoglądających na siebie i mocno skonfundowanych. Wtem jakiś podejrzany niedaleki łoskot zwrócił
uwagę obu panów. Odwrócili głowy.
- Tego tylko brakowało! - zawołał pan Pickwick rozpaczliwie - i drugi
koń ucieka!
Tak było rzeczywiście. Bucefał zaprzężony do bryczki przeraził się
hałasu sprawianego przez towarzysza: lejce miał zarzucone na grzbiet,
więc nietrudno wyobrazić sobie, co z tego wynikło. Rzucił się naprzód,
szybko unosząc panów Tupmana i Snodgrassa. Niestety! trwało to niedługo.
Pan Tupman, przerażony, wyskoczył z bryczki, a pan Snodgrass
instynktownie poszedł za jego przykładem. Koń rozbił powóz uderzywszy
nim o poręcz mostu, aż pudło oddzieliło się od kół, potem stanął
nieruchomy, przypatrując się ruinom, które sprawił.
Pierwszym staraniem dwóch nie uszkodzonych przyjaciół było wydobycie
spomiędzy krzaków dwóch innych przyjaciół. Po dokonaniu tego
spostrzeżono z zadowoleniem, trudnym do opisania, iż ci dwaj drudzy nie
ponieśli żadnego poważniejszego szwanku i tylko w wielu miejscach
porozdzierali sobie ubranie i własną skórę. Natenczas wszyscy razem
zajęli się wyplątaniem konia ze szczątków powozu; a ukończywszy tę
skomplikowaną operację, wzięli go pomiędzy siebie i poszli wolnym
krokiem, pozostawiając resztki bryczki ich smutnemu losowi.
Po godzinie drogi podróżni nasi znaleźli się przed małą oberżą stojącą
pomiędzy dwoma wiązami przy drodze. Z przodu widać było wielką stągiew i ogromny szyld, z tyłu kilka popsutych narzędzi rolniczych, z jednego
boku ogród warzywny, z drugiego na pół rozwalone budynki gospodarcze
porosłe mchem. Wieśniak o rudych włosach pracował w ogrodzie. Pan
Pickwick, ujrzawszy go, zawołał:
- Hej, ty!
Wieśniak podniósł się z wolna, przetarł oczy ręką i z najzimniejszą
krwią począł przyglądać się panu Pickwickowi i jego towarzyszom.
- Hej, ty! - powtórzył pan Pickwick.
- A co tam? - zapytał rudowłosy.
- Daleko stąd do Dingley Dell?
- Siedem dobrych mil.
- A droga dobra?
- Nie! - odparł krótko wieśniak.
Potem raz jeszcze bacznie obejrzawszy naszych podróżników, wziął się do
roboty, nie zajmując się nimi więcej.
- Chcielibyśmy zostawić tu konia - zaczął pan Pickwick.
- Konia zostawić? - zapytał wieśniak oparłszy się na łopacie.
- Tak - odrzekł pan Pickwick podsunąwszy się wraz z rumakiem do samego
płotu.
- Jejmość! - krzyknął rudowłosy, wychodząc z ogrodu i podejrzliwym okiem
spoglądając na konia. - Jejmość!
Wysoka, koścista i wyprostowana jak tyka kobieta odezwała się na to
wołanie.
- Dobra kobieto - zaczął znowu Pickwick, podchodząc bliżej i nadając
swemu głosowi ton ujmujący - czy nie moglibyśmy zostawić tu tego konia?
Wieśniak powiedział coś do ucha kobiecie. Ta spojrzała z góry na całą
karawanę i pomyślawszy chwilę odrzekła:
- Nie! Nie mam jakoś do tego serca.
- Serca! - powtórzył pan Pickwick - co ona mówi tu o sercu?
- Już raz mieliśmy z tym kłopot - odrzekła kobieta, odchodząc do domu -
i drugi raz mieć nie chcemy.
- To szczególne! - zawołał pan Pickwick, mocno zdziwiony - w żadnej
mojej podróży nie zdarzyło mi się nic podobnego.
- Zdaje mi się... doprawdy, zdaje mi się - szepnął pan Winkle do swych
przyjaciół - iż baba ta podejrzewa nas, że tego konia skradliśmy.
- Co?! - krzyknął pan Pickwick z oburzeniem.
Pan Winkle skromnie powtórzył swe zdanie.
- Hej, ty! Rudy! - zawołał pan Pickwick na wieśniaka - czy sądzisz,
żeśmy tego konia skradli?
- Nie sądzę, ale jestem tego pewny - odpowiedział rudowłosy z uśmiechem,
który mu rozszerzył usta od ucha do ucha. Powiedziawszy to wszedł do
domu i starannie zamknął drzwi za sobą.
- To jakby sen! - zawołał pan Pickwick - szkaradny sen! O nieba,
wystawcie sobie człowieka idącego pieszo cały dzień i ściganego przez
straszliwego konia, którego nie może się pozbyć!
Zmartwieni pickwickiści szli dalej drogą ze zwieszonymi głowami; ogromny
czworonóg, do którego czuli głęboką odrazę, kroczył z wolna w ślad za
nimi.
Już było dobrze po południu, gdy czterej nasi przyjaciele, wciąż w towarzystwie nieznośnego zwierzęcia, doszli do drogi skręcającej ku
Manor Farm. Ale chociaż byli już prawie u kresu podróży, zadowolenie ich
znacznie słabło na myśl, jak głupio będą wyglądali, gdy się pokażą.
Podarta odzież, podrapane twarze, powalane buty, wycieńczone postacie, a na domiar wszystkiego ten koń okropny! O! Jakże go przeklinał pan
Pickwick! Od czasu do czasu rzucał na niego wzrokiem, w którym wyrażała
się cała nienawiść i żądza straszliwej zemsty. Niejednokrotnie obliczał,
ile mniej więcej wypadałoby zapłacić za przyjemność poderżnięcia mu
gardła; chęć zamordowania go i porzucenia w pustym polu zajmowała
gwałtownie jego umysł. Pomimo to szedł ciągle, aż wreszcie na jednym z zakrętów drogi okropne te myśli rozwiały się na widok dwóch osób. Był to
pan Wardle i wierny jego sługa, pyzaty chłopak.
- Gdzieście to przepadli? - zapytał gościnny gentleman. - Czekam na
panów dzień cały. Widzę, żeście zmęczeni. Co? Podrapani? Ale spodziewam
się, żeście nie ranni? Nie? To mnie cieszy. Wywróciliście się? Nie
myślmy o tym więcej: to rzecz zwyczajna w tych stronach. Joe! Przeklęty
chłopak! Znowu śpi! Joe! Zaprowadź konia do stajni!
Joe ujął za uzdę fatalnego rumaka i powlókł się leniwym krokiem, a tymczasem stary gentleman pocieszał swych gości...
Przybywszy do Manor Farm zaprowadził ich najpierw do kuchni, mówiąc:
- Tu wszystko naprawimy, a potem zaprowadzę was do salonu. Emmo!
Przynieś no wiśniówki! Joanno! Igły i nici! Mario! Wody i ręczników! No,
dziewczęta! Żywo!
Trzy czy cztery hoże dziewczyny pobiegły szybko po żądane przedmioty,
podczas gdy sprzed kominka podniosło się kilku osobników rodzaju
męskiego (chociaż był to wieczór majowy, przywiązanie ich do płonących
drew zdawało się nie mniej silne niż w okresie Bożego Narodzenia) o wielkich głowach i szerokich twarzach, którzy zniknęli w jakichś
zakamarkach i zjawili się uzbrojeni we flaszkę czernidła i pół tuzina
szczotek.
- Żywo! Żywo! - powtarzał stary gentleman. Ale to wezwanie było
zbyteczne, gdyż już jedna służąca nalewała wiśniówki, druga podawała
ręczniki, a jeden ze sług, pochwyciwszy pana Pickwicka za nogę i narażając filozofa na utracenie równowagi, czyścił mu buty z taką
gorliwością, że aż poczerwieniały odciski. Jednocześnie drugi służący
ogromną szczotką czyścił Winkle'a, wydając rodzaj świstu, właściwego
masztalerzom czyszczącym konie.
Co do pana Snodgrassa, ten dokonawszy ablucyj, odwrócił się tyłem do
pieca i z błogością pociągając z kieliszka, począł oglądać kuchnię.
Według jego opisu, była to obszerna izba wyłożona czerwoną cegłą. Piec
miała ogromny, sufit zdobiły pęki cebul, szynki i słonina; na ścianach
wisiały bicze, uzdy, siodła i stara, zardzewiała strzelba; pod nią
mieścił się napis wielkimi literami: "Nabita", który zarówno dziś, jak i przed pół wiekiem budził ten sam respekt. Stary zegar z kukułką poważnie
tykał w kącie.
- Czyście już gotowi? - zapytał swych gości stary gentleman, gdy byli
już umyci, wyczyszczeni i połatani jak należy.
- Zupełnie gotowi - odrzekł pan Pickwick.
- A więc chodźmy!
Trzej podróżni poszli licznymi korytarzami. Dopiero przed drzwiami
salonu przyłączył się do nich pan Tupman, który pozostał z tyłu w zamiarze skradzenia Emmie całusa, ale otrzymał tylko kilka szturchańców.
Stary gentleman wprowadził gości do salonu, mówiąc:
- Panowie! Witam was w Manor Farm.
Rozdział VI
Jak za dawnych czasów przepędzano wieczór na wsi - Wiersz wikarego -
Powrót skazańca
Liczni goście zgromadzeni w salonie powstali dla przywitania nowo
przybyłych. Gdy odbywały się ceremonialne formalności przyjęcia, pan
Pickwick miał czas obejrzeć zebranych i poczynić wnioski co do ich
charakterów i zajęć. Był to rodzaj rozrywki, której chętnie się oddawał,
jak i wielu innych wielkich ludzi.
Bardzo stara dama, w wysokim czepku i jedwabnej wypłowiałej sukni - ni
mniej, ni więcej tylko matka pana Wardle'a - zajmowała honorowe miejsce
po prawej stronie kominka. Liczne dowody, że w młodości otrzymała
wychowanie takie, jakie powinna była otrzymać, i że później nie
sprzeniewierzyła się tym zasadom, porozwieszane były na ścianach w postaci robótek wykonanych w zamierzchłych czasach, haftowanych
landszaftów z tejże epoki i czerwonego jedwabnego sznura do kociołka z nieco nowszego okresu. Ciotka-panna, dwie młode panienki i pan Wardle,
ugrupowani dokoła starej damy, współzawodniczyli w okazywaniu jej
nieustających względów. Jedna trzymała jej akustyczną trąbkę, druga
pomarańczę, trzecia flakonik z pachnidłami, sam zaś pan Wardle starannie
poprawiał poduszki, na których była wsparta.
Z drugiej strony komina siedział stary gentleman, obdarzony uprzejmą
postawą i łysą głową. Był to wikary z Dingley Dell; koło niego mieściła
się jego żona, zacna stara kobieta, której czerstwa twarz i ożywione
rysy zdawały się świadczyć, że jeżeli była wysoce biegła w wyrabianiu
rozmaitych kordiałów, jak przystoi na dobrą gospodynię, to znała się
również i na właściwym ich użyciu. Mały człowieczek, właściciel głowy
podobnej do jabłka, rozmawiał w kącie ze starym tłustym gentlemanem, a dwaj czy trzej inni starcy i tyleż starych pań siedziało sztywno i nieruchomo na krzesłach, litośnie spoglądając na pana Pickwicka i jego
towarzyszy podróży.
- Matko! - rzekł pan Wardle, mocno natężając głos - pan Pickwick.
- Och! - zawołała stara dama, potrząsając głową - nie słyszę.
- Pan Pickwick, babciu! - głośno krzyknęły razem dwie młode panny.
- A! - odrzekła stara dama - to wszystko jedno. I tak niewiele dba o taką starą kobietę jak ja, jestem tego pewna.
- Zapewniam panią - powiedział pan Pickwick, ujmując rękę starej damy i mówiąc tak głośno, że aż łagodna twarz jego nabrała szkarłatnej barwy -
zapewniam panią, iż nic mnie tak nie zachwyca jak oglądanie, na czele
tak pięknej rodziny, osoby w jej wieku, która przy tym wygląda tak młodo
i zdrowo.
- Ach! - zaczęła znowu stara dama po krótkim milczeniu - wszystko to
bardzo pięknie, jestem tego pewna, ale nic nie słyszę.
- Babcia jest teraz źle usposobiona - rzekła łagodnie miss Izabela
Wardle - ale po niejakim czasie będzie rozmawiać z panem.
Pan Pickwick okazał znakiem swą gotowość uwzględnienia ułomności wieku;
potem odwrócił się i przyjął udział we wspólnej rozmowie.
- Śliczne mieszkanie! Cudna okolica! - zawołał.
- Prześliczna! - powtórzyli panowie Snodgrass, Tupman iWinkle.
- O! Pochlebiam sobie! - odrzekł pan Wardle.
- Panie - rzekł właściciel głowy podobnej do jabłka - nie ma lepszego
gruntu w całym hrabstwie Kent. Doprawdy, panie, że nie ma. Jestem tego
pewny, że nie ma!
I spojrzał dokoła z miną triumfującą, jak gdyby ktoś zaprzeczał mu
gwałtownie i jak gdyby on zmusił go do milczenia.
- Nie ma lepszego gruntu w całym hrabstwie Kent - po krótkiej pauzie
powtórzył właściciel głowy podobnej do jabłka.
- Wyjąwszy Mullins - wygłosił uroczyście tłusty gentleman.
- Mullins! - wykrzyknął pierwszy z głęboką pogardą.
- To bardzo piękna ziemia - dodał inny tłusty gentleman.
- O! Piękna! - dorzucił trzeci tłusty gentleman.
- Wszyscy o tym wiedzą - nadmienił zamaszysty gospodarz.
Właściciel głowy podobnej do jabłka spojrzał z powątpiewaniem dokoła,
ale znalazłszy się stanowczo w mniejszości, przybrał minę zapoznanej
wyższości i nie powiedział nic więcej.
- O czym mówią? - zapytała stara dama jedną ze swych wnuczek głosem
mocno podniesionym, gdyż według zwyczaju głuchych nie mogła wyobrazić
sobie, by ją mógł kto usłyszeć inaczej.
- O gruntach, babciu.
- Co mówią o gruntach? Czy co się stało?
- Nie, nie. Pan Miller mówi, że nasze grunta są gorsze aniżeli w Mullins.
- Któż to utrzymuje? - zapytała dama z oburzeniem. - Miller jest
samochwał, impertynent, powiedzcie mu to ode mnie.
Wypowiedziawszy to zdanie stara dama podniosła się i spojrzała surowo na
delikwenta, nie wątpiąc ani na chwilę, iż mówiła tak, że wszyscy mogli
ją słyszeć.
- No! No! - zawołał pan Wardle, usiłując, naturalnie, zmienić temat
rozmowy. - Co powie pan o wiście, panie Pickwick?
- Lubię tę grę nade wszystko, ale proszę, byś jej pan nie aranżował dla
mnie jedynie.
- O! Zapewniam pana, że moja matka bardzo lubi wista. Prawda, matko?
Stara dama, która co do tego punktu była nierównie mniej głucha,
odpowiedziała twierdząco.
- Joe! Joe! - zawołał stary gentleman. - Joe! Przeklęty chłopak!... A!
Jesteś! Przygotuj stoły do gry.
Flegmatyczny młodzieniec postawił dwa stoły: jeden do wista, drugi do
"pół do dwunastej". Do wista zasiedli: pan Pickwick, stara dama, pan
Miller i tłusty gentleman. Reszta towarzystwa zajęła się drugą grą.
Wist prowadzony był z całą ścisłością i powagą, jakich wymaga ten
uroczysty akt, który, według naszego zdania, niewłaściwie i krzywdząco
nazwano grą. Ale przy okrągłym stole weselono się tak hałaśliwie, iż to
przeszkadzało widocznie kombinacjom pana Millera. Nieszczęśliwy ten
człowiek, nie mogąc zająć się grą, jak by należało, popełniał błędy nie
do przebaczenia, wzbudzając w wysokim stopniu gniew tłustego gentlemana
i w tej samej mierze dobry humor starej damy.
- Aha! - zawołał pan Miller zwycięskim tonem, biorąc siódmą lewę. -
Myślę, że nie można by lepiej zagrać; niepodobna było wziąć ani jednej
lewy więcej.
Stara dama niedługo go pozostawiła w tym szczęśliwym przekonaniu.
- Miller powinien był bić dzwonkę - powiedziała - prawda, panie?
Pan Pickwick skłonił się twierdząco.
Nieszczęśliwy gracz odwołał się do swego partnera, mówiąc z powątpiewaniem:
- Czy tak, panie?
- Naturalnie - odpowiedział sucho tłusty gentleman.
- Bardzo tego żałuję - odrzekł Miller, zbity z tropu.
- W samą porę - mruknął jego partner.
- Dwa honory to czyni razem osiem - rzekł z powagą pan Pickwick.
Znowu rozdano karty.
- Czy może pan zrobić jeszcze jedną lewę? - zapytała stara dama.
- Mogę - odrzekł pan Pickwick. - Dubla, sympl i rober.
- Nigdy nie widziałem takiego szczęścia! - zauważył pan Miller.
- Ani ja takich nędznych kart - dodał tłusty gentleman.
Nastąpiło uroczyste milczenie. Pan Pickwick był ożywiony, stara dama
bardzo uważna, tłusty gentleman złośliwy, a pan Miller w ciągłej
trwodze.
- Jeszcze jedna dubla, panie - rzekł pan Pickwick.
- Wiem o tym - odrzekł cierpko tłusty gentleman.
W ciągu drugiej partii, której rezultat był taki sam, pan Miller miał
nieszczęście zrobić renons. Tłusty gentleman nie mógł dłużej powstrzymać
swego gniewu. Stara dama, przeciwnie, słyszała coraz lepiej, gdy
tymczasem pan Miller, zdawało się, był tak mało w swoim żywiole, jak
delfin w klatce.
Gdy wista skończono, tłusty gentleman usunął się w kąt i tam
przesiedział w najzupełniejszym milczeniu dwadzieścia siedem minut, po
czym, wyszedłszy ze swego ustronia, podał panu Pickwickowi szczyptę
tabaki ze wspaniałomyślnością człowieka, któremu miłość bliźniego
nakazuje przebaczać doznane urazy.
Podczas tych wypadków gra przy okrągłym stole szła dalej wesołym trybem.
Tymczasem utworzyły się nierozłączne pary: Izabela Wardle - pan Trudle,
Emilia Wardle - pan Snodgrass; pan Tupman z ciotką-panną utworzyli także
spółkę co do punktów i wzajemnych grzeczności. Stary Wardle był u szczytu dobrego humoru. Prowadził bank tak przebiegle, damy okazywały
taką chęć wygrania, że grzmoty śmiechu rozlegały się prawie nieustannie.
Była tam stara dama, ciągle płacąca najmniej za sześć kart. Wszyscy
śmiali się z tego regularnie za każdym razem, a gdy stara dama, płacąc,
krzywiła się, śmiano się jeszcze głośniej. Wtedy twarz jej
rozpromieniała się stopniowo i kończyło się na tym, że sama śmiała się w ogólnym chórze. Gdy ciotka-panna dostawała króla do damy, inne panny
parskały śmiechem, a ciotka-panna wpadała w bardzo zły humor, zaraz
jednak czuła rękę pana Tupmana ściskającą jej rękę pod stołem, i twarz
jej wypogadzała się natychmiast; potem przybierała minę, jakby chciała
powiedzieć, że mariaż nie był bynajmniej tak daleki, jak sądzono.
Wtedy wszyscy znów śmiać się poczynali, zwłaszcza pan Wardle, którego
każdy żart rozweselał przynajmniej w tym stopniu co najmłodszych.
Pan Snodgrass tymczasem ciągle szeptał do ucha swojej partnerce coś
wielce poetycznego, co skłoniło pewnego starszego gentlemana do robienia
żartobliwych, acz nie pozbawionych złośliwości uwag o dobieraniu sobie
partnerów w kartach i w życiu, czemu towarzyszyły trącania łokciem i uśmiechy. Wesołość wzrastała jeszcze wskutek tego; szczególnie zaś
cieszyła się żona wzmiankowanego gentlemana.
Pan Winkle od czasu do czasu rzucał żarty, dobrze znane w Londynie,
które jednak były nowością na prowincji, a ponieważ wszyscy śmiali się z nich serdecznie i uważali je za doskonałe, pan Winkle jaśniał humorem i sławą.
Zacny duchowny spoglądał na te sceny z zadowoleniem, gdyż dobrego starca
cieszył widok tylu szczęśliwych twarzy dokoła. Wesołość bowiem, choć
hałaśliwa, szła z serca, nie z ust tylko, a na tym właśnie polega
prawdziwa, szczera wesołość.
Wśród takich rozrywek wieczór upłynął szybko. Po prostej, lecz posilnej
wieczerzy zebrano się wokół kominka, pan Pickwick oświadczył, że nigdy w życiu nie czuł się tak szczęśliwy, nigdy nie był tak usposobiony do
używania teraźniejszości, niestety tak szybko przemijającej.
- To właśnie - powiedział gościnny gospodarz, który umieściwszy się
wygodnie w pobliżu fotela matki, ujął jej rękę - to właśnie lubię.
Najszczęśliwsze lata mego życia upływały przy tym starym kominku... Tak
jestem do niego przywiązany, że każę rozpalać co wieczór ogień, chyba że
upał czyni to niemożliwym. Stara matuchna, tu obecna, siadywała na tym
małym taborecie, gdy jeszcze była dzieckiem. Prawda, matko?
Łzy, które napływają do oczu na niespodziewane wspomnienie dawnych
czasów i minionego szczęścia, spływały po policzkach starej damy, gdy z melancholijnym uśmiechem pochyliła głowę.
- Musi pan wybaczyć, panie Pickwick, że ciągle mówię o tej starej
dziurze - podjął po krótkiej pauzie gospodarz. - Ale kocham ją nade
wszystko i nie znam innej; stare domy i pola są dla mnie jak żywi
przyjaciele, i kościółek obrosły bluszczem również... Nasz doskonały
przyjaciel napisał o nim wiersz, gdy przyjechał do nas po raz pierwszy.
Panie Snodgrass, czy ma pan co w szklance?
- Pełno, dziękuję - powiedział ów gentleman, którego poetycka ciekawość
została silnie podrażniona ostatnim zdaniem opowiadającego. -
Przepraszam pana, ale pan wspomniał o pieśni o bluszczu.
- Musi pan zapytać o to naszego przyjaciela siedzącego tam naprzeciw -
powiedział gospodarz, pochyleniem głowy znacząco wskazując wikarego.
- Czy wolno mi powiedzieć, że pragnąłbym usłyszeć tę pieśń? - zapytał
pan Snodgrass.
- Co, naprawdę? - zapytał wikary. - To taka drobnostka! Mogę tylko
powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, że byłem wtedy bardzo młody. Ale
jeżeli pan chce, może ją pan usłyszeć!
Odpowiedzią był oczywiście szmer zaciekawienia i stary gentleman zaczął,
ponaglony przez żonę, recytować następujące wiersze:
BLUSZCZ5
Dziwne to ziele ów bluszcz zielony,
Co stare oplata mury!
Starannie strawę dobiera sobie
W swej celi zimnej, ponurej!
Wszystko w proch zmienić, zetlić się musi,
By mu do smaku przypadło,
A pleśń wiekowa, pleśń dawnych czasów -
Najmilsze jego jadło.
Tam, gdzie już życie zgasło w popiele,
Bluszcz pnie się. - Dziwne, dziwne to ziele!
Rzekłbyś, że leci, choć skrzydeł nie ma,
Lecz serce jakież ma czułe!
Jak tuli, pies swojego druha,
Starego dęba-gadułę!
Wesoło błyszczą mu liście szklane,
Chociaż pełzanie go trudzi -
Lecz nic to - kiedyś otuli wszystkie
Mogiły pomarłych ludzi.
Tam, gdzie śmierć przeszła na swych wojsk czele,
Bluszcz pnie się. - Dziwne, dziwne to ziele!
Mijają wieki, narody giną
I w grób się kładą miliony,
Ale bluszcz stary nie więdnie nigdy,
Liść jego zawsze zielony.
Tuczy się stary bluszcz jadłem ruin,
Przeszłością tuczy się krwawą:
Gdyż najdumniejszy twór ludzki w końcu
Dla bluszczu tylko jest strawą.
I tam gdzie Czas w swym królował kościele,
Bluszcz pnie się. - Dziwne to ziele!
Kiedy stary gentleman powtórzył wiersz po raz drugi, aby ułatwić panu
Snodgrassowi notowanie, pan Pickwick nadał rysom swojego oblicza wyraz
największego zainteresowania. Gdy stary gentleman skończył dyktować, a pan Snodgrass schował notatnik do kieszeni, pan Pickwick oznajmił:
- Wybaczy pan, że pozwolę sobie na zrobienie uwagi pomimo krótkiej
znajomości. Gentleman, jak pan, nie mógł, sądzę, pełniąc przez długie
lata służbę bożą, nie zaobserwować wielu scen i wydarzeń godnych
zapamiętania.
- Niejedno, oczywiście, widziałem - odrzekł stary gentleman. - Ale
ludzie i wypadki były, powiedziałbym, natury codziennej i domowej, gdyż
sfera mego działania jest bardzo ograniczona.
- Sądzę, iż zanotował pan wypadek Johna Edmundsa, prawda? - zapytał pan
Wardle, którego pożerała chęć wyciągnięcia na słowa przyjaciela ku
zbudowaniu nowych gości.
Stary gentleman wolno pochylił głowę na znak potwierdzenia i już chciał
zmienić temat, gdy głos zabrał pan Pickwick:
- Proszę mi wybaczyć, ale czy wolno mi zapytać, kto to był John Edmunds?
- Właśnie to miałem na końcu języka - dodał gorąco pan Snodgrass.
- Nie wywinie się pan - powiedział jowialnie gospodarz. - Wcześniej czy
później będzie pan musiał zaspokoić ciekawość tych gentlemanów. Radzę
skorzystać z miłej sposobności i opowiedzieć to zaraz.
Stary gentleman uśmiechnął się pogodnie i wysunął nieco swój fotel; całe
towarzystwo zbliżyło krzesła, zwłaszcza pan Tupman i ciotka-panna
(możliwe, że słuchanie sprawiało im pewną trudność); gdy podano trąbkę
starej damie, a pana Millera (który zasnął podczas recytowania wierszy)
zbudzono ze snu wymownym kuksańcem, który wymierzył mu ekspartner,
tłusty gendeman, stary pan bez dalszych wstępów zaczął poniższe
opowiadanie, któremu pozwoliliśmy sobie nadać tytuł:
POWRÓT SKAZAŃCA
- Kiedym po raz pierwszy przybył do tego miasteczka - powiedział stary
gentleman - to jest równo przed 25 laty, najgorzej notowanym między
moimi parafianami był człowiek nazwiskiem Edmunds, który dzierżawił małą
fermę niedaleko stąd. Był to ponury, zatwardziały leniuch i rozpustnik,
okrutny i zawzięty z natury. Z wyjątkiem kilku leniwych i niespokojnych
włóczęgów, z którymi łaził po polach lub zalewał pałę w piwiarni, nie
miał przyjaciół ani znajomych. Nikt nie chciał mówić z tym drabem, wielu
się go bało, a wszyscy nienawidzili go. Kto żyw - unikał Edmundsa.
Człowiek ten miał żonę i jednego syna, który, gdym tu przybył, liczył
około 12 lat. Trudno wyobrazić sobie ogrom cierpień tej kobiety oraz
pogody i pokory, z jaką je znosiła, wreszcie troskliwości, z jaką
wychowywała chłopca. Niech Bóg wybaczy mi moją podejrzliwość, jeżeli nie
ma ona litości, ale mocno wierzę, że człowiek ów przez wiele lat
systematycznie usiłował złamać serce swej żony. Ale ona znosiła wszystko
ze względu na malca i jakkolwiek wielu wyda się to dziwne, ze względu na
ojca. Chociaż bowiem był to brutal i okrutnie się z nią obchodził,
kochała go niegdyś, a wspomnienie, czym był wtedy dla niej, budziło w jej zbolałym sercu cierpliwość i powolność, uczucia obce wszystkim
stworzeniom ludzkim z wyjątkiem niewiast.
Byli ubodzy. Nie mogło być inaczej, skoro człowiek ów wybrał taki sposób
postępowania. Ale ciągła i nieustanna praca tej kobiety, od rana do
nocy, w świątek i w piątek, broniła ich od ostatecznej nędzy. Za trudy
te otrzymywała nędzne wynagrodzenie... Ludzie, którzy mijali ich dom
wieczorem, a czasami późną nocą, opowiadali, że słyszeli jęki i szlochy
nieszczęśliwej kobiety oraz odgłosy razów. Nieraz dobrze już po północy
chłopczyna pukał do drzwi sąsiada, wysłany przez matkę, która chciała go
ochronić przed pijaną furią nieprzytomnego ojca.
Przez cały ten czas nieszczęśliwa ta kobieta chodziła stale do naszego
kościółka, chociaż często nie mogła ukryć śladów znęcań i razów męża.
Regularnie każdej niedzieli, z rana i po południu, zajmowała tę samą
ławkę. Chłopiec siadał przy niej i chociaż oboje odziani ubogo, o wiele
gorzej niż sąsiedzi, od których byli w gorszej sytuacji, zawsze
wyglądali czysto i schludnie. Każdy miał przyjacielski ukłon i uprzejme
słówko dla "biednej pani Edmunds" i często, gdy po nabożeństwie
zatrzymywała się, by zamienić z kimś kilka słów w alei brzostowej,
prowadzącej do drzwi kościoła, albo z dumą i miłością matczyną patrzyła
na swego chłopaka, bawiącego się opodal z towarzyszami, jej stroskane
oblicze jaśniało wyrazem głębokiej wdzięczności. Miała wówczas uśmiech,
jeżeli nie wesoły, to w każdym razie zawsze spokojny i pogodny.
Upłynęło pięć czy sześć lat. Chłopak wyrósł na silnego i dorodnego
młodzieńca. Czas, który wzmocnił delikatne członki chłopca i nadał męski
wygląd jego kształtom, zgiął postać matki i osłabił jej kroki. Ale
ramię, w którym powinna była znaleźć oparcie, nie podtrzymywało jej.
Oblicze, które powinno było ją rozweselać, nie zwracało się do niej.
Zajmowała tę samą ławkę. Ale miejsce obok niej było puste. Biblia była
przechowywana starannie jak zawsze, odpowiednie miejsca zakreślone,
kartki zagięte, ale nie miał kto czytać matce Pisma, więc łzy, ciężkie i obfite, padały na księgę i zalewały słowa przed oczyma biedaczki.
Sąsiedzi byli uprzejmi jak dawniej. Skończyły się jednak pogawędki w alei brzostowej... i radosne oczekiwanie szczęścia, które przyjść miało.
Nieszczęśliwa kobieta nasuwała głębiej czepek na oczy i szybko
odchodziła.
Czy mam wam powiedzieć, że młodzieniec, spoglądając wstecz na lata swego
dzieciństwa (do czego zmuszały go pamięć i sumienie), wracając
wspomnieniami do tych chwil, nie mógł sobie przypomnieć nic, co nie
byłoby w ten czy inny sposób związane z długą serią ofiar dobrowolnych,
jakie matka przyjmowała na siebie przez wzgląd na niego, z krzywdą i cierpieniem swoim... wszystko dla niego?! Czy mam państwu powiedzieć, że
lekkomyślnie lekceważąc jej zbolałe serce, umyślnie nie pamiętając o niczym, co uczyniła dla niego, wdał się ze zdeprawowanymi i zepsutymi
ludźmi i po wariacku, bez opamiętania, zanurzył się w życie, które miało
przynieść wyrok śmierci jemu, a hańbę jej! Niestety! Taka jest natura
ludzka! Domyśliliście się tego, zanim wam powiedziałem.
Miara udręczeń i cierpień nieszczęśliwej kobiety miała się przepełnić. W okolicy popełniono kilka zbrodni. Sprawców nie wykryto, więc czelność
ich wzrosła. Napad niezwykle śmiały i zuchwały wzmógł czujność.
Złoczyńcy nie przewidzieli tego. Młody Edmunds został ujęty wraz z trzema towarzyszami. Schwytano go, aresztowano, stawiono przed trybunał,
osądzono na śmierć.
Dziki i przejmujący krzyk kobiety, który rozległ się w sali sądowej, gdy
uroczyście przeczytano wyrok, dotychczas dźwięczy mi w uszach! Krzyk ten
przejął strachem serce zbrodniarza. Nie dokonał tego sąd ani wyrok, ani
pewność śmierci. Wargi, zaciśnięte aż do tej chwili z upartym gniewem,
zadrżały i rozchyliły się teraz wbrew jego woli. Twarz nabrała ziemistej
barwy. Nogi ugięły się pod zbrodniarzem, aż zwalił się na ławę
oskarżonych.
W pierwszym przystępie rozpaczy zbolała matka upadła u moich nóg, gorąco
błagając Wszechmocnego, który dotychczas ratował ją w każdym
nieszczęściu, aby zabrał ją z tego świata udręki i bólu w zamian za
życie jej syna. Potem nastąpił wybuch rozpaczy takiej, jakiej nigdy nie
widziałem. Czułem, że od tej chwili serce w niej zamarło, ale nigdy nie
usłyszałem z jej ust skargi...
Codziennie zjawiała się na dziedzińcu więziennym, gorąco i serdecznie
usiłując zmiękczyć syna. Widok ten był zaiste żałosny, bo wszystko
okazało się daremne! Był wciąż ponury, uparty, niewzruszony... Nawet
niespodziewana wiadomość, że wyrok śmierci zamieniono na 14 lat
zesłania, ani na chwilę nie zmieniła jego ponurej zatwardziałości.
Ale duch rezygnacji i wytrwania, który tak długo podtrzymywał ją, nie
mógł oprzeć się niemocy i chorobom ciała. Zaniemogła. Zwlokła się z łóżka, żeby raz jeszcze odwiedzić syna, ale siły ją zawiodły i upadła na
podłogę.
Wtedy uparty chłód i obojętność młodzieńca wystawione zostały na ciężką
próbę. Cios, który weń uderzył, doprowadził go niemal do szaleństwa.
Dzień minął... matka nie przyszła. Minął dzień drugi... a ona się nie
zjawiła... Zapadł trzeci wieczór, a on jej nie widział... A za 24
godziny miał się z nią rozstać - może na zawsze! Dawno wygasłe
wspomnienia wirowały mu w mózgu, gdy biegał tam i z powrotem po ciasnym
dziedzińcu, jak gdyby to bieganie mogło przyspieszyć pracę myśli! Ileż
goryczy było w uczuciu beznadziejności i rozpaczy, gdy serce pojęło
prawdę! Matka, jedyna krewna, leży chora - w odległości mili od tego
miejsca! Gdyby był wolny, w jednej chwili znalazłby się przy niej! Biegł
do furty i schwyciwszy za żelazne sztaby z taką siłą, jaką daje rozpacz,
potrząsał nimi, tłukł głową o mur, jak gdyby w ten sposób mógł utorować
sobie drogę! Ale twardy kamień urągał jego słabym siłom, więc gryzł ręce
i płakał jak dziecko.
Przyniosłem mu do więzienia przebaczenie i błogosławieństwo matki. Do
jej łoża zaś zaniosłem jego uroczyste zapewnienie poprawy i gorące modły
o przebaczenie. Słuchałem z litością i współczuciem, kiedy skruszony
zbrodniarz robił tysiące planów, jaką otoczy ją troskliwością, gdy
powróci, ale wiedziałem, że na parę miesięcy przedtem, zanim dojedzie do
miejsca swego przeznaczenia, matka jego odejdzie z tego świata.
Zabrano go tejże nocy. W parę tygodni później dusza nieszczęśliwej
kobiety uleciała - ufam i wierzę głęboko - do miejsca wiecznej
szczęśliwości. Pochowałem szczątki jej doczesnej powłoki. Na mogile jej
nie leży kamień: smutki jej były znane ludziom, zasługi - Bogu.
Umówiłem się ze skazańcem, zanim go zabrali, że napisze do matki, jak
tylko otrzyma pozwolenie, i że list adresowany będzie do mnie. Ojciec
stanowczo odmówił widzenia się z synem. Było mu obojętne, czy syn żyje,
czy nie. Kiedy minęła prawie połowa czasu, na jaki został zesłany, a ja
nie odebrałem żadnej wieści o nim, doszedłem do przekonania, że umarł.
Nie ukrywam: miałem nadzieję, że się tak rzeczywiście stało.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki