Klub kłamców - Annie Ward

-
Proszę czekać

PROLOG

Nata­lie wciąż ści­skała w dłoni kra­wat swo­jego eks, kiedy się ock­nęła. Głowa pul­so­wała jej z bólu, w ustach miała nie­smak, jakby poszła spać bez mycia zębów. Drę­czyło ją też okropne, mgli­ste prze­czu­cie, że zro­biła coś złego, tylko za cho­lerę nie mogła sobie przy­po­mnieć co.

Nie była u sie­bie w domu. Sie­działa wypro­sto­wana, w zapię­tym pasie bez­pie­czeń­stwa. Przed oczami miała przed­nią szybę swo­jego samo­chodu pokrytą war­stewką szronu, ze sta­cyjki zwi­sał klu­czyk na bre­loku w bar­wach stanu Kolo­rado.

Nata­lie zro­zu­miała, że urwał jej się film. Już jej się to kie­dyś zda­rzyło, gdy była dużo młod­sza, i wspo­mnie­nie tam­tego okrop­nego prze­bu­dze­nia prze­szyło ją niczym prąd. Gorącz­kowo spraw­dziła, czy ma na sobie kom­pletny strój: żadna część jej gar­de­roby nie była porwana ani znisz­czona. Scho­wała kra­wat do kie­szeni płasz­cza.

Przy­su­nęła lusterko do twa­rzy; jej orze­chowe oczy były sze­roko otwarte, źre­nice przy­po­mi­nały łebki od szpi­lek, a tusz do rzęs się roz­ma­zał. Dolną wargę miała tak spierzch­niętą, że w jed­nym miej­scu pękła, ale poza tym wszystko było w porządku, żad­nych stłu­czeń czy zadra­pań. Chyba nie wje­chała w żaden budy­nek ani drzewo. Nie sły­szała też syren.

Otwo­rzyła okno i do środka zsu­nęła się cienka war­stewka szronu, mocząc weł­niane raj­stopy, które miała pod kra­cia­stą spód­nicą. Na dwo­rze było już pra­wie ciemno.

Praca. Była w pracy. Po prze­ciw­nej stro­nie zaśnie­żo­nego par­kingu maja­czyły tylne drzwi do wschod­niego skrzy­dła pry­wat­nej szkoły, gdzie pra­co­wała jako asy­stentka admi­ni­stra­cyjna w sekre­ta­ria­cie.

Wcią­gnęła na głowę włócz­kową czapkę, otwo­rzyła drzwiczki i dostrze­gła ślady stóp, przy­pró­szone śnie­giem, pro­wa­dzące od auta do wej­ścia na salę gim­na­styczną. Iden­tyczny zestaw śla­dów - ale nie w linii pro­stej - biegł od drzwi hali spor­to­wej do samo­chodu. Ukła­dały się w zyg­zak, poza tym w śniegu widać było spore zagłę­bie­nie, któ­rego wiel­kość wska­zy­wała na nie­dużą osobę, taką jak ona. Nata­lie ostroż­nie przy­ło­żyła stopę do pierw­szego śladu, żeby spraw­dzić, czy pasuje. I ow­szem, paso­wał. Zagłę­bie­nie w kształ­cie ludz­kiego ciała mogło świad­czyć o tym, że się prze­wró­ciła, a gdy poma­cała płaszcz, rze­czy­wi­ście oka­zał się wil­gotny.

Wysia­dła z auta, mru­żąc oczy przed wia­trem. Nogi miała osła­bione jak po dłu­gim biegu.

Ruszyła po wła­snych śla­dach w kie­runku szkoły. Niebo zmie­niało kolor z burzo­wej sza­ro­ści zmierz­chu w nocną czerń, a ponie­waż kochała sztukę, ude­rzyła ją myśl, że wiru­jące tumany bieli mię­dzy nią a gwiaz­dami przy­po­mi­nają mono­chro­ma­tyczny obraz van Gogha. Ze wszyst­kich stron ota­czały ją ośnie­żone szczyty. Na zbo­czu góry roz­cią­gało się cen­trum mia­steczka pełne migo­czą­cych świa­teł. Budynki miesz­kalne, domki let­ni­skowe i sta­ro­świec­kie skle­piki uło­żone były jeden nad dru­gim wzdłuż ciem­nej, wiją­cej się rzeki niczym sterta gwiazd­ko­wych pre­zen­tów.

Cięż­kie tylne drzwi do hali spor­to­wej były uchy­lone. Kiedy za nie pocią­gnęła, otwo­rzyły się z prze­cią­głym jękiem. Weszła do środka z duszą na ramie­niu.

W cza­sie lek­cji halę spor­tową wypeł­niały odgłosy odbi­ja­ją­cych się od pod­łogi piłek do koszy­kówki, śmie­chy, gwizdy, pisk sne­aker­sów trą­cych o par­kiet. Teraz gdzieś z góry dobie­gały buczące dźwięki muzyki pop, ale nikt nie nucił sobie pod nosem ani nie odkła­dał ze szczę­kiem cię­ża­rów.

Nata­lie nie­pew­nym kro­kiem pode­szła do podwój­nych drzwi pro­wa­dzą­cych na boiska do koszy­kówki.

Zwy­kle przy­trzy­my­wały je szare gumowe kliny. Teraz drzwi były zamknięte, ale w każ­dym z nich znaj­do­wało się pro­sto­kątne okienko. Zro­biła z dłoni daszek i przy­ło­żyła je do czoła.

Przez chwilę nic nie widziała. Boisko było ciemne, oświe­tlał je tylko blask zie­lo­nych lam­pek awa­ryj­nych roz­miesz­czo­nych nad drzwiami i w kątach sali. Powoli jej wzrok zaczął się przy­zwy­cza­jać do ciem­no­ści. Coś tam jed­nak było.

Nagle odsko­czyła od drzwi jak opa­rzona. Zasło­niła usta dło­nią. Pra­wie wyrwał się z nich krzyk, ale zdu­siła go ze stłu­mio­nym piskiem. Nie­da­leko drzwi dostrze­gła coś, co przy­po­mi­nało stertę ubrań i powy­krę­ca­nych czę­ści ciała leżą­cych nie­ru­chomo w kałuży krwi.

Co ja, u licha, zro­bi­łam?

* * *

Na par­kingu przed Fal­con Aca­demy migo­tały świa­tła bez­pie­czeń­stwa. Był wcze­sny ponie­dział­kowy ranek, ale jesz­cze się nie roz­wid­niło. Poobi­jany path­fin­der zosta­wił ślady w śniegu pod­czas par­ko­wa­nia na jed­nym z miejsc prze­zna­czo­nych dla pra­cow­ni­ków szkoły.

Harry Doyle wysiadł z auta i wdep­tał nie­do­pa­łek w zie­mię. Chwy­cił leżącą na desce roz­dziel­czej starą base­bal­lówkę i wci­snął ją sobie na głowę, przy­gła­dza­jąc resztki wło­sów. Zatrza­snąw­szy drzwiczki, spoj­rzał w niebo, które na wscho­dzie zaczęło przy­bie­rać odcień różu i poma­rań­czu. Par­king przy­kry­wała impo­nu­jąca war­stwa puszy­stej bieli. W nocy prze­szła pierw­sza w tym sezo­nie potężna śnie­życa i część rodzi­ców na pewno uspra­wie­dliwi nie­obec­ność swo­ich pociech, żeby mogły pozjeż­dżać z górek na san­kach.

Sześć­dzie­się­cio­ośmio­letni woźny podrep­tał w stronę tyl­nego wej­ścia do hali spor­to­wej. Zamon­to­wane w kory­ta­rzu jarze­niówki zalały go poświatą w nie­zdro­wym odcie­niu żółci. Nucąc pod nosem, wszedł do męskiej szatni, scho­wał do szafki dru­gie śnia­da­nie i kurtkę, po czym ruszył do skła­dziku. Chwy­cił kij z włókna szkla­nego od wyso­kiej klasy mopa i zaniósł go, razem z wia­drem, przez kory­tarz pro­wa­dzący w kie­runku boisk do koszy­kówki. Wszedł przez podwójne drzwi i jed­nym ruchem naci­snął wszyst­kie dzie­więć włącz­ni­ków świa­tła. Masywne, zwi­sa­jące z sufitu lampy klat­kowe zbu­dziły się z brzę­kiem.

- Co u licha?! - krzyk­nął, wypusz­cza­jąc z ręki mop.

Kij upadł z trza­skiem na klo­nowy par­kiet.

- Dobry Boże - dodał cicho.

Wycią­gnął tele­fon z zapi­na­nej na suwak kie­szeni w spodniach.

- Halo? - zdo­łał z sie­bie wydu­sić po wybra­niu numeru alar­mo­wego. Coraz trud­niej mu się oddy­chało. - Fal­con Aca­demy. Przy zjeź­dzie z sie­dem­dzie­siątki. Na zachód od Black­swift. O Jezu. Jezu­sie, Maryjo i Józe­fie. Potrze­bu­jemy pomocy. Ile tu krwi...

Rozdział 1

Honda civic wje­chała na ogro­dzony teren Big Elk Esta­tes za zgodą mło­dego ochro­nia­rza, który obser­wo­wał ją bacz­nie z dwóch powo­dów. Po pierw­sze, w tej oko­licy widy­wało się głów­nie lexusy, hum­mery i rovery, a ta kon­kretna honda była nie tylko tania i stara, lecz także miała pood­pry­ski­wany lakier i wgnie­cioną w kilku miej­scach karo­se­rię. Po dru­gie, sie­dząca za jej kie­row­nicą dwu­dzie­sto­pa­ro­latka była atrak­cyjna, miała kasz­ta­nowe włosy ostrzy­żone na boba, poma­lo­wane jaskra­wo­czer­woną szminką usta, a na nosie oku­lary prze­ciw­sło­neczne w komicz­nie dużych opraw­kach. Gdy do niego poma­chała, ochro­niarz rado­śnie odwza­jem­nił jej gest. Za kie­row­nicą pozo­sta­łych samo­cho­dów, które wje­chały tego dnia na teren strze­żo­nego osie­dla, sie­dzieli marsz­czący czoło eme­ryci w spor­to­wych dasz­kach.

Nata­lie zapar­ko­wała przed domem, gdzie stał już tuzin innych aut. Była to zapie­ra­jąca dech w pier­siach współ­cze­sna gór­ska posia­dłość z wiel­kimi oknami i pięk­nym skal­nym ogro­dem z gła­zami w roz­ma­itych odcie­niach ochry i koralu. Przez chwilę stała na roz­le­głym traw­niku, chło­nąc widok, a mate­riał jej sukienki z obni­żoną talią łopo­tał wokół ud.

Po wej­ściu do kory­ta­rza zdjęła botki i przez moment stała boso, roz­ko­szu­jąc się chłod­nym doty­kiem mar­mu­ro­wej pod­łogi, i patrzyła w witra­żowe okna nad wej­ściem. Scena przed­sta­wiała łanię z jelon­kiem tulące się do sie­bie na łące peł­nej żół­tych kwia­tów z lasem w tle. Nata­lie wyjęła tele­fon i szybko cyk­nęła fotkę. Póź­niej się­gnęła po parę ochra­nia­czy wyma­ga­nych pod­czas oglę­dzin domu, wło­żyła je na stopy i zabrała się do zwie­dza­nia.

W głów­nej sypialni na górze niska, ponętna bru­netka z dłu­gimi ciem­nymi wło­sami opi­sy­wała gru­pie poten­cjal­nych klien­tów cha­rak­te­ry­styczny, zabyt­kowy żyran­dol. Nata­lie zdą­żyła już poznać Ashę, pośred­niczkę w han­dlu nie­ru­cho­mo­ściami, ponie­waż od kilku mie­sięcy poja­wiała się na otwar­tych dniach pre­zen­to­wa­nych przez nią domów. Dzieci Ashy, Oli­ver i Mia, cho­dziły do Fal­con Aca­demy. Oli­ver ni­gdy nie spra­wiał pro­ble­mów, ale Mia była pyskata, zaro­zu­miała i pewna sie­bie. Część nauczy­cieli opi­sy­wała ją jako tę, która "nie daje sobie w kaszę dmu­chać", inni okre­ślali ją jako "wrzód na tyłku". Nata­lie lubiła Mię.

- Pro­szę zwró­cić uwagę na patynę w odcie­niach mie­dzi, złota, zie­leni i kości sło­nio­wej - mówiła Asha - ide­al­nie współ­gra­jącą z gór­skim kra­jo­bra­zem widocz­nym przez okna cią­gnące się od pod­łogi aż po sufit.

Pośred­niczka z zapa­łem opi­sy­wała krysz­tały w kształ­cie kro­pli zwi­sa­jące nad gło­wami oglą­da­ją­cych, gdy nagle zauwa­żyła Nata­lie i zamil­kła. Obec­ność dwu­dzie­sto­pa­ro­latki w stroju bar­dziej odpo­wied­nim na kon­cert niż oglą­da­nie posia­dło­ści war­tej dzie­więć milio­nów dola­rów w gru­pie zamoż­nych poten­cjal­nych kup­ców była co naj­mniej podej­rzana.

Uła­mek sekundy póź­niej Asha kon­ty­nu­owała pre­zen­ta­cję. Poru­szała dłońmi z eks­pre­sją i gra­cją, pra­wie jakby tań­czyła. Poma­chała do star­szej pary, która wła­śnie wcho­dziła do sypialni z przy­le­głej łazienki.

- Prze­pra­szam na chwilę - zwró­ciła się do ocza­ro­wa­nej publicz­no­ści. - Zwie­dzaj­cie dalej. - Wes­tchnęła z roz­ko­szą, jakby chciała zasu­ge­ro­wać, że już sam zapach domu wystar­czy, by się w nim zako­chać. - Chłoń­cie każdy szcze­gół.

Pokie­ro­wała ele­gancką star­szą parę w stronę spek­ta­ku­lar­nego widoku i sta­nęła mię­dzy kobietą a męż­czy­zną, tłu­ma­cząc im, jak wiel­kie mają szczę­ście, mogąc miesz­kać w Górach Ska­li­stych.

Przez kolejne pół godziny Nata­lie krą­żyła po domu, który wkrótce miał zostać sprze­dany, nale­żą­cym do pew­nej wpły­wo­wej pary rodzi­ców z Fal­con Aca­demy. Oboje byli nie­sym­pa­tyczni, więc dzi­wiło ją, że mieli tak wyszu­kany gust. Pani domu wyna­jęła pew­nie deko­ra­tora wnętrz z któ­re­goś wybrzeża. Nata­lie wie­działa, że tej parze się nie układa, ponie­waż Yvonne, kole­żanka z sekre­ta­riatu w Fal­con, opowie­działa jej, jak któ­re­goś razu wpa­dła na męża tej kobiety pod­czas wyj­ścia do baru. Yvonne przy­wi­tała się z nim uprzej­mie, a on wład­czym gestem poło­żył dłoń na ścia­nie, nie chcąc jej prze­pu­ścić do toa­lety. "Zawsze mia­łem sła­bość do Azja­tek" - stwier­dził, a wtedy ona dała nura pod jego ramie­niem i szybko się stam­tąd zmyła.

Nata­lie nie była zatem zdzi­wiona, że mając takiego męża, wła­ści­cielka domu - opróż­niw­szy więk­szość łazie­nek i szaf - zosta­wiła w głębi szafki w łazience dla gości kilka table­tek xanaxu do kom­pletu z kor­ko­cią­giem, zapal­niczką i połową paczki marl­boro lights.

Nata­lie scho­wała do kie­szeni tylko pigułki.

Pięć minut póź­niej sie­działa na dole głów­nych scho­dów i zdej­mo­wała ela­styczne ochra­nia­cze ze stóp. Asha sta­nęła nad nią.

- Wycho­dzisz? - spy­tała.

- Tak - odparła Nata­lie. - Mam sprawę do zała­twie­nia.

- Jakąś miłą? - Asha przy­sia­dła się do niej. Więk­szość oglą­da­ją­cych zdą­żyła już opu­ścić dom. Dzień otwarty miał potrwać jesz­cze parę minut.

- Jadę się spo­tkać z bra­tem i wypro­wa­dzić mu psa.

- Dobra pogoda na spa­cer - zauwa­żyła Asha. - Ja wybie­ram się na mecz piłki noż­nej córki.

- Mii, tak?

- Och, koja­rzysz ją?

- Oczy­wi­ście. Jest gwiazdą szkol­nej dru­żyny.

- Miło, że tak mówisz. - Asha skrom­nie poki­wała głową. - Tak, gra cał­kiem nie­źle. Nie odzie­dzi­czyła tego po mnie. Ja ledwo potra­fię iść przed sie­bie i żuć gumę w tym samym cza­sie. Ale mój mąż był typem spor­towca. Za młodu.

- Myśla­łam, że sezon pił­kar­ski zaczyna się jesie­nią.

- Tak. Ale nie­które zawod­niczki grają przez cały rok: zimą na hali, a wio­sną w dru­ży­nach klu­bo­wych.

- Masz też syna, prawda? - zagad­nęła Nata­lie. - Oli­vera? W szó­stej kla­sie? Gra na puzo­nie?

- Ow­szem. - Asha uważ­nie przyj­rzała się Nata­lie, krzy­wiąc twarz w kształ­cie serca. - Byłaś już na kilku dniach otwar­tych.

- Kon­kret­nie sze­ściu. - Nata­lie zer­k­nęła na wyświe­tlacz tele­fonu. - Nie licząc tych z kon­ku­ren­cyj­nych agen­cji. Twoje pre­zen­ta­cje są z reguły dużo lep­sze. Odwa­lasz kawał dobrej roboty.

- Dzię­kuję. - Asha zamil­kła na moment. - Mogę cię o coś zapy­tać?

- Strze­laj.

Pośred­niczka zaczęła nie­pew­nie sku­bać kol­czyk. Nata­lie spo­dzie­wała się pyta­nia z gatunku: A wła­ści­wie co tutaj robisz?, po chwili usły­szała jed­nak:

- Lubisz sztukę, prawda?

- Tak. - Nata­lie scho­wała tele­fon do torebki i zało­żyła ją sobie na ramię, dając sygnał, że jest gotowa do wyj­ścia.

- Widzia­łam, że długo oglą­da­łaś obrazy.

- Cza­sem lubię się ota­czać pięk­nymi rze­czami. - A także je kraść. I uda­wać przez chwilę, że to rów­nież moje życie. - Nata­lie wstała i ruszyła w stronę drzwi po buty.

- Kto nie lubi pięk­nych przed­mio­tów? - odparła reto­rycz­nie Asha. Po szkole krą­żyły plotki, że była krewną jakie­goś dawno nie­ży­ją­cego maha­ra­dży, miała pie­nię­dzy jak lodu i pra­co­wała wyłącz­nie dla przy­jem­no­ści. - Podo­bał ci się dom?

Głu­pie pyta­nie. Wprost prze­ciw­nie, każdy z tych luk­su­so­wych dzie­wię­ciu­set metrów kwa­dra­to­wych wzbu­dził we mnie odrazę.

- Ow­szem - odrze­kła Nata­lie. - Ale wiesz co? Wszyst­kie mi się podo­bają. Te domy na pewno ogląda się przy­jem­niej niż cztery ściany mojej kawa­lerki.

- Och, no cóż. - W gło­sie Ashy nie było już sły­chać wcze­śniej­szej ser­decz­no­ści. - Przy odro­bi­nie szczę­ścia znaj­dziesz wresz­cie to, czego szu­kasz. Trzy­mam kciuki.

Nata­lie przez chwilę mil­czała, wyczu­wa­jąc w sło­wach pośred­niczki zawo­alo­waną alu­zję. Zsu­nęła oku­lary prze­ciw­sło­neczne na nos.

- Też będę trzy­mać kciuki - odparła.

- Słu­cham?

- Za dru­żynę pił­kar­ską two­jej córki. - Nata­lie wyrzu­ciła pięść w powie­trze. - Do boju, Sokoły!

- A no tak. - Asha skrzy­wiła się i szybko zasło­niła usta ręką.

- Wszystko w porządku? - upew­niła się Nata­lie.

- Tak, dzię­kuję. Pro­blemy z żołąd­kiem. To pew­nie stres przed meczem. Po tylu latach na­dal nie przy­wy­kłam do tych spor­to­wych emo­cji.

- Mhm - mruk­nęła bez prze­ko­na­nia Nata­lie. Wycho­dząc z domu w jasnych pro­mie­niach słońca, zawo­łała jesz­cze przez ramię: - Będzie dobrze. Na pewno wygra­cie. Jak zawsze!

Rozdział 2

- Pięk­nie - rzu­ciła pod nosem Bro­oke Elli­man, obser­wu­jąc swoją córkę Slo­ane krą­żącą po boisku, robiącą serię zwo­dów i wymi­ja­jącą zawod­niczki prze­ciw­nej dru­żyny z rzadko spo­ty­kaną szyb­ko­ścią i zwin­no­ścią.

Bro­oke fil­mo­wała występ swo­jej córki naj­now­szym mode­lem kamery Pana­so­nic wyso­kiej roz­dziel­czo­ści i jakość nagra­nia była nie­sa­mo­wita. Mogła zro­bić zbli­że­nie na Slo­ane, uchwy­cić malu­jącą się na jej twa­rzy kon­cen­tra­cję oraz naprę­żone mię­śnie sil­nych nóg. Kamera łapała wszystko, począw­szy od sze­lesz­czą­cych na wie­trze liści na krańcu boiska aż po kro­pelki potu na koszulce zawod­niczki.

Slo­ane ruszyła do przodu. Dłoń Bro­oke zadrżała lekko z pod­eks­cy­to­wa­nia i ner­wów; kobieta zerwała się na równe nogi, sta­ra­jąc się nie wyrżnąć o ele­gancki daszek z logo REI1 nad jej głową.

- Masz to, Slo­ane! Dajesz!

Dziew­czyna podała piłkę środ­ko­wej, a ta strze­liła. Piłka poszy­bo­wała nad bramką i obie zawod­niczki wyco­fały się, cze­ka­jąc na poda­nie prze­ciw­ni­czek. Bro­oke prze­stała nagry­wać. Z iry­ta­cją zakrę­ciła obrączką na palcu pra­wej ręki, na któ­rej nosiła go od czasu odej­ścia Gabe'a. Zarę­czy­nowy pier­ścio­nek z bry­lan­tem leżał w domo­wym sej­fie.

Tuż za boczną linią stał Nicho­las Magu­ire, tre­ner szkol­nej dru­żyny piłki noż­nej Fal­con Aca­demy, a także kilku innych miej­sco­wych klu­bów; poświę­cał się tej funk­cji w spo­sób może nie do końca orto­dok­syjny, za to z wiel­kim zaan­ga­żo­wa­niem. Kla­skał i krzy­czał:

- Ładne poda­nie! Dobra robota! Było bli­sko! - Zer­k­nął w stronę Bro­oke i poma­chał do niej, a ta szybko odwza­jem­niła gest. W myślach zaczęła już ukła­dać treść SMS-a, któ­rego wyśle mu po meczu.

Prze­nio­sła wzrok na chod­nik i zoba­czyła, że Asha Wil­son wresz­cie przy­je­chała. Córka Ashy, Mia, grała w klu­bie razem ze Slo­ane od pierw­szej klasy i tylko one dwie z naj­młod­szego rocz­nika dostały się do repre­zen­ta­cji szkoły. Asha i Bro­oke nie były może bli­skimi przy­ja­ciół­kami, ale spę­dziły wiele przy­jem­nych godzin, sie­dząc ramię w ramię na try­bu­nach i kibi­cu­jąc dziew­czyn­kom. Czę­sto uty­ski­wały na kon­tu­zje swo­ich córek i week­endy spę­dzone w przy­pad­ko­wych hote­lach na Środ­ko­wym Zacho­dzie pod­czas meczów wyjaz­do­wych. Przy kilku takich oka­zjach wypiły w barze parę drin­ków. Bro­oke zwie­rzyła się kie­dyś Ashy, że chęt­nie pozna­łaby ją lepiej. Nie miała ani jed­nej praw­dzi­wej przy­ja­ciółki.

Pró­bo­wała zbli­żyć się do niej, zapra­sza­jąc ją razem z mężem, Phi­lem, na kola­cję, ale jej dobre inten­cje zostały opacz­nie zro­zu­miane. Asha nie była zado­wo­lona, kiedy Bro­oke dole­wała Phi­lowi wina, aż zaczął beł­ko­tli­wie glę­dzić o gieł­dzie i moż­li­wo­ściach inwe­sto­wa­nia w Tel­lu­ride. A tym bar­dziej wtedy, gdy nakryła ich oboje palą­cych jointa na patiu przy base­nie, po tym jak Phil rze­komo poszedł do toa­lety.

Od tam­tej pory widy­wały się już tylko na meczach.

Bro­oke poma­chała do Ashy i pokle­pała sąsied­nie krze­sło.

- Cześć! - Asha padła na nie z cichym jękiem, przy­kła­da­jąc rękę do brzu­cha. Omio­tła wzro­kiem boisko. - Gdzie Mia?

- Sie­dzi na ławce.

Wyraź­nie ją to zmar­twiło.

- Naprawdę? Dla­czego? - Cho­ciaż były naj­młod­sze w dru­ży­nie, Mia i Slo­ane radziły sobie naj­le­piej ze wszyst­kich zawod­ni­czek.

- Nie jestem pewna - odparła Bro­oke. - Ale chyba lekko kulała.

Asha klep­nęła dło­nią w pod­ło­kiet­nik.

- Pew­nie znowu doku­czają jej pisz­czele.

- To chyba nic poważ­nego. - Bro­oke przyj­rzała się stro­jowi kole­żanki. - Aleś się odsta­wiła. - Sama była ubrana w strój spor­towy, który miała na sobie wcze­śniej na zaję­ciach car­dio kick-boxingu dla zaawan­so­wa­nych. - Wyglą­dasz świet­nie. Mnie nie chce się już nawet malo­wać na mecze. - Nie­prawda. Bro­oke dbała o swój wygląd na meczach, ponie­waż uczest­ni­czyli w nich dwaj naj­waż­niejsi dla niej męż­czyźni: jej mąż Gabe oraz tre­ner Nick. Potrak­to­wane kera­tyną włosy Bro­oke były roz­dzie­lone pośrodku głowy i opa­dały na piersi lśniącą kur­tyną w stylu Demi Moore. Cho­ciaż rze­czy­wi­ście wyglą­dała na nie­uma­lo­waną, prze­dłu­żone rzęsy i powięk­szone usta spra­wiały, że i tak wyglą­dała olśnie­wa­jąco.

- Zwy­kle mnie też się nie chce - odparła Asha. - Ale przy­je­cha­łam tu pro­sto z dnia otwar­tego.

Sędzia dmuch­nął w gwiz­dek.

- Prze­rwa - oznaj­miła Bro­oke, się­ga­jąc po sto­jący na ziemi prze­zro­czy­sty kubek mro­żo­nej zie­lo­nej her­baty.

Asha wypro­sto­wała się i wska­zała na leżący obok stóp jej kole­żanki przed­miot.

- Fajna kamera.

- Tak. Uwiel­biam ją. Obej­rzyj. - Podała ją Ashy, która przy­ło­żyła obiek­tyw kamery do oka. - Kupi­łam ją, żeby fil­mo­wać naj­lep­sze frag­menty wystę­pów Slo­ane. Tre­ner Nick powie­dział, że więk­szość rodzi­ców używa do tego celu iPhone'ów, ale chcia­łam mieć pew­ność, że jakość nagra­nia będzie pierw­szo­rzędna.

Po chwili mil­cze­nia Asha zapy­tała:

- Masz na myśli te nagra­nia, które wysyła się do tre­ne­rów ze szkół wyż­szych w cza­sie rekru­ta­cji? Nie jest jesz­cze za wcze­śnie, by o tym myśleć?

- Wcale nie. Tre­ner Nick twier­dzi, że więk­szość col­lege'ów z dywi­zji pierw­szej2 ma zapeł­nione listy przed koń­cem dru­giej klasy, więc nie­długo powin­nam zacząć roz­sy­łać maile i uma­wiać się na spo­tka­nia.

Asha wydała z sie­bie dziwny dźwięk przy­po­mi­na­jący stęk­nię­cie, gdy roz­sia­dła się wygod­niej na skła­da­nym krze­śle.

- Dobrze się czu­jesz?

Asha nie odpo­wie­działa.

Bro­oke poło­żyła jej dłoń na ramie­niu.

- Chcesz o tym poga­dać? Nie nale­gam. Ale mnie możesz powie­dzieć wszystko.

Asha zasta­no­wiła się przez chwilę, a póź­niej szep­nęła:

- Mam dziwne prze­czu­cie, że mogę być w ciąży.

Tego Bro­oke się nie spo­dzie­wała.

- O rany - odparła zasko­czona.

- No. "O rany" nie było moją pierw­szą reak­cją. Już prę­dzej: "Dobry Boże, co się ze mną, u licha, dzieje?".

Po chwili Bro­oke wyszcze­rzyła zęby w uśmie­chu.

- Cóż, gra­tu­la­cje!

- Sęk w tym, że... - Asha pogła­skała się po brzu­chu i dokoń­czyła cicho: - mamy z Phi­lem pewne pro­blemy.

- Nie, tylko nie wy. Tak mi przy­kro. - Bro­oke cze­kała na dal­szy ciąg, ale Asha tylko w mil­cze­niu przy­gry­zała wargę. - Nie­za­leż­nie od tego, co was trapi, nie może to być nic gor­szego niż moje pro­blemy, prawda? - par­sk­nęła śmie­chem. - Spójrz tylko. Widzisz Gabe'a z tą jego para­so­leczką z logo Bron­cos3 i pilot­kami na nosie? Sie­dzi po dru­giej stro­nie boiska, żeby ze mną nie roz­ma­wiać. Twój mąż chyba się nie wypro­wa­dził i nie zaczął sypiać ze swoją instruk­torką spin­ningu, co?

- Nie, ale... - Asha pokrę­ciła głową. - Ostat­nio pra­cuje dużo wię­cej niż kie­dyś, a gdy już wraca do domu, marzy tylko o tym, żeby poło­żyć się do łóżka. I to nie ze mną, tylko sam. Scho­dzi do sypialni w piw­nicy, bo tam jest cicho, wyłą­cza świa­tło, kła­dzie się i śpi. A potem budzi się w paskud­nym nastroju. Pró­bo­wa­łam wszyst­kiego. Wię­cej roz­mów. Mniej roz­mów. Wię­cej dotyku. Zero dotyku. Przez żołą­dek do serca. Albo nie goto­wa­łam w ogóle, bo i tak nie był głodny. - Asha ukryła twarz w dło­niach.

- O nie, musi ci być ciężko - odparła Bro­oke. - Ale skoro spo­dzie­wasz się dziecka, to jed­nak coś mię­dzy wami styka. - Spoj­rzała na nią chy­trze. - Chyba że...

Asha usia­dła pro­sto, prze­cie­ra­jąc oko.

- Nie spa­łam z innym. Nie potra­fi­ła­bym. Ale ostat­nio robi­li­śmy to z Phi­lem jakieś dwa mie­siące temu.

Bro­oke nie wie­działa, jak na to zare­ago­wać. Na szczę­ście z opre­sji wyba­wił ją sędzia, który wszedł na boisko i dmuch­nął w gwiz­dek, przy­wo­łu­jąc do sie­bie obie dru­żyny.

- Och! - wes­tchnęła z wyraźną ulgą. - Koniec prze­rwy. Druga połowa.

- Do boju, dziew­czyny! - zawo­łała Asha raczej znu­żo­nym niż pod­eks­cy­to­wa­nym gło­sem. - Boże, mogła­bym spać bez prze­rwy. Boli mnie brzuch, padam z nóg i cią­gle o czymś zapo­mi­nam. Dziś na przy­kład zgu­bi­łam swoją ulu­bioną bran­so­letkę.

- Była ubez­pie­czona? - Bro­oke nie posia­dała ani jed­nego świe­ci­dełka, które nie byłoby warte polisy.

- Nie.

- A to pech. - Zakla­skała lekko, gdy dziew­czyny roz­bie­gły się na swoje pozy­cje. - Gdzie ją zgu­bi­łaś?

- Na dniu otwar­tym.

- W takim razie ktoś ją ukradł - stwier­dziła sta­now­czo. - Na bank. Kiedy sprze­da­wa­li­śmy z Gabe'em nasz drugi dom, jeden z oglą­da­ją­cych gwizd­nął z półki w biblio­tece nie­zwy­kle rzadki i cenny egzem­plarz książki. Zła­pali go, dopiero gdy pró­bo­wał go sprze­dać.

- Cał­kiem moż­liwe - przy­znała Asha. - Wie­czo­rem poje­cha­łam do Sher­wood, żeby go odpi­co­wać przed dzi­siej­szym dniem. Zdję­łam bran­so­letkę i odło­ży­łam ją na pół­mi­sek sto­jący na bla­cie w kuchni, a póź­niej wyle­ciało mi to z głowy. Przy­po­mnia­łam sobie dopiero dziś po połu­dniu, gdy już mia­łam zamy­kać dom, ale bran­so­letki nie było. - Asha smutno popa­trzyła na swój nad­gar­stek. Zgu­biona bran­so­letka była jej ulu­bioną. Po chwili dodała: - Nie wydaje ci się dziwne, że jedna z sekre­ta­rek regu­lar­nie przy­jeż­dża na pre­zen­ta­cje domów?

- Która?

- Ta z naszej szkoły. Asy­stentka dyrek­tora.

Bro­oke zmarsz­czyła brwi.

- Kore­anka z kol­czy­kiem w nosie?

- Nie. Ta druga. Są dwie. Sie­dzą obok sie­bie.

- Aaa. Już wiem. Rudzie­lec z grzywką a la Bet­tie Page. Zawsze wygląda, jakby miała lep­sze rze­czy do roboty.

- Nazywa się Bel­l­man. Nata­lie Bel­l­man.

- Dla­czego mia­łaby oglą­dać posia­dło­ści warte miliony dola­rów? Pew­nie to ona gwizd­nęła ci bran­so­letkę. Och, spójrz. Już grają. Mia zeszła z ławki. - Bro­oke wło­żyła palce w kąciki ust i gwizd­nęła. - Dalej, dziew­czyny! - Włą­czyła kamerę i zaczęła nagry­wać.

Ich córki od lat nosiły pod­czas meczów tę samą fry­zurę: prze­dzia­łek pośrodku i dwa fran­cu­skie war­ko­cze, któ­rych końce opa­dały im na plecy. Obie były skrzy­dło­wymi. Tuż po roz­po­czę­ciu gry Mia prze­jęła piłkę i ruszyła z nią w stronę bramki. Slo­ane bie­gła po dru­giej stro­nie boiska, a środ­kowa krzy­czała:

- Masz czas! Masz czas!

Mia dobie­gła do naroż­nika, wymi­nęła zawod­niczkę obrony prze­ciw­nej dru­żyny i kop­nęła piłkę. Slo­ane wysko­czyła w górę i posłała piłkę czo­łem w prawy górny róg bramki. Ide­alny strzał.

Bro­oke nagrała jesz­cze kilka sekund aplauzu i wyłą­czyła kamerę. Odło­żyła ją na krze­sło za swo­imi ple­cami i wrza­snęła:

- Dobra robota, dziew­czyny! - Sto­jący po dru­giej stro­nie boiska tre­ner Nick zer­k­nął w jej stronę. Bro­oke przy­ło­żyła dło­nie do ust i posłała mu wiel­kiego, gra­tu­la­cyj­nego buziaka. Opa­dła na krze­sło uszczę­śli­wiona. A póź­niej prze­szedł ją zimny dreszcz. Ten całus to był nic nie­zna­czący gest pozba­wiony dru­giego dna. Nikt na try­bu­nach nie dopa­trzyłby się niczego złego w zwy­kłym odru­chu... poza Gabe'em. Czy on w ogóle to widział?

Bro­oke spoj­rzała w miej­sce, gdzie sie­dział jej mąż. Ciemne pilotki wciąż zasła­niały jego oczy, sie­dział z nogą prze­rzu­coną swo­bod­nie przez kolano, jakby gol córki nie zro­bił na nim naj­mniej­szego wra­że­nia.

- Bro­oke? Bro­oke?

- Prze­pra­szam, co mówi­łaś?

- Nagra­łaś to? - zapy­tała Asha, cała roz­pro­mie­niona. - Powiedz, że nagra­łaś tę wspa­niałą akcję!

- Oczy­wi­ście - odparła Bro­oke, sta­ra­jąc się zapo­mnieć o tym głu­pim buziaku. - Od początku do końca.

- Mogła­byś mi prze­słać fil­mik?

- Jasne, z przy­jem­no­ścią. Mam two­jego maila.

- Świet­nie. Dzięki. Chyba też powin­nam zacząć pra­co­wać nad zgło­sze­niem Mii.

- Cze­kaj. - Bro­oke odwró­ciła się na krze­śle, twa­rzą do Ashy. - Ty też zasta­na­wiasz się nad col­lege'em z dywi­zji pierw­szej? Mówi­łaś, że wola­ła­byś mieć Mię bli­żej domu.

- Rze­czy­wi­ście. I na­dal wolę. Ale ona myśli ina­czej. Bez prze­rwy zmie­nia zda­nie. W jed­nej chwili marzą jej się stu­dia psy­cho­lo­giczne w pry­wat­nej szkole, a w dru­giej wyszu­kuje col­lege ofe­ru­jący semestr na morzu, bo chce zostać bio­lo­giem mor­skim. Ostat­nio zaczęła opo­wia­dać o porząd­nych uczel­niach z pro­gra­mami dla przy­szłych fil­mow­ców. W Kali­for­nii. Trudno za nią nadą­żyć.

- W Kali­for­nii? - powtó­rzyła Bro­oke. Nie wyglą­dała na zachwy­coną.

- Tak. Czemu tyle dzie­cia­ków nakręca się na Kali­for­nię?

- Bo to nie­sa­mo­wite, piękne i eks­cy­tu­jące miej­sce.

Asha się roze­śmiała.

- Zapo­mnia­łam. Ty też stu­dio­wa­łaś w Kali­for­nii, prawda?

- UCLA - odparła Bro­oke. - Jestem Bru­inką4.

- Wła­śnie o tej szkole Mia wspo­mina naj­czę­ściej.

- Pew­nie papu­guje po Slo­ane.

Asha zigno­ro­wała zaczepny ton Bro­oke.

- Może i tak. W każ­dym razie będę wdzięczna za to nagra­nie. W tym tygo­dniu kupię wła­sną kamerę.

Bro­oke kiw­nęła głową.

- Jasne, nie ma sprawy.

W tym momen­cie zadzwo­nił tele­fon Ashy.

- Oferta! - powie­działa bez­gło­śnie, wsta­jąc, i ode­szła, żeby ode­brać. Gdy wró­ciła, było już prak­tycz­nie po meczu. Do samego końca pra­wie się do sie­bie nie odzy­wały.

- Do zoba­cze­nia, Bro­oke! - zawo­łała Asha. - Trzy­maj się!

- Ty też - odrze­kła chłodno tamta, nie pod­no­sząc głowy znad krze­sełka, które ner­wowo usi­ło­wała zło­żyć, a póź­niej wepchnęła do torby.

Slo­ane naj­wy­raź­niej była w kiep­skim nastroju, gdy matka przy­szła ją uści­skać.

- Świetna robota, skar­bie.

- Dzięki.

- Gdzie tata? - Jego krze­sło znik­nęło. Bro­oke zasło­niła sobie oczy od słońca i rozej­rzała się dookoła. Gabe powi­nien na nich cze­kać na chod­niku.

- Poje­chał.

- Co? Miał cię zabrać na kola­cję.

- Spy­ta­łam go, czy nie mogli­by­śmy tego prze­ło­żyć. Jakoś nie jestem w nastroju.

- Okej. Nic się nie stało. Mam zamó­wić dla nas sto­lik w Café Pro­vence? Możesz zabrać przy­ja­ciółkę. Na przy­kład Mię.

- Nie chcę zapra­szać Mii. - Slo­ane spoj­rzała przed sie­bie i poma­chała wyso­kiemu, bar­czy­stemu chło­pa­kowi z roz­wi­chrzoną grzywką, który stał oparty o słu­pek bramki. - Mogę spę­dzić ten wie­czór z Reade'em?

Reade był star­szym chło­pa­kiem, o któ­rym Slo­ane mówiła od mie­sięcy. Chyba nie­dawno zostali parą.

- A może zapro­szę na kola­cję cie­bie i Reade'a? - zapro­po­no­wała Bro­oke. - Poznam go tro­chę lepiej. Będzie faj­nie.

- Co? - Slo­ane pokrę­ciła głową. - Nie. Fuj. Mogę z nim jechać? Czeka na mnie. Pro­szę, mamo?

- Ale byłoby miło, gdyby...

- Mamo! Nie byłoby. - Mina Slo­ane oka­zała się decy­du­ją­cym argu­men­tem. Było widać, że się nie ugnie.

- W porządku - zgo­dziła się Bro­oke. - Jedź.

Slo­ane odwró­ciła się na pię­cie, a jej matka rozej­rzała się ner­wowo, spraw­dza­jąc, czy nikt ich nie sły­szał.

Na szczę­ście nie, więc Bro­oke poma­chała córce i zawo­łała z uśmie­chem:

- Świetny mecz! No to na razie! Dobrej zabawy.

Bro­oke patrzyła, jak jej córka pod­cho­dzi do Reade'a. Nie podo­bał jej się spo­sób, w jaki chło­pak chwy­cił ją w pasie i przy­cią­gnął do sie­bie, żeby mogli iść bio­dro przy bio­drze. Reade był dwa lata star­szy od Slo­ane. Parę lat wcze­śniej Bro­oke cho­dziła na jogę z jego "wyzwo­loną" mamą Lindą. Któ­re­goś razu po zaję­ciach wypiły razem her­batę i wymie­niły się nume­rami tele­fo­nów. Mimo to, prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, Bro­oke pusz­czała swoją córkę samą z nie­zna­jo­mym. Dopa­dło ją nie­wy­raźne wspo­mnie­nie. Linda, na zaję­ciach jogi, opo­wia­da­jąca instruk­torce przez łzy o nagłej śmierci jed­nej z kole­ża­nek Reade'a. Bro­oke nie­wiele usły­szała z tej roz­mowy i dalej roz­cią­gała się w swoim kącie sali. Nie znała matki Reade'a zbyt dobrze, a póź­niej Linda prze­stała przy­cho­dzić na zaję­cia. Szcze­rze mówiąc, prak­tycz­nie znik­nęła z lokal­nego radaru.

Tra­cąc z oczu Reade'a i swoją córkę, któ­rzy wła­śnie znik­nęli za wzgó­rzem, Bro­oke miała nadzieję, że ten chło­pak jakoś sobie pora­dził. Pew­nie trudno jest się pozbie­rać po tra­gicz­nej śmierci kole­żanki.

FRAG­MENT POLI­CYJ­NEGO NAGRA­NIA SALA KON­FE­REN­CYJNA FAL­CON ACA­DEMY PRZE­SŁU­CHI­WANA: BEL­L­MAN, NATA­LIE MARIE GODZ. 13.25

Kamera omiata wnę­trze pokoju z wiel­kim sto­łem pośrodku i rega­łem z książ­kami w głębi, a po chwili widać zbli­że­nie pal­ców maj­stru­ją­cych przy obiek­ty­wie. Roz­lega się głos mło­dej kobiety:

- Będzie­cie mnie nagry­wać?

Inna kobieta, detek­tyw Beth Lar­son, odpo­wiada:

- Tak. Potrze­buję chwili, żeby umie­ścić tele­fon na sta­ty­wie.

Obraz prze­staje drżeć. Palce detek­tyw Lar­son odsu­wają się od obiek­tywu.

Na ekra­nie widać już tylko Nata­lie Bel­l­man sie­dzącą po prze­kąt­nej do detek­tywa Kena Bra­dleya. Na stole przed nim znaj­dują się: dłu­go­pis, notat­nik, jego komórka, butelka wody oraz nie­wielka brą­zowa puszka zawie­ra­jąca podwójne espresso ze Star­bucksa.

Nata­lie nie ma nic. Jej łok­cie spo­czy­wają na pod­ło­kiet­ni­kach, ręce ma napięte, trzyma je bli­sko ciała. Klatka pier­siowa wyraź­nie unosi się i opada, ale dziew­czyna oddy­cha przez nos.

Detek­tyw Bra­dley unosi wzrok i woła do detek­tyw Lar­son:

- Tele­fon gotowy?

- Gotowy - pada odpo­wiedź. - Nagrywa się.

Detek­tyw kła­dzie na stole plik papie­rów spię­tych klip­sem.

- Mam jej notat­nik z Kubu­siem Puchat­kiem, gdy­byś chciała od tego zacząć - mówi. Uśmie­cha się do Nata­lie sar­ka­stycz­nie, jakby ten motyw wydał mu się zabawny. Albo żenu­jący.

Dziew­czyna nie odwza­jem­nia spoj­rze­nia.

Detek­tyw Lar­son zwin­nym ruchem sięga po papiery.

Trudno cokol­wiek wyczy­tać z twa­rzy Nata­lie, ale jej pierś zaczyna falo­wać jesz­cze szyb­ciej. Wzrok podąża za wysoką detek­tyw, która znika z kadru. Nata­lie wpa­truje się w głąb pokoju i mruży oczy w spo­sób, który róż­nie można inter­pre­to­wać. Wro­gość? Podejrz­li­wość? Strach?

- Detek­tyw Ken Bra­dley - odzywa się męż­czy­zna na potrzeby nagra­nia. - Jestem w sali kon­fe­ren­cyj­nej Fal­con Aca­demy razem z moją part­nerką, detek­tyw Beth Lar­son. Oboje pra­cu­jemy w Wydziale Poważ­nych Prze­stępstw w Denver. - Wska­zuje na Nata­lie. - Czy może pani podać swoje pełne imię i nazwi­sko, adres oraz datę uro­dze­nia?

- Nata­lie Marie Bel­l­man, jeden jeden osiem cztery sześć Black­tail Moun­tain Road, miesz­ka­nia dwa­na­ście. Osiem­na­sty lipca dzie­więć­dzie­sią­tego czwar­tego roku.

- Jaką pani pełni funk­cję w Fal­con Aca­demy?

- Asy­stentki admi­ni­stra­cyj­nej.

- Czy może pani opo­wie­dzieć - tym razem bar­dziej szcze­gó­łowo - co robiła pani w hali spor­to­wej Fal­con Val­ley wczo­raj po połu­dniu i wie­czo­rem?

- Szu­ka­łam...

Detek­tyw Bra­dley wzdy­cha ze znu­że­niem i kła­dzie swoją wielką dłoń na stole kon­fe­ren­cyj­nym, wywra­ca­jąc pla­sti­kową butelkę wody Poland Springs.

Nata­lie pod­ska­kuje ner­wowo i milk­nie.

- Prze­pra­szam - mówi poli­cjant. - Pro­szę kon­ty­nu­ować.

- Już mówi­łam. Szu­ka­łam słu­cha­wek, które zosta­wi­łam na siłowni poprzed­niego dnia, i w końcu zna­la­złam je leżące za bież­nią.

Odpo­wiedź spra­wia wra­że­nie wyćwi­czo­nej. Marna z niej aktorka.

Detek­tyw Bra­dley kręci głową i otwiera puszkę espresso.

- Zamie­rza się pani trzy­mać tej wer­sji? W porządku. Czeka nas długi dzień, Nata­lie. Co się naprawdę wyda­rzyło?

- Już mówi­łam. Jeśli pan chce, mogę to powtó­rzyć.

Detek­tyw Bra­dley zwraca się w stronę sto­ją­cej za obiek­ty­wem kamery part­nerki.

- Beth, czy ty też odno­sisz wra­że­nie, że ktoś tu ściem­nia, czy tylko ja?

Sto­jąca za kamerą detek­tyw Lar­son odpo­wiada:

- Nie tylko ty.

Nata­lie z wes­tchnie­niem odwraca wzrok.

- To się nazywa kłam­stwo, Nata­lie. - Detek­tyw Bra­dley nachyla się w jej stronę na tyle bli­sko, by stra­ciła pew­ność sie­bie. - Spójrz na mnie.

Nata­lie wyko­nuje pole­ce­nie.

Poli­cjant celuje pal­cem pro­sto w jej twarz.

- Sądzę, że kła­miesz.

Rozdział 3

Praca asy­stentki admi­ni­stra­cyj­nej nie była eks­cy­tu­jąca. To fakt.

Nata­lie całymi dniami odbie­rała tele­fony, wkle­py­wała new­slet­tery, wysy­łała maile, wyci­nała deko­ra­cje do powie­sze­nia w kory­ta­rzu, prze­glą­dała kącik rze­czy zna­le­zio­nych, wypa­tru­jąc pla­kie­tek z imio­nami wszy­tych w mary­narki, plot­ko­wała z Yvonne i piła po parę kub­ków rumianku.

Wcze­śniej imała się róż­nych zajęć, które nie były aż tak mono­tonne. Dostar­czała paczki na rowe­rze. Roz­wo­ziła posiłki. Pro­wa­dziła warsz­taty typu "pij wino i maluj" w Denver; jej spe­cjal­no­ścią były sobot­nie popo­łu­dniowe zaję­cia "Nama­luj swo­jego pupila". Na­dal zresztą dora­biała sobie sprze­dażą zwie­rzę­cych por­tre­tów na Etsy.

Nie można powie­dzieć, że była nie­szczę­śliwa, pra­cu­jąc w szkol­nym sekre­ta­ria­cie. Wie­czory i week­endy mogła poświę­cać pie­szym wędrów­kom, jeź­dzie na rowe­rze, malo­wa­niu, czy­ta­niu i oglą­da­niu tele­wi­zji, a miesz­ka­nie wśród gór odpo­wia­dało jej bar­dziej niż zgiełk miej­skiej dżun­gli Denver. Lubiła też być bli­żej swo­jego brata, Jaya.

Na początku, pół­tora roku wcze­śniej, kiedy Jay zapy­tał ją, czy zechcia­łaby przy­je­chać i pomóc mu dojść do sie­bie po wypadku rowe­ro­wym, nie była pewna. Ow­szem, mógł jej dobrze zapła­cić dzięki ugo­dzie z pija­nym boga­czem, który w niego wje­chał, ale Nata­lie miała wła­sne życie: paczkę przy­ja­ciół, mamę i wtedy jesz­cze waka­cyjną pracę kel­nerki w barze na dachu hotelu Le Méridien w cen­trum mia­sta. Dla­tego odmó­wiła.

Jay odparł: "Jasne, nie ma pro­blemu", ale tydzień póź­niej pono­wił swoją pro­po­zy­cję.

- Wiem, że dosta­jesz dobre napiwki w tym swoim barze, Nat, ale dosta­łem naprawdę nie­złe odszko­do­wa­nie. Za parę mie­sięcy powi­nie­nem znowu cho­dzić. To nie jest opcja na stałe. A opie­kunka z care.com jest bar­dzo miła, ale jeśli mam pła­cić komuś dwa­dzie­ścia dolców na godzinę za robie­nie zaku­pów i opróż­nia­nie kaczki, wolał­bym, żebyś to była ty.

- Ohyda - odparła, ale w końcu się zgo­dziła. Przez całe życie byli ze sobą bli­sko, szcze­gól­nie że tata porzu­cił ich rodzinę, gdy byli mali.

Cztery mie­siące póź­niej Jay cho­dził już o lasce i stał się bar­dziej samo­dzielny. Nata­lie zasta­na­wiała się nad powro­tem do Denver, ale jej brat na­dal potrze­bo­wał pomocy i szcze­rze mówiąc, wolała miesz­kać w Fal­con Val­ley. Matka miała mie­szane uczu­cia: tęsk­niła za córką, ale podo­bało jej się to, że rodzeń­stwo trzyma się razem. W końcu Nata­lie posta­no­wiła zostać i szu­kała pracy w róż­nych miej­scach, aż w końcu zacze­piła się na sta­no­wi­sku asy­stentki dyrek­tora Dilly'ego.

Szybko odkryła, że ponie­waż miesz­kańcy oko­licz­nych przed­mieść byli bar­dzo zamożni, a cze­sne w Fal­con Aca­demy - nie­bo­tycz­nie wyso­kie, uczyły się tu dość spe­cy­ficzne dzie­ciaki. Więk­szość z nich była nie­przy­zwo­icie bogata. Naj­czę­ściej zaczy­nali ocze­ki­wać spe­cjal­nego trak­to­wa­nia już w pią­tej kla­sie, za to tych młod­szych chciało się schru­pać, tacy byli uro­czy i słodcy.

Oczy­wi­ście żadna praca nie była ide­alna. Nata­lie pogo­dziła się już z fak­tem, że to ona zosta­nie pocią­gnięta do odpo­wie­dzial­no­ści, jeśli kosz­towna kurtka marki Pata­go­nia nie trafi do kącika rze­czy zna­le­zio­nych. Nie podo­bało jej się to, ale nauczyła się z tym żyć. Cza­sami spo­ty­kała się po pracy z Yvonne i paroma nauczy­cie­lami, żeby obga­dy­wać i wyśmie­wać rodzi­ców za ich ple­cami. Spra­wiało jej to satys­fak­cję.

Nata­lie czuła się nieco roz­cza­ro­wana tym, że jej życie stało się takie prze­wi­dy­walne, bo zawsze odno­siła wra­że­nie, że tuż za rogiem czai się coś wspa­nia­łego. Marzyła o zoba­cze­niu opery w Syd­ney, kościoła Sagrada Fami­lia w Bar­ce­lo­nie i Wiel­kiego Muru Chiń­skiego. Chciała sobie kupić loft w Chi­cago, wystar­cza­jąco duży, by pomie­ścić pra­cow­nię arty­styczną z praw­dzi­wego zda­rze­nia.

Jed­nak poczu­cie bez­pie­czeń­stwa też miało swoją war­tość. Ubez­pie­cze­nie zdro­wotne było ważne, podob­nie jak stała pen­sja i uczciwy pra­co­dawca. Od czasu do czasu Nata­lie cho­dziła na randki. Uma­wiała się też z Yvonne, by pożar­to­wać i wymie­nić plo­teczki. W piąt­kowe wie­czory oglą­dali z Jayem seriale na Net­fli­xie, zama­wiali nachosy i skrzy­dełka z kur­czaka. Kiedy ogar­niała ją melan­cho­lia i zaczy­nała się uża­lać nad sobą - po tym, jak zosta­wił ich ojciec, na pewien czas stra­ciła grunt pod nogami - zawsze mogła łyk­nąć tabletkę albo dwie vico­dinu Jaya i malo­wać w sta­nie sen­nego upo­je­nia do czasu, aż wszyst­kie złe emo­cje oraz wspo­mnie­nia jej wybry­ków odejdą w nie­pa­mięć.

Nie miała poję­cia, że to jej spo­kojne w więk­szo­ści życie wkrótce miało się zmie­nić.

* * *

Desz­czowe wio­senne popo­łu­dnie w górach. Wszyst­kie poza­lek­cyjne zaję­cia spor­towe w Fal­con Aca­demy prze­nie­siono pod dach. Nata­lie koń­czyła pracę o czwar­tej. Pół godziny póź­niej weszła do hali spor­towej uzbro­jona w słu­chawki, tele­fon, ręcz­nik i butelkę wody.

Robiła to po raz pierw­szy. Dopiero nie­dawno dowie­działa się od Larsa Jaegera, dyrek­tora do spraw spor­to­wych, że wolno jej korzy­stać z naj­no­wo­cze­śniej­szego sprzętu do ćwi­czeń w gma­chu spor­to­wym po lek­cjach i w week­endy.

W dro­dze do scho­dów pro­wa­dzą­cych na antre­solę, gdzie mie­ściła się siłow­nia, minęła Nicho­lasa Magu­ire'a. Rodzice i nauczy­ciele zwra­cali się do niego per "panie Magu­ire", ale dzie­ciaki nazy­wały go tre­ne­rem Nic­kiem. Ćwi­czył z tuzi­nem dziew­cząt na skraju boiska do koszy­kówki. Salę wypeł­niał odgłos ich cięż­kich odde­chów, gdy bie­gały z jed­nego końca boiska na drugi.

- No dalej, dro­gie panie! - wołał tre­ner, prze­cha­dza­jąc się wzdłuż linii. - Jeśli nie przy­szły­ście tu dać z sie­bie wszyst­kiego, mar­nu­je­cie mój i swój czas.

Nata­lie zatrzy­mała się na końcu try­bun, żeby popa­trzeć. Dziew­czyny miały rumiane policzki i zadyszkę, kro­ple pach­ną­cego bal­sa­mem do ciała potu kapały na boisko. Jedna z nich, Mia Wil­son, w pew­nej chwili prze­stała biec, pochy­liła się do przodu i oparła ręce na kola­nach.

Tre­ner Nick dmuch­nął w gwiz­dek, który miał zawie­szony na szyi.

- Albo jed­nak napij­cie się wody. - Pod­biegł do Mii i przy­kuc­nął przed nią. Przez chwilę roz­ma­wiali po cichu, a w końcu zapro­wa­dził Mię na try­buny, gdzie usia­dła, zwie­sza­jąc głowę mię­dzy kola­nami. Przez cały czas trzy­mał się bli­sko niej.

Nata­lie pode­szła do nich i wycią­gnęła w stronę dziew­czyny butelkę wody.

- Cza­sami nie ma siły, żeby iść do poidełka.

Mia unio­sła głowę i wzięła butelkę. Wypiła kilka łyków, po czym oddała ją Nata­lie ze sło­wami:

- Dzię­kuję, panno Bel­l­man.

- Tak - włą­czył się tre­ner Nick. - Dzię­ku­jemy. Na wszelki wypa­dek zapro­wa­dzę ją do pokoju tre­nerów. Ostroż­no­ści ni­gdy za wiele. - Wstał, podał Mii rękę i pomógł jej się pod­nieść.

- Zdrówka, Mia! - zawo­łała za nią Nata­lie.

Oczy­wi­ście, że o nim sły­szała. Nicho­las Magu­ire był jed­nym z fila­rów Fal­con. Na wysma­ga­nej wia­trem twa­rzy wciąż było widać zarys wyrzeź­bio­nych kości policz­ko­wych i szczęki, a jego oczy miały atrak­cyjny odcień błę­kitu pomimo kurzych łapek. Ciało tre­nera nie pod­daje się upły­wowi czasu - pomy­ślała Nata­lie, patrząc, jak męż­czy­zna odcho­dzi z Mią. Nawet w nud­nych szor­tach koloru khaki i wpusz­czo­nej w nie tre­ner­skiej koszulce polo ze szkol­nym logo jego mię­śnie pre­zen­to­wały się per­fek­cyj­nie.

Rodzice uczniów Fal­con, któ­rym nie­ła­two było zaim­po­no­wać, gdyż uwa­żali się za nie­wiele gor­szych od człon­ków rodziny kró­lew­skiej, lubili się nim chwa­lić. Pod­czas jed­nej ze szkol­nych uro­czy­sto­ści Nata­lie sły­szała roz­mowy w rodzaju:

- Wie­dzia­łaś, że tre­ner Nick grał przez cztery lata w męskiej repre­zen­ta­cji piłki noż­nej UCLA?

- Tak! Mąż mi mówił, że grał też w inau­gu­ra­cyj­nym sezo­nie ligi w dru­ży­nie z San Jose. Chyba nazy­wali się Clash.

- Czy przy­pad­kiem nie spo­tyka się z jakąś sławną modelką?

- Nie, przez ostat­nich kilka lat był w związku na odle­głość z kana­dyj­ską aktorką. Grała w serialu Degrassi. Zdaje się, że od tam­tej pory nie­wiele osią­gnęła.

Oso­bi­ste nie­szczę­ście tre­nera Nicka oka­zało się praw­dzi­wym zrzą­dze­niem losu dla świata sportu ama­tor­skiego. Pod­czas pierw­szego roku zawo­do­wej gry w piłkę nożną nade­rwał sobie bowiem wię­za­dło krzy­żowe przed­nie. Nie mógł już wró­cić na boisko, więc został tre­ne­rem.

Ojco­wie z Fal­con lubili go, bo przy­bi­jał z nimi żół­wiki i kle­pał ich po ple­cach. Potra­fił zna­leźć wspólny język z face­tami. Matki lubiły go, bo przy­jem­nie się na niego patrzyło, ale też trzy­mał swo­ich pod­opiecz­nych żela­zną ręką. Dużo od nich wyma­gał. Zawsze poja­wiało się kil­koro rodzi­ców liczą­cych na to, że ich pocie­chy dostaną się do pre­sti­żo­wych col­lege'ów bez wyma­ga­nych stopni, a w ciągu dwu­dzie­stu lat swo­jej kariery tre­ner Nick dochra­pał się chlub­nego rekordu. Dzie­siątki pro­wa­dzo­nych przez niego spor­tow­ców dostało się na stu­dia i grało w repre­zen­ta­cjach UCLA, USC, Pep­per­dine i Loy­ola Mary­mo­unt. Był nie­sa­mo­wi­cie wysoko usto­sun­ko­wany w swo­jej rodzin­nej Kali­for­nii.

Nata­lie wyszła z sali i wspięła się po scho­dach na antre­solę, gdzie garstka uczniów odby­wała tre­ningi oso­bi­ste pod okiem róż­nych tre­ne­rów. Ozna­czyła swój teren, wie­sza­jąc ręcz­nik na porę­czy bieżni i wkła­da­jąc butelkę z wodą do uchwytu. Jed­nak zamiast włą­czyć urzą­dze­nie, pode­szła do balu­strady z wido­kiem na boiska. Tre­ner Nick wró­cił na salę bez Mii i wła­śnie był zajęty roz­sta­wia­niem poma­rań­czo­wych pachoł­ków, piłek i mat, żeby stwo­rzyć tor prze­szkód dla dziew­cząt.

Nata­lie patrzyła, jak biega po boisku, dopin­gu­jąc swoje zawod­niczki. Czuła do niego dziwny pociąg. Był wspie­ra­jący i pomocny. Przez kolej­nych dzie­sięć minut, gdy dłu­żej niż zwy­kle roz­cią­gała się przy barierce, nie mogła ode­rwać wzroku od tre­nera Nicka. Kiedy Slo­ane Elli­man-Holt, jedna z naj­lep­szych spor­t­sme­nek w szkole, wygrała wyścig, tre­ner krzyk­nął:

- Brawo, rakieto! Tak trzy­maj!

Nata­lie ogar­nęło uczu­cie tęsk­noty i pustki, jakiego nie czuła od lat.

Wie­czo­rem po powro­cie do domu zasta­na­wiała się, czy nie powinna przy­gar­nąć kota. Albo zadzwo­nić do mamy. Wybrała numer. Nikt nie ode­brał. Wpa­dła też na pomysł zało­że­nia konta w LuvByrd, nowej rand­ko­wej apli­ka­cji dla wiel­bi­cieli aktyw­no­ści na świe­żym powie­trzu, ale osta­tecz­nie stchó­rzyła. Myślała też o swoim byłym chło­paku z Denver - cie­kawe, z kim się teraz spo­tyka? - i o tacie. Minęło dużo czasu, odkąd dostała roz­mo­kłą kopertę pełną gotówki z naba­zgra­nym na niej adre­sem zwrot­nym gdzieś w Neva­dzie.

Posta­no­wiła, że następ­nego dnia po pracy odwie­dzi swo­jego brata Jaya, a póź­niej poło­żyła się do łóżka z książką o samot­nej, nie­szczę­śli­wej Szkotce, która zako­chała się z wza­jem­no­ścią w męż­czyź­nie będą­cym jej cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem. Nie ma to jak szczę­śliwe zakoń­cze­nie dla samot­nej damy.

Tej nocy Nata­lie połknęła aż dwie tabletki vico­dinu.

Rozdział 4

Sto­lik w restau­ra­cji był przy­kryty obru­sem w czer­wono-białą kratę. Na środku stała duża, sta­ro­świecka karafka wypeł­niona oliwą z oli­wek, w któ­rej pły­wały główki czosnku. W tle roz­brzmie­wały dźwięki pio­senki That's Amore. Przy stole sie­działa Asha z dziećmi. Czwarte krze­sło było puste.

Zja­wiła się kel­nerka i wyjęła zza ucha dłu­go­pis.

- Okej. Gotowi, żeby zło­żyć zamó­wie­nie?

Pod­cho­dziła do nich już dwa razy.

Asha posłała jej prze­pra­sza­jący uśmiech.

- Czy możemy dać mojemu mężowi jesz­cze pięć minut? Powi­nien tu być lada chwila. - Ławki przy sta­no­wi­sku hostessy były w cało­ści zajęte, a przy barze krę­cili się ludzie cze­ka­jący na zwol­nie­nie się sto­lika.

Kel­nerka uśmiech­nęła się z przy­mu­sem.

- Żaden pro­blem. Przyjdę za chwilę.

Oli­ver grał pod sto­li­kiem na iPa­dzie zapa­ko­wa­nym w gumowy pokro­wiec, a Mia zgar­biła się bez słowa, wysą­czyła przez słomkę resztkę mro­żo­nej her­baty i wpu­ściła ją z powro­tem do szklanki.

- Tata nie­długo przy­je­dzie - ode­zwała się ponuro Asha i wyjęła tele­fon z odsta­wio­nej na pod­łogę torebki. Wysłała wia­do­mość Phi­lowi.

Kocha­nie, gdzie jesteś? Dzie­ciaki umie­rają z głodu.

Jesz­cze nie zamó­wi­li­ście?

Nie. Cze­kamy na cie­bie.

Świat nie kręci się wokół mnie. Zaraz będę.

Asha odło­żyła tele­fon, upiła łyk wody i zwró­ciła się do Mii:

- Jest już bar­dzo bli­sko.

Czuła, że powinna coś jesz­cze dodać, ale zabra­kło jej ener­gii. Szcze­rze mówiąc, miała ochotę cał­kiem wyłą­czyć mózg i o niczym nie myśleć. Wcze­śniej tego dnia opróż­niała nie­wielki kosz na śmieci w gabi­ne­cie męża, gdy wypa­dła z niego karta do pokoju hote­lo­wego. Le Mériden w cen­trum Denver, a ostat­nim mia­stem, do któ­rego jeź­dził służ­bowo Phil, było, o ile się orien­to­wała, Pho­enix. Od tam­tej pory bez prze­rwy miała mdło­ści.

Kwa­drans póź­niej Asha naresz­cie zoba­czyła Phila sto­ją­cego w wej­ściu do sali restau­ra­cyj­nej, roz­glą­da­ją­cego się we wszyst­kie strony. Nie była jedyną osobą, która go zauwa­żyła. Kilka innych twa­rzy rów­nież obró­ciło się w jego stronę. Phil zwra­cał na sie­bie uwagę. Dawny repre­zen­tant koszy­kówki w dru­ży­nie stu­denc­kiej, wciąż był dobrze zbu­do­wa­nym, sil­nym i wyspor­to­wa­nym męż­czy­zną. Korzyst­nie się zesta­rzał i zawsze wie­dział, jak się ubrać. Mia odzie­dzi­czyła po nim spraw­ność fizyczną. Oli­ver bar­dziej przy­po­mi­nał matkę. Cecho­wała go więk­sza wraż­li­wość.

Asha wstała i poma­chała do Phila. Cho­ciaż naj­chęt­niej zmy­łaby mu głowę za spóź­nie­nie, powie­działa:

- Naresz­cie jesteś.

Cmok­nął ją w czoło i odparł:

- Prze­pra­szam.

Póź­niej zmierz­wił dzie­cia­kom włosy i dodał:

- Umie­ra­cie z głodu, co?

Mia wzru­szyła ramio­nami.

- Nie bar­dzo.

Oli­ver nawet nie pod­niósł wzroku znad ekranu.

- Ja bym coś prze­gryzł.

Czyli skła­mała, że dzieci są głodne jak wilki. Phil czę­sto oskar­żał żonę o bierną agre­sję i miał rację. Asha nic nie mogła na to pora­dzić. Jej matka trak­to­wała w taki sam spo­sób swo­jego męża i Asha wciąż uwa­żała, że to lep­sze niż otwarta kon­fron­ta­cja. Spoj­rze­nie, które posłał jej Phil, dobit­nie świad­czyło o jego nie­za­do­wo­le­niu.

- Mia­łeś długi dzień? - zapy­tała w nadziei, że go udo­bru­cha. Zdjął spor­tową mary­narkę i usiadł na krze­śle.

- No. - Się­gnął po ser­wetkę i roz­ło­żył ją sobie na sze­ro­kich udach. - A ty?

- Taki sobie.

Się­ga­jąc po menu, Phil powie­dział:

- Okej, dzie­ciaki. Cho­wamy sprzęt. - Mia odło­żyła tele­fon na stół wyświe­tla­czem do dołu, ale Oli­ver grał dalej. - Odłóż iPada, Oli­verze. W tej chwili.

- Chcę tylko dokoń­czyć ten poziom, tato.

- Powie­dzia­łam, że może grać, dopóki nie zjawi się jedze­nie - ode­zwała się Asha.

- No cóż - odparł Phil. - Jedze­nia jesz­cze nie ma, ale ja tak, i chcę, żeby to odło­żył.

Oli­ver wstał i posłusz­nie prze­ka­zał iPada matce. W tym momen­cie wszy­scy troje w mil­cze­niu zaczęli prze­glą­dać menu.

Asha przy­glą­dała się mężowi lekko zmru­żo­nymi oczami: jego ostrzy­żo­nym na zapałkę wło­som, rumia­nej cerze i sze­ro­kiemu kar­kowi, który musiał golić. Byli razem od sie­dem­na­stu lat. Rodzice Ashy chcieli, żeby poślu­biła mało­mów­nego inży­niera, któ­rego rodzice rów­nież pocho­dzili z małego mia­steczka nie­da­leko Bom­baju, lecz ona zdą­żyła się już zako­chać w tym dużym bia­łym osiłku pod­czas kursu etyki w mar­ke­tingu na Uni­wer­sy­te­cie Kolo­rado. Wciąż pocią­gała ją ta jego typowo ame­ry­kań­ska męskość, ale nie mogła prze­stać się zasta­na­wiać nad tym, jak wyglą­da­łoby jej życie u boku łagod­nego inży­niera, który - w prze­ci­wień­stwie do Phila - doce­niałby jej aro­ma­tyczny saag paneer. Kochała męża, ale coś się mię­dzy nimi zmie­niło. Była żoną czło­wieka, któ­remu stre­so­wała się - nie, bała się - powie­dzieć, że jest w ciąży. Męż­czy­zny, który miał klucz magne­tyczny do pokoju w baje­ranc­kim, sek­sow­nym hotelu odda­lo­nym o pół­to­rej godziny drogi od domu. Czyżby cał­kiem stra­cił nią zain­te­re­so­wa­nie, tak jak ostat­nio prze­czu­wała? A jeśli tak, to co pomy­śli o jej póź­nej ciąży? W chwi­lach naj­gor­szego stra­chu Asha wyobra­żała sobie, że Phil mógłby uwie­rzyć w to, iż dowie­działa się o jego skoku w bok, i posta­no­wiła zna­leźć spo­sób, by go do sie­bie przy­wią­zać.

Do sto­lika znowu pode­szła kel­nerka i z wyraźną ulgą zauwa­żyła, że wszyst­kie krze­sła są już zajęte. Asha pierw­sza zło­żyła zamó­wie­nie.

- Nie napi­jesz się wina? - spy­tał Phil.

- Nie dzi­siaj.

Mia wciąż kon­ty­nu­owała swój "wielki wege­ta­riań­ski eks­pe­ry­ment", jak nazy­wał to Phil, i zamó­wiła bakła­żana z par­me­za­nem.

Oli­ver cią­gle prze­glą­dał menu.

- Czy mogę pro­sić o "Wło­ską podróż"? - ode­zwał się wresz­cie, uno­sząc wzrok na kel­nerkę.

- Oczy­wi­ście - odparła rado­śnie dziew­czyna.

Pew­nie się cie­szy, że jede­na­sto­la­tek wybrał naj­droż­szą pozy­cję w kar­cie zamiast cze­goś z menu dzie­cię­cego - pomy­ślała Asha. Nie przej­mo­wała się pie­niędzmi, ale jej twarz ścią­gnęła się z nie­za­do­wo­le­niem.

Phil odchrząk­nął, wyraź­nie poiry­to­wany.

- Coś nie tak?

- Może Oli­ver nie powi­nien zama­wiać "Wło­skiej podróży".

- Dla­czego? - zdzi­wił się Phil.

Asha spoj­rzała na swo­jego syna, który ener­gicz­nie prze­żu­wał kawa­łek chleba ocie­ka­jący pikantną oliwą par­me­za­nową z miseczki sto­ją­cej przy jego tale­rzu. Tylko cze­kała, aż ją chwyci i wleje całą zawar­tość do ust.

- Tak tylko mówię. No wiesz. Mógłby wybrać jedno ulu­bione danie. Jakość ponad ilość, jak czę­sto powta­rzam.

- Czyli bez "Wło­skiej podróży"? - zapy­tała kel­nerka, prze­no­sząc wzrok z męża na żonę i znów na niego.

- Niech zamówi, co chce - ode­zwała się Mia, znowu oglą­da­jąc coś w tele­fo­nie.

- Zga­dzam się z Mią - poparł córkę Phil, a Asha odwró­ciła się, by nie draż­nić go dłu­żej swoją poiry­to­waną miną.

Po odej­ściu kel­nerki wes­tchnęła głę­boko i posta­no­wiła zmie­nić temat.

- A więc, Mio - zaga­iła. - Tak się zasta­na­wiam, czy nie mia­ła­byś ochoty wybrać się ze mną do Best Buy w przy­szły week­end i pomóc mi wybrać kamerę. Wiem, że ostat­nio inte­re­su­jesz się foto­gra­fią.

- Będziemy krę­cić filmy? - zain­te­re­so­wała się Mia.

- Wła­śnie.

- Można to robić tele­fo­nem - odparła, uno­sząc apa­rat.

- Wiem. Ale mając drogą kamerę, można krę­cić jesz­cze lep­sze filmy. Myślę, że spra­wi­łoby ci to frajdę.

Mia zasta­na­wiała się przez chwilę.

- Jasne. Kręci mnie robie­nie fil­mów, więc to mogłoby być super.

Kel­nerka posta­wiła przed mał­żeń­stwem tale­rze z sałat­kami, a Phil się­gnął po wide­lec. Jed­nak zamiast jeść, zwró­cił się do żony:

- Skąd ten pomysł?

Asha odpo­wie­działa, soląc swoje pomi­dory:

- Bro­oke Elli­man miała kamerę na ostat­nim meczu. Wtedy, gdy byłeś... - Popa­trzyła mu pro­sto w oczy i dokoń­czyła: - w Pho­enix. Pozwo­liła mi ją wypró­bo­wać. To było naprawdę coś. Świetna jakość. Kupiła ją spe­cjal­nie po to, by nagry­wać fil­mik dla rekru­te­rów na stu­dia Slo­ane.

Phil spra­wiał wra­że­nie nie­wzru­szo­nego wzmianką o Pho­enix, ale prze­cież nie miał poję­cia, że zna­la­zła wyrzu­coną przez niego kartę do pokoju hote­lo­wego w Denver. Zer­k­nął na Mię, a póź­niej znowu na Ashę.

- Co? Tak szybko?

- To samo jej powie­dzia­łam - odparła Asha. - Nasze córki są dopiero w pierw­szej kla­sie! Ale Bro­oke twier­dzi, że to wcale nie jest za wcze­śnie. Tre­ner Nick powie­dział, że wiele col­lege'ów z pierw­szej dywi­zji two­rzy swoje repre­zen­ta­cje, gdy przy­szłe zawod­niczki są w dru­giej kla­sie. Co ozna­cza, że będziemy musieli skom­ple­to­wać zgło­sze­nia na początku przy­szłego roku.

- Skom­ple­to­wać? - powtó­rzył Phil, upiw­szy łyk wina. - Co wcho­dzi w skład takiego kom­pletu?

Mia zaczęła odha­czać na pal­cach kolejne punkty.

- Nagra­nie dłu­go­ści od pię­ciu do ośmiu minut z moimi naj­lep­szymi akcjami na boisku. Zdję­cia. Życio­rys. Wykaz ocen. Listy pole­ca­jące. Spis zawo­dów i obo­zów, w któ­rych wezmę udział, żeby mogli mnie zoba­czyć skauci. Będą mi też potrzebne adresy mailowe i numery tele­fo­nów do wszyst­kich tre­ne­rów, żeby­śmy mogli...

- Asho - prze­rwał córce Phil. - Wie­dzia­łaś o tym? Zapo­wiada się mnó­stwo roboty.

- Mia dopiero od nie­dawna bie­rze pod uwagę naj­więk­sze i naj­bar­dziej pre­sti­żowe uczel­nie spoza stanu, więc dla mnie to też nowość.

- W porządku - odparł. - Skąd taki pomysł? Co się zmie­niło?

- Tre­ner Nick powie­dział, że jestem odpo­wied­nim mate­ria­łem dla pierw­szej dywi­zji. Razem ze Slo­ane. Obie się nada­jemy.

- W porządku - stwier­dził wresz­cie jej ojciec. - I jesteś pewna, że chcesz stu­dio­wać w innym sta­nie?

- No nie - przy­znała Mia. - Nie na sto pro­cent. Ale zawsze mogę zmie­nić zda­nie, prawda? I zostać w Kolo­rado. Ale jeśli nie przy­go­tuję się do tego, co być może zechcę zro­bić, to nie będę miała żad­nych szans.

Phil przy­tak­nął.

- Masz abso­lutną rację. - Prze­niósł wzrok na żonę. - Pójdę z tobą obej­rzeć te kamery.

Asha uśmiech­nęła się do męża.

- Świet­nie.

- Cóż, jako agentka nie­ru­cho­mo­ści jesteś wprost stwo­rzona do takich zadań.

- Wła­ści­wie - zaczęła Mia - mogła­bym sko­rzy­stać z pomocy tre­nera Nicka, jeśli się zgo­dzisz. Slo­ane, Reade Leland, Jere­miah Solo­mon i parę innych dzie­cia­ków ma z nim pry­watne tre­ningi po szkole i w week­endy. Nagrywa ich postępy w grze, pomaga z ese­jami. Wie sporo na temat col­lege'ów, tre­ne­rów i ich ocze­ki­wań, więc może nam wska­zać uczel­nie, które są w naszym zasięgu, i te, które nale­ża­łoby trak­to­wać jako wyj­ście awa­ryjne.

- Hmm - mruk­nął Phil, prze­żu­wa­jąc jedze­nie. - Nie masz rewe­la­cyj­nych stopni.

- Wiem, tato. Nie myślę o Stan­for­dzie ani o Harvar­dzie.

- W takim razie o czym?

- Na liście awa­ryj­nej mam Colo­rado State i Boul­der, ale moją wyma­rzoną uczel­nią jest UCLA.

Asha poło­żyła dłoń na nodze Phila.

- Slo­ane też się tam wybiera. Pan Magu­ire ma tam ponoć chody.

- Coś mi się obiło o uszy - odparł Phil. - Bro­oke sporo o tym mówi, nie? - Ashę aż kor­ciło, żeby go zapy­tać, kiedy wła­ści­wie miał oka­zję roz­ma­wiać z Bro­oke. Z tego, co się orien­to­wała, co naj­wy­żej kibi­co­wali razem dziew­czyn­kom, sie­dząc parę krze­seł od sie­bie. Phil kon­ty­nu­ował: - Nie jestem w tych spra­wach eks­per­tem, ale bez względu na swoje chody raczej nie zdoła zała­twić miej­sca na UCLA dwóm uczen­ni­com Fal­con Aca­demy z tego samego rocz­nika.

Poja­wiło się ich jedze­nie, więc Mia się­gnęła po sztućce.

- Przy­naj­mniej raz Slo­ane może nie dostać tego, na czym jej zależy.

Asha zgod­nie przy­tak­nęła.

- Bro­oke to się nie spodoba.

Phil prze­su­nął rękę pod sto­łem w miej­sce, gdzie tylko Asha mogła ją zoba­czyć, i wysta­wił środ­kowy palec. "Pie­przyć Bro­oke" - powie­dział bez­gło­śnie.

Uśmiech na twa­rzy Phila był lekko spro­śny, nie spodo­bał się jego żonie. Cza­sem nawie­dzało ją nie­przy­jemne wspo­mnie­nie tam­tego wie­czoru, kiedy Bro­oke zapro­siła ich do sie­bie na kola­cję, a Asha po wyj­ściu na patio zastała swo­jego męża i gospo­dy­nię wie­czoru przy­tu­lo­nych, palą­cych papie­rosy i zaśmie­wa­ją­cych się przy base­nie niczym para nasto­lat­ków. Nagle doznała olśnie­nia: Phil zaczął się od niej odsu­wać mniej wię­cej w tym samym cza­sie, kiedy Gabe poin­for­mo­wał Bro­oke, że na pewno do niej nie wróci.

Asha żar­to­bli­wie trzep­nęła dłoń męża ser­wetką. Bro­oke była jej kole­żanką i cho­ciaż cza­sem bywała trudna, mówie­nie "pie­przyć Bro­oke" wcale nie było zabawne. Chciał­byś - pomy­ślała Asha.

Rozdział 5

Bro­oke Elli­man stała za kulo­od­porną szybą w szkol­nych drzwiach, uno­sząc prawo jazdy w stronę kamery. Miała na sobie długą do kolan zamszową kami­zelkę z kap­tu­rem i kre­mowe bry­czesy ze skó­rza­nymi akcen­tami. Dłu­gie, pro­ste włosy się­ga­jące do pasa doda­wały jej siły i dzi­ko­ści, jakby dopiero co przy­ga­lo­po­wała ze stepu na grzbie­cie jed­nego ze swo­ich czy­stej krwi ara­bów.

Nata­lie wstała i pode­szła do okna z wido­kiem na par­king.

- Yvonne - powie­działa pół­gęb­kiem. - Cho­lera. Tak mi się zda­wało. To pani Elli­man.

Obie wie­działy, że pani Elli­man nie przy­je­chała do szkoły, by pod­rzu­cić żyw­ność w pusz­kach czy stare ubra­nia na zbiórkę. Pod­czas każ­dej z jej regu­lar­nie skła­da­nych wizyt sypały się iskry.

Pani Elli­man scho­wała tym­cza­sem prawo jazdy i cze­kała, z ramio­nami skrzy­żo­wa­nymi na piersi, postu­ku­jąc w chod­nik spi­cza­stym czub­kiem buta do kon­nej jazdy rodem z westernu. Każdy gość musiał zostać spraw­dzony przez Rexa, ochro­nia­rza, przed wej­ściem do "atrium". W przy­padku pani Elli­man Rex tylko mar­ko­wał tę czyn­ność. Wszy­scy ją znali. Była jedyną dzie­dziczką for­tuny Wypie­ków Elli­mana i pozo­stała przy swoim panień­skim nazwi­sku nawet po ślu­bie z ojcem Slo­ane, Gabe'em Hol­tem. Bro­oke zawsze cie­szyła się sza­cun­kiem idą­cym w parze z repu­ta­cją jej rodziny i kazała córce uży­wać podwój­nego nazwi­ska Elli­man-Holt, by zapew­nić jej tę samą roz­po­zna­wal­ność i wyni­ka­jący z niej sza­cu­nek, który oka­zy­wano jej przez całe życie.

Rex wpu­ścił ją do środka, a chwilę póź­niej pani Elli­man weszła do biura, wno­sząc ze sobą powiew chłod­nego powie­trza zmie­szany z led­wie wyczu­walną drzewną nutą jaśmi­no­wych per­fum.

- Dzień dobry, pani Elli­man - przy­wi­tała ją pogod­nie Yvonne. - Będzie pani potrze­bo­wała iden­ty­fi­ka­tora dla gości, żeby wejść na kam­pus?

- Nie sądzę, żeby to było konieczne - odparła. - Wpa­dłam tylko do Marka. - Nale­żała do nie­licz­nej garstki rodzi­ców, któ­rzy nie nazy­wali go dyrek­to­rem Dil­lym.

Na biurku Nata­lie stała tabliczka w kształ­cie jabłka z wydru­ko­wa­nym kur­sywą nazwi­skiem: Panna Bel­l­man, którą otrzy­mała po przy­ję­ciu do pracy, nie­wielka, opra­wiona w ramki akwa­rela przed­sta­wia­jąca psa Jaya, Rocky'ego, oraz poma­lo­wany na dzi­waczne kolory kubek z dłu­go­pi­sami. Nata­lie wyjęła księgę gości, otwo­rzyła ją i wygła­dziła strony.

- Czy mogę pro­sić o pod­pis i cel wizyty? - zapy­tała.

- Już mówi­łam. Muszę poroz­ma­wiać z Mar­kiem.

- Oke­eeej - ode­zwała się Yvonne. - Spraw­dzę, czy jest dostępny. Pew­nie tak. To zna­czy: dla pani. Ale wolę się upew­nić. Zaraz wra­cam.

- Dzię­kuję. - Pani Elli­man z wes­tchnie­niem prze­cią­gnęła dłońmi po swo­ich nie­wia­ry­god­nie buj­nych wło­sach. A póź­niej zer­k­nęła na srebrno-tur­ku­sowy zega­rek.

- Może się pani cze­goś... - zaczęła Nata­lie.

- Nie chcę niczego pić, dzię­kuję - oznaj­miła gło­śno pani Elli­man i jakimś cudem jej "dzię­kuję" zabrzmiało jak "wal się".

Dyrek­tor wynu­rzył się ze swo­jego gabi­netu.

- Pani Elli­man! - powi­tał ją ser­decz­nie, jakby jej wizyty spra­wiały mu dziką przy­jem­ność. - Dzień dobry! Co mogę dla pani zro­bić?

- Muszę z panem poroz­ma­wiać o S... - Urwała, zanim zdą­żyła powie­dzieć "Slo­ane". Nata­lie i Yvonne uprzej­mie odwró­ciły wzrok. - O spra­wie, bar­dzo pil­nej.

- Pro­szę nic wię­cej nie mówić - odparł pan Dilly. - Zapra­szam do gabi­netu.

Na drzwiach jego biura wisiała tabliczka z nazwą "gabi­net". Pan Dilly nie lubił wzy­wać uczniów, nauczy­cieli ani rodzi­ców do swo­jego biura. "Biuro dyrek­tora" miało jego zda­niem pejo­ra­tywny wydźwięk. Jego gabi­net był przy­tulny dzięki książ­kom, zdję­ciom dwóch psów rasy welsh corgi, wyle­wa­ją­cych się z doni­czek na para­pe­cie paproci oraz zapa­chowi pasty poler­skiej, którą ekipa sprzą­ta­jąca wcie­rała ruty­nowo w skó­rzaną kanapę i fotel od kom­pletu.

Pan Dilly zamknął drzwi swo­jego gabi­netu. Chwilę póź­niej kory­ta­rzem nad­szedł lekko roz­go­rącz­ko­wany pan Magu­ire. Nie miał na gło­wie czapki, ale i tak udał, że jej uchyla.

- Dzień dobry, miłym paniom!

Miał na sobie swój zwy­kły strój zło­żony z szor­tów koloru woj­sko­wej zie­leni i jasno­błę­kit­nej koszulki polo z logo Fal­con, do kom­pletu ze zwi­sa­ją­cym mu z szyi gwizd­kiem. Nata­lie nawet nie wie­działa, że się do niego uśmie­cha, dopóki entu­zja­stycz­nie się nie odwza­jem­nił.

- Miło panią znowu widzieć... - dotknął jabł­ko­wa­tej tabliczki i dodał: - panno Bel­l­man. Dzię­kuję za pomoc tam­tego dnia, gdy jedna z moich pod­opiecz­nych gorzej się poczuła.

- Nie ma za co, panie Magu­ire - odparła Nata­lie.

- Chęt­nie bym sobie z paniami poga­wę­dził, ale zosta­łem wezwany do gabi­netu i chyba nie powi­nie­nem się guz­drać5.

Jak dotąd ni­gdy nie zamie­nił wię­cej niż dwóch słów z żadną z nich.

- No cóż - ode­zwała się Nata­lie. - Abso­lut­nie pro­szę się nie guz­drać. - Zato­czyła krąg ręką. - Guz­dra­nie się jest w tym gabi­ne­cie surowo zabro­nione.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki