Klub Karmy - Jessica Brody

Reflow text when sidebars are open.
Od razu wam powiem, to wszystko wina karmy.
Tak, karmy. Tej jedynej w swoim rodzaju siły we wszechświecie, która sprawia, że dobre uczynki zostają nagrodzone, a złe ukarane.
Na przykład jak wtedy, gdy zwinęłam lunch mojej młodszej siostry, bo wstałam za późno i nie zdążyłam sobie przygotować własnych kanapek. Ale kiedy już dotarłam do szkoły, zorientowałam się, że wędlina w ukradzionych kanapkach jest nieświeża. No i resztkę kieszonkowego musiałam wydać w stołówce na breję niewiadomego koloru i pochodzenia.
Karma.
Albo gdy pewnego letniego dnia moja przyjaciółka Angie i ja uznałyśmy, że lepiej spożytkujemy czas wolny w galerii handlowej, niż dotrzymując słowa i pomagając mamie Angie posprzątać garaż. No i w połowie drogi do galerii skończyło się nam paliwo. I tak spędziłyśmy przedpołudnie, maszerując w czterdziestostopniowym upale do najbliższej stacji benzynowej, do której miałyśmy oczywiście cztery mile jak obszył, i z powrotem do samochodu, z kanistrem ważącym tonę. Chyba nie muszę wspominać, że ta eskapada kosztowała nas dziesięć razy tyle wysiłku, ile pomoc przy uporządkowaniu kilku zakurzonych pudeł.
Karma.
Albo gdy w trzeciej klasie podstawówki nieustannie błagałam rodziców o psa. Odmawiali i odmawiali, zdecydowałam więc zgłosić się do pobliskiego schroniska jako wolontariuszka do wyprowadzania psów, bo to była najlepsza namiastka własnego czworonoga, na jaką wtedy było mnie stać. No i moi rodzice pod wrażeniem tego "bezinteresownego poświęcenia", jak mówili, pozwolili mi zaadoptować psiaka ze schroniska.
Karma. Jak widać, działa w obie strony.
Dobre uczynki zostają nagrodzone, a złe ukarane. Dobrych ludzi spotykają dobre rzeczy, a złych złe. Na tym polega karma.
Przynajmniej tak myślałam do rozpoczęcia drugiego półrocza w klasie maturalnej. Wtedy właśnie wszystko się zmieniło. Wszystko, co uważałam za pewnik, na czym, jak myślałam, mogę się oprzeć, okazało się warte co najwyżej funta kłaków.
I kiedy wracam myślami do tamtych wydarzeń, bez trudu potrafię wskazać ten jeden dzień, kiedy to wszystko się zaczęło.
To był ten znamienny dzień, gdy Angie zadzwoniła do mnie z epokową wiadomością.
Tak, to wtedy wszystko się zaczęło. Wcześniej mój niewielki świat był nieskończenie prosty: góra była górą, dół dołem, a zło różniło się od dobra jak noc od dnia. Później natomiast żadnego aspektu mojego życia nie mogłabym określić słowem "proste".
Miałam wrażenie, że mój telefon dzwoni jakoś głośniej niż zwykle i jakoś bardziej natarczywie. Zupełnie jakby ta konkretna rozmowa była szczególnie ważna, ważniejsza niż jakakolwiek inna.
Przez sekundę patrzyłam na wyświetlacz, po czym postanowiłam zignorować rozmowę. Akurat uczyłam się do testu z historii Europy i nie chciałam, żeby ktoś mi przeszkadzał.
Ale telefon zadzwonił ponownie.
Nie musiałam sprawdzać, kto dzwoni, wiedziałam, że to Angie była tak cholernie uparta. Każdy z moich przyjaciół miał przypisany własny dzwonek. Dla Angie wybrałam popularny hiphopowy kawałek. Ponoć słuchała go, zanim jeszcze stał się popularny. Moim zdaniem, Angie za żadne skarby nie chciała przyznać, że mogłaby podzielać gusta ogółu. Nie mogła przecież okazać się pod żadnym względem mainstreamowa. To by bezpowrotnie zniszczyło wizerunek przedstawicielki wysmakowanej kontrkultury, który tak długo budowała.
W każdym razie, ten kawałek po dwunastu dzwonkach stracił mocno w moich oczach, a raczej uszach. A jeśli wziąć pod uwagę, że Angie miała zwyczaj dzwonić do mnie sześć razy dziennie, to szybko zaczęłam mieć go dość.
Wyciszyłam dzwonek i dalej czytałam o szturmie Bastylii. Bez względu na to, z jak ważną sprawą wydzwaniała Angie, mogło to poczekać, aż król Ludwik XVI straci głowę na szafocie.
Telefon zadzwonił po raz trzeci.
Z jękiem zniecierpliwienia podniosłam go do ucha.
- Co?
W normalnych okolicznościach Angie ochrzaniłaby mnie za takie powitanie, ale najwyraźniej tym razem miała na głowie coś daleko istotniejszego niż mój brak manier.
- Maddy, przyjedź do Millera. Natychmiast.
- Nie mogę. Uczę się do testu - odpowiedziałam poirytowana.
- Rzucaj wszystko i przywlecz tu swój tyłek - niemal ryknęła. - Przysięgam, że mam dla ciebie coś o wiele bardziej interesującego niż rewolucja francuska.
- Jakby to było trudne - prychnęłam sarkastycznie.
- Oj, daj spokój. - I z tymi słowami Angie się rozłączyła.
Angie była moją przyjaciółką od szóstej klasy. Na pewno znała mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Wiedziała, że po jej telefonie najpierw będę siedzieć z ponurą miną w swoim pokoju, zastanawiając się, czy w ogóle chcę jej ustąpić. Wreszcie zamknę podręcznik i przejadę te dwanaście przecznic, jakie dzielą mnie od drogerii, gdzie Angie pracuje na ćwierć etatu jako kasjerka. Mówię ćwierć, choć to praca na pół etatu, jednak Angie tyle samo czasu spędza, obsługując klientów, co i przeglądając magazyny wyłożone na stojaku przy kasie.
Zaparkowałam przed drogerią równo dziewięć minut później. Nie miałam wątpliwości, że Angie gratuluje sobie w duchu, że wyliczyła moje podejmowanie decyzji i reakcję co do minuty.
Angie stała przy kasie w pustym sklepie i przeglądała lutowy numer Contempo Girl. To ulubiony magazyn nas obu, choć każda lubi go z zupełnie innych powodów. Ja wolałam czytać o nowych trendach w modzie, ploteczki z życia gwiazd i przeglądać porady odnośnie związków. Angie natomiast, na ile mogłam to stwierdzić, czytywała go, żeby mieć świeże zasoby osób i rzeczy, które mogła krytykować.
- Co jest takiego ważnego, że nie mogłaś powiedzieć mi przez telefon?
Angie podniosła głowę i bez jednego słowa rzuciła mi czasopismo. Zdążyłam je złapać, zanim poleciało na podłogę.
- Strona trzydziesta piąta.
Z pełnym frustracji westchnieniem przestąpiłam z nogi na nogę i otworzyłam pognieciony już magazyn. Zaczęłam szybko przerzucać kolejne kartki.
- Wiesz, ten jutrzejszy test z historii to moja jedyna szansa, żeby zamienić czwórkę na piątkę, i nie podoba mi się wcale, że mnie tu ściągnęłaś, żeby narzekać na cokolwiek.... - Gwałtownie nabrałam powietrza na widok strony trzydziestej piątej.
Angie przyglądała mi się z zadowolonym uśmieszkiem w stylu "a nie mówiłam".
- O mój Boże! - krzyknęłam, gapiąc się na magazyn z niedowierzaniem. - Opublikowali to?
- Tak! - Angie kiwnęła głową energicznie.
- NAPRAWDĘ to wydrukowali?! - Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
- Powiedziałam ci, że to ciekawsze niż rewolucja francuska!
Podniosłam pismo, żeby dokładnie przestudiować tekst zajmujący jedną piątą strony. Zaczynał się od nazwiska MASON BROOKS, napisanego dużymi, wytłuszczonymi literami. A zaraz obok było zdjęcie mojego chłopaka. Tak. MOJEGO chłopaka w Contempo Girl!
Wysłałam to zdjęcie na comiesięczny konkurs "Poznaj mojego chłopaka", ale to było jakieś pół roku temu. Przez pierwsze trzy miesiące biegałam do sklepu minutę po ukazaniu się najnowszego numeru, potem sobie odpuściłam.
Każdego miesiąca redakcja magazynu wybiera zaledwie pięciu chłopaków, których przedstawi w kolejnym numerze. Mason pełnił funkcję przewodniczącego klas maturalnych, ostatnio osiągnął aż dwa tysiące trzysta pięćdziesiąt punktów na egzaminach SAT i był jednym z najlepszych graczy w szkolnej drużynie piłki nożnej, a do tego został już przyjęty do Amherst College, w postępowaniu przedrekrutacyjnym. No i moim zdaniem był przystojny. Naprawdę przystojny. Wiem, że jako jego dziewczyna nie mogłam być obiektywna i w ogóle, ale Mason miał takie niesamowite zielone oczy i wyjątkowo długie rzęsy. Do tego oliwkową cerę i ciemne gęste włosy, które uwielbiałam przeczesywać palcami.
W każdym razie, moim zdaniem, to naprawdę imponujące, że Mason był taki przystojny, świetnie grał w piłkę i do tego udawało mu się wypełniać obowiązki przewodniczącego. To znaczy mnie imponował każdego dnia. Jednak nie liczyłam na to, że Contempo go wybierze. No dobrze, trochę fantazjowałam na ten temat. Że wybiorą zdjęcie Masona, że cała szkoła je zobaczy i natychmiast stanę się superpopularna, jak to się zazwyczaj zdarza tylko w kiczowatych filmach dla nastolatek, i może nawet zostanę wybrana królową balu maturalnego. Moje ciuchy magicznie staną się modne (albo ja nagle będę wiedziała, jak się ubrać modnie, albo wszyscy będą mnie podziwiać tak czy inaczej, więc nie będzie miało znaczenia, co na siebie założę). I tak po prostu Mason i ja będziemy najpopularniejszą parą w całej szkole.
Jednakże rzeczywistość okazała się dużo bardziej ekscytująca. Nie wspominając już o tym, że surrealistyczna.
- Czytaj głośno - zachęciła mnie Angie. - To naprawdę dobry artykuł.
- Mason Brooks, tegoroczny maturzysta ze szkoły Colonial High w Pine Valley w Kalifornii, jest bez reszty oddany swej dziewczynie Madison Kasparkovej, od początków trzeciej klasy szkoły średniej. - Podniosłam wzrok znad strony i popatrzyłam na Angie z niemądrym uśmiechem. - To o mnie!
- Wiem! - Wywróciła oczami. - Czytaj dalej.
- Rocznik maturalny liczy sobie czterystu studentów, dlatego Maddy i Mason spotkali się dopiero wtedy, gdy zdecydowali się pracować jako doradcy na obozie letnim. Od tamtego czasu są razem. "Mason jest fantastyczny", mówi Madison, lat siedemnaście, "zawsze wie, kiedy mam zły dzień albo nie najlepszy humor, i pojawia się na moim progu z paczką moich ulubionych słodyczy: Chewy Runts. A te cukierki czasem naprawdę trudno dostać, nie wszędzie je sprzedają. Ale Mason zawsze potrafi je dla mnie znaleźć. Zupełnie jakby miał w szafie Urządzenie do Lokalizowania Chewy Runts".
Ponownie popatrzyłam na Angie.
- Dokładnie tak napisałam! Naprawdę! - Cieszyłam się jak dziecko.
- Wiem - powtórzyła Angie. - Kazałaś mi przeczytać ten list tylko jakieś pięćdziesiąt razy.
- I to jest zabawne, prawda? Myślisz, że jest zabawne? - dopytywałam się, bo nagle dopadła mnie paranoja, że każdy, kto to przeczyta, uzna określenie, "Urządzenie do Lokalizowania Chewy Runts" za wybitnie słabe.
- Taa - zapewniła mnie ponuro Angie. - Jest zabawne. Było zabawne, gdy to napisałaś. I nadal jest zabawne.
Usatysfakcjonowana do pewnego stopnia wróciłam do artykułu.
- Kiedy Mason Brooks nie spędza czasu ze swoją uroczą dziewczyną z apetytem na słodycze, pełni obowiązki przewodniczącego klas maturalnych i pracuje w lokalnej pizzerii. Ale, drogie panie, nie róbcie sobie apetytu na to ciacho od ciasta. Mason i Madison postanowili po ukończeniu szkoły średniej pójść do tego samego college'u. Wszystko wskazuje na to, że ta idealnie dobrana para będzie ze sobą bardzo długo.
Stałam oszołomiona, próbując jakoś ogarnąć to, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku minut. Mój chłopak, Mason Brooks, w Contempo Girl! Nazwali go nawet ciachem od ciasta. Nieco kiczowate, ale co z tego! To coś niesamowitego! Każda dziewczyna w tym kraju to zobaczy, będą sobie przypinać na ścianie zdjęcie mojego chłopaka.
Nagle usłyszałam wysoki pisk nadmiernego podniecenia dochodzący od strony wejścia i zrozumiałam, że z tą wiadomością Angie zadzwoniła nie tylko do mnie.
- Pokażcie to! Gdzie jest? Jak wyszedł? O mój Boże, jestem taka podniecona!
Jade, nasza wspólna najlepsza przyjaciółka, wpadła do sklepu, czerwona jak piwonia. Długie do ramion blond włosy miała dziko rozwiane. Podbiegła do kasy i wyrwała czasopismo z moich zaciśniętych palców.
- Pokażcie! - zapiszczała.
Oddałam jej magazyn i patrzyłam, jak przerzuca kartki, jak oczy jej rozbłyskują niczym choinkowe lampki i jak zabiera się do czytania. W pewnym momencie poderwała głowę.
- Zacytowali cię!
Ani na moment nie mogłam przestać się uśmiechać.
- Wiem!
- Ale super! - ucieszyła się Jade, wracając do lektury. Nie oderwałam wzroku od jej twarzy i doczekałam się wreszcie momentu, gdy Jade parsknęła śmiechem. - Urządzenie do Lokalizowania Chewy Runts. To prześmieszne.
- Naprawdę? - upewniłam się po raz kolejny.
Jade zdecydowanie kiwnęła głową.
- Definitywnie.
Angie pokiwała głową i odwróciła się do klienta, który akurat podszedł do kasy. Jade i ja odsunęłyśmy się odruchowo, żeby oszczędzić obcemu człowiekowi naszych pisków.
- Ale Mason już nie pracuje w pizzerii - przypomniała mi Jade.
Wzruszyłam ramionami.
- Pracował, jak wysłałam zdjęcie. Ale wątpię, czy to ma znaczenie.
Mason rzucił pracę w Brooklyn Pizza po sześciu miesiącach. I szczerze powiedziawszy, nie bardzo rozumiałam, po co w ogóle się zatrudnił, nie potrzebował pieniędzy, jego rodzice płacili za wszystko, czego Mason chciał.
Jade skończyła czytać i popatrzyła na mnie zachwycona.
- Łał.
Odebrałam jej magazyn i zacisnęłam na nim palce, jak gdyby mógł się rozbić przy upadku jak szkło. A wtedy zapewne okazałoby się, że to wszystko to był tylko zwariowany sen.
Jade z uczuciem objęła mnie za ramiona.
- To jest wielka rzecz - powiedziała, podsumowując tymi słowami wszystko, co czułam.
Patrzyłam przed siebie nieprzytomnym wzrokiem.
- Nie wiem, co teraz zrobić.
Angie parsknęła śmiechem.
- No, Maddy - zaczęła poważnym tonem - zacznij od kupienia tego pisma, całe je pogniotłaś tymi spoconymi łapami i jest do niczego. A potem idź do domu pouczyć się historii Europy, bo, wierz albo nie, pani Spitz na pewno nie uzna tego - poklepała czasopismo - za usprawiedliwienie totalnej niewiedzy w temacie Marii Antoniny i Ludwika trzydziestego drugiego.
- Szesnastego - poprawiłam ją odruchowo.
- Wszystko jedno. Wszyscy byli paskudni i mieli wielkie nosy. Louis la Wielgachny Kinol pasowałby o wiele lepiej.
Roześmiałam się. Angie należała do osób, które zawsze zachowują spokój i zimną krew, nawet w momencie jakiegoś kryzysu czy wyjątkowych emocji. Gdyby była na Titanicu, to z pewnością nie wrzeszczałaby i nie biegała w kółko jak bezgłowy kurczak. Dyrygowałaby wszystkimi, każąc się ludziom zamknąć i wsiadać do łodzi, bo krzyki i lamenty nigdzie ich nie zaprowadzą... no chyba że na dno oceanu.
Sięgnęłam do kieszeni jeansów i wyciągnęłam kilka zmiętych banknotów. Angie podeszła do kasy, nabiła czasopismo i oddała mi je razem z resztą pieniędzy.
- Dziękujemy za zakupy w drogerii Millera - powiedziała z radosną uprzejmością i nutą sarkazmu.
Pożegnałam się z dziewczynami, mamrocząc coś o teście, i jak lekko nieprzytomna ruszyłam do domu. Po drodze obiecałam sobie wrócić do drogerii i kupić co najmniej dwadzieścia egzemplarzy tego numeru, czy tam tylu, na ile pozwolą moje uszczuplone zasoby. To jest z pewnością rzecz, którą będę chciała pokazać moim wnukom, kiedy... Cholera! Muszę zadzwonić do Masona. On przecież nie wiedział nawet, że został uwieczniony w ogólnokrajowym czasopiśmie, i to ubrany w poplamiony sosem fartuch i ze smugą mąki na lewym policzku. Wybrałam to zdjęcie, bo różniło się od typowego "bezkoszulkowego", jakie zwykle wybierały dziewczyny. Na zdjęciu Mason wyglądał w mojej opinii na skromnego faceta, który mocno stoi na ziemi, i naprawdę oddawało jego osobowość.
Nie mogłam się doczekać, żeby dotrzeć do domu i wyciągnąć z torebki komórkę. Za często słyszałam wykład taty na temat prawa obowiązującego w Kalifornii, które zabraniało rozmawiać przez telefon w czasie jazdy inaczej niż przy użyciu zestawu słuchawkowego. Ale jeśli nie ma się ukończonych osiemnastu lat, to nawet używanie zestawów głośnomówiących jest niedozwolone. Ja natomiast bardzo sobie ceniłam możliwość korzystania z samochodu i nie zamierzałam ryzykować, dlatego z dzwonieniem zawsze czekałam, choć niecierpliwie, póki nie dotarłam do celu. A to czasami było prawdziwe wyzwanie, jeśli wziąć pod uwagę irytujący zwyczaj Angie dzwonienia raz po raz, póki nie odebrałam wreszcie telefonu.
Zatrzymałam samochód i natychmiast zadzwoniłam do Masona. Włączyła się poczta głosowa. No tak. Wciąż był jeszcze na treningu.
Przez moment miałam ochotę pojechać na boisko i poczekać na koniec treningu, żeby pokazać Masonowi artykuł, ale pamiętałam o podręczniku do historii, który czekał na mnie na biurku. Nie mogłam oblać tego testu. Jeśli miałam się dostać do Amherst, to musiałam mieć naprawdę dobre oceny.
Niezbyt chętnie pomaszerowałam więc do swojego pokoju, ale ledwie zaczęłam czytać o upodobaniu Francuzów do gilotyny, telefon zadzwonił ponownie. Tym razem to była Jade, sięgnęłam po komórkę, mówiąc sobie, że rewolucja francuska wydarzyła się setki lat temu, a w moim życiu ważne rzeczy dzieją się teraz. I czy wszyscy nie powtarzają ciągle, żeby żyć teraźniejszością?
- Omójboże! - krzyknęła Jade bez tchu, gdy tylko odebrałam. - Właśnie dotarło do mnie, co znaczy ten cały artykuł.
- Co niby?
- Że wreszcie będziemy mogły pójść do Loftu - wymówiła ostatnie słowo głośnym szeptem, jakby była to nazwa tajnej bazy CIA.
- Myślisz? Że niby z tego powodu? - spytałam ze sporą dozą sceptycyzmu.
- Oczywiście! - wrzasnęła Jade. - No halo?! Teraz Mason będzie najpopularniejszym chłopakiem w szkole. A ponieważ ty jesteś jego dziewczyną, to jak nic wejdziemy.
Cieszący się złą sławą Loft był tak naprawdę mieszkaniem w śródmieściu, należącym do rodziców Spencera Coopera. Oni jednak rzadko z niego korzystali, bo nieustannie podróżowali po rozmaitych wspaniałych miejscach na całym świecie. Najwyraźniej nasze maleńkie miasteczko na północny wschód od San Francisco nie było dla nich wystarczająco ciekawe, by zatrzymać się w nim na dłużej. A to znaczyło, że Spencer często zostawał sam ze swoim nowiutkim BMW, kartami kredytowymi i co najważniejsze, kluczami do Loftu. Spencer Cooper cieszył się sławą, czy może raczej niesławą, z powodu dwóch rzeczy: był najbogatszym dzieciakiem w szkole i zarazem największym snobem. Nigdy z nim nie rozmawiałam (i szczerze mówiąc, nawet chyba nie miałam na to ochoty), ale z tego, co słyszałam, należał do tych gości, którzy uważają, że są lepsi od całej reszty tylko z powodu pieniędzy rodziców.
Mówiło się, że zapłacił nauczycielowi angielskiego piętnaście tysięcy dolarów, żeby zmienił mu ocenę z trói na czwórkę. Moim zdaniem nie miał smykałki do interesów. Jak już komuś płaci się takie pieniądze, to chyba za piątkę, a nie czwórkę.
W każdym razie Spencer zaczął urządzać imprezy w Lofcie od początku roku i bardzo szybko Loft stał się miejscem, gdzie każdy chciał bywać i być tam widziany. Każdy, kto się liczył, chodził do Loftu. Ludzie jak Heather Campbell, najpopularniejsza dziewczyna w szkole, jej najlepsza przyjaciółka Jenna LeRoux, która akurat była obecną dziewczyną Spencera, i każdy, którego Heather i Jenna uznały za godnego.
Ja i moje przyjaciółki nigdy tam jeszcze nie byłyśmy. Tylko słyszałyśmy, jakie to niesamowite imprezy. Bo nie każdy może wziąć w nich udział. Istnieje ponoć lista gości, kto się na niej nie znalazł, jest odprawiany od drzwi. Niestety, nas jeszcze na tej liście nie było.
Nie byłam pewna, kto decyduje o tym, czyje nazwisko trafi na listę, ale jej istnienie jest niepodważalne. Wiedziałam to z pierwszej ręki, bo spróbowałyśmy raz wejść do Loftu, zaraz po tym, jak Mason wygrał wybory, a ja byłam związana z tym zwycięstwem nie tylko jako jego dziewczyna, ale i szef kampanii, ale odprawiono nas w sposób wyjątkowo niemiły. Najwyraźniej szkolna polityka nie wpływa na stopień popularności w szkole.
JFK pewnie też nie zostałby wpuszczony.
- Nie wiem - w moim głosie było wyraźne wahanie. - A jak nas nie wpuszczą? Nie chcę po raz drugi przeżyć tego upokorzenia.
- Niemożliwe - upierała się Jade. - Jak Mason będzie zaproszony, a będzie na pewno, jak tylko rozejdzie się wieść o artykule, mamy wejście jak w banku.
Gdy odłożyłam słuchawkę, spróbowałam wrócić do historii, ale nie mogłam przestać myśleć o tym, co mówiła Jade. Czy ten głupi artykuł naprawdę mógł nam załatwić wejściówkę do Loftu?
Może moje fantazje nie były wcale tak odległe od prawdy? Może przez ten artykuł będziemy najpopularniejszą parą w szkole? Może Heather Campbell zacznie w końcu dzwonić do mnie po radę w sprawie najnowszej mody i gdzie iść zrobić sobie dobry manicure, i jak poderwać chłopaka tak fantastycznego jak mój Mason. Nie dziwiłabym się jej. Było nie było, jestem teraz publikowaną autorką. Kto nie chciałby rady od osoby, którą cytowało Contempo Girl?
I nagle rewolucja francuska wydała mi się strasznie trywialna w zestawieniu z moją własną drogą ku tronowi. Porzuciłam podręcznik i zaczęłam grzebać w szafie w poszukiwaniu najbardziej modnych ciuchów na kolejny szkolny dzień.
The Karma Club by Jessica Brody COPYRIGHT ? 2010 by Jessica Brody. By arrangement with the author. All rights reserved COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2014 COPYRIGHT ? FOR TRANSLATION BY Dominika Repeczko, 2014
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-903-8
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT OKŁADKI Szymon Wójciak
GRAFIKA NA OKŁADCE ? CS333 / shutterstock.com
REDAKCJA Dorota Pacyńska
KOREKTA Agnieszka Pawlikowska
SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ Dariusz Nowakowski
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWEFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWOFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl