Klub Detektywów "Huragan" i zaginione kartki - Jari Mäkipää

-
Proszę czekać

Tajemnicza walentynka

Jes­se ro­zej­rzał się, by spraw­dzić, czy nikt na nie­go nie pa­trzy. Ry­so­wał wła­śnie czer­wo­ną świe­co­wą kred­ką po­dłuż­ne li­nie na ja­sno­nie­bie­skiej kart­ce. Dru­gą ręką pod­parł ni­sko opusz­czo­ną gło­wę, osła­nia­jąc kart­kę przed wzro­kiem cie­kaw­skich. Co ja­kiś czas zer­kał na ze­gar ścien­ny: jesz­cze tyl­ko dzie­sięć mi­nut do koń­ca ostat­niej lek­cji. Na szczę­ście zdą­żył już na­ry­so­wać osiem wa­len­ty­nek. Te­raz zo­sta­ła mu ta ostat­nia - ale chy­ba naj­waż­niej­sza.

Po­zo­sta­li czwar­to­kla­si­ści szko­ły w Pih­la­ky­lä rów­nież wy­trwa­le pra­co­wa­li nad swo­imi wa­len­tyn­ka­mi. Ry­so­wa­li kwia­ty, mi­sie i ser­dusz­ka. Na jed­nej z kar­tek wid­niał wiel­ki ro­żek, zwień­czo­ny tek­stem: "Je­steś jak lody: słod­ka i zim­na. Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji wa­len­ty­nek!" Ktoś inny na­ry­so­wał dwa po­marsz­czo­ne żół­wie, spa­ce­ru­ją­ce nad brze­giem mo­rza w świe­tle księ­ży­ca.

Jen­ni nie wie­dzia­ła, na co się zde­cy­do­wać. Treść kart­ki była już go­to­wa: "Mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ce Ka­ro­lii­nie speł­nie­nia ma­rzeń w dniu wa­len­ty­nek ży­czy Jen­ni". Rude wło­sy dziew­czyn­ki były zwią­za­ne w ku­cy­ki. Okrę­ca­ła je te­raz wo­kół pal­ca. Wciąż się za­sta­na­wia­ła, z cze­go Ka­ro­lii­na ucie­szy się bar­dziej: z ry­sun­ku my­szo­skocz­ków czy ze swo­jej po­do­bi­zny?

Jes­se i Jen­ni Kar­hu­ne­no­wie byli je­dy­ny­mi bliź­nia­ka­mi w ca­łej szko­le. Jen­ni uro­dzi­ła się tyl­ko o osiem mi­nut wcze­śniej, ale nie prze­sta­wa­ła trium­fo­wać z tego po­wo­du. Jes­se wpraw­dzie wy­grał z nią w szkol­nych za­wo­dach, lecz aku­rat tego dnia Jen­ni wło­ży­ła tro­chę za duże adi­da­sy. W ostat­nim cza­sie Jes­se wy­raź­nie nie mógł się po­go­dzić z fak­tem, że jego sio­stra prze­ro­sła go o dwa cen­ty­me­try. Na pew­no jesz­cze ją prze­go­ni, bo na­wet szkol­na hi­gie­nist­ka za­po­wie­dzia­ła, że bę­dzie co naj­mniej tak wy­so­ki jak tata. A tata był wy­so­ki.

Jes­se i Jen­ni nie byli zbyt do sie­bie po­dob­ni. Mama po­wie­dzia­ła kie­dyś, że obo­je odzie­dzi­czy­li po ta­cie od­sta­ją­ce uszy, ale na tym po­do­bień­stwa się koń­czy­ły. Mie­li wło­sy in­ne­go ko­lo­ru i róż­ne nosy. Jes­se miał zie­lo­ne oczy, a Jen­ni - nie­bie­skie. Na Jes­sem wi­sia­ły wszyst­kie dżin­sy, z ko­lei Jen­ni w ogó­le nie no­si­ła luź­nych rze­czy.

Wa­len­tyn­ka Jes­se­go była już pra­wie go­to­wa. Za­sta­na­wiał się tyl­ko nad od­po­wied­ni­mi ży­cze­nia­mi. Chciał na­pi­sać coś, co wpra­wia w do­bry na­strój. Ale bez żad­ne­go bez­na­dziej­ne­go sło­dze­nia.

Przed nim sie­dział Ma­tias, jego naj­lep­szy ko­le­ga. Miał ciem­ne, kłu­ją­ce wło­sy i co­dzien­nie ukła­dał je so­bie na żel. Od­wró­cił się do Jes­se­go.

- Skoń­czy­łeś już? - szep­nął, po­pra­wia­jąc opa­da­ją­ce oku­la­ry.

Jes­se bły­ska­wicz­nie za­krył kart­kę obie­ma rę­ka­mi.

- Pra­wie, jesz­cze chwi­la.

- Po­każ - po­pro­sił Ma­tias. - Chy­ba że to dla mnie?

- Yyy, tak, dla cie­bie - wy­krztu­sił Jes­se.

Ma­tias ski­nął gło­wą, uśmiech­nął się z za­do­wo­le­niem i po­wró­cił do ko­lo­ro­wa­nia swo­jej kart­ki. Jes­se­mu zro­bi­ło się przy­kro, że okła­mał naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la, ale tej wa­len­tyn­ki nie chciał po­ka­zy­wać ni­ko­mu - na­wet Ma­tia­so­wi.

Pra­cę nad kart­ka­mi prze­rwał gło­śny szum, do­bie­ga­ją­cy z gło­śni­ka wi­szą­ce­go nad ta­bli­cą. Pani Ha­apa­nie­mi ze­rwa­ła się z krze­sła i ogar­nę­ła uczniów wzro­kiem.

- Za­czy­na się ko­mu­ni­kat - ob­wie­ści­ła pi­skli­wie, wciąż pa­trząc na uczniów, jak­by chcia­ła się upew­nić, czy na pew­no wszy­scy zro­zu­mie­li, że po­win­ni te­raz słu­chać wia­do­mo­ści ze szkol­ne­go ra­dio­wę­zła. Pani Ha­apa­nie­mi była ni­ską ko­bie­tą, ale jej prze­ra­ża­ją­co su­ro­we spoj­rze­nie re­kom­pen­so­wa­ła bra­ku­ją­ce cen­ty­me­try. Mia­ła już pra­wie sześć­dzie­siąt lat, cho­ciaż na tyle nie wy­glą­da­ła. Za­wsze no­si­ła czar­ne skó­rza­ne spodnie i kurt­kę. Na szyi po­wie­wa­ła jej ja­skra­wo­po­ma­rań­czo­wa apasz­ka, któ­ra była tak dłu­ga, że pra­wie do­ty­ka­ła frędz­la­mi zie­mi. Czar­ne wło­sy na­uczy­ciel­ki, się­ga­ją­ce ra­mion, ozda­bia­ły czer­wo­ne pa­sem­ka. A jej prze­szy­wa­ją­ce spoj­rze­nie pod­kre­śla­ły spi­cza­ste, ko­cie oku­la­ry.

W szkol­nych gło­śni­kach za­szu­mia­ło jesz­cze dwa razy, po­tem ktoś wes­tchnął i za­sze­le­ścił pa­pie­ra­mi. Wresz­cie za­czął się ko­mu­ni­kat:

- Ucznio­wie szko­ły w Pih­la­ky­lä, sza­now­ne gro­no pe­da­go­gicz­ne i po­zo­sta­li pra­cow­ni­cy szko­ły. Prze­ma­wia wasz dy­rek­tor Mark­ku Ka­le­vi Vep­säläi­nen.

Dy­rek­tor miał ni­ski, nie­przy­jem­ny głos. Jes­se przy­sło­nił ucho ręką. Tro­chę po­mo­gło. Jes­se nie­spe­cjal­nie prze­pa­dał za Bro­da­czem. Ucznio­wie tak go na­zy­wa­li, bo nikt nie miał siły za­pa­mię­tać praw­dzi­we­go na­zwi­ska dy­rek­to­ra.

- Zła­ma­no za­sa­dy na­szej szko­ły - cią­gnął Bro­dacz. - Dziś rano na pierw­szej prze­rwie ktoś rzu­cał w moje okno śnież­ka­mi. Prze­cież wia­do­mo, ja­kie to nie­bez­piecz­ne. Szy­by mogą się po­tłuc. Z tego po­wo­du od­wo­łu­ję w po­nie­dzia­łek wszyst­kie prze­rwy, a mię­dzy lek­cja­mi bę­dzie­cie sie­dzieć w sa­lach i roz­wią­zy­wać za­da­nia z ma­te­ma­ty­ki.

W kla­sie roz­brzmia­ły peł­ne za­wo­du wes­tchnię­cia. Wszy­scy ob­ró­ci­li gło­wy w stro­nę bar­czy­ste­go chłop­ca sie­dzą­ce­go z tyłu. Karp­pa uśmiech­nął się i sze­ro­ko roz­ło­żył ra­mio­na, jak­by zu­peł­nie nie ro­zu­miał, o co cho­dzi. Naj­wy­raź­niej był bar­dzo za­do­wo­lo­ny, że zna­lazł się w cen­trum uwa­gi, i zda­wał się zu­peł­nie nie przej­mo­wać tym, że stra­ci po­nie­dział­ko­we prze­rwy.

- Przy­po­mi­nam jesz­cze, że w na­stęp­ny czwar­tek wszyst­kie kla­sy będą mia­ły do­dat­ko­wą kla­sów­kę z ma­te­ma­ty­ki - ogło­sił Bro­dacz i ucznio­wie wes­tchnę­li ko­lej­ny raz.

Mi­kro­fon za­zgrzy­tał. Tym ra­zem Jes­se nie mu­siał za­sła­niać uszu, bo z gło­śni­ka do­biegł zu­peł­nie inny głos.

- Okej, a te­raz prze­cho­dzi­my do cał­kiem in­nych spraw - ogło­sił we­so­ło na­uczy­ciel wu­efu, Atte Vii­ma.

Jes­se spoj­rzał na na­uczy­ciel­kę Ha­apa­nie­mi i za­uwa­żył, że w jed­nej chwi­li jej sro­gą twarz roz­pro­mie­nił cza­ru­ją­cy uśmiech. Zer­k­nął na sio­strę, sie­dzą­cą na dru­gim koń­cu kla­sy. Bliź­nia­ki pu­ści­ły do sie­bie oczko, bo już wcze­śniej od­kry­ły, że pani Ha­apa­nie­mi jest bez­na­dziej­nie za­ko­cha­na w mło­dym wu­efi­ście.

- W auli wisi te­raz skrzyn­ka na wa­len­tyn­ko­we ko­per­ty - cią­gnął Vii­ma. - Mo­że­cie do niej wrzu­cać kart­ki i li­sty. Roz­da­my je do­kład­nie za ty­dzień, w przy­szły pią­tek po po­łu­dniu, pod­czas wa­len­tyn­ko­we­go świę­ta. A więc kred­ki w łap­ki i bierz­cie się do przy­go­to­wa­nia nie­spo­dzia­nek dla wa­szych przy­ja­ciół! Do mnie rzecz ja­sna tak­że mo­że­cie wy­sy­łać kart­ki, i cze­ko­la­dę - za­koń­czył.

W kla­sie na­tych­miast za­czę­ły się peł­ne eks­cy­ta­cji roz­mo­wy na te­mat nad­cho­dzą­ce­go świę­ta. Przy­ję­cie w dniu świę­te­go Wa­len­te­go było szkol­ną tra­dy­cją. Czter­na­ste­go lu­te­go w ogó­le nie było lek­cji, wszy­scy zbie­ra­li się w auli, żeby za­ja­dać się sma­ko­ły­ka­mi, oglą­dać kla­so­we wy­stę­py i do­brze się ba­wić.

- Ci­sza! - krzyk­nę­ła pani Ha­apa­nie­mi i zno­wu prze­szy­ła uczniów świ­dru­ją­cym spoj­rze­niem. Wszy­scy po­za­my­ka­li bu­zie na kłód­ki.

- Do koń­ca lek­cji zo­sta­ły trzy mi­nu­ty - ogło­si­ła na­uczy­ciel­ka. - Do­kończ­cie te­raz swo­je kart­ki, bo nie za­mie­rzam da­wać wam na to wię­cej cza­su w przy­szłym ty­go­dniu. Przed nami jesz­cze mnó­stwo za­gad­nień z za­kre­su przy­ro­dy.

Jes­se ob­ra­cał w pal­cach czar­ny ma­zak. Wpa­try­wał się w ze­gar wi­szą­cy na ścia­nie. Co może na­pi­sać? Wska­zów­ka po­su­nę­ła się do przo­du. Wresz­cie chło­piec wy­ka­li­gra­fo­wał naj­sta­ran­niej jak po­tra­fił: "We­so­łych wa­len­ty­nek ży­czy Jes­se". Na pierw­szej stro­nie pysz­ni­ło się duże czer­wo­ne ser­ce. Jes­se zło­żył kart­kę na pół, scho­wał ją do ko­per­ty i sta­ran­nie za­kle­ił.

Na ko­per­cie na­pi­sał: "Ka­ro­lii­na Ström­berg, kla­sa IV".

Szkol­ny dzwo­nek za­brzę­czał do­no­śnie. Czwar­to­kla­si­ści ze szko­ły w Pih­la­ky­lä wy­bie­gli z sali.

Zielona skrzynka

Za­zwy­czaj każ­dy chciał wyjść ze szko­ły jak naj­szyb­ciej, ale tego dnia żad­ne­mu ucznio­wi szko­ły w Pih­la­ky­lä nie spie­szy­ło się do domu. Wszy­scy co do jed­ne­go tło­czy­li się na par­te­rze. Wiel­ką aulę wy­peł­niał szmer go­rącz­ko­wych roz­mów.

Jes­se też tam przy­szedł, żeby sta­nąć w ko­lej­ce do wa­len­tyn­ko­wej skrzyn­ki. W ręku trzy­mał plik ko­pert: na sa­mym wierz­chu bie­li­ła się ta za­adre­so­wa­na do Ma­tia­sa Aury, naj­ni­żej ukrył kart­kę dla Ka­ro­lii­ny. Skrzyn­kę, dużą i zie­lo­ną, zbu­do­wał na­uczy­ciel wu­efu, Atte Vii­ma, któ­ry stał te­raz przy niej i uśmie­chał się od ucha do ucha. Pan Vii­ma był dość wy­so­kim męż­czy­zną. Miał ja­sne pół­dłu­gie wło­sy, któ­re za­kła­dał za ucho. Przy­je­chał do szko­ły w Pih­la­ky­lä na po­cząt­ku roku, żeby uczyć wszyst­kie kla­sy wu­efu. Uczniom bar­dzo się to spodo­ba­ło - wcze­śniej za wy­cho­wa­nie fi­zycz­ne od­po­wia­dał dy­rek­tor Bro­dacz, któ­ry był zda­nia, że naj­lep­szym spor­tem, praw­dzi­wą gim­na­sty­ką dla umy­słu, jest roz­wią­zy­wa­nie do­dat­ko­wych za­dań z ma­te­ma­ty­ki.

Ma­tias prze­ci­snął się do Jes­se­go.

- Strasz­ny tłok - wy­sa­pał i wy­swo­bo­dził ple­cak spo­mię­dzy dwóch szó­sto­kla­si­stów. - Jest tu coś dla mnie? - za­py­tał, wska­zu­jąc na plik ko­pert trzy­ma­nych przez Jes­se­go.

Jes­se nie zdą­żył od­po­wie­dzieć, bo czy­jaś sil­na ręka po­pchnę­ła Ma­tia­sa na ka­mien­ną po­sadz­kę.

- Hehe, no chy­ba ci się nie wy­da­je, że ktoś bę­dzie pi­sał kart­ki dla ta­kie­go kol­cza­ste­go oku­lar­ni­ka jak ty! - za­re­cho­tał Karp­pa.

Paru pierw­szo­kla­si­stów pi­snę­ło na wi­dok Ma­tia­sa upa­da­ją­ce­go na ko­la­na. Atte Vii­ma wy­cią­gnął szy­ję, żeby doj­rzeć, co się sta­ło.

- Co się tam dzie­je? - krzyk­nął przez tłum uczniów.

- Ma­tias się po­tknął, ale już mu po­ma­gam wstać - od­po­wie­dział Karp­pa.

Zła­pał Ma­tia­sa w pa­sie, pod­niósł go i od­szedł jak­by nig­dy nic. Ma­tias po­ma­cał się po no­sie. Ka­pa­ła mu krew. Jes­se pod­niósł z pod­ło­gi oku­la­ry i po­dał je ko­le­dze. Chło­piec się­gnął me­cha­nicz­nie do kie­sze­ni po wy­mię­to­szo­ną chu­s­tecz­kę hi­gie­nicz­ną i wy­tarł krew.

- Mama obie­ca­ła, że kupi mi w ap­te­ce ja­kieś wi­ta­mi­ny. To po­dob­no po­ma­ga - po­wie­dział i na­ło­żył oku­la­ry.

- Nie przej­muj się - ode­zwał się ci­cho Jes­se.

- Nie przej­mu­ję się, tyl­ko że czę­sto mi leci krew - uzu­peł­nił Ma­tias.

- Karp­pą. Nie przej­muj się nim, to pa­lant - po­wie­dział po­waż­nie Jes­se.

Ma­tias ski­nął gło­wą i się­gnął do kie­sze­ni po dru­gą chu­s­tecz­kę.

Ko­lej­ka po­wo­li po­su­wa­ła się do przo­du. Pan Vii­ma nadal stał tuż przy skrzyn­ce i z uśmie­chem po­ma­gał wrzu­cić kart­ki każ­de­mu, kto nie mógł do niej do­się­gnąć.

- No pro­szę, a te­raz ana­na­sy z czwar­tej kla­sy - wy­szcze­rzył zęby na wi­dok Jes­se­go i Ma­tia­sa, któ­rzy wresz­cie do­tar­li do celu. Chłop­cy przy­wi­ta­li się z na­uczy­cie­lem i wrzu­ci­li do skrzyn­ki swo­je kart­ki.

- A gdzie brat, tam i sio­stra. - Vii­ma ro­ze­śmiał się na wi­dok Jen­ni, któ­ra trzy­ma­ła w dło­ni fan­ta­zyj­nie po­ko­lo­ro­wa­ną ko­per­tę. - No pro­szę, mamy tu praw­dzi­wą ar­tyst­kę - po­chwa­lił.

Jen­ni za­czer­wie­ni­ła się i szyb­ko po­zby­ła się krat­ki.

- Jes­se, wró­cę do domu na szó­stą, mama mó­wi­ła, że bę­dzie­my wte­dy jeść - po­wie­dzia­ła.

- Do­kąd idziesz? - za­py­tał Jes­se.

- Do Ka­ro­lii­ny. Bę­dzie­my sprzą­tać klat­ki my­szo­skocz­ków i wy­pu­ści­my je, żeby so­bie tro­chę po­bie­ga­ły - od­po­wie­dzia­ła.

Te­raz z ko­lei za­czer­wie­nił się Jes­se. Obok sio­stry po­ja­wi­ła się Ka­ro­lii­na Ström­berg, ich ko­le­żan­ka z kla­sy i naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka Jen­ni, a rów­no­cze­śnie cór­ka szkol­ne­go woź­ne­go, Kal­le­go Ström­ber­ga.

Mia­ła dłu­gie ciem­ne wło­sy, któ­re naj­czę­ściej spły­wa­ły jej na ra­mio­na w du­żych luź­nych lo­kach - i oczy brą­zo­we jak cze­ko­lad­ki.

- Halo, Jes­se, tu zie­mia! - za­wo­łał Ma­tias, ma­cha­jąc mu przed no­sem otwar­tą dło­nią.

Jes­se zo­rien­to­wał się, że nie może ode­rwać wzro­ku od brą­zo­wych oczu Ka­ro­lii­ny. Pró­bo­wał wy­my­ślić na­pręd­ce coś in­te­li­gent­ne­go, ale z opre­sji ura­to­wa­ła go Ka­ro­lii­na.

- Wy też mo­że­cie wpaść, je­śli ma­cie ocho­tę - ode­zwa­ła się.

Za­mru­ga­ła ocza­mi, a Jes­se znów omal nie po­grą­żył się w ma­rze­niach. Uda­ło mu się jed­nak za­cho­wać trzeź­wy umysł.

- Do­bra! One są faj­ne. Te two­je my­szy - po­wie­dział.

- To nie są my­szy, tyl­ko my­szo­skocz­ki - po­pra­wi­ła bra­ta Jen­ni i wy­krzy­wi­ła się do nie­go.

- A one tak w ogó­le je­dzą ja­kieś ży­jąt­ka? - za­in­te­re­so­wał się Jes­se.

- Moż­na im da­wać ta­kie małe mącz­nia­ki - od­po­wie­dzia­ła Ka­ro­lii­na.

- No to uwa­żaj, żeby ci Jen­ni wszyst­kich nie wy­ja­dła, ona bar­dzo lubi ro­ba­ki - za­żar­to­wał Jes­se.

- Głu­pek! To był je­den je­dy­ny raz i mia­łam wte­dy dwa lata! - pi­snę­ła Jen­ni.

Jes­se, Ka­ro­lii­na i Ma­tias wy­buch­nę­li śmie­chem. Jen­ni tak­że nie uda­ło się za­cho­wać po­wa­gi.

- Idzie­my? - za­py­ta­ła wresz­cie Ka­ro­lii­na, któ­ra ze śmie­chu mu­sia­ła otrzeć łzy.

- Uch, ja nie mogę - zmar­twił się Ma­tias. - Moi ro­dzi­ce wy­jeż­dża­ją na week­end i mu­szę iść do ciot­ki Ani­ty.

- Aha, do Ani­ty Se­ro­wej, tak? - za­py­ta­ła za śmie­chem Jen­ni.

Ma­tias ski­nął gło­wą.

Ani­ta Se­ro­wa, czy­li Ani­ta Aura, to szkol­na ku­char­ka. Prze­zwi­sko za­wdzię­cza temu, że każ­dą po­tra­wę nie­stru­dze­nie pró­bu­je do­pra­wić se­rem ple­śnio­wym. Do naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nych przy­pad­ków na­le­żał ubie­gło­rocz­ny tłu­sty czwar­tek, kie­dy to w szkol­nej sto­łów­ce po­da­no gro­chów­kę do­pra­wio­ną se­rem ple­śnio­wym, a na de­ser pącz­ki z dże­mem tru­skaw­ko­wym i se­rem ple­śnio­wym. Po tym dniu Ani­ta Se­ro­wa była zmu­szo­na zło­żyć ro­dzi­com uczniów obiet­ni­cę, że coś ta­kie­go wię­cej się nie po­wtó­rzy.

Ani­ta Se­ro­wa nie była jed­nak zło­śli­wa - prze­ciw­nie. Każ­de­go ucznia, któ­ry przy­cho­dził do sto­łów­ki po je­dze­nie, wi­ta­ła cza­ru­ją­cym uśmie­chem. Dzię­ki trwa­łej on­du­la­cji mia­ła oka­za­łą fry­zu­rę. Na twarz za­wsze na­kła­da­la moc­ny ma­ki­jaż. Cza­sa­mi, gdy mru­ga­ła, jej oczy wy­glą­da­ły tak, jak­by mia­ły z nich wy­paść ze­schnię­te grud­ki tu­szu.

Kie­dy Jes­se, Jen­ni, Ka­ro­lii­na i Ma­tias wy­cho­dzi­li ze szko­ły, usły­sze­li za ple­ca­mi czyjś ni­ski głos.

- Z dro­gi, zro­bić mi tu przej­ście - za­grzmiał ze scho­dów dy­rek­tor Bro­dacz, któ­ry prze­py­chał się przez tłum uczniów ku drzwiom. Mali pierw­szo­kla­si­ści roz­stą­pi­li się na boki, kie­dy prze­ta­czał się na­przód. Bro­dacz był du­żym, ma­syw­nym męż­czy­zną. Na nie­moż­li­wie wy­so­kie czo­ło za­cze­sy­wał po­je­dyn­cze ciem­ne wło­ski, aby za­kryć łysą czasz­kę. Miał za­rost na twa­rzy i ko­zią bród­kę.

Po szko­le krą­ży­ły naj­dziw­niej­sze opo­wie­ści o Bro­da­czu. Na po­cząt­ku każ­de­go roku szkol­ne­go ko­lej­ni pierw­szo­kla­si­ści sły­sze­li, że dy­rek­tor lubi do­ku­czać uczniom, za­my­ka­jąc ich na week­end w kla­sie, aby roz­wią­zy­wa­li słup­ki. Star­sze dzie­ci nie wie­rzy­ły już rzecz ja­sna w ta­kie hi­sto­rie, ale one tak­że bały się dy­rek­to­ra. Po szko­le krą­ży­ła plot­ka, że w ostat­nich la­tach kil­ko­ro uczniów po­szło do dy­rek­to­ra na dy­wa­nik, a po­tem już nig­dy nie wi­dzia­no ich na szkol­nych ko­ry­ta­rzach. Nikt jed­nak nie po­tra­fił po­dać imie­nia żad­ne­go ta­kie­go nie­szczę­śni­ka - a prze­cież Pih­la­ky­lä była na tyle małą miej­sco­wo­ścią, że pra­wie wszy­scy się zna­li.

Mimo że opo­wie­ści o dy­rek­to­rze były naj­pew­niej zmy­ślo­ne, wszy­scy ucznio­wie od­su­nę­li się, by zro­bić miej­sce roz­złosz­czo­ne­mu Bro­da­czo­wi. Tuż przed drzwia­mi wyj­ścio­wy­mi dy­rek­tor na­dep­nął na le­żą­cy na zie­mi ple­cak. Za­chwiał się i przez chwi­lę wy­glą­da­ło na to, że za­raz wy­lą­du­je na ka­mien­nej po­sadz­ce. W ostat­niej chwi­li uda­ło mu się od­zy­skać rów­no­wa­gę, ale tecz­ka wy­śli­zgnę­ła mu się z dło­ni i za­to­czy­ła pięk­ny łuk. Kie­dy ude­rzy­ła o zie­mię, otwo­rzy­ła się i na pod­ło­gę wy­sy­pa­ły się pli­ki kar­tek, dłu­go­pi­sy, było też kil­ka gru­bych ksią­żek i zje­dzo­ny do po­ło­wy ba­ton cze­ko­la­do­wy. Bro­dacz wpa­try­wał się w swo­je rze­czy, roz­rzu­co­ne do­oko­ła. Wszy­scy ucznio­wie za­mil­kli. Po chwi­li paru z nich ock­nę­ło się i za­czę­ło zbie­rać rze­czy. Na­wet Karp­pa po­spie­szył z po­mo­cą i za­czął zbie­rać kart­ki. Dy­rek­tor burk­nął coś pod no­sem, chwy­cił za tecz­kę i po­spie­szył na ze­wnątrz.

Ucznio­wie pa­trzy­li w mil­cze­niu za groź­nym dy­rek­to­rem. Po­nu­rą at­mos­fe­rę roz­wia­ło po­ja­wie­nie się wu­efi­sty:

- No i już po wszyst­kim! - za­wo­łał ener­gicz­nie pan Vii­ma. - Czy nikt nie za­po­mniał o wrzu­ce­niu kar­tek do skrzyn­ki?

W zie­lo­nej skrzyn­ce wy­lą­do­wa­ły ostat­nie wa­len­tyn­ki. Prze­stron­na aula po­wo­li pu­sto­sza­ła. Oży­wio­ne szme­ry stop­nio­wo się od­da­la­ły i w wy­so­kim holu za­pa­dła głu­cha ci­sza. Duża zie­lo­na skrzyn­ka po brze­gi wy­peł­ni­ła się kart­ka­mi.

Lu­to­we piąt­ko­we po­po­łu­dnie nie­po­strze­że­nie prze­szło w wie­czór. Zi­mo­we ciem­no­ści do­tar­ły do wszyst­kich szkol­nych za­ka­mar­ków. Na­gle głu­chą, czar­ną ci­szę prze­rwa­ło ci­che skrzyp­nię­cie drzwi. W mro­ku roz­brzmia­ły czy­jeś ostroż­ne kro­ki. Dwo­je błysz­czą­cych oczu przez chwi­lę wpa­try­wa­ło się ba­daw­czo w wi­szą­cą na ścia­nie skrzyn­kę. A po­tem - aulę wy­peł­nił od­głos miaż­dżą­ce­go ude­rze­nia!

Weekend w rodzinie bliźniaków

W so­bo­tę Jes­se i Jen­ni spa­li do póź­na. Obu­dzi­li się do­pie­ro wte­dy, gdy do ich po­ko­ju we­szła mama i od­su­nę­ła za­sło­ny, by wpu­ścić do po­ko­ju tro­chę zi­mo­we­go słoń­ca.

- Wsta­wać, le­niu­chy - za­ko­men­de­ro­wa­ła.

- Dzi­siaj jest so­bo­ta - pró­bo­wał się sprze­ci­wić Jes­se i na­krył gło­wę koł­drą.

- Za­raz dzie­sią­ta, a na dwo­rze jest fan­ta­stycz­na po­go­da - po­wie­dzia­ła mama. - Za chwi­lę wy­jeż­dża­my z tatą po za­ku­py. Na sto­le w kuch­ni ma­cie wszyst­ko do śnia­da­nia, schodź­cie na dół.

Nie usły­sza­ła żad­nej od­po­wie­dzi. Krę­cąc gło­wą, zbie­gła po scho­dach. Po chwi­li trza­snę­ły drzwi wyj­ścio­we i sprzed domu od­je­chał sa­mo­chód.

Jen­ni pierw­szej uda­ło się wstać z łóż­ka. Ziew­nę­ła sze­ro­ko.

- Jes­se, po­bud­ka - po­wie­dzia­ła.

- Nie je­steś moją mamą, nie mo­żesz mi nic ka­zać - burk­nął Jes­se.

- Je­stem od cie­bie star­sza o osiem mi­nut - przy­po­mnia­ła mu Jen­ni.

- Spe­cjal­nie da­łem ci się wy­prze­dzić - ziew­nął Jes­se i scho­wał gło­wę pod po­dusz­kę.

Po orzeź­wia­ją­cej bi­twie na po­dusz­ki i zje­dze­niu śnia­da­nia Jes­se i Jen­ni roz­ło­ży­li się na pod­ło­dze w sa­lo­nie. Wy­cią­gnę­li grę "Za­trąb klak­so­nem". Uwiel­bia­li ją, ale nie mo­gli w nią grać w cza­sie, kie­dy mama i tata byli w domu. Od cią­głe­go pi­sku klak­so­nu mama do­sta­wa­ła po­dob­no strasz­li­wej mi­gre­ny, a tata nie sły­szał te­le­wi­zo­ra. Dla­te­go też bliź­nia­ki wyj­mo­wa­ły swo­ją ulu­bio­ną grę za każ­dym ra­zem, kie­dy zo­sta­wa­ły w domu same. Jes­se lu­bił "Za­trąb klak­so­nem" tak­że dla­te­go, że zgod­nie z in­struk­cją grę za­wsze miał za­czy­nać naj­młod­szy za­wod­nik. Cho­ciaż raz to on miał fory!

Po po­wro­cie ze skle­pu mama za­bra­ła się do przy­go­to­wy­wa­nia ko­tle­tów. Tata ob­rał ziem­nia­ki, a po­tem pró­bo­wał prze­mknąć do sa­lo­nu. Mama nie dała się jed­nak oszu­kać, skie­ro­wa­ła go do kuch­ni i przy­ka­za­ła, aby opróż­nił zmy­war­kę. Do­pie­ro póź­niej tata mógł usiąść w swo­im ulu­bio­nym fo­te­lu. Mię­to­sił in­struk­cję ob­słu­gi. W pre­zen­cie bo­żo­na­ro­dze­nio­wym do­stał ka­me­rę wi­deo, ale cią­gle jesz­cze nie umiał się nią po­słu­gi­wać. Jes­se pró­bo­wał być cier­pli­wy i nie­stru­dze­nie tłu­ma­czył te same za­sa­dy.

- No do­bra, to jak się za­czy­na na­gry­wa­nie? - za­py­tał tata.

- Na­ci­śnij ten czer­wo­ny przy­cisk - od­po­wie­dział Jes­se po raz nie wia­do­mo któ­ry.

- Aha, no wła­śnie - przy­po­mniał so­bie tata i znów za­czął oglą­dać dzie­siąt­ki ma­łych przy­ci­sków.

Kie­dy brzu­chy ro­dzi­ny Kar­hu­ne­nów były już na­peł­nio­ne ko­tle­ta­mi i ziem­nia­ka­mi pu­rée, mama po­sta­wi­ła na sto­le dużą mi­skę z mu­sem ma­li­no­wym. Jen­ni na­kła­da­ła so­bie wła­śnie de­ser, gdy na ko­ry­ta­rzu roz­legł się po­je­dyn­czy sy­gnał ko­mór­ki.

- Do­sta­łam ese­mes - ucie­szy­ła się Jen­ni i odło­ży­ła ta­lerz. Chcia­ła już biec po te­le­fon, ale mama za­trzy­ma­ła ją ru­chem ręki.

- Stop, te­raz jemy - po­wie­dzia­ła.

- Zo­ba­czę tyl­ko szyb­ko, od kogo - po­pro­si­ła Jen­ni.

- Zdą­żysz spo­koj­nie wszyst­ko zjeść, a po­tem bę­dziesz mo­gła pójść - po­wie­dzia­ła mama.

Jen­ni spoj­rza­ła pro­szą­co na tatę, ale on nie przy­szedł jej z po­mo­cą. Na­wet nie zer­k­nął na cór­kę, tyl­ko na­kła­dał so­bie mus na ta­lerz. Kie­dy mama nie oka­za­ła li­to­ści, Jen­ni usia­dła na krze­śle i za­czę­ła w bły­ska­wicz­nym tem­pie pa­ła­szo­wać de­ser.