Klub Detektywów "Huragan" i zaginione kartki - Jari Mäkipää

Reflow text when sidebars are open.
Jesse rozejrzał się, by sprawdzić, czy nikt na niego nie patrzy. Rysował właśnie czerwoną świecową kredką podłużne linie na jasnoniebieskiej kartce. Drugą ręką podparł nisko opuszczoną głowę, osłaniając kartkę przed wzrokiem ciekawskich. Co jakiś czas zerkał na zegar ścienny: jeszcze tylko dziesięć minut do końca ostatniej lekcji. Na szczęście zdążył już narysować osiem walentynek. Teraz została mu ta ostatnia - ale chyba najważniejsza.
Pozostali czwartoklasiści szkoły w Pihlakylä również wytrwale pracowali nad swoimi walentynkami. Rysowali kwiaty, misie i serduszka. Na jednej z kartek widniał wielki rożek, zwieńczony tekstem: "Jesteś jak lody: słodka i zimna. Wszystkiego najlepszego z okazji walentynek!" Ktoś inny narysował dwa pomarszczone żółwie, spacerujące nad brzegiem morza w świetle księżyca.
Jenni nie wiedziała, na co się zdecydować. Treść kartki była już gotowa: "Mojej najlepszej przyjaciółce Karoliinie spełnienia marzeń w dniu walentynek życzy Jenni". Rude włosy dziewczynki były związane w kucyki. Okręcała je teraz wokół palca. Wciąż się zastanawiała, z czego Karoliina ucieszy się bardziej: z rysunku myszoskoczków czy ze swojej podobizny?
Jesse i Jenni Karhunenowie byli jedynymi bliźniakami w całej szkole. Jenni urodziła się tylko o osiem minut wcześniej, ale nie przestawała triumfować z tego powodu. Jesse wprawdzie wygrał z nią w szkolnych zawodach, lecz akurat tego dnia Jenni włożyła trochę za duże adidasy. W ostatnim czasie Jesse wyraźnie nie mógł się pogodzić z faktem, że jego siostra przerosła go o dwa centymetry. Na pewno jeszcze ją przegoni, bo nawet szkolna higienistka zapowiedziała, że będzie co najmniej tak wysoki jak tata. A tata był wysoki.
Jesse i Jenni nie byli zbyt do siebie podobni. Mama powiedziała kiedyś, że oboje odziedziczyli po tacie odstające uszy, ale na tym podobieństwa się kończyły. Mieli włosy innego koloru i różne nosy. Jesse miał zielone oczy, a Jenni - niebieskie. Na Jessem wisiały wszystkie dżinsy, z kolei Jenni w ogóle nie nosiła luźnych rzeczy.
Walentynka Jessego była już prawie gotowa. Zastanawiał się tylko nad odpowiednimi życzeniami. Chciał napisać coś, co wprawia w dobry nastrój. Ale bez żadnego beznadziejnego słodzenia.
Przed nim siedział Matias, jego najlepszy kolega. Miał ciemne, kłujące włosy i codziennie układał je sobie na żel. Odwrócił się do Jessego.
- Skończyłeś już? - szepnął, poprawiając opadające okulary.
Jesse błyskawicznie zakrył kartkę obiema rękami.
- Prawie, jeszcze chwila.
- Pokaż - poprosił Matias. - Chyba że to dla mnie?
- Yyy, tak, dla ciebie - wykrztusił Jesse.
Matias skinął głową, uśmiechnął się z zadowoleniem i powrócił do kolorowania swojej kartki. Jessemu zrobiło się przykro, że okłamał najlepszego przyjaciela, ale tej walentynki nie chciał pokazywać nikomu - nawet Matiasowi.
Pracę nad kartkami przerwał głośny szum, dobiegający z głośnika wiszącego nad tablicą. Pani Haapaniemi zerwała się z krzesła i ogarnęła uczniów wzrokiem.
- Zaczyna się komunikat - obwieściła piskliwie, wciąż patrząc na uczniów, jakby chciała się upewnić, czy na pewno wszyscy zrozumieli, że powinni teraz słuchać wiadomości ze szkolnego radiowęzła. Pani Haapaniemi była niską kobietą, ale jej przerażająco surowe spojrzenie rekompensowała brakujące centymetry. Miała już prawie sześćdziesiąt lat, chociaż na tyle nie wyglądała. Zawsze nosiła czarne skórzane spodnie i kurtkę. Na szyi powiewała jej jaskrawopomarańczowa apaszka, która była tak długa, że prawie dotykała frędzlami ziemi. Czarne włosy nauczycielki, sięgające ramion, ozdabiały czerwone pasemka. A jej przeszywające spojrzenie podkreślały spiczaste, kocie okulary.
W szkolnych głośnikach zaszumiało jeszcze dwa razy, potem ktoś westchnął i zaszeleścił papierami. Wreszcie zaczął się komunikat:
- Uczniowie szkoły w Pihlakylä, szanowne grono pedagogiczne i pozostali pracownicy szkoły. Przemawia wasz dyrektor Markku Kalevi Vepsäläinen.
Dyrektor miał niski, nieprzyjemny głos. Jesse przysłonił ucho ręką. Trochę pomogło. Jesse niespecjalnie przepadał za Brodaczem. Uczniowie tak go nazywali, bo nikt nie miał siły zapamiętać prawdziwego nazwiska dyrektora.
- Złamano zasady naszej szkoły - ciągnął Brodacz. - Dziś rano na pierwszej przerwie ktoś rzucał w moje okno śnieżkami. Przecież wiadomo, jakie to niebezpieczne. Szyby mogą się potłuc. Z tego powodu odwołuję w poniedziałek wszystkie przerwy, a między lekcjami będziecie siedzieć w salach i rozwiązywać zadania z matematyki.
W klasie rozbrzmiały pełne zawodu westchnięcia. Wszyscy obrócili głowy w stronę barczystego chłopca siedzącego z tyłu. Karppa uśmiechnął się i szeroko rozłożył ramiona, jakby zupełnie nie rozumiał, o co chodzi. Najwyraźniej był bardzo zadowolony, że znalazł się w centrum uwagi, i zdawał się zupełnie nie przejmować tym, że straci poniedziałkowe przerwy.
- Przypominam jeszcze, że w następny czwartek wszystkie klasy będą miały dodatkową klasówkę z matematyki - ogłosił Brodacz i uczniowie westchnęli kolejny raz.
Mikrofon zazgrzytał. Tym razem Jesse nie musiał zasłaniać uszu, bo z głośnika dobiegł zupełnie inny głos.
- Okej, a teraz przechodzimy do całkiem innych spraw - ogłosił wesoło nauczyciel wuefu, Atte Viima.
Jesse spojrzał na nauczycielkę Haapaniemi i zauważył, że w jednej chwili jej srogą twarz rozpromienił czarujący uśmiech. Zerknął na siostrę, siedzącą na drugim końcu klasy. Bliźniaki puściły do siebie oczko, bo już wcześniej odkryły, że pani Haapaniemi jest beznadziejnie zakochana w młodym wuefiście.
- W auli wisi teraz skrzynka na walentynkowe koperty - ciągnął Viima. - Możecie do niej wrzucać kartki i listy. Rozdamy je dokładnie za tydzień, w przyszły piątek po południu, podczas walentynkowego święta. A więc kredki w łapki i bierzcie się do przygotowania niespodzianek dla waszych przyjaciół! Do mnie rzecz jasna także możecie wysyłać kartki, i czekoladę - zakończył.
W klasie natychmiast zaczęły się pełne ekscytacji rozmowy na temat nadchodzącego święta. Przyjęcie w dniu świętego Walentego było szkolną tradycją. Czternastego lutego w ogóle nie było lekcji, wszyscy zbierali się w auli, żeby zajadać się smakołykami, oglądać klasowe występy i dobrze się bawić.
- Cisza! - krzyknęła pani Haapaniemi i znowu przeszyła uczniów świdrującym spojrzeniem. Wszyscy pozamykali buzie na kłódki.
- Do końca lekcji zostały trzy minuty - ogłosiła nauczycielka. - Dokończcie teraz swoje kartki, bo nie zamierzam dawać wam na to więcej czasu w przyszłym tygodniu. Przed nami jeszcze mnóstwo zagadnień z zakresu przyrody.
Jesse obracał w palcach czarny mazak. Wpatrywał się w zegar wiszący na ścianie. Co może napisać? Wskazówka posunęła się do przodu. Wreszcie chłopiec wykaligrafował najstaranniej jak potrafił: "Wesołych walentynek życzy Jesse". Na pierwszej stronie pyszniło się duże czerwone serce. Jesse złożył kartkę na pół, schował ją do koperty i starannie zakleił.
Na kopercie napisał: "Karoliina Strömberg, klasa IV".
Szkolny dzwonek zabrzęczał donośnie. Czwartoklasiści ze szkoły w Pihlakylä wybiegli z sali.
Zazwyczaj każdy chciał wyjść ze szkoły jak najszybciej, ale tego dnia żadnemu uczniowi szkoły w Pihlakylä nie spieszyło się do domu. Wszyscy co do jednego tłoczyli się na parterze. Wielką aulę wypełniał szmer gorączkowych rozmów.
Jesse też tam przyszedł, żeby stanąć w kolejce do walentynkowej skrzynki. W ręku trzymał plik kopert: na samym wierzchu bieliła się ta zaadresowana do Matiasa Aury, najniżej ukrył kartkę dla Karoliiny. Skrzynkę, dużą i zieloną, zbudował nauczyciel wuefu, Atte Viima, który stał teraz przy niej i uśmiechał się od ucha do ucha. Pan Viima był dość wysokim mężczyzną. Miał jasne półdługie włosy, które zakładał za ucho. Przyjechał do szkoły w Pihlakylä na początku roku, żeby uczyć wszystkie klasy wuefu. Uczniom bardzo się to spodobało - wcześniej za wychowanie fizyczne odpowiadał dyrektor Brodacz, który był zdania, że najlepszym sportem, prawdziwą gimnastyką dla umysłu, jest rozwiązywanie dodatkowych zadań z matematyki.
Matias przecisnął się do Jessego.
- Straszny tłok - wysapał i wyswobodził plecak spomiędzy dwóch szóstoklasistów. - Jest tu coś dla mnie? - zapytał, wskazując na plik kopert trzymanych przez Jessego.
Jesse nie zdążył odpowiedzieć, bo czyjaś silna ręka popchnęła Matiasa na kamienną posadzkę.
- Hehe, no chyba ci się nie wydaje, że ktoś będzie pisał kartki dla takiego kolczastego okularnika jak ty! - zarechotał Karppa.
Paru pierwszoklasistów pisnęło na widok Matiasa upadającego na kolana. Atte Viima wyciągnął szyję, żeby dojrzeć, co się stało.
- Co się tam dzieje? - krzyknął przez tłum uczniów.
- Matias się potknął, ale już mu pomagam wstać - odpowiedział Karppa.
Złapał Matiasa w pasie, podniósł go i odszedł jakby nigdy nic. Matias pomacał się po nosie. Kapała mu krew. Jesse podniósł z podłogi okulary i podał je koledze. Chłopiec sięgnął mechanicznie do kieszeni po wymiętoszoną chusteczkę higieniczną i wytarł krew.
- Mama obiecała, że kupi mi w aptece jakieś witaminy. To podobno pomaga - powiedział i nałożył okulary.
- Nie przejmuj się - odezwał się cicho Jesse.
- Nie przejmuję się, tylko że często mi leci krew - uzupełnił Matias.
- Karppą. Nie przejmuj się nim, to palant - powiedział poważnie Jesse.
Matias skinął głową i sięgnął do kieszeni po drugą chusteczkę.
Kolejka powoli posuwała się do przodu. Pan Viima nadal stał tuż przy skrzynce i z uśmiechem pomagał wrzucić kartki każdemu, kto nie mógł do niej dosięgnąć.
- No proszę, a teraz ananasy z czwartej klasy - wyszczerzył zęby na widok Jessego i Matiasa, którzy wreszcie dotarli do celu. Chłopcy przywitali się z nauczycielem i wrzucili do skrzynki swoje kartki.
- A gdzie brat, tam i siostra. - Viima roześmiał się na widok Jenni, która trzymała w dłoni fantazyjnie pokolorowaną kopertę. - No proszę, mamy tu prawdziwą artystkę - pochwalił.
Jenni zaczerwieniła się i szybko pozbyła się kratki.
- Jesse, wrócę do domu na szóstą, mama mówiła, że będziemy wtedy jeść - powiedziała.
- Dokąd idziesz? - zapytał Jesse.
- Do Karoliiny. Będziemy sprzątać klatki myszoskoczków i wypuścimy je, żeby sobie trochę pobiegały - odpowiedziała.
Teraz z kolei zaczerwienił się Jesse. Obok siostry pojawiła się Karoliina Strömberg, ich koleżanka z klasy i najlepsza przyjaciółka Jenni, a równocześnie córka szkolnego woźnego, Kallego Strömberga.
Miała długie ciemne włosy, które najczęściej spływały jej na ramiona w dużych luźnych lokach - i oczy brązowe jak czekoladki.
- Halo, Jesse, tu ziemia! - zawołał Matias, machając mu przed nosem otwartą dłonią.
Jesse zorientował się, że nie może oderwać wzroku od brązowych oczu Karoliiny. Próbował wymyślić naprędce coś inteligentnego, ale z opresji uratowała go Karoliina.
- Wy też możecie wpaść, jeśli macie ochotę - odezwała się.
Zamrugała oczami, a Jesse znów omal nie pogrążył się w marzeniach. Udało mu się jednak zachować trzeźwy umysł.
- Dobra! One są fajne. Te twoje myszy - powiedział.
- To nie są myszy, tylko myszoskoczki - poprawiła brata Jenni i wykrzywiła się do niego.
- A one tak w ogóle jedzą jakieś żyjątka? - zainteresował się Jesse.
- Można im dawać takie małe mączniaki - odpowiedziała Karoliina.
- No to uważaj, żeby ci Jenni wszystkich nie wyjadła, ona bardzo lubi robaki - zażartował Jesse.
- Głupek! To był jeden jedyny raz i miałam wtedy dwa lata! - pisnęła Jenni.
Jesse, Karoliina i Matias wybuchnęli śmiechem. Jenni także nie udało się zachować powagi.
- Idziemy? - zapytała wreszcie Karoliina, która ze śmiechu musiała otrzeć łzy.
- Uch, ja nie mogę - zmartwił się Matias. - Moi rodzice wyjeżdżają na weekend i muszę iść do ciotki Anity.
- Aha, do Anity Serowej, tak? - zapytała za śmiechem Jenni.
Matias skinął głową.
Anita Serowa, czyli Anita Aura, to szkolna kucharka. Przezwisko zawdzięcza temu, że każdą potrawę niestrudzenie próbuje doprawić serem pleśniowym. Do najbardziej dramatycznych przypadków należał ubiegłoroczny tłusty czwartek, kiedy to w szkolnej stołówce podano grochówkę doprawioną serem pleśniowym, a na deser pączki z dżemem truskawkowym i serem pleśniowym. Po tym dniu Anita Serowa była zmuszona złożyć rodzicom uczniów obietnicę, że coś takiego więcej się nie powtórzy.
Anita Serowa nie była jednak złośliwa - przeciwnie. Każdego ucznia, który przychodził do stołówki po jedzenie, witała czarującym uśmiechem. Dzięki trwałej ondulacji miała okazałą fryzurę. Na twarz zawsze nakładala mocny makijaż. Czasami, gdy mrugała, jej oczy wyglądały tak, jakby miały z nich wypaść zeschnięte grudki tuszu.
Kiedy Jesse, Jenni, Karoliina i Matias wychodzili ze szkoły, usłyszeli za plecami czyjś niski głos.
- Z drogi, zrobić mi tu przejście - zagrzmiał ze schodów dyrektor Brodacz, który przepychał się przez tłum uczniów ku drzwiom. Mali pierwszoklasiści rozstąpili się na boki, kiedy przetaczał się naprzód. Brodacz był dużym, masywnym mężczyzną. Na niemożliwie wysokie czoło zaczesywał pojedyncze ciemne włoski, aby zakryć łysą czaszkę. Miał zarost na twarzy i kozią bródkę.
Po szkole krążyły najdziwniejsze opowieści o Brodaczu. Na początku każdego roku szkolnego kolejni pierwszoklasiści słyszeli, że dyrektor lubi dokuczać uczniom, zamykając ich na weekend w klasie, aby rozwiązywali słupki. Starsze dzieci nie wierzyły już rzecz jasna w takie historie, ale one także bały się dyrektora. Po szkole krążyła plotka, że w ostatnich latach kilkoro uczniów poszło do dyrektora na dywanik, a potem już nigdy nie widziano ich na szkolnych korytarzach. Nikt jednak nie potrafił podać imienia żadnego takiego nieszczęśnika - a przecież Pihlakylä była na tyle małą miejscowością, że prawie wszyscy się znali.
Mimo że opowieści o dyrektorze były najpewniej zmyślone, wszyscy uczniowie odsunęli się, by zrobić miejsce rozzłoszczonemu Brodaczowi. Tuż przed drzwiami wyjściowymi dyrektor nadepnął na leżący na ziemi plecak. Zachwiał się i przez chwilę wyglądało na to, że zaraz wyląduje na kamiennej posadzce. W ostatniej chwili udało mu się odzyskać równowagę, ale teczka wyślizgnęła mu się z dłoni i zatoczyła piękny łuk. Kiedy uderzyła o ziemię, otworzyła się i na podłogę wysypały się pliki kartek, długopisy, było też kilka grubych książek i zjedzony do połowy baton czekoladowy. Brodacz wpatrywał się w swoje rzeczy, rozrzucone dookoła. Wszyscy uczniowie zamilkli. Po chwili paru z nich ocknęło się i zaczęło zbierać rzeczy. Nawet Karppa pospieszył z pomocą i zaczął zbierać kartki. Dyrektor burknął coś pod nosem, chwycił za teczkę i pospieszył na zewnątrz.
Uczniowie patrzyli w milczeniu za groźnym dyrektorem. Ponurą atmosferę rozwiało pojawienie się wuefisty:
- No i już po wszystkim! - zawołał energicznie pan Viima. - Czy nikt nie zapomniał o wrzuceniu kartek do skrzynki?
W zielonej skrzynce wylądowały ostatnie walentynki. Przestronna aula powoli pustoszała. Ożywione szmery stopniowo się oddalały i w wysokim holu zapadła głucha cisza. Duża zielona skrzynka po brzegi wypełniła się kartkami.
Lutowe piątkowe popołudnie niepostrzeżenie przeszło w wieczór. Zimowe ciemności dotarły do wszystkich szkolnych zakamarków. Nagle głuchą, czarną ciszę przerwało ciche skrzypnięcie drzwi. W mroku rozbrzmiały czyjeś ostrożne kroki. Dwoje błyszczących oczu przez chwilę wpatrywało się badawczo w wiszącą na ścianie skrzynkę. A potem - aulę wypełnił odgłos miażdżącego uderzenia!
W sobotę Jesse i Jenni spali do późna. Obudzili się dopiero wtedy, gdy do ich pokoju weszła mama i odsunęła zasłony, by wpuścić do pokoju trochę zimowego słońca.
- Wstawać, leniuchy - zakomenderowała.
- Dzisiaj jest sobota - próbował się sprzeciwić Jesse i nakrył głowę kołdrą.
- Zaraz dziesiąta, a na dworze jest fantastyczna pogoda - powiedziała mama. - Za chwilę wyjeżdżamy z tatą po zakupy. Na stole w kuchni macie wszystko do śniadania, schodźcie na dół.
Nie usłyszała żadnej odpowiedzi. Kręcąc głową, zbiegła po schodach. Po chwili trzasnęły drzwi wyjściowe i sprzed domu odjechał samochód.
Jenni pierwszej udało się wstać z łóżka. Ziewnęła szeroko.
- Jesse, pobudka - powiedziała.
- Nie jesteś moją mamą, nie możesz mi nic kazać - burknął Jesse.
- Jestem od ciebie starsza o osiem minut - przypomniała mu Jenni.
- Specjalnie dałem ci się wyprzedzić - ziewnął Jesse i schował głowę pod poduszkę.
Po orzeźwiającej bitwie na poduszki i zjedzeniu śniadania Jesse i Jenni rozłożyli się na podłodze w salonie. Wyciągnęli grę "Zatrąb klaksonem". Uwielbiali ją, ale nie mogli w nią grać w czasie, kiedy mama i tata byli w domu. Od ciągłego pisku klaksonu mama dostawała podobno straszliwej migreny, a tata nie słyszał telewizora. Dlatego też bliźniaki wyjmowały swoją ulubioną grę za każdym razem, kiedy zostawały w domu same. Jesse lubił "Zatrąb klaksonem" także dlatego, że zgodnie z instrukcją grę zawsze miał zaczynać najmłodszy zawodnik. Chociaż raz to on miał fory!
Po powrocie ze sklepu mama zabrała się do przygotowywania kotletów. Tata obrał ziemniaki, a potem próbował przemknąć do salonu. Mama nie dała się jednak oszukać, skierowała go do kuchni i przykazała, aby opróżnił zmywarkę. Dopiero później tata mógł usiąść w swoim ulubionym fotelu. Miętosił instrukcję obsługi. W prezencie bożonarodzeniowym dostał kamerę wideo, ale ciągle jeszcze nie umiał się nią posługiwać. Jesse próbował być cierpliwy i niestrudzenie tłumaczył te same zasady.
- No dobra, to jak się zaczyna nagrywanie? - zapytał tata.
- Naciśnij ten czerwony przycisk - odpowiedział Jesse po raz nie wiadomo który.
- Aha, no właśnie - przypomniał sobie tata i znów zaczął oglądać dziesiątki małych przycisków.
Kiedy brzuchy rodziny Karhunenów były już napełnione kotletami i ziemniakami purée, mama postawiła na stole dużą miskę z musem malinowym. Jenni nakładała sobie właśnie deser, gdy na korytarzu rozległ się pojedynczy sygnał komórki.
- Dostałam esemes - ucieszyła się Jenni i odłożyła talerz. Chciała już biec po telefon, ale mama zatrzymała ją ruchem ręki.
- Stop, teraz jemy - powiedziała.
- Zobaczę tylko szybko, od kogo - poprosiła Jenni.
- Zdążysz spokojnie wszystko zjeść, a potem będziesz mogła pójść - powiedziała mama.
Jenni spojrzała prosząco na tatę, ale on nie przyszedł jej z pomocą. Nawet nie zerknął na córkę, tylko nakładał sobie mus na talerz. Kiedy mama nie okazała litości, Jenni usiadła na krześle i zaczęła w błyskawicznym tempie pałaszować deser.