Kłopoty w raju. Od końca historii do końca kapitalizmu - Slavoj Žižek

-
Proszę czekać

PRZED­MOWA DO POL­SKIEGO WYDA­NIA

Dla lewicy, która ma odwagę uży­wać swo­jego imie­nia

Coraz wię­cej zna­ków wska­zuje na to, że potrze­bu­jemy per­spek­tywy komu­ni­stycz­nej. Zwo­len­nicy obec­nego porządku lubią mówić o końcu socja­li­stycz­nego snu, bo każda próba jego reali­za­cji zamie­niła się w kosz­mar (tylko spójrz­cie, co się dzieje w Wene­zu­eli!). Jed­no­cze­śnie wszę­dzie dostrze­gamy objawy nara­sta­ją­cej paniki: jak mamy sobie pora­dzić z glo­bal­nym ocie­ple­niem, z zagro­że­niem cyfrową kon­trolą naszego życia, z napły­wem uchodź­ców... Mówiąc krótko - ze skut­kami kapi­ta­li­stycz­nego triumfu. Nie ma tu nie­spo­dzianki: kiedy kapi­ta­lizm wygrywa, nastę­puje inten­sy­fi­ka­cja jego wewnętrz­nych sprzecz­no­ści.

Wokół nas pełno jest oznak postę­pu­ją­cego sza­leń­stwa anty­oświe­ce­nio­wego. W Kosza­li­nie trzech księży kato­lic­kich spa­liło książki, które ich zda­niem pro­mują magię, w tym jedną z powie­ści o Har­rym Pot­te­rze. Pod­czas cere­mo­nii, którą sfo­to­gra­fo­wali i opu­bli­ko­wali na Face­bo­oku, wynie­śli dzieła z kościoła, usta­wili je na zewnątrz, roz­pa­lili ogni­sko i zaczęli się modlić, obser­wo­wani przez nie­wielką grupę ludzi1. Niby odosob­niony incy­dent, ale jeśli umie­ścimy go obok innych podob­nych wyda­rzeń, doj­rzymy wyraźny wzór anty­oświe­ce­niowy. Weźmy 106. Indyj­ski Kon­gres Naukowy w Pen­dża­bie (ze stycz­nia 2019 roku), pod­czas któ­rego lokalni naukowcy wysu­nęli wiele twier­dzeń, oto kilka przy­kła­dów: Kau­rava uro­dzili się dzięki tech­no­lo­gii komó­rek macie­rzy­stych; bóg Rama uży­wał "aśtry" i "śastry", gdy bóg Wisznu rzu­cił swoją Sudar­śa­na­ća­krą, aby ści­gała namie­rzone cele - co poka­zuje, że nauka o napro­wa­dza­nych poci­skach odrzu­to­wych ist­niała w Indiach tysiące lat temu; Rawana nie tylko posia­dał pusz­pakę-wimanę, ale też miał dwa­dzie­ścia cztery typy samo­lo­tów i lot­ni­ska na Lance; fizyka teo­re­tyczna (w tym teo­rie New­tona i Ein­ste­ina) jest cał­ko­wi­cie błędna, fale gra­wi­ta­cyjne zostaną prze­mia­no­wane na fale Naren­dry Modiego, a efekt soczew­ko­wa­nia gra­wi­ta­cyjnego zosta­nie prze­mia­no­wany na efekt Hashvar­dhana; Brahm? odkrył ist­nie­nie dino­zau­rów na Ziemi i wspo­mniał o nich w Wedach2. Jest to rów­nież spo­sób na walkę z pozo­sta­ło­ściami zachod­niego kolo­nia­li­zmu, z kolei pale­nie ksią­żek w Pol­sce można postrze­gać jako rodzaj sprze­ciwu wobec zachod­niego kon­sump­cjo­ni­zmu... Połą­cze­nie tych dwóch przy­kła­dów, jed­nego z hin­du­skich Indii, a dru­giego z chrze­ści­jań­skiej Europy, poka­zuje, że mamy do czy­nie­nia ze zja­wi­skiem glo­bal­nym.

Coraz bar­dziej pogrą­żamy się w tym sza­leń­stwie, które bez pro­blemu współ­ist­nieje z kwit­ną­cym ryn­kiem świa­to­wym, a tym­cza­sem nad­cho­dzi praw­dziwy kry­zys. W stycz­niu 2019 roku mię­dzy­na­ro­dowy zespół naukow­ców zapro­po­no­wał "dietę, która może popra­wić zdro­wie, a jed­no­cze­śnie wspo­móc zrów­no­wa­żoną pro­duk­cję żyw­no­ści w celu zmniej­sze­nia dal­szych szkód wyrzą­dza­nych pla­ne­cie. Ta zdrowa dieta pla­ne­tarna polega na zmniej­sze­niu o połowę spo­ży­cia czer­wo­nego mięsa i cukru oraz zwięk­sze­niu spo­ży­cia owo­ców, warzyw i orze­chów"3. Mówimy o rady­kal­nej zmia­nie całej sieci pro­duk­cji i dys­try­bu­cji żyw­no­ści. Jak to zro­bić? "Raport suge­ruje pięć stra­te­gii, które mają pomóc ludziom zmie­nić dietę i wes­przeć w ten spo­sób Zie­mię: zachę­ca­nie do zdrow­szego odży­wia­nia, opar­cie pro­duk­cji na bar­dziej róż­no­rod­nych upra­wach, więk­sza dba­łość o zrów­no­wa­żony roz­wój rol­nic­twa, surow­sze zasady doty­czące zarzą­dza­nia oce­anami i gle­bami, a także walka z mar­no­wa­niem żyw­no­ści". Dobrze, ale - ponow­nie - jak to zro­bić? Czy nie jest jasne, że potrze­bu­jemy sil­nej ogól­no­świa­to­wej agen­cji, mają­cej upraw­nie­nia do koor­dy­no­wa­nia takich roz­wią­zań? Czy taka agen­cja nie kie­ruje nas w stronę cze­goś, co nazwa­li­śmy kie­dyś "komu­ni­zmem"? I czy tego samego nie dałoby się powie­dzieć na temat innych zagro­żeń dla ludz­ko­ści? Czy glo­balna agen­cja nie jest rów­nież potrzebna, aby pora­dzić sobie z pro­ble­mem nara­sta­ją­cej fali uchodź­ców i imi­gran­tów bądź z pro­ble­mem cyfro­wej kon­troli nad naszym życiem?

Potrze­bu­jemy inter­wen­cji komu­ni­stycz­nych, ponie­waż nasz los nie jest jesz­cze roz­strzy­gnięty - nie w tym pro­stym sen­sie, że wciąż mamy jakiś wybór, ale w bar­dziej rady­kal­nym zna­cze­niu decy­do­wa­nia o wła­snym przezna­cze­niu. Zgod­nie ze stan­dar­do­wym poglą­dem prze­szłość jest usta­lona, co się stało, to się nie odsta­nie, przy­szłość jest zaś otwarta, zależy od nie­prze­wi­dzia­nych zda­rzeń loso­wych. Powin­ni­śmy zapro­po­no­wać odwró­ce­nie tego stan­dar­do­wego poglądu: prze­szłość jest otwarta na retro­ak­tywne rein­ter­pre­ta­cje, pod­czas gdy przy­szłość jest zamknięta, ponie­waż żyjemy w deter­mi­ni­stycz­nym wszech­świe­cie. To nie zna­czy, że nie możemy zmie­nić biegu histo­rii; rzecz w tym, że aby zmie­nić naszą przy­szłość, powin­ni­śmy naj­pierw (nie "zro­zu­mieć", ale) zmie­nić naszą prze­szłość, zre­in­ter­pre­to­wać ją w taki spo­sób, by otwie­rała się na inną przy­szłość niż ta suge­ro­wana przez domi­nu­jącą wizję prze­szło­ści.

Czy doj­dzie do kolej­nej wojny świa­to­wej? Odpo­wiedź może być tylko para­dok­salna: Jeżeli wybuch­nie nowa wojna, będzie ona konieczna. Tak działa histo­ria - na zasa­dzie dziw­nego odwró­ce­nia opi­sa­nego przez Jean-Pierre'a Dupuya: "jeśli docho­dzi do wyjąt­ko­wego wyda­rze­nia, na przy­kład do kata­strofy, nie mogło do niego nie dojść; nie­mniej jed­nak, jeśli jesz­cze do niego nie doszło, to nie jest ono nie­unik­nione. Tak więc to reali­za­cja wyda­rze­nia - fakt, że zacho­dzi - two­rzy retro­ak­tyw­nie jego koniecz­ność"4. To samo doty­czy nowej wojny świa­to­wej: kiedy kon­flikt wybuch­nie (mię­dzy USA i Ira­nem, mię­dzy Chi­nami i Taj­wa­nem), okaże się konieczny, to zna­czy, że będziemy auto­ma­tycz­nie inter­pre­to­wać prze­szłość jako wiele przy­czyn z koniecz­no­ści pro­wa­dzą­cych do wybu­chu kon­fliktu. Jeśli nie doj­dzie do star­cia, zin­ter­pre­tu­jemy histo­rię tak, jak to robimy obec­nie z zimną wojną: jako serię nie­bez­piecz­nych momen­tów, w trak­cie któ­rych unik­nięto kata­strofy, ponie­waż obie strony były świa­dome śmier­tel­nych kon­se­kwen­cji glo­bal­nego kon­fliktu (mamy dziś wielu inter­pre­ta­to­rów, któ­rzy twier­dzą, że ni­gdy nie było rze­czy­wi­stego nie­bez­pie­czeń­stwa wybu­chu III wojny świa­to­wej, obie strony tylko stra­szyły się nawza­jem). To na tym głęb­szym pozio­mie potrzebne są inter­wen­cje komu­ni­styczne.

Ci, któ­rych ta argu­men­ta­cja nie prze­ko­nuje, powinni spoj­rzeć na pożary nisz­czące lasy ama­zoń­skie. Gdy temat znik­nął z nagłów­ków, dowie­dzie­li­śmy się, że dwa dni po tym, jak rząd zaka­zał umyśl­nego spa­la­nia lasów, w Bra­zy­lii wybu­chło pra­wie cztery tysiące nowych poża­rów. Te liczby są alar­mu­jące: czy naprawdę zmie­rzamy w stronę zbio­ro­wego samo­bój­stwa? Nisz­cząc ama­zoń­skie lasy desz­czowe, Bra­zy­lij­czycy zabi­jają "płuca Ziemi"... Ale jeśli chcemy sta­wić czoła poważ­nym zagro­że­niom dla naszego śro­do­wi­ska, powin­ni­śmy uni­kać takich szyb­kich eks­tra­po­la­cji, które fascy­nują naszą wyobraź­nię. Dwie lub trzy dekady temu wszy­scy w Euro­pie mówili o Wald­ster­ben, umie­ra­niu lasów, temat był na okład­kach popu­lar­nych tygo­dni­ków. Cho­dziło o sza­cunki, że w ciągu połowy wieku Europa pozo­sta­nie bez lasów... a dziś jest zale­siona bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek w XX wieku, my uświa­da­miamy sobie zaś inne nie­bez­pie­czeń­stwa, na przy­kład to, co dzieje się w głę­bi­nach oce­anów. Musimy trak­to­wać zagro­że­nia eko­lo­giczne bar­dzo poważ­nie, ale powin­ni­śmy pamię­tać, że ana­lizy i pro­gnozy w tej dzie­dzi­nie są nie­pewne - będziemy wie­dzieć, co się dzieje na pewno, dopiero wtedy, gdy będzie już za późno. Szyb­kie eks­tra­po­la­cje dają argu­ment tylko tym, któ­rzy negują glo­balne ocie­ple­nie, dla­tego powin­ni­śmy za wszelką cenę uni­kać pułapki "eko­lo­gii stra­chu", pochop­nej cho­ro­bli­wej fascy­na­cji nad­cho­dzącą kata­strofą.

Eko­lo­gia stra­chu ma szansę stać się domi­nu­jącą formą ide­olo­gii glo­bal­nego kapi­ta­li­zmu, nowym opium dla mas, zastę­pu­jąc upa­da­jącą reli­gię: przej­muje bowiem pod­sta­wową funk­cję sta­rej reli­gii - usta­na­wia nie­kwe­stio­no­wany auto­ry­tet, który może narzu­cać ogra­ni­cze­nia. Lek­cja wbi­jana nam do głów przez ten rodzaj eko­lo­gii doty­czy naszej skoń­czo­no­ści: jeste­śmy tylko jed­nym z wielu gatun­ków na Ziemi, osa­dzo­nym w bios­fe­rze, która znacz­nie prze­kra­cza nasz hory­zont. Korzy­sta­jąc z zaso­bów natu­ral­nych, zapo­ży­czamy się w przy­szło­ści, dla­tego należy trak­to­wać Zie­mię z sza­cun­kiem, jako Świę­tość, jako coś, co nie powinno być odsło­nięte, lecz pozo­stać na zawsze Tajem­nicą, potęgą, któ­rej trzeba zaufać, a nie pod­da­wać domi­na­cji. Cho­ciaż nie potra­fimy w pełni zapa­no­wać nad naszą bios­ferą, to nie­stety możemy ją popsuć, zabu­rzyć jej rów­no­wagę, tak że straci ona w końcu cier­pli­wość i się nas pozbę­dzie. Dla­tego choć eko­lo­dzy cały czas doma­gają się rady­kal­nej zmiany naszego stylu życia, to u pod­staw tego żąda­nia leży jego sprzecz­ność - głę­boka nie­uf­ność wobec zmian, roz­woju, postępu: każde rady­kale prze­obra­że­nie świata może mieć nie­za­mie­rzoną kon­se­kwen­cję w postaci wywo­ła­nia kata­strofy.

Ten pro­blem jest jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wany. Nawet gdy stwier­dzimy, że jeste­śmy gotowi przy­jąć na sie­bie odpo­wie­dzial­ność za kata­strofy eko­lo­giczne, nasza goto­wość może się oka­zać zawiłą stra­te­gią uni­ka­nia pod­ję­cia real­nych dzia­łań i akcep­ta­cji praw­dzi­wych roz­mia­rów zagro­że­nia. Jest ona bowiem zwod­ni­czo uspo­ka­ja­jąca: lubimy być winni, ponie­waż jeśli jeste­śmy winni, to wszystko zależy od nas, to my pocią­gamy za sznurki kata­strofy, więc cią­gle mamy szansę się ura­to­wać, wystar­czy zmie­nić nasze życie. Naprawdę trudne (przy­naj­mniej dla nas, na Zacho­dzie) jest uzna­nie, że odgry­wamy rolę bier­nego i bez­sil­nego obser­wa­tora, który może tylko sie­dzieć i patrzeć, jaki będzie jego los. Chcąc unik­nąć takiej sytu­acji, mamy skłon­ność do odda­wa­nia się obse­syj­nym aktyw­no­ściom: recy­klin­gowi, kupo­wa­niu żyw­no­ści eko­lo­gicznej, robie­niu cze­go­kol­wiek, byle mieć pew­ność, że dzia­łamy, że mamy swój wkład w walkę - niczym kibic pił­kar­ski, który wspiera swoją dru­żynę przed tele­wi­zo­rem, krzy­cząc i ska­cząc, w prze­sąd­nym prze­ko­na­niu, że wpły­nie to jakoś na wynik...

To prawda, że typową formą wypar­cia pro­ble­mów eko­lo­gicz­nych jest: "Wiem bar­dzo dobrze (że wszy­scy jeste­śmy zagro­żeni), ale tak naprawdę w to nie wie­rzę (więc nie jestem gotowy na poważne dzia­ła­nia, jak zmiana spo­sobu życia)". Ale ist­nieje rów­nież odwrotna forma wypar­cia: "Wiem bar­dzo dobrze, że tak naprawdę nie potra­fię wpły­nąć na pro­ces, który może dopro­wa­dzić do mojej ruiny (jak wybuch wul­kanu), ale jest to dla mnie zbyt trau­ma­tyczne do zaak­cep­to­wa­nia, więc nie potra­fię się oprzeć poku­sie zro­bie­nia cze­goś, nawet jeśli wiem, że osta­tecz­nie nie ma to zna­cze­nia...". Czy to nie z tego samego powodu kupu­jemy żyw­ność eko­lo­giczną? Kto naprawdę wie­rzy, że na wpół zgniłe i dro­gie "orga­niczne" jabłka są rze­czy­wi­ście zdrow­sze? Cho­dzi o to, że kupu­jąc je, doko­nu­jemy cze­goś wię­cej niż zakupu i kon­sump­cji pro­duktu - robimy coś zna­czą­cego, poka­zu­jemy naszą tro­skę i glo­balną świa­do­mość, uczest­ni­czymy w dużym zbio­ro­wym pro­jek­cie...

Domi­nu­jąca ide­olo­gia eko­lo­giczna trak­tuje nas jako a priori win­nych, zadłu­żo­nych u matki natury, pod stałą pre­sją super­ego, które zwraca się do nas jako do jed­no­stek: "Co dzi­siaj zro­bi­łeś, aby spła­cić swój dług wobec natury? Czy umie­ści­łeś wszyst­kie gazety w odpo­wied­nim koszu? A butelki po piwie i puszki po coli? Czy korzy­sta­łeś z samo­chodu, kiedy mogłeś wybrać rower lub trans­port publiczny? Czy uży­wa­łeś kli­ma­ty­za­cji, zamiast otwo­rzyć okno?". Łatwo dostrzec ide­olo­giczną stawkę tej indy­wi­du­ali­za­cji: jestem tak zaafe­ro­wany spraw­dza­niem samego sie­bie, że nie zadaję o wiele waż­niej­szych pytań glo­bal­nych, które doty­czą całej naszej cywi­li­za­cji prze­my­sło­wej.

Eko­lo­gia łatwo pod­daje się misty­fi­ka­cjom ide­olo­gicz­nym: może stać się pre­tek­stem do obsku­ranc­kiego New Age (wychwa­la­ją­cego przed­no­wo­cze­sne "para­dyg­maty" itp.) lub do neo­ko­lo­nia­li­zmu (pre­ten­sje pierw­szego świata, że szybki roz­wój kra­jów trze­ciego świata, takich jak Bra­zy­lia czy Chiny, zagraża nam wszyst­kim); może stać się rów­nież sprawą honoru "zie­lo­nych kapi­ta­li­stów" (kupuj zie­lono, prze­twa­rzaj... tak jakby wzię­cie pod uwagę eko­lo­gii miało uspra­wie­dli­wić kapi­ta­li­styczny wyzysk). Wszyst­kie te napię­cia obja­wiły się w reak­cjach na ostat­nie pożary lasów ama­zoń­skich. Ist­nieje pięć głów­nych stra­te­gii zaciem­nia­nia praw­dzi­wych roz­mia­rów zagro­że­nia eko­lo­gicz­nego: (1) pro­sta igno­ran­cja: to zja­wi­sko mar­gi­nalne, nie­warte naszej uwagi, życie toczy się dalej, natura zaj­mie się sobą; (2) nauka i tech­no­lo­gia mogą nas ura­to­wać; (3) rynek się tym zaj­mie (wyż­sze opo­dat­ko­wa­nie zanie­czysz­czeń itp.); (4) pre­sja super­ego na oso­bi­stą odpo­wie­dzial­ność zamiast na dzia­ła­nia sys­te­mowe: każdy z nas powi­nien robić, co może: prze­twa­rzać czy też kon­su­mo­wać mniej; (5) być może naj­gor­sza z tych wszyst­kich stra­te­gii - pro­mo­wa­nie powrotu do natu­ral­nej rów­no­wagi, do skrom­niej­szego, tra­dy­cyj­nego życia, do wyrze­cze­nia się ludz­kiej pychy i sta­nia się na powrót peł­nymi sza­cunku dziećmi naszej matki natury. Ten cały pogląd o matce natu­rze nisz­czo­nej przez ludzką pychę jest błędny. Fakt, że naszymi głów­nymi źró­dłami ener­gii (ropa, węgiel) są pozo­sta­ło­ści po wcze­śniej­szych kata­stro­fach, jest dobit­nym przy­po­mnie­niem, iż matka natura jest zimną i okrutną suką...

To oczy­wi­ście nie ozna­cza, że powin­ni­śmy się zre­lak­so­wać i spo­glą­dać ze spo­ko­jem w przy­szłość: brak jasno­ści, co się dzieje, czyni sytu­ację jesz­cze bar­dziej nie­bez­pieczną. Widzimy też, że migra­cje (i mury, które mają im zapo­bie­gać) są coraz bar­dziej powią­zane z zabu­rze­niami eko­lo­gicz­nymi, takimi jak glo­balne ocie­ple­nie. Apo­ka­lipsa eko­lo­giczna i apo­ka­lipsa uchodź­cza pokry­wają się ze sobą. Phi­lip Alston, spe­cjalny spra­woz­dawca ONZ, mówi traf­nie o "apar­the­idzie kli­ma­tycz­nym": "Ryzy­ku­jemy sce­na­riusz apar­the­idu kli­ma­tycz­nego, bogaci płacą, aby unik­nąć pro­ble­mów zwią­za­nych z ocie­ple­niem, gło­dem i kon­flik­tami, pod­czas gdy reszta świata musi cier­pieć". Osoby naj­mniej odpo­wie­dzialne za glo­balne emi­sje mają rów­nież naj­mniejszą zdol­ność do ochrony sie­bie.

Zosta­jemy zatem z leni­now­skim pyta­niem: co robić? Sytu­acja jest trudna: nie ma pro­stego "demo­kra­tycz­nego" roz­wią­za­nia. Pomysł, że to sami ludzie (a nie tylko rządy i kor­po­ra­cje) powinni decy­do­wać, brzmi sen­sow­nie, ale rodzi ważne pyta­nie: nawet jeśli przyj­miemy, że inte­resy kor­po­ra­cyjne nie wpły­wają na poglądy oby­wa­teli, to jakie mają oni kwa­li­fi­ka­cje do wyda­wa­nia osą­dów w tak deli­kat­nych spra­wach? Rady­kalne środki zale­cane przez nie­któ­rych eko­lo­gów same mogą wywo­łać nowe kata­strofy. Weźmy pomysł SRM (solar radia­tion mana­ge­ment - zarzą­dza­nie pro­mie­nio­wa­niem sło­necz­nym) - masowe roz­pro­wa­dza­nie aero­zoli w naszej atmos­fe­rze, by odbi­jały i pochła­niały świa­tło sło­neczne, a tym samym chło­dziły pla­netę. SRM jest nie­zwy­kle ryzy­kow­nym roz­wią­za­niem: może zmniej­szyć plony, nie­od­wra­cal­nie zmie­nić obieg wody, nie wspo­mi­na­jąc o wielu innych "nie­zna­nych nie­wia­do­mych" - nie potra­fimy sobie nawet wyobra­zić, jak funk­cjo­nuje kru­cha rów­no­waga naszej Ziemi i na jak nie­prze­wi­dy­walne spo­soby taka geo­in­ży­nie­ria ją naru­szy.

Możemy jed­nak przy­naj­mniej usta­lić prio­ry­tety i przy­znać się do absurdu naszych geo­po­li­tycz­nych gier wojen­nych w sytu­acji, gdy zagro­żona jest sama pla­neta, o którą toczą się te spory. Pora zatrzy­mać nie­do­rzeczne gierki, w któ­rych Europa obwi­nia Bra­zy­lię, a Bra­zy­lia obwi­nia Europę. Zagro­że­nia eko­lo­giczne una­ocz­niają nam, że era suwe­ren­nych państw naro­do­wych zbliża się ku koń­cowi - konieczna jest silna agen­cja glo­balna, posia­da­jąca upraw­nie­nia do koor­dy­no­wa­nia nie­zbęd­nych dzia­łań. Wypada powtó­rzyć pyta­nie: czy potrzeba takiej agen­cji nie odsyła do cze­goś, co nazwa­li­śmy kie­dyś komu­ni­zmem? Tylko czy mamy poli­ty­ków, któ­rzy potra­fią zaspo­koić tę potrzebę?

Nie tak dawno temu, w galak­tyce, która dziś wydaje się odle­gła, prze­strzeń publiczna była wyraź­nie oddzie­lona od obsce­nicz­no­ści sfery pry­wat­nej. Ocze­ki­wano, że poli­tycy, dzien­ni­ka­rze i inne oso­bi­sto­ści medialne będą trak­to­wali nas z jakimś mini­mal­nym sza­cun­kiem, roz­ma­wia­jąc i zacho­wu­jąc się tak, jakby ich głów­nym celem było dobro wspólne, bez wul­gar­nych wypo­wie­dzi i nawią­zań do spraw intym­nych. Oczy­wi­ście poja­wiały się pogło­ski o oso­bi­stych przy­wa­rach, ale pozo­sta­wały wła­śnie tym - sprawą oso­bi­stą, przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia co naj­wy­żej bru­kow­ców. Dziś nie tylko możemy prze­czy­tać w mediach o intym­nych szcze­gó­łach oso­bi­sto­ści publicz­nych, ale i sami poli­tycy oddają się bez­wstyd­nej obsce­nicz­no­ści. To w dome­nie publicz­nej krążą "fał­szywe wia­do­mo­ści", plotki i teo­rie spi­skowe.

Nie należy zapo­mi­nać o tym, co jest naj­bar­dziej zaska­ku­jące w bez­wstyd­nej obsce­nicz­no­ści ruchów alt-right, tak dobrze opi­sa­nych przez Angelę Nagle w Kill All Nor­mies. Tego rodzaju obsce­nicz­ność miała tra­dy­cyj­nie (a przy­naj­mniej w retro­spek­tyw­nym spoj­rze­niu na tę tra­dy­cję) cha­rak­ter wywro­towy - pod­wa­żała zastane struk­tury domi­na­cji i obdzie­rała Mistrza z jego fał­szy­wej powagi. Pamię­tam z wła­snej mło­do­ści, jak w latach sześć­dzie­sią­tych XX wieku pro­te­stu­jący stu­denci lubili uży­wać nie­przy­zwo­itych słów lub gestów, by zawsty­dzić wła­dzę i, jak twier­dzili, potę­pić jej hipo­kry­zję. Współ­cze­sna obsce­nicz­ność, roz­prze­strze­nia­jąca się w dome­nie publicz­nej, nie pro­wa­dzi jed­nak do znik­nię­cia auto­ry­tetu Mistrza, cho­dzi raczej o jego przy­wró­ce­nie - dosta­li­śmy coś, co kilka dekad temu było nie­wy­obra­żalne: obsce­nicz­nego Mistrza.

Donald Trump jest wzo­ro­wym przy­kła­dem tego zja­wi­ska. Czę­sty argu­ment prze­ciwko niemu - że jego popu­lizm (tro­ska o dobro­byt bied­nych ludzi) jest fał­szywy, że tak naprawdę chroni inte­resy boga­tych - nie wystar­cza. Zwo­len­nicy Trumpa nie dzia­łają "irra­cjo­nal­nie", nie są ofia­rami pry­mi­tyw­nej mani­pu­la­cji ide­olo­gicz­nej, która zmu­sza ich do gło­so­wa­nia prze­ciwko wła­snym inte­re­som. Na swój spo­sób są dość racjo­nalni: gło­sują na Trumpa, ponie­waż w "patrio­tycz­nej" wizji, którą sprze­daje, zaj­muje się on rów­nież ich codzien­nymi pro­ble­mami - bez­pie­czeń­stwem czy stałą pracą.

Kiedy Trump został wybrany na pre­zy­denta, kilku wydaw­ców popro­siło mnie o napi­sa­nie książki, która pod­da­łaby jego zja­wi­sko psy­cho­ana­li­zie. Odpar­łem, że nie potrze­bu­jemy psy­cho­ana­lizy w celu zba­da­nia "pato­lo­gii" suk­cesu sław­nego miliar­dera - jedyną rze­czą wartą psy­cho­ana­li­tycz­nej uwagi jest irra­cjo­nalna głu­pota, z jaką libe­ralna lewica zare­ago­wała na tę wygraną, głu­pota, która zwięk­szała ryzyko ponow­nego zwy­cię­stwa Trumpa. Nawią­zu­jąc do jed­nego z naj­gor­szych prze­ja­wów wul­ga­ry­zmu tego poli­tyka, można powie­dzieć, że lewica nie nauczyła się chwy­tać go za ch...

Trump nie wygrywa jedy­nie dzięki bez­wstyd­nemu bom­bar­do­wa­niu nas wia­do­mo­ściami, które gene­rują obsce­niczną radość z naru­sza­nia przez niego ele­men­tar­nych norm przy­zwo­ito­ści. Za pomocą szo­ku­ją­cych wul­ga­ry­zmów zapew­nia swoim wyznaw­com nar­ra­cję mającą sens - bar­dzo ogra­ni­czony i pokrę­cony, ale mimo wszystko sens, który oczy­wi­ście działa lepiej niż nar­ra­cja lewi­cowo-libe­ralna. Jego bez­wstydne prze­kleń­stwa służą jako oznaki soli­dar­no­ści z tak zwa­nymi zwy­czaj­nymi ludźmi ("widzisz, jestem taki sam jak ty, wszy­scy skry­cie tacy jeste­śmy"). Ta soli­dar­ność wska­zuje rów­nież na punkt, w któ­rym obsce­nicz­ność Trumpa osiąga swój limit. Pre­zy­dent nie jest cał­ko­wi­cie obsce­niczny: kiedy mówi o wiel­ko­ści Ame­ryki czy kiedy potę­pia swo­ich prze­ciw­ni­ków jako wro­gów ludu, chce być trak­to­wany poważ­nie. Nie­przy­zwo­itość Trumpa ma na celu pre­cy­zyjne pod­kre­śle­nie - na zasa­dzie kon­tra­stu - kiedy zaczyna mówić na poważ­nie: funk­cjo­nuje ona jako obsce­niczna mani­fe­sta­cja jego wiary w wiel­kość Ame­ryki.

Dla­tego aby zro­zu­mieć feno­men Trumpa, należy spoj­rzeć na jego zacho­wa­nia od dru­giej strony i potrak­to­wać jako obsce­niczne wła­śnie te twier­dze­nia, które wygła­sza on na serio. Trump jest naprawdę obsce­niczny nie wtedy, gdy używa wul­gar­nych sek­si­stow­skich odzy­wek, lecz gdy mówi o Ame­ryce jako naj­wspa­nial­szym kraju na świe­cie czy kiedy narzuca swoje roz­wią­za­nia eko­no­miczne. Wul­gar­ność jego mowy maskuje tę pod­sta­wową obsce­nicz­ność. Para­fra­zu­jąc znane powie­dze­nie braci Marx: Trump działa i wygląda jak bez­wstyd­nie obsce­niczny poli­tyk, ale nie daj­cie się zwieść - on naprawdę jest bez­wstyd­nie obsce­nicznym poli­tykiem.

Roz­po­wszech­niona dziś obsce­nicz­ność sta­nowi trze­cią domenę i znaj­duje się mię­dzy prze­strze­nią pry­watną a publiczną: jest prze­strze­nią pry­watną wynie­sioną do sfery publicz­nej. Wydaje się, że mamy do czy­nie­nia z formą, która naj­le­piej pasuje do naszego zanu­rze­nia w cyber­prze­strzeni, w Twit­te­rze, Insta­gra­mie, Face­bo­oku... nic dziw­nego, że Trump upu­blicz­nia więk­szość swo­ich decy­zji za pośred­nic­twem Twit­tera. Nie docie­ramy tu jed­nak do "praw­dzi­wego Trumpa": celem publicz­nej obsce­nicz­no­ści nie jest dzie­le­nie się intym­nymi doświad­cze­niami, to domena pełna kłamstw, hipo­kry­zji i czy­stej wro­go­ści, domena, w któ­rej zakła­damy obrzy­dliwą maskę. W ten spo­sób zostaje odwró­cony stan­dar­dowy zwią­zek mię­dzy moją intym­no­ścią a wiel­kim Innym god­no­ści publicz­nej: obsce­nicz­ność nie ogra­ni­cza się już do sfery pry­wat­nej, zado­mo­wiła się w dome­nie publicz­nej, co pozwala mi się łudzić, że to wszystko jest tylko obsce­niczną grą, a ja pozo­staję nie­winny w mojej intym­nej czy­sto­ści. Pierw­szym zada­niem kry­tyka spo­łecz­nego jest poka­za­nie, że ta czy­stość jest fał­szywa.

WSTĘP

Nie­zgoda buduje!

Kło­poty w raju5, fil­mowe arcy­dzieło Ern­sta Lubit­scha z 1932 roku6, to histo­ria Gastona i Lily, pary szczę­śli­wych zło­dziei okra­da­ją­cych boga­czy. Wszystko się gma­twa, kiedy Gaston traci głowę dla Mariette, jed­nej z ich zamoż­nych ofiar. Słowa pio­senki, którą sły­szymy w trak­cie napi­sów począt­ko­wych, pod­po­wia­dają nam, do czego odno­szą się tytu­łowe "kło­poty", podob­nie jak obraz towa­rzy­szący pio­sence: naj­pierw widzimy napis "kło­poty w", następ­nie poja­wiają się pod nimi duże podwójne łóżko i słowo "raju". Tak więc "raj" to raj speł­nio­nej rela­cji sek­su­al­nej: "To raj / gdy opla­tają cię ramiona i całują usta / ale jeśli cze­goś bra­kuje / to znak / kło­po­tów w raju". Mówiąc bru­tal­nie i wprost: "kło­poty w raju" to spo­sób Lubit­scha na powie­dze­nie il n'y a pas de rap­port sexuel7.

Na czym zatem pole­gają kło­poty w raju w Kło­po­tach w raju? Odpo­wiedź na to pod­sta­wowe pyta­nie skrywa się za mgłą wie­lo­znacz­no­ści. Na pozór sprawa wygląda tak: choć Gaston kocha zarówno Lily, jak i Mariette, to praw­dzi­wie "raj­ską" rela­cją sek­su­alną jest jego zwią­zek z Mariette, dla­tego ten romans musi pozo­stać nie­moż­liwy i nie­speł­niony. To nie­speł­nie­nie zabar­wia zakoń­cze­nie filmu nutką melan­cho­lii - cała radość i poryw­czość ostat­niej minuty dzieła, cały wesoły pokaz part­ner­stwa mię­dzy Gasto­nem i Lily mają jedy­nie wypeł­nić melan­cho­lijną pustkę. Czy Lubitsch nie popy­cha nas w stronę tej inter­pre­ta­cji, powta­rza­jąc uję­cie pustego łóżka w domu Mariette, które nawią­zuje do uję­cia z napi­sów począt­ko­wych? Ist­nieje jed­nak moż­li­wość odczy­ta­nia filmu cał­ko­wi­cie na odwrót.

A może rajem jest wła­śnie gor­szący romans mię­dzy Gasto­nem i Lily, dwoj­giem szy­kow­nych zło­dziei, któ­rzy nawza­jem się wspie­rają, zwia­stu­nem kło­po­tów jest zaś uro­dziwa Mariette? Może prze­sła­nie filmu jest kusząco iro­niczne: Mariette odgrywa rolę węża odcią­ga­ją­cego Gastona od jego roz­kosz­nie grzesz­nego ogrodu edeń­skiego? [...] Rajem, dobrym życiem, jest pełne atrak­cji i ryzyka życie prze­stępcy, pokusa przy­cho­dzi zaś ze strony pani Colet, któ­rej bogac­two wabi bez­tro­skim dolce vita, bez kry­mi­nal­nej bra­wury i for­teli, jedy­nie z mono­tonną hipo­kry­zją klas wyż­szych8.

Piękno tej inter­pre­ta­cji polega na tym, że łączy ona raj­ską nie­win­ność z atrak­cyj­nym i dyna­micz­nym świa­tem wykro­czeń - ogród edeń­ski zostaje zrów­nany z życiem kry­mi­na­li­sty, a sza­cu­nek wyż­szych sfer z poku­sami węża. To para­dok­salne odwró­ce­nie łatwo wyja­śnić, odwo­łu­jąc się do szcze­rego wybu­chu zło­ści Gastona, pierw­szego i jedy­nego w całym fil­mie, kiedy Mariette odma­wia zawia­do­mie­nia poli­cji, mimo zapew­nień boha­tera, że pre­zes jej firmy od lat okrada ją na miliony dola­rów. Nie miała pro­blemu ze zgło­sze­niem prze­stęp­stwa, gdy zwy­kły wła­my­wacz ukradł sto­sun­kowo nie­wielką część jej majątku, ale jest gotowa przy­mknąć oko, kiedy w grę wcho­dzi o wiele poważ­niej­sza kra­dzież doko­nana przez osobę z tej samej klasy spo­łecz­nej co ona. Czy Gaston nie para­fra­zuje słyn­nego zda­nia Ber­tolta Brechta "Czymże jest obra­bo­wa­nie banku w porów­na­niu z jego zało­że­niem"? Czymże jest zwy­kły rabu­nek, jakiego dopusz­czają się ludzie pokroju Gastona i Lily, w porów­na­niu z kra­dzieżą milio­nów dola­rów za pomocą machi­na­cji finan­so­wych?

Należy jed­nak zwró­cić uwagę na jesz­cze jeden aspekt: czy prze­stęp­cze życie Gastona i Lily naprawdę jest takie "pełne atrak­cji i ryzyka"? Czy pod powierzch­nią oby­dwoje nie są "typową parą miesz­czań­ską, sumien­nymi pro­fe­sjo­na­li­stami o wyszu­ka­nych gustach, japi­szo­nami, któ­rzy wyprze­dzili swój czas? To Gaston i Mariette są praw­dzi­wie roman­tyczną parą, która wysta­wia się na ryzyko miło­ści. Kiedy główny boha­ter wraca do Lily i życia poza pra­wem, podej­muje sen­sowną decy­zję, zaj­muje swoje miej­sce, doko­nuje bez­piecz­nego wyboru. Nie bez żalu, co widać w jego ostat­niej i prze­cią­ga­ją­cej się roz­mo­wie z Mariette, peł­nej skru­chy i żar­li­wo­ści po obu stro­nach"9.

Gil­bert Keith Che­ster­ton zauwa­żył, że powieść detek­ty­wi­styczna:

przy­po­mina nam w pew­nym sen­sie o tym, że cywi­li­za­cja jest naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cym i naj­ro­man­tycz­niej­szym rodza­jem rebe­lii [...]. Kiedy detek­tyw, kie­ro­wany nieco bez­myślną odwagą, rusza samot­nie na bój ze świa­tem prze­stęp­czym, to z pew­no­ścią służy nam jako przy­po­mnie­nie, że to obrońca spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej jest pier­wotną figurą poetycką, a wła­my­wa­cze i rze­zi­mieszki są spo­koj­nymi, sta­rymi kon­ser­wa­ty­stami, cie­szą­cymi się odwiecz­nym sza­cun­kiem małp i wil­ków. Powieść detek­tywistyczna [...] opiera się na roz­po­zna­niu, że moral­ność jest naj­mrocz­niej­szym i naj­od­waż­niej­szym występ­kiem10.

Czy to nie jest rów­nież naj­lep­sza defi­ni­cja związku Gastona i Lily? Czy tych dwoje wła­my­wa­czy nie żyje w swoim raju, zanim poja­wia się pokusa moral­no­ści? Klu­czem do tej inter­pre­ta­cji jest para­lela mię­dzy prze­stęp­stwem (kra­dzieżą) a roz­wią­zło­ścią sek­su­alną: co jeśli w naszym pono­wo­cze­snym świe­cie, w któ­rym prze­kra­cza­nie gra­nic jest świę­to­ścią, w któ­rym wier­ność mał­żeń­ska jest postrze­gana jako prze­ży­tek daw­nych cza­sów, to ludzie pra­gnący jej docho­wać są praw­dzi­wymi wywro­tow­cami? Co jeśli dziś to mał­żeń­stwo jest "naj­mrocz­niej­szym i naj­od­waż­niej­szym występ­kiem"? Na takiej prze­słance opiera się Sztuka życia Lubit­scha: kobieta pro­wa­dzi szczę­śliwe, spo­kojne życie z dwoma męż­czy­znami, nie­bez­piecz­nym eks­pe­ry­men­tem jest dla niej próba życia w mał­żeń­stwie, która oka­zuje się żało­snym nie­po­wo­dze­niem, boha­terka wraca więc do bez­piecz­nego roz­wią­za­nia, jakim jest zwią­zek z dwoma męż­czy­znami. Osta­teczny wynik tych zma­gań można pod­su­mo­wać, para­fra­zu­jąc słowa Che­ster­tona:

mał­żeń­stwo jest naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cym i naj­ro­man­tycz­niej­szym rodza­jem rebe­lii [...]. Kiedy para kochan­ków, kie­ro­wana nieco bez­myślną odwagą, wypo­wiada przy­sięgę mał­żeń­ską w świe­cie pokus i roz­wią­złych przy­jem­no­ści, to z pew­no­ścią służy nam jako przy­po­mnie­nie, że mał­żeń­stwo jest pier­wotną figurą poetycką, a osoby nie­wierne i uczest­nicy orgii są spo­koj­nymi, sta­rymi kon­ser­wa­ty­stami, cie­szą­cymi się odwiecz­nym sza­cun­kiem roz­wią­złych małp i wil­ków. Przy­sięga mał­żeń­ska opiera się na roz­po­zna­niu, że mał­żeń­stwo jest naj­mrocz­niej­szym i naj­od­waż­niej­szym występ­kiem.

Gdy sta­jemy przed pod­sta­wo­wym wybo­rem poli­tycz­nym współ­cze­sno­ści, natra­fiamy na podobną wie­lo­znacz­ność. Cyniczni kon­for­mi­ści mówią nam, że eman­cy­pa­cyjne idee więk­szej rów­no­ści, demo­kra­cji i soli­dar­no­ści są nudne, a nawet nie­bez­pieczne, bo pro­wa­dzą w stronę sza­rego, prze­re­gu­lo­wa­nego spo­łe­czeń­stwa, jedy­nym rajem jest zaś znany nam dobrze "sko­rum­po­wany" świat kapi­ta­li­zmu. Pierw­szy krok w stronę dzia­łań na rzecz rady­kal­nej eman­cy­pa­cji polega na roz­po­zna­niu, że to wła­śnie dyna­mika kapi­ta­li­zmu jest nudna, ponie­waż pod pozo­rem nie­ustan­nej zmiany ofe­ruje jesz­cze wię­cej tego samego, a walka o eman­cy­pa­cję jest na­dal naj­śmiel­szym z przed­się­wzięć. Zamie­rzam argu­men­to­wać na rzecz tego dru­giego podej­ścia.

Ist­nieje genialna aneg­dota na temat bry­tyj­skiego snoba, który odwie­dza Paryż i udaje, że zna fran­cu­ski. Idzie więc do dro­giej restau­ra­cji w Dziel­nicy Łaciń­skiej i zapy­tany przez kel­nera: "Hors d'oeu­vre?"11, odpo­wiada: "Nie, nie jestem bez­ro­botny, zara­biam wystar­cza­jąco dużo, aby móc tutaj zjeść! Co pan poleca jako przy­stawkę?". Kel­ner pro­po­nuje surową szynkę: "Du jam­bon cru?"12. Snob odpo­wiada: "Nie, nie sądzę, abym ostat­nim razem pró­bo­wał u was szynki, ale w porządku, niech będzie. Co z daniem głów­nym?". "Un faux-filet, peut- ?tre?"13. Snob wypala gniew­nie: "Pro­szę przy­nieść mi praw­dziwy, powie­dzia­łem, że mam wystar­cza­jąco dużo pie­nię­dzy! I niech się pan pospie­szy!". Kel­ner zapew­nia go: "J'ai hâte de vous servir!"14, na co snob odpo­wiada: "Dla­czego miałby pan nie­na­wi­dzić obsłu­gi­wa­nia mnie? Zosta­wię dobry napi­wek!". W końcu orien­tuje się, że jego fran­cu­ski nie jest naj­lep­szy, więc aby popra­wić swoją repu­ta­cję i poka­zać się jako czło­wiek kul­tu­ralny, życzy kel­ne­rowi dobrej nocy po łaci­nie, ponie­waż restau­ra­cja znaj­duje się w Dziel­nicy Łaciń­skiej: "Nota bene!".

Niniej­sza książka składa się z pię­ciu czę­ści, któ­rym patro­nują kolejne gafy nie­szczę­snego snoba. Zaczniemy od dia­gnozy pod­sta­wo­wych współ­rzęd­nych glo­bal­nego sys­temu kapi­ta­li­stycz­nego; następ­nie przej­dziemy do kar­dio­gnozy (wie­dzy serca) tego sys­temu, to jest do ide­olo­gii, która spra­wia, że go akcep­tu­jemy. Potem przed­sta­wimy pro­gnozę: wizję przy­szło­ści, która nas czeka, jeśli nic się nie zmieni; oraz poten­cjalne spo­soby unik­nię­cia takiego roz­woju wypad­ków. Zakoń­czymy epi­gnozą (ter­min teo­lo­giczny ozna­cza­jący wie­dzę, w którą się wie­rzy, wyraża w swych czy­nach i subiek­tyw­nie zakłada) i opi­szemy pod­mio­towe oraz orga­ni­za­cyjne formy eman­cy­pa­cyjne odpo­wia­da­jące nowej fazie naszych zma­gań. W anek­sie przyj­rzymy się impa­som tych zma­gań na przy­kła­dzie filmu o Bat­ma­nie.

"Raj" z tytułu tej książki odsyła do raju końca histo­rii (w for­mie roz­wi­nię­tej przez Fran­cisa Fukuy­amę: kapi­ta­li­styczna demo­kra­cja libe­ralna jako osta­teczna odpo­wiedź na odwieczne pyta­nie o naj­lep­szy spo­sób zor­ga­ni­zo­wa­nia spo­łe­czeń­stwa), a "kło­poty" to oczy­wi­ście kry­zys zapo­cząt­ko­wany w 2008 roku, który zmu­sił samego Fukuy­amę do porzu­ce­nia idei końca histo­rii. Wycho­dzę z zało­że­nia, że to, co Alain Badiou nazywa "hipo­tezą komu­ni­styczną", jest jedy­nym wła­ści­wym punk­tem odnie­sie­nia do zdia­gno­zo­wa­nia wspo­mnia­nego kry­zysu. Inspi­ra­cją była dla mnie seria wykła­dów, które wygło­si­łem w Seulu w paź­dzier­niku 2013 roku jako "wybitny uczony" na Kyung Hee Uni­ver­sity. Kiedy zaak­cep­to­wa­łem zapro­sze­nie, zada­łem sobie od razu pyta­nie: czy mówie­nie o idei komu­ni­zmu w Korei Połu­dnio­wej nie jest czy­stym sza­leń­stwem? Czy podzie­lona Korea nie jest naj­do­bit­niej­szym, nie­mal kli­nicz­nym przy­kła­dem tego, w jakim świe­cie zna­leź­li­śmy się po końcu zim­nej wojny? Z jed­nej strony Korea Pół­nocna ucie­le­śnia ślepą uliczkę, w którą zapro­wa­dził nas dwu­dzie­sto­wieczny komu­nizm; z dru­giej - Korea Połu­dniowa jest w trak­cie gwał­tow­nego roz­woju kapi­ta­li­stycz­nego i osiąga nowy poziom dobro­bytu oraz moder­ni­za­cji tech­no­lo­gicz­nej, z Sam­sun­giem rzu­ca­ją­cym wyzwa­nie nawet domi­na­cji firmy Apple. Czy Korea Połu­dniowa nie sta­nowi naj­lep­szego dowodu, że całe to gada­nie o glo­bal­nym kry­zysie jest wymy­słem?

Cier­pie­nia Kore­ań­czy­ków w XX wieku były ogromne. Nic dziw­nego, że - jak mi powie­dziano - nawet dzi­siaj okrop­no­ści, któ­rych dopu­ścili się Japoń­czycy pod­czas II wojny świa­to­wej, są w Korei tema­tem tabu. Ludzie boją się, że mówie­nie o nich zakłó­ci­łoby spo­kój umy­słu star­szych osób: znisz­cze­nia były tak duże, że Kore­ań­czycy zro­bią wszystko, aby o nich zapo­mnieć i żyć dalej. Ich postawa sta­nowi przy­kład Nie­tz­sche­ań­skiego odwró­ce­nia for­muły "wyba­czymy, ale ni­gdy nie zapo­mnimy". W odnie­sie­niu do japoń­skich okro­pieństw Kore­ań­czycy mówią: "zapo­mnij, ale ni­gdy nie wyba­czaj". I mają rację: za stwier­dze­niem "wybacz, ale nie zapo­mi­naj" kryje się hipo­kry­zja, która jest wielką mani­pu­la­cją, ponie­waż zawiera szan­taż super­ego: "Wyba­czam ci, ale nie zapo­mi­nam two­ich występ­ków, upew­nię się, że do końca życia będziesz miał poczu­cie winy z ich powodu". Jak Kore­ań­czy­kom udało się prze­trwać te cier­pie­nia? Chciał­bym zacząć od raportu Franca Berar­diego, wło­skiego teo­re­tyka spo­łe­czeń­stwa, z jego podróży do Seulu:

U progu XXI wieku - po deka­dach wojny, poni­ża­nia, głodu i strasz­li­wych ata­ków bom­bo­wych - zarówno fizyczny, jak i antro­po­lo­giczny kra­jo­braz tego kraju został zre­du­ko­wany do spu­sto­szo­nej abs­trak­cji. Ludzie i mia­sta ule­gli naj­wyż­szej for­mie współ­cze­snego nihi­li­zmu.

Korea jest punk­tem zero­wym świata, zwia­stu­nem przy­szło­ści naszej pla­nety. [...]

Po kolo­ni­za­cji i woj­nach, po dyk­ta­tu­rze i gło­dzie umysł połu­dnio­wo­ko­re­ań­ski, wyzwo­lony spod cię­żaru natu­ral­nego ciała, wkro­czył w prze­strzeń cyfrową z mniej­szym opo­rem niż miesz­kańcy innych czę­ści świata. Moim zda­niem to jest główna przy­czyna nie­sa­mo­wi­tych wyni­ków gospo­dar­czych, które osią­gnął ten kraj w cza­sie rewo­lu­cji elek­tro­nicz­nej. W opu­sto­sza­łej prze­strzeni kul­tu­ro­wej kore­ań­skie doświad­cze­nie wyróż­nia się wyso­kim stop­niem indy­wi­du­ali­za­cji, a jed­no­cze­śnie kie­ruje się w stronę osta­tecz­nego oka­blo­wa­nia zbio­ro­wego umy­słu.

Te samotne monady prze­cha­dzają się po prze­strzeni miej­skiej, wcho­dząc w czułą i nie­usta­jącą inte­rak­cję z obra­zami, twe­etami i grami wyświe­tla­nymi na ich małych ekra­nach, dosko­nale odizo­lo­wane i dosko­nale zanu­rzone w gład­kim inter­fej­sie tego stru­mie­nia wra­żeń. [...]

Korea Połu­dniowa ma naj­wyż­szy wskaź­nik samo­bójstw na świe­cie [...] Samo­bój­stwo jest tam naj­częst­szą przy­czyną śmierci ludzi poni­żej czter­dziestki. [...] Cie­kawe, że liczba samo­bójstw podwo­iła się w ciągu ostat­niej dekady. [...] Na prze­strzeni dwóch poko­leń warunki życia ule­gły nie­wąt­pli­wej popra­wie, jeśli cho­dzi o dochody, poży­wie­nie, wol­ność i moż­li­wość podróży zagra­nicz­nych. Ceną za tę poprawę było spu­sto­sze­nie codzien­no­ści, gwał­towne przy­spie­sze­nie jej rytmu, ogromna indy­wi­du­ali­za­cja bio­gra­fii, pre­ka­ry­za­cja pracy, która ozna­cza także nie­po­ha­mo­waną kon­ku­ren­cję. [...]

Zaawan­so­wany tech­nicz­nie kapi­ta­lizm ozna­cza nie­usta­jący wzrost pro­duk­tyw­no­ści i inten­sy­fi­ka­cję pracy, a rów­no­cze­śnie umoż­li­wia impo­nu­jącą poprawę stan­dar­dów życia, poży­wie­nia i kon­sump­cji. [...] Współ­cze­sna alie­na­cja jest jed­nak innym rodza­jem pie­kła. Inten­sy­fi­ka­cja pracy, spu­sto­sze­nie kra­jo­brazu i wir­tu­ali­za­cja życia emo­cjo­nal­nego skła­dają się na taki poziom samot­no­ści i roz­pa­czy, że trudno świa­do­mie mu zaprze­czać. [...] Izo­la­cja, rywa­li­za­cja, poczu­cie bez­sensu, przy­mus i porażka: każ­dego roku dwa­dzie­ścia osiem osób na sto tysięcy podej­muje udane próby ucieczki z tej sytu­acji, a wiele wię­cej stara się to zro­bić.

Samo­bój­stwa mogą być postrze­gane jako osta­teczna antro­po­lo­giczna oznaka muta­cji zwią­za­nej z trans­for­ma­cją cyfrową i pry­wa­ty­za­cją, nie dziwi więc, że Korea Połu­dniowa jest świa­to­wym lide­rem, jeśli cho­dzi o liczbę samo­bójstw15.

Obraz Korei Połu­dnio­wej nakre­ślony przez Berar­diego zdaje się zmie­rzać śla­dami nie­do­ści­gnio­nego wzoru ostat­nich dekad: słyn­nego por­tretu Los Ange­les autor­stwa Jeana Bau­dril­larda (w jego Ame­ryce), który uka­zał to mia­sto jako hiper­re­alne pie­kło. Łatwo byłoby zlek­ce­wa­żyć ten rodzaj tek­stów jako pre­ten­sjo­nalny wytwór euro­pej­skich post­mo­der­ni­stów, któ­rzy uży­wają zagra­nicz­nych kra­jo­bra­zów i mia­sta, żeby rzu­to­wać na nie swoje wyol­brzy­mione dys­to­pie. Mimo całej prze­sady zawar­tej w tych opi­sach jest w nich ziarno prawdy; czy też, mówiąc pre­cy­zyj­niej i para­fra­zu­jąc słynne powie­dze­nie The­odora Adorna na temat psy­cho­ana­lizy: w obra­zie Los Ange­les odma­lo­wa­nym przez Bau­dril­larda nic nie jest praw­dziwe oprócz zawar­tej w nim prze­sady. To samo doty­czy wra­żeń Berar­diego na temat Seulu: wyła­nia się z nich wizja miej­sca pozba­wio­nego histo­rii - bez­świata. Badiou pisał, że żyjemy w prze­strzeni spo­łecz­nej, którą coraz sil­niej odczu­wamy jako bez­świa­tową. Nawet nie­miecki anty­se­mi­tyzm, mimo całego jego okru­cień­stwa, otwie­rał świat: dawał opis sytu­acji kry­tycz­nej przez wska­za­nie na wroga, któ­rym była "żydow­ska kon­spi­ra­cja": wyty­czył cel i środki do jego osią­gnię­cia. Nazizm ujaw­niał rze­czy­wi­stość w tym sen­sie, że pozwa­lał swoim wyznaw­com na stwo­rze­nie "mapy wyobra­że­nio­wej", prze­strzeni, w któ­rej można było dzia­łać z poczu­ciem sensu. Praw­do­po­dob­nie doty­kamy głów­nego nie­bez­pie­czeń­stwa zwią­za­nego z kapi­ta­li­zmem: choć ma on zasięg glo­balny i obej­muje cały świat, to pod­trzy­muje dosłow­nie bez­świa­tową kon­ste­la­cję ide­olo­giczną, pozba­wia zde­cy­do­waną więk­szość ludzi mapy wyobra­że­nio­wej, która dawa­łaby im poczu­cie sensu. Kapi­ta­lizm to pierw­szy porzą­dek spo­łeczno-gospo­dar­czy, który pozba­wia sens total­no­ści: nie jest glo­balny na pozio­mie sensu. Osta­tecz­nie nie ma cze­goś takiego jak "świa­to­po­gląd kapi­ta­li­styczny" ani "cywi­li­za­cja kapi­ta­li­styczna": pod­sta­wową lek­cją glo­ba­li­za­cji jest wła­śnie to, że kapi­ta­lizm może się dosto­so­wać do każ­dej cywi­li­za­cji, od chrze­ści­jań­skiej po hin­du­ską czy bud­dyj­ską, od zachod­niej po wschod­nią. Świa­towy wymiar kapi­ta­lizmu można zde­fi­nio­wać tylko na pozio­mie prawdy pozba­wio­nej sensu, jako Realne glo­bal­nego mecha­ni­zmu ryn­ko­wego.

Moder­ni­za­cja Europy została roz­cią­gnięta na wiele stu­leci, mie­li­śmy więc czas się do niej przy­sto­so­wać i zła­go­dzić jej burzy­ciel­skie kon­se­kwen­cje, dzięki Kul­tu­rar­beit - two­rze­niu nowych nar­ra­cji spo­łecz­nych i mitów. Inne spo­łecz­no­ści - szcze­gól­nie muzuł­mań­skie - zostały wysta­wione na moder­ni­za­cyjne wpływy w spo­sób gwał­towny, bez siatki ochron­nej albo tym­cza­so­wych opóź­nień, dla­tego ich uni­wer­sum sym­bo­liczne zostało pod­dane sil­niej­szym wstrzą­som: stra­ciły (sym­bo­liczny) grunt i nie miały czasu odna­leźć nowej (sym­bo­licznej) rów­no­wagi. Nic dziw­nego zatem, że dla czę­ści z nich jedy­nym spo­so­bem na oca­le­nie przed cał­ko­wi­tym roz­pa­dem było paniczne wznie­sie­nie tar­czy "fun­da­men­ta­li­zmu": psy­cho­tyczno-osza­lało-her­me­tyczne utwier­dze­nie się w reli­gii jako bez­po­śred­nim wglą­dzie w boskie Realne, ze wszyst­kimi strasz­nymi kon­se­kwen­cjami, które taki gest pociąga za sobą, na przy­kład z powro­tem boskiego super­ego wyma­ga­ją­cego ofiar. Powrót sil­nego super­ego to kolejna cecha, którą współ­dzielą ze sobą post­mo­der­ni­styczny per­mi­sy­wizm i nowy fun­da­men­ta­lizm. Odróż­nia je rodzaj pożą­da­nej przy­jem­no­ści: dla nas jest nią per­mi­syw­ność, dla Boga fun­da­men­ta­lizm16.

Praw­do­po­dob­nie osta­tecz­nym sym­bo­lem wynisz­czo­nej, post­hi­sto­rycz­nej Korei jest wyda­rze­nie muzyki popu­lar­nej lata 2012 roku: Gan­gnam Style w wyko­na­niu Psy'a. Warto odno­to­wać jako cie­ka­wostkę, że wide­oklip Gan­gnam Style prze­ści­gnął na YouTu­bie Beauty and a Beat Justina Bie­bera i stał się naj­czę­ściej oglą­da­nym fil­mi­kiem wszech cza­sów. Magiczną liczbę miliarda wyświe­tleń osią­gnął 21 grud­nia 2012 roku, a ponie­waż był to dzień, w któ­rym ludzie bio­rący na serio kalen­darz Majów ocze­ki­wali końca świata, można powie­dzieć, że prze­po­wied­nia się speł­niła: osią­gnię­cie przez Gan­gnam Style miliarda odsłon jest oznaką końca cywi­li­za­cji. To utwór nie tylko sza­le­nie popu­larny, ale i wpro­wa­dza­jący w zbio­rowy trans: dzie­siątki tysięcy osób krzy­czą i tań­czą, naśla­du­jąc jazdę na koniu, wszy­scy w tym samym ryt­mie, z inten­syw­no­ścią nie­wi­dzianą od czasu począt­ków kariery Beatle­sów, czcząc Psy'a jako nowego Mesja­sza. To naj­gor­szy rodzaj psy­dance, pła­ski i mecha­nicz­nie pro­sty, gene­ro­wany przede wszyst­kim kom­pu­te­rowo (Psy, nazwa wyko­nawcy, jest skró­tem od psy­trance); cie­kawe jest to, jak ten utwór łączy trans z auto­iro­nią. Słowa pio­senki (i insce­ni­za­cja wide­oklipu) wyśmie­wają bez­sens i pustkę stylu Gan­gnam, nie­któ­rzy twier­dzą nawet, że w nieco wywro­towy spo­sób - ale mimo wszystko jeste­śmy urze­czeni, wcią­gnięci przez głupi rytm mar­szowy, pod­da­jemy się czy­stemu naśla­dow­nic­twu; a tłumy osób gro­ma­dzą się na całym świe­cie, aby kopio­wać frag­menty utworu. To nie tak, że styl Gan­gnam pozo­staje ide­olo­gią pomimo swo­jego iro­nicz­nego dystansu, nale­ża­łoby raczej powie­dzieć, że jest ide­olo­gią wła­śnie z jego powodu. Iro­nia odgrywa w tym przy­padku taką samą rolę jak styl doku­men­talny w Prze­ła­mu­jąc fale Larsa von Triera, gdzie łagodna pseu­do­do­ku­men­talna forma uwy­raź­nia prze­sadną treść - w taki sam spo­sób auto­iro­nia Gan­gnam Style uwy­raź­nia głu­pie jouis­sance muzyki rave. Wiele osób uważa pio­senkę za tak obrzy­dliwą, że aż atrak­cyjną, to zna­czy "kochają ją nie­na­wi­dzić" lub raczej: znaj­dują przy­jem­ność w trak­to­wa­niu pio­senki jako wstręt­nej, więc nie­ustan­nie ją pusz­czają, aby prze­dłu­żyć swoje znie­sma­cze­nie. Ta kom­pul­sywna natura obsce­nicz­nego jouis­sance w całej swej głu­po­cie jest tym, od czego powinna nas uwal­niać praw­dziwa sztuka. Może warto pójść krok dalej i zary­so­wać para­lelę mię­dzy wyko­na­niem Gan­gnam Style na wiel­kim sta­dio­nie w Seulu a wyda­rze­niem, które odbyło się nie­da­leko, po dru­giej stro­nie gra­nicy, w Pjon­gjangu, gdzie świę­to­wano chwałę uko­cha­nych przy­wód­ców? Czy w obu przy­pad­kach nie mamy do czy­nie­nia z neo­sa­kral­nym rytu­ałem obsce­nicz­nego jouis­sance?

Mogłoby się wyda­wać, że w Korei, tak jak wszę­dzie indziej, prze­trwało wiele form tra­dy­cyj­nej mądro­ści, któ­rej celem jest łago­dze­nie szoku moder­ni­za­cji. Łatwo jed­nak poka­zać, że zwy­cza­jowe funk­cje tych pozo­sta­ło­ści daw­nej ide­olo­gii są prze­kra­czane i zostają prze­kształ­cone w narzę­dzia ide­olo­giczne słu­żące do uła­twia­nia szyb­kiej moder­ni­za­cji. Weźmy na przy­kład tak zwany orien­talny spi­ry­tu­alizm (bud­dyzm) z jego "łagod­nym", zrów­no­wa­żo­nym, holi­stycz­nym i eko­lo­gicz­nym podej­ściem (wszyst­kie te histo­rie o tym, że tybe­tań­scy bud­dy­ści, kopiąc w ziemi, by posta­wić fun­da­menty domu, uwa­żają, żeby nie zabić żad­nych roba­ków). Nie cho­dzi jedy­nie o to, że zachodni bud­dyzm, czyli popkul­tu­rowy feno­men pro­mu­jący wewnętrzny dystans i obo­jęt­ność wobec obłęd­nego tempa kon­ku­ren­cji ryn­ko­wej, jest praw­do­po­dob­nie naj­sku­tecz­niej­szym spo­so­bem, aby w pełni zanu­rzyć się w dyna­mice kapi­ta­li­zmu, zacho­wu­jąc pozory zdro­wia psy­chicz­nego - sło­wem, sta­nowi para­dyg­ma­tyczną ide­olo­gię póź­nego kapi­ta­li­zmu; rzecz także w tym, że nie da się już prze­ciw­sta­wić tego zachod­niego bud­dyzmu jego "auten­tycz­nej" orien­tal­nej wer­sji, czego naj­le­piej dowo­dzi przy­kład Japo­nii. Nie tylko ist­nieje dziś wśród naj­waż­niej­szych japoń­skich mene­dże­rów moda na "kor­po­ra­cyjne zen", ale przez ostat­nie sto pięć­dzie­siąt lat gwał­towna indu­stria­li­za­cja i mili­ta­ry­za­cja Japo­nii, wraz z towa­rzy­szącą tym zja­wi­skom etyką dys­cy­pliny i poświę­ce­nia, były wspo­ma­gane przez myśli­cieli zen.

Naty­kamy się tu na dia­lek­tyczną logikę histo­rycz­nej trans­funk­cjo­na­li­za­cji: pozo­sta­ło­ści przed­no­wo­cze­snych cza­sów mogą funk­cjo­no­wać w zmie­nio­nych warun­kach histo­rycz­nych jako sym­bol tego, co jest nie do znie­sie­nia w skraj­nej nowo­cze­sno­ści. Podob­nie wygląda rola wam­pi­rów w naszej ide­olo­gicz­nej wyobraźni. Sta­cey Abbott17 poka­zała, jak filmy cał­ko­wi­cie zre­in­ter­pre­to­wały arche­typ wam­pira: nie repre­zen­tuje on dłu­żej folk­loru i pry­mi­tyw­no­ści, lecz doświad­czaną przez nas nowo­cze­sność. Wam­piry nie noszą już pele­ryn i nie śpią w trum­nach, lecz zamiesz­kują metro­po­lie, słu­chają muzyki pun­ko­wej, korzy­stają z naj­now­szych zdo­by­czy tech­niki i potra­fią odna­leźć się w każ­dej sytu­acji.

To oczy­wi­ście nie zna­czy, że można zre­du­ko­wać bud­dyzm do ide­olo­gii kapi­ta­li­stycz­nej. W celu dopre­cy­zo­wa­nia tego wątku spójrzmy na nie­ty­powy przy­kład. W 1991 roku Richard Taru­skin opu­bli­ko­wał recen­zję, w któ­rej bru­tal­nie odrzu­cił całą twór­czość Ser­gieja Pro­ko­fiewa, oprócz juwe­ni­liów, jako złą. Rze­czy, które stwo­rzył kom­po­zy­tor na Zacho­dzie, są "roz­bite i kiep­skie, słusz­nie odrzu­cone i nie do odra­to­wa­nia" w swoim powierz­chow­nym moder­ni­zmie; miały rzu­cić wyzwa­nie Stra­wiń­skiemu, ale to się nie udało. Kiedy Pro­ko­fiew zdał sobie z tego sprawę, wró­cił do Rosji i Sta­lina, gdzie jego dzieła zostały zruj­no­wane przez "karie­ro­wi­czo­stwo" i "praw­do­po­dob­nie zawi­nioną obo­jęt­ność [...] kamu­flo­waną przez apo­li­tyczną fasadę". W Związku Radziec­kim Pro­ko­fiew robił naj­pierw za przy­nętę Sta­lina, potem został jego ofiarą, ale w głębi zawsze nosił w sobie "dosko­nałą pustkę" abso­lut­nego muzyka, "który tylko pisze muzykę, a raczej który pisze "tylko muzykę""18. Przy całej swej nie­spra­wie­dli­wo­ści ta opi­nia zwraca uwagę na quasi-psy­cho­tyczną postawę Pro­ko­fiewa: w odróż­nie­niu od pozo­sta­łych kom­po­zy­to­rów sowiec­kich wcią­gnię­tych w chaos sta­li­now­skich oskar­żeń (Dmi­trij Szo­sta­ko­wicz, Aram Cha­cza­tu­rian i inni) nie znaj­du­jemy w Pro­ko­fie­wie żad­nych roz­te­rek, histe­rii czy lęku - sta­wił czoło anty­for­ma­li­stycz­nej kam­pa­nii z 1948 roku z nie­mal psy­cho­tycz­nym spo­ko­jem, jak gdyby w ogóle go nie doty­czyła (samo sza­leń­stwo jego powrotu do ZSRR w 1936 roku, cza­sie naj­więk­szych sta­li­now­skich czy­stek, jest naj­lep­szą oznaką stanu jego umy­słu). Los dzieł Pro­ko­fiewa powsta­łych pod rzą­dami Sta­lina jest zabar­wiony iro­nią: więk­szość utwo­rów pod­po­rząd­ko­wa­nych linii par­tii była kry­ty­ko­wana i odrzu­cona jako nie­szczere i słabe (słusz­nie), nagrodę Sta­lina zdo­był zaś za swoją "dysy­dencką" intymną muzykę kame­ralną (sonaty na for­te­pian nr 7 i 8, pierw­sza sonata na skrzypce, sonata na wio­lon­czelę). Szcze­gól­nie inte­re­su­jące jest (naj­wy­raź­niej szczere) uza­sad­nie­nie ide­olo­giczne sto­jące za peł­nym pod­po­rząd­ko­wa­niem się przez Pro­ko­fiewa sta­li­now­skim żąda­niom: zaak­cep­to­wał on sta­li­nizm w zgo­dzie z regu­łami Sto­wa­rzy­sze­nia Chrze­ści­jań­skiej Nauki, któ­rym był wierny. W gno­styc­kim uni­wer­sum Sto­wa­rzy­sze­nia rze­czy­wi­stość mate­rialna jest tylko pozo­rem, ponad który należy się wznieść, by dzięki cięż­kiej pracy i wyrze­cze­niom dostą­pić szczę­ścia ducho­wego. Pro­ko­fiew przy­jął taką samą postawę wobec sta­li­nizmu i patrzył na główne wyma­ga­nia este­tyczne tego sys­temu - pro­stotę, har­mo­nię, radość - przez gno­styc­kie oku­lary. Uży­wa­jąc ter­mi­no­lo­gii Jean-Claude'a Mil­nera, mogli­by­śmy powie­dzieć, że choć uni­wer­sum Pro­ko­fiewa nie było jed­no­rodne ze sta­li­nizmem, było homogénéisable (ujed­no­ro­dialne) - nie przy­sto­so­wał się do sta­li­now­skiej rze­czy­wi­sto­ści w pro­stym odru­chu opor­tu­ni­zmu. To samo można powie­dzieć o dzi­siej­szej sytu­acji: choć głu­potą byłoby twier­dzić, że bud­dyzm jest duchowo jed­no­rodny z glo­bal­nym kapi­ta­li­zmem, to z pew­no­ścią jest z nim ujed­no­rod­nialny.

Wra­ca­jąc do Korei, wydaje się, że moją ana­lizę potwier­dza Pro­pa­ganda - film z 2012 roku (łatwo dostępny w inter­ne­cie) na temat kapi­ta­li­zmu, impe­ria­li­zmu i maso­wej mani­pu­la­cji sto­so­wa­nej przez kul­turę zachod­nią w celu uto­wa­ro­wie­nia wszyst­kiego - który poka­zuje, jak te zja­wi­ska prze­ni­kają każdy aspekt życia błogo nie­świa­do­mych mas zom­bia­ków. To moc­ku­ment, dzieło uda­jące doku­ment, wysty­li­zo­wany na pro­duk­cję pół­noc­no­ko­re­ań­ską, a tak naprawdę zro­biony przez grupę osób z Nowej Zelan­dii, ale jak to mówią we Wło­szech: Se non ? vero, ? ben tro­vato19. Film uka­zuje zarówno wyko­rzy­sty­wa­nie stra­chu oraz reli­gii do mani­pu­lo­wa­nia masami, jak i rolę mediów dostar­cza­ją­cych kolo­rowe obrazki, które odcią­gają uwagę od poważ­niej­szych pro­ble­mów. W jed­nym z lep­szych frag­men­tów Pro­pa­ganda pod­daje nisz­czą­cej kry­tyce kul­turę cele­brycką: nasze roz­mowy o Madon­nie, Bra­dzie i Ange­li­nie "idą­cych na zakupy dzieci z trze­ciego świata", naszą zachod­nią obse­sję na punk­cie wystaw­nego życia gwiazd i nasz ego­cen­tryzm - robimy to wszystko, lek­ce­wa­żąc jed­no­cze­śnie nie­dolę osób bez­dom­nych i cier­pią­cych. Stwo­rzy­li­śmy kul­turę, w któ­rej cele­bryci stali się narzę­dziem uto­wa­ro­wie­nia do tego stop­nia, że czę­sto nawet tego nie dostrze­gają i popa­dają w sza­leń­stwo. Cała ta kry­tyka jest tak trafna, że musi prze­ra­żać. To świat wokół nas. Wszystko, szcze­gól­nie część o Micha­elu Jack­so­nie - spoj­rze­nie na to, "co zro­biła mu Ame­ryka" - brzmi tak wia­ry­god­nie, że trudno to prze­łknąć. Jeśli wyrzu­ci­li­by­śmy z Pro­pa­gandy kilka krót­kich wzmia­nek o mądro­ści ich uko­cha­nego przy­wódcy i tym podobne, to otrzy­ma­li­by­śmy stan­dar­dową, nawet nie tyle tra­dy­cyj­nie mark­si­stow­ską,ile zachod­nio-mark­si­stow­ską w duchu szkoły frank­furc­kiej, kry­tykę kon­su­me­ry­zmu, uto­wa­ro­wie­nia i Kul­tu­rin­du­strie. Zwróćmy jed­nak uwagę na ostrze­że­nie z początku filmu: nar­ra­tor mówi widzom, że choć wul­gar­ność i per­wer­syj­ność tego, co ujrzą, zawsty­dzi ich i zszo­kuje, to uko­chany Przy­wódca zde­cy­do­wał, że są wystar­cza­jąco doj­rzali, aby zoba­czyć prze­ra­ża­jącą prawdę na temat świata zewnętrz­nego - to słowa, któ­rych używa łaskawy, opie­kuń­czy, mat­czyny auto­ry­tet, gdy decy­duje się poin­for­mo­wać dzieci o nie­mi­łym fak­cie.

Aby pojąć szcze­gólny sta­tus ide­olo­giczny Korei Pół­noc­nej, nie możemy pomi­nąć mitycz­nego Shan­gri-La z Zagi­nio­nego hory­zontu Jamesa Hil­tona: samot­nej doliny tybe­tań­skiej, w któ­rej ludzie pro­wa­dzą szczę­śliwe i skromne życie, cał­ko­wi­cie odizo­lo­wani od sko­rum­po­wa­nej cywi­li­za­cji świa­to­wej, pod dobro­tli­wymi rzą­dami wykształ­co­nych elit. Korea Pół­nocna jest dziś naj­bliż­szym odpo­wied­ni­kiem Shan­gri-La. W jakim sen­sie? Pierre Legen­dre i kilku innych laca­ni­stów sądzą, że pro­ble­mem współ­cze­sno­ści jest upa­dek Imie­nia-Ojca - ojcow­skiego sym­bo­licz­nego auto­ry­tetu. Pod jego nie­obec­ność wybu­cha pato­lo­giczny Nar­cyzm, przy­wo­łu­jący widmo pier­wot­nego Real­nego Ojca. Jak­kol­wiek należy odrzu­cić tę ideę, to zawiera ona trafne spo­strze­że­nie: upa­dek Mistrza w żaden spo­sób nie gwa­ran­tuje eman­cy­pa­cji, może bowiem zro­dzić o wiele bar­dziej opre­syjną figurę domi­na­cji. W Korei Pół­noc­nej mamy do czy­nie­nia z pod­wa­że­niem patriar­chatu, ale w nie­co­dzienny spo­sób. Czy ten kraj jest naprawdę ostat­nim bastio­nem sta­li­ni­zmu, łączą­cym tota­li­tarną kon­trolę z kon­fu­cjań­skim auto­ry­ta­ry­zmem? Oto słowa naj­po­pu­lar­niej­szej pio­senki poli­tycz­nej w Korei Pół­noc­nej:

Och, Par­tio Pracy Korei, na któ­rej piersi

Zaczyna się i koń­czy me życie

Czy pocho­wany w ziemi, czy roz­rzu­cony na wie­trze

Pozo­staję twoim synem i wra­cam do twej piersi!

Powie­rzam ciało twemu czu­łemu spoj­rze­niu,

Twej kocha­ją­cej ręce

Wykrzy­kuję gło­sem dziecka

Matko! Nie mogę żyć bez matki!

To wła­śnie sygna­li­zo­wała nad­mierna żałoba po śmierci Kim Il Sunga: "Nie mogę żyć bez matki!". Spójrzmy na jesz­cze jeden dowód, oto dwa hasła: "matka" i "ojciec" z wyda­nego w Korei Pół­noc­nej Słow­nika języka kore­ań­skiego (z 1964 roku):

matka: 1) Kobieta, która uro­dziła daną osobę: ojciec i matka; mat­czyna miłość. Życz­li­wość matki wznosi się ponad góry, jest głęb­sza niż ocean. Uży­wane także w zna­cze­niu "kobieta, która ma dziecko": Wszyst­kie matki pra­gną, aby ich dzieci dora­stały zdrowe i stały się wspa­nia­łymi czer­wo­nymi budow­ni­czymi. 2) Nazwa odda­jąca sza­cu­nek oso­bie w podob­nym wieku do naszej matki: Dowódca plu­tonu nazy­wał matkę D?ngmaniego "matką" i zawsze jej poma­gał w pracy. 3) Meta­fora miło­ści, dba­nia o wszystko i trosz­cze­nia się o innych: Urzęd­nicy Par­tii muszą stać się mat­kami, które nie­ustan­nie kochają i uczą zwy­kłych człon­ków par­tii, sta­no­wiąc wzór dzia­ła­nia. Innymi słowy, osoba odpo­wie­dzialna za zakwa­te­ro­wa­nie musi zostać matką miesz­kań­ców. Ozna­cza to dba­nie o wszystko: czy ktoś jest chory, czy dobrze jada i tak dalej. 4) Meta­fora źró­dła, z któ­rego pocho­dzi dana rzecz: Par­tia jest wielką matką wszyst­kiego, co nowe. Potrzeba jest matką wyna­lazku.

ojciec: mąż naszej matki20.

Może to dla­tego do czasu trze­ciego Kima nie wspo­mi­nano publicz­nie o żonie przy­wódcy: wódz był her­ma­fro­dytą z domi­nu­ją­cymi cechami żeń­skimi. Czy jest to sprzeczne z poli­tyką Korei Pół­noc­nej, która sta­wia na mili­ta­ryzm, bez­względną dys­cy­plinę woj­skową i musz­trę? Nie, to dwie strony tego samego medalu. Postać matki, z którą mamy tu do czy­nie­nia, to tzw. "nie­wy­ka­stro­wana", wszech­mocna, poże­ra­jąca matka: Jacques-Alain Mil­ler zauwa­żył a pro­pos real­nej matki, że "ist­nieje nie tylko matka nie­za­do­wo­lona, ale także matka wszech­mocna. W laca­now­skiej postaci matki prze­raża wła­śnie to, że jest ona rów­no­cze­śnie wszech­mocna, jak i nie­za­do­wo­lona"21. Na tym polega para­doks: im bar­dziej "wszech­mocna" wydaje się matka, tym bar­dziej jest nie­za­do­wo­lona (co zna­czy "nie­ist­nie­jąca"): "Laca­now­ska matka odpo­wiada for­mule quaerens quem devo­ret - szuka kogoś do pożar­cia, stąd Lacan przed­sta­wia ją jako kro­ko­dyla, pod­miot z otwar­tymi ustami"22. Ta poże­ra­jąca matka nie odpo­wiada (na dzie­cięce żąda­nie znaku miło­ści) i wła­śnie dla­tego wydaje się wszech­mocna: "Jako że matka nie odpo­wiada [...] prze­mie­nia się w praw­dziwy pod­miot, który rodzi czy­stą wła­dzę [...] jeśli Inny nie odpo­wiada, prze­kształca się w poże­ra­jącą wła­dzę"23. To dla­tego kobiece cechy, które łatwo można dostrzec w ofi­cjal­nych por­tre­tach dwóch Kimów, nie są przy­pad­kowe. Cytu­jąc Briana Rey­noldsa Myersa:

Kim [Il Sung] był dla swo­jego ludu bar­dziej matką niż suro­wym kon­fu­cjań­skim patriar­chą: wciąż jest uka­zy­wany jako tro­skliwy władca o mięk­kich policz­kach, pod­trzy­mu­jący zapła­ka­nych doro­słych na swo­jej roz­le­głej piersi, pochy­la­jący się, aby zawią­zać sznu­ro­wa­dła mło­dego żoł­nie­rza lub pozwa­la­jący roz­trze­pa­nym dzie­ciom wdra­pać się na sie­bie. Ta tra­dy­cja jest kon­ty­nu­owana za Kim Dzong Ila, który został nazwany "bar­dziej matką niż wszyst­kie matki na świe­cie". Poli­tyka sta­wia­nia na mili­ta­ryzm mogła dać mu tytuł gene­rała, ale opisy jego nie­koń­czą­cych się podróży po bazach woj­sko­wych sku­piają się na tro­sce o zdro­wie i kom­fort żoł­nie­rzy. Wyśmie­wa­nie wyglądu kore­ań­skiego przy­wódcy, popu­larne wśród mię­dzy­na­ro­do­wych komen­ta­to­rów, jest zatem rów­nie nie­spra­wie­dliwe, co nużące. Każdy, kto widział tłum kore­ań­skich matek cze­ka­ją­cych przed salą egza­mi­na­cyjną, nie będzie miał trud­no­ści z roz­po­zna­niem sza­rej kurtki i opa­da­ją­cych ramion Kima lub twa­rzy wyra­ża­ją­cej aniel­ską cier­pli­wość: to matka, która nie ma czasu myśleć o sobie24.

Czy zatem Korea Pół­nocna nie jest czymś w rodzaju hin­du­skiej Kali: życz­li­wej/mor­der­czej bogini u wła­dzy? Musimy tu roz­róż­nić dwa poziomy: w przy­padku Korei Pół­noc­nej mamy powierz­chowny poziom męsko-woj­sko­wego dys­kursu Lidera-Gene­rała, wraz z towa­rzy­szącą mu ideą samo­dziel­no­ści obecną w Dżu­cze, ideą ludz­ko­ści jako pana samego sie­bie i wła­snego prze­zna­cze­nia; ta wizja jest pod­trzy­my­wana na głęb­szym pozio­mie przez obraz Przy­wódcy jako mat­czy­nego opie­kuna. Myers defi­niuje pod­sta­wowy aksjo­mat ide­olo­gii Korei Pół­noc­nej nastę­pu­jąco: "Kore­ań­czycy mają zbyt czy­stą krew, przez co są zbyt dobrzy, aby prze­trwać w świe­cie bez mat­czy­nego lidera"25. Czy nie mamy tu do czy­nie­nia z cie­ka­wym przy­kła­dem laca­now­skiej meta­fory rodzi­ciel­skiej: z Imie­niem-Ojca jako meta­forycznym sub­sty­tu­tem pra­gnie­nia matki? Z Imie­niem-Ojca (Przy­wódcy/Gene­rała), za któ­rym skrywa się mat­czyne opie­kuń­czo-nisz­czy­ciel­skie pra­gnie­nie?26

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zob. Shaun Wal­ker, Harry Pot­ter among books bur­ned by prie­sts in Poland, the­gu­ar­dian.com, https://bit.ly/3nIWeKC, dostęp: 23.11.2020. [wróć]

Zob. Rajani KS, Outlan­dish cla­ims at Indian Science Con­gress: A 6-point rebut­tal by a science acti­vist, the­new­smi­nute.com, https://bit.ly/3kYZT5a, dostęp: 23.11.2020. [wróć]

Zob. Nina Avra­mova, New 'pla­ne­tary health diet' can save lives and the pla­net, major review sug­ge­sts, edi­tion.cnn.com, https://cnn.it/2UZSkk5, dostęp: 23.11.2020. [wróć]

Jean-Pierre Dupuy, Petite meta­phy­si­que des tsu­na­mis, Seuil, Paryż 2005, s. 19. [wróć]

* Obraz znany pol­skim czy­tel­ni­kom rów­nież jako Złote sidła [wszyst­kie przy­pisy w tek­ście pocho­dzą od tłu­ma­cza]. [wróć]

Pol­ski tytuł filmu to Złote sidła, ale wybie­ram dosłow­niej­sze tłu­ma­cze­nie, aby oddać sens, do któ­rego odwo­łuje się autor książki - przyp. tłum. [wróć]

Sto­su­nek sek­su­alny nie ist­nieje. [wróć]

Aaron Schu­s­ter, Comedy in Times of Auste­rity, [w:] I. Novak, J. Krečič, M. Dolar (red.), Lubitsch Can't Wait, Slo­ve­nian Cine­ma­the­que, Lublana 2014, s. 28, 34. [wróć]

James Harvey, Roman­tic Comedy in Hol­ly­wood. From Lubitsch to Stur­ges, Da Capo, Nowy Jork 1987, s. 56. [wróć]

Gil­bert Keith Che­ster­ton, A Defense of Detec­tive Sto­ries, [w:] H. Hay­craft (red.), The Art of the Mystery Story, The Uni­ver­sal Library, Nowy Jork 1946, s. 6. [wróć]

Zaką­skę? [wróć]

Surową szynkę? [wróć]

* Może stek z polę­dwicy? [wróć]

Z rado­ścią Pana obsłużę! [wróć]

Cyt. za: Jour­ney Seoul, th-rough.eu [dostęp 15.01.2021]. [wróć]

Musimy jed­no­cze­śnie pamię­tać, że nie ma "nor­mal­nego" czasu na moder­ni­za­cję: moder­ni­za­cja ni­gdy nie nad­cho­dzi w odpo­wied­niej chwili, zawsze jest "zbyt szybka", sta­jąc się trau­ma­tycz­nym zerwa­niem. [wróć]

Zob. Sta­cey Abbott, Cel­lu­loid Vam­pi­res: Life After Death in the Modern World, Uni­ver­sity of Texas Press, Austin 2007. [wróć]

Richard Taru­skin, Pro­ko­fiev, Hail... and Fare­well?, "New York Times", 21.04.1991. [wróć]

Jeżeli to nie jest prawda, jest dobrze wymy­ślone. [wróć]

Brian Rey­nolds Myers, The Cle­anest Race, Melville House, Nowy Jork 2011, s. 6. Trudno powstrzy­mać się przed zada­niem pyta­nia: a co, jeśli ojciec nie jest mężem? [wróć]

Jacques-Alain Mil­ler, Phal­lus and Per­ver­sion, "Laca­nian ink" 33, s. 23. [wróć]

Tamże, s. 19. [wróć]

Tenże, Phal­lus and Per­ver­sion, dz. cyt., s. 28. [wróć]

Cyt. za: Brian Rey­nolds Myers, Mother of All Mothers. The leader­ship secrets of Kim Jong I, the­atlan­tic.com, https://bit.ly/3nNrQii, dostęp: 23.11.2020. [wróć]

B.R. Myers, The Cle­anest Race, dz. cyt., s. 9. [wróć]

Czy zatem - mówiąc wprost - miesz­kańcy Korei Pół­noc­nej są psy­cho­tycz­nymi kazi­rod­cami, któ­rzy nie chcą wejść w porzą­dek sym­bo­liczny? Odpo­wiedź brzmi: nie. Dla­czego? Z powodu dystansu do tego porządku, który widzimy nawet w ofi­cjal­nych tek­stach ide­olo­gicz­nych. To zna­czy, nawet ofi­cjalny dys­kurs ide­olo­giczny Korei Pół­noc­nej ("Tekst", jak go nazywa Myers) nie anga­żuje się w bez­po­śred­nie ubó­stwia­nie Przy­wódcy; zamiast tego to ubó­stwie­nie jest zgrab­nie przy­pi­sy­wane "naiw­nym" zachod­nim gościom zafa­scy­no­wa­nym mądro­ścią Wodza: "choć Tekst kie­ruje uwagę na osoby z zewnątrz, w tym Ame­ry­ka­nów i miesz­kań­ców Korei Połu­dnio­wej, któ­rzy rze­komo uwa­żają Kim Il Sunga za istotę boską, to on sam ni­gdy nie wygła­sza takich twier­dzeń" (Myers, op. cit., s. 111). Czy nie mamy tu do czy­nie­nia z oczy­wi­stym przy­pad­kiem "pod­miotu, który podobno wie­rzy", naiw­nego innego, na któ­rego prze­no­simy nasze wła­sne prze­ko­na­nia? Na podob­nej zasa­dzie nie powin­ni­śmy trak­to­wać jako ide­olo­gicz­nego sza­leń­stwa faktu, że w pod­ręcz­ni­kach z Korei Pół­noc­nej przy­wódca (Kim Il Sung, Kim Dzong Il...) jest przed­sta­wiany jako osoba, któ­rej ciało jest tak czy­ste, że nie musi nawet srać - to po pro­stu przy­kład dopro­wa­dzo­nej do skraj­no­ści logiki "dwóch ciał króla": pod­dani z Korei Pół­noc­nej nie są psy­cho­ty­kami, któ­rzy "dosłow­nie wie­rzą, że ich przy­wódca nie sra", uwa­żają jedy­nie, że sra­nie nie jest czę­ścią wznio­słego ciała przy­wódcy. [wróć]