PIERWSZY
----------------
ANNA
Trzy lata później
Gdyby ktoś powiedział mi, kiedy byłam w college'u, że moim głównym źródłem dochodu będzie praca przy kasie na nocnej zmianie w sklepie na rogu... Cóż, pewnie bym mu uwierzyła. Już na pierwszym roku uświadomiłam sobie, że mój mózg nie radził sobie z naukami ścisłymi i z kursu przygotowującego do medycyny przeniosłam się na sztukę, choć pozostałam realistką w kwestii tego, co mogło nieść z sobą życie artysty. Każdy absolwent sztuki Uniwersytetu Kalifornijskiego marzy, by stać się kolejnym wielkim scenografem, kostiumografem czy inną szychą w kręgach sztuki, ale ci z nas, których ambicją jest po prostu zarobić na czynsz i ubezpieczenie zdrowotne, mają świadomość, że zapewne będziemy kelnerkami za dnia i hobbistycznymi malarkami nocą. Więc fakt, że jest 00.44, a ja siedzę za kasą w Pico Pick-It-Up, a nie jestem na jakimś eleganckim przyjęciu z elitą artystyczną tego miasta, nie powinien nikogo zaskakiwać, a już na pewno nie mnie.
Choć zważywszy na to, że rachunki za leczenie mojego taty powoli rosną, moje ambicje też powinny.
Ostrożnie odwracam stronę "US Weekly", który pożyczyłam ze stojaka z gazetami. Jest tu wiele ofert dochodowej pracy. Dałabym radę stać się kolejną wielką influencerką sztuki i pewnego dnia dołączyć do Celebrities... Znaleźć się na stronie Oni Są Tacy Jak My! Jestem młoda i wiem, jak nosić bluzkę bez stanika. A to stanowi przynajmniej połowę wymagań, prawda?
Wyobrażam to sobie:
Sensacja Instragrama Anna Green przyłapana w idealnie wygniecionej bluzce tuż przed Sprouts!
Gwiazda TikToka Anna Green i jej seksowny chłopak-aktor przyłapani na obłapianiu się przed Soho House!
Zastanawiam się, ile obecnie zarabia influencer i czy te pieniądze wynagradzają ośmieszanie się podczas wygłaszania monologów do telefonu przed obrazem Picassa Kobieta z książką w Muzeum Norton Simon albo cierpliwość, jakiej wymagałoby odpowiednie ustawienie światła, żebym mogła narysować sobie maleńkie tygrysy na powiekach przy użyciu wyłącznie wegańskich kosmetyków.
Ten ciąg myślowy coś mi uświadomił: jestem za leniwa, żeby być influencerką.
Ale to nic. Jestem pięć nocy w tygodniu tutaj, robię trzy popołudniowe zmiany w Amir's Café, czasami wyprowadzam psy i oddaję osocze krwi, jeśli robi się naprawdę krucho, ale płacę czynsz. Pokrywam większość opłaty za ubezpieczenie zdrowotne taty i wydatki na leczenie. To się liczy. Głęboki wdech. Przerzucam stronę i przechodzę do kolejnej sekcji.
- Anna.
Wychylam się za ladę i patrzę w obie strony. Mój szef, Ricky, stoi w drzwiach swojego małego, zagraconego biura, rzadkie blond włosy opadają na jego chłopięce oczy, a zaciśnięte pięści spoczywają na biodrach. Ma na sobie koszulkę z Naruto i spodnie dresowe z logo swojej byłej szkoły, Hamilton High School.
- Tak?
- Możemy porozmawiać?
- Jasne. - Wskazuję kciukiem na wejście do sklepu. - Chcesz, żebym zamknęła na chwilę?
Kręci głową.
- Jest pierwsza w nocy. Między pierwszą a drugą mamy średnio pół klienta.
- Racja. - Zeskakuję za swojego stołka i delikatnie odkładam gazetę na stojak, po czym tanecznym krokiem ruszam alejką. Ricky skończył szkołę w czerwcu, ale nie był zainteresowany pójściem do college'u, więc namówił rodziców, żeby postawili przed nim wyzwanie zarządzania ich sklepami Pick-It-Up przy Pico i Manning, wciśniętymi pomiędzy Subway i Jimmy John's. Barb i Paul to dwoje moich ulubionych ludzi na świecie, ale Ricky wykorzystuje swój Szefowski Głos na mnie, odkąd tylko zaprosił mnie na kolację po skończeniu osiemnastu lat, a ja odmówiłam. Bądźmy poważni.
Opieram się o framugę drzwi i odsuwam z czoła za długą i ledwo już różową grzywkę. Desperacko potrzebuję strzyżenia i farbowania, ale takie rzeczy obecnie pozostają bardzo daleko na mojej liście priorytetów.
- Co tam?
Prostuje się i próbuje wyglądać autorytatywnie, gdy wskazuje na krzesło naprzeciwko siebie. Wygląda jak jedno z tych starych krzeseł ze szkoły podstawowej z obrysowanym plastikowym siedziskiem i stalową ramą z rurek, ale najbliższa szkoła znajduje się prawie kilometr stąd. Któregoś dnia pojawiło się w bocznej uliczce i od tego czasu stoi w biurze.
- Czy mogłabyś usiąść?
Zajmuję miejsce, ale zerkam przez ramię na wejście do sklepu. Nawet jeśli to Ricky wezwał mnie tutaj, w kasie nadal znajduje się mój utarg. Ostatnie, czego mi potrzeba, to żeby ktoś wpadł tam i porwał całą gotówkę. Sklep Verizon na końcu ulicy został obrabowany zaledwie w zeszłym tygodniu.
- A nie moglibyśmy porozmawiać tam? Nie podoba mi się, że sklep został bez opieki.
- Cóż, to akurat ironia.
Odwracam się, żeby spojrzeć na niego. Ze swojego miejsca widzę, że w tej chwili góruje nade mną, co zapewne było celowe z jego strony.
- Słucham?
Przekłada ołówek między palcami. Ma obgryzione paznokcie, a na wierzchu jednej dłoni widnieje wyblakła niebieska pieczątka z Rangy's Arcade, ma również swój pierścień ze szkoły średniej. Ricky prostuje się, usiłując wyglądać na wyższego. Ma metr siedemdziesiąt w kapeluszu. Nie jest to moje najbardziej dojrzałe zagranie, ale czasem, kiedy Ricky jest wyjątkowo protekcjonalny, rysuję małe karykatury przedstawiające jego postać jako karzełka w za dużym garniturze ojca, a jego stopy topią się w ogromnych butach.
- To ironia, że udajesz niepokój o to, że sklep może zostać obrabowany.
- Ironia? - pytam. - Jak to?
- Widziałem na nagraniu, jak wczoraj wzięłaś opakowanie gum do żucia. Nie zapłaciłaś za nie.
Marszczę brwi i wracam myślami do tego, o czym mówił. Rzeczywiście wzięłam paczkę gum. Prawdopodobnie jakieś pół godziny po rozpoczęciu ośmiogodzinnej zmiany.
- Skąd wiesz, że nie zapłaciłam?
Wskazuje na kamerę w rogu biura, przypominając mi, że monitoring jest wszędzie. Ale skoro wie, że nie zapłaciłam, oznacza to, że...
- Obejrzałeś osiem godzin nagrania?
Ricky wierci się na krześle, a sztuczna skóra skrzypi pod nim, jakby puścił bąka. Próbuje zrobić to ponownie i efekt jest taki sam. Wyjaśnia z zarumienioną twarzą:
- Na podglądzie.
Wiem, jak stare są te kamery. Podgląd to w najlepszym wypadku podwójna prędkość.
- Czyli chcesz powiedzieć, że spędziłeś tylko cztery godziny na oglądaniu nagrań ze mną?
Rumieni się i macha lekceważąco.
- Nie w tym rzecz.
Powstrzymuję odpowiedź, która ciśnie mi się na usta, ale nigdzie mnie nie zaprowadzi: Cztery godziny zmarnowanego czasu wydają się większą stratą niż paczuszka gum za dwa dolce w ciągu trzech lat pracy, zupełnie jak twoja obecność tutaj, skoro o tej porze średnia wynosi pół klienta na godzinę.
Zamiast tego mówię:
- Po prostu zapomniałam. Nie miałam przy sobie gotówki, a nie chciałam płacić pięć dolarów opłaty za transakcję poniżej dziesięciu dolców.
- Powinnaś była włożyć wczoraj do kasy skrypt dłużny.
- Skrypt? Taki... na papierze?
Przytakuje.
- Mogłaś zapisać to na odwrocie paragonu.
- Jak Kelly doliczyłaby się tego, kiedy przyszłaby o siódmej?
- Powiedziałaby mi, że wzięłaś paczkę gum i zapłacisz później.
- Ale przecież wiedziałeś, że wzięłam paczkę gum. Obejrzałeś całe nagranie.
Jego nozdrza falują.
- Chodzi o to, że nie możemy ci ufać.
- Ricky, zapłacę za te gumy teraz. Boże, przecież pracuję tu od trzech lat i to pierwszy raz, kiedy masz ze mną jakikolwiek problem.
Jego mina podpowiada mi, że nie mam racji.
Odchylam się na moim małym krzesełku.
- Och. Rozumiem. Chodzi o tamtą randkę.
Ricky pochyla się, opiera na przedramionach i składa dłonie w taki sam sposób jak jego tata, kiedy wchodzi w tryb mentorski. Ale Paul mógłby wygłosić mi dwugodzinne kazanie o tym, jak odnieść sukces w biznesie, i pochłonęłabym je z radością, bo jest charyzmatyczny, troskliwy i harował jak wół, żeby zapracować na sieć czterech sklepów w centrum Los Angeles. Ricky dostał audi na szesnaste urodziny, sklep na osiemnaste i najwyraźniej wykorzystuje czas jako menedżer na oglądaniu nagrań ze mną w dni, kiedy zakładam spódniczkę do pracy. Więc nie wierzę w ani jedno jego słowo, kiedy mówi:
- Nie chodzi o randkę.
- Naprawdę?
- Nie chodzi o to - zapewnia.
- To naprawdę głupie, Ricky!
- Jestem Derrick.
- To naprawdę głupie, Derrick.
Rumieni się.
- Tak właśnie właściciel interesu załatwia problem z pracownikiem. Przykro mi, Anno. Będziemy musieli się rozstać.
Dzwoni mi w uszach. Na skórę wypływa rumieniec paniki.
- Zwalniasz mnie dzisiaj z powodu paczki gum?
- Tak.
- Barb i Paul wiedzą?
- Moi rodzice są świadomi, owszem. - Odbieram to jak cios w brzuch. Barb i Paul wiedzą, że Ricky zwalnia mnie z powodu paczki arbuzowej gumy Trident? I nie mają nic przeciwko?! Auć.
Ricky pochyla się, żeby przyciągnąć moją uwagę.
- Anno? Słyszałaś, co powiedziałem? Możesz oddać mi swoje klucze, a ostatni czek wyślę ci mailem.
Mrugam, żeby skupić się na nim, i wstaję.
- Pamiętaj, żeby odjąć koszt gum.
- Już to zrobiłem.
***
W chwili, gdy wychodzę na ulicę i nie widzę mojej zdezelowanej jetty tam, gdzie zwykle parkuję, uświadamiam sobie, że znalazłam się na początku ciągu potwornie gównianych wydarzeń. Wracam wspomnieniami sześć godzin wstecz, kiedy ulica Manning była czasowo zamknięta, żeby uprzątnąć coś po jakiejś stłuczce. Musiałam zaparkować przy Pico, a potem odnotowałam w pamięci, żeby przeparkować na Manning, gdy będzie już otwarta, albo dorzucić pieniądze do parkometru przed ósmą... i nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy.
Ta głupia paczka gum za dwa dolce zmieniła się w czterdziestopięciodolarowy mandat za parkowanie.
Ale kiedy docieram do samochodu, zastaję nie tylko spodziewaną białą kopertę za wycieraczką, ale też ogromną czarną rysę po stronie kierowcy, gdzie ktoś najwyraźniej przerysował mi auto, a potem z radością pojechał w swoją stronę. Wgniecenie jest na tyle duże, że kiedy wsiadam do środka, nie mogę do końca zamknąć drzwi.
Kurwa.
W kwietniu nigdy nie pada w LA, ale oczywiście zaczyna w chwili, gdy wjeżdżam na autostradę. Wielkie krople spadają gwałtowną ulewą, przez którą cała ulica jest śliska, a ja momentalnie mam przemoczony cały bok ciała. Kiedy podjeżdżam do swojego mieszkania, zauważam, że chłopak mojej współlokatorki zaparkował na moim miejscu. Nie mogę nawet się wściekać, bo nie spodziewali się mnie w domu jeszcze przez najbliższe trzy godziny. Zastawiam go, wyłączam silnik i opieram głowę o kierownicę, by wziąć kilka głębokich wdechów.
Jedna rzecz na raz, słyszę w głowie głos taty, głęboki i niski. Zajmij się samochodem, a jutro porozmawiasz z Vivi o możliwości wzięcia dodatkowych zmian w kawiarni.
- Będzie dobrze - mówię w stronę nieba, które jakimś cudem rozpogodziło się po deszczu. Powtarzam te słowa, wysiadając z samochodu, i wpatruję się w drzwi, które nie chcą się zamknąć, po czym pochylam się, żeby wyjąć z auta wszelkie wartościowe przedmioty. Uświadamiam sobie, że AirPodsów, które tata dał mi na święta, już nie ma. Tak jak dziesięciu dolarów, które trzymałam na wszelki wypadek, gdybym potrzebowała jedzenia w środku nocy.
Czemu, do cholery, nie wykorzystałam tej dziesięciodolarówki, żeby zapłacić za gumy?
Ale nie! Dlaczego, do diabła, Derrick zwolnił mnie przez coś tak nieznaczącego? Okropnie małostkowe!
Jedna rzecz na raz, przypomina mi w głowie tata.
Wbiegam po schodach do mieszkania, wsuwam klucz do zamka i słyszę tylko "O cholera!" po drugiej stronie, zanim otworzę drzwi i zobaczę moją współlokatorkę Lindy i jej chłopaka Jacka w wyjątkowo kompromitującej pozycji na mojej ukochanej rozwodowej kanapie. On jest zupełnie nagi, niewiarygodnie spocony i - o Boże - nadal twardy. Odwracam się w chwili, gdy to, co widzę, krystalizuje się w mojej głowie. Lindy ma dłonie przywiązane do kostek, więc nawet nie może szybko umknąć, on gorączkowo próbuje ją uwolnić i oboje wykrzykują przeprosiny. Moje własne za to, że wróciłam wcześniej do domu, znikają w tym chaosie, przyciskam czoło do ściany, żałując, że nie mogę wtopić się w nią i zamieszkać tam na resztę moich dni. Byłabym wspaniałym duchem.
Słysząc zatrzaskujące się drzwi jej sypialni, odwracam się i opieram o ścianę, próbując zdecydować, czy pieczenie oczu oznacza nadchodzący histeryczny śmiech, czy szloch.
Kiedy otwieram lodówkę, widzę, że Skrępowana Lindy i Spocony Jack zjedli resztę jagnięcego tadżinu, który zostawiłam sobie do zjedzenia po powrocie z pracy. Jedyne, co znajduję w środku, to pół kostki sera, starą śmietankę i kilka zwiędniętych marchewek.
Wchodzę do swojego pokoju, opadam na łóżko i wpatruję się w sufit, zbyt przybita nawet do tego, żeby w odwecie rysować karykatury Ricky'ego. Ściany wkoło aż uginają się od moich obrazów, prawie wszystkie to ogromne płótna przedstawiające kwiaty: prawdziwe dzieło sztuki natury. Żaden pędzel nie byłby w stanie idealnie odwzorować detali cieni płatków, delikatnych różnic w kolorach wzdłuż włókien czy skomplikowanych wzorów światła wspinającego się po łodyżce, ale muszę próbować, nie mogę przestać. Wczoraj rano skończyłam moje nowe ulubione dzieło - ogromny czerwony mak z ukrytą galaktyką pyłku głęboko w czarnym środku. Aktualnie stoi oparte o ścianę, częściowo ukryte za tym, które stoi przed nim - płatki jaskrów ciężkie od kropel wody.
Niestety, za te obrazy nie da się opłacić rachunków. Nie mam pojęcia, co teraz zrobić, ale wiem, że nie chcę kolejnej pracy takiej jak w Pick-It-Up. Nie chcę pracować w 7-Eleven czy w Starbucksie. Nie chcę być czyjąś przepracowaną asystentką, influencerką, kierowcą Ubera ani kelnerką. Chcę malować. Ale obecnie tonę w dokończonych płótnach, z których żadnego nie mogę sprzedać. To marzenie, które ciągle odsuwam na bok - utrzymywanie się ze sztuki - i które pozostaje tylko odległym echem. Sprzedałam kilka obrazów po skończeniu szkoły, nawet podpisałam kontrakt z menedżerem po jednym z pokazów przy Venice Beach, ale nie miałam żadnej wystawy od osiemnastu miesięcy, a mój menedżer nie zadzwonił prawie od roku. Czy tego chcę, czy nie, jutro będę musiała złożyć podania o pracę w każdej kawiarni i sklepie, jakie znajdę.
O 2.14 nad ranem mój telefon piszczy na stoliku obok i od razu po niego sięgam w nadziei na maila od Barb i Paula z przeprosinami za ich beznadziejnego syna. Niestety, to nie to. Przyszedł rachunek ze szpitala za ostatnią serię chemioterapii taty.
Chwytam kołdrę, naciągam ją na siebie, przekręcam się i ukrywam twarz w poduszce.