Rozdział 1
Maddoc
Chwytam się za włosy i ciągnę, próbując zmniejszyć pulsowanie w skroniach. Moje ciało i umysł są wyczerpane, głowa mnie przez to boli.
Ruch jednak nie pomaga, więc opadam na wysoki stołek i patrzę na zegar.
Jest po trzeciej w nocy, a Raven nadal się nie pojawiła.
Captain łazi po całym pieprzonym domu, a Royce na zewnątrz przed drzwiami z rękami skrzyżowanymi na piersiach.
Kręcę głową. Minęło zaledwie kilka godzin, a my we troje odchodzimy od zmysłów. Dziewczyna wykiwała nas wszystkich.
Wymknęła się zaledwie kilka minut po tym, jak zeszła na dół. Miałem za nią biec, ale tego nie zrobiłem. Stałem nieruchomo, dając jej czas. Przekonywałem samego siebie, żeby wziąć się w garść, wzniecić w sobie ogień.
Kiedy jednak minął kwadrans i nie wróciła, wiedziałem, że zwiała. Znów była pieprzoną Raven i podjęła samotnie tę decyzję, co oznaczało, że była to cholernie głupia decyzja.
Właśnie taka jest Raven Carver - nie wie, czego chce, natychmiast podejmuje ryzykowne działanie, którego nikt się nie spodziewa i ma nadzieję, że ostatecznie się ułoży, pieprząc przy tym wszelkie konsekwencje.
Nie mogę tego znieść.
Musi przestać działać bez nas, gdy wie, że w mroku czekają jedynie kłopoty. To coś, o czym pieprzony Bass Bishop powinien był pomyśleć, nim polecił, by od nas uciekła po to, aby spotkać się z nim wczoraj wieczorem w magazynie, gdzie ją napadnięto.
Być może jest on naszym bukmacherem, będącym na wszystkich wydarzeniach w tym miejscu i świetnie sobie radzi, ale to moja dziewczyna. Nie może robić takich rzeczy.
Muszę porozmawiać z braćmi, by umieścić tego gnojka na czarnej liście za to, co zrobił. Wszystkich da się zastąpić prócz Raven. Powinien o tym wiedzieć.
Kiedy uświadomiliśmy sobie, że uciekła, wyrzuciliśmy go, zadzwoniliśmy do reszty chłopaków i rozpoczęliśmy poszukiwania.
Problem w tym, że Raven większość życia spędziła na uciekaniu. Wiedzieliśmy, że znajdziemy ją dopiero wtedy, gdy ona tego zechce. Mieliśmy jednak cichą nadzieję, że wyszła jedynie, żeby poukładać myśli.
Godziny mijały, nigdzie jej nie było, więc wróciliśmy. W tym czasie nasi ludzie nadal próbowali ją znaleźć, wbijając na imprezy w mieście.
- Wciąż uważam, że Bass coś ukrywa - warczy Royce, odwracając głowę, aby spojrzeć na ganek. - Sukinsyn udaje, że jej szuka, choć zapewne dokładnie wie, gdzie ona jest.
Captain kręci głową.
- Jeśli coś wie, nie ma mowy, by to zdradził. - Patrzy na mnie. - Wie, że go zajedziemy, jeśli wyzna, że nic nie powiedział zaraz po tym, gdy ją pobito.
Zaciskam usta i zgrzytam zębami.
Ma rację, zabilibyśmy go. Mógłbym to nawet teraz, kurwa, zrobić.
Odzywa się leżąca na blacie komórka, więc wszyscy odwracamy w jej stronę wzrok. Podrywam się, natychmiast ją chwytam i odblokowuję ekran, wkurzony, gdy czytam, że to wiadomość od mojego człowieka Maca. Rzucam telefon z powrotem na miejsce.
- Mac znalazł tę Mello, z którą Raven była w Tower. Jest w pieprzonym Maui i nie rozmawiała z nią, odkąd ją odwieźliśmy.
Cap patrzy na swój telefon, marszcząc brwi.
- Leo napisał, że znów przeszukał teren szkoły i parku. - Wkłada komórkę do kieszeni. - I jej nie ma.
Kurwa. Ja pierdolę.
Podrywam się na nogi, patrząc na braci.
- Idę jej znów poszukać.
Royce już trzyma kluczyki w dłoni, ale Captain krzywo się patrzy.
- No co? - pyta podejrzliwie Royce.
- Jutro mamy mecz... a właściwie już dziś. - Cap zwilża wargi językiem, zerkając na nas. - Musimy być w formie.
Royce marszczy czoło.
- Cap, nie. - Kręci głową. - Powiedz mu, Maddoc.
Cholera. Mecz.
Kiedy milczę, Royce zerka na Captaina.
- Nie zagramy, jeśli nie wróci!
Cap jest ostrożny.
- Royce...
- Nie roycuj mi tu, koleś - przerywa mu. - Po co się, kurwa, zachowujesz, jakbyś był spokojny, skoro nie jesteś?!
Captain patrzy na mnie groźnie.
- Przejrzeliśmy monitoring, wiemy, że nikt jej nie uprowadził. Uciekła. I wiesz dobrze, że gdyby nie mecz, już siedziałbym za kierownicą, ale musimy zagrać i musimy zrobić to dobrze.
- A jeśli się pojawi, by spakować swoje rzeczy czy coś, gdy nas nie będzie?! - krzyczy Royce, patrząc wściekle. - Nie wyjdę, kurwa!
Niech to szlag!
Pocieram skronie. Cap ma rację, musimy dobrze zagrać, ale, cholera, mówimy o Raven.
Kiedy ją tu sprowadziliśmy, nie spodziewaliśmy się, że się dostosuje. Z pewnością nie wyobrażaliśmy sobie, że ją tu zatrzymamy, ani że będziemy się wściekać z powodu jej odejścia.
Polecono nam, byśmy dopilnowali, by tak jak inni trzymała się zasad, które tata zastosował w domu, ale już od pierwszego dnia walczyła z nami na każdym kroku.
Była inna, od razu to zauważyłem.
Nie zerkała na nas, ale śmiało patrzyła nam w oczy, wysoko unosząc przy tym głowę. Odzywała się, gdy wymagaliśmy od niej ciszy. Kiedy na nią naciskaliśmy, odpowiadała tym samym, przysuwała się i działała nam na nerwach. Wkurzała nas bardziej niż my ją, a nawet się nie starała. Może nie miała tej świadomości.
Na tę myśl mój puls przyspiesza, czuję, że pod wpływem gniewu wrze we mnie krew.
W całej tej popieprzonej sytuacji Cap też się do niej przywiązał, choć wiem, że ma znacznie więcej do stracenia, więc jest na przegranej pozycji.
Znam brata, będzie się później zadręczał z powodu wypowiedzianej sugestii, że powinniśmy zaprzestać poszukiwań.
Jednak pomimo rozterek kiwa głową, wodząc wzrokiem po naszych twarzach. Jest gotowy do drogi, nawet jeśli chciałby, byśmy go posłuchali.
- Przegramy, jeśli się nie przyłożymy.
- Tak - drwi Royce, nie dopuszczając do siebie wyrzutów sumienia, które wywoła ta samolubna postawa. - Przegramy, narazimy na szwank cały sezon i pozwolimy, by ci od Gravena pięli się w górę. Ten gnój, dyrektor Perkins, będzie sprawiał kłopoty, tata dopadnie nas z celi, a to ty będziesz miał najbardziej przejebane przez Zoey, ale... - urywa, gdy słychać kliknięcie zamka.
Obracamy głowy do drzwi, które powoli się otwierają i wchodzi Raven.
Kontroluje swoje ruchy. Nie spieszy się, zamykając drzwi, przekręcając blokadę zamka, odwlekając nieuniknione - pieprzony pluton egzekucyjny.
Marszczę brwi, patrzę na skrzywione miny braci i ponownie wracam do niej wzrokiem.
Zaciskam zęby i czekam, aż odwróci się i na mnie łaskawie spojrzy, ale zanim jest szansa, że to zrobi, do akcji wkracza Royce.
- Co jest, kurwa, Raven?! - Podchodzi.
Captain chwyta go za ramię, próbując uspokoić Royce'a, ale on się wyrywa i tylko czeka na to, by dziewczyna spojrzała w jego rozgniewane oczy. Kiedy tego nie robi, chłopak parska szorstkim śmiechem i kopie ławę, która wpada na schody.
- Raven - wołam i chcę, żeby na mnie spojrzała, ale ona tylko wzdycha i zerka w lewo.
- Musiałam sobie poukładać myśli - sapie. - I, gdybyś zapomniał, nie muszę prosić nikogo o pozwolenie, by to zrobić.
- Ty tak na poważnie? - warczę, zbliżając się do niej. - Po całym tym syfie z ubiegłych dni naprawdę chcesz tak grać?
- W nic nie gram.
- Więc, kurwa, mów! - krzyczę, podchodząc jeszcze bliżej. - Nie możesz uciekać, ilekroć...
- Mogę i to zrobię! - odpowiada krzykiem, jak zwykle próbując się buntować, ale głos jej się łamie, a wzrok ucieka w kierunku podłogi, co jest raczej do niej niepodobne.
Spinam się, żołądek mi się kurczy.
Co jest?
Patrzę na brata, mając nadzieję, że dostrzegę oznaki tego, o czym myśli, ale jego spojrzenie jest równie ostrożne jak moje.
- Raven... - Próbuję raz jeszcze, nieco spokojniej. W końcu patrzy na mnie tymi burzliwymi oczami.
Czuję ucisk w piersiach.
Dziewczyna ma rozmazany makijaż i podpuchnięte, zaczerwienione oczy. Widzę, że coś się w niej gotuje. Nie umiem tego odczytać, ale zaraz chyba wybuchnie.
Przygryzam wnętrze policzka, by się nie odezwać. Męczę się z cholerną powściągliwością, na którą zupełnie nie mam ochoty.
Chciałbym się na nią wydrzeć, nie odpuszczać, ale kiedy na nią patrzę, gdy stoi taka pobita oraz emocjonalnie wyczerpana tym, co dzieje się w jej głowie, nie mogę tego zrobić. Kurczę się w sobie.
- Muszę... się wykąpać i przespać - mówi, choć się nie rusza.
Ani drgnie, gdy robię kilka kroków w jej stronę. Właśnie wtedy budzi się do działania i rusza pospiesznie w stronę schodów.
Odprowadzamy ją z Captainem wzrokiem, aż znika na górze.
Brat odwraca się do mnie i mówi cicho:
- Wiedziałem, że wcześniej coś było z nią nie tak, ale nie mam pojęcia, czy miało to jakiś związek z walką.
- Cap. - Jestem wykończony. - Powiedz, że to nie dlatego, że nas tam nie było i nie mogliśmy jej pomóc. Powiedz, że Raven, patrząc na mnie, nie myśli, że jestem facetem, który nie zdoła jej ocalić.
Captain chwyta mnie za ramię i patrzy poważnie w oczy.
- Odeszła z własnej woli, celowo od nas uciekła. Pytanie, które powinniśmy sobie zadać, brzmi: czy zrobiła to dlatego, że potrzebowała chwili w samotności? - Unosi brwi. - Czy dlatego, że musiała się czymś zająć i nie chciała, byśmy brali w tym udział? Nie znam odpowiedzi, ziom, ale cokolwiek stało się jej zeszłej nocy, nie jest twoją winą.
- A jeśli jednak jest? - spieram się. - Co, jeśli ją napadnięto z powodu tego, do czego ją zmusiliśmy?
Cap śmieje się cicho, ale słychać w tym porażkę.
- Do niczego jej nie zmusiliśmy, bracie. Raven jest jaka jest. Tak, sprowadziliśmy ją do naszego świata, ale weszła do niego silna i zdeterminowana. Właśnie dlatego natychmiast się w nim odnalazła. Możemy jedynie starać się zrozumieć popieprzony sposób, w jaki została wychowana. Może po jakimś czasie pojmie, że nie jest już sama.
Mrużę oczy.
- Dlaczego mówisz, jakbyś wiedział, że narobiła dziś jakiegoś zamieszania?
Wzdycha i puszcza moje ramię.
- Nie wiem, ale czuję, jakby zatraciła się w sobie. Ostatnim razem, gdy tak było i próbowaliśmy wymusić na niej określone zachowanie, to był dzień pojawienia się tu jej matki. Po tym Raven celowo starała się wylecieć z domu Bray, by dowieść swoich racji. Udowodnić, że nikt jej nie kontroluje.
- Teraz jest inaczej - warczę.
Jesteśmy jej potrzebni. Wiem o tym.
Cholera, czuję to.
Cap wytrzeszcza oczy i unosi brwi.
- No właśnie. Wtedy chodziło o nią. Zrobiła coś, co mogło być dla niej złe, sprawiłoby, że wróciłaby do piekła, w którym żyła, ale teraz jest jedną z nas. Choć nie powiedziała tego głośno, wie o tym, i zobacz, co dla nas zrobiła. Nawet jeśli miała w dupie to, kim jesteśmy... Wepchnęła dziewczynę do basenu na imprezie u Gravena, dusiła laskę, która miała nagranie trenera z tą cizią i to, co zrobiła pod magazynami, gdy próbowała sprawić, by nas nie zauważono, a także to w domkach...
Kiedy marszczę brwi, Cap kiwa głową.
- Wyobraź sobie, co dla nas by zrobiła, gdyby jej na nas zależało.
Kurwa. Ma rację.
Ocieram twarz i go mijam.
- Nie mogę teraz o tym myśleć, Cap. Pogadamy jutro albo, cholera, dziś po meczu.
- Tak - wzdycha. - To pewnie lepszy pomysł.
Idzie za mną, po czym znika w swoim pokoju.
Zatrzymuję się przy łazience, słyszę, że woda nadal płynie, więc idę do tej przy moim pokoju, by wziąć szybki prysznic.
Nie wiem, czy słowa Captaina mają jakąkolwiek wartość, ale jestem zdeterminowany, by się tego dowiedzieć. W tej chwili zamierzam jednak położyć się z nią, pieprzyć ją, jeśli będzie tego potrzebować, tulić, jeśli mi pozwoli, a o to, co miało dziś miejsce, pomartwimy się jutro.
Raven
Gdy słyszę kroki na korytarzu, wchodzę pod kołdrę i podciągam ją pod podbródek, zaciskając na niej palce, jakby była moją zbroją.
Gałka w drzwiach się obraca, ale tylko na tyle, na ile pozwala jej blokada, a ja wstrzymuję oddech.
Następuje niekończąca się cisza, podczas której zaciskam usta, blokując niedorzecznym łzom wypłynięcie z oczu.
Gałka obraca się ponownie, tym razem wolniej i ciszej. Maddoc próbuje raz jeszcze... tak na wszelki wypadek.
Chwilę później słychać gwałtowne kroki i trzask drzwi.
W momencie, gdy to się dzieje, wstrzymuję oddech, wyjmuję nóż spod koca i go otwieram. Obracam go w palcach, czytając grawer:
Więzy rodzinne sięgają głębiej niż krew.
Zabawne, gdyby się nad tym zastanowić.
Więzy rodzinne sięgają głębiej niż krew, a przelewamy ją za tych, którzy, naszym zdaniem, na to zasługują.
Stukam palcem w czubek noża, aż pojawia się szkarłatna kropla, następnie rozcieram ją sobie na wargach i pocieram je o siebie. Przeciągam językiem po zębach, rozprowadzając metaliczny smak po ustach. Nienawidzę samej siebie.
Przepraszam, wielkoludzie. Za dziś... i za to, co nadejdzie.