Fundamentem naszego stosunku do przeszłości jest dzisiaj nie pietyzm
wobec zabytków, ale kultura pamięci jako system pamięci zbiorowej danego
społeczeństwa. To znacznie więcej niż teorie Maksa Dvořáka i Juliusa von
Schlossera na temat Kunstgeschichte als
Geistesgeschichte1.
Kult przeszłości - tak mocno zakorzeniony w europejskiej tradycji -
staje się przede wszystkim naszym "obowiązkiem pamięci", tej
indywidualnej i tej zbiorowej. Tragiczne doświadczenie narodów Europy
Środkowej w XX wieku sprawia, że "obowiązek pamięci" jest wyzwaniem
szczególnym. Holokaust, zmiana granic politycznych, czystki etniczne,
ideologie totalitarne spowodowały, że rozpoczęte po roku 1989 procesy
przywracania, konstruowania i utrwalania pamięci zbiorowej
przekształciły Europę Środkową w wielkie pole bitwy o pamięć. Polska
znalazła się w jej epicentrum. Ważnym elementem tej bitwy jest
dziedzictwo kulturowe, w tym dziedzictwo materialne.
Dziedzictwo kulturowe to nie tylko proces nieustającej reinterpretacji
przeszłości i wykorzystywania jej do współczesnych celów, lecz także
przedmiot konfliktów (czego przykładem są choćby pola bitewne) i kontrowersji - między państwami, narodami, religiami, grupami
społecznymi, regionami czy różnymi innymi interesariuszami. John E.
Tunbridge i Gregory J. Ashworth twierdzą wręcz, że każde dziedzictwo z zasady jest obszarem debaty i kontrowersji2.
Dziedzictwo kłopotliwe (dissonant heritage) stanowi szczególny problem
Europy Środkowej, gdzie granice polityczne w XX wieku zmieniały się
szybciej niż granice kulturowe. Konflikty pamięci, niepamięć oraz
problem dziedzictwa kłopotliwego i dziedzictwa niechcianego są również
polskim doświadczeniem XX wieku. Niepodległość oznaczała nie tylko
tworzenie nowej symboliki państwowej, lecz także burzenie świadectw
obcej dominacji oraz wymazywanie ich z pamięci zbiorowej. Do wyjątkowo
drastycznych form niszczenia "obcych" symboli dochodziło po roku 1918 na
terenach dawnych zaborów pruskiego i rosyjskiego. W Poznaniu na przykład
już w 1919 roku zburzono wszystkie pruskie pomniki, między innymi pomnik
Ottona von Bismarcka przy dzisiejszym placu Mickiewicza3. O ile "wymiana" pomników była wówczas swoistym znakiem czasu w całej
Europie Środkowej4, o tyle na ziemiach zaboru pruskiego
osobliwy rozdział dziedzictwa kłopotliwego stanowiły tak zwane
Bismarck-Türme. Na przełomie XIX i XX wieku na terytoriach Cesarstwa
Niemieckiego (oraz poza jego granicami, także na innych kontynentach)
powstało około 240 wież Bismarcka i wiele z nich znalazło się w granicach Drugiej Rzeczypospolitej5. Najbardziej znana
jest wieża Bismarcka w Mysłowicach, w pobliżu tak zwanego trójkąta
trzech cesarzy. Kamienną wieżę widokową, wysoką na ponad dwadzieścia
metrów, usytuowano na wzgórzu u zbiegu Białej i Czarnej Przemszy. Po
uroczystym otwarciu w roku 1907 wieża szybko stała się atrakcją
turystyczną i ważnym znakiem w krajobrazie pogranicza trzech imperiów.
Gdy w roku 1922 znalazła się na terytorium Polski, przemianowano ją na
Wieżę Wolności i ozdobiono płaskorzeźbą z wizerunkiem Tadeusza
Kościuszki. W latach trzydziestych na polecenie wojewody śląskiego
Michała Grażyńskiego została jednak rozebrana, a pozyskany kamień
wykorzystano do budowy katedry w Katowicach6.
Znacznie większe emocje wyzwalały symbole carskiej dominacji na ziemiach
dawnego zaboru rosyjskiego. Ofiarą zrzucenia przez Polaków jarzma
zaborów i "odmoskwiania" polskich miast po pierwszej wojnie światowej
stały się liczne cerkwie prawosławne wzniesione przez carskie władze
jako symbol rosyjskiego panowania i narzędzie rusyfikacji. Architektura
cerkiewna zniknęła po 1918 roku między innymi z pejzażu Kalisza,
Lublina, Płocka i Włocławka7. Najbardziej drastycznym
przykładem konfliktu pamięci było rozebranie monumentalnego soboru
Świętego Aleksandra Newskiego przy placu Saskim, w sercu Warszawy. Ten
prawosławny sobór katedralny wzniesiono w latach 1894-1912 z inicjatywy
generała gubernatora Josifa Hurki według projektu Leontija Benois,
wybranego do tego zadania przez samego cara Aleksandra III8. Mimo
że sobór miał stanowić "po wsze czasy symbol rosyjskiego
panowania"9, jego rozbiórka w latach 1924-1926 wywołała
burzliwą dyskusję i protesty środowisk intelektualnych. Głos zabrał
między innymi Stefan Żeromski, który proponował przekształcenie
"niechcianej budowli" w muzeum martyrologii narodu
polskiego10.
Spory i konflikty pamięci z czasów Drugiej Rzeczypospolitej zostały
nieomal całkowicie przesłonięte przez skalę tragedii drugiej wojny
światowej na ziemiach polskich. Porządek jałtański i jego polityczne
konsekwencje - w tym kolejna zmiana granic i wielkie czystki etniczne -
dodatkowo zmultiplikowały problem dziedzictwa kłopotliwego. Jego nowa
definicja oznaczała w powojennej polskiej rzeczywistości przede
wszystkim postawienie znaku równości między dziedzictwem niechcianym
(ungewolltes Erbe) a "walką z niemczyzną". O skali antyniemieckich
nastrojów dobrze świadczą oczekiwania polskich delegatów z Mazur,
uczestników pierwszego lubelskiego zebrania Stowarzyszenia Architektów
Rzeczypospolitej Polskiej (SARP), którzy w listopadzie 1944 roku żądali,
by: "znieść, zburzyć, zetrzeć z powierzchni ziemi wszystkie dawne zamki
krzyżackie, by ślad po nich nie został, a wspomnienie
zaginęło"11. Lista ofiar takiego sposobu myślenia jest długa i ciągle czeka na weryfikację. Znajdują się na niej zarówno zabytki z epoki średniowiecza, jak i dziedzictwo XIX i XX wieku. Szczególnie
drastycznym przejawem "walki z niemczyzną" stało się masowe niszczenie
niemieckich cmentarzy na ziemiach zachodnich i północnych PRL. Akcja ta
była prowadzona jeszcze w latach siedemdziesiątych XX wieku, również w tak dużych miastach jak Gdańsk i Wrocław.
Nowoczesne teorie zarządzania dziedzictwem zwracają uwagę między innymi
na kwestię wydziedziczonych, gdyż każde działanie w obszarze dziedzictwa
może oznaczać problem grup dotkniętych przemocą lub wykluczeniem czy
zignorowanych12. Dziedzictwo wydziedziczonych i dziedzictwo bez dziedziców to "produkty" tragedii XX wieku: Holokaustu i czystek etnicznych. Bardzo dobrym przykładem tego zjawiska jest Wrocław
- największe miasto w Europie i na świecie, w którym w wyniku drugiej
wojny światowej nastąpiła wymiana ludności w stu
procentach13. Po 1945 roku Wrocław stał się poligonem
wielkich prac konserwatorskich polegających na rekonstrukcji
zniszczonego miasta, prawdziwym laboratorium dziedzictwa rozumianego
właśnie jako pamięć i tożsamość. To materia znacznie trudniejsza niż
konserwacja zabytków. Dla pierwszych przybywających tam polskich
osadników ruiny niemieckiego Breslau oznaczały bowiem dziedzictwo wroga!
Przez następne dekady myślenie kolejnych pokoleń wrocławian o nowej
małej ojczyźnie przechodziło znamienną ewolucję: od dziedzictwa wroga i obcego miasta, przez dziedzictwo sąsiada, po "umojenie" dziedzictwa i dostrzeżenie jego wartości uniwersalnych. Przykład Wrocławia pozwala
lepiej zrozumieć siłę i znaczenie dziedzictwa niematerialnego, naszej
pamięci i tożsamości, a także dynamikę procesu, jakim jest
dziedzictwo14.
Konieczne jest więc wyraźne rozróżnienie między niesłusznie stosowanymi
zamiennie pojęciami: zabytku i dziedzictwa, a także między dwoma
paradygmatami: filozofii ochrony i filozofii dziedzictwa. Dziedzicctwo -
w odróżnieniu od tradycyjnie rozumianego zabytku - nie musi być piękne.
To dlatego Auschwitz jest dzisiaj najczytelniejszym w świecie symbolem
dziedzictwa nienawiści (wpisanym na Listę światowego dziedzictwa
UNESCO), a stalinowski Pałac Kultury i Nauki w Warszawie służy jako
znakomity przykład dziedzictwa kłopotliwego15.
Współczesny standard polityki państwa w zakresie ochrony dziedzictwa
można w Europie sprowadzić do kilku zasad. Najważniejsze to postawienie
znaku równości między terminami "dobra kultury" i "dziedzictwo
kulturowe" oraz stworzenie pojęcia "naszego wspólnego dziedzictwa" (our
common heritage). Zapobiega się dzięki temu groźbie selektywnej ochrony
zabytków według kryteriów ideologicznych lub
politycznych16. A jak jest w rzeczywistości?
Najbardziej intrygującym przykładem kłopotliwego dziedzictwa Trzeciej
Rzeszy w Krakowie pozostaje Wawel17. Zwłaszcza dominujący w pejzażu wzgórza wawelskiego budynek numer 5 był owocem dyskusji i studiów projektowych, a ogólną koncepcję jego ukształtowania zatwierdził
osobiście w marcu 1941 roku Hans Frank18. Mimo stygmatu
dziedzictwa niechcianego i politycznie niepoprawnej metryki urodzenia
budynek numer 5 w formie Verwaltungsgebäude der Kanzlei Burg przetrwał
jako wawelskie dziedzictwo Trzeciej Rzeszy w stanie niezmienionym
zarówno przez okres PRL, jak i przez kilkanaście pierwszych lat Trzeciej
Rzeczypospolitej. Dopiero w latach 2006-2009 kancelaria Hansa Franka
poddana została spektakularnej przebudowie. Ten najnowszy rozdział
"walki z niemczyzną" miał na celu "usunięcie chociaż w części piętna
niemieckich poczynań na wzgórzu oraz poprawę architektury w tak ważnym i reprezentacyjnym miejscu"19. Ponad sześćdziesiąt lat po upadku
Trzeciej Rzeszy na Wawelu - w szczególnym miejscu pamięci zbiorowej
Polaków - nie przewidziano już miejsca dla Verwaltungsgebäude der
Kanzlei Burg. W opinii polskich konserwatorów królewskiej rezydencji
architektoniczne dziedzictwo Trzeciej Rzeszy nie pasowało do
konstruowania narodowej pamięci o "świętej górze Polaków". Było
przedmiotem kontrowersji - zwłaszcza że miejsce tak ważne dla narodu jak
Wawel konstytuuje tożsamość narodową. W ten sposób Wawel jako
laboratorium polskiej pamięci zbiorowej stał się w ostatnim czasie
papierkiem lakmusowym naszego stosunku do dziedzictwa Trzeciej Rzeszy.
Czy jej materialne resztki pozostają w Polsce dziedzictwem kłopotliwym i rzeczywiście winny być wymazywane z pamięci?
To jedno z pytań, które stawiamy sobie dziś. Czy dojrzeliśmy do
odpowiedzi na nie? Ważne, że w Międzynarodowym Centrum Kultury
dojrzeliśmy do zadania tego pytania. Padło ono w czasie konferencji
zatytułowanej Kłopotliwe dziedzictwo Trzeciej Rzeszy w Polsce, którą
zorganizowaliśmy w partnerstwie z Zentralinstitut für Kunstgeschichte z Monachium w grudniu 2018 roku. Zadaliśmy je w MCK nie dlatego, że nasza
siedziba przy Rynku Głównym w Krakowie została w roku 1940 przebudowana,
by służyć Hansowi Frankowi jako siedziba NSDAP dla całego Generalnego
Gubernatorstwa20. Padło ono dlatego, że Centrum wyrosło z polskiej zmiany roku 1989 po to, by mierzyć się z trudnymi tematami w dialogu z naszymi sąsiadami. W tę filozofię wpisuje się również nasza
książka zatytułowana Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trzeciej
Rzeszy w Polsce. Zawiera ona zarówno owoce krakowskiej konferencji z roku 2018, jak i teksty specjalnie zamówione na potrzeby tej publikacji.
Sztuka Trzeciej Rzeszy stanowiła w czasach PRL temat przez badaczy
ignorowany, a przez cenzurę zakazany. Na polskim gruncie pierwszą próbą
przełamania tego tabu była książka Piotra Krakowskiego Sztuka Trzeciej
Rzeszy wydana przez Międzynarodowe Centrum Kultury wspólnie z Irsą21. Profesor Krakowski pominął w niej jednak problematykę
architektury hitlerowskiej w Polsce. Dzisiaj - ponad ćwierć wieku
później - chcemy więc pójść dalej. Zwłaszcza że jeszcze w latach
dziewięćdziesiątych XX wieku architektura ta stała się przedmiotem
poważnych badań w Niemczech. Ich znaczącym i pouczającym efektem jest
pionierskie studium Nielsa Gutschowa zatytułowane Ordnungswahn.
Architekten planen im "eingedeutschten Osten" 1939-1945, wydane w roku
200122.
Historia urbanistyki i architektury Trzeciej Rzeszy doczekała się
obfitej literatury przedmiotu, głównie - co zrozumiałe - niemiecko- i anglojęzycznej. Problematyka ta w ostatnim czasie zainteresowała również
rosnącą grupę polskich badaczy w kilku ośrodkach uniwersyteckich.
Podejmowane przez nich studia dotyczą nie tylko Wrocławia czy Szczecina
po roku 1933, lecz także polskich miast, zarówno tych, które w 1939 roku
zostały inkorporowane w granice Rzeszy, takich jak Poznań i Łódź czy
Toruń i Oświęcim, jak i Krakowa oraz Warszawy23. W roku 1945 w granicach powojennej Polski znalazły się więc ziemie należące do Drugiej
Rzeczypospolitej, ale też terytoria stanowiące wcześniej integralną
część Rzeszy Niemieckiej. Sam ten fakt stwarza wyjątkową w skali Europy
perspektywę badawczą. W przyszłości warto będzie poddać analizie - we
współpracy ze wschodnimi sąsiadami Polski - także terytoria Drugiej
Rzeczypospolitej, które w wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow znalazły się w 1939 roku pod okupacją sowiecką. "Dopiero" w roku 1941 po agresji
Niemiec na Związek Radziecki stawały się one przedmiotem kolejnych
hitlerowskich wizji i planów. Dotyczy to zwłaszcza okręgu białostockiego
włączonego do Prus Wschodnich i tak zwanego Distrikt Galizien ze stolicą
we Lwowie, stanowiącego od 1941 roku nową część Generalnego
Gubernatorstwa.
Niemieckie plany podboju i hitlerowska polityka ludobójstwa, zwłaszcza w Polsce bezpośrednio powiązana z urbanistycznymi wizjami okupantów,
przesądziły o jednoznacznej kwalifikacji całego dorobku architektów
Trzeciej Rzeszy jako dziedzictwa okrucieństwa (heritage of atrocity).
Nie może to jednak oznaczać pomijania tego zjawiska i ignorowania go w badaniach nad sztuką XX wieku w Polsce, w tym również nad niemieckimi
wizjami urbanistycznymi wobec polskich miast. W większości pozostały one
na papierze, a wzniesione przez Niemców w latach 1940-1944 budowle
wtopiły się w krajobraz. Warto więc spojrzeć na te projekty "szkiełkiem
i okiem".
Konieczność podjęcia i prowadzenia systematycznych badań dotyczy zarówno
nielicznych budowli architektury monumentalnej pozostawionej przez
Trzecią Rzeszę w Polsce, jak i obiektów nierozerwalnie związanych z historią Holokaustu. Szczególną rolę w "grze w dziedzictwo" odgrywają
miejsca pamięci. Składają się one z elementów zarówno materialnych, jak
i niematerialnych. Są bowiem długotrwałymi, utrzymującymi się przez
pokolenia katalizatorami zbiorowej pamięci i tożsamości, które stanowią
część społecznych, kulturowych i politycznych zwyczajów.
Architektura Trzeciej Rzeszy jako element większego problemu
kłopotliwego dziedzictwa odznacza się wyjątkowo "wysokim wskaźnikiem
kłopotliwości". Na tym zasadza się też szczególna trudność badania
architektury Trzeciej Rzeszy na terytorium Polski. Trzeba przy tym mówić
również o niezwykłości przypadku Polski w kwestii architektury Trzeciej
Rzeszy! Na ziemiach znajdujących się przed rokiem 1939 w granicach
państwa niemieckiego Trzecia Rzesza stworzyła już w latach trzydziestych
pokaźny zasób budowlany. To nie tylko charakterystyczna architektura
wielkich ośrodków, takich jak Wrocław, Szczecin, Opole, Gliwice, Bytom
czy Wolne Miasto Gdańsk. Dziedzictwo Trzeciej Rzeszy jako część jej
tożsamości na terenach Niemiec sprzed 1939 roku to także: ratusze,
siedziby władz i administracji różnego szczebla, budynki sądów,
kompleksy wojskowe, dworce kolejowe, szkoły itp., rozsiane w mniejszych
i większych miejscowościach Śląska, Pomorza czy Warmii i Mazur. Można
tam znaleźć zarówno ważne dla ideologii i propagandy Trzeciej Rzeszy
miejsca symbole, takie jak Annaberg (Góra Świętej Anny) i Tannenberg
(Olsztynek), czy wzorcowe ośrodki szkolenia kadr nazistowskich w rodzaju
Ordensburg Krössinsee (Złocieniec), jak i z wielkim rozmachem
przeprowadzone inwestycje w infrastrukturę: autostrady, kanały czy
obiekty sportowe, między innymi stadion olimpijski we Wrocławiu. To
niewątpliwie refleks, a nawet istotna część dziedzictwa Trzeciej Rzeszy
sprzed agresji na Polskę oraz intrygujący rozdział historii relacji
między architekturą a ideologią i totalitarnym systemem politycznym. Z drugiej jednak strony można spotkać nad Wisłą liczne "pomniki" krwawej
niemieckiej okupacji, które często mieszczą się w pojęciu "architektura
i zbrodnia". Na podbitych przez Wehrmacht w 1939 roku polskich
terytoriach mamy do czynienia z kolonialnym aspektem hitlerowskich
planów wobec ziem dawnej Drugiej Rzeczypospolitej. Są to zarówno
realizacje, jak i projekty oraz wizje potwierdzające zbrodnicze plany
Hitlera! Dotyczą one terenów Drugiej RP wcielonych w roku 1939 do
Rzeszy, na przykład Poznania, Katowic, Łodzi, Torunia, Ciechanowa,
Oświęcimia, a także Generalnego Gubernatorstwa, zwłaszcza problemu
niechcianej stołeczności Krakowa. Różne były też konteksty powstawania
poszczególnych obiektów, różne zaangażowanie niemieckich oraz polskich
architektów i urbanistów w ich realizację tudzież różne ich wobec tego
postawy. Odkrywaniu tego zasobu i jego różnorodności towarzyszy ciężar
zbrodni symbolizowanej przez Holokaust, a sterowanej przez Hitlera z Wolfsschanze pod Kętrzynem.
Problematyka urbanistyki i architektury pozostawionej przez Trzecią
Rzeszę na terytoriach powojennej Polski nie może ograniczać się zatem do
badań opartych tylko na tradycyjnym warsztacie historii sztuki. Jestem
przekonany, że kluczem do zgłębienia istoty problemu jest perspektywa
oparta na teorii dziedzictwa kulturowego. Nie tylko inwentaryzacja
artefaktów, lecz także przełamująca tabu ich interpretacja winny
pozwolić na sformułowanie wniosków i wypracowanie spójnej postawy wobec
pozostawionego przez Trzecią Rzeszę w Polsce dziedzictwa.
Jakie można dziś sformułować postulaty badawcze? Jakie są cele i kierunki prowadzonych w wielu ośrodkach w Polsce badań? Na pierwszy plan
wysuwa się potrzeba dialogu, współpracy i systematyzacji geografii
prowadzonych badań. Różnorodność funkcji i gatunków architektonicznych,
które są przedmiotem naszego zainteresowania naukowego, prowadzi do
oczywistego pytania: w jakim zakresie dziedzictwo Trzeciej Rzeszy,
dziedzictwo kłopotliwe, winno być chronione?! Na te i wiele innych pytań
próbujemy poszukiwać odpowiedzi w tej książce. Mam nadzieję, że
rejestruje ona kolejne owoce badań polskich i niemieckich uczonych nad
architekturą i urbanistyką Trzeciej Rzeszy, jaką odziedziczyła powojenna
Polska, a także inspiruje do szerszej refleksji nad fenomenem
dziedzictwa kłopotliwego.
Jacek Purchla, Naród - Dziedzictwo - Pamięć, "Zagadnienia Sądownictwa Konstytucyjnego" 2012, nr 2 (4), s. 62. [wróć]
John E. Tunbridge, Gregory J. Ashworth, Dissonant Heritage. The Management of the Past as a Resource in Conflict, Chichester 1996, passim. [wróć]
Witold Molik, Straż nad Wartą. Pomnik Bismarcka w Poznaniu (1903-1919), "Kronika Miasta Poznania" 2001, nr 2, s. 91-108. [wróć]
Zob. np. Zdeněk Hojda, Jiří Pokorny, Pomniky a zapomniky, Praha 1996; Zdeněk Hojda, Pomník - svatyně národa, w: Sacrum et profanum. Sborník příspěvků ze stejnojmenného sympozia k problematice 19. století, k vyd. připravili Marta Ottlová, Milan Pospíšil, Praha 1998, s. 54-64; Csaba Kiss, Lekcja Europy Środkowej. Eseje i szkice, Kraków 2009, s. 151-157. [wróć]
Günter Kloss, Sieglinde Seele, Bismarck-Türme und Bismarck-Säulen. Eine Bestandsaufnahme, Petersberg 1997, passim. [wróć]
Sieglinde Seele, Lexikon der Bismarck-Denkmäler, Petersberg 2005, s. 282. Rafał Makała, Nowoczesna praarchitektura. Architektoniczne pomniki narodowe w wilhelmińskich Niemczech (1888-1918), Szczecin 2015. [wróć]
Piotr Paszkiewicz, Spór o cerkwie prawosławne w II Rzeczypospolitej. "Odmoskwianie" czy "polonizacja"?, w: Nacjonalizm w sztuce i historii sztuki 1789-1950, red. Dariusz Konstantynów, Robert Pasieczny, Piotr Paszkiewicz, Warszawa 1998, s. 228. [wróć]
Piotr Paszkiewicz, Pod berłem Romanowów. Sztuka rosyjska w Warszawie. 1815-1915, Warszawa 1991, s. 115-120. [wróć]
Ibidem, s. 115. [wróć]
Ibidem, s. 196-201. [wróć]
Marta Leśniakowska, Polska historia sztuki i nacjonalizm, w: Nacjonalizm w sztuce..., op. cit., s. 44. [wróć]
Peter Howard, Heritage. Management, Interpretation, Identity, London - New York 2003, s. 211-212. [wróć]
Gregor Thum, Obce miasto Wrocław 1945 i potem, tłum. Małgorzata Słabicka, Wrocław 2005, passim. [wróć]
J. Purchla, Naród - Dziedzictwo - Pamięć, op. cit., s. 63-64. [wróć]
Jeremi T. Królikowski, Metamorfozy architektury imperialnej - od soboru na placu Saskim do Pałacu Kultury i Nauki, w: Kultura i polityka. Wpływ polityki rusyfikacyjnej na kulturę zachodnich rubieży Imperium Rosyjskiego (1772-1915), red. Dariusz Konstantynów, Piotr Paszkiewicz, Warszawa 1994, s. 273-279. [wróć]
J. Purchla, Naród - Dziedzictwo - Pamięć, op. cit., s. 64. [wróć]
Szeroko na ten temat w artykule: Jacek Purchla, Wawel - dziedzictwo kłopotliwe?, w: Velis quod possis. Studia z historii sztuki ofiarowane Profesorowi Janowi Ostrowskiemu, red. Andrzej Betlej et al., Kraków 2016, s. 491-498. [wróć]
Jacek Purchla, Miasto i polityka. Przypadki Krakowa, Kraków 2018, s. 122. [wróć]
Jadwiga Gwizdałówna, Wawel podczas okupacji niemieckiej 1939-1945. Przemiany architektury. Echa architektury nazistowskiej, "Rocznik Krakowski" 2011, t. 77, s. 140; Jadwiga Gwizdałówna, Architektura Wawelu w czasie okupacji niemieckiej 1939-1945, Kraków 2019. [wróć]
Żanna Komar, Metamorfozy, w: Rynek Główny 25. Dzieje jednego adresu, red. Jacek Purchla, Kraków 2019, s. 112-126. [wróć]
Piotr Krakowski, Sztuka Trzeciej Rzeszy, Kraków 1994. [wróć]
Niels Gutschow, Ordnungswahn. Architekten planen im "eingedeutschten Osten" 1939-1945, Gütersloh etc. 2001. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XX wieku badania nad dziedzictwem Trzeciej Rzeszy na terytoriach, które w roku 1945 objęło państwo polskie, podjął Janusz Dobesz w postaci monografii architektury Wrocławia lat 1933-1945. Por. Janusz L. Dobesz, Wrocławska architektura spod znaku swastyki na tle budownictwa III Rzeszy, Wrocław 1999. [wróć]
Ważnym owocem tych studiów jest wydana w roku 2019 w Poznaniu praca zbiorowa pod redakcją Karoliny Jary i Aleksandry Paradowskiej, która stanowi próbę przeglądu aktualnego stanu badań polskiego środowiska historyków sztuki i architektury nad spuścizną Trzeciej Rzeszy w Polsce. Por. Urbanistyka i architektura okresu III Rzeszy w Polsce, red. Karolina Jara, Aleksandra Paradowska, Poznań 2019. [wróć]
Niniejszy krótki wstęp ma posłużyć jako ogólna refleksja nad
implikacjami pojęcia "dziedzictwa kłopotliwego" (dissonantes Erbe) w odniesieniu do (śladów, fragmentów, pozostałości, ruin) architektury
Trzeciej Rzeszy. Być może przemyślenia w nim zawarte przyczynią się do
wypracowania zarówno akademickiej perspektywy, jak i swoistej postawy
moralnej wobec architektury nazistowskiej wciąż obecnej i widocznej na
terytorium dzisiejszej Polski.
Można pokusić się o stwierdzenie, że dziedzictwo kulturowe w ogóle jako
produkt asymetrycznych relacji społecznych jest, w pewnym sensie, mocno
kłopotliwe. W żadnym bowiem momencie historii nie udało się stworzyć
idealnie zrównoważonej, wielowymiarowej kultury mającej na względzie
dobro każdej jednostki. Kultura jest więc - z definicji - produktem, czy
też produktem ubocznym zbiorowości charakteryzującej się określonym
ustrojem społecznym, ekonomicznym i militarnym. Niemal zawsze bywa
fragmentaryczna i stronnicza, tendencyjna, nieobiektywna, nie fair,
niesprawiedliwa, jednostronna. Choć zabrzmi to radykalnie, to właśnie w przestrzeni konfliktu, a nie harmonii wykuwa się zazwyczaj kształt
kulturowego dziedzictwa. Dyktatorzy, wpływowa arystokracja, przywódcy
czy wysokiej rangi urzędnicy, liderzy religijni, zamożni kupcy i bankierzy, wszelkie jednostki czy grupy sprawujące władzę bądź
uzurpujące sobie do tej władzy prawo - kiedyś to oni podejmowali decyzje
dotyczące wytwarzania, dystrybucji i odbioru kultury, artefaktów i dziedzictwa kulturowego, i robili to arbitralnie, bez konsultacji,
zasięgania czyjejkolwiek opinii oraz, rzecz jasna, nie pytając nikogo o zgodę.
Idąc tym tropem, wszelkie dziedzictwo kulturowe można uznać za na wskroś
kłopotliwe, gdyż dając głos jednym, równocześnie odbiera go
innym1. Dlaczego więc koncepcja dziedzictwa kłopotliwego jest
względnie nowym zjawiskiem, dyskutowanym w szerszych kręgach
akademickich dopiero od lat dziewięćdziesiątych XX wieku? I dlaczego
jest istotna, pomocna i potrzebna?
Otóż dlatego, że większość prób konceptualizacji istoty dziedzictwa
kulturowego opiera się na podejściu afirmatywnym: pewna wioska jest
charakterystycznym przejawem kolonialnego rozmachu pierwszych osadników,
jakaś budowla odzwierciedla kluczowe cechy danej społeczności, a konkretny motyw artystyczny stanowi dowód na historyczną ciągłość
tożsamości zbiorowej danej wspólnoty, bo przetrwał w niezmienionym
kształcie przez wieki, i tak dalej. W takim kontekście dziedzictwo
kulturowe - i przeszłość jako taka - ma wymiar pozytywny w tym sensie,
że stanowi istniejący, namacalny przejaw (często fikcyjnej) tożsamości
zbiorowej bądź narodowej. Podsumowując,
[...] historia została zgromadzona i zaprezentowana jako dziedzictwo -
jako znacząca przeszłość, o której należy pamiętać; coraz więcej budowli
i innych miejsc zostaje powołanych na świadków historii. Rozmaite grupy
domagają się publicznego uznania poprzez identyfikację i prezentację
"swojego dziedzictwa"2.
Historia ochrony zabytków dowodzi, że taka postawa ma znaczenie
formatywne i rozstrzygające3. Przekonanie, że
zdefiniowane w ten sposób dziedzictwo pełni wyjątkową, a zarazem
określoną funkcję społeczną - uprawomocnia zbudowane na gruncie tradycji
autochtonicznej poczucie dumy i własnej wartości - było powszechne przez
całe stulecia i takie nadal na wielką skalę pozostaje.
Dziedzictwo kłopotliwe natomiast postrzega przeszłość jako historię
konfliktów, cierpienia, problemów, straty. Budowanie tożsamości - w sensie "tradycji wynalezionej" Erica Hobsbawma (1983)4 - jest
zatem nie tyle niemożliwe, ile o wiele bardziej problematyczne i stanowi
ciągłe wyzwanie. Koncepcja dziedzictwa kłopotliwego domaga się
specyficznego rodzaju myślenia i skutkuje specyficznym rozumieniem
przeszłości. Z natury swej jest więc koncepcją krytyczną - również
dlatego, że "polityka przeszłości" (Vergangenheitspolitik, sposób, w jaki określony obraz z przeszłości jest przedstawiany, przekazywany i komunikowany5), "polityka pamięci" oraz "polityka
tożsamości" wymagają tu nowej refleksji, analizy, interpretacji i zrozumienia. Z tej perspektywy wszelkie dziedzictwo kulturowe wydaje się
tylko materialną emanacją szerszych oglądów świata czy wprost koncepcji
i (zmiennych) definicji ludzkości. W konsekwencji sam proces zapisywania
w pamięci jawi się jako niemiarodajny: czyje wspomnienia i czyje
dziedzictwo są warte uwagi, a czyje nie znajdują w ogóle żadnej
reprezentacji?6
Dylematy, jakie rodzi dziedzictwo kłopotliwe, są w szczególnie misterny
sposób powiązane z "graniem przeszłością", odzwierciedlającym
historyczne oraz bieżące konflikty dotyczące własności, dziedziczenia i dziedzictwa kulturowego. Ponownie dotykamy więc kwestii narracji, a te
kształtują się zwykle w dynamice współczesnych postaw, przekonań i poglądów. "Granie przeszłością" może przybierać rozmaite formy:
określania i potwierdzania tożsamości zbiorowej, kreowania bądź
narzucania tożsamości narodowej; przypisywania znaczenia, godności,
szlachetności, a także wartości komercyjnej czy rynkowej; wzmacniania
poczucia przynależności regionalnej lub etnicznej, umacniania tradycji w antagonizujący, wykluczający sposób; kontrolowania, kształtowania i definiowania współczesnych i przyszłych koncepcji tożsamości zbiorowej.
W obrębie tego właśnie szerszego terytorium definicji, ewaluacji i ocen
- w istocie swojej politycznych - znajdują się pojęcia zarówno
dziedzictwa kulturowego, jak i dziedzictwa kłopotliwego. Nie bez powodu
określenie "dziedzictwo kłopotliwe" wygrało z określeniami takimi jak
"trudne", "mroczne" czy "niewygodne": słowo "kłopotliwe" w swej pojemnej
precyzyjności dopuszcza bowiem wielość perspektyw, istotą jego znaczenia
jest akceptacja różnych punktów widzenia. W przełomowej pracy Dissonant
Heritage. The Management of the Past as a Resource in Conflict -
opublikowanej w 1996 roku, a napisanej w czasach wojny w krajach byłej
Jugosławii (1991-2001) oraz upadku reżimu apartheidu w RPA (1994) - John
E. Tunbridge i Gregory J. Ashworth zwracają uwagę na specyfikę
problematyki, którą określają mianem "dziedzictwa okrucieństwa"
(heritage of atrocity), odnoszącego się do ludzkiej traumy i cierpienia. Bez wątpienia architektura Trzeciej Rzeszy w Polsce jest
wyrazem "celowo zadanego ekstremalnego ludzkiego cierpienia, które można
określić mianem okrucieństwa". Zdaniem autorów "dysonans wywołany przez
interpretację okrucieństwa jest doznaniem nie tylko niezwykle
poruszającym i trwałym, ale też dojmująco ambiwalentnym zarówno dla
ofiar, sprawców, jak i obserwatorów"7.
Osąd ten, jak najbardziej uprawniony, stanowi jednocześnie źródło
wielorakich dylematów - dla władz politycznych i administracyjnych na
poziomie ogólnokrajowym, regionalnym i municypalnym, dla instytucji
dziedzictwa kulturowego, takich jak urzędy ochrony zabytków, także dla
nauk humanistycznych w ogóle, a dla historii sztuki i architektury w szczególności: które bowiem fragmenty przeszłości warte są zachowania,
zbadania i analizy? Co włączamy do kanonu i do pamięci zbiorowej, a co
wykluczamy? Po co chronić i zachowywać architekturę obozów
koncentracyjnych czy obozów śmierci? Skoro już raz odnieśliśmy sukces,
bo tak pomyślnie (pomimo wszystko) udało nam się przebudować tożsamość
zbiorową, to jaki jest sens od nowa zajmować się tym, co dawno zostało
przepracowane?
Powyższe dylematy jasno pokazują, dlaczego analiza architektury Trzeciej
Rzeszy z perspektywy dziedzictwa kłopotliwego nieuchronnie sprowadza się
do kwestii definicji i kontroli, kształtowania obrazu przeszłości,
interpretacji i budowania narracji, innymi słowy - do "siłowych
przepychanek w procesie debaty nad pamięcią zbiorową"8. Z kolei przyglądając się tym procesom na przestrzeni ostatnich
siedemdziesięciu pięciu lat, zyskujemy "głębszą wiedzę o tym, jak
powojenne społeczeństwo niemieckie poradziło sobie z problemem
nazistowskiego dziedzictwa"9. Na naszą percepcję procesów,
które zakończyły się dawno temu, a których ślady wciąż są namacalnie
obecne w naszej rzeczywistości, w oczywisty sposób wpływają bieżące
problemy, lęki i domniemania, najświeższe doświadczenia i wydarzenia10. Z czystej konieczności zatem nasza rama
analityczna (nasz układ odniesienia) musi brać pod uwagę tę dynamiczną
złożoność procesów zwrotnych (Rückkopplung), wszystkich nieustannie
się zazębiających, wielowarstwowych, wzajemnie się przeplatających i wzajemnie zależnych interakcji11.
Przykładową ilustracją działania tego mechanizmu są spory publiczne,
jakie regularnie czy wręcz permanentnie pojawiają się - co nie dziwi - w Niemczech. Przybliżę pokrótce trzy istotne debaty czy też dysputy, do
których doszło jedynie w latach 2019-2020. Spór pierwszy rozgorzał po
ukazaniu się 24 maja 2019 roku numeru czasopisma "Arch+ Zeitschrift für
Architektur und Urbanismus" zatytułowanego Rechte Räume. Bericht einer
Europareise. Wydanie zawierało reportaże poświęcone "polityce
przestrzennej prawicowego populizmu" (oraz ukazywało stosunek tej
formacji do architektury faszystowskiej i nazistowskiej); gorąca debata
prasowa, która po tym nastąpiła, zaowocowała publikacją w październiku
2019 roku osobnego, dwudziestoczterostronicowego numeru "Arch+ features
96", zbierającego i dokumentującego wszystkie reakcje na ów "kłopotliwy"
temat. Druga z kolei kontrowersja dotyczyła planów rozbudowy niedużego
muzeum mieszczącego się w domu i pracowni artysty Johanna Michaela
Bossarda (1874-1950) w Jesteburgu, na południe od Hamburga; sprawa
przerodziła się w mały medialny skandal, gdy w prasie pojawiły się
oburzone krytyczne głosy zwracające uwagę, że afiliacje artysty z ideami
volkistów i ideologią volkistowską nie zostały wystarczająco
nagłośnione12. Wreszcie trzecia dyskusja dotyczyła rzeźb na
Stadionie Olimpijskim w Berlinie, a rozpętał ją artykuł Petera
Striedera13 zatytułowany Weg mit diesen Skulpturen! (Precz z tymi rzeźbami!), który ukazał się w "Die Zeit" w numerze 21 z 14 maja
2020 roku na stronie 43. Strieder (ur. 1952) był w latach 1996-2004
odpowiedzialny za rozwój urbanistyczny Berlina. Punktem zapalnym stała
się zawarta w artykule radykalna sugestia dotycząca "denazyfikacji"
dawnego Reichssportfeld (stadionu Trzeciej Rzeszy); autor postulował
ogołocenie stadionu ze wszystkich aryjskich rzeźb, fresków i murali,
słowem, domagał się zlikwidowania raz na zawsze tego "Maifeld samt
Führertribüne" (Pola Marsowego z trybuną Führera) i przekształcenia go
w "radosny park sportu i rekreacji". Tekst wywołał lawinę listów do
redakcji i artykułów w prasie14, włącznie z reportażem w "The
Times" (29 maja 2020) autorstwa Davida Crosslanda zatytułowanym Berlin
Split over Calls to Bulldoze Aryan Statues at Hitler's Stadium (Berlin
podzielony wobec nawoływań do wyburzenia aryjskich rzeźb na stadionie
Hitlera).
Te trzy niedawne - niepowiązane ze sobą - spory publiczne wyraźnie
wskazują, jak przedstawia się stan rzeczy w Niemczech: ideologia i architektura Trzeciej Rzeszy - czy to zachowana w formie mniej więcej
oryginalnej, zmodyfikowanej tylko trochę, bardzo bądź zmienionej
całkowicie - nadal pozostaje fundamentalnym probierzem postaw
posttotalitarnych w odniesieniu do przeszłości. Dziś proste, łatwe,
redukcjonistyczne tezy spotykają się z gwałtownym sprzeciwem, są
podważane i odrzucane. Jednakże rozwiązanie pozostaje otwarte, a naszym
nieustającym zadaniem jest wypracowanie odpowiedzialnej postawy.
Dziedzictwo okrucieństwa jest nierozerwalnie związane z konfiguracjami
geoprzestrzennymi, takimi jak budynki i infrastruktura. Idea dziedzictwa
kłopotliwego zaś - która zawsze oznacza swoiste gospodarowanie
szczątkami i pozostałościami po najeźdźcach i dyktatorach, zarządzanie
ruinami po reżimach okupacyjnych - wydaje się koncepcją niezwykle
użyteczną, przede wszystkim dlatego, że zadaje najistotniejsze pytania:
o budowanie i podtrzymywanie (zbiorowej oraz indywidualnej) tożsamości w świecie, który w swojej istocie jest dynamiczny, niestały, nomadyczny,
niepewny, pozbawiony gwarancji bezpieczeństwa i stabilności15.
Por. Višnja Kisić, Heritage as Inherently Dissonant Process, w: eadem, Governing Heritage Dissonance. Promises and Realities of Selected Cultural Policies, s. 54-57. [wróć]
Sharon Macdonald, Difficult Heritage. Negotiating the Nazi Past in Nuremberg and beyond, London 2009, s. 1. [Jeżeli nie podano tłumacza, wszystkie cytaty w przekładzie Agnieszki Topornickiej - przyp. red.]. [wróć]
Por. Ingrid Scheurmann, Konturen und Konjunkturen der Denkmalpflege. Zum Umgang mit baulichen Relikten der Vergangenheit, Köln - Weimar - Wien 2018. [wróć]
Por. Tradycja wynaleziona, red. Eric Hobsbawm, Terence Ranger, tłum. Mieczysław Godyń, Filip Godyń, Kraków 2008 (wyd. oryg. The Invention of Tradition, Cambridge - New York 1983) [przyp. red.]. [wróć]
Klasycznym przykładem jest książka Norberta Freia Vergangenheitspolitik. Die Anfänge der Bundesrepublik und die NS-Vergangenheit, München 1996. [wróć]
Por. zaproszenie do nadsyłania artykułów naukowych: Andreas Pilger, Dissonantes Erinnern. Umkämpft, verhandelt, ausgegrenzt. Erinnerungen an den Nationalsozialismus, den Holocaust, den Zweiten Weltkrieg und seine Folgewirkungen [online], 15.11.2019, H-Soz-Kult, www.hsozkult.de/event/id/termine-41783 [dostęp: 17 sierpnia 2020]. [wróć]
John E. Tunbridge, Gregory J. Ashworth, Dissonant Heritage. The Management of the Past as a Resource in Conflict, Chicester 1996, s. 94-95. [wróć]
Sharon Macdonald, Difficult Heritage. Negotiating the Nazi Past in Nuremberg and beyond, rec. Dan Stone, Sharon Macdonald. Difficult Heritage. Negotiating the Nazi Past in Nuremberg and Beyond, "Museum & Society" 2010, Vol. 8, No. 1, s. 61. [wróć]
Paul B. Jaskot, Gavriel D. Rosenfeld, Urban Space and the Nazi Past in Postwar Germany, w: Beyond Berlin. Twelve German Cities Confront the Nazi Past, eds. Gavriel D. Rosenfeld, Paul B. Jaskot, Ann Arbor 2008, s. 2. [wróć]
Co ciekawe, we wstępie do Europe, Heritage and Memory-Dissonant Encounters and Explorations Iris van Huis, Sigrid Kaasik-Krogerus, Tuuli Lähdesmäki i Liliana Ellena zgodnie twierdzą, że "wyzwania współczesności" skłoniły ich do "analizy, reinterpretacji i ponownego przemyślenia". Zob. Tuuli Lähdesmäki et al., Dissonant Heritages and Memories in Contemporary Europe, Cham 2019, s. 9. [wróć]
Pouczający przykład - jak zmieniające się obowiązujące narracje pamięci i kontrpamięci wpływają na postrzeganie dziedzictwa kłopotliwego - podaje archeolożka Gilly Carr w artykule Occupation Heritage, Commemoration and Memory in Guernsey and Jersey, zamieszczonym w "History and Memory. Studies in Representation of the Past" 2012, Spring/Summer, Vol. 24, No. 1, s. 87-117. [wróć]
Spośród tytułów prasowych o zasięgu ogólnokrajowym należy wymienić "Die Zeit" oraz "Der Spiegel"; o wielu istotnych faktach wspomina Rolf Keller w recenzji pracy zbiorowej pod redakcją Guduli Mayr: "Über dem Abgrund des Nichts". Die Bossards in der Zeit des Nationalsozialismus, Bd. 17, Hrsg. Gudula Mayr, Jesteburg 2018; Johann Bossard. Texte aus dem Nachlass. Programmatische Schriften und Reiseberichte, Bd. 16, Hrsg. Gudula Mayr, Jesteburg 2018, dostępne online: https://arthist.net/reviews/22957 [dostęp: 20 kwietnia 2020]. Por. https://www.bossard.de/bossard-84/forschung.html [dostęp: 20 kwietnia 2020]. [wróć]
Polityk SPD [przyp. tłum.]. [wróć]
Zob. np. Hans Kollhoff, Lasst die Skulpturen stehen!, "Die Zeit", 20. Mai 2020, Nr. 22, s. 54; Volkwin Marg, Aufklärung statt Skulpturenstreit, "Die Zeit", 28. Mai 2020, Nr. 23, s. 46, wraz z listami do redakcji w tym numerze, s. 16. [wróć]
Przydatny dla prac badawczych nad dziedzictwem kłopotliwym może być wgląd w rozważania na temat miejsc pamięci i archiwów. Zob. np. Volkhard Knigge, Tatort - Leidensort. Friedhof - Gedenkstätte. Museum. Notizen für eine KZ-Gedenkstättenarbeit der Zukunft, "Schriften der Kurhessischen Gesellschaft für Kunst und Wissenschaft", H. 3, Kassel 1999, s. 23 ("Dlatego zadaniem miejsc pamięci nie może być nadawanie sensu, lecz praca nad uświadomieniem sobie, że dobro nie jest rzeczą oczywistą, pojmowaną jako na przykład nieoczywistość wolności, godności ludzkiej, tolerancji i demokracji. W tym sensie funkcjonowanie miejsc pamięci nie odnosi się do historycznych i politycznych struktur lub konstruktów bezpieczeństwa, które, w ostatecznym rachunku, są zawsze mniej lub bardziej podbudowane ideologią i zniechęcają, lecz do integralnych wartości i praw człowieka - czyli do tego, co jest kruche i co można utracić, o ile wartości i prawa człowieka są autentyczne, żywe oraz akceptowane i praktykowane przez społeczeństwo" - tłum. Anna Śliwa). [wróć]
Co to jest kłopotliwe dziedzictwo? Wydawcy i autorzy tomu próbują
zdefiniować je na podstawie własnych doświadczeń badawczych i kompetencji kulturowych. Idąc tropem Gregory'ego J. Ashwortha i praktyk
Międzynarodowego Centrum Kultury w Krakowie, można potraktować
kłopotliwe dziedzictwo jako sytuację, w której brakuje spójności między
ludźmi a dziedzictwem uważanym za ich własne: odziedziczonym po
przodkach bądź wykreowanym jako wartość współtworząca ich
tożsamość1. Kłopotliwe dziedzictwo jest spuścizną, której
cechą charakterystyczną jest dysonans w strategiach interpretacyjnych
tworzonych przez różne podmioty dokonujące jej wartościowania.
Nie my jedni, w Polsce, mamy problem z procesem dziedziczenia rozumianym
jako aktywne włączanie w uznany i akceptowany kanon kulturowy
artefaktów, materialnych obiektów i niematerialnych wzorców należących
niegdyś do "innych". Potwierdzają one naszą tradycję bądź - z wyroków
historii, przegranych/wygranych wojen, zwycięskich/upadających
rewolucji, tworzonych albo rozpadających się systemów politycznych -
stwarzają dylematy aksjologiczne. Co można dziedziczyć? Co narusza
ukształtowaną już przestrzeń kulturową? Co powoduje - realnie bądź tylko
pozornie, w naszej wyobraźni - zagrożenie dla spójności narodu, grupy
społecznej, wyznaniowej czy regionalnej?
U naszych zachodnich sąsiadów, w Niemczech, problem dziedzictwa ma inny
charakter2. Trudne dziedzictwo jest przede wszystkim
konfrontacją z własnym sprawstwem, z własnym dziedzictwem panowania
zbrodniczego systemu narodowosocjalistycznego. W tle pobrzmiewają
również echa rozliczeń ze spuścizną kolonialną i imperialną cesarskich
Niemiec. Główny nurt polityczny i większość społeczeństwa zdecydowanie
odrzucają dziedzictwo Niemiec nazistowskich. Szczególnym miejscem
upamiętnienia własnych, narodowosocjalistycznych zbrodni jest dziś w topografii Berlina najpopularniejszy pomnik i ośrodek dokumentacyjny
(rocznie około 1,2 miliona zwiedzających) przy Prinz-Albrecht-Strasse:
Topographie des Terrors. Tyle że, jak na łamach poczytnego dziennika
"Der Tagesspiegel" powiedziała w 1998 roku niemiecko-izraelska
historyczka Marianne Awerbuch (1917-2004), tak naprawdę całe Niemcy są
pomnikiem narodowosocjalistycznego sprawstwa3. Jeżeli
istnieją spory, to dotyczą one tego, jak odideologizować we współczesnym
krajobrazie brunatną przeszłość. Jak uchronić te obiekty, które powstały
między 1933 a 1945 rokiem i jednocześnie zachowują istotną wartość
artystyczną?
W tomie poświęconym głównie kłopotliwości dziedzictwa materialnego
próbuję spojrzeć na tytułowy temat z perspektywy kultury pamięci, nie
ograniczając się jedynie do artefaktów zapisanych w krajobrazie
kulturowym. Naturalna asymetryczność kultur pamięci w Polsce i w Niemczech skłania jednocześnie do refleksji wykraczającej poza
niechciane dziedzictwo nazistowskie, będące inspiracją niniejszego tomu.
Powód? W Polsce nie stanowi ono problemu, bo jest niewidzialne w tym
sensie, że zlewa się z tym, co w powszechnej percepcji potocznie nazywa
się "poniemieckim", głównie na "Ziemiach Odzyskanych". Czasami jedynie
wywołuje dyskusje (jak w przypadku Wawelu), które funkcjonują jednak w tle debat na temat dziedzictwa.
Osnową moich refleksji są przez lata wypracowywane kategorie/perspektywy
badawcze: sukcesja kulturowa i czytanie
krajobrazu jako jedna z form historii stosowanej, tym razem
wplecionej w polsko-niemiecką historię wzajemnych oddziaływań.
Niemcy
Odwołam się tylko do przykładów - zdarzeń z różnych sfer życia
publicznego - w które byłem osobiście zaangażowany w latach 2016-2018,
pracując w Centrum Badań Historycznych PAN oraz na Wolnym Uniwersytecie
(Freie Universität) w Berlinie.
W 2016 roku uczestniczyłem w sporze zainicjowanym przez znanego
niemieckiego historyka Martina Sabrowa z Uniwersytetu Humboldtów w Berlinie. Jego echo z lokalnego otoczenia Hanoweru przeniosło się na
łamy poczytnego tygodnika "Der Spiegel"4. Chodziło o przemianowanie nazwy placu Hinricha Wilhelma Kopfa w Hanowerze, stolicy
Dolnej Saksonii. Kopf był pierwszym powojennym dolnosaksońskim
premierem, zasłużonym dla miasta i regionu czołowym politykiem
Socjaldemokratycznej Partii Niemiec. W czasie pierwszej kampanii
wyborczej do parlamentu krajowego na plakacie wyborczym posługiwał się
hasłem "Jestem socjalistą, ponieważ jestem chrześcijaninem!". Zmarł w roku 1961, w glorii sławy uznanego polityka i samorządowca, orędownika
demokratycznego rozwoju RFN. Dopiero badania przeprowadzone na początku
XXI wieku wykazały, że w latach narodowego socjalizmu nie tylko wspierał
reżim hitlerowski, ale był także powiernikiem rządu do spraw wysiedlania
polskich Żydów i rekwirowania ich majątku w okupowanym Generalnym
Gubernatorstwie. Nie ma dowodów, że odebrał komuś życie, uczestniczył
jednak w zbrodniczej machinie. Wybuchł skandal. W efekcie pozbawiono
Kopfa honorowego grobu na miejskim cmentarzu, a plac jego imienia
przemianowano na plac wybitnej filozofki Hannah Arendt, co wówczas
zgodne było również z moją intencją. Martin Sabrow był innego zdania.
Uważał, że trzeba dodać stosowny napis o "zapomnianej" działalności
Kopfa, a resztę "die Demokratie muss aushalten", to znaczy dojrzałe
społeczeństwo niemieckie musi sobie poradzić z codziennym
konfrontowaniem się ze swoją trudną przeszłością. W dalszym ciągu
uważam, że słuszne było usunięcie placu Kopfa z topografii Hanoweru, bo
- jak pokazują ostatnie sukcesy prawicowej partii Alternatywa dla
Niemiec - z takiego uczenia się z historii wcale nie musi wynikać wiele
pozytywnego dla teraźniejszości i przyszłości. W czasach dewaluacji
słowa, dominacji hipermedialnych przekazów (w duchu: "każdy w sieci
pisać może") demokracja nie zawsze jest w stanie w formie dialogicznej
wytrzymać napór zalewającego przestrzeń szumu informacyjnego.
Inaczej postąpiły władze Wiednia w sprawie Karla Luegera (1844-1910),
wybitnego burmistrza i zarazem twórcy nowoczesnej wiedeńskiej
metropolii. Lueger skomunalizował na początku XX wieku prywatne dotąd -
i tym samym drogie - usługi podstawowe dla mieszkańców, od gazu i elektryczności przez transport publiczny po pogrzeby. Stworzył podstawę
infrastrukturalną pod "czerwony Wiedeń" lat dwudziestych. Był
jednocześnie jednym z twórców nowoczesnego antysemityzmu, podburzał
także przeciw imigrantom z Czech i Moraw tak bardzo, że cesarz odmawiał
zatwierdzenia go na stanowisku burmistrza. Około roku 2010 wokół
ufundowanej mu w latach trzydziestych tablicy upamiętniającej wybuchł
spór, w którego wyniku tablicy wprawdzie nie usunięto, lecz oryginalny
(pochwalny) napis przykryto przezroczystą płytą z pleksi, przypominającą
niechlubne antysemickie zaangażowanie wiedeńskiego burmistrza. W 2012
roku zniknął natomiast prowadzący do gmachu Uniwersytetu Wiedeńskiego
Karl-Lueger-Ring.
Kolejnymi kontrowersyjnymi przykładami są dwa upamiętnienia, które przez
lata budziły opór, by wpisać je w miejską przestrzeń. Muzeum Memorium
Procesów Norymberskich (Memorium Nürnberger Prozesse) działające w ramach Verbund der Museen der Stadt Nürnberg oraz miejsce po obozie
Katzbach we Frankfurcie nad Menem odzwierciedlają problemy nie tyle z dziedzictwem zapisanym w krajobrazie, ile z wytwarzaniem i utrwalaniem
"dziedzictwa okrucieństwa" (Ashworth: heritage of atrocity). Historia
powstania Memorium z perspektywy aliantów, ofiar i ich potomków wydawać
by się mogła prosta: pierwszy proces zbrodniarzy nazistowskich jako
rodzaj prawnego zadośćuczynienia dla ofiar i ku przestrodze następnych
pokoleń powinien być jednocześnie rodzajem oczyszczenia niemieckiego,
demokratycznego społeczeństwa. W Niemczech przez dziesiątki lat proces
norymberski był w wielu środowiskach rodzajem upokorzenia, przykładem
narzuconej sprawiedliwości. Muzeum powstało dopiero w roku 2010, po
długich, często burzliwych, trwających od 2000 roku
dyskusjach5.
Społeczność we Frankfurcie nad Menem do tej pory nie jest przekonana do
upamiętnienia założonego pod koniec wojny obozu Katzbach w byłych
frankfurckich Zakładach Adlera6. Z ponad tysiąca sześciuset
więźniów, głównie Polaków, obóz przeżyło zaledwie kilkudziesięciu.
Jeżeli już upamiętnia się losy ofiar, to przede wszystkim zamordowanych
tam Żydów. Tymczasem pod koniec wojny największą grupą więźniów byli
powstańcy warszawscy. Ich los nie istnieje w sferze debaty publicznej.
Po wojnie we Frankfurcie zapadło kłopotliwe milczenie. Zakłady Adlera
niezwłocznie ruszyły z produkcją. Dyrektor Ernst Hagemeier bez przeszkód
przeszedł proces denazyfikacji, a w latach cudu gospodarczego otrzymał
Krzyż Zasługi RFN. Dopiero w 1985 roku dwaj lokalni historycy, Ernst
Kaiser i Michael Knorn, z młodzieżą z dzielnicy Gallus zajęli się
historią Zakładów Adlera (w 1994 roku ukazała się ich książka Żyliśmy i spaliśmy między umarłymi). Ruch obywatelski spowodował, że z czasem
powstał amatorski Gallus Theater i wreszcie zareagowało miasto
Frankfurt. Od 2018 roku, czyli siedemdziesiąt trzy lata po zakończeniu
wojny, na miejscu prowadzone są badania przez Instytut Bauera7.
Polska
Dziś polskie problemy z kłopotliwym dziedzictwem wyznaczają przede
wszystkim stosunek do spuścizny komunizmu (ustawowo dziedzictwo
zakazane) oraz relacja do "nie naszej" tradycji narodowej i zabytków,
których państwo polskie poprzez zmiany terytorialne oraz tragedię
drugiej wojny światowej i Holokaustu stało się prawnym sukcesorem. Są
one dziś terytorialnie polskie, ale kulturowo należą głównie do
przedwojennych, żydowskich obywateli Polski albo stworzone zostały na
ziemiach pogranicza polsko-niemieckiego, które przed 1945 rokiem
należało do Niemiec, bądź przez Niemców/Prusaków jako kolonizatorów było
okupowane.
W wymiarze instytucjonalnym, począwszy od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, poprzez Narodowy Instytut Dziedzictwa, aż po
Instytut Pamięci Narodowej (IPN), polska semantyka opowieści o przeszłości i pamięć kulturowa są "wyłącznie narodowe". Co to znaczy?
Otóż biorąc pod uwagę ustawę zasadniczą, która wyznacza normatywny
charakter polskiej przestrzeni kulturowej, można stwierdzić, że naród
reprezentują/tworzą nie tylko etniczni Polacy, lecz także
przedstawiciele innych narodów, którzy byli obywatelami
Rzeczypospolitej. Konstytucja z 2 kwietnia 1997 roku formułuje to w sposób następujący:
[...] my, Naród Polski - wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno
wierzący w Boga [...], jak i nie podzielający tej wiary [...] wdzięczni
naszym przodkom za [...] kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim
dziedzictwie Narodu i ogólnoludzkich wartościach [...].
"Nie nasze" pozostaje więc jedynie to, co zostało narzucone przemocą,
bądź - jak w przypadku części dziedzictwa niemieckiego - weszło w obręb
państwa polskiego po zmianie granic w 1945 roku. W praktyce "nasze"
interpretowane jest raczej w wąskim rozumieniu, bliskim etnicznej
definicji "polskości". Obcymi, których długi czas nie chcieliśmy
przyjmować do wspólnej tradycji, byli nasi bezpośredni sąsiedzi - Żydzi.
Przywracamy ich obecnie do pamięci i jest to zjawisko nowe. Proces
rozpoczął się około ćwierci wieku temu. Krakowski Kazimierz jest
przykładem tego, że żydowskie dziedzictwo ulega nawet popkulturowej
festiwalizacji, czyli jest na nie zapotrzebowanie w wymiarze
popkulturowym. Na uwagę zasługuje także inne zjawisko. Od kilkunastu lat
w centralnej Polsce - w opuszczonych synagogach dawnych sztetli -
powstają centra dialogu kulturowego, muzea, domy kultury, czego być może
najciekawszym przykładem jest Ośrodek Edukacyjno-Muzealny "Świętokrzyski
Sztetl" w Chmielniku.
Ostatnio najbardziej jednak dyskutowane jest dziedzictwo ustawowo
zakazane. Reguluje je ustawa z 1 kwietnia 2016 roku, zwana
dekomunizacyjną. Zgodnie z jej wykładnią obiekty użyteczności publicznej
"nie mogą upamiętniać osób, organizacji, wydarzeń lub dat
symbolizujących komunizm lub inny ustrój totalitarny, ani w inny sposób
takiego ustroju propagować" (DzU RP z 2016 roku, poz. 744). Ustawa
została uchwalona przez Sejm jednogłośnie (przy jednym wstrzymującym się
głosie). W jej wyniku IPN otrzymał wyłączne kompetencje do opiniowania,
czy dany obiekt/patron symbolizuje lub propaguje system komunistyczny,
czy też nie. Samorządom wyznaczony został okres dwunastu miesięcy na
wprowadzenie sugerowanych przez IPN zmian. W razie niewypełnienia przez
nie tego obowiązku kompetencje do zmiany patronów ma prawo przejąć
odpowiedni terytorialnie wojewoda. To rozwiązanie miało zapewnić
skuteczność i nieodwołalność decyzji. Zniknęły pomniki nie tylko
niesłusznie wynoszonych na cokoły aparatczyków, pseudobohaterów
komunistycznego panowania, lecz także tak wybitnych postaci jak Ludwik
Waryński czy zbiorowi bohaterowie walczący o wyzwolenie Polski i Europy
spod totalitarnej dyktatury niemieckiego narodowego socjalizmu (1 i 2
Armia Wojska Polskiego) i faszyzmu (żołnierze Międzynarodowej Brygady
im. Jarosława Dąbrowskiego, zwani dąbrowszczakami, którzy brali udział
po stronie republikańskiej w wojnie domowej w Hiszpanii). Ich miejsce
zajmowali uczestnicy podziemia antykomunistycznego, wśród nich
kolaborujący z Niemcami żołnierze Brygady Świętokrzyskiej, tak
kontrowersyjni jak Józef Kuraś, pseudonim "Ogień", czy jak oskarżany o zbrodnie na ludności cywilnej na Podlasiu Romuald Rajs, pseudonim
"Bury"8.
W wielu środowiskach, głównie młodych aktywistów odwołujących się do
tradycji lewicowych, ustawa została odebrana jako próba usunięcia
patronów lewicy ze świadomości społecznej, a przez to zdobycia przez
obóz prawicy pełnej hegemonii w przestrzeni pamięci Polaków. Według
badań Jakuba Wysmułka dominujący sposób interpretacji wiąże się z postrzeganiem dekomunizacji w szerszym kontekście działań podejmowanych
dotąd przez IPN. Przede wszystkim w zestawieniu z jednoczesnym
wprowadzaniem do oficjalnej polityki historycznej elementów
nacjonalistycznych, takich jak uhonorowanie działań Narodowych Sił
Zbrojnych czy też upamiętnianie tak zwanych żołnierzy wyklętych, czyli
całego powojennego podziemia niepodległościowego i antykomunistycznego.
Studium Wysmułka dotyczące społecznej reakcji na usunięcie z topografii
Warszawy, Gdańska i Olsztyna ulicy Dąbrowszczaków spotkało się z na tyle
silnym, generacyjnym i pozapartyjnym protestem wyrażonym głównie w pozwach sądowych, że IPN (albo już wojewodowie) musiał się na skutek
prawomocnych wyroków wycofać ze swoich decyzji9.
O ile w Niemczech Karol Marks czy Róża Luksemburg dla jednych są wręcz
kultowymi bohaterami, dla innych negatywnymi czy co najmniej
kontrowersyjnymi, nikt jednak nie usuwa ich wizerunków z przestrzeni
publicznej, o tyle w Polsce należą prawnie wyłącznie do obcego,
komunistycznego dziedzictwa, które mocą ustawy nie może publicznie
funkcjonować. Wylewając dziecko z kąpielą, zapomina się przy okazji, że
Fryderyk Engels należał w połowie XIX wieku do najbardziej
zaangażowanych obrońców prawa do istnienia państwa polskiego, a Róża
Luksemburg aktywnie broniła języka polskiego przed
germanizacją10.
Przedstawione odmienne rozumienie trudnego dziedzictwa w Polsce i w Niemczech pokazuje, jak bardzo funkcjonujemy w osobnych, narodowych
kulturach pamięci, mimo że komunikujemy się w różnych wymiarach życia
społecznego, czy to poprzez międzynarodowe organizacje, czy też
spotkania na poziomie europejskim bądź światowym. Pamięć jest produktem
narodowych dyskursów i narodowych tradycji. Na starcie więc kłopotliwe
dziedzictwo w narodowych kulturach pamięci tych dwóch krajów zajmuje
zupełnie inne miejsce.
Wspólny kłopot - studium przypadku
Wśród kanonicznych dziewięćdziesięciu dziewięciu polsko-niemieckich
miejsc pamięci nie znalazła się najważniejsza główna kwatera wojenna
Adolfa Hitlera zwana Wolfsschanze (1940-1944), położona na peryferiach
ówczesnej niemieckiej prowincji Prusy Wschodnie. Jako pomysłodawcy
projektu Polsko-niemieckich miejsc pamięci rozumieliśmy loci
memoriae jako symbole, artefakty czy postaci z polsko-niemieckiej
przeszłości, które aktywnie wpływały/wpływają na procesy
tożsamościotwórcze w obu krajach i w ten sposób stały/stają się częścią
zarówno polskiej, jak i niemieckiej kultury pamięci11.
Wolfsschanze była historycznie za bardzo niemiecka, a w sensie medialnym
również globalna, ale za mało polska, a to był warunek sine qua non
włączenia do kategorii polsko-niemieckich miejsc pamięci. Pułkownik
Claus Schenk von Stauffenberg, organizator zamachu na Hitlera w baraku
narad 20 lipca 1944 roku, symbolicznie przegrał z innym wpisanym do
traktatu polsko-niemieckiego o dobrym sąsiedztwie (1991) miejscem
pamięci: opozycyjnym wobec nazistów tak zwanym Kręgiem z Krzyżowej
(Kreisauer Kreis) i jego przywódcą hrabią Helmuthem von
Moltkem12. Gdy w 2008 roku w zespole projektu podejmowaliśmy
decyzje o wyborze miejsc pamięci, na ekrany kin wchodził amerykański
film Walkiria (2008) w reżyserii Bryana
Singera z Tomem Cruise'em
jako pułkownikiem von Stauffenbergiem. Produkcję obejrzało w kinach
ponad dziesięć milionów widzów, a w internecie i w setkach razy
powtarzanych wersjach telewizyjnych zarówno w Polsce, w Niemczech, jak i na całym świecie zapewne kolejne miliony. Walkiria wyznaczyła miejsce
Wolfsschanze w światowej popkulturze. Niezależnie od negatywnego
stosunku Polaków do tego miejsca co roku kwaterę Hitlera w Gierłoży koło
mazurskiego Kętrzyna odwiedza ponad dwieście tysięcy zwiedzających,
głównie z Polski.
Czy i po co dawna kwatera Hitlera z kłopotliwego miejsca mogłaby się
stać wspólnym wyzwaniem w procesie wytwarzania polskiej i niemieckiej
kultury pamięci?
Kto widział Wolfsschanze, ten zdaje sobie sprawę, że architektoniczna
gigantomania tego obiektu (w oryginale dwieście budynków, zbudowanych na
obszarze około dwustu pięćdziesięciu hektarów, do tego około ośmiuset
hektarów lasu, ze stacją kolejową i z lotniskiem) oraz postaci, które
się z nim kojarzą, zawsze znajdą grupę ciekawskich, fascynatów
tanatoturystyki i militariów czy zwykłych miłośników historii, którzy
będą chcieli dotknąć autentycznego miejsca, jednego z centrów dowodzenia
niemiecką, nazistowską machiną wojny i zbrodni. Dziś to miejsce jest
kłopotliwe nie tylko w dialogu polsko-niemieckim o dziedzictwie, lecz
również polsko-polskim.
Symbol dowodzenia totalną wojną na wyniszczenie leży na terytorium
Polski, pierwszej ofiary niemieckiej agresji w 1939 roku, która w czasie
okupacji poniosła proporcjonalnie największe straty ludzkie i materialne. Dodatkowym paradoksem historii jest to, że do roku 1945 były
to ziemie niemieckiej prowincji Prusy Wschodnie, które w wyniku decyzji
aliantów w Jałcie i w Poczdamie (głównie Stalina) stały się częścią
państwa polskiego jako Warmia i Mazury. Dla Niemców był to więc fragment
realnej i ideologicznej zarazem verlorene Heimat, czyli utraconej
ziemi ojczystej, a dla Polaków nowe "Ziemie Odzyskane". Dziś jest to
jeden z najatrakcyjniejszych turystycznie regionów Polski, Kraina
Tysiąca Jezior, którą co roku odwiedzają tysiące turystów, spragnionych
przede wszystkim letniej rozrywki.
Trzykrotnie, w 1992, 1994 i 2004 roku, z okazji rocznicy zamachu na
Hitlera, odbyły się oficjalne polsko-niemieckie uroczystości z udziałem
delegacji państwowych i kościelnych oraz rodziny von Stauffenberga.
Najwyższej rangi obchody miały miejsce w roku 1994, gdy na czele
delegacji stali prezydentka Bundestagu Rita Süssmuth i marszałek Sejmu
Józef Oleksy13. Jak głosiła tablica z 2004 roku,
polsko-niemieckie miejsce pamięci nie odnosiło się wprost do
Stauffenberga, lecz generalnie "upamiętniało ruch oporu przeciwko
narodowemu socjalizmowi". Adam Krzemiński, dziennikarz warszawskiego
tygodnika "Polityka" i współpracownik hamburskiego "Die Zeit", próbował
stworzyć ideową otulinę pojednania na bazie ruchu oporu w Polsce i w Niemczech, czyli na spisku, który doprowadził do zamachu 20 lipca 1944
roku, i na dwanaście dni późniejszym wybuchu powstania warszawskiego.
Zdając sobie sprawę z niewspółmierności wydarzeń - z jednej strony
kilkudziesięciu zamachowców, a z drugiej wielotysięczna Armia Krajowa,
dwieście tysięcy ofiar i zburzenie stolicy Polski - dziennikarz
dostrzegał pewną analogię:
Zarówno niemieckim spiskowcom, jak i polskim powstańcom chodziło o pokazanie światu, że jesteśmy: my - inni niż opętane przez Hitlera
Niemcy, i my - przez własnych aliantów przesuwani z jednego kąta mapy
Europy w drugi - suwerenni w swych decyzjach Polacy. [...] Mimo klęski
oba zrywy okazały się zwycięstwami moralnymi14.
W 2004 roku, kiedy sytuacja polityczna między Polską a Niemcami była
napięta z powodu kontrowersji wokół upamiętnienia przymusowych
wysiedleń, głos Krzemińskiego nie zjednał sobie większości opinii
publicznej ani w Polsce, ani w Niemczech. Przy okazji przywoływano
kolonialne zapatrywania von Stauffenberga, wyrażone w liście do żony na
początku agresji na Polskę:
Miejscowa ludność to niewiarygodny motłoch, bardzo dużo Żydów i mieszańców. Naród, który aby się dobrze czuć, najwyraźniej potrzebuje
batoga. Tysiące jeńców przyczynią się na pewno do rozwoju naszego
rolnictwa15.
Sam dziennikarz, niejako w polemice z sobą, konstatował, że mimo
wyraźnej empatii po stronie polskiej trudno w Wolfsschanze wyobrazić
sobie polsko-niemiecką mentalną wspólnotę:
Podczas gdy Niemcy przyglądają się kawałkowi własnej historii zamrożonej
w żelazobetonie, to Polacy przyglądają się jej z zewnątrz, jakby
oglądali wejście do siedziby Lucyfera w piekle Dantego. Ta historia jest
nam obca, choć dotyczyła nas bezpośrednio. To w końcu stąd wyszedł plan
zburzenia Warszawy16.
Po obu stronach od ponad piętnastu lat brakuje politycznej woli
wspólnego, muzealnego i symbolicznego zagospodarowania miejsca.
Paradoksalnie, mimo wyraźnie propagandowego podkreślania akcentów
antyniemieckich, najlepszy okres upamiętnienia Wolfsschanze w Polsce
przypadł na lata sześćdziesiąte, po definitywnym rozbrojeniu terenu z pól minowych. Istniały, na miarę tamtych czasów, małe muzeum, kino,
wykształcona została (i do dziś broni się swoimi kompetencjami) grupa
profesjonalnych przewodników17, a w 1968 roku, na podstawie
prozy Andrzeja Brychta (1935-1998) powstał film fabularny, epigon
klasycznej polskiej szkoły filmowej Dancing w kwaterze Hitlera w reżyserii Jana Batorego (1921-1981) i z muzyką wybitnego kompozytora
Wojciecha Kilara (1932-2013). Od 1989 roku dominują dwie tendencje:
bezradność państwa i/albo prywatna komercjalizacja. Lasy Państwowe,
właściciel terenu, zostały pozostawione same sobie. Efekt jest taki, że
wprawdzie zabezpieczono ruiny bunkrów, ale reszta terenu przypomina
skrzyżowanie nieudolnego muzealnictwa (rekonstrukcja sali, w której
doszło do zamachu, oraz wystawa poświęcona powstaniu warszawskiemu) z parkiem rozrywki, w którym dominują przeróżne mutacje rzeźbionych w drewnie wilków i postaci żołnierzy (jest nawet w strefie botanicznej
Nadleśnictwa Srokowo, niedaleko od wejścia na teren bunkrów, postać
marszałka Józefa Piłsudskiego!), a w kiosku z pamiątkami można kupić
każdy gadżet: od płaszczy, koszulek i parasoli z nadrukiem "Wilczy
Szaniec" po tematyczne kubki i karty do gry.
O jarmarczności tego miejsca świadczy także Mazurolandia, czyli oddalony
o kilometr od Wolfsschanze w kierunku Węgorzewa park rozrywki założony w 2009 roku na skraju wsi Pracz. Na jego stronie internetowej można
przeczytać:
[...] odkryliśmy dla Was ruiny i podziemia Ogrodu Hitlera, który
wybudowano w Wilczym Szańcu, aby dostarczał dla Adolfa Hitlera świeżych
warzyw. Wódz Trzeciej Rzeszy był wegetarianinem, nie palił papierosów,
nie pił alkoholu, więc paradoksalnie, gdyby nie był jednym z największych zbrodniarzy naszego świata, można byłoby go nazwać
promotorem zdrowego żywienia18.
Punktem kulminacyjnym do niedawna była rekonstrukcja pod nazwą
"Walkiria", czyli "zapierająca dech w piersiach defilada przechodząca
ulicami Kętrzyna. Udział w niej biorą rekonstruktorzy odtwarzający
historyczne jednostki Wehrmachtu, Waffen SS, Armii Czerwonej i Wojska
Polskiego wraz z pojazdami militarnymi z tych czasów"19. Według
firmy turystycznej Tripadvisor wśród odwiedzających mniej więcej tyle
samo osób jest zadowolonych ile krytycznych wobec oferty Mazurolandii,
chociaż w wypowiedziach internautów przeważają głosy zdecydowanie
negatywne. Poruszyła mnie opinia młodego małżeństwa (pisownia
oryginalna):
Niestety, ale niczego ciekawego tu nie ma. [...] Byliśmy tam przy okazji
wizyty w Wilczym Szańcu, w którym byliśmy z 3,5-letnim Synkiem - co
ciekawe Wilczy Szaniec bardziej podobał się naszemu dziecku niż
Mazurolandia. Jest to miejsce dla dzieci, więc opinia naszego dziecka
już nam wystarczy :)20.
W innym wymiarze, także po stronie niemieckiej, nie powstała żadna
przekonująca oferta upamiętnienia i zwiedzania Wolfsschanze. Starano
się tam uczyć obywatelskiej postawy niemieckich żołnierzy21,
nakręcono sporo filmów dokumentalnych i wydano wiele popularnych
opracowań. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się te, które głosem
żyjących jeszcze pracownic kuchni w kwaterze głównej przedstawiały
prywatną stronę życia Hitlera22. Pod hasłem "Führerquartier",
które dominuje w niemieckojęzycznych wyszukiwarkach i jako "kwatera
wodza" jest nie do pomyślenia w polskim użyciu, na internetowych
stronach niemieckiego, francuskiego, meksykańskiego i brytyjskiego
Amazona najpopularniejszy jest film Führerquartier Wolfschanze [!].
Befehlsstand in Ostpreußen z 1996 roku (jeszcze w 2019 roku do
wypożyczenia w niektórych dzielnicowych bibliotekach Berlina!).
Kuriozalność tej produkcji polega na tym, że składa się w zasadzie z kopii oryginalnych filmów i kronik z okresu wojny, w których - bez
żadnego komentarza - można zobaczyć "wspaniałego wodza" w gronie
odwiedzających go w kwaterze europejskich przywódców i usłyszeć o "niemieckim bohaterstwie" w czasie wojny, "niemieckiej wojnie
prewencyjnej przeciw Związkowi Sowieckiemu" oraz o Stauffenbergu jako
"zdrajcy niemieckiej racji stanu"23. Wśród opinii internautów
przeważa zachwyt nad wreszcie "prawdziwie pokazaną historią" i tylko
jeden osąd jest jednoznacznie krytyczny, zarzucający filmowi tendencje
neonazistowskie24, które de facto są wręcz rażąco
widoczne.
Po co nam ten kłopot?
Wracam do pytania: po co zajmować się w Niemczech i w Polsce kłopotliwym
dziedzictwem, szczególnie tym wspólnym, dotyczącym materialnej spuścizny
Trzeciej Rzeszy?
Jeszcze raz odwołam się do przypadków Kopfa i Luegera, prezentujących
odmienne strategie obchodzenia się z kłopotliwym dziedzictwem
kulturowym, by zwrócić uwagę na sam mechanizm obywatelskich postaw. Obie
strategie mają swoją osobną logikę. W dalszym ciągu uważam, że słuszne
było usunięcie nazwy "Hinrich-Wilhelm-Kopf-Platz" z topografii Hanoweru.
Przypadek wiedeński odpowiada mojej tezie, że postawionych pomników
(poza ewidentnymi mutacjami "hitlerów" i "stalinów") nie powinno się w demokratycznym społeczeństwie ani burzyć, ani obalać. Są świadectwem
czasów i mogą/powinny stawać się przestrogą dla kolejnych pokoleń. Z taką myślą na przełomie lat 2005 i 2006 broniłem pozostawienia na
miejscu wykopanego przypadkiem z ziemi po sześćdziesięciu latach tak
zwanego kamienia Bismarcka, upamiętniającego od ponad stu lat postać
"żelaznego kanclerza" w mazurskich Nakomiadach (kilka kilometrów od
Wolfsschanze). Nieoczekiwanie podzielił on Polskę na "patriotów" i "zdrajców", co w regionie nijak się miało do podziałów
politycznych25. Od kilku lat słowem i piórem bronię
olsztyńskich "szubienic", pomnika Wyzwolenia Ziemi Warmińsko-Mazurskiej
(zwanego pierwotnie pomnikiem Wdzięczności Armii Czerwonej) z 1954 roku,
dłuta jednego z najwybitniejszych polskich rzeźbiarzy - Xawerego
Dunikowskiego (1875-1964). Najpierw miejscowi orędownicy dekomunizacji
chcieli go zdemontować, obecnie - po wpisaniu go do rejestru zabytków -
trwa spór miasta i IPN o odpowiedni zapis na tablicy upamiętniającej,
która ma stanąć obok monumentu Dunikowskiego. Oby ostatecznie zwyciężyła
pragmatyka "w duchu wiedeńskim".
Takich i podobnych przykładów "niechcianego/zakazanego" dziedzic-twa są
w Polsce setki, tyle że nie dotyczą materialnej spuścizny Trzeciej
Rzeszy. Jak rozstrzygać dylemat "za" albo "przeciw" ich zachowaniu,
zaproponował w kwietniu 2016 roku historyk idei Jerzy Jedlicki
(1930-2018) w liście otwartym do prezesa IPN:
Niechże się Pan przez chwilę zastanowi. O ile ja pamiętam ten czas, to
Armia Radziecka walczyła w koalicji z Wielką Brytanią i Stanami
Zjednoczonymi, i wspólnie z nimi pokonała morderczą Rzeszę niemiecką.
Czyżby pamięć "narodowa" o tym zapomniała? Czy nie zdaje Pan sobie
sprawy, że gdyby nie ofensywa radziecka, to Niemcy najprawdopodobniej
wygrałyby wojnę i bylibyśmy do dzisiaj upodloną, niewolniczą prowincją
hitlerowskiego Reichu? Czy nie wie Pan, że w tej wojnie Armia Czerwona
poniosła największe, wprost niewyobrażalne straty w ludziach, w tym
wiele na obszarze Polski? Czy zapomniał Pan, że w składzie tej armii
szło i także płaciło daninę krwi Wojsko Polskie? Bądźmy konsekwentni:
nie będziemy od tej pory przypominać dnia wyzwolenia Warszawy ani innych
miast, nie będą się więcej przedstawiciele narodów spotykać w Oświęcimiu, w rocznicę oswobodzenia obozu Auschwitz. [...] Tak, wiem, co
Pan rzuci na drugą szalę: udział w rozbiorze Polski we wrześniu 1939,
nikczemne zamordowanie uwięzionych polskich oficerów i funkcjonariuszy
państwowych, wywózki na wschód, zerwanie stosunków z rządem polskim w Londynie, aresztowania AK-owców, wstrzymanie ofensywy latem 1944, aby
się wykrwawiło Powstanie Warszawskie, obławy NKWD, wreszcie polityczne
podporządkowanie polskich władz i instytucji arbitralnej woli Stalina i jego następców. I nie pytam, co przeważa, bo tu nie ma wspólnej miary,
ale narodowa pamięć musi zachować obydwa rachunki, bo jeden drugiego nie
kasuje i nie unieważnia.
Na pytanie "czy zachowywać kłopotliwe dziedzictwo?" można też
odpowiedzieć głosem polskiej poetki pokolenia postświadków - ludzi
niedoświadczonych wojną, ale żyjących w cieniu wspomnień bądź
niewspomnień rodziców - ofiar/świadków drugiej wojny światowej. Anna
Janko (ur. 1957) w swojej autobiograficznej, literackiej opowieści Mała
Zagłada, która opowiada o zagładzie podzamojskiej wsi Sochy w 1943
roku, pisze:
Przecież to - TO straszne - nie TU się stało... Nie w Polsce. To złudzenie
geograficzne. Wielka Zagłada miała miejsce w Niemczech [...]. Moim
zdaniem najlepiej by było, żeby Niemcy zabrali do siebie te wszystkie
obozy, które zostały po nich w Polsce. Żeby się już więcej nikomu nie
myliło. [...] A co to za problem w dzisiejszych czasach, skoro się
klasztory i pałace przenosi na inne kontynenty. [...] To czemu nie
przenosić Auschwitzu, Majdanka, Stutthofu, jaka to robota26.
To nie jest prowokacja, lecz głos osoby, która żyła kilkadziesiąt lat
naznaczona pamięcią swojej matki - tej, która jako jedno z kilkorga
dzieci przeżyła masakrę w Sochach. Takich wsi w Polsce było ponad sto.
Tego głosu nie należy lekceważyć, bo jest to głos wynikający z wrażliwości ludzkiej, a nie ze strategii politycznej.
Zachowując w pamięci wyżej przedstawione odniesienia do kłopotliwego
dziedzictwa, warto spojrzeć na problem z perspektywy zwanej historią
wzajemnych oddziaływań, którą Krzysztof Pomian proponuje nazwać
"historią sprzężoną"27. Co to znaczy? To znaczy, że pisząc
historię Polski czy historię Niemiec, postrzegam je nie tylko jako wynik
wewnętrznych procesów czy teleologicznego rozwoju "własnego narodu",
lecz jako sumę tego, co własne, i oddziaływania czynników zewnętrznych.
Patrząc na problem kultury pamięci w Polsce i w Niemczech, nie trzeba
tworzyć bilateralnej konkurencji, lecz transnarodowe pole dialogu. Nie
da się napisać historii Polski bez pokazania i wytłumaczenia
oddziaływania jej zachodniego sąsiada. Nie da się także napisać historii
Niemiec bez odnotowania wpływu, jaki wywarło na nią polskie sąsiedztwo.
Ten postulat bliski jest polityce pamięci, którą Aleida Assmann nazywa
dialogicznym pamiętaniem, tyle że ja w drodze do jego urzeczywistnienia
bardziej akcentuję potrzebę wyrównywania poziomów wzajemnej wiedzy o sobie28. Wprowadzanie jej poprzez odpowiednio modyfikowane
programy nauczania i podręczniki szkolne, a następnie bardziej
empatyczną wobec sąsiadów politykę pamięci może dopiero tworzyć polifonię pamięci, która nada ramy
dialogicznego pamiętania równych partnerów29.
Zanim zaczniemy konstruować europejską mapę pamięci, musimy przepracować
bilateralne relacje. Inspirując się tezami wykładu Nielsa Gutschowa
zatytułowanego Architektura Trzeciej Rzeszy. Stan badań w Niemczech30, uważam, że polsko-niemiecki (również europejski)
dialog o kłopotliwym dziedzictwie i podzielonych kulturach pamięci
powinno się oprzeć na racjonalnych kategoriach, które pozwolą wyjść z pułapki opowiadania wyłącznie z perspektywy własnych doświadczeń i zapotrzebowania na wytwarzanie własnej pamięci. Konieczne jest do tego
zbudowanie polsko-niemieckiego iunctim wiedzy. Pierwszy krok ku temu
celowi został zrobiony w wyniku międzyrządowego, zakończonego w czerwcu
2020 roku, projektu, którego społeczną stroną była Wspólna
Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa. Jego efektem są cztery tomy
drugiego na świecie bilateralnego, to znaczy identycznego w obu krajach
podręcznika do nauczania historii Europa. Nasza historia (Europa.
Unsere Geschichte), z przeznaczeniem do powszechnego użytku w szkołach
podstawowych w Polsce i w Niemczech, po dopuszczeniu przez odpowiednie
władze oświatowe.
Z perspektywy spuścizny materialnej Trzeciej Rzeszy w Polsce i w Niemczech dzieli nas nie tyle asymetria, ile przepaść historycznego
doświadczenia w drugiej wojnie światowej oraz diametralnie różne jego
umiejscowienie w pamięci funkcjonalnej mieszkańców obu krajów. Wspólnym
wyzwaniem pozostają muzea martyrologiczne (Gedenkstätten) w miejscach
dawnych obozów koncentracyjnych i obozów zagłady. W Polsce i w Niemczech
istnieje inne zapotrzebowanie na przepracowywanie przeszłości. W Niemczech inicjacyjnym doświadczeniem jest zrozumienie i opowiedzenie
komunikatywnym językiem dydaktyki historii własnej zbrodni narodowego
socjalizmu. W Polsce, której społeczeństwo było pierwszą masową ofiarą
niemieckiej agresji, problemem jest poradzenie sobie z ukontekstowieniem
własnego cierpienia na tle cierpienia innych obywateli polskich
niepolskiego pochodzenia. Żadne automatyczne polsko-niemieckie
przenoszenie wzorców pedagogicznych czy dydaktycznych nie zafunkcjonuje
bez odniesienia się do konfrontacji z własną przeszłością. W niemieckiej
kulturze pamięci sporo problemów udało się przepracować dzięki
stworzeniu czasowego, a następnie emocjonalnego dystansu wobec własnego
sprawstwa31. Po 1989 roku w niektórych muzeach
martyrologicznych w ramach polsko-niemieckiej współpracy stworzono
oryginalne formy ekspozycyjne i pedagogiczne. W przestrzeni działań
edukacyjnych istnieją chyba najbardziej widoczne pola wspólnej
aktywności i wymiany doświadczeń między muzeami martyrologicznymi a Gedenkstätten.
Gregory J. Ashworth, Upamiętnianie przemocy i tragedii. Ludzka trauma jako dziedzictwo, w: Planowanie dziedzictwa, tłum. Marta Duda-Gryc, Kraków 2015, s. 269-288; por. John E. Tunbridge, Gregory J. Ashworth, Dissonant Heritage. The Management of the Past as a Resource in Conflict, Chichester 1996; Sharon Macdonald, Difficult Heritage. Negotiating the Nazi Past in Nuremberg and beyond, London 2009; pewnego rodzaju podsumowaniem tematu z perspektywy ostatnich trzydziestu lat jest wybór artykułów Johna Tunbridge'a, Zmiana warty. Dziedzictwo na przełomie XX i XXI wieku, tłum. Aleksandra Kamińska, Kraków 2018. [wróć]
Por. klasyczne już teksty: Mario Rainer Lepsius, Dziedzictwo narodowego socjalizmu i kultura polityczna w państwach-następcach "Wielkoniemieckiej Rzeszy", w: idem, O kulturze politycznej w Niemczech, tłum. Arkadiusz Żychliński, Poznań 2007, s. 188-206; Jörn Rüsen, Pamięć po Holokauście a tożsamość niemiecka, tłum. Izabela Sellmer, w: Myślenie historyczne. Część I: Jörn Rüsen. Nadawanie historycznego sensu, red. Robert Traba, Holger Thünemann, Poznań 2015, s. 305-325; oraz studia przypadku, m.in.: Das Erbe der Anderen. Denkmalpflegerisches Handeln im Zeichen der Globalisierung (= The Heritage of the Other. Conservation Considerations in an Age of Globalisation), Hrsg. Gerhard Vinken, Bamberg 2015; Reinhard Bernbeck, Materielle Spuren des nationalsozialistischen Terrors. Zu einer Archäologie der Zeitgeschichte, Bielefeld 2017. [wróć]
Aleida Assmann, Pamięć miejsc - autentyzm i upamiętnianie, w: eadem, Między historią a pamięcią. Antologia, tłum. Justyna Górny, Warszawa 2013, s. 182. [wróć]
Historischer Exorzismus, "Der Spiegel" 2014, Nr. 6, https://www.spiegel.de/spiegel/print/d-124838582.html [dostęp: 20 czerwca 2020]. Moja odpowiedź: Robert Traba, Aura mit Rissen, "Der Spiegel" 2014, Nr. 8, https://www.spiegel.de/spiegel/print/d-125080757.html [dostęp: 20 czerwca 2020]. Szerzej o Kopfie oraz o sprawie burmistrza Wiednia zob. Robert Traba, Pomnikomania po polsku. Czego uczy spór o pomnik ks. Jankowskiego?, [online], https://wyborcza.pl/7,75968,24535770,pomnikomania-po-polsku-czego-uczy-spor-o-pomnik-ks-jankowskiego.html [dostęp: 6 czerwca 2020]. [wróć]
https://museen.nuernberg.de/memorium-nuernberger-prozesse/themen/erinnerungskultur/rezeptionsgeschichte/ [dostęp: 6 czerwca 2020]. W trakcie zwiedzania, w lipcu 2018 roku, moim przewodnikiem był pracownik naukowy Muzeum dr Andreas Mix. Na temat recepcji i prawnych konsekwencji procesów norymberskich por. W cieniu Norymbergi. Transnarodowe ściganie zbrodni nazistowskich, red. Robert Traba et al., Warszawa 2019. [wróć]
Katzbach - obóz widmo. Powstańcy warszawscy w Zakładach Adlera we Frankfurcie nad Menem 1944-45, Warszawa 2016, wersja cyfrowa dostępna: https://ksiegarnia.karta.org.pl/produkt/katzbach-oboz-widmo-powstancy-warszawscy-w-zakladach-adlera-we-frankfurcie-nad-menem-1944-45/ [dostęp: 7 lipca 2020]. [wróć]
Zob. Joanna de Vincenz, Powstaje miejsce pamięci o byłym niemieckim obozie Katzbach [online], https://www.dw.com/pl/powstaje-miejsce-pami%C4%99ci-o-by%C5%82ym-niemieckim-obozie-katzbach/a-43747010 [dostęp: 6 czerwca 2020]. W 2018 roku uczestniczyłem w konferencji Ośrodka KARTA na temat obozu Katzbach i historii jego upamiętnienia, zorganizowanej we Frankfurcie wspólnie z przedstawicielami miejskich organizacji obywatelskich i z historykami. [wróć]
Mariusz Mazur, Antykomunistycznego podziemia portret zbiorowy 1945-1956. Aspekty mentalno-psychologiczne, Warszawa - Lublin 2019, s. 133-134 i passim. [wróć]
Jakub Wysmułek, Dąbrowszczacy: między symbolem antyfaszyzmu a polityką antykomunizmu, "Kultura i Społeczeństwo" 2019, nr 63 (2), s. 133-161. [wróć]
Georges Mink, Do hymnu wdarł się "obcy"... Polskość w kontekście europejskim, w: Niedokończona wojna? "Polskość" jako zadanie pokoleniowe, red. Robert Traba, Warszawa 2020, s. 55-70; Marta Dąbrowska, Polska nie jest najważniejsza. Moralny aspekt rozważań Róży Luksemburg o państwie polskim, narodzie i naturze człowieka, w: ibidem, s. 245-264. [wróć]
Polsko-niemieckie miejsca pamięci (= Deutsch-polnische Erinnerungsorte), red. Robert Traba, Hans Henning Hahn, Warszawa - Paderborn 2012-2016, t. 1-4 i Bd. 1-5, tu: O czym (nie) opowiadają polsko-niemieckie miejsca pamięci, t. 1, s. 7-53 (= Wovon die deutsch-polnische Orte (nicht) erzählen, Bd. 1, s. 11-49); por. Maciej Górny, Kornelia Kończal, Robert Traba, Hans Henning Hahn, Polish-German Realms of Memory. A New Paradigm?, "Acta Poloniae Historica" 2012, nr 106, s. 155-167. [wróć]
Mateusz J. Hartwich, Krzyżowa. Pacta sunt servanda!, w: Polsko-niemieckie miejsca..., op. cit., t. 1, s. 451-461. [wróć]
Uwe Neumärker, Robert Conrad, Cord Woywodt, Wolfsschanze. Hitlers Machtzentrale im II. Weltkrieg, Berlin 2000, s. 176-177. [wróć]
Adam Krzemiński, "Powstanie sumienia". O niemieckim ruchu oporu, "Borussia. Kultura - Historia - Literatura" 2005, nr 37, s. 144. [wróć]
Cyt. za: Róża Romaniec, Stauffenberg i Polska, "Deutsche Welle" 2009, dostępny online: https://www.dw.com/pl/stauffenberg-i-polska/a-4541936 [dostęp: 6 czerwca 2020]. [wróć]
A. Krzemiński, "Powstanie sumienia", op. cit., s. 141. [wróć]
O dobrym poziomie krajoznawstwa świadczy też najpopularniejszy, wydawany w tysiącach egzemplarzy i wielokrotnie wznawiany przewodnik, napisany przez rodowitego Mazura: Jerzy Jantar [Gerard Skok], Wilczy Szaniec. Dawna kwatera Hitlera, Olsztyn 1964. W 2005 roku, w ramach Akademii Letniej Polsko-Niemieckiej Wymiany Młodzieży, wspólnie z prof. Bodo von Borriesem zorganizowano dla liderów polsko-niemieckiej wymiany warsztaty w Wolfsschanze, które potwierdziły in situ wysoki poziom miejscowych przewodników. Podobnie było podczas wizyty w 2020 roku. [wróć]
http://mazurolandia.pl/ogrod-hitlera-iv-strefa-wilczego-szanca/ [dostęp: 6 czerwca 2020]. [wróć]
http://mazurolandia.pl/ [dostęp: 6 czerwca 2020]. [wróć]
https://pl.tripadvisor.com/Attraction_Review-g1600830-d6575223-Reviews-Mazurolandia-Gierloz_Warmia_Masuria_Province_Northern_Poland.html#REVIEWS [dostęp: 6 czerwca 2020]. [wróć]
Por. Hans Dieter Borchardt, Tannenberg und Wolfsschanze. Ein militärischer Reiseführer, Berlin 2006. [wróć]
Frank Thadeusz w tygodniku "Der Spiegel" zachwalał jedną z publikacji: Hitlers Diätköchin Constanze Manziarly "Der F. hat gut gegessen": "Hirsebrei, Pilze, Quark mit Leinöl: Constanze Manziarly bekochte Hitler in den letzten Kriegsmonaten. Ein Historiker hat die Beziehung der beiden mit Hilfe handgeschriebener Briefe rekonstruiert" (Kasza jaglana, grzyby, twaróg z olejem lnianym: tak Constanze Manziarly gotowała Hitlerowi w ostatnich dniach wojny. Relacje między obojgiem na podstawie ręcznie pisanych listów zrekonstruował historyk). Cyt. za: https://www.spiegel.de/spiegel/adolf-hitlers-diatkoechin-constanze-manziarly-a-1178610.html [dostęp:7 lipca 2020]. [Jeżeli nie podano tłumacza, wszystkie cytaty w przekładzie autora artykułu - przyp. red.]. [wróć]
Na przykład recenzja napisana w Niemczech 2 sierpnia 2009 roku: "Das Stauffenberg-Attentat ist hier nur eine kurz erwähnte Fußnote, was ich als sehr angenehm empfinde, schließlich wird und wurde dieses Thema schon weiß Gott oft genug aufgekauft" (Zamach Stauffenberga jest tutaj tylko krótko wspomnianym przypisem, z czego odczuwam przyjemność, bo w końcu Bóg wie, że wystarczająco ten temat jest i był już kupowany). Cyt. za: https://www.amazon.de/F%C3%BChrerhauptquartier-Wolfschanze-Befehlsstand-Ostpreu%C3%9Fen-Premium/dp/B0028P6XTW [dostęp: 7 lipca 2020]. [wróć]
"Es ist schon peinlich anhören zu müssen, mit welchen fadenscheinigen Argumenten versucht wird, den verbrecherischen Krieg unseres ach "so sehr geliebten Führers" Hitler, wohl einer der größten Verbrecher aller Zeiten, zu rechtfertigen, von den Weisheiten der ewig Gestrigen, die in dem Film ihre unmaßgebliche Meinung glauben verbreiten zu müssen, ganz zu schweigen. Offensichtlich sind an der Herstellung des Films in erheblichem Maße Nazis beteiligt gewesen" (To żenujące musieć wysłuchiwać, jak próbuje się usprawiedliwiać beznadziejnymi argumentami zbrodniczą wojnę naszego ach "jakże bardzo uwielbianego Führera" Hitlera, jednego z największych zbrodniarzy wszech czasów, nie mówiąc już o mądrościach wiecznie wczorajszych, którzy rozpowszechniają na filmie niewyobrażalne opinie. Z pewnością w powstaniu filmu w dużej mierze uczestniczyli naziści). Cyt. za: ibidem. [wróć]
Robert Traba, Pamięć zapisana w kamieniu, czyli krajobraz kulturowy jako palimpsest, w: Dziedzictwo kresów - nasze wspólne dziedzictwo, red. Jacek Purchla, Kraków 2006, s. 273-280. [wróć]
Anna Janko, Mała Zagłada, Kraków 2015, s. 106-107. [wróć]
Robert Traba, Historia wzajemnych oddziaływań - (niedoceniany) paradygmat w badaniu przeszłości, w: Historia wzajemnych oddziaływań, red. Robert Traba, Warszawa - Berlin 2014, s. 7-20. [wróć]
Aleida Assmann, Od zbiorowej przemocy do wspólnej przyszłości, w: eadem, Między historią a pamięcią, op. cit., s. 259-271. [wróć]
Robert Traba, Przeszłość w teraźniejszości. Polskie spory o historię na początku XXI wieku, Poznań 2009, s. 82-87; Polsko-niemieckie miejsca..., op. cit., s. 33-36. [wróć]
Wystąpienie podczas międzynarodowej konferencji Kłopotliwe dziedzictwo Trzeciej Rzeszy w Polsce, zorganizowanej w Międzynarodowym Centrum Kultury w grudniu 2018 roku. [wróć]
Robert Traba, Bilateralność kultur pamięci. Przypadek polskich muzeów martyrologicznych i niemieckich Gedenkstätten, w: Pedagogika pamięci. O teorii i praktyce edukacji w muzeach martyrologicznych, red. Tomasz Kranz, Lublin 2018, s. 25-66. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki