Kłopot z chrześcijaństwem. Wieczne gnicie, apokaliptyczny ogień, praca - Tadeusz Bartoś, Agata Bielik-Robson

Kup ebooka

29.90 zł
23.02 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozmowa pierwsza

Po co dziś lu­dziom re­li­gie

Ta­de­usz Bar­toś: Od kil­ku­set lat chrze­ści­jań­stwo musi zmie­rzyć się z prze­mia­na­mi spo­łecz­ny­mi w Eu­ro­pie, prze­mia­na­mi, któ­re na­zy­wa­my mo­der­ni­za­cją, uno­wo­cze­śnia­niem świa­ta. Jed­nym z istot­nych eta­pów mo­der­ni­za­cji było Oświe­ce­nie. W wie­ku XIX, w kra­jach ta­kich jak An­glia, Fran­cja czy Niem­cy, idee oświe­ce­nio­we były w cen­trum pu­blicz­nej prze­strze­ni. W Pol­sce na­to­miast - oczy­wi­ście mó­wiąc pew­nym skró­tem - wy­obraź­nię do­mi­no­wa­ły po­wsta­nia i zry­wy na­ro­do­we. Nie chcę po­wie­dzieć, że w na­szym kra­ju sy­tu­acja jest iden­tycz­na z sy­tu­acją poza Eu­ro­pą, na przy­kład w kra­jach mu­zuł­mań­skich, któ­re z róż­nych wzglę­dów nie prze­szły do­brze kon­fron­ta­cji z mo­der­ni­za­cją i od­rzu­ci­ły ją. Moż­na jed­nak za­uwa­żyć pew­ne po­do­bień­stwa.

Aga­ta Bie­lik-Rob­son: Ja się z tym cał­ko­wi­cie zga­dzam. Mi­lan Kun­de­ra1 mó­wił coś po­dob­ne­go o Ro­sji i jej kul­tu­rze. Nie lu­bił jej, bo nie prze­szła w ogó­le czyść­ca zwa­ne­go Oświe­ce­niem.

T. B.: Pew­nie dla­te­go, że mo­der­ni­za­cja była w Ro­sji po­wierz­chow­na. Zde­rze­nie chrze­ści­jań­stwa z Oświe­ce­niem sta­wia nas jed­nak przed py­ta­niem bar­dziej za­sad­ni­czym: Po co dziś lu­dziom re­li­gie? Ja­kie mają one sens w świe­cie, w któ­rym ży­je­my? My­ślę tu o in­te­lek­tu­al­nym świe­cie Za­cho­du. Jak obec­ny jest w nim dys­kurs re­li­gij­ny? Wiem, że two­je my­śle­nie idzie w tym kie­run­ku. Pi­szesz, że re­li­gij­ny dys­kurs jest in­spi­ru­ją­cy bądź wręcz leży u pod­staw sa­me­go my­śle­nia. Nie wrzu­casz re­li­gii do pu­dła z na­pi­sem: sta­ro­cie. A prze­cież twój spo­sób my­śle­nia nie jest uczest­nic­twem w ja­kiejś kon­fe­sji. Chciał­bym się za­tem cze­goś od cie­bie do­wie­dzieć na ten te­mat.

W świe­cie czło­wie­ka Za­cho­du ka­te­go­rie re­li­gij­ne sta­ją się mało zro­zu­mia­łe. Weź­my pierw­szą z brze­gu - zba­wie­nie. Jaki sens ma dziś to sło­wo? Kto dziś szu­ka zba­wie­nia? Jaki ostat­nio film moż­na było zo­ba­czyć na ten te­mat, jaką sztu­kę w te­atrze? Teo­lo­go­wie więc, chcąc uczy­nić je bliż­szym współ­cze­sne­mu czło­wie­ko­wi, dwo­ją się i tro­ją. Mó­wią na przy­kład, że nie­miec­kie he­ili­gen (zba­wić), bli­skie jest he­ilen (le­czyć, uzdra­wiać). Rzecz dziś po­pu­lar­na. Wszy­scy dba­my o zdro­wie. To duży ry­nek - za­rów­no me­dy­cy­na tra­dy­cyj­na, jak i al­ter­na­tyw­na.

Dwie kul­tu­ry za­chod­nie

A. B.-R.: Za­cznij­my więc od opi­su sy­tu­acji. Trze­ba bę­dzie od razu roz­gra­ni­czyć dwie kul­tu­ry za­chod­nie, bo aku­rat w kwe­stii re­li­gii róż­ni­ca mię­dzy Za­cho­dem eu­ro­pej­skim a Za­cho­dem ame­ry­kań­skim jest ja­skra­wa. Pe­ter Ber­ger2, so­cjo­log przy­zna­ją­cy się wprost do pro­te­stanc­kich ko­rze­ni, otwar­cie i w spo­sób bar­dzo cie­ka­wy kwe­stio­nu­je na­szą eu­ro­cen­trycz­ną per­spek­ty­wę. Pod­kre­śla lo­kal­ność eu­ro­cen­try­zmu i to, że my, Eu­ro­pej­czy­cy, zu­peł­nie nie ro­zu­mie­my, co się dzie­je na świe­cie, gdy cho­dzi o re­li­gię.

T. B.: Eu­ro­pa zna­czy ka­to­li­cyzm?

A. B.-R.: Nie w tym rzecz, przy­najm­niej nie bez­po­śred­nio. Eu­ro­pa - być może zresz­tą wsku­tek wal­ki z ka­to­li­cy­zmem - wy­two­rzy­ła spe­cy­ficz­ną kul­tu­rę ra­dy­kal­nej świec­ko­ści, któ­rą Ber­ger na­zy­wa "eu­ro­se­ku­la­ry­zmem". Tym­cza­sem cały świat, na­wet ta jego część, któ­ra prze­szła przez Oświe­ce­nie, jak Ame­ry­ka, kwe­stie re­li­gij­ne ne­go­cju­je in­a­czej. Naj­lep­szym przy­kła­dem są Sta­ny Zjed­no­czo­ne, gdzie re­li­gij­ność jest sta­łym "nie­wy­ko­rze­nial­nym" ele­men­tem ży­cia pu­blicz­ne­go i wszel­kie pró­by prze­no­sze­nia co bar­dziej se­ku­lar­nych tech­nik z Eu­ro­py, w ro­dza­ju eli­mi­no­wa­nia sym­bo­li re­li­gij­nych z prze­strze­ni pu­blicz­nej, koń­czą się za­zwy­czaj afe­ra­mi czy kon­flik­ta­mi, któ­re wy­sa­dza­ją mo­ral­no-praw­no-oby­cza­jo­wy sys­tem ame­ry­kań­ski z jego ko­le­in. Ame­ry­ka­nie nie ra­dzą so­bie z tymi pro­ble­ma­mi, bo to po pro­stu nie są ich pro­ble­my.

T. B.: Re­li­gia nie jest więc tam roz­po­zna­wa­na jako za­gro­że­nie dla po­rząd­ku pań­stwo­we­go.

A. B.-R.: W Eu­ro­pie zwy­kle eli­mi­nu­je się sym­bo­le re­li­gij­ne z miejsc pu­blicz­nych. Rzą­dzi za­sa­da fran­cu­ska: "co pań­stwo­we, to świec­kie", pod­czas gdy w Ame­ry­ce jest od­wrot­nie: gro­ma­dzi się ich jak naj­wię­cej i to róż­nych. Na przy­kład w oko­li­cach świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia w No­wym Jor­ku jest mnó­stwo cho­inek, ale i mnó­stwo świe­cą­cych me­nor, któ­re upa­mięt­nia­ją Ha­nu­kę, ob­cho­dzo­ną w po­dob­nym cza­sie, a jesz­cze czar­no­skó­rzy is­la­mi­ści wy­my­śli­li so­bie ja­kieś świę­to, aby i swo­je sym­bo­le re­li­gij­ne eks­po­no­wać w miej­scach pu­blicz­nych, a tym sa­mym nie po­zo­sta­wać w tym cza­sie w cie­niu. Mamy więc do czy­nie­nia ra­czej z za­sa­dą plu­ra­li­zmu i ak­cep­ta­cji dla re­li­gij­nej róż­no­rod­no­ści, pod­czas gdy w Eu­ro­pie prze­wa­ża ten­den­cja do tego, by krzy­że, me­no­ry i pół­księ­ży­ce po­wo­li zni­ka­ły z ago­ry.

T. B.: Z punk­tu wi­dze­nia Eu­ro­pej­czy­ka re­pre­zen­tu­ją­ce­go pe­wien typ my­śle­nia se­ku­lar­ne­go świat re­li­gij­ny w ten spo­sób eks­po­no­wa­ny jest świa­tem za­co­fa­nym. To świat, w któ­rym re­li­gia jest czymś po­wierz­chow­nym, sil­nie re­gu­lu­ją­cym ży­cie, oby­cza­je. To świat, któ­ry nie prze­szedł oświe­ce­nio­we­go oczysz­cze­nia...

A. B.-R.: I tak, i nie. Są po pro­stu róż­ne wa­rian­ty Oświe­ce­nia i no­wo­cze­sno­ści. Bry­tyj­sko-ame­ry­kań­skie Oświe­ce­nie było inne od fran­cu­skie­go, znacz­nie bar­dziej ra­dy­kal­ne­go, do­ma­ga­ją­ce­go się przej­ścia ca­łe­go spo­łe­czeń­stwa przez "czy­ściec oświe­ce­nia", a tych, któ­rzy tego przej­ścia od­mó­wi­li, umiesz­cza­ją­ce­go w ru­bry­ce "ciem­no­gród". Dzi­siej­sza Pol­ska pa­dła ofia­rą ta­kie­go wła­śnie ję­zy­ka "czyść­co­we­go", o czym, mam na­dzie­ję, bę­dzie­my jesz­cze mó­wić. W An­glii czy Ame­ry­ce nikt się na­to­miast nie wsty­dzi swo­ich prze­ko­nań re­li­gij­nych, nie ma tak wy­raź­ne­go roz­dzia­łu na la­ic­ką in­te­li­gen­cję i za­co­fa­ny, wie­rzą­cy lud (co naj­wy­żej po­dział we­wnątrz Ko­ścio­łów, na przy­kład an­gli­ka­nizm dzie­li się na High Church - Ko­ściół Wy­so­ki, bar­dziej ka­to­lic­ki, choć oczy­wi­ście nie rzym­ski, i Low Church, Ko­ściół Ni­ski, bar­dziej ewan­ge­lic­ki i lu­do­wy). Przy­kła­dem może być to, że naj­lep­sze szko­ły pry­wat­ne są jed­no­cze­śnie szko­ła­mi wy­zna­nio­wy­mi. To są szko­ły ży­dow­skie, ka­to­lic­kie i pro­te­stanc­kie. Je­zu­ic­kie ko­le­gia w Ame­ry­ce na­le­żą do naj­lep­szych. Je­śli chce się do­brze wy­kształ­cić dzie­ci, po­sy­ła się je do re­li­gij­nych szkół. Nie mó­wiąc już o re­li­gij­nych uni­wer­sy­te­tach, czy­li ta­kich, któ­re mają wy­raź­ny zwią­zek wy­zna­nio­wy, na przy­kład ka­to­lic­ki uni­wer­sy­tet Vil­la­no­va czy Bran­de­is, uczel­nia ży­dow­ska. To jest zu­peł­nie inny świat. I wie­le osób, rów­nież z Pol­ski, któ­re są i in­te­li­gent­ne, i wie­rzą­ce, czu­je się le­piej w Ame­ry­ce, bo tam nie ma żad­nej pre­sji zwią­za­nej z tą po­dwój­ną iden­ty­fi­ka­cją, wręcz prze­ciw­nie, to się wy­da­je czymś cał­ko­wi­cie na­tu­ral­nym. Na­to­miast tu­taj, w Pol­sce, w związ­ku z tym, że jed­nak uczest­ni­czy­my w Oświe­ce­niu typu fran­cu­skie­go, czy­li w tym, co Ber­ger na­zy­wa "eu­ro­se­ku­la­ry­zmem", pro­blem ten, nie­ste­ty, ist­nie­je. Albo in­te­lekt - albo wia­ra. Ci, któ­rzy pró­bu­ją me­dio­wać mię­dzy jed­nym a dru­gim, nie mają ła­twe­go ży­cia.

T. B.: Z pew­no­ścią mia­ła na to wpływ od­mien­na hi­sto­ria Eu­ro­py i Ame­ry­ki. We Fran­cji, na przy­kład, se­ku­la­ryzm i ta sil­na opo­zy­cja, o któ­rej była mowa, po­wsta­ły z ra­cji tego, że Ko­ściół ka­to­lic­ki był wszech­obec­ny. Był tak sto­pio­ny z naj­waż­niej­szy­mi in­sty­tu­cja­mi spo­łecz­ny­mi, nie­chęt­ny ja­kim­kol­wiek zmia­nom (skraj­nie kon­ser­wa­tyw­ny), że wła­ści­wie do­pie­ro po­su­nię­cia­mi ad­mi­ni­stra­cyj­ny­mi na po­cząt­ku XX wie­ku stwo­rzo­no prze­strzeń la­ic­ką. Co cie­ka­we, usta­wy o roz­dzia­le Ko­ścio­ła od pań­stwa z lat 1901-1905, ze­rwa­nie kon­kor­da­tu, choć wy­wo­ła­ły wiel­kie pro­te­sty epi­sko­pa­tu fran­cu­skie­go i wście­kłość kil­ku ko­lej­nych pa­pie­ży, przez sze­re­go­wych ka­to­li­ków by­wa­ły przyj­mo­wa­ne z za­do­wo­le­niem. W Aups w Pro­wan­sji wi­dzia­łem na fron­to­nie ko­ścio­ła wiel­ki na­pis Li­ber­té éga­li­té fra­ter­ni­té (wol­ność, rów­ność, bra­ter­stwo). Miesz­kań­cy w ten spo­sób ra­do­śnie przy­wi­ta­li na po­cząt­ku XX wie­ku nowe sto­sun­ki pań­stwa i Ko­ścio­ła. Du­cho­wień­stwo fran­cu­skie, poza ra­dy­kal­ną pra­wi­cą, zda­je się być za­do­wo­lo­ne z obec­ne­go sta­nu rze­czy, choć ozna­cza on za­kaz fi­nan­so­wa­nia przez pań­stwo in­sty­tu­cji ko­ściel­nych, za­kaz obec­no­ści sym­bo­li re­li­gij­nych w miej­scach na­le­żą­cych do pań­stwa (np. w pań­stwo­wych szko­łach).

Oświe­ce­nie to pro­te­stan­tyzm

A. B.-R.: Ale trze­ba też za­uwa­żyć, że Oświe­ce­nie prze­bie­ga­ło zu­peł­ne in­a­czej w kra­jach re­for­ma­cji, ta­kich jak Wiel­ka Bry­ta­nia i Ame­ry­ka. Ta ostat­nia jest tu­taj do­sko­na­łym przy­kła­dem, po­nie­waż tam od po­cząt­ku do­mi­no­wał pro­te­stan­tyzm w róż­nych swo­ich wa­rian­tach. To wy­gna­ni z Eu­ro­py pu­ry­ta­nie stwo­rzy­li świat, gdzie re­li­gia i Oświe­ce­nie są od sie­bie nie­odróż­nial­ne3.

T. B.: Jak to moż­li­we?

A. B.-R.: Wszyst­kie po­stu­la­ty oświe­ce­nio­we, któ­re w Eu­ro­pie re­ali­zo­wa­ło się w prze­strze­ni agre­syw­nie la­ic­kiej i agre­syw­nie an­ty­kle­ry­kal­nej, w kra­jach o pu­ry­tań­skich ko­rze­niach re­ali­zo­wa­ne były w ra­mach re­for­my re­li­gij­nej. De­mo­kra­ty­za­cja ży­cia pu­blicz­ne­go wy­ło­ni­ła się naj­pierw jako za­sa­da w tak zwa­nej teo­lo­gii ko­we­nan­tal­nej, któ­ra zry­wa­ła z hie­rar­chicz­ną or­ga­ni­za­cją wspól­no­ty ka­to­lic­kiej i do­ma­ga­ła się rów­no­ści wszyst­kich wier­nych w ra­mach "no­we­go przy­mie­rza"4. To tak­że tam wy­ło­ni­ła się no­wo­cze­sna idea jed­nost­ki jako pod­sta­wy no­we­go ładu spo­łecz­ne­go, wzmoc­nio­na przez in­dy­wi­du­al­ne czy­tel­nic­two Bi­blii i oso­bi­sty, pie­ty­stycz­ny zwią­zek z Bo­giem. W po­rów­na­niu ze struk­tu­rą Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go, gdzie jed­nost­ka jest tyl­ko ko­mór­ką w du­cho­wym cie­le ekle­zji, jed­nost­ka we wspól­no­cie pu­ry­tań­skiej zna­czy dużo wię­cej.

T. B.: W ka­to­li­cy­zmie po pro­stu taki pro­ces in­dy­wi­du­ali­za­cji nig­dy w ska­li spo­łecz­nej się nie do­ko­nał.

A. B.-R.: O tym wła­śnie mó­wię. Bry­tyj­skie, a po­tem ame­ry­kań­skie Oświe­ce­nie mia­ło od po­cząt­ku re­li­gij­ną na­tu­rę. My, za­mknię­ci w bań­ce eu­ro­pej­skiej, my­śli­my, że Oświe­ce­nie i re­li­gia to ab­so­lut­ni wro­go­wie. To prze­świad­cze­nie w kra­jach pro­te­stanc­kich, na­wet je­śli po­tem pod­le­ga­ło ono sil­nym wpły­wom fran­cu­skie­go re­pu­bli­ka­ni­zmu (do­bry jest tu przy­kład Ben­ja­mi­na Fran­kli­na5, któ­ry był an­gli­kań­skim pu­ry­ta­ni­nem za­fa­scy­no­wa­nym re­wo­lu­cją fran­cu­ską), jest ra­czej rzad­kie. A przy­najm­niej po­win­ni­śmy do­dać: było. Bo te­raz, wraz z na­sta­niem ewan­ge­li­kal­ne­go fun­da­men­ta­li­zmu, któ­ry wy­po­wie­dział woj­nę no­wo­cze­sno­ści, spra­wy nie­co się skom­pli­ko­wa­ły.

Eman­cy­pa­cja w ka­to­lic­kiej Eu­ro­pie

T. B.: Tak, bo je­śli w re­li­gij­no­ści bry­tyj­skiej czy ame­ry­kań­skiej eman­cy­pa­cja jed­nost­ki nie po­wo­du­je wzbu­rze­nia re­li­gij­nych in­sty­tu­cji, to w Eu­ro­pie jed­nak po­wo­du­je i ten kon­flikt nie jest czymś fik­cyj­nym. Sam oso­bi­ście do­świad­czy­łem tego, co się dzie­je, kie­dy czło­wiek pró­bu­je się wy­od­ręb­nić, wy­eman­cy­po­wać z uni­for­mi­zu­ją­cej re­li­gij­nej struk­tu­ry.

Hi­sto­ria XIX- i XX-wiecz­ne­go ka­to­li­cy­zmu to nie­ustan­ne pró­by jed­no­stek, by mó­wić wła­snym gło­sem na wła­sną od­po­wie­dzial­ność. To hi­sto­ria hi­ste­rycz­ne­go opo­ru in­sty­tu­cji wo­bec tych prób. Za­ka­zów na­ucza­nia, sys­te­mu do­no­sów na nie­po­praw­nych teo­lo­gów w pierw­szej po­ło­wie XX wie­ku czy w la­tach 80. i 90. w Niem­czech za Jana Paw­ła II. Mó­wie­nie wła­snym gło­sem jest w grun­cie rze­czy czymś nie­do­pusz­czal­nym. Tu­taj pew­nie nie­je­den du­chow­ny się obu­rzy, bo jest prze­ko­na­ny, że cały czas prze­ma­wia wła­snym gło­sem... To wiel­ka ilu­zja - nie tyl­ko na grun­cie Ko­ścio­ła. Rzad­ko kie­dy mó­wi­my sobą, naj­czę­ściej inni mó­wią nami, kul­tu­ra nami mówi, in­dy­wi­du­ali­za­cja to nie­rzad­ko fik­cja, my­śle­nie ży­cze­nio­we, po­stu­lat, idea re­gu­la­tyw­na: faj­nie by było, gdy­by tak było. Pan Jo­ur­da­in też nie wie­dział, że całe ży­cie mó­wił pro­zą6.

A. B.-R.: No tak, tam, gdzie re­li­gię re­pre­zen­tu­je Ko­ściół ka­to­lic­ki, spór o no­wo­cze­sną in­dy­wi­du­ację musi się siłą rze­czy za­ostrzyć.

T. B.: Po­dob­ny ostry spór ma miej­sce obec­nie w Hisz­pa­nii. Przy­po­mi­na­ją mi się sło­wa so­cja­li­stycz­nej wi­ce­pre­mier Ma­rii Te­re­sy Fer­nán­dez de la Vega, któ­ra w kla­sycz­nie la­ic­kim i oświe­ce­nio­wym to­nie mó­wi­ła, że "spo­łe­czeń­stwo nie po­trze­bu­je mo­ral­ne­go kie­row­nic­twa, że jej rząd tak­że tego nie po­trze­bu­je, nie ak­cep­tu­je i nie to­le­ru­je; że nie za­mie­rza wra­cać do cza­sów, kie­dy Hisz­pa­nom na­rzu­ca­no je­dy­ną mo­ral­ność". Przy­zna­wa­ła, że "rząd sza­nu­je pra­wo Ko­ścio­ła do kry­ty­ki, ale to nie ozna­cza, iż ma on pra­wo nie oka­zy­wać sza­cun­ku pra­wo­moc­nym wła­dzom i mi­jać się z praw­dą". Po­ucza­ła Ko­ściół, iż "chy­ba nie ro­zu­mie tego, że nor­ma praw­na, by mo­gła obo­wią­zy­wać wszyst­kich, musi zo­stać po­par­ta przez więk­szość oby­wa­te­li. Musi wy­ni­kać z ro­zu­mu, któ­ry od­wo­łu­je się do ra­cjo­nal­ne­go osą­du oby­wa­te­li, a nie do ich wia­ry".

Do tego wszyst­ko do­rzu­cił się były wie­lo­let­ni so­cja­li­stycz­ny pre­mier Fe­li­pe Gon­zález, że "la­ic­kość jest pod­sta­wą współ­ży­cia róż­nych wraż­li­wo­ści et­nicz­no-kul­tu­ral­no-re­li­gij­nych, a bi­sku­pi po­win­ni prze­stać uczyć Hisz­pa­nów, jak mają żyć. "Mamy już do­syć tego, by nas wciąż zba­wia­no!"".

A. B.-R.: Zdro­wy, pod­ręcz­ni­ko­wy la­icyzm.

T. B.: A nie wi­dzisz, jak w tych sło­wach po­brzmie­wa­ją echa wiel­kie­go ese­ju Kan­ta Co to jest Oświe­ce­nie?7 Pi­sał w nim, że czło­wiek nie chce uży­wać ro­zu­mu, woli obce kie­row­nic­two. A Oświe­ce­nie jest wyj­ściem z ta­kiej nie­doj­rza­ło­ści. I Kant wzy­wa tam, by od­wa­żyć się my­śleć, po­słu­gi­wać się wła­snym ro­zu­mem. Nie szu­kać au­to­ry­te­tów, któ­re za mnie zde­cy­du­ją: Bi­blii, księ­dza, le­ka­rza. Pi­sze Kant, że wyj­ście z ta­kiej nie­doj­rza­ło­ści to trud­ny i bo­le­sny pro­ces, bo nie­doj­rza­łość sta­ła się dru­gą na­tu­rą czło­wie­ka. Wy­god­niej jest mieć kie­row­ni­ków. Wy­god­niej trzy­mać się "do­gma­tów i for­mu­łek - bła­zeń­skich dzwo­necz­ków wiecz­nie trwa­ją­cej nie­peł­no­let­no­ści". Stąd moje py­ta­nia: Czy Kant tak­że nie jest w tym tek­ście wła­śnie po eu­ro­pej­sku eman­cy­pa­cyj­no-kon­fron­ta­cyj­ny? Czy bez kon­fron­ta­cji moż­na tu się obejść? Czy - idąc da­lej - ta­kie oświe­ce­nie nie jest oso­bli­wie eu­ro­pej­skie?

A. B.-R.: Kant sam był z po­cho­dze­nia szkoc­kim pu­ry­ta­ni­nem i wca­le nie my­ślał o Oświe­ce­niu w ka­te­go­riach an­ty­re­li­gij­nych, a wy­łącz­nie an­ty­kle­ry­kal­nych. Ten esej to w isto­cie po­wtó­rze­nie naj­waż­niej­szych prze­słań nie­miec­kiej re­for­ma­cji, gdzie kon­fron­ta­cja z Ko­ścio­łem ka­to­lic­kim od­by­ła się nie prze­ciw re­li­gii (jak to mia­ło miej­sce u Fran­cu­zów), lecz w imię re­li­gii. Oczy­wi­ście, tak, bo­le­sna kon­fron­ta­cja z wła­dzą ka­to­li­cy­zmu, któ­ra jest ty­po­wo przed­no­wo­cze­sną wła­dzą to­tal­ną, jest nie­uchron­na - ale kra­je, któ­re mia­ły szczę­ście za­znać re­for­ma­cji, od­by­ły to star­cie w imię od­no­wie­nia za­sad ży­cia re­li­gij­ne­go, co dało po­czą­tek in­nej, al­ter­na­tyw­nej no­wo­cze­sno­ści. O tych klu­czo­wych róż­ni­cach mię­dzy roz­ma­ity­mi stra­te­gia­mi mo­der­ni­za­cyj­ny­mi świet­nie pi­sze Ger­tru­de Him­mel­farb w The Ro­ads to Mo­der­ni­ty8, gdzie jed­nym z kry­te­riów jest wła­śnie sto­su­nek do re­li­gii. U Joh­na Loc­ke'a9 i Tho­ma­sa Jef­fer­so­na10 nie znaj­dzie­my an­ty­re­li­gij­nych ha­seł, choć znaj­dzie­my wie­le prze­stróg przed nie­bez­pie­czeń­stwem wo­jen re­li­gij­nych. Ale u obu au­to­rów li­be­ral­na to­le­ran­cja jest bez­sprzecz­nie ce­chą do­brze po­ję­te­go chrze­ści­jań­stwa. Oświe­co­na for­mu­ła re­li­gij­no­ści po­strze­ga­na jest jako so­jusz­nicz­ka w wal­ce jed­nost­ki o eman­cy­pa­cję, jest straż­nicz­ką jej in­a­lie­na­ble ri­ghts, nie­zby­wal­nych praw11 - ży­cia, wol­no­ści i po­szu­ki­wa­nia szczę­ścia.

T. B.: To rzecz nie do po­my­śle­nia na grun­cie ka­to­li­cy­zmu. Pius IX w en­cy­kli­ce Qu­an­ta Cura (1864) za Grze­go­rzem XVI, swo­im po­przed­ni­kiem, na­zy­wał wol­ność sło­wa czymś sza­lo­nym (in­sa­ne). Po­tę­piał su­ro­wo tych, któ­rzy uwa­ża­ją - tu mały cy­tat - że "wol­ność su­mie­nia i kul­tu jest wła­snym pra­wem każ­de­go czło­wie­ka, któ­re po­win­no być ogło­szo­ne i sfor­mu­ło­wa­ne w usta­wie w każ­dym wła­ści­wie ukon­sty­tu­owa­nym spo­łe­czeń­stwie (...)". Sza­leń­stwem wła­śnie było dla nie­go prze­ko­na­nie, "że oby­wa­te­le (...) mogą swo­je po­glą­dy jaw­nie i pu­blicz­nie gło­sić, za­rów­no po­przez ust­ne wy­po­wie­dzi jak też za po­śred­nic­twem pu­bli­ka­cji, czy w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób"12. I to jest Eu­ro­pa.

A. B.-R.: I to jest ka­to­li­cyzm, któ­ry moim zda­niem do dziś się pod tym wzglę­dem nie­wie­le zmie­nił. Otwar­cie So­bo­ru Wa­ty­kań­skie­go II było chy­ba tyl­ko ma­łym epi­zo­dem, któ­ry dziś ule­ga sys­te­ma­tycz­ne­mu wy­tar­ciu.

T. B.: To jest wpi­sa­ne w jego struk­tu­rę.

Jed­nost­ka na oł­ta­rzu cen­tra­li

A. B.-R.: Tak. Struk­tu­ra ta za­kła­da bar­dzo opre­syj­ną wi­zję wspól­no­ty o cha­rak­te­rze or­ga­nicz­nym. I rze­czy­wi­ście żąda pod­po­rząd­ko­wa­nia jed­nost­ki ży­ciu wspól­no­to­we­mu, żąda sa­mo­po­świę­ce­nia. Jed­nost­ka nie ma tu szans na in­dy­wi­du­ali­za­cję, musi wejść w utar­ty, przy­pi­sa­ny jej tor. Na tym wła­śnie po­le­ga or­to­dok­sja, czy­li "pro­sta dro­ga": jed­na, z góry wy­zna­czo­na tra­jek­to­ria ży­cia dla każ­dej jed­nost­ki. Ka­to­li­cyzm rze­czy­wi­ście re­pro­du­ku­je feu­dal­ne po­rząd­ki, re­pre­zen­tu­je chrze­ści­jań­stwo w wer­sji przed­no­wo­cze­snej - pod­czas gdy Re­for­ma­cja to pro­ces chrze­ści­jań­skie­go Oświe­ce­nia. Ka­to­li­cyzm jest wła­ści­wie nie­tknię­ty przez no­wo­cze­sność.

T. B.: Moim zda­niem jest "tknię­ty" przez no­wo­cze­sność, ale no­wo­cze­sność w wy­da­niu ab­so­lu­ty­stycz­nym. Te ten­den­cje, któ­re tkwi­ły w ra­mach XVII- i XVIII-wiecz­nych mo­nar­chii ab­so­lut­nych, fran­cu­skiej czy au­striac­kiej, do­ty­czy­ły i Wa­ty­ka­nu (choć to mo­nar­chia elek­cyj­na). Cho­dzi tu o po­ziom cen­tra­li­za­cji, cha­rak­te­ry­stycz­ny dla no­wo­żyt­no­ści. W śre­dnio­wie­czu mamy dużą de­cen­tra­li­za­cję, choć­by ze wzglę­dów tech­nicz­nych, bi­sku­pów wy­bie­ra­ją lo­kal­ne ka­pi­tu­ły ka­te­dral­ne. A sta­ro­żyt­ność jest pod tym wzglę­dem jesz­cze bar­dziej roz­pro­szo­na. Do­pie­ro no­wo­żyt­ność, któ­ra w Ko­ście­le ozna­cza sko­sza­ro­wa­nie kle­ry­ków w se­mi­na­riach, stwo­rze­nie z nich jesz­cze bar­dziej wy­dzie­lo­nej gru­py, lep­szą kon­tro­lę ce­li­ba­tu, przy­najm­niej w se­mi­na­riach (w śre­dnio­wie­czu księ­ża z ro­dzi­na­mi to nie było nic wy­jąt­ko­we­go), przy­czy­nia się do po­wsta­nia scen­tra­li­zo­wa­ne­go sys­te­mu. Ja tak wi­dzę tę wcze­sną no­wo­żyt­ność, kreu­ją­cą re­li­gij­ny ab­so­lu­tyzm. To on skło­nił li­be­ra­łów do wy­stą­pie­nia z po­stu­la­ta­mi ochro­ny jed­nost­ki.

A. B.-R.: To jest cie­ka­we, bo zno­wu po­ka­zu­je róż­ni­ce mię­dzy an­glo­sa­skim a fran­ko­cen­trycz­nym Za­cho­dem. Prze­cież no­wo­cze­sność an­glo­sa­ska to przede wszyst­kim roz­luź­nie­nie struk­tur wła­dzy, eman­cy­pa­cja, uwol­nie­nie ener­gii, jak by po­wie­dział Marks, "sił wy­twór­czych" - in­du­stria­li­za­cja, roz­wój, mo­bil­ność - i za­ra­zem po­luź­nie­nie struk­tu­ry re­li­gij­nej, któ­re na przy­kład u pu­ry­tan mają zu­peł­nie ho­ry­zon­tal­ny cha­rak­ter: nad kon­gre­ga­cją jest tyl­ko wy­bie­ra­ny przez nią bi­skup. I w Ame­ry­ce, kie­dy two­rzył się Ko­ściół pre­zbi­te­riań­ski13, któ­ry chciał za­cho­wać jesz­cze ja­kąś struk­tu­rę, to nie­ustan­nie na­po­ty­kał na strasz­ny opór, bo cały pu­ry­tań­ski lu­dek moc­no na­sta­wał na ową ho­ry­zon­tal­ność, ba, w ogó­le nie chciał żad­nych wer­ty­kal­nych hie­rar­chii. Słyn­na kon­wen­cja w Cane Rid­ge14, ma­łej mie­ści­nie na Środ­ko­wym Za­cho­dzie, zbie­ra dis­sen­ters, ta­kich świę­tych ucie­ki­nie­rów z ca­łych ów­cze­snych Sta­nów, któ­rzy spo­ty­ka­ją się, by wy­mie­nić się swy­mi cha­ry­zma­tycz­ny­mi do­świad­cze­nia­mi re­li­gij­ny­mi i za­kła­dać nowe Ko­ścio­ły. Co w pew­nym sen­sie dzie­je się do dzi­siaj, dwa wie­ki po Cane Rid­ge; ta cha­ry­zma­tycz­na ma­try­ca cią­gle daje znać o so­bie. Ka­to­li­cyzm na tym tle wy­da­je się dziw­nie mar­twy...

T. B.: No ale to była - jest - Ame­ry­ka, Ame­ry­ka, Ame­ry­ka... wol­ność, uciecz­ka od sta­rej Eu­ro­py, nowe moż­li­wo­ści...

A. B.-R.: Prze­cież Pe­ter Ra­mus15 - obok Kal­wi­na16 naj­waż­niej­sza po­stać dla bry­tyj­skich, ho­len­der­skich czy póź­niej ame­ry­kań­skich pu­ry­tan - któ­ry stwo­rzył zrę­by co­ve­nant the­olo­gy, wy­ra­stał z chi­lia­zmu17, z Brac­twa Wol­ne­go Du­cha18, z ra­dy­kal­nie de­mo­kra­tycz­nych i an­ty­kle­ry­kal­nych ugru­po­wań póź­ne­go śre­dnio­wie­cza, któ­re już wte­dy eks­pe­ry­men­to­wa­ły z eman­cy­pa­cją ko­biet i ideą wol­nej mi­ło­ści. I efek­ty tej ist­nej eks­plo­zji du­cha de­mo­kra­tycz­ne­go, któ­ry był za­ra­zem du­chem ewan­ge­licz­nym, czy­li się­gał do sa­mych ko­rze­ni chrze­ści­jań­stwa, za­cho­wa­ły się w Ko­ście­le pro­te­stanc­kim po dziś dzień. To nie był tyl­ko, jak za cza­sów chi­lia­zmu, na­gły wy­buch, któ­ry uległ pa­cy­fi­ka­cji. Za­czął się nie­od­wra­cal­ny pro­ces no­wo­cze­sno­ści po­le­ga­ją­cy na de­mo­kra­ty­za­cji ży­cia re­li­gij­ne­go, pu­blicz­ne­go, pry­wat­ne­go. A w przy­pad­ku kon­ty­nen­tal­nej Eu­ro­py, no cóż, nie­za­wod­ny Mi­chel Fo­ucault19 ma ra­cję: no­wo­cze­sność ko­ja­rzyć trze­ba z czymś od­wrot­nym. Czy­li - z wła­dzą ab­so­lut­ną, z po­wsta­niem mi­li­tar­ne­go pań­stwa na­ro­do­we­go i z wy­ło­nie­niem się tak zwa­nej bio­po­li­ty­ki20, czy­li pań­stwo­wych dy­rek­tyw kie­ru­ją­cych ży­ciem jed­nost­ki od jej na­ro­dzin aż po śmierć. Jed­nym sło­wem, kon­ty­nen­tal­na no­wo­cze­sność to dwa ha­sła - "Nad­zo­ro­wać i ka­rać"21. Jed­no­st­ce tyl­ko się wy­da­je, że ma szan­sę na eman­cy­pa­cję, bo pań­stwo otwar­cie de­kla­ru­je, że jest ona dlań naj­wyż­szą war­to­ścią. W isto­cie, jak pi­sze Fo­ucault, a pięk­nie tłu­ma­czy Ta­de­usz Ko­men­dant, za­cho­dzi u-ja-rzmie­nie: wy­ła­nia się no­wo­cze­sne "ja" jako pod­miot pod­le­ga­ją­cy ab­so­lut­nej pań­stwo­wej dys­cy­pli­nie, ho­do­wa­ny po to, by przy­czy­nić się do wzro­stu mi­li­tar­nej i ma­te­rial­nej po­tę­gi pań­stwa na­ro­do­we­go. Pod­miot nie jest więc wca­le tym, co się zwy­kle w an­glo­sa­skiej tra­dy­cji li­be­ral­nej z tym sło­wem ko­ja­rzy; nie jest pod­mio­tem wol­no­ści i su­we­ren­no­ści, lecz tyl­ko pod­da­nym (zgod­nie z dwu­znacz­no­ścią fran­cu­skie­go sło­wa le su­jet, pod­miot i pod­da­ny).

Nie twier­dzę przy tym, że no­wo­cze­sność an­glo­sa­ska wol­na jest od tego dys­cy­pli­nu­ją­ce­go wy­mia­ru, o nie! Wy­star­czy przyj­rzeć się bru­tal­nym tech­ni­kom "ujarz­mia­nia", ja­kie rząd bry­tyj­ski sto­so­wał przez wie­ki, zwłasz­cza wo­bec ludu lon­dyń­skie­go, szcze­gól­nie anar­chicz­ne­go i że tak po­wiem "szek­spi­row­skie­go", okrut­nie ka­rząc naj­drob­niej­sze na­wet prze­stęp­stwa, ko­sza­ru­jąc sie­ro­ty i bez­dom­nych, ste­ry­li­zu­jąc naj­bied­niej­szych itp. A jed­nak w tym sa­mym cza­sie roz­kwi­ta w An­glii ra­dy­kal­ne, non­kon­for­mi­stycz­ne chrze­ści­jań­stwo - jak to, któ­re zna­my z Wil­lia­ma Bla­ke'a22 - któ­re uj­mu­je się za tymi bez­rad­ny­mi ofia­ra­mi pań­stwo­wej ma­chi­ny i usi­łu­je nieść im po­moc, nie tyl­ko du­cho­wą. Na ca­łym te­re­nie ro­bot­ni­czej An­glii, któ­ra cier­pi w oko­wach ro­dzą­ce­go się ka­pi­ta­li­zmu, dzia­ła­ją me­to­dy­ści23, któ­rzy dba­ją o oświa­tę naj­bar­dziej upo­śle­dzo­nych klas. Cze­goś ta­kie­go Fou­cault nie zna i na­wet nie bie­rze pod uwa­gę w swo­jej ana­li­zie, gdzie cała edu­ka­cja jest sku­pio­na w rę­kach pań­stwo­wych szkół fran­cu­skich, opar­tych na wzor­cu na­po­le­oń­skim.

T. B.: Ame­ry­kań­ski pro­te­stan­tyzm róż­nych odła­mów uzna­wał w XVIII wie­ku pa­pie­ża za An­ty­chry­sta i Dia­bła. Zresz­tą w epo­ce walk o nie­pod­le­głość Sta­nów Zjed­no­czo­nych kon­flikt mię­dzy sta­rym a no­wym świa­tem pod­sy­ca­ny jest re­li­gij­ny­mi wy­obra­że­nia­mi wal­ki mię­dzy do­brem a złem. Pi­sze o tym w świet­nej książ­ce Ka­ren Arm­strong W imię Boga24. Tak czy in­a­czej pro­te­stan­tyzm uwal­nia jed­nost­kę, a w Sta­nach Zjed­no­czo­nych ma jesz­cze więk­sze moż­li­wo­ści, bo tam two­rzy się wszyst­ko od nowa. Nie trze­ba re­for­mo­wać sta­rych struk­tur, oby­cza­jów czy za­leż­no­ści.

A. B.-R.: Niby tak, ale - gwo­li spra­wie­dli­wo­ści - trze­ba rów­nież pa­mię­tać, że pro­te­stan­tyzm to nie tyl­ko "wszyst­ko to, co do­bre", prze­ciw­sta­wio­ne pa­pi­stow­skim dia­błom. Do­tych­czas tyl­ko chwa­li­łam chrze­ści­jań­stwo re­for­mo­wa­ne, więc czas też przy­po­mnieć te mniej faj­ne ten­den­cje, któ­re wy­stę­pu­ją tuż obok, nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ne z du­chem ega­li­ta­ry­zmu i de­mo­kra­ty­za­cji. Tho­mas Hob­bes25, bar­dzo nie­chęt­ny an­giel­skim pu­ry­ta­nom, wy­obra­ził ich so­bie pod po­sta­cią Be­he­mo­ta - czy­li bi­blij­nej be­stii, któ­ra w jego ro­zu­mie­niu uosa­bia­ła fa­na­tyzm - i prze­ciw­sta­wił ro­zum­nej sile pań­stwa, czy­li Le­wia­ta­no­wi. Coś jest na rze­czy. Od sa­me­go po­cząt­ku na pro­te­stan­tyzm skła­da­ją się mo­ty­wa­cje i od­ru­chy, któ­re zwie­ra­ją się w so­jusz tym­cza­so­wy tyl­ko w ob­li­czu wspól­ne­go wro­ga, czy­li ka­to­li­cy­zmu, a po­tem już dzia­ła­ją an­ta­go­ni­stycz­nie i od­środ­ko­wo. Co bo­wiem łą­czyć może chi­lia­sty­czych spi­ry­tu­ali­stów, do­ma­ga­ją­cych się peł­ne­go rów­no­upraw­nie­nia i ka­płań­stwa ko­biet w du­chu ra­dy­kal­nie ewan­ge­licz­nym, tych hi­pi­sów póź­ne­go śre­dnio­wie­cza, z po­nu­ry­mi ge­new­ski­mi kal­wi­ni­sta­mi, któ­rzy oskar­ża­ją ka­to­li­cyzm o nad­miar per­mi­syw­no­ści i wra­ca­ją do, w swo­im mnie­ma­niu, sta­ro­te­sta­men­to­we­go Boga gnie­wu i kary, któ­ry nie zna zmi­ło­wa­nia? Nic. Dla­te­go po da­niu świa­tu no­wo­cze­sne­mu prztycz­ka, dzię­ki któ­re­mu "wszyst­ko, co sta­łe, wy­pa­ro­wa­ło", pro­te­stan­tyzm szyb­ko roz­padł się na odła­my, któ­re nie­wie­le mają ze sobą wspól­ne­go. Co wię­cej, dziś po­wie­dzie­li­by­śmy, że ana­li­za Hob­be­sa znów zy­sku­je na zna­cze­niu, po­nie­waż duża część ko­ścio­ła re­for­mo­wa­ne­go, zwłasz­cza w Ame­ry­ce, na po­wrót za­czy­na przy­po­mi­nać fa­na­tycz­ne­go Be­he­mo­ta, któ­ry za­gra­ża li­be­ral­ne­mu Le­wia­ta­no­wi. Ewan­ge­li­kal­ny chrze­ści­jań­ski26 fun­da­men­ta­lizm nie roz­po­zna­je sie­bie w urzą­dze­niach no­wo­cze­sne­go li­be­ral­ne­go pań­stwa - choć prze­cież stwo­rzył je w du­żej mie­rze duch re­for­ma­cji - i po­tra­fi przy­brać po­sta­wę tak wro­gą no­wo­cze­sno­ści, że na­raz Wa­ty­kan, je­śli ze­sta­wi­my go, na przy­kład, z bap­ty­sta­mi z po­łu­dnia, wy­da­je się wręcz osto­ją mo­der­ni­tas. Ot, pa­ra­doks.

No­wo­cze­sność śre­dnio­wie­cza

T. B.: Na mar­gi­ne­sie moż­na by do­dać, że ten typ od­ro­dze­nia jed­nost­ki jest echem Od­ro­dze­nia, któ­re, w mniej­szej ska­li, po­ja­wi­ło się w XII czy XIII wie­ku. Mamy tam prze­cież rów­nież pro­ces two­rze­nia się wie­lu róż­nych au­to­no­micz­nych pod­mio­tów: kor­po­ra­cyj­nych miast wło­skich czy kor­po­ra­cji uni­wer­sy­tec­kich - uni­wer­sy­tet w Pa­ry­żu miał więk­szą au­to­no­mię niż dzi­siaj uni­wer­sy­te­ty pa­pie­skie, a zda­rza­li się pa­pie­że, któ­rzy pi­sa­li do te­goż uni­wer­sy­te­tu py­ta­nia o eks­per­ty­zy teo­lo­gicz­ne. Po­wsta­łe na po­cząt­ku XIII wie­ku za­ko­ny że­bra­cze (do­mi­ni­ka­nie, fran­cisz­ka­nie) tak­że mają struk­tu­rę sto­wa­rzy­sze­nio­wą (wy­bór i ka­den­cyj­ność za­rzą­dów), a na to ma wpływ z ko­lei po­wsta­wa­nie miast...

A. B.-R.: Tak, oczy­wi­ście, duch póź­ne­go śre­dnio­wie­cza to wła­ści­we źró­dło no­wo­cze­sno­ści. Do­dam tyl­ko, że te za­ko­ny po­wsta­wa­ły w od­po­wie­dzi na sze­rzą­ce się he­re­zje, głów­nie ka­tar­skie...27

T. B.: Ale w za­ło­że­niach mia­ły być od­po­wie­dzią oso­bli­wą, non vio­len­ce: do­mi­ni­ka­nie mie­li z ka­ta­ra­mi roz­ma­wiać, a fran­cisz­ka­nie po­sta­no­wi­li żyć ubo­go, tak jak he­re­ty­cy. Była wte­dy wiel­ka moda na ubo­gie ży­cie. Fran­ci­szek przy­cią­gał ra­dy­ka­łów, któ­rzy w prze­ciw­nym ra­zie po­szli­by do sekt.

A. B.-R.: Przyj­mu­je się jed­nak, że taki wręcz pre­pro­te­stanc­ki, bar­dzo zde­mo­kra­ty­zo­wa­ny i pu­ry­tań­ski duch tych ka­cer­skich sekt bar­dzo wpły­nął na do­mi­ni­ka­nów i fran­cisz­ka­nów.

T. B.: To cie­ka­we, tego mi nie mó­wi­li, że ka­ta­rzy byli in­spi­ra­cją dla Do­mi­ni­ka28...

Do­mi­nik wę­dro­wał z Hisz­pa­nii do Rzy­mu, szedł przez te­re­ny Lan­gwe­do­cji i Pro­wan­sji, gdzie kwi­tło ży­cie ka­cer­skie. Wte­dy bar­dzo się prze­jął, że tyle po­boż­nych dusz idzie na wiecz­ne za­tra­ce­nie. Po­sta­no­wił więc za­ło­żyć za­kon...

A. B.-R.: Któ­ry póź­niej wal­czył z tym du­chem...

Dwu­znacz­ność epo­ki

T. B.: Idea za­ło­ży­cie­la czę­sto już w pierw­szym po­ko­le­niu prze­gry­wa. Tak było w przy­pad­ku Fran­cisz­ka, któ­ry by­najm­niej nie chciał za­kła­dać za­ko­nu, skła­niał się ku ubó­stwu bar­dziej anar­chicz­ne­mu. Fran­cisz­ka­nie, po­cząw­szy od lat 20. XIII wie­ku, zro­bi­li z tej idei po­śmie­wi­sko, po­kłó­ci­li się, kto jest bar­dziej ubo­gi. Moim zda­niem zresz­tą ta­kie pu­blicz­ne od­gry­wa­nie roli ubo­gie­go to wy­jąt­ko­wo nar­cy­stycz­ne wy­pa­cze­nie wszel­kiej du­cho­wo­ści. Re­li­gia na po­kaz. Nie wiem, czy wiesz, jak fran­cisz­ka­nie roz­wią­za­li pro­blem z po­sia­da­niem wła­sno­ści, klasz­to­rów i ko­ścio­łów?

A. B.-R.: No jak?

T. B.: Są one for­mal­nie wła­sno­ścią Sto­li­cy Apo­stol­skiej.

A. B.-R.: No pro­szę!

T. B.: Za­bieg praw­ny. Zmia­na za­pi­su w księ­gach. I masz ubó­stwo jak się pa­trzy. Do­mi­nik na­to­miast chciał na­wra­cać ka­ta­rów sło­wem, a nie mie­czem. Są o nim opo­wie­ści, że sie­dział w karcz­mie i roz­ma­wiał z he­re­ty­ka­mi, któ­rzy po tych roz­mo­wach się na­wra­ca­li. Dla­te­go po­pu­lar­ne we Fran­cji przed­sta­wia­nie Do­mi­ni­ka jako pierw­sze­go in­kwi­zy­to­ra to jed­nak nad­uży­cie. W za­ło­że­niu do­mi­ni­ka­nie byli za na­wra­ca­niem sło­wem, dla­te­go był to za­kon ka­zno­dziej­ski, stąd na­cisk na wy­kształ­ce­nie, idea klasz­to­ru jako szko­ły (dziś już zu­peł­nie nie­obec­na), po­trze­ba bie­gło­ści w teo­lo­gicz­nych dys­ku­sjach itp. Te roz­mo­wy jed­nak nie przy­no­si­ły fak­tycz­nie re­zul­ta­tów. Pa­pież Grze­gorz IX wi­dząc, że na­wra­ca­nie nic nie daje, w bul­li Excom­mu­ni­ca­mus (1223) usta­no­wił in­kwi­zy­cję i po­wie­rzył ją do­mi­ni­ka­nom. Było to jed­nak dwa lata po śmier­ci Do­mi­ni­ka. Prak­ty­ka tor­tur zo­sta­ła wpro­wa­dzo­na w 1252 roku przez pa­pie­ża In­no­cen­te­go IV. Tak więc do­mi­ni­ka­nie od tego cza­su uczest­ni­czą w tym obrzy­dli­wym pro­ce­de­rze. Roz­strzy­gnię­cia in­kwi­zy­to­rów po­zwa­la­ły bo­wiem wła­dzom świec­kim na wy­da­wa­nie wy­ro­ków ska­zu­ją­cych.

Wol­ność su­mie­nia

T. B.: Żeby jed­nak wpro­wa­dzić pew­ne za­mie­sza­nie, war­to do­dać, że u do­mi­ni­ka­ni­na To­ma­sza z Akwi­nu29 mamy po­stu­lat peł­nej au­to­no­mii su­mie­nia. Coś po­dob­ne­go w tak jed­no­znacz­nym sfor­mu­ło­wa­niu po­ja­wia się może do­pie­ro u Kan­ta.

A. B.-R.: To rze­czy­wi­ście in­try­gu­ją­cy mo­ment.

T. B.: To­masz uwa­ża, że trze­ba być wier­nym wła­sne­mu roz­po­zna­niu, choć­by się było w błę­dzie. Je­śli ktoś jest w błę­dzie, to oczy­wi­ście nie wie, że jest w błę­dzie. Ale ozna­cza to w kon­se­kwen­cji - co jest do­syć szo­ku­ją­ce - że je­śli ktoś szcze­rze uwa­ża, że na­le­ży od­rzu­cić wia­rę chrze­ści­jań­ską, po­wi­nien ją od­rzu­cić, albo je­śli w swym su­mie­niu jest prze­ko­na­ny, że na­le­ży cu­dzo­ło­żyć, po­wi­nien cu­dzo­ło­żyć. I nie bę­dzie mu to na po­tę­pie­nie, ale na zba­wie­nie. Chrze­ści­ja­nin po­wi­nien ra­czej znieść eks­ko­mu­ni­kę, ani­że­li za­prze­czyć wła­sne­mu su­mie­niu. Pi­sa­łem o tym szcze­gó­ło­wo w książ­ce Wol­ność rów­ność ka­to­li­cyzm30.

A. B.-R.: Coś ta­kie­go!

T. B.: Moż­na o tym prze­czy­tać mię­dzy in­ny­mi w To­ma­szo­wej Su­mie teo­lo­gicz­nej w czę­ści po­świę­co­nej kwe­stiom mo­ral­nym (pri­ma se­cun­dae, kwe­stia 19, ar­ty­kuł 5). Nie­ste­ty pol­skie tłu­ma­cze­nie wy­da­ne w Lon­dy­nie nie na­da­je się w więk­szo­ści do czy­ta­nia. Ale jest tekst ła­ciń­ski, są też do­bre an­giel­skie tłu­ma­cze­nia i inne, wszyst­ko do­stęp­ne w In­ter­ne­cie.

Isto­tą jest tu wier­ność wła­sne­mu głę­bo­kie­mu prze­ko­na­niu etycz­ne­mu. Złem mo­ral­nym jest po­stę­po­wa­nie wbrew temu. Je­śli wiem, że coś jest nie­wła­ści­we, i to ro­bię, wte­dy je­dy­nie sta­ję się win­ny. Przy­kła­dy, ja­kie To­masz daje, są rze­czy­wi­ście dziw­ne, bo trud­no so­bie wy­obra­zić sy­tu­ację, w któ­rej ktoś nie do­my­śla się, że cu­dzo­łó­stwo, zdra­da mał­żon­ka, jest czymś nie­wła­ści­wym. Ale to już jest urok oso­bli­wej bez­stron­no­ści ana­liz tego typu scho­la­stycz­nej me­to­dy pra­cy in­te­lek­tu­al­nej.

A. B.-R.: Czy­li je­śli je­steś prze­ko­na­ny, że coś jest do­bre, to po­wi­nie­neś iść za gło­sem swe­go su­mie­nia?

T. B.: Tyl­ko temu trze­ba być wier­nym, a cała resz­ta ma cha­rak­ter po­moc­ni­czy, in­struk­tyw­ny. Do­ty­czy to per­swa­zji oto­cze­nia, su­ge­stii, tak­że na­ucza­nia Ko­ścio­ła. Wo­bec tego wszyst­kie­go stoi wol­na jed­nost­ka i jej su­mie­nie, któ­re jest pierw­sze i jako pierw­sze oce­nia. Je­śli są­dzisz w su­mie­niu, że po­wi­nie­neś od­rzu­cić wia­rę chrze­ści­jań­ską, to od­rzuć ją, a bę­dzie ci to na zba­wie­nie. Na­wet gdy znasz prze­sła­nie Ko­ścio­ła. Rzecz sta­je się może bar­dziej zro­zu­mia­ła w kon­tek­ście dys­ku­sji z ów­cze­snym świa­tem ży­dow­skim i świa­tem is­la­mu, któ­re zna­ły chrze­ści­jań­stwo i je od­rzu­ca­ły.

Nic z tych rze­czy

A. B.-R.: Ale to jest ja­kaś opo­wieść nie z tej zie­mi. Prze­cież cały ka­to­li­cyzm jest prze­ci­wień­stwem tego, co tu­taj mó­wisz. Com­pel­le in­tra­re!, "Zmu­ście ich do wej­ścia!"31 - to ra­czej wy­da­je mi się bar­dziej ty­po­we.

T. B.: No wła­śnie. To jest rzecz, któ­rą trze­ba nie­ustan­nie pod­kre­ślać: cała ta na­uka To­ma­sza o ludz­kim su­mie­niu, wbrew ofi­cjal­nym de­kla­ra­cjom nie zo­sta­ła przy­ję­ta w Ko­ście­le ka­to­lic­kim. Wy­pa­czo­no ją. Ofi­cjal­nie uzna­no myśl To­ma­sza (osta­tecz­nie na So­bo­rze Try­denc­kim32) za au­ten­tycz­ny wy­raz ka­to­lic­kie­go do­gma­tu, jed­nak przy­kro­jo­no ją do wła­snych po­trzeb. Dla­cze­go? Zbyt­nie - moż­na by po­wie­dzieć - fa­na­be­rie: au­to­no­mia su­mie­nia, każ­dy sam ma de­cy­do­wać... Toż to by­ła­by anar­chia.

A. B.-R.: Pro­ste.

T. B.: Wy­gra­ła więc dys­cy­pli­na - to, co mówi Ko­ściół, jest praw­dą i na­le­ży się pod­po­rząd­ko­wać. Do dziś mamy w ka­to­li­cy­zmie ety­kę he­te­ro­no­micz­ną - taką, dla któ­rej isto­tą mo­ral­no­ści jest pod­po­rząd­ko­wa­nie się ze­wnętrz­nym na­ka­zom: w imię wy­go­dy za­rzą­dza­nia. Sub­tel­ne ana­li­zy To­ma­sza zo­sta­ły uprosz­czo­ne i spro­wa­dzo­ne do stwier­dze­nia, że au­to­no­mia su­mie­nia ma gra­ni­ce w na­ucza­niu Ko­ścio­ła. Tak pi­sał Jan Pa­weł II, zwłasz­cza w en­cy­kli­ce Ve­ri­ta­tis splen­dor. To jed­na z naj­więk­szych ka­ta­strof ka­to­li­cy­zmu po So­bo­rze Wa­ty­kań­skim II - po­wrót do ręcz­ne­go ste­ro­wa­nia ludź­mi. Po­now­ne za­mknię­cie się w wie­ży z ko­ści sło­nio­wej. Je­że­li wiesz, co w da­nej spra­wie mówi Ko­ściół, to nie­za­leż­nie od tego, co ci mówi two­je su­mie­nie, masz się pod­po­rząd­ko­wać... Trze­ba słu­chać tych, któ­rzy wie­dzą le­piej. Na tym po­le­ga wol­ność, tak zwa­na "wol­ność do", w prze­ci­wień­stwie "wol­no­ści od". Ten po­dział to jest do­pie­ro ku­rio­zum! Jak­by wol­ność nie była po pro­stu wol­no­ścią, naj­bar­dziej wła­ści­wym spo­so­bem by­cia czło­wie­ka w świe­cie. Za­ni­ka zu­peł­nie cały ten wy­miar ludz­kiej au­to­no­mii, tak do­bit­nie pod­kre­ślo­ny póź­niej w kan­tow­skiej wi­zji.

A. B.-R.: Nie cał­kiem jest tak, jak mó­wisz. Kie­dy Kant mówi o oświe­ce­niu, to, owszem, pod­kre­śla au­to­no­mię jed­nost­ki, pada tam owo słyn­ne sa­pe­re aude (miej od­wa­gę wie­dzieć) - bez ze­wnętrz­nej ase­ku­ra­cji w po­sta­ci au­to­ry­te­tów mo­ral­nych. Ale u nie­go rów­nie istot­ny jest sza­cu­nek dla pra­wa. Su­mie­nie samo w so­bie jest sza­cun­kiem dla pra­wa, któ­re u Kan­ta przy­bie­ra sztyw­ną po­stać im­pe­ra­ty­wu mo­ral­ne­go, je­dy­ne­go pra­wa god­ne­go isto­ty ra­cjo­nal­nej. Su­mie­nie więc tra­ci wo­bec pra­wa swo­ją au­to­no­mię. Tu­taj po­ja­wia się róż­ni­ca ze św. To­ma­szem, któ­re­go sta­no­wi­sko przy­po­mi­na ra­czej sub­tel­ną, ana­li­tycz­ną wer­sję au­gu­styń­skie­go "ko­chaj i rób co chcesz"33 - je­śli uwa­żasz coś za do­bre, to rób to.

T. B.: I to jest za­pi­sa­ne w tek­stach To­ma­sza: in­dy­wi­du­al­ny akt roz­po­zna­nia (akt ro­zu­mu - jak mó­wił) zo­sta­je nie­po­mier­nie do­war­to­ścio­wa­ny...

A. B.-R.: Ale u Kan­ta tego nie ma. Wła­ści­wą mo­ty­wa­cją etycz­ną nie jest dla nie­go uzna­nie cze­goś za do­bre czy we­wnętrz­ny stan mi­ło­ści, ale sza­cu­nek dla pra­wa, któ­re choć au­to­no­micz­ne, po­zo­sta­je wciąż pra­wem. Nie ma nic wspól­ne­go z moim po­czu­ciem do­bra. Ja mogę mieć na­wet po­czu­cie, że to, co ro­bię, nie jest do­bre, ale pra­wo mi to na­ka­zu­je, więc mu­szę to ro­bić. To jest roz­wią­za­nie bar­dziej ży­dow­skie, dla­te­go też Ży­dzi za­wsze Kan­ta lu­bi­li, a Her­mann Co­hen34 na­wet na­zwał go "Ży­dem ho­no­ro­wym", bo on ma w so­bie ten nie­wzru­szo­ny sza­cu­nek dla pra­wa i nie mie­sza do kwe­stii mo­ral­no­ści tak wąt­pli­wych spraw jak emo­cjo­nal­ne na­sta­wie­nie albo do­bre chę­ci.

T. B.: Ale u Kan­ta akt mo­ral­ny jest czy­sto for­mal­ny, czy więc nie spro­wa­dza się on po pro­stu do de­cy­zji czy­nie­nia do­brze? De­cy­zji wła­snej, nie­za­leż­nej od wy­pły­wów, zwłasz­cza emo­cjo­nal­nych? Był­by to więc ro­dzaj mo­ral­nej au­to­kre­acji. W tym jest god­ność ludz­ka: nie ma in­nej ce­lo­wo­ści jak sama słusz­ność dzia­ła­nia. Przez to je­stem czło­wie­kiem. Nie dla przy­jem­no­ści, mo­ral­nej sa­tys­fak­cji, spo­ko­ju su­mie­nia. Ale z po­czu­cia obo­wiąz­ku.

A. B.-R.: Tak, choć przez cały czas Kant pod­kre­śla, że osta­tecz­nie naj­waż­niej­sze jest po­słu­szeń­stwo wo­bec pra­wa mo­ral­ne­go.

T. B.: Czy­li Kant jest dwu­znacz­ny?

A. B.-R.: Co­kol­wiek. Choć w pew­nym sen­sie o po­słu­szeń­stwie też nie może tu być mowy, bo ja jako isto­ta ra­cjo­nal­na i wol­na, jako pod­miot trans­cen­den­tal­ny, je­stem z pra­wem mo­ral­nym toż­sa­ma. Pro­ble­my po­ja­wia­ją się do­pie­ro na po­zio­mie jaź­ni em­pi­rycz­nej, któ­ra pod­le­ga, jak to okre­śla Kant, "pa­to­lo­giom" uczu­cia. Dwu­znacz­ność wy­ni­ka tu z wa­ha­nia mię­dzy dwo­ma po­zio­ma­mi pod­mio­to­wo­ści: tej do­sko­na­le wol­nej, au­to­no­micz­nej, i tej uwi­kła­nej w upa­dły świat ma­te­rial­ny. Dla­te­go Ernst Bloch35 uwa­żał Kan­ta nie tyl­ko za ho­no­ro­we­go Żyda, ale tak­że za "ho­no­ro­we­go gno­sty­ka"!

T. B.: Zu­peł­nie po­dob­ne, choć bar­dziej dra­ma­tycz­ne dwu­znacz­no­ści znaj­dzie­my u To­ma­sza. Z ana­liz wy­ni­ka­ło mu, że trze­ba być wier­nym wła­sne­mu osą­do­wi, na­wet je­śli ten osąd jest nie­traf­ny. Bo na tym po­le­ga mo­ral­ność. Co może pro­wa­dzić do za­ska­ku­ją­cych kon­se­kwen­cji: z tego To­masz wy­wiódł, że tak jak zło­dzie­ja ska­zu­je się na śmierć (ta­kie były wte­dy zwy­cza­je), po­dob­nie he­re­ty­ków na­le­ży usu­wać z tego świa­ta jako po­ten­cjal­nych zło­dziei ży­cia wiecz­ne­go zwie­dzio­nych dusz.

A. B.-R.: No to nie­zbyt spój­ne.

T. B.: To­masz z Akwi­nu to nie Le­ib­niz36. Nie był tak sys­te­ma­tycz­nym my­śli­cie­lem, jak się za­kła­da. Nie stwo­rzył ca­ło­ścio­wej teo­rii bytu i po­zna­nia. Sie­dział i ana­li­zo­wał tek­sty. Był ar­chi­wi­stą z ol­brzy­mim zmy­słem syn­te­zy. Miej­sca­mi miał nie­zwy­kle wni­kli­we spój­ne wglą­dy, zwłasz­cza w me­ta­fi­zy­ce i w jej teo­lo­gicz­nych za­sto­so­wa­niach (teo­ria stwo­rze­nia, teo­ria Trój­cy Świę­tej). Ale skut­ki tej eks­per­ty­zy To­ma­sza były, jak wie­my, ka­ta­stro­fal­ne: teo­lo­gicz­na zgo­da na mor­do­wa­nie he­re­ty­ków.

A. B.-R.: To nie­ste­ty bar­dziej przy­po­mi­na mi To­ma­sza, ja­kie­go znam. Choć wiesz, two­je pró­by czy­ta­nia go na nowo, w świe­tle zba­wia­ją­cych go nie­spój­no­ści, wy­da­ją mi się nie tyl­ko cie­ka­we, ale świad­czą­ce o pew­nym tren­dzie dość w tej chwi­li po­pu­lar­nym wśród teo­lo­gów za­chod­nich, któ­rzy wra­ca­ją do To­ma­sza, omi­ja­jąc po dro­dze neo­to­mizm.

Choć­by zna­na mi do­brze ra­dy­kal­na or­to­dok­sja Joh­na Mil­ban­ka37, z któ­rą mam do czy­nie­nia na moim teo­lo­gicz­nym wy­dzia­le w Not­tin­gham, in­ter­pre­tu­je To­ma­sza w du­chu skraj­nie nie­ne­oto­mi­stycz­nym, fa­wo­ry­zu­ją­cym wpły­wy Ary­sto­te­le­sa38, a ra­czej neo­pla­toń­skim39, któ­ry po­zo­sta­wia wie­le miej­sca na in­te­lek­tu­al­ne roz­wi­chrze­nie, a na­wet po­ry­wy mi­stycz­ne. Choć my­ślę, że two­ja hu­ma­ni­stycz­na - po­wie­dzia­ła­bym, że wręcz era­zmiań­ska40 - wy­kład­nia Akwi­na­ty chy­ba jed­nak nie przy­pa­dła­by ra­dy­kal­nej or­to­dok­sji do gu­stu, bo ona szu­ka w To­ma­szu so­lid­nej pod­sta­wy wła­dzy ko­ściel­nej: ufun­do­wa­nia naj­wyż­sze­go au­to­ry­te­tu Ko­ścio­ła i Ka­pła­na.

Moż­na to zro­zu­mieć w ich przy­pad­ku, to jest an­gli­ka­nów wal­czą­cych z na­po­rem ewan­ge­li­stycz­ne­go Low Church41, w któ­rym do­szło do dziw­ne­go pa­ra­dok­su: z jed­nej stro­ny znie­sie­nie wła­dzy ka­płań­skiej dało wier­nym ogrom­ne po­czu­cie swo­bo­dy, ale swo­bo­dę tę wy­ko­rzy­sta­li oni do pod­po­rząd­ko­wa­nia się bar­dzo do­słow­nej, fun­da­men­ta­li­stycz­nej wy­kład­ni Pi­sma. W re­zul­ta­cie efekt znie­wo­le­nia oka­zał się dużo więk­szy niż w przy­pad­ku wier­nych ka­to­lic­kich, tak się przy­najm­niej Mil­ban­ko­wi wy­da­je. To cie­ka­we, że z jego an­ty­ewan­ge­lic­kiej per­spek­ty­wy ka­to­li­cyzm to­ma­szo­wy, z ugrun­to­wa­niem ka­płań­skiej wła­dzy nad wier­ny­mi, daje ko­niec koń­ców wię­cej wol­no­ści niż skraj­nie zde­mo­kra­ty­zo­wa­ny "ko­ściół lu­do­wy", w któ­rym je­dy­nym au­to­ry­te­tem jest Pi­smo. W uję­ciu Mil­ban­ka le­piej pod­le­gać tra­dy­cjo­nal­no-do­gma­tycz­nej in­ter­pre­ta­cji Cre­do niż sztyw­ne­mu zbio­ro­wi za­sad wzię­tych bez­kry­tycz­nie z Księ­gi Po­wtó­rzo­ne­go Pra­wa. Cie­ka­we, że po­dob­nie o śre­dnio­wie­czu my­ślał Fo­ucault, tak samo jak Mil­bank wro­go na­sta­wio­ny do no­wo­cze­sno­ści.

T. B.: Do­brze to ro­zu­miem. Kla­sycz­ne śre­dnio­wie­cze re­pre­zen­to­wa­ne przez To­ma­sza z Akwi­nu jest tra­dy­cją her­me­neu­tycz­ną - to świat ko­men­ta­rzy tek­stów bi­blij­nych, tek­stów Oj­ców Ko­ścio­ła42. Mamy tam w peł­ni świa­do­mość za­po­śred­ni­cze­nia w tek­ście. Mamy świa­do­mość hi­sto­rycz­no­ści (cza­so­wo­ści) ja­kiejś lek­tu­ry. Tekst od­sła­nia się przed czy­tel­ni­kiem je­dy­nie czę­ścio­wo: żad­nych bez­po­śred­nich wglą­dów w bo­ski w umysł, jed­no­znacz­nych bo­skich in­struk­cji. Stąd klu­czo­wa rola par­ti­ci­pa­tio - ter­mi­nu, któ­ry ozna­cza cząst­ko­we uchwy­ty­wa­nie praw­dy bo­skiej w tek­ście bi­blij­nym je­dy­nie przez po­do­bień­stwo, a nie do­stęp do sa­mej sub­stan­cji bo­skiej praw­dy. Do­gmat ko­ściel­ny, in­sty­tu­cje ko­ściel­ne są po­śred­ni­kiem - two­rzą tra­dy­cję in­ter­pre­ta­cyj­ną, ro­dzaj szko­ły: "U nas czy­ta­my to dzi­siaj w taki spo­sób, zgod­nie z na­szym ro­zu­mie­niem na­szej tra­dy­cji, na­śla­du­je­my w tym Oj­ców Ko­ścio­ła, i idzie­my za wy­ja­śnie­nia­mi so­bo­rów; ufa­my, że to jest wła­ści­wa dro­ga i że w przy­szło­ści też bę­dzie­my umie­li traf­nie od­czy­ty­wać na­szą tra­dy­cję, albo i na­wet le­piej". To jest bar­dzo bli­skie współ­cze­snej her­me­neu­ty­ce. Moż­na by po­wie­dzieć, że od­kry­ła ona na nowo rze­czy zna­ne i prak­ty­ko­wa­ne przed no­wo­cze­sno­ścią.

Bio­rąc to wszyst­ko pod uwa­gę, mam fun­da­men­tal­ny kło­pot z po­tę­pia­niem tej epo­ki. Zresz­tą każ­da nie­sie w so­bie po­dob­ne dwu­znacz­no­ści - rze­czy bu­dzą­ce za­chwyt i gro­zę. To samo mo­że­my po­wie­dzieć o po­je­dyn­czych lu­dziach, zwłasz­cza o wiel­kich po­sta­ciach. Rzad­ko kie­dy mamy zu­peł­nie czar­ne cha­rak­te­ry, a jesz­cze rza­dziej, lub ra­czej w ogó­le, po­sta­ci bez ska­zy.

Eu­ro­pa po przej­ściach - ży­cie w trau­mie

A. B.-R.: Wspo­mnia­na wcze­śniej róż­ni­ca mię­dzy Eu­ro­pą a Ame­ry­ką prze­kła­da się na inną jesz­cze per­spek­ty­wę. Nie cho­dzi mi o na­kre­ślo­ny wy­żej sto­su­nek do re­li­gii czy Oświe­ce­nia, ale przede wszyst­kim o róż­ni­ce do­świad­czeń hi­sto­rycz­nych. Otóż Eu­ro­pa prze­szła jed­nak II woj­nę świa­to­wą i re­wo­lu­cję so­wiec­ką. Ma więc za sobą dwa strasz­ne, hi­sto­rycz­ne ura­zy, zwią­za­ne z na­zi­zmem i ko­mu­ni­zmem...

T. B.: Jest prze­cież jesz­cze I woj­na świa­to­wa. Fran­cu­zi do tej pory wspo­mi­na­ją całe stra­co­ne ro­dzi­ny...

A. B.-R.: Po­dob­nie Bry­tyj­czy­cy. W związ­ku z tym wie­lu fi­lo­zo­fów, któ­rzy pró­bu­ją zde­fi­nio­wać stan du­cho­wy dzi­siej­szej Eu­ro­py, na przy­kład Pe­ter Slo­ter­dijk43, opi­su­ją ją jako rze­czy­wi­stość po­st­trau­ma­tycz­ną. Za­tem ży­je­my w rze­czy­wi­sto­ści po­st­trau­ma­tycz­nej i w tym sen­sie mamy też wra­że­nie ży­cia w post­hi­sto­rii.

T. B.: To zna­czy?

A. B.-R.: Ter­min "post­hi­sto­ria" wpro­wa­dził w obieg Ale­xan­dre Ko­j?ve, ro­syj­ski bia­ły emi­grant, któ­ry w Pa­ry­żu w la­tach 30. za­ra­ził mło­dą eli­tę in­te­lek­tu­al­ną - La­ca­na, Blan­cho­ta, Ba­ta­il­le'a, de Mana - za­mi­ło­wa­niem do He­gla44. He­gel, jak wia­do­mo, mówi o "koń­cu hi­sto­rii", ale nie­wie­le już o tym, jak wy­glą­dać bę­dzie na­sze ży­cie, kie­dy hi­sto­ria rze­czy­wi­ście się skoń­czy. W uję­ciu Ko­j?ve'a, a po nim Slo­ter­dij­ka, post­hi­sto­ria nie wy­da­rzy­ła się ot tak, po pro­stu. Hi­sto­ria umie­ra­ła w kon­wul­sjach wo­jen i re­wo­lu­cji, a my ży­je­my te­raz w swo­je­go ro­dza­ju bez­cza­sie - tro­chę jak­by ży­ciem po śmier­ci, w oso­bli­wym dzie­jo­wym lim­bo. Je­ste­śmy tro­chę pół­mar­twi. Smut­ne ob­ra­zy kre­ślo­ne przez Slo­ter­dij­ka rze­czy­wi­ście od­po­wia­da­ją sta­no­wi czło­wie­ka współ­cze­sne­go, ży­ją­ce­go w Eu­ro­pie. Co to za ży­cie, pyta Slo­ter­dijk - ży­cie mi­ni­mal­ne, prze­ra­żo­ne, opę­ta­ne ideą ry­zy­ka (o czym cie­ka­wie pi­sze Ulrich Beck45), za­tro­ska­ne o naj­prost­sze, fi­zjo­lo­gicz­ne od­ru­chy, aby tyl­ko to cia­ło jesz­cze ja­koś funk­cjo­no­wa­ło, prze­ta­cza­jąc się bez­sen­sow­nie od ko­ły­ski po grób... W tej rze­czy­wi­sto­ści lęk przed śmier­cią i w ogó­le wi­zja śmier­ci są bar­dzo doj­mu­ją­ce, po­nie­waż trau­ma, jaka się temu kon­ty­nen­to­wi przy­da­rzy­ła, utrzy­mu­je nas wszyst­kich w sta­nie pół­le­tal­nym. Jak­by po­wie­dział Nie­tz­sche46, tu ży­cie nie może się już na nic od­wa­żyć; żyje w lęku przed śmier­cią, choć wła­ści­wie już nie żyje. To tak so­bie "py­ka­ją­ce", co­kol­wiek we­ge­ta­tyw­ne ży­cie jest jed­no­cze­śnie prze­ko­na­ne, że wszel­kie za­an­ga­żo­wa­nie jest nie­bez­piecz­ne. Za­an­ga­żo­wa­nie - czy to po le­wej czy pra­wej stro­nie - musi w oczy­wi­sty spo­sób do­pro­wa­dzić tyl­ko do gwał­tu i jesz­cze więk­szej trau­my - tak jak wszyst­kie inne na­mięt­ne za­an­ga­żo­wa­nia, pra­wi­co­we i le­wi­co­we, do tej pory. Le­piej więc ich uni­kać - i tyl­ko dbać o swój pro­ces fi­zjo­lo­gicz­ny.

T. B.: Za­tem osta­tecz­nie wszel­kie dzia­ła­nie, two­rze­nie jest złe? By­li­by­śmy już bli­sko gno­sty­cy­zmu, gdzie, na przy­kład, po­sia­da­nie po­tom­stwa jest pro­du­ko­wa­niem złej ma­te­rii.

A. B.-R.: Tak, dzia­ła­nie, w tej wi­zji, jest czymś złym. I dla­te­go Ko­j?ve, Slo­ter­dijk, a ostat­nio Gior­gio Agam­ben47, stwier­dzi­li, że na­tu­ral­ną du­cho­wo­ścią czło­wie­ka współ­cze­sne­go ży­ją­ce­go w Eu­ro­pie, czy­li w rze­czy­wi­sto­ści po­st­trau­ma­tycz­nej, jest gno­za48. Ale nie ta trium­fu­ją­ca, któ­ra wie­rzy w osta­tecz­ne zwy­cię­stwo Sy­nów Świa­tła nad Sy­na­mi Ciem­no­ści, lecz ta zre­zy­gno­wa­na i po­ko­na­na, któ­ra po pro­stu wy­co­fu­je się z uczest­nic­twa w ist­nie­niu tak, jak tyl­ko może. Stąd u Agam­be­na tak sil­ne za­mi­ło­wa­nie do ge­stu skry­by Bar­tle­by'ego, po­sta­ci stwo­rzo­nej przez wiel­kie­go gno­sty­ka, Her­ma­na Me­lvil­le'a49: I'd pre­fer not to... Wo­lał­bym nie... Wo­lał­bym się nie uro­dzić, ale sko­ro już za­ist­nia­łem, to wo­lał­bym żyć tak, jak­bym już nie żył... Oto por­tret współ­cze­sne­go gno­sty­ka za­nu­rzo­ne­go w lim­bo post­hi­sto­rii.

T. B.: Zbyt sil­ne do­świad­cze­nie zła po­wo­du­je, że tego zła nie da się "wy­wie­trzyć".

A. B.-R.: Dzia­ła­nie tyl­ko je po­głę­bia. Do­kład­nie tak, jak wi­dzie­li to wszy­scy gno­sty­cy - im bar­dziej chce­my się wy­wi­kłać ze zła świa­ta stwo­rzo­ne­go, tym głę­biej w to zło upa­da­my.

T. B.: Syn­drom ba­gna.

A. B.-R.: Tak jest. Im bar­dziej się ru­sza­my, tym bar­dziej to­nie­my. Na­chman z Bra­cła­wia50, ży­dow­ski gno­styk, miał do­kład­nie taką wi­zję świa­ta jako ba­gna. Póź­nej Kaf­ka, któ­ry się fa­scy­no­wał dzie­łem Na­chma­na, wy­ko­rzy­stał ten mo­tyw w swo­jej li­te­ra­tu­rze51. Każ­de za­an­ga­żo­wa­nie zo­sta­nie uka­ra­ne. Do­bre chę­ci są za każ­dym ra­zem ka­ra­ne, po­nie­waż spro­wa­dza­ją na świat jesz­cze wię­cej zła na za­sa­dzie we­be­row­skich "nie­chcia­nych kon­se­kwen­cji". Wszyst­ko jest taką jed­ną wiel­ką nie­chcia­ną kon­se­kwen­cją, któ­ra wy­da­rzy­ła się na dro­dze ko­smicz­nej ka­ta­stro­fy: świat, byt, czło­wiek w nim... Taka jest aura du­cho­wa, w ja­kiej żyje współ­cze­sny Eu­ro­pej­czyk.

T. B.: Czy jed­nak, wo­bec ta­kiej sy­tu­acji, nie mo­że­my so­bie po­wie­dzieć: och, nie przy­wią­zuj­my do tego aż tak wiel­kiej wagi, bądź­my bar­dziej opty­mi­stycz­ni. Prze­cież nie mu­si­my tak tra­gi­zo­wać, hi­ste­ry­zo­wać. Wy­bierz­my przy­szłość. Bądź­my bar­dziej ame­ry­kań­scy!

A. B.-R.: Nie. Kie­dy Eu­ro­pej­czyk je­dzie do Ame­ry­ki, to może się przez chwi­lę za­chwy­cić tym ro­dza­jem ener­gii wiecz­ne­go opty­mi­zmu, któ­ry po­sia­da­ją Ame­ry­ka­nie, ale już po chwi­li czu­je prze­ra­że­nie. Z mo­jej eu­ro­pej­skiej pe­spek­ty­wy, a po­nie­kąd tak­że per­spek­ty­wy gno­styc­kiej, któ­rą w wie­lu wy­mia­rach po­dzie­lam, ich wia­ra w pro­gres wy­da­je się wręcz de­mo­nicz­na. Ten de­mo­nizm wi­dać w sy­tu­acjach, kie­dy hi­sto­ria za­ska­ku­je Ame­ry­kę: jak w wy­da­rze­niach z 11 wrze­śnia czy wcze­śniej w ata­ku Ja­poń­czy­ków na Pe­arl Har­bor w 1941 roku, bo to tak­że była dla Ame­ry­ka­nów wiel­ka trau­ma. Ame­ry­ka­nie ra­dzą so­bie z tym źle, okrut­nie, pry­mi­tyw­nie. Do­ma­ga­ją się na­tych­mia­sto­wej re­try­bu­cji, od­pła­ty i "spra­wie­dli­wej ze­msty".

T. B.: Oko za oko, ząb za ząb. Jak w Bi­blii he­braj­skiej.

A. B.-R.: Co za bzdu­ra! Re­li­gia ży­dow­ska zry­wa z za­sa­dą re­try­bu­cji!

T. B.: Taka opi­nia po­ku­tu­je wśród ka­to­li­ków.

A. B.-R.: Ależ pra­wo ta­lio­nu to Ko­deks Ham­mu­ra­bie­go. W Bi­blii he­braj­skiej mamy przy­ka­za­nie mi­ło­ści. Już na sa­mym po­cząt­ku bi­blij­nej hi­sto­rii Bóg za­ka­zał ze­msty na Ka­inie52. War­to bę­dzie jesz­cze o tym po­roz­ma­wiać.

Wróć­my jed­nak do Ame­ry­ka­nów. Ta­kie za­cho­wa­nie może i świad­czy o ich wi­tal­nym na­pię­ciu, któ­re za­chwy­ci­ło­by Nie­tz­sche­go, ale pro­sto­ta tego aktu re­try­bu­cji musi prze­ra­żać czło­wie­ka cy­wi­li­zo­wa­ne­go. Kie­dy Al Ka­ida roz­wa­la im WTC, oni idą na Irak i mimo że ofi­cjal­nie jest to ak­cja wy­zwa­la­nia Ira­ku spod pa­no­wa­nia złe­go Sad­da­ma, tak na­praw­dę jest to akt nie­wy­biór­czej ze­msty na ca­łym arab­sko-is­lam­skim świe­cie. Co oczy­wi­ście ska­zu­je ich na ab­sur­dal­ną woj­nę nie do wy­gra­nia. Dla Eu­ro­py za­tem Ame­ry­ka nie może sta­no­wić wzo­ru. Wszyst­kie eu­ro­pej­skie od­ru­chy od­ro­dze­nio­we, pró­bu­ją­ce od­two­rzyć ja­kieś sil­ne za­an­ga­żo­wa­nie, za­rów­no na le­wi­cy, jak i na pra­wi­cy, to ra­czej roz­pacz­li­wa pró­ba po­wsta­nia z mar­twych. W tym też sen­sie trze­ba je do­ce­nić jako - ko­niec koń­ców - od­ru­chy ży­cia. Ale też trze­ba pa­mię­tać, że tro­chę zbyt ła­two unie­waż­nia­ją one tę trud­ną rze­czy­wi­stość, w któ­rej się zna­leź­li­śmy, sy­tu­ację głę­bo­kie­go gno­styc­kie­go pe­sy­mi­zmu i ogól­ne­go obrzy­dze­nia dla wszyst­kie­go, co ist­nie­je. Dziś na­szym boż­kiem jest Go­ethe­ań­ski Me­fi­sto. "Al­bo­wiem wszyst­ko, co po­wsta­je, do wy­tę­pie­nia tyl­ko się na­da­je"...

Ate­ista wo­ju­ją­cy

T. B.: Z tego wy­ni­ka­ło­by, że roz­ma­ite for­my ję­zy­ka re­li­gij­ne­go będą pa­ra­dok­sal­nie nie­za­stą­pio­nym in­stru­men­tem dia­gno­zy sy­tu­acji eg­zy­sten­cjal­nej czło­wie­ka. Gdy­by więc dzi­siaj po­ja­wił się ja­kiś bez­tro­ski au­tor-ate­ista i za­czął mó­wić, że re­li­gia to za­bo­bon, że to są rze­czy nie­nau­ko­we, że re­li­gia jest ge­ne­ral­nie szko­dli­wa, na przy­kład neu­ro­ty­zu­je lu­dzi albo do cze­goś zmu­sza, to - trze­ba przy­znać - roz­mi­jał­by się tro­chę z sy­tu­acją świa­ta?

A. B.-R.: To był­by kom­plet­ny ana­chro­nizm. Nie wiem, czy po do­świad­cze­niach dwóch to­ta­li­ta­ry­zmów i z kil­ku­set mi­lio­na­mi ich ofiar na ca­łym świe­cie od­wo­ły­wa­nie się do na­uki, do ta­kie­go pro­ste­go scjen­ty­zmu jako le­kar­stwa na wszel­kie zło, nie jest po pro­stu śmiesz­ne. Ja prze­pra­szam bar­dzo...

T. B.: Ów na­uko­wy ra­cjo­na­lizm miał­by być no­śni­kiem pew­nych po­staw, któ­re eli­mi­nu­ją re­li­gię i two­rzą czło­wie­ka w peł­ni ra­cjo­nal­ne­go, nie­pod­le­ga­ją­ce­go ilu­zjom, któ­re re­li­gia two­rzy. Wol­ne­go od uprze­dzeń, przed­za­ło­żeń, owych Vo­rur­te­ilen, o któ­rych pi­sał Ga­da­mer53.

A. B.-R.: Ale to jest kom­plet­na bzdu­ra. Nie było nig­dy w dzie­jach ta­kie­go ro­zu­mu, któ­re­go czy­stą, wy­pre­pa­ro­wa­ną ideę się tu pro­po­nu­je. Jak w ogó­le po­zba­wio­ny afek­tów, emo­cji, sub­stan­cji, czy­sto for­mal­ny ro­zum miał­by so­bie po­ra­dzić z pod­sta­wo­wy­mi kwe­stia­mi eg­zy­sten­cjal­ny­mi, ta­ki­mi jak cier­pie­nie, śmierć, cho­ro­ba bli­skich?

T. B.: Może jest po pro­stu na to nie­czu­ły?

A. B.-R.: Ale je­śli tak, to trud­no so­bie wy­obra­zić czło­wie­ka, któ­ry był­by tak kom­plet­nie wy­pra­ny z sub­stan­cji. Trze­ba by mu chy­ba lo­bo­to­mię prze­pro­wa­dzić, żeby so­bie pew­nych py­tań nie za­da­wał. Na tym po­le­ga pro­blem okro­jo­ne­go oświe­ce­nia, o czym pi­sze od ja­kie­goś cza­su Jür­gen Ha­ber­mas54, a z czym swo­ją dro­gą zwią­za­ny był jego zwrot do fi­lo­zo­fii post­se­ku­lar­nej. Otóż okro­jo­ny ro­zum oświe­ce­nio­wy nie ma nic do po­wie­dze­nia w pew­nych ży­cio­wych i mo­ral­nych kwe­stiach. Tym­cza­sem re­li­gia ma, dla­te­go też ro­zum po­wi­nien uznać tak­że i jej swo­iste ra­cje - na tym wła­śnie po­le­ga zwrot post­se­ku­lar­ny, któ­ry nie unie­waż­nia świec­kiej no­wo­cze­sno­ści, a je­dy­nie prze­my­śli­wa na nowo rolę re­li­gii w jej two­rze­niu, czy­li ha­sło­wo rzecz uj­mu­jąc - udział ob­ja­wie­nia w Oświe­ce­niu.

T. B.: Czy tak­że tej pro­ble­ma­ty­ki nie upo­rząd­ko­wał dla za­chod­nie­go my­śle­nia Kant? To on wy­zna­czył gra­ni­ce, w któ­rych dzia­ła ro­zum na­uko­wy. A gdy mó­wił o tak zwa­nych ide­ach re­gu­la­tyw­nych, o Bogu (że ist­nie­je lub nie ist­nie­je), o świe­cie (że ma lub nie ma po­cząt­ku w cza­sie), o du­szy (że jest lub nie jest nie­śmier­tel­na), twier­dził, że py­ta­nie o te kwe­stie jest ze wszech miar ra­cjo­nal­ne i po­trzeb­ne (one or­ga­ni­zu­ją na­sze do­świad­cze­nie w pew­ną ca­łość), ale za­ra­zem na­uka nig­dy nie bę­dzie w sta­nie po­do­łać tym te­ma­tom. Może więc to Kant wy­zna­czył pole ra­cjo­nal­ne­go dys­kur­su, szer­sze niż na­uki przy­rod­ni­cze. I przy oka­zji ukon­sty­tu­ował nie­miec­kie Oświe­ce­nie.

A. B.-R.: I trze­ba by się Kan­ta trzy­mać, choć jest to trud­na for­mu­ła, po­nie­waż gło­si ona, że Oświe­ce­nie zwią­za­ne jest z tak zwa­nym po­dzia­łem fa­kul­te­tów i wy­ni­ka­ją­cą stąd frag­men­ta­cją ży­cia. Lu­dziom jest po pro­stu cięż­ko żyć w róż­nych re­je­strach na raz - a jed­nak tak wła­śnie trze­ba. No­wo­cze­sne ide­olo­gie, ta naj­więk­sza pla­ga na­sze­go ży­cia, po­le­ga­ją naj­czę­ściej na tym, że pew­ne tezy bądź roz­strzy­gnię­cia, któ­re spraw­dza­ją się w jed­nej, wą­skiej dzie­dzi­nie, prze­no­si się na wszyst­ko. Na przy­kład dar­wi­nizm, któ­ry jest sen­sow­ną teo­rią ewo­lu­cji, sta­je się pod­sta­wą ogól­ne­go spoj­rze­nia na świat w ro­dza­ju so­cjo­bio­lo­gii, stwo­rzo­nej przez tego wa­ria­ta Daw­kin­sa55. Cały neo­ate­izm z tym zwią­za­ny to ty­po­wy przy­pa­dek ide­olo­gii, któ­ra hi­po­te­zę spraw­dza­ją­cą się w ma­łym frag­men­cie rze­czy­wi­sto­ści eks­tra­po­lu­je na ca­łość. Robi się z tego osta­tecz­nie kom­plet­na bzdu­ra - taka sama wia­ra jak każ­da inna, bo tego ro­dza­ju ate­iści też wie­rzą, tyl­ko że wie­rzą głu­piej.

Roz­bi­te lu­stro