2
Poradnik zmienił życie Hope Devane.
Wilki i owce nie były jej pierwszą publikacją. Miała już w dorobku monografię z dziedziny psychologii i niemal czterdzieści artykułów. W wieku trzydziestu ośmiu lat - na dwa lata przed śmiercią - uzyskała profesurę.
Praca naukowo-dydaktyczna zapewniła jej stabilizację zawodową i ułatwiła zdobycie popularności dzięki wydaniu książki, która z pewnością nie przypadła do gustu jej męskim współpracownikom.
Poradnik przez miesiąc utrzymywał się na liście bestsellerów, co gwarantowało zainteresowanie mediów osobą autorki i więcej pieniędzy, niż zarobiłaby przez dziesięć lat pracy na uczelni.
Była jakby stworzona do publicznych występów, szczególnie na małym ekranie: wytworna blondynka o miękkim, a jednocześnie znamionującym pewność siebie i rozsądek głosie. Wszystko to sprawiało, że bez trudu potrafiła skupić na sobie uwagę widzów i słuchaczy. Wiedząc o tym, nie wahała się wykorzystywać tych predyspozycji. Mimo podtytułu poradnika Dlaczego mężczyźni krzywdzą kobiety i jak można tego uniknąć kreowała się na inteligentną, wymowną i sympatyczną kobietę, niechętnie wkraczającą na publiczną arenę, co nie przeszkadzało jej czuć się tam jak we własnym domu.
Wiedziałem o tym wszystkim, ale w żadnym stopniu nie ułatwiało mi zrozumienia jej osobowości.
Milo udostępnił mi także wszystko, co zebrano na jej temat: życiorys, kasety audio i wideo, wycinki prasowe i książkę. Komplet materiałów otrzymanych od Paza i Fellowsa. Oni orzekli, że nie ma w tym niczego interesującego.
Opowiedział mi, jak ubiegłego wieczoru przekazano mu tę sprawę. Byliśmy we troje, wraz z Robin, w Santa Monica, w restauracji, gdzie serwowano owoce morza. Przy barze było gwarno, ale połowa miejsc siedzących pozostawała wolna. Usiedliśmy przy stoliku w rogu, z dala od telewizorów przeznaczonych dla kibiców. W czasie posiłku Robin wyszła do toalety, a Milo zapytał:
- Zgadnij, co dostałem na Gwiazdkę.
- Przecież to dopiero za parę miesięcy.
- Może właśnie dlatego to żaden prezent. Stara sprawa. Trup zimny od trzech miesięcy. Zabójstwo Hope Devane.
- Dlaczego dopiero teraz?
- Właśnie dlatego, że to przyschnięta sprawa.
- Pomysł tego nowego porucznika?
Zanurzył krewetkę w sosie i całą włożył do ust. Gdy żuł, widać było wyraźnie poruszające się mięśnie żuchwy. Wciąż jakby odruchowo rozglądał się wokół, choć nic ciekawego się nie działo.
Znowu to samo.
Milo był jedynym policjantem w Los Angeles, przyznającym się otwarcie do homoseksualizmu. Jego dwudziestoletniej wspinaczce na stanowisko detektywa towarzyszyły niezliczone upokorzenia, złośliwe niedocenianie pracy, ignorowanie, a także niestety i otwarta agresja. Jednocześnie był wspaniałym policjantem i chyba tylko dlatego wielu współpracowników powstrzymywało się od okazywania mu wrogości. W jego życiu ważne było jednak, jaki stosunek mieli do niego często zmieniający się przełożeni. Ten nowy był roztargniony i nerwowy, a przy tym zbyt pochłonięty pracą, by zwracać uwagę na Mila.
- Przydzielił ci ją, bo nie widzi zbyt dużych szans na pozytywne zakończenie?
Uśmiechnął się, jakby w odpowiedzi na dowcip.
- Co więcej, przypuszcza, że Devane mogła być lesbijką. "To powinno być coś z twojego... hm... kręgu zainteresowań, Sturgis", powiedział.
Kolejna krewetka zniknęła w ustach Mila.
Grubo ciosana twarz pozostała nieruchoma, gdy składał na pół serwetkę, by po chwili znów ją rozprostować. Miał okropny, brązowo-żółty krawat, zupełnie niepasujący do szarej bluzy. Ciemne włosy przetykane siwizną nad skroniami wystrzyżone były niemal do gołej skóry. Góra pozostawała długa.
- Czy masz coś, co jednoznacznie wskazuje na to, że była homoseksualna? - zapytałem.
- Nie. Ale mówiła nieprzyjemne rzeczy o mężczyznach, więc ergo ipso facto.
Wróciła Robin. Poprawiła szminkę na ustach i przeczesała włosy. Jej granatowa jedwabna sukienka doskonale komponowała się z kasztanowymi włosami i podkreślała zgrabną sylwetkę. Niedawno spędziliśmy nieco czasu na jednej z wysp na Pacyfiku, więc jej oliwkowa skóra ściemniała jeszcze o kilka tonów.
Kiedyś zabiłem tu człowieka. Broniłem siebie i jej. Wciąż wracają do mnie związane z tym koszmary.
- Wyglądacie na niezwykle poważnych - stwierdziła, siadając obok mnie. Nasze nogi się dotknęły.
- Odrabiam pracę domową - powiedział Milo. - Pamiętam, jak Alex bardzo lubił szkołę, więc podzieliłem się z nim robotą.
- Właśnie dostał sprawę morderstwa Hope Devane - wyjaśniłem.
- Sądziłam, że już się poddali.
- Bo tak jest.
- Cóż to za przerażająca sprawa.
Ton jej głosu sprawił, że popatrzyłem na nią uważnie.
- Większe niż inne morderstwa? - zapytałem.
- Pod pewnym względem tak, Alex. Spokojne sąsiedztwo, wychodzisz na spacer przed własny dom, a tu ktoś rzuca się na ciebie i zabija.
Położyłem rękę na jej dłoni. Nie zareagowała.
- Pierwszą moją myślą było, że zginęła jako ofiara swych poglądów - ciągnęła. - A wtedy byłby to terroryzm. Nawet gdyby zrobił to jakiś świr, na oślep wybierający przedmiot ataku, można by to określić takim mianem. Życie tu staje się coraz niebezpieczniejsze.
Odsunęła się ode mnie, a jej palce nagle wydały mi się soplami lodu.
- Cóż, przynajmniej dobrze, że to ty się tym zająłeś, Milo - rzekła. - Masz już coś?
- Jeszcze nie. Wszystko trzeba zaczynać od początku. Miejmy nadzieję, że uda się coś znaleźć.
Wyraźnie silił się na optymizm, ale jego słowa nie brzmiały przekonywająco.
- Spodziewam się, że Alex będzie w stanie mi pomóc. Przecież Devane była psychologiem - dodał.
- Znałeś ją, Alex?
Zaprzeczyłem ruchem głowy.
Kelner podszedł do naszego stolika.
- Podać jeszcze wino?
- Tak, poprosimy - odparłem. - Jeszcze jedną butelkę.
Następnego ranka Milo przywiózł mi komplet zebranych dotychczas materiałów, abym mógł je przestudiować. Na wierzchu leżał życiorys zawodowy.
Nazywała się Hope Alice Devane. Ojciec: André. Matka: Charlotte. Oboje nie żyją.
W rubryce Stan cywilny
wpisała Mężatka
, ale nie dodała nazwiska Philipa Seacresta.
Dzieci
: brak
.
Urodziła się w Kalifornii, w miasteczku Higginsville, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem. Zapewne gdzieś w środkowej części stanu, ponieważ ukończyła szkołę średnią w Bakersfield. Już tam uzyskała stypendium dla szczególnie uzdolnionych uczniów. Dostała się na Uniwersytet Berkeley. Po każdym półsemestrze jej nazwisko figurowało na dziekańskiej liście najlepszych studentów. Z wyróżnieniem ukończyła studia z zakresu psychologii i pozostała na uczelni, aby się doktoryzować.
Pierwsze dwie prace opublikowała, będąc jeszcze studentką. Wtedy właśnie przeprowadziła się do Los Angeles, by odbyć praktykę kliniczną i nawiązać kontakty z tamtejszym gronem naukowców. Trafiła do Głównego Szpitala Okręgowego. Po pewnym czasie zaczęła prowadzić zajęcia na uniwersytecie. Rok później przeszła do wydziału psychologii, gdzie została asystentką.
Na następnych dziesięciu stronach wyliczano towarzystwa naukowe, do których należała, i wszystkie jej publikacje. Zagadnieniem, którym zainteresowała się początkowo, były różnice w wynikach testów z matematyki między chłopcami a dziewczynkami. Po pewnym czasie zmieniła tematykę swych badań, koncentrując się na zagadnieniach płci i wynikającej z niej różnicy w wychowaniu dzieci. Wkrótce porzuciła i to, by zająć się wpływem seksualizmu na ludzkie zachowania.
Średnio pięć artykułów rocznie zamieszczanych w poważnych pismach stanowiło niewątpliwie dobry wynik. Do tego miejsca jej życiorys był typowy dla setek innych naukowców. Teraz jednak natrafiłem na nagłówek Publikacje komercyjne i kontakty z mediami
i ten fragment pozwolił mi zorientować się, co robiła głównie w ciągu ostatniego roku przed śmiercią.
Najważniejszym osiągnięciem w tym okresie były Wilki i owce, wydawane również za granicą. Za ich sprawą uczestniczyła w wielu programach radiowych i telewizyjnych, a także udzielała wywiadów prasie.
Zapraszano ją do licznych talk-show, którym nadawano tytuły: Testosteronowa konspiracja, Nowe niewolnice, Śladami drapieżców, Walcz o swoje miejsce.
Ostatnia część życiorysu odnosiła się znów do uczelnianej szarzyzny.
Jako profesor zasiadała w czterech komisjach, zajmujących się: przydziałem studentom miejsc zakwaterowania, ich orientacją seksualną i obroną zwierząt doświadczalnych. Na pół roku przed śmiercią trafiła jeszcze do Komisji Stosunków Interpersonalnych, o której usłyszałem tu po raz pierwszy.
Czyżby coś związanego z wykroczeniami o charakterze seksualnym? Wykorzystywanie studentów z wydziału? Już w samym tym określeniu drzemał niebezpieczny potencjał. Postawiłem znaczek obok nazwy komisji i sięgnąłem po egzemplarz Wilków i owiec.
Oprawa książki była koloru czerwonego. Na okładce tłoczone złote litery układały się w tytuł i nazwisko autorki, a między nimi umieszczono czarne sylwetki dwóch wymienionych zwierząt.
Wilk miał otwartą paszczę najeżoną zębami, zwróconą w stronę malutkiej owieczki. Z tyłu znalazłem kolorową fotografię Hope Devane. Owalna twarz o delikatnych rysach. Hope miała na sobie beżową, kaszmirową sukienkę, a na szyi sznur pereł. Siedziała w swobobodnej pozie na skórzanym fotelu, stojącym na tle regału z książkami. W dłoni trzymała pióro MontBlanc; obok, na blacie biurka, stał ozdobny kałamarz. Długie palce, pomalowane na różowo paznokcie. Włosy koloru miodu opadały jej na ramiona, policzki były lekko zaróżowione. Oczy miała piwne, szeroko otwarte, jakby melancholijne, a jednak pełne wyrazu. Na ustach lekki, może nieco ironiczny uśmiech.
Książka nosiła ślady intensywnego czytania, całe akapity były zaznaczone na żółto, a na marginesach znajdowały się notatki zrobione przez Mila. Przeczytałem cały poradnik, a gdy skończyłem, przejechałem trzy kilometry Beverly Glen na uniwersytet, gdzie udałem się prosto do biblioteki.
Gdy wróciłem do domu, sięgnąłem z kolei po kasety z nagraniami talk-show.
Cztery programy z taką samą hałaśliwą widownią i jednako przymilnymi, udającymi zainteresowanie i przejęcie prowadzącymi.
Show Yolandy Michaels: Jak poznać prawdziwą kobietę?
Hope Devane toleruje chropowatą retorykę antyfeministki, wychwalającej biblijne cnoty i szczycącej się tym, że ma zwyczaj witać męża w drzwiach w przezroczystym szlafroczku.
Sid na żywo: Niewolnicy seksu?
Hope Devane uczestniczy w debacie z antropologiem, który twierdzi, że wszelkie różnice między płciami są wrodzone i niezmienne, a skazani na siebie mężczyzna i kobieta powinni nauczyć się zgodnie współżyć. Hope stara się mówić rozsądnie, ale całość wypada dosyć mizernie.
Show Giny Sidney Jerome:
Devane wciągnięta do dyskusji, w której uczestniczą jeszcze trzy osoby: lingwistka marginalizująca psychologię i zalecająca skupienie się na właściwej interpretacji języka, nowojorski dziennikarz zajmujący się plotkami o kobietach, który bezskutecznie stara się włączyć do rozmowy, i mężczyzna sprawiający wrażenie załamanego, który twierdzi, że jest bity przez żonę, a swe cierpienia opisał na trzystu stronach książki.
Również nic ciekawego...
Na żywo z Morry Mayhew: Która pleć jest tak naprawdę słabsza?
Hope Devane rozmawia z przywódcą zupełnie mi nieznanej organizacji walczącej o prawa mężczyzn, który wlepia w nią wzrok z obrzydzeniem znamionującym wroga kobiet.
Ten program znacznie różni się od pozostałych. Z wypowiedzi tego faceta wyraźnie wyczuwa się mizoginizm. Przewinąłem taśmę i obejrzałem go ponownie.
Mężczyzna nazywa się Karl Neese. Ma jakieś trzydzieści lat, szczupły, o miłej powierzchowności, lecz o poglądach neandertalczyka. Bez wątpienia zasługuje na miano świni.
Obiekt niewybrednych ataków, czyli Devane, nigdy mu nie przerywała i nie starała się unosić głosu, nawet gdy jego komentarze wywoływały aplauz publiczności.
Mayhew
: W porządku, panie Neese, zapytajmy teraz panią doktor. . .
Neese
: Doktor? Nie widzę stetoskopu.
Mayhew
: Nasz gość jest doktorem psychologii. . .
Neese
: I ma to na mnie zrobić wrażenie? Czy sam tytuł cokolwiek zmienia?
Mayhew
: A więc, pani doktor, proszę powiedzieć nam. . .
Neese
: Powiedzieć, dlaczego feministki tak głośno krzyczą o swoich problemach, a jednocześnie bez zmrużenia oka dokonują aborcji, bo dzieci są niewygodne. . .
Mayhew
: . . .dlaczego według pani kobiety padają ofiarą pozbawionych skrupułów. . .
Neese
: Bo same szukają takich właśnie facetów pozbawionych skrupułów. Ach, ci źli mężczyźni. Zagrożenie. Podniecenie. Dlatego wciąż wracają po więcej. Twierdzą, że tęsknią do miłych. Ale miły znaczy słaby, a takim nie warto się interesować.
[oklaski]
Devane
: Może rzeczywiście jest w tym cień prawdy.
Neese
: O, na pewno, złotko. Na pewno. [łypie okiem złośliwie]
Devane
: Czasami rzeczywiście powielamy niebezpieczne wzorce. Według mnie kluczem jest to, czego nauczymy się jako dzieci.
Neese
: Pokaż, co masz, to i ja ci pokażę?
Mayhew
: [uśmiechając się] Czego możemy się nauczyć, pani doktor?
Devane
: Możemy zaakceptować zachowania, które obserwujemy, a później, czasami zupełnie bezwiednie powielamy je. . .
Dalsze dwadzieścia minut to ciąg jego nieustających, prymitywnych ataków i jej wyważonych, rozsądnych odpowiedzi. Za każdym razem, gdy on rozbawił reprezentującą ten sam poziom publikę lub przynajmniej wywołał jej aprobatę, czekała na ciszę, by sprecyzować własne stanowisko, nigdy nie usiłując nawet ośmieszyć rozmówcy. I z uporem trzymała się narzuconego tematu.
Wraz z upływem czasu ludzie słuchali jej coraz uważniej, a Neese wyglądał na zbitego z tropu.
Jeszcze raz obejrzałem nagranie, koncentrując całą uwagę na Hope i sposobie, w jaki osiągnęła taki skutek. Odważnie utrzymywała kontakt wzrokowy, co pozwalało systematycznie pogłębiać więź ze słuchaczami, a jej spokój sprawiał, że głoszone przez nią opinie zdawały się niepodważalne.
Charyzma. Czysta charyzma.
Wprost perfekcyjnie potrafiła publikować swe poglądy i nie mogłem powstrzymać się przed refleksją, co byłaby w stanie osiągnąć, gdyby żyła.
Ujęcie dobiegło końca i na ekranie ukazało się zbliżenie twarzy Neese'a. Nie widać już było na niej tego pełnego ironii uśmieszku.
Powaga. A może i złość?
To był szalony pomysł, ale czy rzeczywiście nie tłumił w sobie wściekłości?
Dlaczego nie? Sprawa była już przyschnięta, a Milo prosił, bym nie obawiał się stawiać najbardziej fantastycznych hipotez. Zapisałem sobie nazwisko Neese'a i sięgnąłem po akta zabójstwa.
Słowa, zdjęcia. Zawsze te fotografie...
Dochodziła już piąta, kiedy zadzwoniłem do Mila, do zachodniego komisariatu, by zawiadomić go, że zapoznałem się ze wszystkim, włącznie z książką.
- Szybki jesteś.
- Łatwo się ją czyta. Miała bardzo przystępny styl. Tak swobodny, jakby siedziała w twoim salonie i dzieliła się posiadaną wiedzą.
- Co sądzisz o treści?
- W większości to prawdy oczywiste, których nie sposób zakwestionować. Egzekwuj swoje prawa, pilnuj własnych spraw, wybieraj cele, kierując się realizmem, by plany życiowe mogły się powieść i byś zyskał szacunek dla siebie. Ale kiedy prezentuje bardziej radykalne poglądy, nie popiera ich przykładami. Rozdział o testosteronie i sadyzmie jest już ewidentnie naciągany.
- Wszyscy mężczyźni to mordercy z pobudek seksualnych.
- Wszyscy mężczyźni mają predyspozycje do stania się mordercami na tle seksualnym, a nawet seks uprawiany za aprobatą obojga partnerów stanowi poniekąd gwałt, gdyż penis jest skonstruowany jak broń, a penetracja pochwy powoduje u kobiety utratę kontroli nad tym, co się dzieje.
- To właśnie zagadnienie owej utraty kontroli tak ją intryguje, prawda?
- Tak. Odwiedziłem bibliotekę i sprawdziłem wyniki badań, na które się powołuje. Nie potwierdzają tego, czego dowodzi. Operuje faktami wyrwanymi z kontekstu, a te niepasujące pomija. Ale jeśli dokładnie nie sprawdzi się materiału źródłowego, nie jest to wcale oczywiste. Gdy zastanawiam się nad podłożem sukcesu tej książki, dochodzę do wniosku, że przyczyniły się do niego nie tylko jej umiejętności pisarskie. Ma za sobą wsparcie sporej części społeczeństwa, bo to właśnie kobiety niemal zawsze są ofiarami. Słyszałeś wczoraj Robin? Kiedy wróciliśmy do domu, powiedziała mi, że to morderstwo sprawiło, iż nie mogła spać po nocach, ponieważ identyfikowała się z Hope. Nie podejrzewałem nawet, że w ogóle zainteresuje się tą sprawą.
- A co z kasetami wideo?
- I tam była dobra. Spokojna i rzeczowa. Nawet gdy doszło do konfrontacji z tym durniem u Mayhew, ani na chwilę nie straciła nad sobą panowania. Pamiętasz go?
- Tego chudego idiotę? Już na wstępie rzucił się na nią z pazurami, prawda?
- Poradziła sobie z nim jednak po mistrzowsku. Przez cały czas trzymała go na dystans. Według mnie wygrała tę walkę na słowa, a on wyglądał na rozwścieczonego. Co, jeśli zachował do niej urazę?
Cisza.
- Chyba żartujesz.
- Mówiłeś, żebym był kreatywny. Te programy telewizyjne przypominają beczki z prochem. Traktują o delikatnych sprawach i wnikają głęboko w życie intymne ludzi. Właśnie przed takim zachowaniem ostrzegano mnie kiedyś, jako przyszłego terapeutę. Stąd zawsze uważałem, że w podobnych sytuacjach tylko kwestią czasu jest, kiedy dojdzie do rękoczynów.
- Hm - mruknął. - W porządku, przyjrzę mu się. Kto to był?
- Karl Neese.
Powtórzył dla pewności.
- Nie zaszkodzi sprawdzić... Dobra, coś jeszcze na temat samej Hope?
- Na razie to wszystko. A co u ciebie?
- Nic. Mam wrażenie, że mąż trzyma coś w zanadrzu, a twoi kolesie z uczelni na nic się tu nie zdadzą. Wciąż słyszę, że obecnie jest już za późno na jakikolwiek postęp w sprawie. Poza tym traktują mnie jak kretyna.
Roześmiałem się.
- Powinieneś pokazać im swój dyplom.
- Na pewno. To dopiero zrobiłoby wrażenie na tej bandzie. A co sądzisz o ranach? Ta w okolicach podbrzusza ma według ciebie seksualne podłoże?
- Jeśli została zadana z rozmysłem, z pewnością stanowi wyraz wrogości seksualnej.
- Moim zdaniem tak było. Trzy precyzyjne ciosy i żadnych innych obrażeń. Trafił ją dokładnie tam, gdzie chciał: w serce, podbrzusze i w plecy.
- Jeśli tak uważasz, trzeba przyjąć, że zabójca miał określone zamiary - rzekłem. - Z góry ustaloną sekwencję.
- Czyli?
- Pierwszy cios w serce może mieć romantyczny wydźwięk, oczywiście dla jakiegoś chorego umysłu. Przebicie czyjegoś serca można interpretować jako swego rodzaju zemstę. Chociaż wybór mógł paść na serce, by spowodować szybką śmierć. Ale z drugiej strony podcięcie gardła gwarantowałoby taki sam skutek przy znacznie mniejszym ryzyku.
- Niewątpliwie. Nie tak łatwo trafić w serce. Ostrze może się przecież osunąć po żebrach. Większość zabójstw przy użyciu noża to właśnie atak na gardło. A pozostałe rany?
- Podbrzusze - zacząłem, myśląc o zimnej krwi Hope i jej zawsze nieskazitelnym stroju. Wszystko w idealnym porządku. A tam pozostawiona swemu losowi na ulicy... - Wbrew pozorom podbrzusze może mieć związek z sercem: zawód miłosny i element erotyczny... Jeśli tak, pchnięcie w plecy byłoby dopełnieniem dzieła zniszczenia. Stanowiłoby ostateczne ukaranie lub może potwierdzenie zdrady.
- Aby zadać ten ostatni cios, zabójca musiał zmarnować sporo czasu na odwrócenie jej na brzuch. To dlatego zdziwiłem się, gdy wspomniałeś o sekwencji. Wyobraź sobie, że stoisz na ulicy i właśnie kogoś zabiłeś. Czy masz wtedy czas na podobne działania? Według mnie to zbrodnia z namiętności, ale dokonana z ogromnym wyrachowaniem.
- Zimna wściekłość - mruknąłem. - Czyżby więc łączyła ich jakaś zażyłość? To ktoś, kogo dobrze znała?
- Właśnie dlatego zwróciłem uwagę na męża.
- Ale dla kogoś takiego jak Hope zażyłość mogła oznaczać coś zupełnie innego. Promocja jej książki sprawiła, że stała się znana milionom ludzi. Mogła wzbudzić wściekłość w każdym z nich. Nawet niemającą racjonalnego uzasadnienia. Może komuś niespodobała się jej dedykacja, jakieś określone sformułowanie czy występ w telewizji. Sława przypomina rozbieranie się w ciemnym teatrze, Milo. Nigdy nie wiesz, kto na ciebie patrzy.
Milczał przez kilka chwil.
- Cholera, dzięki za rozszerzenie listy podejrzanych do granic nieskończoności... A oto w zamian informacja, która nie pojawiła się w aktach: codziennie wieczorem wychodziła na kilkudziesięciominutowy spacer. Zawsze między dwudziestą drugą trzydzieści a dwudziestą trzecią. Zazwyczaj z psem, rottweilerem, ale tego wieczoru zwierzak miał jakieś problemy żołądkowe i był nawet u weterynarza. Ciekawy zbieg okoliczności, prawda?
- Podtruty?
- Skontaktowałem się dziś rano z weterynarzem, który oświadczył, że nie miał okazji dokładniej zająć się psem, bo ten rano czuł się już dobrze. Objawy wskazywały na zjedzenie czegoś, co po prostu mu zaszkodziło. Ale tłumaczył mi jednocześnie, że psy często wyjadają domowe odpadki i to może doprowadzić do takich efektów.
- I co dalej?
- Trudno powiedzieć. Teraz już za późno na jakiekolwiek badania. O tym także Paz i Fellows nawet nie pomyśleli.
- Zatrucie psa - rzekłem. - A więc zabójca musiał obserwować ją przez pewien czas i dokładnie poznać jej zwyczaje.
- Albo też był to ktoś, kto ją znał. Mąż pasowałby idealnie do zemsty o podłożu erotycznym. Małżonek, któremu zostały przyprawione rogi?
- Czy to mógł być on?
- Nie wiem. Ale należy rozpatrywać i taki wariant. A jeśli Seacrest był sprytniejszy i bardziej wyrachowany niż przeciętny zdradzany mąż, nie było lepszego rozwiązania niż upozorowanie ulicznej zbrodni.
- Ale mówimy przecież o profesorze historii, w średnim wieku, posiadającym nieskazitelną opinię. Nigdy nie przejawiał najmniejszych nawet skłonności do agresji.
- Zawsze może się zdarzyć ten pierwszy raz - stwierdził filozoficznie.
- Wiesz może, jak przyjął fakt, że nagle stała się sławna?
- Nie. Mówiłem już, że trudno nawiązać z nim współpracę.
- To mógł być punkt zapalny w ich stosunkach. On był starszy, miał zapewne większy dorobek naukowy i doświadczenie. Ale to ona wydała książkę, która stała się bestsellerem. Może nie mógł znieść, że wspomniała o jego osobie w telewizji, chociaż z tego, co zauważyłem, oglądając taśmy, wypowiadała się o nim dość ciepło.
- Tak - przyznał. - Mówiła: "Philip potrafi zrozumieć kobiece potrzeby, ale jest niewątpliwie wyjątkiem". Może traktowała go protekcjonalnie?
- Jeszcze jedno: nigdy nie słyszałem, by jakakolwiek feministka opłakiwała śmierć Hope lub zarzucała opieszałość w poszukiwaniach sprawcy jej zabójstwa. Może to dlatego, że nie należała do żadnej organizacji feministycznej. Nie było o tym wzmianki w jej życiorysie.
- To prawda - zgodził się Milo. - Samotny rewolwerowiec?
- Była członkiem rozmaitych komisji i towarzystw akademickich. Ale nie miała styczności z polityką. Mimo oczywistego wydźwięku swej książki. A wracając do jej życiorysu, jeszcze jedna rzecz zwróciła moją uwagę: zasiadała w czymś, co zwano Komisją Stosunków Interpersonalnych. Sądzę, że może to mieć coś wspólnego z molestowaniem seksualnym. Niewykluczone, iż zajmowała się rozpatrywaniem skarg studentów na kadrę, gdy w grę wchodziły tego typu zachowania, co również mogło stanowić kolejne źródło zadrażnień. Przecież w ten sposób była w stanie zniszczyć czyjeś życie.
- Stosunki interpersonalne. Jakoś umknęło to mojej uwagi.
- Na samym końcu była o tym tylko mała wzmianka.
- Dzięki, że zwróciłeś na to uwagę. Tak, niewątpliwie brzmi interesująco. Wyświadczysz mi przysługę i sprawdzisz to w miasteczku uniwersyteckim? Szef wydziału nie odpowiada na moje telefony od czasu naszej pierwszej rozmowy.
- Masz na myśli Eda Gabelle'a?
- Tak. Jaki on jest?
- Typowy polityk. Nie ma sprawy, sprawdzę to.
- Jeszcze raz dziękuję. Posłuchaj teraz, co mnie zaintrygowało. Chodzi o sprzeczność między tym, co napisała, a jej zachowaniem w telewizji. W poradniku, oczywiście upraszczając, uznała wszystkich facetów za męty, więc od razu narzuca się myśl, że nosiła w sobie głęboką nienawiść do nich. Ale w toku swych publicznych występów sprawiała wrażenie kobiety niemającej nic przeciwko przyzwoitym mężczyznom. Oczywiście uważa, że należy wyjaśnić sobie pewne kwestie, czasem jakby nas nawet nieco żałowała. Ale ogólny stosunek określiłbym jako dosyć przyjazny, Alex. Czuje się nieskrępowana wobec mężczyzn, może nawet i coś więcej. Moim zdaniem z zachowania przypomina panienkę, którą można zaliczyć już po kilku piwach.
- Raczej po kilku kieliszkach szampana.
- Zgadza się. Pasowałaby raczej do baru w hotelu Bel Air niż do podrzędnej knajpki, ale nie zmienia to faktu, że ten kontrast jest widoczny na pierwszy rzut oka. Przynajmniej dla mnie.
- Wiesz, to samo można by powiedzieć o jej życiorysie - dodałem. - Jego pierwsza część prezentowała niczym niewyróżniającego się naukowca, podczas gdy druga wyraźnie odnosiła się do gwiazdy. Człowiek ma wrażenie, że chodzi o dwie różne osoby.
- I jeszcze jedno: może nie jestem tu autorytetem, ale wydaje mi się, że usiłowała być seksowna. Uwodzicielska. Zwróciłeś uwagę, jak spoglądała w kamerę, jak się uśmiechała? W jaki sposób siedziała? Swym zachowaniem mówiła wiele, nie otwierając ust.
- Psychologowie potrafią to robić lepiej od innych.
- Widać, że ona była w tym naprawdę dobra.
- Tu się zgadzam, ale co wynika z tego, że chciała być seksowna?
- Zastanawiam się, czy należała do osób gotowych zaangażować się w coś niebezpiecznego... Nie bujam w przestworzach?
- Masz na myśli to, że oddzielała wyraźnie różne sfery własnego życia? Starała się ich nie łączyć i utrzymywała w tajemnicy.
- A takie tajemnice z czasem mogą stać się niebezpieczne. Z drugiej strony wszystkie te nasze rozważania mogą nie mieć nic wspólnego z zabójstwem. Przecież przyszły morderca, zobaczywszy ją, powiedzmy, w telewizji, mógł wyimaginować sobie, że Bóg każe mu ją zabić. Albo to jakiś psychopata rzucający się na blondynki, a ona znalazła się akurat w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Boże broń... W porządku, jeszcze raz dziękuję za czas, jaki mi poświęciłeś. Gdyby coś jeszcze przyszło ci do głowy, będę dziś pracować do późna.
- Spróbuję wyciągnąć coś od Eda Gabelle'a na temat komisji. Zadzwonię, jeśli to będzie coś naprawdę ciekawego.
- Już jest ciekawe - stwierdził i zaklął siarczyście.