CZĘŚĆ I
REKRUTER
Iwano-Frankiwsk Ukraina, 12 grudnia 2012, środa
Narodowy Uniwersytet Nafty i Gazu
Odłożył pióro i spojrzał na swoje ręce. Po raz pierwszy w życiu Sierhij
Zacharczenko widział, że jego dłonie drżą, wpadają w przedziwny
rezonans. Patrzył, jak owo drżenie przekazują nadgarstkom, dzielą się
nim z przedramionami i ramionami, jak bezwład opanowuje go i sięga wyżej
i wyżej, stając się coraz bardziej bolesnym -?a on nie jest w stanie
tego drżenia opanować. Obserwował to fascynujące zjawisko, oszołomiony i zaskoczony. Był chemikiem, naukowcem. Ba! Był, do kurwy nędzy, dziekanem
Wydziału Poszukiwań Geologicznych Iwanofrankiwskiego Narodowego
Uniwersytetu Nafty i Gazu -?ale, niestety, nie był lekarzem. Więc choć
czuł, że traci kontrolę nad swoim ciałem, że dzieje się coś
ostatecznego, nie wiedział, że właśnie umiera. Dopiero gdy upadł na
podłogę, jego mięśnie zwiotczały, przestały słuchać zaatakowanego przez
toksynę mózgu, a przeszywający ból w mostku napełnił Sierhija
Zacharczenkę strachem -?i to strachem, którego w ciągu całego swego
życia nigdy nie zaznał -?zrozumiał, jaki popełnił błąd. Tak, nigdy, ale
to przenigdy nie powinien kraść pomysłów swoim podwładnym -?myślał,
leżąc w kałuży tego, co wypływało z jego spodni. A już na pewno -?i była
to ostatnia myśl profesora Zacharczenki -?chwalić się tymi pomysłami
przed opiekunami ze Służby Bezpieczeństwa Ukrainy.
Dworzec autobusowy w Iwano-Frankiwsku był mały, schludny, w środku
świeżo odmalowany na biały kolor. Na ławkach, które bardziej pasowały do
pobliskiego parku niż do stacji tranzytowej, siedzieli nieliczni o tej
porze pasażerowie. Było dokładnie tak, jak miało być i jak opisała to w SWT, czyli Sytuacji Wywiadowczej Terenu. Jeszcze w Moskwie -?dzięki
wyszukiwarce Yandex.ru -?znalazła stronę internetową, na której mogła
zobaczyć rozkład dworcowych pomieszczeń.
Siedem kas biletowych, punkt apteczny, jakiś sklepik, no i pośrodku hali
mały, przeszklony kiosk. Mydło i powidło.
-?Pestki słonecznika na drogę? No jak, córcia? Kupujesz czy powietrze
zabierasz? -?Babka w sklepie najwyraźniej uważała się za królową dworca.
"Hafsa" wyglądała na co najmniej dziesięć lat mniej, niż miała w rzeczywistości. Określenie "córcia" z ust niewiele starszej kobiety
specjalnie jej nie zdziwiło. Dbała o formę, miała sportową sylwetkę,
mocne jędrne ciało, które zachwycało mężczyzn i którego nie były w stanie zamaskować nawet szare ciuchy. Wszystkie z sieciówek i bazarów.
Jedyne, z czego nie potrafiła zrezygnować podczas akcji, to buty.
Musiała mieć dobre, rozchodzone. Zawsze tej samej firmy. Popularnej
wśród podróżników i żołnierzy sił specjalnych.
Sprzedawczyni, wychylając się przez wąskie okienko kiosku, podejrzliwie
łypała na dziewczynę. -?A samogonczik, babko, macie? Tylko żeby jakiś
zababrany nie był.
Nie bała się, że kobiecina pozna ją po akcencie. Większość starszych
ludzi mówiła tu po rosyjsku. -?Widzicie, wódki jej się z rana zachciało
-?prychnęła obrażona sprzedawczyni. -?A idź ty tam -?pokazała na
zewnątrz -?tam ci armeńskiego koniaku do kurczaka dadzą, kulturnie. A u mnie to tłuszcz z niedźwiedzia albo borsuka... Dobry na płuca i korzonki.
A i rany się lepiej goją. Ból miesięczny odchodzi jak razputica w kwietniu... -?zachwalała.
"Hafsa" dotknęła miejsca, które kiedyś rozszarpała kula afgańskich
rebeliantów.
-?Ból ustępuje? To dajcie ten z niedźwiedzia.
Jeszcze raz rzuciła okiem na wejście. Sklepik okazał się doskonałym
punktem zakrytej obserwacji. Była czysta -?po wyjściu z gabinetu
Zacharczenki nikt jej nie śledził. I najważniejsze, że ani przez chwilę
nie poczuła... no, właśnie -?tego, co czuła, kiedy zaczynały się kłopoty.
"Hafsa" poznała siebie na tyle, że wiedziała, iż w trakcie akcji poza
okrucieństwem składa się jeszcze tylko ze skoncentrowanej intuicji. Tę
cechę swojego charakteru odkryła 15 lutego 1989 roku. W telewizji
pokazywali, jak generał Borys Gromow idzie przez oddzielający Afganistan
od radzieckiego Uzbekistanu most Przyjaźni. Ostatni radziecki żołnierz.
Ale żeby Borys Wsiewołodowicz mógł w blasku fleszy błyszczeć orderami,
musiał być z tyłu ktoś taki jak ona. Kobieta snajper. Wtedy najmłodsza i najlepsza w Specnazie. Okrutna czeczeńska marza -?wilczyca.
-?Kiedyś, córcia, tego nie było -?babka wyrwała ją z odrętwienia.
Kiwnięciem głowy wskazała na ciemny kąt dworca. "Hafsa" dostrzegła tam
młodego złodzieja, który bez żenady wyciągał portfel z torby starszej
pasażerki. Chłopak mógł mieć z siedemnaście lat. Czoło zakrywała mu
przekrzywiona "kiedyś biała" czapka. Od brudnego materiału odcinał się
wielki czerwony Miszka. Maskotka igrzysk w Moskwie. Złodziej specjalnie
się nie krył.
-?Widzisz to? Co za czasy! Kiedyś za Sowka1 to o tej porze
złodzieje jeździli do Odessy na wczasy. Poważnie mówię. Nikt nie kradł.
Za to latem wory wybierali Krym -?sprzedawczyni rozmarzyła się na
sekundę -?i kroili urlopowiczów na potęgę. A teraz to nawet milicja
kradnie przez okrąglutki rok. Ja im płacę krysze za mój kiosk w każdy
piątek -?babka splunęła i znów schowała się za szybką.
"Hafsa" wolała nie przyglądać się złodziejowi. Nie chciała ściągnąć jego
wzroku. I kłopotów.
Moskwa, tego samego dnia
Ulica Bolszaja Dmitrowka, restauracja Barbarzyńca
Restauracja Anatolija Kroma nie była ani najdroższym, ani nawet
najpopularniejszym lokalem w Moskwie. Nie należała też do tych kilku
stołecznych gastronomicznych świątyń -?jak choćby A.V.E.N.U.E w Barwisze
-?gdzie obowiązkowo trzeba się było pokazać. W odróżnieniu od
A.V.E.N.U.E w restauracji u Kroma nie bywały gwiazdki pop, gitarzyści
zespołu Lube, naćpani prezenterzy czy cichodajki z ambicjami, które za
torebkę od Louis Vuittona z krasnogorskiego Crocusa gotowe były oddać
marzenia o kniaziu Iwanie. W bonusie z cnotą i trójkącikiem z najlepszą
koleżanką z podwórka.
Generał major Igor Dimitrijewicz Sergun był zastępcą szefa GRU.
Odpowiadał za sprawy operacyjne i cały ten moskiewski cyrk miał głęboko
w dupie. Zorganizował striełkę, czyli spotkanie w celu rozwiązania
problemów, w Barbarzyńcy, bo lubił widok na Moskwę. Cenił szlaban przy
wjeździe do restauracji i fakt, że Anatolij Krom był tak samo dyskretny
przy stoliku, jak perfekcyjny w kuchni. Dzisiaj generał nie tylko
zarezerwował całą salę, ale także poprosił Anatolija o opróżnienie
budynku. Krom bez zbędnych pytań wyprosił gości z restauracji, a pracowników zwolnił do domów. Pozwolił również, by na godzinę przed
striełką ludzie generała przeczesali cały lokal. Na koniec, już bez
pytania, mężczyźni w kiepskich garniturach założyli na szybach
restauracji specjalne dudniki uniemożliwiające laserowy podsłuch z sąsiednich budynków.
Powód tych wszystkich zabiegów siedział przed generałem: Władimir
Iwanowicz Rybkin, szef RusGazu. Zamyślony pięćdziesięcioletni mężczyzna
w marynarce i delikatnym, kremowym golfie, które pewnie kosztowały
więcej niż samochód generała. Teraz Władimir Iwanowicz zerkał na ekran
smartfona. Najwyraźniej delikatność i finezja leżących na talerzach
policzków cielęcych, emulsji z niedźwiedziego czosnku i zielonych
migdałów czy nawet sorbetu z zielonego ogórka i piany z kefiru
kompletnie nie robiła na prezesie wrażenia. Wyciągnął za to w kierunku
Serguna telefon i popukał palcem w wyświetlacz.
-?Czytałeś Prime? -?Rybkin spojrzał wilkiem znad aparatu.
Prime to największa rosyjska agencja informacji gospodarczej. Generał
wiedział, o której depeszy mówi jego gość. Prezenterzy Wiedmosti
powtarzali ją od samego świtu. W każdym serwisie słychać było ten sam
tekst:
Czterysta dziewięćdziesiąt pięć miliardów metrów sześciennych, a za rok
sporo ponad pięćset miliardów. Nasz rosyjski Gaztrans jest od dziś
największą publiczną spółką na świecie!!! Kontroluje szesnaście procent
udokumentowanych rezerw gazu od Kamczatki do Anchorage. Zatrudnia
czterysta czterdzieści pięć tysięcy osób. Wyprzedziliśmy PetroChina,
Essona i Microtech. Koncernowi udało się osiągnąć doskonałe wyniki
zarówno w sferze wydobycia, jak i poszerzania rynków zbytu. Jak
oświadczył na dzisiejszej konferencji prasowej prezes zarządu Aleksiej
Muller, sukces firmy nie byłby możliwy bez wzorowej współpracy z Radą
Ministrów. Ale dla niego -?dodał prezes Muller -?najważniejsze były
osobiste wskazówki i uważne rady samego prezydenta Federacji.
To jednak nie koniec dobrych informacji dla prezesa, zarządu i rady
nadzorczej. Dzisiaj rano sąd zakończył spór RusGazu i Gaztransu o dostęp
do infrastruktury tego drugiego dla konkurencyjnych projektów gazowych
na wyspie Sachalin. Sąd arbitrażowy orzekł, że rury projektu Gaztransu
Sachalin 2 nie zostaną udostępnione dla projektu Sachalin 1 należącego
do RusGazu. To może zachwiać pozycją prezesa Rybkina, o którego dymisji
mówi się w Moskwie już od kilku tygodni.
Sprawie przygląda się nadal Federalna Agencja Antymonopolowa, aby
ustalić, czy korzystna dla Gaztransu i prezesa Mullera blokada rur jest
zgodna z prawem o wolnej konkurencji.
Sądząc jednak po wypowiedzi prezydenta Władimira Władimirowicza, który
skomentował świetne wyniki Gaztransu słowami Nikity Siergiejewicza
Chruszczowa: "Dognat i pieriegnat Amieriku", co dzisiaj, dzięki
Gaztransowi, wreszcie się udało! -?to prezes Muller może być spokojny o przyszłość projektu Sachalin 2. Ale prezes Muller może przede wszystkim
być spokojny o swoje osobiste perspektywy na fotelu najpotężniejszego
biznesmena świata.
Dlatego Wowa Rybkin, który nienawidził Mullera uczuciem równie czystym,
co potężnym, siedział, jakby mu ktoś kawior wysmarował musztardą.
Generała majora nawet to bawiło.
-?A to prawda, że Muller i Gaztrans wreszcie zwodowali największy statek
do przewozu skroplonego gazu... -?Sergun udał gwałtowny atak sklerozy. -
Wowa, bądź tak łaskaw, przypomnij, jak się nazywa ten lewiatan?
-?"Wielki Jenisej" się nazywa...
-?Ponad sto siedemdziesiąt tysięcy metrów sześciennych w ładowniach. Nu,
ładno! Gaztrans rządzi! Muller zuch!
Rybkin wzdrygnął się po ostatnich słowach Serguna.
-?Wiesz, generale, co to dla mnie oznacza?
-?No co, Wowa?
-?Kłopoty. Bo jak w telewizji cały czas mówią o Gaztransie i pokazują
parazita Mullera, to ktoś sobie pomyśli: wot mołodiec Muller. A ten
Rybkin? Cicho o nim. Musi nieudacznik jakiś! To po co nam taki
nieudacznik. Na pysk z nim.
-?Mówią, bo coś mówić muszą. Jutro przestaną.
-?Nieprawda. Widać, że Władimir Władimirowicz dał Mullerowi pilota do
wszystkich mediów. Promują go. Jeszcze miesiąc, góra dwa i nawet moi
podwładni będą chodzić do Gaztransu po awanse. Z donosami na mnie w prezencie.
Rybkin przysunął sobie salaterkę z sorbetem. Nie zaczął jeść, tylko
nerwowo dziobał łyżką.
-?Nie będą nawet czekać, aż dostanę kopa w dupę -?uświadomił sobie i jeszcze bardziej się skrzywił.
Wpatrywał się w topniejącą lodową maź. Wyglądał, jakby chciał wyczytać w niej swoją przyszłość. -?Nie przesadzaj. "Głównodowodzący" lubi, jak
władza stoi na dwóch nogach. Gaztrans mu rośnie jak na drożdżach, ale
nie będzie się pozbywał RusGazu. Boh trojcu lubit, ale nasz car dwójkę
woli.
I co z tego? -?pomyślał Rybkin. -?Odstawi mnie na boczny tor bez
mrugnięcia okiem. Potem wymieni na nowszy model.
Ta myśl nie poprawiła mu humoru. Zamieszał łyżeczką zieloną maź, która
powstała w czarce w miejsce ogórkowego deseru. Po dłuższej chwili
odezwał się:
-?Wiesz, że twój serdeczny nieprzyjaciel Borotnikow biesiadował z Iwankowem? W Soczi. Dwa tygodnie temu byli w ośrodku olimpijskim
Gaztransu. Obaj panowie dostali osobiste zaproszenie od Mullera.
Rybkin spode łba obserwował reakcję generała.
Sergun czuł do dwóch wymienionych dokładnie to samo co jego rozmówca do
Mullera. Iwankow był wpływowym szefem prezydenckiej administracji.
Bortnikow szefował FSB. Od dłuższego czasu ten drugi starał się na
Kremlu zablokować rosnące wpływy Serguna.
-?Bardzo nie chcieli, żeby ich widziano. -?Rybkin uznał, że może
kontynuować. -?Na szczęście są jeszcze dobrzy ludzie.
Szef RusGazu pokazał generałowi ekran smartfona i zdjęcie zrobione w Soczi. Widać na nim było trzech mężczyzn w kombinezonach narciarskich na
jednym ze stoków kurortu Roza Chutor w rejonie Krasnej Polany. Iwankow,
Borotnikow, Muller.
-?Ciekawe, prawda? Sporo za tę fotografię zapłaciłem.
Rybkin po raz kolejny się mylił. Sądził, że zaskoczy generała. Tymczasem
Sergun doskonale wiedział o tym spotkaniu. I to zanim do niego doszło.
Dlatego jego agent pojawił się na stoku. Sfotografował trójkę
"czynowników" i zgodnie z rozkazem Serguna przekazał fotografię
Rybkinowi. Generał nie miał tylko pojęcia, że przy okazji agent dorobił
sobie do pensji.
-?Co ty powiesz, Wowa! -?Generał udał zdziwienie, przyglądając się
zdjęciu, a Rybkin poczuł się pewniej.
-?Pomyślałem, że może cię to zainteresuje. Moglibyśmy połączyć siły,
generale, i...
-?...I obaj pójść na dno?
Sergun dobrze się bawił. Chciał, żeby prezes jeszcze się podenerwował.
Powinien dojrzeć do propozycji, którą mu za chwilę złoży.
I rzeczywiście tak się stało. Prezes poczerwieniał.
-?Jeśli przewidywane zyski Gaztransu okażą się zgodne z raportami i analizami, to za dwa lata Muller, Borotnikow i Iwankow będą mieli
środki, żeby kupić sobie wszystko. Rozumiesz? Wszystko! Łącznie z prezydentem, premierem i Radą Najwyższą. I sprzedać wszystko, łącznie z tobą i ze mną. I nikt im w tych transakcjach nie przeszkodzi. Ani w Rosji, ani w Europie. Nawet nie będą się musieli pytać o zdanie tego
małego petersburskiego pidora.
Obrażanie prezydenta nie było dobrym sposobem na utrzymanie stołka w Moskwie. Rybkin był najwyraźniej zdesperowany.
-?Uważaj, Wowa. Ja cię lubię, ale palniesz kiedyś taką głupotę przy
żonie i źle się skończy. Doniesie komu trzeba i zabiorą ci kluczyki do
samolotu -?zaśmiał się Sergun.
Cała sytuacja coraz bardziej go bawiła. Biznesmen nawet się nie
domyślał, że jego ostatnie problemy to również zasługa generała. Sergun
od kilku miesięcy odcinał szefa RusGazu od wpływów na Kremlu. Było mu to
potrzebne do zrealizowania planu. Chciał, żeby Rybkin zmiękł przed
dzisiejszą, decydującą rozmową.
Prezes nie dawał za wygraną. Rzeczywiście stawiał wszystko na jedną
kartę.
-?Boisz się, generale? A może wreszcie zaczniesz działać? Bo jak dłużej
będziesz zwlekał... to Borotnikow cię w końcu załatwi.
-?Mówisz, że się boję? Mój drogi... Strach jest jak... jak... -?Sergun szukał
odpowiedniego słowa -?jak kręgi na wodzie. Pieniądze i wiedza, mój drogi
Wowa, to z kolei kamienie. Wrzucisz je do jeziora, pojawią się kręgi.
Wywołasz strach, ludzie będą się ciebie słuchać.
-?Pieniądze i wiedza... -?Prezes nie bardzo wiedział, o czym generał mówi.
-?Dokładnie tak! Nawet car boi się takiego połączenia. Ja mam wiedzę, ty
masz pieniądze, czego mielibyśmy się bać?
-?Pewnie. Tylko Muller ma więcej pieniędzy niż ja. A Bortnikow ma więcej
wiedzy niż... -?Rybkin, zacząwszy to zdanie, zaraz się zreflektował. -?Ale
dlaczego mówisz, generale, że ja mam pieniądze? RusGaz ma. Ja nimi tylko
zarządzam!
Sergun uśmiechnął się złośliwie. "Raspił babła", czyli rozpruwanie
państwowej kasy, było na szczytach kremlowskiej władzy tak powszechne,
tak akceptowane i tak oczywiste jak oddychanie. Rybkin mógł sobie
darować faryzejskie teksty. Postanowił się z nim trochę podrażnić.
-?Masz rację Wowa. W porównaniu z pieniędzmi RusGazu te miliony euro,
którymi obraca fundusz z Lozanny, a które pozwalają twojej pięknej córce
opłacać czesne w Cambridge, czy miliony wycofane z funduszu hedgingowego
Galleon Group, które zaparkowano w Szwajcarii, nie mówiąc o firmach i inwestycjach w Azji albo, popraw, jeśli się mylę, konta w rajach
podatkowych na Wyspach Zawietrznych, tak, w porównaniu z pieniędzmi
RusGazu to wszystko są kopiejki.
Rybkin zbladł, opanował się i nie wytarł nagle zapoconego czoła. Już
wiedział, jak czuje się kaczka na polowaniu.
-?Spokojnie. Nie denerwuj się -?kontynuował generał. -?Mnie twoje
kopiejki nie interesują. Jeśli się dogadamy, to nie tylko pozbędziesz
się kłopotów, ale i rubelka podniesiesz. I to nie jednego.
Chwilę milczeli. Pauza była potrzebna, żeby szef RusGazu przemyślał
swoją nową sytuację. -?No dobrze, powiedz, jaki masz plan. -?Rybkin
odłożył sorbet i sięgnął po zmrożoną butelkę wódki.
-?Chwila, chwila... Żeby zrozumieć, musisz pomyśleć szerzej. Jeśli obalisz
szefa Gaztransu, a ja pozbędę się Borotnikowa, to Władimir Władimirowicz
zaraz znajdzie ich następców. I po chwili będziemy mieli kolejny
problem. Zamiast półśrodków musimy razem zmienić reguły tej gry.
-?Ale jak?
Sergun wygodniej się rozsiadł.
-?Na razie, drogi Wowa, zanim wytłumaczę ci swój plan, będziesz musiał
mi zaufać i głębiej sięgnąć do kieszeni. -?Podstawił rozmówcy swój
kieliszek.
-?Tylko się nie denerwuj -?dodał szybko, widząc skrzywioną minę Rybkina.
-?Chodzi o kieszeń RusGazu. Nie o twoją.
Poczuł w gardle ostry piołun alkoholu. Powąchał chleb. Widział, że
Rybkin właściwie już podjął decyzję. Wystarczył ostateczny argument.
-?Tylko pamiętaj, Wowa: jest szansa na naprawdę duże pieniądze.
-?Jak duże? -?Rybkin oblizał wargi.
-?A który kraj chciałbyś sobie kupić, Wowa?
W restauracji zapadła cisza. Rybkin znów rozlał wódkę. Wypili. Umowa
została zawarta. Teraz przyszedł czas na przedstawienie planu.
Iwano-Frankiwsk, 13 grudnia 2012, czwartek
Plac Dworcowy
"Hafsa" przeszła kilkaset metrów ulicą Główną w kierunku bulwaru
Czkałowa. Na przystanku wsiadła w trolejbus linii 3A. Ruszyła w stronę
prospektu Gagarina. Trolejbus szarpał i podskakiwał na wyszczerbionej
kostce. Jeszcze siedemnaście minut i powinna być na dworcu. Jechali w niskim kanionie dwupiętrowych domów, ulicą wąską, przysadzistą, która
nijak nie przypominała szerokich arterii Moskwy.
3A zaparkował w brudnym śniegu, a ludzie z tobołami pakowali się do
ciepłej przystani dworca. "Hafsa" spojrzała na tani zegarek. Sekretarka
Zacharczenki właśnie w tym momencie powinna wieszać płaszcz w gabinecie.
Dopiero po następnych piętnastu minutach wejdzie podlać kwiatki. Wtedy
zobaczy ciało. Miała czas... Nasunęła chustę na czoło, owinęła się
szalikiem i jak zmęczona urzędniczka niższej rangi z komandirowką w kieszeni ruszyła na dworcowy peron. Była 8:35.
Dokładnie tak, jak przewidziała, na dworzec wjeżdżała właśnie
elektriczka do Oknicy. Sprawdziła kieszeń płaszcza -?odliczone sto
hrywien dla prowidnyka czekało na swoim miejscu. Nikt mnie nie
zapamięta. A nawet jakby, to co z tego? Który z prowidnyków przyzna się
SBU, że dostał wziątkę za plackartę? Za dwie godziny z hakiem będę już w bezpiecznym lokalu w Kiszyniowie.
Na peronie minęła baby z garnkami i torbami. Zapachniało jej warenikami.
Dopiero teraz dopadł ją głód. Dała dziesięć hrywien, zabrała paczuszkę i od razu poczuła przypływ energii.
Postanowiła, że z wykonaniem następnych zleceń generała Serguna nie
będzie czekała.
Jakbym zawsze słuchała rozkazów mądrali z Akwarium, leżałabym martwa w górach Afganistanu.
Odruchowo dotknęła miejsca, gdzie afgańska kula wyszarpała jej kawał
mięśnia. Boli. Trzeba będzie posmarować sadłem niedźwiedzia.
Pieprzeni generałowie, nigdy nie pobrudzili sobie pagonów -?pomyślała. -
Ich nic nie boli. Chyba że łeb na kacu.
Wsiadła do wagonu. Na kolanach rozłożyła wareniki -?takie jakie lubiła
najbardziej: z nadzieniem pełnym skwarek. Zaczęła jeść.
Z następnym celem nie powinno być więcej kłopotów niż z tym zboczonym
pijaczyną, profesorkiem z Iwano-Frankiwska -?pomyślała, zajadając się
pierogami. -?Łatwizna. Naukowcy. Załatwimy to bezboleśnie i szybko. Mam
w dupie, co mówi Akwarium.
Gruzja, maj 2013
Port Poti, misja OBWE
Robert Rapacki otworzył oczy. Był w gruzińskim porcie w Poti, niedaleko
granicy z Abchazją. Czuł, że cały drży. Leżał spocony na twardym łóżku,
a w uszach słyszał warkot rotorów śmigłowca MEDEVAC-u. Skulił się na
łóżku, schował w mokrym śpiworze i powoli przyzwyczajał do myśli, że nie
jest już w bazie pod Kabulem. Rana na skroni piekła, a śmigłowiec
oddalał się wraz ze snem. Ciemność przerażała.
Wymacał na szafce papierosy. Obok leżało jego ulubione zippo z wygrawerowanym polskim orłem. Z krzesła ściągnął kurtkę. Cicho, tak by
nie obudzić śpiącego na pryczy żołnierza, wyszedł na zewnątrz kontenera.
Na wodach Morza Czarnego księżyc kreślił jasną przesiekę. Port w Poti -
tak jak Rapacki -?właśnie budził się ze snu. Noc na gruzińskim wybrzeżu
była wyjątkowo chłodna. Słony, wilgotny zapach bijący od morza
przywracał jednak trzeźwość, dodawał mu sił. Może uda się przetrwać
jeszcze te parę godzin. Wyciągnął papierosa i dłuższą chwilę próbował go
zapalić. Chybotliwy ognik, drżenie ust. Czuł, że wszystko powraca.
Papieros zgasł.
-?Zły sen? -?W ciemności pojawiła się przed nim ręka z zapalniczką. Obok
stał gruziński żołnierz.
-?Sen jest dobry. To rzeczywistość jest zła -?odpowiedział.
Zarzucił na siebie wojskową kurtkę z niewielką szarą kotwicą Polski
Walczącej. Zaciągnął się dymem. Spokój. Znów był żołnierzem.
Lozanna, Szwajcaria, 10 stycznia 2013, czwartek
Prezes Rybkin stał chwilę przed budynkiem, jakby rozważał, czy ruszyć
przed siebie, czy też może dać sobie szansę i zawrócić, kiedy jeszcze
można. Był rozdarty. Pójść na wojnę z Kremlem? Zaryzykować wszystko,
próbując oszukać prezydenta? Poddać się?! Im dłużej o tym myślał, tym
większego nabierał przekonania, że plan Serguna może wypalić. Generał
nie chciał mu na razie zdradzać wszystkich szczegółów. Właściwie ledwie
podał nutę, ale Rybkin i tak wyczuł melodię. Szef RusGazu miał wiele
wad, ale pieniądze potrafił wywęszyć nawet spod ziemi.
Rybkin przygotował więc listę, schował ją do firmowego nesesera, zamknął
szyfrowy zamek i uruchomił ukryty w środku ładunek miotający. Po szybkim
rajdzie przez miasto, jechał w końcu na sygnale, dotarł na lotnisko
Szeremietiewo. Po trzech godzinach wylądował w Genewie. Na lotnisku
Cointrin przesiadł się do śmigłowca AS-355 podstawionego przez firmę
HeliLausanne i w końcu znalazł się u celu.
Teraz stał, wpatrywał się w budynek i nie był w stanie zrobić kroku.
Wiedział, że właśnie od tego jednego kroku będą zależeć jego dalsze
losy. Mógł się poddać, odejść z RusGazu. Wyjechać z Moskwy i uciec na
słoneczne plaże Wysp Zawietrznych. Miał tam wystarczająco dużo
pieniędzy. Ale to oznaczało, że przez całe swoje dalsze życie -?aż po
jego ostateczny kres -?będzie musiał każdego dnia oglądać się za siebie.
Zapomnieć o władzy i lubiących władzę kobietach wydawało się mniej
ważne; przede wszystkim przyjdzie mu już zawsze bardzo, bardzo mocno się
modlić, żeby w Moskwie w końcu o nim zapomniano. A to było niestety
niemożliwe. Za dużo w tym mieście przeżył i za dużo widział.
Rozwiązaniem była więc oferta generała. Ryzykowna, niebezpieczna, ale
jedyna.
-?Job twoju -?przeklął. -?Kto nie ryzykuje, kawioru nie je.
Przetarł rękawem spierzchnięte usta. Czuł się, jakby zaraz z Alp w stronę Jeziora Genewskiego miał zejść ciepły i suchy fen, który zawsze
odbiera dech i wyzwala w dolinach szaleństwo.
Zrobił krok, drugi, trzeci... Wszedł do lobby, pokazał tytanową kartę
bankową, a portier przywołał windę. Wjechał na górę. Ściany w pokoju
gościnnym pokrywała boazeria z drewna kauri. Władimir poczuł, jakby
znalazł się w środku orzecha, choć gruby burgundowy dywan, rząd
portretów ojców założycieli i rzeźba Mitoraja w rogu westybulu
krzyczały: trafiłeś do miejsca, gdzie rodzą się pieniądze. Jego prywatny
bankier czekał przy drzwiach i wyglądał jak kolejny eksponat w tej
bardzo drogiej ekspozycji.
-?Priviet, Władimir -?usłyszał.
-?Ça me fait plaisir de te voir, Peter -?odpowiedział i uścisnął
wypielęgnowaną dłoń doradcy klientów VIP. -?Mam wrażenie, stary
przyjacielu, że dziś zrobimy interes życia.
Peter Fogel mógł mieć koło pięćdziesięciu pięciu lat. Był mistrzem w pomnażaniu kapitału. Ale był też sierotą po niemieckojęzycznych
rodzicach, wychowywał się w jednym z niesławnych kinderheim,
kalwińskich domów dziecka, z których co najmniej do połowy lat
pięćdziesiątych wynajmowano rolnikom dzieci jako tanich pracowników
okolicznych farm. Dla Petera ten skandal był starannie przemilczanym
wspomnieniem. On trafił do kinderheim w Neuchâtel.
Gdy już go skończył, Foglem zaopiekowała się starsza nauczycielka
francuskiego. Tak go polubiła, że postanowiła usynowić chłopaka.
Opłaciła Peterowi studia na wydziale zarządzania Uniwersytetu w Genewie,
a później poleciła przyjacielowi rodziny. Mężczyzna od 1938 roku
kierował dyskretną instytucją finansową z siedzibą w Lozannie.
Global Private Found. Podczas wojny firma wzbogaciła się na żydowskich
depozytach składanych przez zdesperowanych uciekinierów z Pragi,
Warszawy, Wiednia. Później doszły fundusze ich nazistowskich morderców,
którzy uciekali w te same rejony -?do Argentyny czy Paragwaju. Peter
Fogel swoją karierę w Global Private Found zaczął pod koniec lat
osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Początkowo nie działo się wiele. Aż
pewnego dnia runął berliński mur.
I wtedy pojawił się tu po raz pierwszy Wowa Rybkin.
Żeby przekroczyć próg budynku, musiał się wykazać majątkiem wysokości co
najmniej pięciu milionów franków szwajcarskich. W kraciastych walizkach,
wypożyczonych z magazynu Kisłowodzkiego Kombinatu Metalurgicznego,
którym Rybkin na początku szalonych lat dziewięćdziesiątych kierował,
przywiózł je prosto na kanapę w Lozannie. Wysypał i dumny spoglądał na
zaskoczoną twarz szwajcarskiego bankiera.
Kiedy bankier Peter Fogel wreszcie przestał się śmiać, wygłosił długie
oświadczenie: -?Dokonanie przelewu z konta w Rosji na własny rachunek
zagraniczny w Szwajcarii jest z punktu widzenia rosyjskiego prawa
operacją nielegalną, drogi towarzyszu Rybkinie. Grozi za nią umowna kara
w wysokości trzech czwartych sumy operacji. Aby uzyskać prawo do
dokonywania takich przelewów, trzeba mieszkać poza granicami Rosji w okresie dłuższym niż sześć miesięcy w ciągu roku i tam prowadzić
działalność gospodarczą. Stwarza to jednak poważne problemy, gdy chodzi
o płacenie podatków w Rosji...
Rosjanin obrażony zaczął zgarniać gotówkę z powrotem do walizki (Nie
chcesz moich pieniędzy, to nie -?myślał wkurzony), ale Peter Fogel był
szybszy, położył rękę na pieniądzach i szybko dodał:
-?Proszę się tym jednak nie przejmować. Przecież pan nie dokonuje
przelewu, tylko wpłaca gotówkę, więc problemu nie ma. Witam pana w gronie klientów Global Private Found!
Od tej chwili Szwajcar był mu bliższy niż żona czy kochanka. Inwestował
jego pieniądze i nigdy się nie mylił. Nigdy. Usiedli.
Zaczął Fogel.
-?Dawno się nie widzieliśmy, Władimirze. Co u Nastazji?
-?Kocham ją i dzieci, ale ostatnio jest po prostu nieznośna. Czasami
myślę sobie, że już wolę żonę... -?roześmiał się.
Przez chwilę wymieniali niezobowiązujące uwagi. W końcu Fogel
spoważniał.
-?Co to za interes życia? Co cię sprowadza, Wlad?
Rybkin położył neseser na kolanach, dezaktywował ładunek i otworzył
zamki. Wyjął cztery kartki. Rozłożył je na stole jak karty w pasjansie.
Odkrył pierwszą.
-?Tu masz listę firm, które w najbliższych miesiącach zostaną przejęte
przez RusGaz. W większości wypadków do pełnej kontroli zabraknie
RusGazowi od jednego do kilku procent. Chcę, żebyś wystawił jakiegoś
zająca, który za moje prywatne pieniądze przejmie w tym samym czasie
resztę akcji. Ma to zrobić tak, żebym wraz z akcjami skupionymi przez
RusGaz miał większość podczas Zgromadzeń Wspólników...
I żebyś mógł w wyznaczonym przez siebie czasie zmienić zarządy tych firm
-?dopowiedział w myślach zaciekawiony Fogel.
-?Podmiot, który dokona tej akwizycji, ma być koszerny i nie może budzić
podejrzeń -?kontynuował Rybkin. -?Żadnych lewych funduszy z Cypru, Czech
czy Wenezueli.
Fogel podrapał się po głowie.
-?Szwajcarski Bank Inwestycyjny?
-?Może być -?zgodził się Rosjanin.
-?Nie będzie sprzeciwów podczas przejęć?
-?Nie z mojej strony -?warknął Rybkin. -?Masz sobie poradzić. -?Rosjanin
odsłonił bankierowi drugą kartkę. -?Tu są firmy z tej samej branży, do
których nie mam podejścia przez giełdę. Przedsiębiorstwa rodzinne albo
spółki kontrolowane przez państwo. Skorzystaj z tej samej firmy co
zwykle i naciśnij na zarządy oraz właścicieli. Obiecaj im, co chcą, a ja
im to dam. To ważne.
Peter Fogel kiwnął twierdząco głową.
-?A ta trzecia lista?
Rybkin odsłonił kartkę i nie wypuszczając jej z ręki, przytrzymał przed
twarzą Fogla. Była na niej wypisana nazwa tylko jednej jedynej firmy.
Trzymał ją przed oczami bankiera przez dłuższą chwilę, aż ten odwrócił
od kartki wzrok.
-?Zapamiętałeś? -?zapytał w końcu.
Fogel znów kiwnął głową.
-?Ta firma będzie się zgłaszała do różnych banków o kredytowanie swoich
inwestycji. Normalnie na kopach wylecieliby po pierwszej prośbie o pieniądze. Bida z nędzą i absolutny brak płynności w księgach. Ale ty
załatwisz, żeby ich prośby były rozpatrywane pozytywnie. Jeśli zechcą
dolara, mają go dostać. Będą chcieli milion, tym lepiej. Poproszą o więcej, też im to załatw. Masz tutaj specjalne pełnomocnictwo wydane
przez RusGaz Bank. -?Odsłonił ostatnią kartę i podał ją bankierowi.
RusGaz Bank teoretycznie był niezależną instytucją, ale w pełni
kontrolowaną przez państwowe przedsiębiorstwo, którym kierował Rybkin.
-?Dokumenty zabezpieczające transakcje mają być wystawione na ciebie
jako reprezentanta RusGaz Banku. A ty wypiszesz mi w imieniu Global
Private Found weksel jako zabezpieczenie. Czy to oznacza dla ciebie
jakiś problem?
-?Zależy, jaka będzie prowizja...
Rybkin na odwrocie pełnomocnictwa wypisał sumę i złożył podpis. Fogel
musiał przez chwilę liczyć zera -?tak dużo ich było.
-?Masz być w bankach dzień przed nimi. Tak żeby delegacja firmy, której
nazwę zapamiętałeś, nigdy nie spotkała się z problemami. Czy to jasne?
Fogel kiwnął głową.
Rybkin po raz pierwszy od rozmowy z generałem Sergunem pozwolił sobie na
coś, co przypominało uśmiech. Jeśli chodzi o pieniądze, Peter Fogel się
nie mylił. Nigdy. I dlatego wart był czeku z długim rzędem zer.
Warszawa, 22 sierpnia 2013, wtorek
Siedziba Służby Wywiadu Wojskowego
Mężczyzna w zielonym mundurze nerwowo chodził po skromnie umeblowanym
służbowym pokoju. Pięć kroków w kierunku okna, spojrzenie na
dziedziniec, małe staccato wybijane paznokciami na zabezpieczonej przed
laserowym podsłuchem szybie niczym na fortepianie, obrót, pięć kroków w kierunku biurka i staccato na dokumentach, które spoczywały w teczce z napisem "Tajne".
Mężczyzna w zielonym mundurze usiadł i jeszcze raz zaczął czytać.
Popatrzył na sygnaturę autora -?literki NS i numer służbowy: 007.
Zaśmiał się, ale po chwili śmiech przeszedł w długi atak kaszlu. W końcu
opanował się i ciężko oddychając, popatrzył przez okno na szary
dziedziniec. Ile to już lat? Znał na tym dziedzińcu każde pęknięcie,
każdy ubytek, każdy nit na rynnie. Z tą myślą wrócił do przerwanej
lektury.
Notatka służbowa 985734/2013
Sporządził: NS007
Liczba egzemplarzy: 3
Klauzula tajności: Tajne
-
Fakty: Od lutego do sierpnia 2013 w sposób nagły zmarło co najmniej
pięciu chemików z firm i instytutów zaangażowanych w programy
zbrojeniowe, badania nad paliwem rakietowym i prace nad zaawansowanymi
systemami chemicznego szczelinowania przy wydobyciu gazu łupkowego oraz
magazynowania chemikaliów.
Źródła: Na stronie amerykańskiego towarzystwa chemicznego ukazał się
przed tygodniem artykuł poświęcony pamięci doktora Istvana Raynala,
który pracował dla Rapid Chemicals w Chicago. Firma zajmowała się
produkcją i utylizacją płynów do szczelinowania łupkowego najpierw dla
Atlas Energy, a po jej przejęciu dla Chevronu. Doktor Raynal znany był
ze swoich wcześniejszych prac dla amerykańskich koncernów rakietowych.
Opracował paliwo stałe do pocisków rakietowych RIM-161 Standard Missile
3 Block IA. W artykule padło zdanie, że to czarna seria. Autor wymienia,
że w ostatnim miesiącu zmarł przyjaciel Raynala -?profesor Instytutu
Chemicznego w Kopenhadze Anders Mose Stahel.
Według danych systemu wywiadowczego zainteresowania NATO doktor Stahel w latach 1994-2004 pracował dla koncernu zbrojeniowego Konsberg. Opracował
tam materiały kompozytowe, które mają zdolność absorbowania wiązek
radarowych w rakietach NSM.
Współpracował również przy norweskim programie magazynowania gazu.
W naszym zintegrowanym systemie Mnemos znajduje się też informacja o kolejnym zgonie.
Według raportu osobowego źródła informacji "Barabasz-156" (raport
DJ-2987 zarejestrowany w archiwum wydzielonym 18 grudnia 2012 roku) w Iwano-Frankiwsku zmarł Sierhij Zacharczenko, dziekan miejscowego
Uniwersytetu Nafty i Gazu. W swoich wcześniejszych raportach (numery
rejestracyjne DJ 0934 do DJ 6543) osobowe źródło informacji
"Barabasz-156" nigdy nie informowało o powiązaniach zmarłego z ukraińskim sektorem militarnym.
Po dokładnej kwerendzie branżowych biuletynów i stron internetowych
odkryłem jeszcze dwa zgony chemików. Wszyscy pracowali dla firm
wykonujących programy militarne. Wszyscy zmarli w ostatnich miesiącach.
Byli to Hans Berg z DGE Farben GmbH w Hanowerze oraz Bastian Visser z rotterdamskiego Royal Dutch Laboratories. Obie firmy wykonują prace na
rzecz europejskich koncernów zbrojeniowych, ale większość ich przychodów
pochodzi ze zleceń od branży gazowej i petrochemicznej.
Wnioski: Wnioskuję o wprowadzenie czasowej ochrony naukowców
odpowiedzialnych za badania w ww. dziedzinach do czasu wyjaśnienia
przyczyny zgonów.
Zalecenia: Proponuję wprowadzenie ostrzeżenia w obieg sojuszniczej
wymiany COSMIC TOP SECRET (CTS NATO)
Tagi do elektronicznego systemu Mnemos: Chevron/Rapid
Chemicals/Instytut Chemiczny w Kopenhadze/Uniwersytet Nafty i Gazu
IwanoFrankiwsk/zgony/chemia/Reynal/Stahel/Zacharczenko/Visser/Berg
Tagi Mnemos wprowadzono o godzinie 15:27
UWAGI: Dane ZIO "Barabasz-156" zastrzeżone z kodem najwyższej
tajności. Dostępne za zgodą oficera prowadzącego w archiwum wydzielonym.
Zgodę na poznanie nazwiska oficera prowadzącego wydaje szef służby.
Podpisano: NS007
Mężczyzna w zielonym mundurze poczuł, że za chwilę znów dopadnie go
kaszel. Odłożył raport NS007.
Na tak kruchej podstawie nie objęto by ochroną nawet Oppenheimera. Nikt
nie ruszy palcem. Ale -?tak jak powiedział swojemu przyjacielowi -?ten
raport oznacza, że lawina wreszcie może ruszyć.
Zamknął oczy. Zazwyczaj wyglądało to tak samo -?siedzieli na rybach,
jego przyjaciel pytał, a mężczyzna w zielonym mundurze opowiadał.
Spotykali się tak już od trzydziestu lat. Łączyło ich na tyle dużo, że
mogli sobie zaufać. Przypomniał sobie słowa, które wypowiedział do
przyjaciela podczas ostatniego spotkania:
-?Odchodząc, chciałbym mieć pewność, że to ja wygrałem.
Sięgnął po słuchawkę bezpiecznego telefonu.
-?Przyjdź, zaczynamy.
Warszawa, 2 września 2013, poniedziałek
Okolice Cytadeli
Kapitan Klara Klinger pracowała w Służbie Wywiadu Wojskowego
wystarczająco długo, żeby wiedzieć, kiedy sprawy odbiegają od codziennej
rutyny. A jednocześnie na tyle krótko, żeby nie czuć radości, gdy tak
się wreszcie działo.
Przez kilkanaście lat służby przekonała się, że praca w wojskowym
wywiadzie Rzeczypospolitej nie oznacza licencji na zabijanie. Służby
specjalne to raczej potworna urzędnicza machina. Moloch, w którym
korytarzowe boje są ważniejsze i bardziej zacięte niż walka z wrogami
ojczyzny. Nauczyła się też, że momenty ekscytacji pojawiały się
najczęściej przed bankomatem. Dokładnie w momencie, kiedy cztery tysiące
dwieście złotych polskich plus dodatek za służbę -?oczywiście minus raty
za samochód -?zamiast w żywą gotówkę zamieniały się w informację "Brak
środków na koncie". Ale nie narzekała. Służba to służba. Więcej. Praca
była całym jej życiem. Wyszła właśnie z łazienki, kiedy zadzwoniła
komórka.
Na wyświetlaczu pojawiło się słowo "Zastępca".
-?Pani kapitan -?jej rozmówca nie musiał się przedstawiać -?gdzie pani
jest?
-?W domu.
-?Za pięć minut na dole. Będzie czekała żandarmeria. Podjedziecie w Aleje Ujazdowskie. Tylko szybko. Dwudziesta pierwsza, przed schodami.
Zabierzecie mnie od premiera. -?Jej rozmówca nawet nie pytał o zgodę. -
Aha, i niech pani kapitan ubierze się jak człowiek. Będziemy mieli
dzisiaj wieczorem spotkanie. -?Rozmowa się skończyła.
Stała naga w pustym korytarzu. Spojrzała w lustro.
Masz, dziewczyno, trzydzieści sześć lat. Co ty robisz?!!! Czy naprawdę
ta robota jest tego warta? Co to jest za zawód, że twój szef w każdej
chwili może cię wyrwać jak kurwę spod prysznica. I nawet nie zostawi po
wszystkim pieniędzy obok łóżka. -?Klara ręcznikiem starała się wytrzeć
mokre włosy. Wolną ręką szukała szlafroka. -?Rzuć to w diabły, znajdź
sobie normalną robotę, znajdź kogoś do łóżka, ugotuj świąteczny obiad,
zabaw się i żyj bezmyślnie szczęśliwa jak twoja siostra.
Była na siebie zła, a co gorsza -?piekielnie głodna. Na stole czekała
pizza. Nie miała jeszcze dzisiaj czasu nic zjeść. Wczoraj też nie.
Ale rozkaz to rozkaz.
"Zastępca" był w Służbie Wywiadu Wojskowego legendą. Widywała go tylko
na korytarzu centrali. Prywatnie nie rozmawiała z nim ani razu. Chociaż
właściwie powinna powiedzieć, że nie rozmawiała z nim od czasu
ukończenia kursu w szkole wywiadu. O tamtej rozmowie wolałaby jednak
zapomnieć.
Potarła skronie. Gorąca kąpiel pomogła. Migrena zniknęła.
Może to i lepsze niż kolejny samotny wieczór -?pomyślała.
Złapała kawałek pizzy, otworzyła szafę i odruchowo sięgnęła po mundur,
ale później cofnęła rękę i zdjęła z wieszaka ciemny komplet. Łapczywie
jadła margheritę, starając się nie upaćkać materiału pomidorowym sosem.
-?Ubrać się jak człowiek?! Kuźwa! -?prychnęła obrażona, bo wreszcie
dotarło do niej, co przed chwilą powiedział "Zastępca".
Po dwudziestu minutach czarna octavia na cywilnych numerach skręciła z Wisłostrady w stronę placu Trzech Krzyży. Minęła amerykańską ambasadę i po kolejnej minucie z piskiem opon zajechała pod boczne wejście do
kancelarii premiera. Uchyliły się ciężkie drzwi i ze środka wybiegł
pułkownik Robert Duszyński, zastępca Szefa Służby Wywiadu Wojskowego.
Energicznie zszedł po schodach i wskoczył do auta.
-?Zaraz wszystkiego się dowiesz -?rzucił nerwowo i zamilkł.
Nie było sensu dopytywać. Pułkownik wyciągnął dokumenty i zaczął je
czytać.
Z Belwederskiej zjechali na Mokotów i na pełnym gazie wjechali w Idzikowskiego. "Zastępca" w końcu postanowił się odezwać.
-?Ile miesięcy przekładasz papiery? -?spojrzał na nią kątem oka, cały
czas zagłębiony w aktach.
Klara wiedziała, że "Zastępca" doskonale zna odpowiedź na swoje pytanie.
-?Ponad rok.
-?Twój szef nie może ci wybaczyć Mińska?
-?Zwierzchnik sił zbrojnych?
"Zastępca" skrzywił usta w coś, co od biedy mogło przypominać cień
uśmiechu.
-?To powiedzmy, że myślę o bezpośrednim przełożonym.
-?O Bergerze? Mogę być szczera?
"Zastępca" znów się uśmiechnął, bo wiedział, co usłyszy.
-?Z pełnym szacunkiem i uczciwszy uszy pana pułkownika, ale pułkownik
Berger to jest straszny chuj, a nie przełożony. A poza tym Mińsk... Mińsk
nie do końca był porażką -?przerwała, bo sama nie była pewna, czy to, co
mówi, jest prawdą. -?Mińsk... nie był sukcesem.
Rok i trzy miesiące temu, po powrocie do Warszawy, powiedziałaby z pewnością coś innego. Finalizowała wtedy werbunek Ołesia Żyłunowicza,
konstruktora stacji radiolokacyjnych Wostok-E. Ołeś pracował w białoruskim biurze KB Radar. Miły starszy pan. Świat zawalił mu się na
głowę dosłownie w jeden wieczór. Jego dwudziestoczteroletni syn został
zatrzymany po demonstracji przeciw Łukaszence. Trafił do celi
osławionego więzienia Okrestina i jakiś zek zgwałcił go jeszcze tej
samej nocy. Następnego dnia, po nieprzespanych i przepłakanych
godzinach, żona Żyłunowicza ruszyła zatłoczonym metrem do centrum
miasta. Wysiadła na stacji Puszkinskaja. Pokręciła się na parkingu przed
hotelem Orbita i pierwszej napotkanej pilotce polskiej wycieczki
przekazała krótki liścik. Pilotka miała go wysłać po powrocie do
Warszawy. Polka bała się, że to jakaś prowokacja, i przekazała list
znajomemu z naszej ambasady w Mińsku. W środku była propozycja dla
polskiego państwa. Ołeś Żyłunowicz proponował przekazanie danych radarów
w zamian za wywiezienie jego i całej rodziny. Do listu dołączone były
plany radaru Wostok-E. Sprawa trafiła do Klary. Niestety, pułkownik
Berger zorientował się, że w biurach KB Radar Białorusini pracują nad
jeszcze nowszym systemem. Radar nazywał się Wostok XER. I na
nieszczęście bardzo interesowali się nim Amerykanie. Zaproponowali worek
dolarów, a Berger uparł się, że Żyłunowicz musi dostarczyć plany.
Ewidentnie chciał zapunktować w Pentagonie. Klara dostała piany.
-?To jest, kurwa, bez sensu -?wrzeszczała. -?Żyłunowicz przy tym nie
pracuje. Wie za to o setkach innych rzeczy i chce nam je dać.
Berger wyrzucił ją z gabinetu. Niestety nikt inny nie protestował. Po
dwóch miesiącach Żyłunowicz wpadł w ręce białoruskiego kontrwywiadu.
Zatrzymano go podczas próby fotografowania dokumentacji. Dostał karę
śmierci.
Żonę i syna udało się wywieźć. Berger najchętniej zwaliłby porażkę na
Klarę. Jednak za dużo ludzi wiedziało o jego roli. Za to kariera Bergera
przyspieszyła. Amerykanie byli wdzięczni, bo nawet zdobycie planów
Wostoka-E dawało im pogląd prac Ruskich. Uroczyście podziękowali, a Berger odtrąbił sukces. Zmieniła się władza i dostał kopa w górę. Ale o Klarze nie zapomniał. Wpakował dziewczynę do najgłębszej i najczarniejszej dziury w centrali. Przekładała papiery i liczyła na nową
szansę. Albo na to, że Bergera wreszcie trafi szlag.
-?Jak się czuje Staszek, to znaczy generał... -?słowa Duszyńskiego wyrwały
ją z zamyślenia. -?Jak się czuje twój ojciec?
Klara smutno wzruszyła ramionami. "Zastępca" zrozumiał.
Po chwili auto skręciło w cichą i niepozorną uliczkę. Klara zorientowała
się, że jadą od ośrodka recepcyjnego służb na Zawrat. Tuż przy wejściu
stał zaparkowany srebrny passat.
Klara wysiadła, wygładziła spodnie i naciągnęła marynarkę. Rozejrzała
się wokół.
-?Panie pułkowniku, pani kapitan, minister czeka. -?Oficer ochrony
gestem pokazał, żeby poszli za nim do środka.
Całkiem przystojny -?pomyślała i zaraz się skarciła. -?Nie dość ci było
ostatniego romansu, głupia babo. Uspokój się. -?Błyskawicznie wybiła
sobie z głowy grzeszne myśli. Jeszcze chwilę zajęło jej zmuszenie oczu,
by przestały śledzić zgrabny tyłek BOR-owca.
Nie weszli do pokoju konferencyjnego na dole. Oficer ochrony zaprowadził
ich do niewielkiego, ale gustownie urządzonego pokoju na piętrze.
Otworzyły się drzwi i zobaczyli kolejny gabinet. W środku siedział
sekretarz Kolegium do spraw Służb Specjalnych, a obok niego sam
koordynator, minister Mariusz Cichecki. Sekretarz zaprosił ich do
środka, a Klarze zrobiło się trochę smutno, że BOR-owiec został na
zewnątrz.
-?Dobry wieczór, panie ministrze. -?"Zastępca" zdjął czapkę, a Klinger
wyprężyła się w pozycji na baczność.
-?Siadajcie. -?Cichecki zrobił nieokreślony gest ręką.
Klara opadła na poduszki. Okazało się, że ministerialna berżera jest
wyjątkowo niewygodna. -?I w dodatku mam mokre włosy -?pomyślała i poprawiła kosmyk na czole.
-?To co, kto zacznie? Może pan, pułkowniku? -?rzucił Cichecki.
-?Tutaj? -?Duszyński rozejrzał się po pokoju.
-?Niech się pan nie martwi, jest bezpieczny -?z uśmiechem wtrącił się
sekretarz. -?Wyciszenie go kosztowało MSW więcej niż przygotowania do
Euro. Poprzedni szef MSW, minister Eryk Horn, obsesyjnie bał się
podsłuchów. Swojego norweskiego kolegę na ważne negocjacje zabrał do
Lasku Bielańskiego i łaził tam z nim przez trzy godziny. Zapomniał
niestety, że Norweg ma alergię, a w stolicy jest okres pylenia.
Cichecki poprawił się na kanapie. Spoważniał.
-?To do rzeczy, panie pułkowniku.
"Zastępca" nalał sobie wody z kryształowej karafki i ze skórzanej
aktówki z szyfrowym zamkiem wyjął dokumenty.
-?Jakiś czas temu jeden z analityków Służby Wywiadu zwrócił uwagę na
serię zgonów naukowców związanych z firmami pracującymi dla koncernów
chemicznych -?zaczął "Zastępca". -?Różne kraje, różne przyczyny zgonu.
Bez żadnego operacyjnego przełożenia. Raport wpadł do Mnemosa i nikt się
nim nie zajmował. Po pół roku doszła nowa informacja. Pozwólcie, że
zacytuję. W naszym zintegrowanym systemie Mnemos znajduje się też
informacja o kolejnym zgonie.
"Według raportu osobowego źródła informacji "Barabasz-156" (raport
DJ-2987 zarejestrowany w archiwum wydzielonym 18 grudnia 2012 roku) w Iwano-Frankiwsku zmarł Sierhij Zacharczenko. Dziekan miejscowego
Uniwersytetu Nafty i Gazu. W swoich wcześniejszych raportach (numery
rejestracyjne DJ 0934 do DJ 6543) osobowe źródło informacji
"Barabasz-156" nigdy nie informowało o powiązaniach zmarłego z ukraińskim sektorem militarnym.
Po dokładnej kwerendzie branżowych biuletynów i stron internetowych
odkryłem jeszcze dwa zgony chemików. Wszyscy pracowali dla firm
wykonujących programy militarne. Wszyscy zmarli w ostatnich miesiącach.
Byli to Hans Berg z DGE Farben GmbH w Hanowerze oraz Bastian Visser z rotterdamskiego Royal Dutch Laboratories. Obie firmy wykonują prace na
rzecz europejskich koncernów zbrojeniowych, ale większość ich przychodów
pochodzi ze zleceń od branży gazowej i petrochemicznej".
Jej los był podobny jak poprzednich. W Polsce nie wydarzyło się przecież
nic, co wymagałoby reakcji.
-?Więc dlaczego się spotykamy?
-?Niestety przedwczoraj zmarł doktor Andrzej Szymański z Wojskowego
Instytutu Chemii i Radiometrii.
Cichecki poprawił się w fotelu.
-?Szymański, Szymański... -?spojrzał na swojego sekretarza -?to ktoś
ważny?
Sekretarz wzruszył ramionami i zrobił minę pod tytułem "pierwszy raz
słyszę".
-?Zwykły chemik -?odpowiedział pułkownik. -?Nie jest bratem premiera ani
kuzynem prezesa. Ale pracował przy ważnych projektach dotyczących
czujników pola walki. Należał do twórców jednej z najlepszych na świecie
komór ruchliwości jonów.
-?Czego? -?Cichecki spojrzał na Duszyńskiego z grymasem, jakby ten
zwracał się do niego w nieznanym narzeczu; "Zastępca" zreflektował się.
-?Pod koniec lat osiemdziesiątych polscy naukowcy, przy udziale
Wojskowego Instytutu Chemii i Radiometrii, rozpoczęli prace badawcze nad
urządzeniem, które w przypadku ataku bronią chemiczną miało ostrzegać o zagrożeniu -?referował pokrótce. -?Na bazie spektrometru ruchliwości
jonów powstał detektor, który otrzymał roboczą nazwę Chrobry. Detektor
bił na głowę większość dostępnych na rynku rozwiązań. Był bardzo czuły i pozwalał na wykrywanie znacznie większej liczby substancji chemicznych
niż jakiekolwiek inne przeznaczone do tego urządzenie. Prototypy
Chrobrego trafiły na nasze wozy w Bośni i Kosowie, gdzie testowano je
podczas misji stabilizacyjnych na Bałkanach. Przymierzano się do
seryjnej produkcji. Detektory miały być montowane nie tylko na
wojskowych pojazdach, ale też w budynkach użyteczności publicznej, w metrze, na dworcach i w urzędach państwowych.
Cichecki słuchał uważnie.
-?Mamy takie cuda w Polsce?
-?Mieliśmy i niestety już nie mamy -?uciął "Zastępca". -?Wdrożenie do
seryjnej produkcji zbiegło się w czasie z początkiem końca WSI. W ostatnich latach przed rozformowaniem służbie nie udało się przypilnować
tematu, a byli nim zainteresowani wszyscy, nasi sojusznicy, wrogowie,
koncerny zbrojeniowe z Bliskiego Wschodu. Finalnie technologię
skradziono z jednego z naszych zakładów. Zespół konstruktorów, w którego
składzie był Szymański, rozpadł się. Ludzie rozeszli się po świecie za
chlebem, realizując inne projekty. Szymański został w WICHIR, gdzie
robił inne, nie mniej ciekawe rzeczy.
Cichecki spuścił głowę.
-?Czyli miało być pięknie, a wyszło jak zwykle -?rzucił. -?Co ta
historia ma wspólnego ze śmiercią Szymańskiego?
-?Nie wykluczamy, że jego śmierć ma związek z tamtą sprawą -?tłumaczył
Duszyński. -?Jednak o wiele bardziej prawdopodobne jest, że chodzi o inny projekt, nad którym Szymański wspólnie z innymi naukowcami pracował
w ostatnich latach.
W głębi duszy Cichecki odetchnął. Przez chwilę podejrzewał, że zwali mu
się na głowę druga sprawa profesora Kaliskiego. Naukowiec był pupilkiem
Edwarda Gierka. Zajmował się laserami i syntezą termojądrową. Jego drogę
do Nobla przerwał wypadek samochodowy. Warszawska ulica natychmiast
zaczęła plotkować, że w laboratoriach na Bemowie naukowiec miał
konstruować bombę atomową, a przeszkodzić mu w tym chciało GRU.
"Zastępca" podał ministrowi plik dokumentów.
-?Rozumiem, że powiązał pan te zgony i doszedł do konkretnych wniosków.
-?Cichecki nadawał tempo rozmowie. -?Ale dlaczego po tym wypa... Właściwie
na co umarł ten Szymański?
-?Na raka. Od pojawienia się pierwszych objawów do zgonu wystarczyły
dwadzieścia trzy dni.
"Zastępca" zrobił pauzę.
-?Bywa. Bardzo współczuję rodzinie, ale cały czas nie rozumiem, po
cholerę premier mnie tu wezwał... -?wtrącił się minister.
-?Dwadzieścia trzy dni. Dokładnie tyle co u Litwinienki!
Bardzo chciał, żeby to zdanie dotarło do rozmówcy.
-?Co pan... Kurwa! -?pierwszy zareagował sekretarz.
Pamiętał, że Rosjanie dopadli Aleksandra Litwinienkę, uciekiniera z FSB,
w londyńskiej restauracji. Tam nakarmili go radioaktywnym polonem.
Dwadzieścia trzy dni później Litwinienko zmarł.
W tym czasie minister Cichecki przez chwilę miał przed oczami ciąg
nagłówków i żółtych pasków. Widział słowa: "Smoleńsk", "Litwinienko",
"Szymański", "FSB", "Kaczyński" i najczęściej występujące słowa "zamach"
i "zdrada". A zaraz po nich pytania o politykę rządu wobec Rosji. Będzie
piekło. Szef zaś szykuje się na Brukselę. Osłabiony rząd tego nie
przetrzyma. Kurwa, kurwa, kurwa.
-?To potwierdzone? -?Spojrzał na dokumenty, jakby miały go oparzyć.
-?Wyślemy próbki do Instytutu Fizyki Promieniowania Szpitala
Uniwersyteckiego w Lozannie. -?Pułkownik podał plik papierów. -?Badali
tam sprawy Litwinienki i Arafata.
Minister wyjął paczkę papierosów. Bez pytania zapalił. Klarze zachciało
się palić, ale nie śmiała poprosić ministra o zgodę. Cichecki zaciągnął
się dymem i w końcu zapytał:
-?Kiedy z Lozanny mogą nam odesłać ostatecznie potwierdzone badania?
-?To długo trwa.
Rzeczywiście, takie badanie trwają długo, mamy więc czas -?w myśli
analizował sytuację polityk.
-?Czas jest najważniejszy. Jeśli się potwierdzi, że Rosjanie hasają po
naszym ogródku i mordują ludzi, to media nas rozszarpią. -?Wstał i podszedł do okna.
-?A całą politykę wschodnią będzie można złożyć do grobu tego
Szymańskiego. Musimy się do tego przygotować. Osłabić atak.
W końcu odwrócił się w kierunku pułkownika.
-?Co pan proponuje?
"Zastępca" czekał na to pytanie.
-?Już teraz, na wszelki wypadek, powinniśmy powołać zespół, który zbada
te zgony. Pięć, sześć osób góra. Poza oficjalną strukturą.
-?Dlaczego poza?
-?Idą wybory, po co prowokować przecieki... Niech działają jako zespół
operacyjno-inspekcyjny przy gabinecie szefa wywiadu. Dostaną specjalne
pełnomocnictwa, zapewnimy im finansowanie. Będą mieli czas, żeby
wyjaśnić sprawę i przygotować raport. Gdy przyjdą wyniki z Lozanny,
będziemy gotowi, żeby przedstawić ustalenia śledztwa i w razie czego
ewentualnie poinformować opinię publiczną.
-?Szef służby się zgodzi?
-?To jego propozycja. -?Podsunął ministrowi rozkaz.
Cichecki kiwnął głową, że też się zgadza. Zwrócił się do Klary.
-?Czyli pani kapitan ma samobójczą misję. Wyczyści sprawę, to wygra. Nie
uda się... -?Nie dokończył myśli, patrzył za to uważnie na dziewczynę.
-?Pięćdziesiąt procent szans? Całkiem sporo -?odpowiedziała hardo, ale
pomyślała: Po akcji w Mińsku zostałam udupiona na sto procent. I tak się
opłaca.
-?Kto ma być w tym zespole? -?Minister obrócił się w kierunku
pułkownika.
-?To jedyna decyzja, którą w tej sprawie zastrzegł sobie szef do swojej
wyłącznej kompetencji. To warunek jego zgody. Na czele oczywiście stanie
pani kapitan. A oto nazwiska osób, które zostaną włączone do zespołu. -
"Zastępca" wyciągnął kopertę, wyjął z niej białą kartkę z nazwiskami i pokazał ją Klarze.
Klinger poczuła, że berżera nie tylko pije ją w plecy, ale właśnie
zaczęła płonąć...
Warszawa, 18 lutego 2015, środa
Siedziba Służby Wywiadu Wojskowego
-?Pani kapitan, darujmy sobie te nerwy. Bardzo panią proszę. To
"spierdalaj" było niepotrzebne. Zachowujmy się jak kulturalni ludzie.
Mamy tu do wykonania pewną pracę, musimy wyczyścić stajnię Augiasza,
którą zastaliśmy w służbie. -?Mężczyzna w garniturze pochylił się w kierunku blatu stołu.
Klara siedziała naprzeciwko z rękoma złożonymi na piersiach. Tego dnia
przesłuchanie przed komisją zaczęło się nietypowo. Zanim Klarę wezwano
do sali posiedzeń, gdzie zebrali się urzędnicy i przedstawiciele
sejmowej speckomisji do spraw służb, o rozmowę w cztery oczy poprosił
doradca ministra do spraw międzynarodowych. Zaprowadzono ich do dawnego
pokoju przesłuchań. Atmosferę grozy budować miała surowa szarość ścian z prostym, niedużym stołem na środku.
Ciency są -?pomyślała Klara. -?Tak proste techniki wywierania wpływu nie
złamią nawet sprzątaczki z ABW... Spece od służb... Co za cyrk.
-?Oboje wiemy, że nie będzie to miłe -?kontynuował swój monolog doradca.
-?Muszą spaść głowy i aureole, ale to my zdecydujemy czyje. Dlatego
zróbmy to tak: Ja trochę popytam, pani mi trochę poopowiada, bez
zobowiązań. Komisja ma przerwę, ja tego nie protokołuję. Rozmawiamy
sobie miło, bo pan minister ma do mnie zaufanie. I w zaufaniu
powiedział, że nic do pani nie ma. Naprawdę. Mówił mi nawet, że docenia
pani zasługi. Ja też muszę przyznać, że duże wrażenie zrobiła na mnie
laurka, jaką wystawił pani prezydent. To znaczy nie ten, tylko ten nasz
wcześniejszy. Wiem, że uzasadnienie jest tajne! No i co z tego? Że nie
mam dostępu do tego poziomu tajemnic? Ale minister mi pokazał. Bo on
wierzy ludziom.
Doradca pojednawczo uśmiechnął się do Klary. Z jednej strony był
ewidentnie dumny z faktu, że bez poświadczenia, wbrew prawu pokazano mu
tajne dokumenty. Z drugiej liczył najwyraźniej na to, że okazując
szczerość, wyciągnie coś z Klinger.
On naprawdę sądzi, że to podziała? -?pomyślała Klara. -?Na sto procent
włączyli rejestratory. Nie dość, że przyznał się do przestępstwa, to
jeszcze nagrywający mają teraz materiał na ministra.
Doradca kontynuował:
-?Możemy się dogadać. Wystarczy, że opowie mi pani parę rzeczy.
Spotykała się pani w końcu z ważnymi ludźmi z poprzedniego rządu. Proszę
nie zaprzeczać. Oto lista wejść do willi MSW na Zawracie. Dlatego nie
trzeba tych przekleństw... Po co obrażać komisję? Mogliśmy przecież pójść
do pani kolegów z zespołu, bo ilu was tam było? Czworo, pięcioro, troje?
Oni pewnie nie okażą się tacy lojalni. Każdy ma kredyt, rodzinę... Ja to
znam i rozumiem. To nie jest jeszcze formalne przesłuchanie, rozmawiamy
sobie miło, bez zobowiązań, więc proszę mi tylko na początek
wytłumaczyć, dlaczego w Archiwum nie ma żadnych dokumentów dotyczących
zespołu? Tylko same rachunki. I protokoły zniszczeń. Ja wiem, że
pułkownik lubił tajemnice, miał takie jakieś zacięcie do tajnych
operacji, w których ludzie się nie liczyli. Czasy jego rządów to już
jednak stare czasy. Teraz są nowe! Gdyby nie ta lista z Zawratu, pewnie
jeszcze bym szukał, kiedy to się zaczęło. Jako sekretarz komisji... Choć
wolę, żeby pani traktowała mnie jako przyjaciela... Dlatego jako
przyjaciel muszę powiedzieć, Klaro, że bardzo się boję o pani
przyszłość. Mogę mówić po imieniu? Nie? Okej, pani decyzja. Jeszcze
bardziej martwi mnie pani przeszłość. W trakcie swojej służby miała pani
wiele zasług. Ale jako szefowa Zespołu Operacyjno-Inspekcyjnego robiła
pani złe rzeczy. Bardzo złe. Takie, które, gdyby nie chciała pani z nami
współpracować, mogłyby trafić do mediów. Ja nawet słyszałem, że
dziennikarze już się tym interesują. Ale po co tak mówić! To nie są moi
dziennikarze, nawet jeśli znam kilku. To są niezależne media. Więc
zastanawiam się, zanim jakiś pismak mnie zapyta, kto zniszczył akta
spraw operacyjnych "Grot", "Chemia" i "Brzoza"? Nie słyszała pani? A mnie się jakoś wydaje, że tak. I że na protokołach zniszczenia tych akt
obok sygnatury szefa jest też pani podpis? Nie? To zdążymy jeszcze
sprawdzić. Obiecuję. Zbadam też, kto był osobowym źródłem informacji o pseudonimie "Barabasz". Też pani nie wie? Co za nagła amnezja! Ale są
tacy, co pamiętają! I właśnie ci pamiętliwi mówią, że pani kapitan
odpowiada za śmierć "Barabasza"! A na to jest paragraf! Więc co?
Przypomni pani sobie czy... Bo my na razie sobie rozmawiamy miło, bez
zobowiązań, ale na zewnątrz czeka żandarmeria. To ja pójdę napić się
kawy, a pani kapitan się zastanowi.
-?Czy możemy już skończyć tę rozmowę? -?rzuciła krótko. -?Jeśli tak ma
wyglądać dzisiejsze przesłuchanie przed komisją, to skończmy te
bezproduktywne pogaduchy. A jeśli jednak przesłuchanie ma się odbyć, to
tym bardziej nie mamy tu o czym rozmawiać.
-?Zapraszam do sali posiedzeń -?przerwał doradca.
Moskwa, 15 lutego 2013, piątek
Akwarium, siedziba GRU
Nowoczesny moskiewski kompleks GRU wybudowano w 2006 roku przy ulicy
Walentyny Grizodubowej, niedaleko lotniska Chodynka i stadionu
piłkarskiego drużyny Dynamo Moskwa. O ile dla Polaków określenie
Akwarium, jakim posługiwali się oficerowie pracujący w tym gmachu, nie
jest obce, o tyle o patronce tej ulicy Polacy nie wiedzą kompletnie nic.
A to błąd.
Walentyna Grizodubowa dożyła pięknego wieku i zmarła w 1993 roku. Poza
tym, że była ulubienicą Stalina i jedną z najbardziej utytułowanych
sowieckich pilotek, to również podczas drugiej wojny światowej działała
jako łączniczka między sztabem Smierszu, poprzedniczki GRU, a założonym
na Wołyniu Zgrupowaniem Partyzanckim "Jeszcze Polska nie zginęła" -
oddziałem, którym dowodził późniejszy znakomity polski dyrygent Robert
Satanowski. Co więcej, 103. Gwardyjski Krasnosielski Pułk Lotnictwa
Transportowego imienia Grizodubowej stacjonował jeszcze niedawno na
lotnisku, którego nazwa tkwi w głowie prawie każdego mieszkańca kraju
nad Wisłą -?Smoleńsk-Siewiernyj. Ale największy związek z Polską ma
jeden z wydziałów budynku przy ulicy Grizodubowej. To tam pracują
oficerowie, których jedynym zadaniem jest szpiegowanie w kraju nad Wisłą
i przygotowywanie ewentualnego nań ataku.
Generał major Igor Dimitrijewicz Sergun spoglądał z dużych okien
śmigłowca Mi-8MTW na uciekający pod kadłubem krajobraz Moskwy. Po raz
kolejny nie mógł się nadziwić majestatowi swojej stolicy. Największego
miasta największego kraju na świecie. Może dlatego, że z tej wysokości
nie dało się dostrzec dziur w chodnikach i obdrapanych fasad
chruszczowek. Za to doskonale było widać lśniące pięknem wieżowce w centrum miasta. Za chwilę śmigłowiec powinien zrobić pętlę, nadlecieć
nad jeden z dwóch helipadów rozmieszczonych na dachu budynku przy
Grizodubowej i gładko wylądować.
Ale generał nie chciał jeszcze myśleć o pracy. Wolał powspominać. To nie
była ta sama Moskwa, którą zobaczył szarego jesiennego dnia 1969 roku.
Po raz pierwszy wysiadł wtedy na Dworcu Białoruskim i z małą kartonową
walizką zameldował się w suworowskiej akademii wojskowej.
Daleką drogę przeszedł od tamtego peronu. Generał Sergun odwrócił wzrok
od iluminatora i spojrzał na towarzysza podróży.
Paweł Stieczkin. Major Paweł Stieczkin z Wydziału do spraw Polski.
-?Bardzo się cieszę, że znowu się spotykamy. Doskonale wam idzie, Pawle
Ignatiewiczu. Polska to ciekawy kierunek -?powiedział generał i błyskawicznie przeszedł na polski. Śmigłowiec Serguna Mi-8MTW był w wersji prezydenckiej, w całej Rosji są takie tylko cztery, ten należał
do szefa GRU, więc mogli w środku w miarę spokojnie rozmawiać.
-?Wrócił pan z Warszawy? Cały czas nie mogą nam darować, że się
pozżerali na Kremlu? -?Sergun mówił to z wyraźnym akcentem, ale bez
zacinania. Od czasu pracy w Polsce generał lubił się popisywać
znajomością języka i historii tego kraju.
Szczególnie interesował go rok 1612. Polscy żołdacy od dwóch lat deptali
świętą rosyjską ziemię. Otoczeni, głodni, czekali na pomoc swoich.
Schowani za murami Kremla liczyli na wsparcie idących z zachodu rodaków.
Interwenci stanęli u bram Moskwy. Przedarło się sześciuset najlepszych
polskich piechurów z, nomen omen, tak zwanej piechoty węgierskiej. Już
widzieli swoich kolegów. Widzieli polskie sztandary nad basztą Spasską.
Ale utknęli nad rzeką. Zabrakło kilkuset metrów. Pozbawieni jedzenia i wsparcia polscy husarze poddali się w końcu i wrócili nad Wisłę.
Historia zmieniła bieg, a Rosja przetrwała.
-?Po nich tak daleko zaszedł tylko Napoleon -?major odpowiedział
Sergunowi po polsku, ale już bez najmniejszego akcentu. -?Nawet
Hitlerowi się nie udało.
Powaga w głosie oficera uradowała generała. Uważał, że przeciwnika
trzeba szanować. Każdego.
-?Wybaczcie, generale, śmiałość, ale nie pamiętałem, że tak świetnie
mówicie po polsku. -?Major Stieczkin nie był zwolennikiem wazelinowania
przełożonych, ale uznał, że nie zaszkodzi.
-?Zanim zacząłem służyć w Legnicy, służyłem wcześniej w Rembertowie, w grudniu 1981 roku. Razem ze Specnazem przygotowywaliśmy tam wtedy...
Nieważne, stare dzieje. -?Sergun machnął ręką. -?Wy też byliście w Legnicy, dobrze pamiętam?
Major potwierdził.
-?Służyłem w Sztabie Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej mniej
więcej w tym samym czasie co wy. Byliście tam wtedy. Miałem osiemnaście
lat i w połowie lat osiemdziesiątych trafiłem do Polski. Oficjalnie jako
tłumacz, a nieoficjalnie... No, wiadomo. Wyjechałem od nich w 1992 roku
razem z ostatnimi żołnierzami. Później służyłem na Bałkanach, w Kosowie,
ale szybko wróciłem na kierunek polski. Pewnie dlatego, że znam dobrze
ich język... Ale o tym też wam już mówiłem.
-?Gdzieście się tak nauczyli polskiego? W Legnicy?
Sergun zaciekawiony spojrzał na podwładnego. Nie pamiętał już akt
Stieczkina. To przecież było tak dawno.
-?Rodzinna sprawa. Mój pradziadek i prababka byli Polakami. Po rewolucji
zostali z Dzierżyńskim w Rosji. Później pracowali w organach, żyli
normalnie, jak to ludzie radzieccy, ale w domu mówili do siebie po
ichniemu, po polsku. Moja babka się od nich nauczyła. Znała polski tak
dobrze jak nasz. To ona mnie wychowała. Znajomi przysyłali jej polskie
gazety, płyty. I właśnie na jej płytach się nauczyłem. W latach
osiemdziesiątych z zachodnimi płytami było u nas słabo. W Polsce było
wtedy dużo zachodniej muzyki. Ale najwięcej to nauczyłem się
rzeczywiście w Legnicy.
-?Od polskich dziewczyn -?zaśmiał się Sergun i mrugnął do majora.
Stieczkin nie odpowiedział uśmiechem.
Generał zabrał wczoraj majora na podmoskiewską daczę. Od czasu do czasu
nagradzał w ten sposób zdolnych oficerów po udanych akcjach.
Dacza leżała w gęstym lesie, tuż obok małego jeziora. Otaczał ją wysoki
płot. Od brzegu biegł drewniany podest, na którego końcu generał kazał
saperom z Riazania wybudować altanę. Major przymknął oczy i przypomniał
sobie wydarzenia wczorajszego dnia. Myślał, że dacza generała będzie
bardziej okazała. A tu bogato, ale bez szaleństw, jakie widział u innych
generałów. Duży, prosty dom, trochę drzew, jeziorko. Generał nie
zaprosił majora do środka, tylko kazał od razu iść do altany. A tam
ławki, grill, rzeźbiony drewniany stół. Na nim wódka i osmolony
kociołek. Stieczkin uniósł pokrywkę i poczuł cudowny zapach zupy szczi.
Polski kapuśniak się do tego nie umywa -?pomyślał. Tydzień temu jadł go
w przydrożnej knajpie za Braniewem. To za tę akcję dostał nagrodę.
-?Szczi i kasza, strawa nasza -?tubalny głos oderwał Stieczkina od
kociołka.
Szef Zarządu I pułkownik Lew Kirpiczew szedł przez polanę w towarzystwie
innych wojskowych. W ręku trzymał butelkę wódki Srebrnyj Kristal.
-?Wsiegda gatow -?odpowiedział Stieczkin zawołaniem radzieckich
pionierów.
Kirpiczew uśmiechnął się, doceniając, że major zna swoje miejsce w szyku.
-?Bez priwieta niet otwieta, majorze Stieczkin! -?wrzasnął jego
przełożony i uniósł butelkę jak buławę. -?Dajcie spocznij!
Jego przełożony Kirpiczew, tak jak minister obrony narodowej, był
Tuwińcem. Urodził się hen pod granicą z Mongolią, ale jego wyjątkowe
talenty -?językowe i wywiadowcze -?zaprowadziły go na szczyt Zarządu
odpowiadającego w Akwarium za państwa europejskie. A znajomość z szefem
MON w tej drodze nie przeszkadzała. Wydział do spraw Polski, w którym
służył Stieczkin, podlegał właśnie Kirpiczewowi.
-?No proszę, to właśnie was wypatrzył nasz Kutuzow, wybaczcie, nasz
generał Sergun.
Pułkownik Kirpiczew najwyraźniej był już nieźle wstawiony. Pokiwał
palcem w kierunku Stieczkina.
-?I jak tam u Polaczków? -?zapytał majora, ale na odpowiedź nie czekał.
-?Cisną mnie z Kaliningradu, żebyście złożyli raport w sprawie
gazoportu... Gdzie oni go w cholerę budują?
-?W Świnoujściu -?podrzucił Stieczkin.
Pułkownik odwrócił się do reszty grupy stojącej przy stole.
-?Wasia, a ty nie służyłeś za Sojuza w tym Świniocośtam?
Jeden z oficerów odwrócił się i bełkotliwie odpowiedział:
-?Świnoujściu, Świnoujściu, Lwie Nikołajewiczu. Dobre czasy. Ale jak to
mówią: albo chuj za długi, albo koszula za krótka. Nawet z portu Polacy
nie puszczali. Nie to co w NRD.
W tym momencie odezwał się Stieczkin.
-?Jeśli pozwolicie zabrać głos, towarzyszu dowódco. Ja byłem wtedy w Legnicy jako młody żołnierz. Przed przyjazdem myślałem, że w Polsce
nienawidzą nas tylko faszyści z Solidarności. I wyobraźcie sobie, że
spotykamy kiedyś delegację komsomolców z Ludowego Wojska Polskiego.
Zacni towarzysze, komuniści. Tak mi się wydawało. Siedzimy, wódeczkę
pijemy. Ujutno. To było przed ich wyborami 4 czerwca. W końcu pytam:
Powiedzcie, towarzysze, dlaczego zawsze spotykamy się w Małej Moskwie?,
bo tak mówili o naszym garnizonie. Nie zaprosicie nas na miasto, nie
pagulajem... Niekulturno. I wyobraźcie sobie, gospoda, że ten Polak od
Jaruzelskiego mówi, że oni nas wolą nie wypuszczać! To ja się pytam:
Dlaczego? On się z początku trochę krygował, więc dopytuję, jak czekista
czekistę: Dlaczego na miasto nie idziemy? Solidarność nas zaatakuje?
Prowokację szykują? A on na to, że nie, bynajmniej. Tylko jak człowiek
radziecki za granicę jedzie, to nie wiedzieć czemu, zawsze w czołgu... I mi się w twarz śmieje!
-?I dlatego widzicie, Pawle Ignatiewiczu, że Polaków trzeba krótko. I Kaliningradowi należy pomóc. Wy im dacie, czego potrzebują, oni dane do
rakiet wprowadzą i jak będzie trzeba, to do tego Świniopójścia
pozdrowienia Pszekom od naszego Wasi prześlemy Iskanderem -?zarechotał
Kirpiczew.
Stieczkin nie lubił, kiedy w jego obecności obrażano Polaków. Postanowił
utrzeć nosa Kirpiczewowi.
-?Ale Iskandery do Świnoujścia nie dolecą -?rzucił od niechcenia.
Oczywiście wiedział, że w tajemnicy przed Zachodem idą prace nad
pociskiem manewrującym R-500, przeznaczonym dla systemu Iskander-K. Jego
maksymalny zasięg wynosił nawet dwa tysiące kilometrów, więc rakiety
spokojnie mogły dolecieć nie tylko do Świnoujścia, ale i do Berlina czy
Sztokholmu. Oficjalnie jednak pocisk nie istniał, bo byłoby to złamanie
traktatów z USA.
-?Dolecą, dolecą. Jak będziemy chcieli, to wszędzie dolecą. -?Kirpiczew
uważniej popatrzył na Stieczkina. -?Wasz naczelnik wspominał, że
byliście w Sztabie Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej w Legnicy i dlatego tak doskonale w języku Pszeków te wszystkie "pszy", "szczy"
mówicie.
-?Stare czasy, ale rzeczywiście po polsku mówię jak Polak.
Kirpiczew przerwał majorowi.
-?To wam się chwali. Ale jak będzie z gazoportem? -?Błyskawicznie
zmienił się wyraz jego twarzy i jak bazyliszek spojrzał w oczy kapitana.
-?Dacie Kaliningradowi, czego potrzebuje? Czy szukać nowego pioniera?
Major Stieczkin wiedział, co ma powiedzieć szefowi.
-?Nasze mrówki w Warszawie już gałązki zbierają, towarzyszu pułkowniku -
odparł zdecydowanie. -?To właśnie w tej sprawie ostatnio do Polski
jechałem.
Wytrzymał wzrok Kirpiczewa, choć pijackiego oddechu Tuwińca zdzierżyć
nie mógł.
Gruzja, 5 maja 2013, niedziela
Góry Kodorskie, na zachód od rzeki Nenskra
Pogranicze Abchazji i Gruzji to dwieście kilometrów ludzkiego
nieszczęścia. Jak w każdym konflikcie granicznym, tak i tutaj więcej
jest uprzedzeń i zapiekłej pamiętliwości niż rzeczywistych różnic.
Częściej ludzi dzielą opowieści o gwałcie dokonanym przez gruzińskiego
Tengiza i krzywdzie pięknej abchaskiej Natelli niż realne konflikty i starcia narodowych interesów. Choć w górskich rejonach Kaukazu trudno
odróżnić jedno od drugiego.
Wąska górska dróżka, która była świadkiem tego nieszczęścia, nie biegła
wzdłuż żadnego zamieszkanego przez ludzi siedliska. Opuszczone, zastygłe
domy, zagrody obrośnięte winem, czekające na koniec świata przysiółki.
Zwycięska przyroda wdzierająca się przez okna, przytłaczająca zacienione
tarasy, pełzająca wokół pozostawionych i zapomnianych, popękanych
balonów z winem.
Robert Rapacki do wąwozu Kodori miał jeszcze dobrych kilkanaście
kilometrów. Porucznik siedział na przepięknym gniadym koniu i wyglądał
wśród tego wszystkiego jak jakiś dżygit z kosmosu. Ubrany był w kombinezon -?jak to określała wojskowa nowomowa -?ćwiczebny, czyli
pokryty wzorem kamuflującym typu MultiCam mundur oraz hełm Ops-Core FAST
Ballistic, do boku przytroczoną miał słynną czterysta szesnastkę -
niemieckiego Heckler & Koch GmbH -?którą pieszczotliwie nazywał
"Haczką". Lubił ten mundur: wzmocnienia na kolanach i łokciach, zamiast
kołnierzyka chroniąca przed otarciem szyi stójka -?wszystko to doskonale
sprawdzało się w gruzińskich górach. Do tego fantazyjnie zawiązana pod
szyją ciepła, oliwkowa arafatka, którą przywiózł sobie z Afganistanu.
Tylko ciemne okulary doradził mu lekarz w Warszawie, nie zaś jego
wojskowe doświadczenie.
-?W twojej sytuacji musisz za wszelką cenę chronić oczy. Rozumiesz?
Chronić oczy na wszelkie sposoby! -?powiedział doktor, zanim zgodził się
zapomnieć o wynikach badań.
To w wojsku lubię najbardziej -?pomyślał wtedy Rapacki -?moment, gdy
przyjaźń wygrywa z regulaminem. Dzięki doktorowi nie zablokowano jego
wyjazdu do Gruzji.
Szarpnięciem lejc osadził gniadosza w miejscu. Porucznik pokazał ręką w kierunku gór, za tamę, która piętrzyła się nad spienioną rzeką.
-?Tam już są Ruskie? -?zapytał jadącego tuż obok lejtnanta Otara
Czawczawadze. Krępego gruzińskiego komandosa nazywali lejtnantem
"Czaczą".
-?Parę kilometrów podchodzą -?lekceważąco odpowiedział "Czacza". -
Próbujemy kontrolować ich z dronów, ale nie zawsze pogoda pozwala. To
izraelskie ustrojstwo jest doskonałe na pustyni, a u nas pustyń mało.
Więc trochę mgły i "paszło w pizdiec" -?splunął, by podkreślić swe
zdegustowanie.
Lejtnant dowodził patrolem, a porucznik Rapacki pełnił funkcję
obserwatora i instruktora, choć oficjalnie nikt tego określenia nie
używał.
Razem z nim do Gruzji w ramach misji OBWE wysłano starszego sierżanta
Ihora Kozaka z ukraińskiej jednostki specjalnej "Skorpion", zajmującej
się między innymi ochroną elektrowni atomowych -?potężnego górala, który
zanim trafił do wojska, latał za owcami podczas redyku na
Huculszczyźnie. Znudziło mu się, poszedł do marketu na ochroniarza.
Długo nie pracował. Wyrzucono go pierwszego dnia. Zaraz po tym, jak
kierownik sklepu nawrzeszczał na kasjerkę. Do tej pory w Jeremczy
opowiadają, jak to kierownika trzeba było siecią odławiać ze sklepowego
basenu z karpiami. Wtedy Ihor wybrał wojsko.
Po ostatnich trzech miesiącach, które razem spędzili w Gruzji,
zaprzyjaźnili się. Kozak w oczach Rapackiego wyglądał jak współczesne
ukraińskie skrzyżowanie Podbipięty i Zagłoby. Ze wstrzemięźliwością tego
pierwszego i poczuciem humoru drugiego. Teraz sierżant Ihor zszedł z konia, przywiązał go do drzewa i idąc się odlać, cały czas pod nosem
mamrotał:
-?A znacie to? Wracał Gruzin z żoną z wesela. Nagle koń pod nimi się
potknął. Gruzin na to: "Raz!". Koń znów się potknął. "Dwa!", mówi
Gruzin. Gdy koń potknął się po raz trzeci, Gruzin wyjął pistolet i zastrzelił zwierzę. "Co ty robisz, idioto?", krzyczy żona. "Raz!",
odpowiada Gruzin.
Ihor aż złapał się za brzuch. Cieszył się ze swojego dowcipu i absolutnie mu nie przeszkadzało, że Rapacki zajęty jest czymś innym, a Gruzini nic z jego opowieści nie rozumieją. -?Lachu, może byśmy zjechali
już na winko do wioski? -?Kozak spojrzał błagalnie na Rapackiego. -
Widzę, że te pacany czują się już wystarczająco wyszkolone. -?Sierżant
poklepał się po brzuchu. -?Winko mają świetne i karmią nas, że przejeść
się nie da. Jak za trzy miesiące wrócę do jednostki, to się nie
zmieszczę na torze.
Ihor się oczywiście krygował, bo w OSF-ie, Ośrodku Sprawności Fizycznej,
robił tor w czterdzieści trzy sekundy. Teraz jednak śmiał się i klepał
po brzuchu.
"Czacza" źle zrozumiał gest sierżanta. Obrócił się na koniu w stronę
Rapackiego i zdziwiony zapytał po angielsku:
-?Ihor głodny? -?Pokazał kciukiem na sierżanta.
Kozak miał pecha. W odróżnieniu od porucznika prawie wcale nie mówił po
angielsku.
-?Głodny, głodny -?potwierdził porucznik, starając się zachować powagę.
Już po rosyjsku zagadał do Kozaka:
-?Świetnie się składa, Ihor, bo zapraszają nas na Suprę. -?Rapackiemu
nawet nie drgnęła powieka.
Za to Ihor jęknął jak po otrzymaniu ciosu.
-?Hospody, znowu chcą jeść? Ile można! -?Skoczył na koń i to
wystarczyło, żeby zdołał przemyśleć sprawę. -?No dobrze, ale zjem tylko
kilka ich czarnobylskich pierogów... jak im tam... chinkali -?stwierdził w końcu zrezygnowany. -?Tylko im powiedz, że bez wina nie tknę niczego.
Warszawa, jesień 2013
Pepperoni Ristorante, niedaleko placu Wilsona
Klara lubiła ten lokal -?za dobrą kawę i prawdziwego tatara. Widok
ogromnych ryb leniwie pływających w wielkich, umieszczonych na ścianie
akwariach był dobrą przystawką. Wiele razy, kiedy piła prawdziwą włoską
małą czarną, nachodziła ją myśl, że jest do nich podobna. Tak jak one,
czuła się uwięziona w akwarium. Skrępowana i ograniczona. Była jak te
ryby, nakarmiona, ciągle w ruchu, ale jednak zamknięta w świecie, do
którego dostęp mieli nieliczni. Zablokowana z każdej strony.
Wypatroszona, jeszcze nie całkiem, ale, po sprawie na Białorusi, już
prawie... Stare demony wróciły.
Cały czas miała w głowie listę nazwisk, którą dał jej "Zastępca". Byli
kiedyś dla niej jak rodzina. Nawet więcej. Kochanek, przyjaciel, znajomy
i ona. Wielka czwórka. Później wszystko się rozpadło. Teraz miała znów
ich zobaczyć. Czuła, że za chwilę eksploduje. A na głowie jeszcze
prawdziwa rodzina. Chory ojciec i siostra z jej depresją, mężem, dziećmi
i wiecznymi pretensjami.
Wszystko się kotłowało, nie pozwalało spokojnie pomyśleć. Po roku
przekładania papierów dla Bergera miała ochotę na działanie, na
adrenalinę. Miała też ochotę na seks. Chłopak, dziewczyna, trójkąt.
Wszystko jedno. Byle zaraz.
Rok wcześniej siedziała i patrzyła w pełne łez oczy siostry. Mówiła jej,
że od teraz to ona będzie opiekować się ojcem. Dobre kłamstwa są zawsze
blisko prawdy. Tamta wierzyła i zanosiła się płaczem.
-?Klara, przepraszam za to wszystko, co powiedziałam.
Płakała wtedy razem z nią. Jedna rodzina, ale przecież były tak różne.
Klara zakładała głupio, że wilgotne ślady na policzkach oczyszczają, że
po tym wszystkim, co powiedziała, wystarczy trochę popłakać i siostry
znów będą razem.
Ale Klara wiedziała swoje. Wiedziała, że nie zajmie się ojcem.
Więc zawijam kłamstwo w prawdę -?rozmawiała w myślach sama ze sobą. -
Nauczono mnie tego. Wiem, że jestem w tym dobra. Taki zawód.
Pamiętała, jak siostra ociera łzy i idzie do kurewsko wypasionej kuchni,
bierze z lodówki kolejne prosecco i leje sobie do kieliszka. Jest tak
wielki, że mogłaby się w nim zagubić żółta łódź podwodna.
-?Klara, nie zrozum mnie źle. Zależy mi tylko na tym, żebyś wreszcie
pojęła, że ja też mam własne życie... -?Już wiedziała, co siostra za
chwilę powie. -?Mam chłopców, męża. Nie mogę tego wszystkiego odpuścić
ze względu na jego chorobę. Musisz częściej zabierać tatę do siebie.
Gdzie? Do paru metrów mansardy nad domem rodziców. I kiedy? Zostawiać go
zamkniętego jak psa? Ale dobre kłamstwa są zawsze blisko prawdy. Więc
Klara obiecywała:
-?Będę cię tutaj zmieniała. Na razie.
Siostra jest przewidywalna. Nalewa sobie wina i wchodzi na wyższy poziom
histerii. -?Ojciec wczoraj zapytał mnie o babcię. Mówię mu, że jego
matka nie żyje od trzynastu lat, czyli już od dawna. Ojciec tak
strasznie zaczął wtedy płakać... Bo zapomniał. Zapomniał, że nie ma matki.
Jutro znów mnie zapyta i znów będzie płakał. Rozumiesz, co to znaczy?
Będzie dowiadywał się ode mnie o śmierci matki każdego dnia od nowa i od
nowa! A ja będę musiała mu o tym mówić. Nie daję już rady, Klara.
Robi jej się duszno. Czuje, że musi uciec. Ale umie kłamać.
-?To wiesz co -?mówi nagle pobudzona -?jutro posiedzę z tatą cały dzień.
Tak na początek. Obiecuję. A teraz to może pojadę i kupię mu ramkę
elektroniczną na zdjęcia. Wrzucimy do niej fotografię babci. Będzie mu
przyjemnie.
Wstaje. Siostra pewnie chce ją zwymyślać. Sama ma na to ochotę. Ale w końcu dochodzi do wniosku, że to z jej strony jakiś gest. Kiwa głową.
Wybiega.
Zamiast jechać do sklepu, woła taksówkę. Każe się wieźć na Moliera.
Taksówkarz bez pytania zatrzymuje się przed Ofelią. Dobry klub. Głośna
muzyka i kupa facetów. Albo piją, albo szukają łatwej przygody na jedną
noc. Teraz Klara ich szuka. Wchodzi i od razu idzie do baru. Nie zamawia
kolorowych drinków. Dzisiaj pije dużo. Reszta jest już kwestią czasu.
W pewnym momencie siada przy niej wypachniony koleś. Gadają, tańczą,
gadają. Klara pije, a on podlewa. Znów tańczą.
Kiedy, baranie, przejdziesz do dzieła -?myśli, ale zaczyna wyczuwać
fałsz. Widzi jakieś ukradkowe spojrzenia, ciche rozmowy z barmanem.
Widzi tani łańcuszek. On nosi tombak, choć rozpina kołnierzyk markowej
koszuli. Słyszy pomorskie "jo", choć facet opowiada, że całe życie
spędził w Warszawie. Klara to rozumie. Każdy chce się dobrze sprzedać.
Ale instynkt podpowiada jej, że coś z nim jest nie tak. Jego kłamstwa
nie są blisko prawdy. Wracają z parkietu. Tym razem to on chce iść po
drinki. Do tej pory się nie wyrywał. Pyta, co chce do picia.
-?To samo co ty -?mówi Klara.
Wraca, ale w jego gestach jest coś nienaturalnego. Szybko wysuwa rękę z energetykiem. Podtyka jej szklankę pod nos. Klara się domyśla.
Co za dupek! W pierwszym odruchu chce wyjść. Ale jest za bardzo
rozsierdzona. Na siostrę, na ojca, na tego wypachnionego Fahrenheitem
dupka.
Miałam ochotę na seks -?wścieka się w myślach. -?Nie na gwałt.
On dużo gada. Jest podenerwowany. Kombinuje, żeby wreszcie wypiła.
Udaje, że chce zwymiotować. On biegnie po kosz. Klara wylewa energetyk
na gruby dywan obok krzesła. Myśli, że wypiła, robi się spokojniejszy.
Już nie jest dla niej taki miły. Klara pochyla się i odgrywa omdlenie.
-?Wyprowadź mnie na zewnątrz -?bełkocze.
Stają w bramie. On chce ją całować. Ona ucieka z ustami. Przygląda się
jej uważnie.
Sprawdza, czy pigułka już działa -?analizuje Klara.
Szybko wsuwa rękę w jego spodnie. Czuje, że on ma na nią ochotę. Jest
mocno podniecony. Mruczy z zadowolenia. Nagle zaczyna skowyczeć. To
dlatego, że Klara ściska jego jądra i jednocześnie mocno szarpie w dół.
Prawie odrywa mu jaja od gwałtownie zwiotczałego fiuta. Facet pada,
moczy się i jednocześnie wymiotuje. Zwija się. Jęczy. Klara wyjmuje jego
prawo jazdy. Gnój jest z Wejherowa. Pochyla się nad nim. Podnosi jego
głowę i mówi mu prosto w oczy. Tak wyraźnie i zimno, żeby zapamiętał na
całe życie.
-?Jeśli jakaś dziewczyna w okolicy poskarży się, że podano jej pigułkę
gwałtu, to przyjdę po ciebie znowu. Nie będę sprawdzać. Po prostu
przyjadę. I nie będę tak delikatna jak dziś -?mówi.
Wraca do klubu i patrzy barmanowi w oczy. Jest zmieszany, a ona wie
dlaczego. Zdejmuje ze ściany elektroniczną ramkę na fotografię i chowa
do torebki. Barman udaje, że nie widzi.
Czas wracać do siostry.
Moskwa, 14 maja 2013, wtorek
Ambasada Rzeczpospolitej Polskiej, ulica Klimaszkina 4
Kreml
Pieszo z polskiej ambasady na Kreml można się było dostać w pół godziny.
No, powiedzmy, w trzy kwadranse. Autem zdarzało mu się jechać nawet dwie
godziny. Najgorzej bywało, gdy droga prowadziła przez Sadowoje kolco,
słynną wewnętrzną obwodnicę miasta. Ulica w najwęższym miejscu miała
sześć pasów ruchu w obie strony, a w najszerszym -?osiemnaście! I wszystkie zablokowane trąbiącymi autami. Tym razem jednak jego służbowy
mercedes miał policyjną asystę, więc zamiast wściekłości towarzyszyły mu
wyłącznie zazdrosne spojrzenia innych kierowców. Jechał przez Sadowoje
kolco pasem dla dygnitarzy i nikt nie miał prawa zagrodzić mu drogi. Zza
przyciemnionych szyb patrzył na Rosjan, z których w godzinach szczytu
wynurzał się spod moskiewskiego lukru głęboko skrywany dziki, azjatycki
pierwiastek.
Mercedes z biało-czerwonym proporcem znalazł się w końcu na placu
Czerwonym. Koła zabębniły po bruku. Andrzej Wirth po raz pierwszy
przybywał na Kreml jako przyszły polski ambasador. Na kolanach trzymał
listy uwierzytelniające, które za godzinę miał wręczyć prezydentowi
Federacji Rosyjskiej. Limuzyna z pełną prędkością wjechała za wiśniowy
mur przez bramę Spasską. Ambasadora zawsze zastanawiało, jak oni to
robią, że wrota w baszcie otwierają się w ostatniej chwili, a auto nigdy
nie zwalnia.
Zaparkowali w rzędzie innych limuzyn z chorągiewkami na maskach,
kierowca z ambasady odwrócił się i rzucił przez ramię: "Powodzenia,
panie ambasadorze". Ceremonia miała się odbyć w sali Aleksandrowskiej
Wielkiego Pałacu Kremlowskiego. Tej samej, w której carowie Rosji
przyjmowali przybywających na ich dwór zagranicznych dyplomatów. Oprócz
nowego ambasadora Polski listy uwierzytelniające mieli przedstawić
dyplomaci z czternastu krajów, w tym z USA i Turcji.
Wirth wszedł po schodach i po krótkim spacerze spotkał się w sali
recepcyjnej ze swoimi kolegami. Mieli czas na niezobowiązujące rozmowy,
bo gospodarz lubił się spóźniać. W pewnym momencie ambasador zwrócił
uwagę na zbliżającego się do nich mężczyznę. Znał skądś jego twarz.
-?Witam serdecznie, Andrieju Stanisławowiczu -?mężczyzna mówił po polsku
z silnym rosyjskim akcentem. Podał mu dłoń. Stanął tak, że właściwie
odseparował go od reszty grupy. -?Spotkaliśmy się po 10 kwietnia.
Michaił Borisowicz Murawiow, zastępca naczelnika Wydziału III
Departamentu Europejskiego. Cały czas zbiera pan piłkarskie szaliki? -
zapytał z uśmiechem.
-?A pan co zbiera? -?odparł pytaniem na pytanie Wirth.
Nawet się nie zdziwił, że jego rozmówca wie o nim tak dużo. Także to, że
ambasador kolekcjonuje piłkarskie gadżety. Zawsze podziwiał jakość
rosyjskiej dyplomacji. Choć ten tutaj był pewnie z ichniej razawiedki.
-?Co zbieram? Jak my wszyscy tutaj. Wizytówki, przysługi, informacje. -
Rosjanin nie odpuszczał, widać było, że do czegoś zmierza. -?No i dzielę
się nimi...
-?A jakie są najnowsze?
-?Że Władimir Władimirowicz pamięta rozmowę na sopockim molo i jego
propozycja dla waszego premiera jest cały czas aktualna. -?Rosjanin
spoważniał.
-?Wiele ich wtedy było. -?Wirth był już zupełnie zaskoczony.
-?To prawda -?Rosjanin popatrzył Wirthowi w oczy -?ale wszystkie nasze
wspólne interesy mogą mieć początek wyłącznie nad Dnieprem, Prypecią i Pełtwią. My pamiętamy, że Lwów to polskie miasto.
Wirth zesztywniał. Nie był przygotowany na to, że w dniu rozpoczęcia
misji na Kremlu usłyszy de facto propozycję rozbioru sąsiedniego
kraju. Otworzyły się drzwi. Zobaczył Władimira Władimirowicza. Obok
niego stał szef rosyjskiego MSZ. Z kremlowskiej sali bił blask złota.
Rosyjski urzędnik zrobił krok i ustąpił Polakowi miejsca.
-?Proszę iść. Na pewno się jeszcze spotkamy, drogi Andrieju
Stanisławowiczu -?powiedział i lekkim dotknięciem ramienia skierował
Polaka w stronę drzwi.
Wirth zrobił parę kroków, ale nie wytrzymał. Odwrócił się, nachylił i przechodząc na doskonały, literacki rosyjski, wyszeptał rosyjskiemu
dyplomacie do ucha:
-?Pytał mnie pan o moje hobby. Ja wiem, że pański szef jest nałogowym
palaczem, pisze wiersze, gra na gitarze, lubi szkocką whisky, piłkę
nożną i klub Spartak Moskwa. Jego hobby to rafting. Zgadza się?
Zaskoczony Rosjanin twierdząco pokiwał głową.
-?Więc jeśli mówi pan o polskim Lwowie, to od swojego szefa powinien pan
wiedzieć, że nie warto wracać do rzeki, którą się już przepłynęło. Nawet
jeśli była najpiękniejsza.
Odwrócił się na pięcie. Po kolejnych pięciu minutach rozpoczęła się
ceremonia. Ambasadorowie po kolei podchodzili na środek sali.
Wirth dyskretnie spojrzał na zegarek. Po powrocie z Kremla zamierzał
pojechać na Cmentarz Doński. Chciał tam złożyć wiązanki na grobach
Leopolda Okulickiego i Stanisława Jasiukiewicza, przywódców Polski
podziemnej zamordowanych z rozkazu Stalina. Ale zmienił zdanie. Najpierw
trzeba wysłać szyfrogram do Warszawy. Spiker wyczytał jego nazwisko.
To będzie ciekawa misja -?myślał, podając rękę prezydentowi Rosji.
Gruzja, 6 maja 2013, poniedziałek
Góry Kodorskie, na zachód od rzeki Nenskra
Noc spędzili w górach. Ich oddział kolejny dzień krążył wzdłuż granicy z Abchazją. Kiedy wstał świt, Rapacki musiał dłuższą chwilę przyzwyczajać
oczy do wypełniającego las światła. Bardzo bał się, że znów straci
wzrok. Na szczęście dzisiaj wszystko było w porządku.
Nowoczesna radiostacja Harrisa AN/PRC-152, którą przywieźli ze sobą
żołnierze OBWE, szczeknęła krótkim komunikatem.
-?Szesnastka, tu "Ananuri Jeden", odbiór! -?Polak podał Gruzinowi
terminal, ten wdusił przycisk i zaczął mówić:
-?"Ananuri Jeden", szesnastka, zgłaszam się.
-?Szesnastka, macie kontakt. Dwanaście kilometrów od was. Około
dziesięciu osób. Przesyłam dane taktyczne. Za pół godziny będziecie
mieli nad sobą "Oko". Potwierdź -?usłyszał.
-?Potwierdzam, bez odbioru. -?"Czacza" wdusił przycisk "Off" i odrzucił
Polakowi terminal.
Po minach pozostałych gruzińskich żołnierzy Robert i Ihor Kozak
zorientowali się, co jest grane. Rapacki odruchowo poprawił "Haczkę".
-?Pokaż terminal -?powiedział.
Gruzin tak ściągnął konia, żeby obaj mogli spojrzeć na wyświetlacz.
-?Jeśli idą przez przełęcz, to tutaj jest dobre miejsce. -?"Czacza"
pokazał na elektronicznej mapie punkt obok górskiego strumienia. -?A co
to jest?
Gruzin chwilę się zastanawiał.
-?Stara cerkiew przy źródle.
"Czacza" zeskoczył z konia i zaczął poprawiać popręgi przed dalszą
drogą.
-?Muszą tam przyjść, bo to jedyne miejsce w okolicy, gdzie jest woda. -
Jeszcze raz wskazał ekran. -?I można się tam dostać wyłącznie od tej
strony. Musimy się spieszyć.
Ruszyli w kierunku źródła. Do cerkwi został jeszcze z kilometr. Wjechali
między ruiny górskiej wsi. Wzdłuż kamiennej ścieżyny ciągnęły się płoty
opuszczonych chat. Na niektórych widać było ślady po kulach. Nagle Polak
osadził konia.
Na ławeczce przed domem, w kompletnym bezruchu, jak zastygły w kamień,
siedział starzec. Rapacki był tak zaskoczony, że odruchowo mu się
ukłonił. Kompletnie pusta osada i pomarszczony dybuk. Wrośnięty w ławkę
jak drzewo.
-?Ciekawe, dlaczego zostają. -?Rapacki usłyszał za sobą głos Ihora.
Odwrócił się zdziwiony.
-?No tak jak ten. -?Ihor pokazał na samotnego starca siedzącego przed
domem. -?W pustej wsi, bez nikogo...
Robert przypomniał sobie historię, którą usłyszał od lekarza w stołecznym pogotowiu. GROM-owcy mają tam dyżury. Po to, żeby
przyzwyczaić się do ran, krwi i widoku śmierci.
-?W południowej Europie zarażonych trądem zsyłano na Spinalongę, wyspę u wybrzeży Krety -?mówił bardziej do starca niż do kolegi. -?Bliscy mogli
ich odwiedzać. Pocieszyć. Ale jeśli nie zdążyli odpłynąć do zmierzchu,
zostawali tam na zawsze. Kiedy ten przepis w końcu zniesiono, to ci
ludzie i tak nie wyjechali. Tak to jest, Ihor. Przysiadasz, zapuszczasz
korzenie, zostajesz...
-?Może dlatego tak nas nosi po świecie. -?Sierżant cały czas czujnie
rozglądał się po okolicy.
-?Konie zostawimy w lesie, tam za wzgórzem jest pieczara -?przerwał im
rozmowę milczący do tej pory lejtnant Czawczawadze. -?Musimy zejść z trasy. Później czeka nas spacerek. Pięć kilometrów w gruzińskich górach
to nie jest to samo, co przechadzka aleją Szota Rustawelego w Tbilisi.
Kiedy podeszli pod zmurszałe drzwi cerkwi, Rapacki musiał wyrównać
oddech. Jeden z Gruzinów uchylił wierzeje, pozostali zabezpieczyli
teren. W środku panował przyjemny półmrok. Świetnie, oczy mi trochę
odpoczną. Polak rozejrzał się po wnętrzu cerkwi. Obdrapane ściany nie
były w stanie odebrać budowli piękna.
-?Podobne są u was... -?Rapacki bardziej stwierdził, niż zapytał.
-?Nasze na Huculszczyźnie mają kopuły takie bardziej bombiaste, jak
cebule, a te jakieś takie prostsze. Ale ładne. -?Kozak gadał i jednocześnie montował radiostację. -?A ikony, żebyś ty widział, jakie u nas piękne. Musisz kiedyś przyjechać na Ukrainę...
Włączył monitor i podał porucznikowi terminal.
-?Zobaczymy, co pokazuje nasze oczko. -?Zajrzał mu przez ramię. -?Tutaj
są!!! Jakieś pół godziny. Idą prosto na nas.
Na monitorze widać było sześciu piechurów mozolnie wspinających się
górską drogą w ich stronę. Kozak nie widział, żeby nieśli jakiś ciężki
sprzęt. Dron Hermes 450, który Gruzini kupili od Izraela, krążył na
wysokości pięciu tysięcy metrów, dając doskonałej jakości obraz wąwozu.
Widok z kamery przekazywany był do stanowiska kontrolnego w oddalonej o ponad sto kilometrów bazie w Poti, a stamtąd w czasie rzeczywistym
wędrował za pośrednictwem radiostacji Harrisa na ich ekran.
Pochyleni nad monitorem zobaczyli, jak elektroniczne zjawy wchodzą do
leśnej zagrody. Tej samej, którą mijali w drodze do cerkwi. Trochę to
trwało, ale w końcu wyszli. Kozak nie wiedział, co z niej wynoszą. Dałby
sobie uciąć rękę, że wielkie pudło taszczone przez jednego z nich to
telewizor. Należał pewnie do staruszka, którego widzieli przed domem.
Porucznik pokazał obraz z drona Gruzinowi, chwilę coś szeptali,
porównując sytuację z papierową mapą, w końcu lejtnant wybiegł do
swoich. Polak i Ukrainiec zostali w cerkwi sami.
-?Czacza mówi, że to pewnie nie żołnierze, tylko rosyjscy szabrownicy. -
Rapacki oparł się o zimną ścianę cerkwi i wytarł końcem arafatki czoło.
-?Miejscowe szumowiny, niewyszkoleni, ale lubią sięgać po broń.
Kozak skinął głową. Dostali zakaz angażowania się w akcje.
-?Macie być wyłącznie ob-ser-wa-to-ra-mi -?słyszeli kilka razy dziennie
podczas odpraw przed wyjazdem.
W cerkwi zapadła niezręczna cisza.
Na ekranie tabletu zobaczyli, jak szabrownicy biją mieszkańca zagrody.
Staruszek leżał na ziemi, a jego dom zaczął płonąć. Spojrzeli na siebie.
Prawie jednocześnie przeładowali broń i ruszyli w stronę drzwi. W tym
momencie terminal radiostacji zaćwierkał ponownie. Tym razem w alarmowym
trybie.
Rapacki spojrzał na wiadomość tekstową, która przyszła z dowództwa.
-?O kurwa!
Miał natychmiast wracać do Warszawy.
Warszawa, 6 maja 2013, poniedziałek
Rembertów, Akademia Obrony Narodowej, mieszkanie Szymańskich
Dokładnie w tym samym momencie kapitan Klara Klinger pokazywała
legitymację przy wejściu do rembertowskiej Akademii Obrony Narodowej,
zwanej w skrócie AON. Wojskowy Instytut Chemii i Radiometrii znajdował
się na terenie kompleksu między przychodnią lekarską AON a blokiem 25.
Klinger umówiła się z oficerem obiektowym instytutu w willi dyżurnego
AON. Była zła na siebie, bo teraz czekał ją spacer po rozległym terenie
uczelni. Już po chwili czuła, że koszula lepi jej się do munduru.
Chorąży Nowacki siedział w małym pokoju i czekał na nią od dobrego
kwadransa. Widać było, że jest zdenerwowany. W pokoju nie było
klimatyzacji, więc pocił się intensywnie, co jeszcze bardziej potęgowało
jego rozdrażnienie. Pierwszy zaczął rozmowę.
-?Dlaczego wywiad interesuje się facetem, który umarł na raka?
-?Jak powiem, że szukamy leku na raka, to pan uwierzy?
-?Jeśli chodzi o was, to wszystko możliwe!
-?No to czas uwierzyć, bo łatwiej będzie gadać. A teraz niech mi pan
chorąży opowie wszystko o tym Szymańskim. Ale tak solidnie, żebym za
chwilę wiedziała, skąd mu nogi rosły.
Po godzinie wyszła z instytutu z głębokim przekonaniem, że wie dokładnie
tyle samo, ile wyczytała z akt.
Zrobiła jakieś zakupy i pojechała na pobliskie osiedle przy Admiralskiej
w Rembertowie. Bloki były zadbane, z ładnymi przyciemnianymi
wiatrołapami u wejść. W niczym nie przypominały klasycznych wojskowych
budynków, które pamiętała z dzieciństwa. Przeszła kilkaset metrów,
skręciła w klatkę schodową i po chwili zapukała do drzwi. Nie musiała
czekać.
Po sekundzie na progu stała Maria Szymańska.
-?Dzień dobry. -?Klara pokazała podrobione dokumenty.
Szymańska bez słowa wpuściła ją do środka. Było widać, że czekała.
-?Jestem z kadr instytutu, to ja do pani dzwoniłam.
Kobieta miała zapuchnięte oczy. W domu panował półmrok.
-?Proszę wybaczyć, strasznie razi mnie światło.
Szymańska zaprowadziła ją do pokoju. Mieszkanie było niewielkie. Na
meblościance w salonie stało duże ślubne zdjęcie. Nie było żadnych
fotografii dzieci i Klara przypomniała sobie, że w aktach osobowych
doktora nie znalazła informacji o tym, by Szymańscy je mieli.
Kobieta usiadła, ale zaraz zerwała się z krzesła i wygładziła serwetę.
-?Może herbaty albo coś do picia?
Klara pokręciła głową. Wyjęła z torebki niebieską aktówkę. Zależało jej,
żeby w tej pierwszej fazie rozmowy wszystko wyglądało bardzo formalnie.
-?Ja sobie coś przyniosę.
Po chwili Szymańska postawiła na blacie szklankę i nalała do niej zimnej
nałęczowianki. Klara jeszcze raz rozejrzała się po pokoju. Mnóstwo
tanich bibelotów, trochę książek w twardych oprawach, na stole uschnięte
kwiaty, kurz na stojącej obok stołu komódce. Było widać, że ktoś
niedawno przestał dbać o ten dom.
-?Tak jak mówiłam przez telefon -?zaczęła Klara -?jest jedna ważna
kwestia do rozwiązania. Z obowiązujących przepisów wynika, że żołnierz
otrzymuje kwaterę na czas pełnienia służby, a po jej zakończeniu może
wykupić lokal za siedem procent wartości lub otrzymać tak zwaną odprawę
mieszkaniową, czyli co najmniej sto tysięcy złotych.
Szymańskiej zaczęły trząść się ręce. Klara nienawidziła się za to, co
robiła, ale kontynuowała. -?Osoby zamieszkujące wspólnie z żołnierzem
służby stałej, który zmarł po nabyciu prawa do emerytury wojskowej lub
którego śmierć pozostaje w związku ze służbą wojskową, są zobowiązane
przekazać lokal do dyspozycji Agencji -?zawiesiła głos.
Szymańska nie odrywała od niej wzroku, była bliska łez. Klara uznała, że
już wystarczy. Teraz może zacząć.
-?Oczywiście nie odwołamy się do tego przepisu.
Szymańska głęboko odetchnęła i zaczęła płakać.
-?Proszę się uspokoić. -?Klara położyła jej rękę na ramieniu i przysunęła krzesło. -?W przepisach o zakwaterowaniu Sił Zbrojnych jest
artykuł 23. Wykorzystamy go, a ja pani pomogę, wystarczy napisać
podanie.
Klara objęła Szymańską i podała jej wody.
-?To był dobry człowiek. Wszyscy go w instytucie cenili.
Te słowa spowodowały, że Szymańska zaczęła mówić, a potok słów nie mógł
się zatrzymać.
Po godzinie Klara wiedziała prawie wszystko o zmarłym chemiku, ale wciąż
nic o przyczynach jego śmierci.
Warszawa, 14 stycznia 2013, poniedziałek
Wilanów, ul. Sarmacka 14
Wszyscy znajomi i sąsiedzi wiedzieli, że Jarosław Rozbicki nikogo nie
kocha. Ale to nie była cała prawda. Kochał swoje pieniądze i swoje auto.
No i bardzo kochał siebie. Teraz siedział za kierownicą mercedesa i patrzył bezrefleksyjnie w szczelinę w szarej ścianie garażu na
warszawskim Wilanowie. Strzeżone osiedle, dwupoziomowy apartament z przestronnym tarasem na dachu, wykupione miejsce na parkingu i solidne
auto w garażu. Powody do zazdrości dla chłopaków czołgających się na
szczyty kariery i powoli zamieniających słoiki od mamusi na kreski od
dealera.
Szanowany adwokat.
Jarosław Rozbicki.
Rosyjski szpieg.
Godz. 16:27
W tym samym czasie od strony Gdańska do polskiej stolicy zbliżał się
niebieski ford. Za jego kierownicą siedział mężczyzna, który najpierw
jako mieszkaniec Kaliningradu przejechał granicę w Mamonowie, a potem -
po postoju w okolicach Braniewa -?już jako Algirdas Saudargas i w samochodzie na litewskich numerach ruszył w kierunku Warszawy.
Za Miłomłynem zjechał z głównej trasy i ruszył wąską ulicą Leśną w kierunku zakrętu obok jeziora. Po kilkuset metrach zatrzymał się na
poboczu. Wysiadł i szybko sięgnął za metalową barierkę ogradzającą łuk
szosy. Zerwał szerokie plastry i wyjął schowany za metalową listwą
pakunek. Wszystko szło gładko. Jakiś nieznany mu razwiedczik dobrze
wykonał swoje zadanie.
Jacy u nas ludzie! Gwoździe z nich robić -?pomyślał mężczyzna, który nie
był Algirdasem Saudargasem. Po dwóch godzinach jego ford minął Nowy Dwór
Mazowiecki.
Godz. 16:29
W Warszawie Rozbicki oderwał wzrok od strużki brudnej wody spływającej z rur i uważnie popatrzył na cyferblat swojego breitlinga navitimera.
W prawniczej robocie wizerunek się liczył -?Rozbicki wiele razy
doświadczył tego, że dobry zegarek bywa ważniejszy niż najlepsze auto. W końcu na spotkanie z klientem do Belvedere samochodu nie da się
wciągnąć. A wart ponad osiemdziesiąt tysięcy złotych breitling zawsze
robił wrażenie.
Cyk, cyk, cyk... Delikatny odgłos pracy zegarka zaczął w jego uszach
zanikać. Cyk, cyk, cyk... To już teraz!
Zapalił silnik. Na wyświetlaczu ożyły niebieskie wskaźniki. Mercedes
klasy C delikatnie szarpnął na podjeździe, silnik mruknął, kiedy
Rozbicki dodał gazu, ale nie było już odwrotu. Czuł, że pocą mu się
dłonie.
Godz. 16:52
Oficer, o którym myślał Rozbicki, zbliżał się do Czosnowa. Prowadził
tak, żeby nie złapał go żaden radar. Płynnie, bezpiecznie i przepisowo.
Kilkaset metrów za nim, zachowując solidny odstęp, jechało
ubezpieczenie. Szary tir z reklamą kaliningradzkiej firmy Gurjewsk Mebel
Torg na boku. Jego kierowca miał tylko jeden rozkaz: zabrać pakunek,
gdyby oficer rozbił się w drodze do Warszawy. Bez względu na
okoliczności.
Zwykła kontrola drogowa nie była dla niego zagrożeniem. Gdyby go
zatrzymano i sprawdzono, okazałoby się, że Algirdas Saudargas
rzeczywiście istnieje. Rzeczywiście ma niebieskiego forda i rzeczywiście
przekroczył dzisiaj rano polską granicę. Udowodnienie, że już w Polsce
doszło do cudownego sklonowania Litwina, byłoby niezwykle trudne, choć
oczywiście możliwe. Jeden Algirdas Saudargas spędzał czas w Aquaparku
Tropicana pod Elblągiem. Szczęśliwy, że wygrał w promocji darmowe
wakacje w Polsce. Choć nawet nie wysłał kuponu. Ale kto by zadawał
pytania, kiedy fundują ci darmowe wakacje. Zaś drugi Algirdas Saudargas
mknął właśnie do Warszawy. Był coraz bliżej celu.
Godz. 17:07
Po piętnastu minutach Rozbicki zatrzymał się w korku na Marymonckiej.
Ulica była zapchana w obu kierunkach. Dla Rozbickiego korek nie oznaczał
przeszkody; przeciwnie -?stanowił część planu. Zobaczył nadjeżdżające
auto, którego markę i kolor określił w wiadomości wysłanej do Moskwy.
System komunikacji z centralą opanował błyskawicznie.
Kiedy chciał przekazać meldunek do Akwarium, logował się na forum
miłośników niemieckich samochodów. Do dyskusji na forum wrzucał pod
swoim postem zdjęcie jakiegoś auta. Fotografia była obrobiona
wyrafinowanym programem, który pozwalał ukrywać wiadomości.
Wykorzystywał do tego najmniej znaczący bit -?znajdujący się w słowie
cyfrowym na miejscu najbardziej wysuniętym w prawo, przedstawiający
najmniejszą wartość liczbową. Na przykład 10010101. Wykorzystując ten
bit, nieznacznie zmieniał obraz zdjęcia. Technicy w Akwarium mieli taki
sam program i taki sam klucz, więc gdy na forum pojawiał się wrzucony
przez Rozbickiego post z nickiem "Gandalf 117", mogli odczytać ze
zdjęcia wiadomość o miejscu i godzinie spotkania. Tak było i teraz.
Godz. 17:08
Na Marymonckiej korek się nie zmniejszał. Dokładnie w tym samym momencie
obaj usłyszeli pisk opon. Czas zaczął zwalniać. Rozbicki i Rosjanin
wyobrażali sobie ten moment. Odrzucali go, usuwali z myśli, ale
powracał. Czasami jako koszmar senny, czasami jako moment pijackiej
jasności umysłu. Ciosy, wykręcone ręce, wrzaski. Potem wizyta na
Rakowieckiej. Przesłuchanie w kontrwywiadzie. Ale nie tym razem. To po
prostu karetka pogotowia ostro skręciła na podjazd Szpitala
Bielańskiego.
Godz. 17:08:27
Rozbicki wytarł spocone dłonie o spodnie. Zobaczył swojego oficera
prowadzącego. Urządzenie w aucie Polaka przesłało w sekundę zaszyfrowaną
wiadomość i odebrało odpowiedź. Stało się. Ich sekretny sposób wymiany
informacji zadziałał. Jak mu powiedział jego przyjaciel, był to system
opracowany tylko dla niego. Najlepszy na świecie, nie do złamania.
Duch. Przez chwilę stali w korku, patrząc sobie w oczy. Rozbicki
odetchnął -?czas i tym razem był po jego stronie.
Gruzja, 22 maja 2013, środa
Port Poti, misja OBWE
Rapacki czuł niepokój, ale i ekscytację. W Gruzji było mu dobrze. Demony
przeszłości coraz rzadziej powracały. Pogranicze abchaskie okazało się
inne od surowych i monochromatycznych gór Afganu. Ośnieżone stoki Gór
Kodorskich nawet zimą nie były tak nieprzystępne. Przypominały bardziej
Tatry niż kamieniste szczyty Hindukuszu. Miały jeszcze jedną zaletę. Z ich skalnych żlebów nikt do niego nie strzelał. W lasach nie było
podziemnych kryjówek wroga, a w wioskach, które przemierzali w ramach
misji pokojowej, nie musieli oglądać się za siebie. Kuchnia okazała się
swojska, towarzystwo przednie, a wino, choć ciężkawe, w pełni legalne.
Z tego gruzińskiego letargu wyrwał Rapackiego nagły rozkaz powrotu do
kraju. Tryb natychmiastowy zwiastować mógł dwie rzeczy. Kłopoty, choć
tych się raczej Rapacki nie spodziewał, lub nowe zadanie. I to było
prawdziwym powodem ekscytacji.
Sięgnął po telefon, który leżał obok na balkonowym stoliku do kawy.
Wybrał numer na zielonej liście WhatsAppa i czekając na połączenie,
spoglądał na majaczące w oddali, między kwadratowymi klockami skromnych
gruzińskich domów, portowe żurawie terminalu cargo.
Lena odebrała po czwartym sygnale.
-?Cześć, kochanie, mam dwie wiadomości, dobrą i złą. Którą chcesz
usłyszeć najpierw? -?wystrzelił Rapacki już na samym wstępie.
-?Ostatnim razem, gdy bawiłeś się w tę durną łamigłówkę, byłeś w szpitalu w Kabulu. Co się dzieje? -?W głosie Leny przez rozdrażnienie
przebijał się lekki niepokój.
-?Wszystko ze mną okej i to jest ta dobra wiadomość. Wracam do domu, i to szybko, więc schowaj swojego kochanka do szafy, i to jest ta zła
wiadomość -?zażartował Rapacki.
Ale w głosie żony nie czuło się radości.
-?Jak to wracasz? -?zapytała wyraźnie zakłopotana. -?Narozrabiałeś coś?
Zresztą i tak mi nie powiesz. Mam tylko nadzieję, że ci zapłacą. Bo u nas trwa remont. Kiedy będziesz? -?powiedziała oschle, ale po chwili się
zreflektowała i dodała cieplejszym głosem: -?Dziewczynki się ucieszą.
Każdego dnia po przebudzeniu pytają, kiedy wrócisz. Marysia grozi, że
jeśli znowu gdzieś cię wyślą, zadzwoni do twojego dowódcy i wyda mu
rozkaz odwołania taty do domu.
-?Kochana, będzie z niej dobry oficer. -?Rapackiego rozpierała duma na
myśl o rezolutnej pierwszoklasistce.
-?Nawet o tym nie myśl. -?W głosie Leny znów powróciły twarde tony. -
Będzie, kim zapragnie być, ale nie chcę, żeby ktoś wiecznie czekał na
nią, tak jak ja na ciebie.
Robert nie raz już słyszał ten ton wyrzutu w głosie żony. Od lat
narzekała, że wiecznie go nie ma, a każdy telefon, gdy jest na misji,
kosztuje ją zawał, a przynajmniej kolejny pukiel siwych włosów. Dlatego
zawsze to on płacił za fryzjera Leny. W ramach małej rekompensaty za
stres związany z jego wyjazdami. Taka to była świecka tradycja w domu
Rapackich.
CZĘŚĆ II
NASTĘPNA BĘDZIE UKRAINA
Warszawa, 9 maja 2013, czwartek
Siedziba Służby Wywiadu Wojskowego
Do bezpiecznego pokoju w piwnicach budynku w alei Niepodległości
wchodziło się przez specjalną śluzę bezpieczeństwa. System rejestrował
godzinę wejścia i personalia wchodzącej osoby. Przy śluzie siedział za
małym biurkiem oficer ochrony. Sprawdzał, czy wchodzący do środka nie
mają ze sobą elektroniki, i odbierał telefony zapominalskim. Ale i tak,
na wszelki wypadek, zainstalowano w środku Krypty (bo tak mówili o niej
między sobą) generatory wibroakustyczne i systemy sygnalizacji włamania
oraz wyeliminowano wszelkie połączenia z zewnętrznymi liniami
telefonicznymi czy energetycznymi. Klara weszła do środka, a drzwi
zamknęły się z sykiem. W środku wszystkie miejsca poza dwoma -?w tym
jednym u szczytu stołu -?były zajęte. Oprócz "Zastępcy" siedzieli tam
szefowie Departamentów I i II, odpowiadających za Rosję i Białoruś,
Biura Zagrożeń Globalnych, Biura Ochrony i Osłony oraz Biura
Technicznego. Był też szef Narodowego Centrum Kryptologii. Klarze
zaschło w ustach. Usiadła na wolnym krześle.
-?Proszę mówić -?zaczął jak zwykle bez żadnych wstępów "Zastępca".
Kapitan przełknęła ślinę.
-?W związku ze śmiercią doktora Andrzeja Szymańskiego z Wojskowego
Instytutu Chemii i Radiometrii sprawdziłam i przesłuchałam jego kolegów
oraz przyjaciół. Wczoraj rozmawiałam też z żoną oraz chorążym, który
prowadzi dochodzenie w sprawie śmierci Szymańskiego. Do czasu uzyskania
potwierdzenia z Lozanny postanowiłam sprawdzić pozostałe przypadki i znaleźć jakiś wspólny mianownik. Na razie bez efektów, ale mam pewne
propozycje kolejnych kroków operacyjnych.
Zastępca szefa Służby Wywiadu Wojskowego powstrzymał ją gestem dłoni.
-?To za chwilę. Czy udało się już ustalić, co łączy naukowców?
Klara znów poczuła, że zasycha jej w gardle. Nienawidziła publicznych
wystąpień.
-?Szymański w Rembertowie zajmował się detektorami skażeń chemicznych. Z kolei doktor Istvan Raynal pracował dla Rapid Chemicals między innymi
nad produkcją i utylizacją płynów do szczelinowania. Wcześniej zaliczył
co prawda epizod w Raytheonie, który, jak wszyscy wiemy, ma w ofercie
rakiety, ale to było dobrych osiem lat temu. Podobnie jak ten profesor z Kopenhagi, Anders Mose Stahel. Profesor miał przed laty etat w Grupie
Kongsberg. To ta sama firma, która sprzedała nam Nadbrzeżny Dywizjon
Rakietowy. Ale z pewnością nie pracował tam w dziale zbrojeniowym.
Zajmował się między innymi kompresją gazu. Również ten dziekan z ukraińskiego Uniwersytetu Nafty i Gazu nie miał nic wspólnego z wojskiem, był raczej urzędnikiem uniwersyteckim. Hans Berg z DGE Farben
GmbH w Hanowerze oraz Bastian Visser z rotterdamskiego Royal Dutch
Laboratories również pracowali przy produkcji cywilnej. -?Klara
bezradnie rozłożyła ręce. -?Punktów wspólnych w ich karierach na razie
nie wykryłam.
-?To co teraz?
-?W przyszłym tygodniu chcę zacząć turę. Hanower, Kopenhaga, później
reszta. Przeszukam archiwa, sprawdzę dokładnie przyczyny zgonów i może
coś znajdę. Na pewno jest tego dużo. Przydałoby się przyspieszyć kwestię
stworzenia mojej grupy.
"Zastępca" poprawił się w fotelu.
-?Sama pani wie, że to nie takie proste. Pamiętam o tym. Ale w tej
sprawie najważniejsze zdanie ma oczywiście "Dowódca". -?Popatrzył na
wolne krzesło, u szczytu stołu. -?To już kwestia dni. Na razie proszę
działać zgodnie z planem. Dziękuję, pani kapitan.
Dla niej rozmowa była zakończona.
Szef zajmującego się Białorusią Departamentu II poczekał, aż za panią
kapitan zamkną się drzwi.
-?To chyba jakiś martwy trop. Marnujemy czas i pieniądze -?rzucił jakby
od niechcenia.
"Zastępca" poprawił okulary i puścił uwagę mimo uszu.
Pułkownik Andrzej Berger wiedział, że słowa, które właśnie wypowiedział,
nie spodobają się "Zastępcy". Miał to w dupie. Żałował tylko, że na
razie nikt z obecnych w Krypcie oficerów nie zechciał go w tej sprawie
poprzeć. Ale wkrótce to się zmieni -?pomyślał złośliwie.
Nie znosił Klary Klinger, jej braku dyscypliny i poszanowania
hierarchii. A jeszcze bardziej nie znosił pułkownika. Tego, że toleruje
takie zachowania, że przymyka oko na samowolki oficerów operacyjnych.
Uważał, iż "Zastępca" już dawno powinien zostać wywalony na zbity pysk.
Ataszat w Ułan Bator! Najwyżej! I to jak będę miał dobry humor -?tak
widział upadek "Zastępcy".
Według Bergera po likwidacji WSI w firmie cały czas panował chaos, a kolejne rozkazy i decyzje kierownictwa tylko ten chaos pogłębiały.
Podczas nieobecności szefa SWW szarogęszenie się "Zastępcy", jego
bezczelność i ewidentne ignorowanie Bergera wkurwiało pułkownika z każdym dniem coraz bardziej. "Zastępca" był arogancki i cały czas
domagał się od Departamentu II nowych informacji z kołchozu Baćki. Kiedy
już je dostawał, to zamiast go chwalić, znów narzekał. Berger był
szczególnie dumny z operacji, która pozwoliła uzyskać bezpośredni dostęp
do białoruskiego wywiadu. Udało mu się zwerbować Jurija Kowaliowa,
dziennikarza z Grodna. Kowaliow pisać nie potrafił, ale jak na byłego
żołnierza 5. Wydzielonej Brygady białoruskiego Specnazu doskonale
zbierał informacje. A co więcej -?po lekkiej obróbce w podwarszawskiej
willi bez bólu poszedł na współpracę z Polakami. Berger płacił Jurijowi
za to kupę pieniędzy. Białorusin zainkasował już 300 tysięcy dolarów.
Dużo, ale wart był każdego grosza. Informacji dostarczał solidnie i w hurtowych ilościach. A dobre informacje oznaczały rosnące akcje
Departamentu II i osobiście pułkownika Bergera. Jednak "Zastępca" nie
potrafił tego docenić. Kręcił nosem i domagał się dodatkowej weryfikacji
raportów źródła, któremu nadano pseudonim "Sewer".
Baran, nie może przeżyć naszego sukcesu -?Berger słuchał uwag "Zastępcy"
i zaciskał bezsilnie szczęki. Nadejdzie jednak dzień zapłaty. Jak już ta
kretyńska operacja Duszyńskiego pieprznie -?a nie miał co do tego
wątpliwości -?to dokładnie podliczy, ile pieniędzy podatników wydano na
ściganie zwidów pana pułkownika. Ta myśl poprawiła mu humor. Wygodniej
rozsiadł się w fotelu i hardo spojrzał na "Zastępcę". Teraz już nie miał
wątpliwości. To zdecydowanie było właśnie to zdanie, które musiał
publicznie wypowiedzieć. Taka inwestycja w przyszłość.
Warszawa, 13 maja 2013, poniedziałek
Żoliborz
Radio grało właśnie Get Lucky, najnowszy hit Francuzów z Daft Punk,
Żoliborz od rana nie dawał wytchnienia, a Piotr Steczkowski siedział w samochodzie przed przedszkolem na Twardowskiej, wybijał rytm na
kierownicy i przyglądał się buremu kocurowi, który znalazł miejsce do
spania na rozgrzanej masce zaparkowanego przed sąsiednią willą bmw. Było
tak gorąco, że cała Warszawa zamarła w pustynnym letargu. Piotr wyłączył
klimatyzację, opuścił szybę i zapalił papierosa. Był zmęczony. Przed
godziną zadzwoniła Marta. Jego Była. Torba -?tak o niej myślał od czasu
rozstania. Tonem nieznoszącym sprzeciwu oświadczyła, że nie zdąży
odebrać Kacperka.
-?Piotr, w końcu cały czas jesteś ojcem! Masz, do cholery, jakieś
obowiązki! -?wykrzyczała.
Na argument, że przecież Kacper prawie non stop jest u niego, a dzisiaj
miała go zabrać na badania, wysyczała do słuchawki, że doskonale
pamięta, jaka była umowa.
-?Życia zaprogramować się nie da -?rzuciła, by w końcu histerycznie
wykrzyczeć, że Piotr przecież ma wydawnictwo książkowe, a nie pracuje na
taśmie, więc jaki problem, żeby zmienił plan dnia.
Im dłużej Marta mówiła, tym bardziej Piotr utwierdzał się w przekonaniu,
że jej zdrada była darem niebios. Bez tego pewnie do tej pory nie
zdecydowałby się na rozwód. Nie ze względu na żonę. Ze względu na syna.
Mój dzielny wojownik -?myślał wtedy. Tyle badań. Tyle hospitalizacji. I nic... żadnego efektu, a dalej walczy. Ma tak ogromną siłę, tak wielką
wolę życia.
Steczkowski pamiętał ten dzień, gdy usłyszeli, że Kacperek ma wadę
serca. W drugiej dobie życia chłopiec zaczął sinieć. Lekarze natychmiast
zabrali go na echo serca. Diagnoza wykazała HLHS, brak lewej komory
serca. Chłopca przewieziono do Centrum Chorób Serca. Tam nie dawali mu
szans. W siódmej dobie życia Kacperek wylądował w Uniwersyteckim
Szpitalu Dziecięcym. Pierwszą operację przeszedł w dziesiątym dniu
życia, drugą, gdy miał dziewięć miesięcy, trzecią w wieku trzech lat. Po
pierwszej operacji siedzieli w szpitalu trzy miesiące, w tym dwa na
intensywnej terapii. Spali na krzesłach, nie byli w stanie nic jeść. Po
operacji pojawiły się powikłania. Po raz kolejny potrzebne było
cewnikowanie. Dwa dni po kolejnej, z powodu niedomykalności zastawki
trójdzielnej, Kacperek znów trafił na stół. Zbliżały się trzecie
urodziny. To było w przedszkolu. Telefon od dyrekcji placówki. Zapłakane
"ciocie", dla których trzylatek z zatrzymaną akcją serca to było coś
więcej niż trauma. I dalej -?śmigłowiec Lotniczego Pogotowia
Ratunkowego, Centrum Zdrowia Dziecka, badania, badania i diagnoza. Brak
możliwości leczenia w kraju. Milionowe koszty za granicą. I to takie, na
które nie mogli sobie pozwolić. Nie pomogła zbiórka publiczna. Pieniądze
z jego patentów i wydawnictwa zapewniały chłopcu warunki do przetrwania.
Do wyzdrowienia i operacji na Florydzie potrzebne były jednak miliony
dolarów. Nic więc dziwnego, że za każdym razem, gdy Steczkowski tracił
syna z oczu, czuł narastający lęk. Rozstanie z chłopcem na dłużej było
czymś nie do wyobrażenia. W przekonaniu Steczkowskiego również rozwód
nie wchodził więc w grę. Między nimi układało się nie najlepiej jeszcze
przed narodzinami Kacperka. Po diagnozie było tylko gorzej. Steczkowski
całą swoją uwagę poświęcił synowi i załatwianiu pieniędzy na leczenie.
Nie było już czasu dla żony. Torba wzięła jednak sprawy w swoje ręce.
Ona zdradziła. Klasyczny skok w bok, niby na skutek frustracji, forma
odreagowania tego, co psuło się między nimi. Od lęku o syna i od
ciągłego zmęczenia.
-?Chciałam się poczuć kochana -?powiedziała, kiedy już podpisali
dokumenty rozwodowe.
Wyprowadził się, ale zamieszkał ledwie kilka ulic od ich starego
mieszkania. Wszystko po to, aby być blisko Kacperka. W razie potrzeby.
Wysiadł z wozu, żeby rozprostować nogi.
-?Ożeż... Cholera jasna! -?Steczkowski usłyszał za sobą histeryczny wrzask
i pisk uderzanego kota. -?Won, sierściuchu!!!
Kot ze skowytem zsunął się z maski i teraz nieporadnie próbował wejść po
winorośli na niewysoki płot okalający willę.
Z domu wyskoczyła ładna kobieta w kuchennym fartuszku, najwyraźniej
oderwana od przygotowań do obiadu.
-?Oszalał pan!!! -?wrzasnęła do właściciela bmw.
-?Pani Janiszewska, on znów mi chodzi po aucie!!! -?Mężczyzna wykrzyczał
to takim tonem, jakby kot popełnił zbrodnię karaną śmiercią, a on był
prokuratorem, który domaga się natychmiastowego wykonania wyroku
-?Tyle razy mówiłem i kurwa co!!!
Właścicielka kota nie wytrzymała.
-?A jemu to trzeba było powiedzieć! Nie mnie! Co mam zrobić? -?Wskazała
na siedzące w krzakach przestraszone zwierzę.
Mężczyzna spurpurowiał. Kobieta nieopatrznie wzięła to za słabość.
-?Do jasnej cholery, niech pan wreszcie parkuje u siebie na podwórku, a nie na ulicy, to będzie spokój. -?Mówiąc te słowa, lekko oparła się o maskę bmw.
Pąs na twarzy mężczyzny przeszedł w grymas wściekłości. Z całej siły
uderzył ją w tę opartą o samochód rękę. Kobieta jęknęła z bólu.
Mężczyzna wrzeszczał dalej, szarpał ją za ramiona.
Steczkowski patrzył zaskoczony i coraz bardziej zmęczony. Było gorąco,
pot spływał mu po plecach i coraz bardziej chciało mu się pić. Pisk
zwierzęcia, okrzyki bólu kobiety i histeryczny dyszkant mężczyzny
zlepiały się w jeden kakofoniczny koncert, coraz bardziej przypominający
głos jego byłej żony. Nie wytrzymał. Współwłaściciel Oficyny Wydawniczej
Taurus podszedł i szybkim ciosem uderzył napastnika w tętnicę szyjną.
Właściciel bmw osunął się na maskę i przypominał kota, którego przed
sekundą z niej wygonił. Kiedy za parę chwil się ocknie -?Piotr był tego
pewien -?zabrudzi wymiocinami całe to swoje wypolerowane autko.
-?Tato???
Steczkowski przymknął oczy. Za nim stał pobladły syn.
Londyn, Hanower, Rotterdam, maj/czerwiec 2013
Minął tydzień od dnia, w którym Klara Klinger wyleciała z Warszawy. Tyle
zajęło jej odwiedzenie Londynu, a później loty do Hanoweru, Rotterdamu i Kopenhagi. Namiary na żony naukowców osobiście dostarczył jej
"Zastępca". Wymyśliła, że we wszystkich przypadkach będzie się
przedstawiała żonom i dzieciom naukowców jako przedstawicielka
londyńskiej firmy ubezpieczeniowej, w której polisy na życie wykupił
zmarły mąż, ojciec czy brat. Jeszcze przed wylotem poszła do techniki.
Kiedy wchodziła do ich królestwa, miała wrażenie, że wkracza do świata,
którego zasad funkcjonowania nie jest w stanie ogarnąć. Poszukała
wzrokiem kolesia, który, jak jej powiedziano, ma przypominać Kapitana
Amerykę przed transformacją. Bez trudu go znalazła.
-?Potrzebuję strony internetowej -?powiedziała do cherlaka przed
monitorem.
-?Domina czy nastoletnia lolitka? -?odpowiedział, nie odwracając wzroku
od ekranu komputera; najwyraźniej seksistowskie dowcipy były tu jeszcze
w modzie.
-?Zaraz ci urwę jaja, więc chyba raczej domina. -?Klara nie miała czasu
na pogaduszki.
Facet w białym podkoszulku z napisem "To nie jest zwykły biały T-shirt,
to jest T-shirt Apple" raczył unieść głowę i spojrzał na nią zza grubych
szkieł okularów.
-?Jaką i na kiedy? -?odpowiedział i łyknął trochę kefiru Robico.
Klara była do tej pory przekonana, że informatycy piją wyłącznie Red
Bulla.
-?Na wczoraj. Ładną stronę angielskiej firmy ubezpieczeniowej. Z tradycjami. Działającą od wielu lat, dobrze pozycjonowaną w Googlach i z umiarkowanie dużym ruchem. Ma być stylowo, drogo i koszernie. Tu jest
adres w Londynie i telefon, pod którym firma działa. -?Podała chłopakowi
kartkę z adresem, pod którym przed laty jakiś anonimowy oficer wywiadu
założył firmę słup, zamrożoną do wczoraj i czekającą w lodówce na taką
właśnie okazję.
-?Będzie pani zadowolona -?odpowiedział komputerowy guru i wrócił do
swojego wirtualnego świata.
Rzeczywiście była zadowolona. Nawet jeśli któraś z jej rozmówczyń przed
spotkaniem sprawdziła firmę w sieci, to nie dała po sobie nic poznać.
Najpierw pojechała do Hanoweru.
Okazało się, że Hans Berg mieszkał w małej wsi Hademsdorf oddalonej od
miasta o pół godziny drogi autem. Na lotnisku wynajęła samochód w Avisie. Zapłaciła kartą kredytową, którą przed wylotem dostała w intendenturze, i po krótkiej jeździe autostradą numer 7 na Hamburg
zjechała do Hademsdorf. Pani Berg mieszkała w domu na skraju wsi. Żona
naukowca powitała ją z nieufnością, lecz legendę o polisie wykupionej
przez męża przyjęła bez oporów. Interesowała ją jedynie kwota.
-?To godna suma -?odpowiedziała Klara, przesuwając po stole dokument w kierunku pani Berg. -?Pozostały jedynie małe formalności -?dodała, a podpisany dokument wrócił w stronę Klinger.
Miała wrażenie, że pani Berg odczuwa fizyczny ból z powodu rozstania z polisą.
-?W umowie jest zapis, że pieniądze nie zostaną wypłacone, jeśli
ubezpieczony zmarł z powodu samobójstwa. Poproszę więc o akt zgonu,
dokumenty lekarskie. Sama pani rozumie, przepisy -?powiedziała lekkim
tonem, jakby prosiła o wodę.
Kiedy pani Berg je przyniosła, Klara przerzuciła dokumenty i równie
lekkim tonem dodała:
-?Świetnie, wszystko się zgadza. To jeszcze poproszę o drobną przysługę.
Potrzebuję do zabezpieczenia, wie pani, taki wymóg formalny dla naszej
komisji lekarskiej, jakiejś próbki potwierdzającej tożsamość. Włos pani
męża, może jego ostatnią szczoteczkę do zębów, maszynkę do golenia.
Zachowała to pani? -?zapytała beznamiętnie.
Obróciła tak polisę, żeby pani Berg znów mogła zobaczyć sumę
wykaligrafowaną czarnym tuszem na ozdobnym dokumencie. Nie było
problemów.
Gorzej poszło w Rotterdamie. Okazało się, że Bastian Visser został
skremowany, a jego córka wyrzuciła wszystkie rzeczy ojca. Za to panna
Visser zachowała całe jego archiwum z wycinkami, zdjęciami i pracami
naukowymi. I bez oporów przekazała je miłej przedstawicielce
londyńskiego ubezpieczyciela. Obiecała też, że jak znajdzie coś jeszcze,
to zeskanuje i prześle na adres mejlowy, który jest na stronie firmy.
Pozostała jej jeszcze Kopenhaga. W Kopenhadze było zupełnie inaczej.
Moskwa, 20 sierpnia 2013, wtorek
Ogród Ambasady Węgier, ul. Mosfilmowska 62
Dzień Świętego Stefana to najbardziej uroczyste święto na Węgrzech. W tym dniu, upamiętniającym datę kanonizacji pierwszego króla, założyciela
węgierskiej państwowości, na maszt przed siedzibą premiera na
budapeszteńskim placu Kossutha wciągana jest flaga, a wkrótce potem z placu Oktogon rusza wojskowa parada. Ale i tak wszyscy czekają na
wieczorny pokaz sztucznych ogni na Dunaju.
Przyjęcie w moskiewskiej ambasadzie Węgier nie było tak widowiskowe, ale
Andrzej Wirth nie narzekał. Ambasador Akos Engelhard wcześniej był na
placówce w Warszawie, więc z Wirthem znali się doskonale. Mogli
spokojnie porozmawiać choćby dlatego, że Akos świetnie znał polski, a kiedyś nawet tłumaczył na węgierski Gombrowicza. Kiedy tylko przyjęcie
dobiegło końca, usiedli na tarasie. Polak sięgnął do torby i wyjął
prezent. -?Coś dla ciebie, przyjacielu. Z autografem. -?Podał koledze
książkę.
Węgier rozerwał papier i było widać, że zaświeciły mu się oczy.
-?Kronos!!! Z dedykacją Rity!!! Wiesz, jak uradować starego Madziara.
-?Obracał książkę jak relikwię. -?Przez ciebie opuszczę się w pracy -
dodał z udaną przyganą w głosie. -?Przez tydzień się nie oderwę...
-?A ja liczyłem na jakieś porady dla nowicjusza -?zaśmiał się Polak. -
Jak ci tu?
-?Co ci mam powiedzieć? Ciężko. -?Węgier spoważniał. -?W Budapeszcie
kryzys, a szykują się problemy u sąsiadów -?dodał. -?Mówię ci, Andrzej,
idą złe czasy. Gospodarz Kossutha 2/4 naciska na nas jak cholera, bo
szuka kredytów na rozbudowę elektrowni jądrowej w Paks, a ja wiem, że
tutaj nic się nie dostaje na piękne oczy. Jak Rosatom do nas wejdzie, to
na swoich warunkach. Ale co zrobić? Orban zakochał się w Putinie, bo
traktuje go jak straszak na Brukselę. Nie chcecie ze mną gadać? To jadę
do Wowy.
Węgier nalał do kieliszków czerwonego Pinot Noir Sikhegy z winnic Tibora
Gala.
-?Ale to wszystko pryszcz. Najbardziej martwię się Ukrainą. -?Węgier
kontynuował przerwaną myśl. -?Ten złodziej Janukowycz się miota, a Putin
go ciśnie. Obawiam się, że w tym pojedynku ukraiński bokser przegra z rosyjskim dżudoką. Tym bardziej że ten dureń z Kijowa próbuje oszukać i Putina, i Angelę, i was. -?Engelhard pociągnął spory łyk wina. -?Nie
uwierzę, żeby Janukowycz podpisał umowę z Unią. Tam jest za dużo
rosyjskich pieniędzy. Zobaczysz, Putin coś przyszykuje! -?podsumował
Węgier.
-?Szkoda tylko, że jak zwykle odłamki polecą nad Wisłę. -?Wirth był
podobnego zdania.
-?Wy przynajmniej jesteście na zielonej wyspie -?zaśmiał się gorzko
Engelhard, nawiązując do całkiem niezłych gospodarczych wskaźników w Warszawie, które z Polski uczyniły jedyny kraj z gospodarczym wzrostem
na europejskiej mapie recesji. -My wisimy na rosyjskiej ropie i rosyjskim gazie, ale najgorsze, że sami sobie zaciskamy pętlę, dając im
dostęp do energetyki jądrowej.
-?Taki los, bratanku -?odpowiedział Polak. -?Czyli uważasz, że na
blokadzie gospodarczej się nie skończy?
-?Przed tygodniem Federalna Służba Celna Rosji zaostrzyła kontrolę
ładunków z Ukrainy. Im bliżej jesieni i podpisania umów z Unią w Wilnie,
tym będzie gorzej. -?Akos Engelhard powiedział to absolutnie poważnie i z pełnym przekonaniem. -?Jeśli twoi bliscy mają jakieś inwestycje w Ukrainie, poradź im, żeby się wycofali. Będą ci dozgonnie wdzięczni.
Kopenhaga, 6 czerwca 2013, czwartek
Wyspa Amager
Anders Mose Stahel mieszkał na kopenhaskiej wyspie Amager, niedaleko
uniwersytetu. Adres naukowca, tak jak pozostałych chemików, przekazał
jej pułkownik Duszyński. Lokum Stahela dzieliło kilkanaście minut
samochodem od międzynarodowego portu lotniczego Kastrup. Nie było sensu
wynajmować auta, wsiadła więc w ubera i po chwili znalazła się na
miejscu.
Pani Stahel nie było. Klara poczekała na nią w kafejce przy
Weidekampsgade. Zgodnie z umową zadzwoniła do opiekuna w centrali.
Podczas akcji w terenie zawsze w centrali dyżurował pod telefonem anioł
stróż, który miał za zadanie opiekować się operacyjnym. Tym razem to
była kobieta. Poznała ją po głosie. Nie wymawiała "r", więc operacyjni
nazywali ją "HGW".
-?Cześć, ciociu, co u wujka? -?Absurdalna gadka, gdyby ktoś
podsłuchiwał. -?Tak, jestem już w Kopenhadze, czekam na spotkanie.
Powiedz wujkowi, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, to jutro wrócę do
Warszawy i może przyjechać na Okęcie. Kocham cię. -?To ostatnie zdanie
było sygnałem, że jest bezpieczna.
Po godzinie zobaczyła, że przed domem zatrzymał się rower, z którego
zsiadła pani po pięćdziesiątce. Klara odczekała jeszcze pół godziny,
zadzwoniła domofonem, a po chwili siedziała już u niej na kanapie.
Hanelore Stahel była smukłą, wysoką kobietą o pociągłej twarzy, śniadej
cerze i ciemnej oprawie oczu. Miała na sobie długi wełniany, musztardowy
sweter i ciemne spodnie. Jej długie, gęste blond włosy delikatnie
opadały na ramiona. Przyniosła kawę i ustawiła filiżanki na niewielkim
stoliczku. Obok postawiła ciastka. Usiadła i wygładziła nieistniejące
fałdy obrusu. Klara miała wrażenie, że już gdzieś widziała ten gest.
Zaczęły rozmawiać. Wszystko szło normalnie. Do czasu aż Klara nie
powtórzyła wyuczonej kwestii o ubezpieczeniu męża. Tej, którą wygłosiła
już przed żoną Berga w Hanowerze i córką Vissera w Rotterdamie.
-?W umowie jest zapis, że pieniądze zostaną wypłacone wyłącznie, jeśli
ubezpieczony zmarł z powodów naturalnych czy w sposób nagły. Samobójstwo
powoduje anulowanie polisy. Poproszę więc o akt zgonu oraz...
-?On został zabity. Jestem tego pewna. -?Kobieta przerwała jej w pół
zdania.
Klara zamarła.
Dopiero teraz Klinger zobaczyła, że pod delikatną maską stoicyzmu i pozornego dystansu kryje się ogromne napięcie.
-?Po śmierci Berga i Istvana Raynala mój mąż powiedział, że to nie może
być przypadek. Bał się. Mówiłam o tym policji, ale nikt mi nie wierzy.
Twierdzą, że to był zwykły zawał serca, a ja jestem idiotką. -?Hanelore
Stahel wstała i głęboko spojrzała w oczy Klarze. -?Dlatego zachowałam
wszystko, co mogłoby pomóc w śledztwie.
-?Co to jest? -?Polka nie była w stanie opanować emocji.
Kobieta na chwilę wyszła. Klara słyszała, jak schodzi po schodach.
Chwilę później Dunka wróciła ze szczelnym pojemnikiem w dłoniach.
-?Mam fiolkę z jego krwią i pukiel włosów.
Nie zabrzmiało to najszczęśliwiej.
-?Dlaczego nie dała pani tego do analizy? -?Kapitan spojrzała na panią
Stahel.
-?Mamy... -?poprawiła się po sekundzie -?...mam spore długi. Anders
zainwestował nasze pieniądze w swoje badania. Mówił, że jeśli wszystko
się potwierdzi, będziemy bardzo bogaci. -?Położyła pojemnik na stole. -
Jak dostanę pieniądze z polisy, oddam próbki do dokładnej analizy.
Proszę mi wierzyć. Nie jestem szalona.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki