Klimek i Klementynka - Maria Kruger

Kup ebooka

14.99 zł
11.19 zł (10,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Najpierw kilka słów o starej kamieniczce

Jest w Warszawie piękna, stara ulica, zwana Krakowskim Przedmieściem.

Przed wielu laty, bo w roku 1794, w jednej z wąskich, dwupiętrowych kamieniczek przy tej ulicy mieszkała rodzina nosząca nazwisko Andrychiewiczów. Pan Andrychiewicz był jurystą - to znaczy w dzisiejszym języku: prawnikiem. Czasem przez wąskie okna kamieniczki można go było dojrzeć, kiedy siedząc za stołem zawalonym ogromnymi księgami pisał coś białym gęsim piórem. Można też było dostrzec przez te okna, jak w dużych, ciemnawych pokojach krząta się pani Andrychiewiczowa, a razem z nią grubiutka, zawsze uśmiechnięta gosposia Kordula oraz jej pomocnica, zapędzona i roztrzepana Marcysia.

Widać też było i dzieci. A było ich czworo. Jasnowłosa, piętnastoletnia Agnisia, która często siadywała przy oknie, pochylona nad krosienkami, i haftowała coś pilnie, siedmioletni Sylwek, który przez prawie cały dzień galopował na swoim drewnianym koniu, i wreszcie para bliźniąt, jedenastoletnich czarnowłosych diabelców: Klimek i Klementynka!

Wtedy kiedy Klimek i Klementynka przeżywali swe dzieciństwo w murach starej kamieniczki, czasy były niespokojne, trudne i pełne wydarzeń. Był to bowiem, jak już wspomniano, rok 1794. Działy się w owym roku rzeczy ważne i niezwykłe. W osłabionej drugim rozbiorem Polsce, której caryca Katarzyna zabrała część Litwy, Ukrainę, Podole, a także część Wołynia, a król pruski - prawie całą Wielkopolskę z Gdańskiem i Toruniem, lud burzył się. Wszyscy pragnęli wolności kraju i tylko zbrojne powstanie, którego celem byłoby zrzucenie panowania obcych, mogło tę wolność przywrócić.

W domu państwa Andrychiewiczów często i gorąco mówiło się o tych sprawach, a wszystkie dzieci, nie wyłączając Sylwka, wiedziały, jaka jest sytuacja w kraju. Wiedziały też, że to Naczelnik Kościuszko przewodzi tym, którzy dążą do oswobodzenia ojczyzny; że w dniu 24 marca ogłosił w Krakowie na Rynku akt Powstania i złożył przysięgę narodowi, iż walczyć będzie o jego wolność aż do ostatniego tchu. W tym samym dniu Naczelnik Kościuszko powołał pod broń mieszczan i chłopów, co wydarzyło się po raz pierwszy w historii Polski.

Najwięcej wiadomości o owych wydarzeniach przynosił zawsze do kamieniczki na Krakowskim Przedmieściu wujek Dziarkowski. Wujek Hiacynt Dziarkowski, rodzony brat pani Andrychiewiczowej, który żył w największej przyjaźni z panem Kilińskim. Pan Kiliński, ten sam, który przed Insurekcją1 robił najpiękniejsze buty w Warszawie i miał sklep przy Rynku, zawsze wszystko najlepiej wiedział. Dlatego więc wujek Dziarkowski miał od niego najświeższe nowiny. I o bitwie 4 kwietnia pod Racławicami, i o tym, że w tej bitwie tak bohatersko bili się chłopi uzbrojeni tylko w kosy. A najdzielniejsi między nimi byli: Bartosz Głowacki, którego Naczelnik Kościuszko od razu na polu bitwy mianował chorążym, i Stach Świstacki. Naczelnik wtedy, kiedy wręczał sztandar Bartoszowi, ucałował go i nazwał bratem; sam też przywdział sukmanę krakowską na znak, że w ludzie upatruje moc i zbawienie ojczyzny - tak opowiadał wuj Dziarkowski.

Wkrótce potem, kiedy do Warszawy przyszła wiadomość o tej zwycięskiej racławickiej bitwie, to w sam Wielki Czwartek, o godzinie czwartej rano, ledwie świtać zaczęło, rozległo się w całym mieście wielkie bicie w dzwony i słychać było strzelaninę. Klimek i Klementynka, obudzeni tymi odgłosami wojennymi, rzucili się zaraz do okien, żeby zobaczyć, co się dzieje. Ojca wtedy w domu nie było, tylko mama i Kordulcia. Odciągnęły ich co prędzej w głąb pokoju i krzyczały na dwoje diabelców, że nie wolno stać przy oknie. Zwłaszcza Kordulcia wykrzykiwała, że na ulicach jest wojna, a wojna to nie zabawa, i że kule na ulicy świstają i mogą trafić w okno.

No i naturalnie, wskutek takiej gadaniny, mama zaraz kazała wszystkim dzieciom z wyjątkiem Agnisi - to znaczy bliźniętom i Sylwkowi - przejść do tych pokoi, które były od podwórza. Może gdyby ojciec był w domu, to pozwoliłby trochę powyglądać - Klimek i Klementynka byli o tym jak najbardziej przekonani - ale z Kordulcią i z mamą jakiekolwiek pertraktacje były po prostu beznadziejne.

A tymczasem do kamieniczki Andrychiewiczów coraz ktoś wpadał z nowinami o tym, że wojsko i mieszczanie biją się z carskimi żołnierzami, że rosyjskie pułki wycofują się z miasta i że sam Igelström, ambasador carycy i dowódca jej wojsk, po prostu uciekł z Warszawy, że pan Kiliński jest pułkownikiem i dowodzi powstaniem i że chyba najwaleczniej z całego polskiego wojska bije się pułk działyńczyków2. Tę ostatnią wiadomość przyniósł Kuba - ten, który u państwa Andrychiewiczów był do pomocy w gospodarstwie. Tylko że teraz zapisał się do Gwardii Narodowej i był wobec tego okropnie ważny. Tatko, kiedy później, już prawie nocą wpadł do domu, bardzo chwalił dzielność Kuby.

Dziwnie wtedy było w Warszawie, groźnie i wspaniale. Dni to były niezwykłego uniesienia, bohaterstwa i zbratania ludu warszawskiego.

Tak więc zacny jurysta pan Andrychiewicz i jego rodzina całym sercem przeżywali wydarzenia, które rozgrywały się zarówno w Warszawie, jak i w innych częściach ciągle szarpanego przez wrogów kraju. W szarej, wąskiej kamieniczce na Krakowskim Przedmieściu, w owe pamiętne i gorące dni, Agnisia przestała haftować na swych krosienkach róże i niezapominajki, a jej cienkie palce zręcznie i szybko skubały teraz szarpie dla żołnierzy, którzy mogli zostać ranieni w bitwie. Mały Sylwek dosiadając swego drewnianego konia wołał, że jest żołnierzem, a Klimek i Klementynka...

To już jest cała długa historia, co robili Klimek i Klementynka wtedy, kiedy wojska moskiewskie opuściły już stolicę i miasto trwało w oczekiwaniu dalszych wydarzeń.