Ryzykowny plan Admiralicji
- Chciałbym na wstępie przypomnieć, że z trzystu sześćdziesięciu tysięcy
ton materiałów wojennych, które zdołaliśmy w drugim półroczu tysiąc
dziewięćset czterdziestego pierwszego roku dostarczyć naszemu nowemu,
sowieckiemu sojusznikowi, sto pięćdziesiąt cztery tysiące ton, a więc
prawie czterdzieści pięć procent, dotarło na miejsce przeznaczenia
najniebezpieczniejszym szlakiem, wiodącym przez Ocean Arktyczny.
Przeprowadziliśmy tamtędy osiem konwojów, tracąc jeden tylko statek.
Zebrani w gmachu brytyjskiej Admiralicji z uwagą słuchali wywodów jej
Pierwszego Lorda Morskiego, admirała sir Dudleya Pounda, który w dalszym
ciągu swej wypowiedzi stwierdził:
- W tym roku sytuacja radykalnie się zmieniła. Wprawdzie pierwsze cztery
konwoje udało się przeprowadzić jeszcze bez strat, ale potem
nieprzyjacielska flota i lotnictwo wzmogły swą aktywność, czego wynikiem
było zatopienie szesnastu naszych statków, w tym aż siedmiu w ostatnim
konwoju, PQ-16.
Admirał nie wspominał o ofiarach, ponoszonych przez załogi okrętów.
Osłaniając ten właśnie konwój, wsławił się męstwem polski niszczyciel
ORP "Garland", który uparcie odpierał ponawiane wielokrotnie ataki z powietrza, tracąc przy tym aż dwudziestu dwóch zabitych i czterdziestu
sześciu rannych marynarzy - ponad jedną trzecią stanu załogi!
- Niemcy poważnie wzmocnili swe siły w Norwegii - mówił dalej Pound. -
Do przebywającego na tym akwenie od początku roku pancernika "Tirpitz",
który bez żadnej przesady można określić jako jeden z najpotężniejszych
obecnie okrętów na świecie, doszły małe pancerniki "Admiral Scheer" i "Lützow", a także ciężki krążownik "Admiral Hipper", wszystkie o nominalnej wyporności dziesięciu tysięcy ton, a w rzeczywistości o wiele
większej. Jak wynika z wiarygodnych na ogół danych naszego
radionasłuchu, liczba operujących tam U-Bootów wzrosła od początku roku
z czterech do dwudziestu. Znacznie wzmocniono także siły Luftwaffe,
dysponującej teraz w Norwegii przeszło dwustu samolotami, których załogi
wyszkolone są do wykonywania zadań nad morzem. Przerwanie dostaw dla
naszego sprzymierzeńca, który toczy ciężkie boje na południu frontu
wschodniego, nie wchodzi w rachubę. Jedyne wyjście to zmniejszenie
zagrożenia północnej trasy dowozowej, najlepiej poprzez zniszczenie
ciężkich jednostek przeciwnika. Dotychczas trzymały się one w promieniu
działania własnego lotnictwa i skierowane przeciwko nim akcje naszych
pancerników oraz lotniskowców wiązały się z dużym ryzykiem, ale sądzę,
że gdyby przynęta była dostatecznie duża i atrakcyjna, to może udałoby
się wywabić niemieckiego lisa z jego kryjówki.
Admirał Pound rozwinął następnie swój plan, który po dyskusji przybrał
postać oficjalnych wytycznych Urzędu Admiralicji skierowanych do
dowodzącego Home Fleet1 admirała sir Johna Toveya. Ten okazał się
zwolennikiem ryzykownej koncepcji i czynił wszystko, by ją dokładnie
wcielić w życie. Prywatnie głosił opinię, że "zatopienie "Tirpitza" ma
dla dalszego przebiegu zmagań na morzu nieporównywalnie większe
znaczenie niż bezpieczeństwo i losy jakiegokolwiek konwoju".
Wszystkie te poglądy miały swe źródło w swego rodzaju kompleksie, na
który po błyskawicznym zatopieniu krążownika liniowego "Hood" przez
pancernik "Bismarck" cierpiało brytyjskie kierownictwo wojskowe i polityczne: przeceniało ono siłę bojową, a zwłaszcza niezatapialność
bliźniaczego "Tirpitza", zbytnio uzależniając od niego całe planowanie
operacyjne. Tym razem postanowiono powtórzyć polowanie, urządzone w poprzednim roku na "Bismarcka".
Plan operacji był nieskomplikowany. W razie wyjścia w morze ciężkich
niemieckich jednostek i skierowania się ich ku konwojowi, ten miał
zawrócić i przez kilkanaście godzin płynąć z powrotem w zachodnim
kierunku. W tym właśnie czasie uderzyłyby na Niemców ciężkie brytyjskie
i amerykańskie jednostki oraz samoloty z lotniskowca.
Przynęta była rzeczywiście nęcąca. Sam ładunek statków przedstawiał
wartość 700 milionów dolarów, licząc po ówczesnym kursie giełdowym.
Równie cenne było jego zestawienie dla radzieckiego użytkownika: 594
czołgi, 4246 pojazdów mechanicznych, 297 samolotów i przeszło 156
tysięcy ton innych środków materiałowych, w tym także żywności. W warunkach ostrych napięć na froncie i ponoszonych strat dostawy
sojuszników zachodnich ZSRR spełniały wówczas niemałą rolę. Rozwój
wydarzeń po stronie niemieckiej zdawał się tymczasem sprzyjać tym
zamierzeniom. Rosnące natężenie żeglugi na trasie do Murmańska, w połączeniu z lądowaniem amerykańskich wojsk na Islandii i rajdem
brytyjskich komandosów na Wyspy Lofockie u wybrzeży Norwegii, wywołały w niemieckim dowództwie poczucie zagrożenia północnego skrzydła.
Zaniepokojony Hitler nakazał wzmocnienie sił w Norwegii i zarządził
przerzucenie pancerników "Scharnhorst" i "Gneisenau" oraz ciężkiego
krążownika "Prinz Eugen" z bazy w Breście na ojczyste wody.
"Operacja się udała, ale pacjent zmarł" - mówi stare porzekadło. Tak
było i teraz: wprawdzie okrętom tym udało się w dość niejasnych
okolicznościach zmylić czujność Brytyjczyków i przepłynąć przez kanał La
Manche, ale wszystkie trzy odniosły w toku operacji lub wkrótce po niej
tak poważne uszkodzenia, że musiały przez dłuższy czas pozostać w dokach. Zamiast nich skierowano do Norwegii - jak to ustalił brytyjski
wywiad - wszystkie sprawne w danym momencie ciężkie jednostki
Kriegsmarine.
Posiłki otrzymała też operująca z baz norweskich 5 Flota Powietrzna. Ta
jej część, która przeznaczona była do współpracy z marynarką wojenną,
składała się w połowie 1942 roku ze 103 należących do 30 pułku
dwusilnikowych bombowców nurkujących typu Junkers Ju-88, z 30 nurkowców
Ju-87, z 42 torpedowych Heinkli He-111 z I dywizjonu 26 pułku bombowego,
15 również torpedowych wodnopłatowców He-115 lotnictwa morskiego oraz 44
samolotów wywiadowczych rozmaitych typów - od rozpoznawczej wersji
Junkersa Ju-88 poprzez łodzie latające Blohm-Voss BV-138 do
czterosilnikowych dalekiego zasięgu Focke-Wulfów FW-200, słynnych
"Condorów".
Zaprzątająca uwagę Niemców rzekoma aliancka operacja desantowa w Norwegii jakoś się nie chciała zmaterializować, toteż fakt
skoncentrowania poważnych sił postanowili oni wykorzystać do
przeprowadzenia silnego lotniczego ataku na najbliższy konwój do ZSRR.
Zachował się pełny tekst wydanego w tej sprawie rozkazu. Brzmiał on:
1. Zadanie: atak na konwój zmierzający do Rosji.
2. Siły własne: grupa bojowa Trondheim - "Tirpitz", "Hipper" i 6
niszczycieli, grupa bojowa Narvik - "Lützow" i 6 niszczycieli. Okręty
podwodne - 3, których zadaniem będzie wykrycie i śledzenie konwoju,
zajmą od 10 czerwca pozycje wyczekiwania na północny wschód od Islandii,
a 3 lub 4 czekać będą między wyspami Jan Mayen a Niedźwiedzią, zaś kilka
pozostałych na wschód od Wyspy Niedźwiedziej.
3. Struktura dowodzenia: dowództwo operacyjne sprawować będzie grupa
floty "Północ" z siedzibą w Kilonii, dowództwo taktyczne - dowódca floty
zaokrętowany na "Tirpitzu". Okręty podwodne podlegać będą dowództwu
grupy "Północ" za pośrednictwem admirała, dowodzącego w Arktyce.
4. Realizacja: Po wykryciu konwoju obie grupy bojowe wyruszą mu na
spotkanie, przy czym grupa z Trondheim uzupełni paliwo w Altafjordzie.
Podstawowym zadaniem jest zniszczenie nieprzyjacielskich transportowców,
a przynajmniej uszkodzenie ich tak, by stały się łatwym łupem okrętów
podwodnych i samolotów. Eskortę zwalczać tylko w takim stopniu, jakiego
wymaga realizacja głównego zadania. Starcia z przeważającymi siłami
nieprzyjaciela unikać.
5. Rozpoznanie lotnicze: w celu szybkiego wykrycia głównych sił
nieprzyjacielskiej floty należy intensywnie rozpoznawać rejony
Rejkiawiku na Islandii, Scapa Flow na Orkadach oraz Firth of Forth i Muray Firth w Szkocji. Jeśli nie uda się wykryć tam nieprzyjaciela,
należy prowadzić rozpoznanie w promieniu 250 mil wokół konwoju. Po
wykryciu należy śledzić ruchy nieprzyjaciela na równi z poruszeniami
konwoju.
6. Użycie bojowe lotnictwa: Luftwaffe otrzyma rozkaz atakowania tylko
statków handlowych i lotniskowców.
7. Uwagi: można oczekiwać korzystnych warunków atmosferycznych. W czerwcu mija okres wiosennych sztormów, a nie występują jeszcze tak
częste latem mgły. Podobnie korzystnie przedstawia się sytuacja lodowa.
Topnienie lodów nie jest jeszcze zaawansowane i granica ich występowania
jest zbliżona do zimowej. W tych warunkach począwszy od rejonu na zachód
od Wyspy Niedźwiedziej nieprzyjaciel będzie musiał płynąć w odległości
200 do 250 mil morskich od brzegów Norwegii. Akwen ten jest pod kontrolą
naszego lotnictwa; nieprzyjacielska flota nigdy jeszcze się tam nie
zapuszczała.
8. Operacja otrzymuje kryptonim "Rösselsprung"2.
Tymczasem załogi trzydziestu sześciu statków handlowych, nieświadome
roli, jaką miały odegrać w stosunku do niemieckiego pancernika,
opuściwszy zacisze Hvalfjordu, wrzynającego się daleko w głąb Islandii
tuż koło jej stolicy Rejkiawiku, znajdowały się od 25 czerwca 1942 na
pełnym morzu. Dwa statki miały wkrótce po wypłynięciu awarie i musiały
zawrócić. Pozostałe sformowały dziewięć kolumn, które szeroką ławą
podążały na północny wschód.
Nieco z tyłu płynęły trzy statki ratownicze; ich zadaniem miało być
niesienie szybkiej pomocy. Tę kategorię jednostek pomocniczych
wprowadzono pod wpływem ostatnich doświadczeń bitwy o Atlantyk. Były to
małe pasażerskie parowce, w których urządzono dobrze wyposażone sale
opatrunkowe, a załogę uzupełniono personelem medycznym różnych
specjalności. Niskie burty oraz sieci ratunkowe, po których mogło się
wspinać równocześnie na pokład wielu ludzi, umożliwiały szybkie
wyławianie z wody rozbitków.
Osłonę PQ-17 można określić jako wystarczającą, a nawet silną. Stanowiło
ją sześć niszczycieli, cztery korwety, trzy poławiacze min, cztery
rybackie trawlery, przystosowane do zwalczania okrętów podwodnych, i dwa
- również pomocnicze - okręty obrony przeciwlotniczej. Dysponując
łącznie kilkudziesięciu działami do zwalczania celów morskich i tyluż
armatami przeciwlotniczymi, zespół ten był w stanie odeprzeć
skoncentrowane nawet naloty czy ataki całych "wilczych stad" U-Bootów. W skład osłony wchodziły także dwa okręty podwodne. Dziewięć innych
jednostek tego typu zajęło z końcem czerwca pozycje wzdłuż dwóch linii
patrolowania na wodach pomiędzy północnym wybrzeżem Norwegii a przewidywaną trasą konwoju.
Bezpośrednia eskorta mogła także w razie potrzeby liczyć na poważną
pomoc ze strony zespołu, wsparcia złożonego z czterech krążowników i trzech niszczycieli pod dowództwem kontradmirała Lesliego Hamiltona.
Natomiast uderzeniowy zespół floty admirała Johna Toveya - jego zadaniem
było zniszczenie ciężkich niemieckich jednostek - stanowiły dwa okręty
liniowe, lotniskowiec, dwa krążowniki i czternaście niszczycieli. Dawno
już Królewska Marynarka nie pojawiła się na północnych wodach w takiej
sile.
W łonie Admiralicji zrodziły się jednak pewne wątpliwości i wahania co
do słuszności koncepcji jej pierwszego Lorda Morskiego, czego wyrazem
było uzupełnienie pierwotnego planu o pewne posunięcie, mające nieco
zmniejszyć ryzyko, na które wystawiono konwój. Z głównej bazy Home Fleet
w zatoce Scapa Flow na Orkadach wypłynął 29 czerwca mieszany,
osłaniający cztery frachtowce zespół: dwa krążowniki, pięć niszczycieli,
cztery stawiacze min i kilka trawlerów, który miał skierować się na
wschód. Razem z głównym zespołem uderzeniowym miał on zasugerować
Niemcom próbę desantu na położonych u wybrzeży Norwegii Wyspach
Lofockich czy też nawet na samym kontynencie. Wybiegając nieco w przyszłość można stwierdzić, że choć zespół ten dwukrotnie, 30 czerwca i 1 lipca, zbliżył się na odległość zaledwie paruset mil morskich do
brzegów norweskich, nie został jednak wykryty przez samoloty Luftwaffe.
Ta pozorowana operacja nie wywarła więc żadnego wpływu na losy konwoju
PQ-17.
PQ-17 odpiera ataki
Konwój podążał nakazanym kursem z prędkością 8 mil morskich na godzinę.
Spokojne morze i niezła widoczność ułatwiały utrzymanie nienagannego
szyku i przeprowadzenie dodatkowych ćwiczeń z zakresu obrony
przeciwlotniczej. Wokół uganiały się zygzakami okręty eskorty, na
których zmieniający się co godzina marynarze czujnie wsłuchiwali się w poszum hydrofonów. Przez pierwsze dni nie zdarzyło się nic, co
wskazywałoby na wykrycie przez nieprzyjaciela, na narastanie groźby.
Niemcy zaś przeczuwali, że coś się święci. Najpierw zwróciła ich uwagę
cisza radiowa w rejonie Islandii, czemu towarzyszyło nasilenie sygnałów
z rejonu Murmańska. Zwiększyła się częstotliwość lotów brytyjskich
samolotów wywiadowczych nad Trondheim, gdzie stał na kotwicy "Tirpitz",
jak też wzdłuż całego położonego dalej na północ wybrzeża Norwegii.
Dowódcy dziewięciu okrętów podwodnych, zajmujących stanowiska
wyczekiwania w pobliżu wyspy Jan Mayen, mniej więcej w połowie drogi
między Szkocją a Spitsbergenem, poza zasięgiem operujących z Islandii i Szetlandów alianckich łodzi latających, otrzymali polecenie wzmożenia
czujności.
Luftwaffe zareagowała bardziej aktywnie. Bombowce 5 Floty przeprowadziły
30 czerwca ciężki nalot na Murmańsk. Tamtejsza obrona przeciwlotnicza
nie mogła - mimo zestrzelenia i uszkodzenia kilku Junkersów - odeprzeć
zmasowanego ataku, w wyniku którego wybuchły rozległe pożary, obracając
w zgliszcza trzecią część wówczas jeszcze przeważnie drewnianej zabudowy
miasta. Znaczne szkody powstały także w urządzeniach przeładunkowych i brytyjska misja łącznikowa, która po nalocie przeniosła swą siedzibę na
bardziej bezpieczne przedmieścia, sugerowała, by miejscem przeznaczenia
PQ-17 stał się położony znacznie dalej na wschód Archangielsk. Oznaczało
to mniejsze zagrożenie w końcowym odcinku trasy, ale także i znaczne jej
wydłużenie.
Również następny dzień należał do Luftwaffe. Po południu operator radaru
z okrętu przeciwlotniczego "Palomares" dostrzegł na ekranie szybko
przemieszczające się i zbliżające echo. Wkrótce można było gołym okiem
dostrzec nadlatujący samolot. Czterosilnikowy Focke-Wulf "Condor" z II
dywizjonu 40 pułku bombowego zatoczył nad konwojem kilka szerokich
kręgów, po czym oddalił się nieco, by spokojnie nadać meldunek.
Dowództwo Lotnicze "Lofoty" nie popisało się w tym wypadku, przekazując
tę tak istotną dla Niemców wiadomość dowodzącemu siłami morskimi
Kriegsmarine na Morzu Norweskim admirałowi Schmundtowi aż z dziesięciogodzinnym opóźnieniem. W praktyce okazało się to o tyle
nieistotne, że w godzinę po "Condorze" konwój wykrył także U-456
kapitana Teicherta (tego, który przed dwoma miesiącami zatopił na tych
samych wodach krążownik "Edinbourgh" z cennym ładunkiem złota na
pokładzie).
Wprawdzie nie zdołał się on pochwalić swym odkryciem, zmuszony do
szybkiego zanurzenia przez okręty eskorty, tropiące go następnie przez
kilka najbliższych godzin, ale wkrótce potem na trasie konwoju pojawił
się inny okręt podwodny, U-295, który nadał meldunek o dostrzeżonych
jednostkach eskorty i licznych dymach na horyzoncie. Potwierdzenie tych
wiadomości uzyskali Niemcy także inną drogą. Po wykryciu konwoju przez
samolot, a później przez U-Booty, dowódca eskorty komandor Jack Broome
uznał, że można już przerwać ciszę w eterze, i zawiadomił Admiralicję o tych wydarzeniach, uzupełniając swój meldunek dłuższym raportem
sytuacyjnym, zawierającym informacje o statkach, które zawróciły z drogi, o stanie zapasów paliwa na okrętach eskorty itd. Niemieckie
stacje goniometryczne z łatwością namierzyły położenie konwoju,
znajdującego się teraz w odległości 60 mil na wschód od wyspy Jan Mayen.
Oznaczało to, że zdołał on niepostrzeżenie przepłynąć znaczną część
swojej trasy. Co więcej, pogoda wyraźnie nie sprzyjała U-Bootom.
Powietrze było spokojne, na niemal gładkiej powierzchni wody nawet tak
drobny przedmiot jak wysunięty peryskop zostawiał wyraźny, z dala
widoczny ślad. Wprawdzie nad morzem snuły się pasma mgieł, ale była to
przesłona złudna i zdradliwa, gdyż między nimi rozciągały się
wielokilometrowe przestrzenie czystego powietrza, gdzie widoczność
sięgała wielu mil.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki