ROZDZIAŁ 1
HARACZE NA STARÓWCE
Tak naprawdę o grupie wołomińskiej usłyszałem w 1994 roku - pracowałem wówczas w redakcji tygodnika "Wiadomości Kulturalne", która mieściła się na ulicy Brzozowej, czyli w samym sercu warszawskiej Starówki.
To były czasy, kiedy dziennikarstwo nie rządziło się jeszcze prawami korporacyjnymi i redakcyjne kolegia odbywały się czasami w lokalach gastronomicznych, a na stole było coś więcej niż tylko woda sodowa czy kawa. Spotkania z "zewnętrznymi" autorami artykułów również organizowało się w kawiarnianych ogródkach, bo po prostu dyskusja nad tekstami przebiegała w bardziej twórczej atmosferze. Dziś taki luz wydaje się wręcz nieprawdopodobny, a dziennikarze, zwani obecnie dostarczycielami treści, siedzą zamknięci w szklanych biurowcach przez osiem godzin i nawet nie widzą świata, który opisują, kopiując z internetu artykuły, które też zostały wcześniej skopiowane. Tymczasem w latach 90. wychodzenie na miasto miało dla dziennikarza ten walor, że przy odrobinie szczęścia mógł on doświadczyć czegoś naprawdę fascynującego, czegoś, co - jak mawiano - nadawało się do prasy.
Taką sytuację przeżył (a potem opisał) choćby redaktor naczelny "Gazety Wyborczej" Adam Michnik, który zaprosił na rozmowę do restauracji Flik na Mokotowie prominentnego polityka lewicy Dariusza Rosatiego (ten wkrótce miał zostać szefem dyplomacji). Podczas gdy panowie rozprawiali zapewne o miejscu Polski w świecie, do restauracji wkroczyło kilku osiłków, którzy zdemolowali lokal - prawdopodobnie chcieli skłonić jego właściciela do płacenia haraczu. Następnego dnia o tej demonstracji siły grupy mokotowskiej można było przeczytać na pierwszej stronie "Gazety Wyborczej" w artykule pod rymowanym tytułem "Na oczach Michnika wkracza mafia do Flika".
Reporter Bogdan Wróblewski napisał w nim: "Sześciu bandytów wkroczyło wczoraj do restauracji Flik i kawiarni Mozaika przy Puławskiej. Bez słowa wywracali stoliki, niszczyli wyposażenie. Świadkiem najścia był redaktor naczelny "Gazety". Zdaniem restauratorów to ostrzeżenie mafii, która przyjdzie po haracz. Wczoraj w nocy uzgodnili sposoby współdziałania z policją".
Gdybym wówczas nie zajmował się tematyką kulturalną, już rok wcześniej, bo w 1994 roku, mógłbym opisać podobne demonstracje, do jakich dochodziło latem na Starówce - lokale, w których spotykałem się z autorami, były bowiem nawiedzane przez "przypakowanych" młodych mężczyzn, którzy w imieniu grupy wołomińskiej oferowali ochronę w zamian za określone honorarium. Żeby było jasne - haracze nigdy nie były usługą działającą "w jedną stronę", czyli wy nam płacicie, a my nie mamy wobec was żadnych obowiązków. Masa, z którym zajmowałem się tym tematem w naszej serii Masa o polskiej mafii, zawsze mnie przekonywał, że restauratorzy czy sklepikarze chętnie opłacali się gangsterom, bo haracze nie były przesadnie wysokie (powiedzmy w granicach równowartości 200 dolarów), a gwarantowały spokój. Przed kim przestępcy ochraniali biznesmenów? Głównie... przed samymi sobą, ale stanowili też skuteczną zaporę przeciw agresji ze strony innych gangów.
Będąc gościem staromiejskiej strefy gastronomicznej, trudno było nie zauważyć, że dzieje się coś nienormalnego. W okolice placu Zamkowego, gdzie rozpoczyna się zasadnicze Stare Miasto, podjeżdżały samochody, z których wysiadały grupy operacyjne i w sile kilkudziesięciu ludzi ruszały Piwną i Jezuicką na podbój tej części miasta. Oczywiście, to nie jest tak, że gangsterzy wymachiwali kijami bejsbolowymi czy strzelali na wiwat, ale tylko naiwni nie byli w stanie się zorientować, kim są ci ludzie w czarnych skórach.
Nie, nie byłem świadkiem negocjacji właścicieli restauracji czy sklepów z wołomińskimi, ale miałem okazję rozmawiać z tymi pierwszymi już po przejściu "tajfunu". W przypływie szczerości wielu skłaniało się ku temu, że skoro jest kapitalizm, to musi być w wersji dla wilków i należy przestrzegać jego praw, ale generalnie trzymali fason i zapewniali, że nie poddadzą się naciskom. Jednak wkrótce jeden z właścicieli galerii ze starociami (pomińmy nazwisko i nazwę sklepu, to nie ma w tej historii żadnego znaczenia) postanowił się opłacać - przyznał, że na policję nie może liczyć, a ten biznes to całe jego życie. Zresztą nieco wcześniej doświadczył demolki w swoim sklepie, co z pewnością przyspieszyło decyzję o wywieszeniu białej flagi.
Inni potraktowali go jak czarną owcę, której nie warto podawać ręki, choć to on uważał się za wygranego: nie musiał się bać mafii. Jego adwersarze argumentowali, że niepotrzebnie się ugiął, bo prowadził jedynie średnich rozmiarów sklep, i to z antykami, i tak naprawdę na dłuższą metę niewiele mu groziło. Dużo bardziej ryzykowali właściciele restauracji - demonstracja siły przy gościach, którzy przyszli spożyć posiłek, miała, przynajmniej teoretycznie, znacznie większy wydźwięk. Tym bardziej że gangsterom zdarzało się kierować swą agresję także przeciwko nim. Rzecz w tym, że wspomniany biznesmen miał również popularną restaurację na ulicy Nowomiejskiej i chciał za wszelką cenę utrzymać jej działalność.
A jednak restauratorzy i sklepikarze nie dali się złamać - uznali, że wakacje to najlepszy czas na przeprowadzenie akcji protestacyjnej. W czasie, gdy przez Starówkę przemierzały największe tłumy turystów, także z zagranicy, zamknęli swe lokale. Sytuacja przypominała końcowe sceny z filmu W samo południe, gdy wobec zbliżającej się strzelaniny dobrego ze złymi miasteczko opustoszało, a wszystkie drzwi zostały zamknięte na głucho.
W popularnej popołudniówce "Express Wieczorny" ukazał się artykuł Zamknięte z powodu mafii. Czytamy w nim: "O dziwo, do strajku solidarnościowego przyłączyli się też malarze, wystawiający swoje prace na rynku Starego Miasta. W godzinach popołudniowych, w sobotę pracowała jedynie kawiarnia Literacka i kilku obnośnych sprzedawców pamiątek. Swój lokal zamknęła nawet Pizza Hut. Mieszkańcy Warszawy przychodzili na Stare Miasto tylko z ciekawości. Zwiedzających było niewielu. Wszyscy popierali akcję restauratorów i sklepikarzy. Nawet podróżni z Emiratów Arabskich, którzy zawitali do Warszawy, stwierdzili, że wiedzą, co było przyczyną zamknięcia lokali, bo ich prasa podawała to na pierwszych stronach".
Wkrótce się okazało, że gangsterzy nie działali sami - wspierała ich agencja ochrony Escort z Wołomina. Jej pracownicy również zajmowali się haraczowaniem biznesu, a także (a może raczej - przy okazji) czymś, co prokurator określił jako działania przeciwko porządkowi publicznemu. W efekcie szef agencji Escort Dariusz B. stracił koncesję na prowadzenie firmy o takim profilu. Z drugiej strony trudno agencję kierowaną przez wołomińskiego gangstera uważać za firmę niepowiązaną z mafią. Wspomniany Dariusz B. to przecież nikt inny jak znany wołomiński Jogi vel Kunta - jeden z najbliższych współpracowników Mariana Klepackiego. Człowiek, który odpowiadał za akcję na Starym Mieście i dostał za nią wyrok siedmiu lat więzienia.
Do Jogiego będziemy jeszcze wracać - w tym miejscu chciałbym tylko przypomnieć pewną aferę, z którą wiązała go policja dziesięć lat później, czyli w 2004 roku (już po śmierci obu Klepackich). Otóż w lipcu tego roku skradziony został policyjny samochód marki Daewoo Nubira. Pewnie sprawa nie stałaby się głośna na cały kraj, gdyby nie to, że w należącym do sekcji kryminalnej policji w Płocku aucie znajdowało się... 16 tomów akt z prokuratorskiego śledztwa w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika. Ten syn potentata branży mięsnej z mazowieckiego Drobina został uprowadzony w październiku 2001 roku, a jego ciało odnaleziono w październiku 2006 roku - wiadomo, że został zabity we wrześniu 2003 roku, a więc kilka miesięcy przed tym, jak skradziono nubirę.
Jako że przez pewien czas brano pod uwagę związek grupy wołomińskiej z porwaniem Olewnika, uznano, że kradzież zlecił pozostający na wolności Dariusz B. i wydelegował do tego swoich najlepszych złodziei samochodowych. Zresztą Jogi też kiedyś odpowiadał za uprowadzenie biznesmenów z województwa lubuskiego, więc wszystko pasowało do tej układanki. Jednak Jogi wyraził zdumienie, że ktoś go w ogóle podejrzewa o taki czyn, i zasugerował, że policja sama pozbyła się tych dokumentów, bo były w nich dowody na nieprawidłowości popełnione przez funkcjonariuszy w czasie śledztwa. I tak Jogi "wyślizgał się" z tego problemu, ale kilka miesięcy później, w styczniu 2005 roku, został zatrzymany pod zarzutem kierowania zabójstwem zbuntowanego członka grupy wołomińskiej, Adama Ch.
Ale to już były inne czasy - czasy, gdy haraczowanie ustąpiło miejsca "wyższej formie gangsterki", czyli uprowadzeniom dla okupu.
Na razie jesteśmy na początku...
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI