ROZDZIAŁ 1
51 ROK P.N.E.
Zatopiłam zęby w miąższu figi o skórce rozgrzanej słońcem.
Charmion patrzyła spod półprzymkniętych powiek, jak przeżuwam. Wiatr targał jej lnianą suknię i szarpał kołnierz, odsłaniając lśniącą, muśniętą promieniami skórę.
Od pierwszych chwil życia była moją towarzyszką i służącą. Jej matka wychowała mnie i wykarmiła. I tak zostałyśmy połączone nieśmiertelnymi więzami mleka, źródła siły, z którego czerpałyśmy jako niemowlęta. Teraz miałyśmy po osiemnaście lat i w naszych oczach wciąż skrzyły się stojące przed nami możliwości, choć nasze policzki wyszczuplały, pozostawiwszy za sobą pulchne kształty dzieciństwa.
Mimo że w przeszłości już doświadczałam niezwykłych rzeczy, dla was moja historia zaczyna się dopiero w tym momencie. W dniu, w którym zostałam faraonem.
Panującą wokół ciszę zakłócał jedynie chrzęst ziaren figi w moich ustach.
A potem Charmion odezwała się poważnym głosem:
- Nie możesz zaprzeczać temu, co nieuniknione.
Położyłam do połowy zjedzony owoc na posadzce między nami. Drugą ręką podniosłam patyczki i zacisnęłam je w dłoni.
- Moim zdaniem twoja wygrana wcale nie jest nieunikniona.
Rozmawiałyśmy po arabsku, w jednym z dziewięciu języków, jakich nas nauczono. I choć na dworze posługiwałyśmy się egipskim i greką, arabski zarezerwowałyśmy na prywatny użytek.
Wszystko się zaczęło, gdy do Aleksandrii, prosto z wielkiego miasta Gaza, zawędrował pewien hakawati. Miałam wtedy jedenaście lat i uwielbiałam słuchać opowieści.
Ubłagałam ojca, żeby zaprosił gawędziarza do naszego pałacu. Hakawati zatrzymał się w świątyni na trzy noce, a ja i Charmion spędziłyśmy każdą z tych nocy z nim. Jego historie napełniły nasze głowy takimi cudami, że zażyczyłam sobie, aby z nami został.
- Nie jestem przedmiotem, który można postawić na półce ot tak, jak ozdobny bibelot - odpowiedział hakawati.
Strażnicy strzegący wejścia do świątyni aż się wyprostowali, ale ja nie zwróciłam na nich uwagi.
- Dlaczego? - spytałam ze szczerej ciekawości. Do tej pory nie natrafiłam w życiu na nic, czego nie mogłabym uczynić swoją własnością. Pochodziłam z dynastii Ptolemeuszy. Moją krew rozświetlała iskra boskości.
Hakawati uśmiechnął się uprzejmie, zdecydowanie bardziej świadom obecności strażników za swoimi plecami niż ja.
- Czy można poprosić rybę, żeby przestała pływać?
Zastanowiłam się nad tym. Jeśli mam być szczera, owszem, poprosiłabym, gdybym chciała ją zjeść, ale domyśliłam się, że nie takiej odpowiedzi ode mnie oczekiwał.
- Nie - odparłam.
- Czy można poprosić hipopotama, żeby przestał się uśmiechać?
- Nigdy.
- I tak samo nie można poprosić hakawatiego, żeby przestał wędrować. To leży w naszej naturze. Bez możliwości podróżowania wyczerpalibyśmy swoje zapasy historii. A bez historii nie miałbym czego opowiadać.
Łzy napłynęły mi do oczu. To rzeczywiście zabrzmiało złowróżbnie.
Widząc moją rozpacz, hakawati ukląkł przy mnie.
- Nie martw się, panienko, istnieje bowiem inny sposób na to, by zatrzymać cząstkę mnie w pałacu. Wystarczy, że będziesz opowiadać moje historie.
Uśmiech powrócił na moją twarz. To akurat mogłam zrobić.
Przez lata ja i Charmion powtarzałyśmy zasłyszane od hakawatiego opowieści, które za każdym razem rozkwitały na nowo, wydając zupełnie inne kwiaty. To właśnie wtedy arabski stał się naszym prywatnym językiem.
Spojrzałam na Charmion. Na jej dotychczas poważnej twarzy pojawił się figlarny uśmiech.
- Spójrz na punktację. Równie dobrze możesz się poddać - rzuciła z błyskiem w oku.
Wstałam pod pretekstem, że muszę przyjrzeć się planszy do seneta pod innym kątem. Często udawałam, taka była ze mnie spryciara. Czy raczej manipulantka, jak powiedzieliby nieżyczliwi, choć ja nie postrzegałam tego w ten sposób.
Od pierwszego krzyku, który wydobył się z mojej piersi, uczono mnie, jak być kimś więcej, niż jestem. Chciałam być dzieckiem, ale przyszłam na świat jako córka faraona. W chwili narodzin starli ichor z mojej skóry i owinęli mnie pozłacaną tkaniną. Mój płacz uciszono kawałkiem wypolerowanego bursztynu - zaiste nędzny to substytut matczynego sutka.
Mimo iż byłam zbyt mała, by pamiętać wagę kamienia, później często sobie wyobrażałam, że ciężko leży na moim języku. Wypełniał policzki, a słowa potykały się o niego, zwłaszcza kiedy postanawiałam być zuchwała.
- P-poddać się? Nie ma mowy.
Grałyśmy na balkonie latarni, w moim azylu, gdzie znajdowałam spokój i ukojenie. Na tyle blisko boga Ra, by czuć na sobie jego smagające spojrzenie i wystarczająco daleko od moich pałacowych obowiązków. Nawet żar buchający z paleniska nad naszymi głowami wydawał się znośniejszy niż palące spojrzenia innych, które dosięgały mnie wszędzie, gdzie tylko poszłam. Czasami, kiedy wiatr wiał od zachodu, dym podpełzał pod okna mojej sypialni i doprawiał sen szczyptą żarzących się węgli i popiołu.
Plansza leżała między nami na posadzce. Charmion grała lepiej ode mnie, ale byłam zbyt dumna, by to przyznać. Zamiast tego każdą kolejną rozgrywkę zaczynałam z tą samą naiwną nadzieją, że któregoś dnia ją pokonam.
Potrząsnęłam patyczkami w dłoni.
- Na gniew Amona! - przeklęłam pod nosem, czując, jak drzazga wbija mi się w dłoń.
- Nic ci nie jest? - spytała Charmion z troską w głosie. Nad jej górną wargą połyskiwała delikatna smużka potu.
Skorzystałam z okazji, by zamachać jej ręką przed nosem, ale zamiast pokazać draśnięcie, cisnęłam patyczki przez poręcz balkonu.
Popatrzyła mi w oczy i uniosła ciemną brew.
- A więc jednak się poddajesz?
- Nigdy - odpowiedziałam, uśmiechając się szeroko.
Charmion też się roześmiała i razem zerknęłyśmy na dół znad balustrady. Przed nami rozciągała się Aleksandria, której brakowało uroku Rzymu i okazałości Babilonu. Nie, Aleksandria nie była miastem, które się podziwia. Była czymś więcej. Żyła i oddychała niczym dzikie zwierzę.
Z portu dobiegały nawoływania żeglarzy; miasto rozbrzmiewało kakofonią wielu języków, podobną do ujadania i wycia stada polujących wilków. Choć znajdowałyśmy się wysoko nad dokami, czułam słonawą woń osmalonych węgorzy, które piekły się nad ogniem. Łodzie kołysały się na falach wzdłuż wybrzeża, a ich kolorowe żagle połyskiwały niczym łuski morskiego węża.
Od strony południowej grobla Heptastadion łączyła wysepkę, na której wznosiła się latarnia, z lądem. A tam, wzdłuż ulic, ciągnęły się rzędami zadaszone płótnem stragany i choć nie mogłam dojrzeć handlarzy, wyobrażałam sobie, jak przesadnie gestykulują podczas rozmów z klientami.
Nie dało się oddzielić mieszkańców od serca miasta, stanowili z nim jedność. Azjaci, Partowie, Grecy, Egipcjanie - bez względu na pochodzenie, krew każdego z nich była gęsta od mułu z Delty Nilu. To on napełniał miasto dzikością, którą potrafili okiełznać jedynie rządzący w nim faraonowie - moja rodzina.
Wkrótce i ja stanę się jednym z nich.
Ale nie byłam pewna, czy mam w sobie tyle hartu ducha, by wziąć w karby mieszkańców Egiptu. Te wątpliwości towarzyszyły mi nie od dziś, jednak odkąd ojciec zachorował, przybrały na sile. Nie zostało mu wiele czasu - wiedziałam, że wkrótce pożegna się z tym światem, by przejść do następnego.
On coraz bardziej zapadał na zdrowiu, a mnie coraz częściej nawiedzały koszmary, w których widziałam własne odbicie, jakbym patrzyła na fasetowany kamień szlachetny - na każdej ściance inna wersja faraona, którym niebawem miałam zostać. Jedna okrutna i bezduszna, inna litościwa i łagodna. Każdy obraz mojej osoby wydawał mi się całkiem obcy i budziłam się zlana zimnym potem, prześladowana przez nieznajome istoty gnieżdżące się w mojej głowie.
Nie byłam gotowa, by wcielić się w tę rolę. Ale czy kiedykolwiek mogłabym powiedzieć z ręką na sercu, że oto osiągnęłam prawdziwą gotowość? Bez daru jasnowidzenia przygotowanie się na nadchodzące lata wykraczało poza moje możliwości. Zresztą chyba nikt nie byłby w stanie się przygotować na życie, jakie miało mi przypaść w udziale.
Muszę wybaczyć młodszej wersji siebie tę słabość. Choć tyle mogę zrobić.
Charmion ściągnęła brwi i znów wychyliła się przez balustradę, zupełnie nieświadoma moich czarnych myśli.
- Chyba nie damy rady dojrzeć z tej odległości, co wyrzuciłaś, dlatego możemy śmiało założyć, że wygrałam.
Nagły podmuch wiatru wyrwał warkocz z koka na mojej głowie. Charmion natychmiast przysunęła się do mnie, żeby z powrotem wetknąć go pod diadem.
Jej palce musnęły znak na moim karku. Czarny, jakby narysowany kohlem trzystopniowy kształt tronu biegł od linii włosów z tyłu głowy do szczytu pleców. Symbol mojej patronki, bogini Izydy.
Wzdrygnęłam się pod jej dotykiem, a ona od razu cofnęła dłoń.
- Skoro nie jesteśmy w stanie dojrzeć patyczków, nigdy się nie dowiemy, co wypadło. Dlatego musimy uznać, że jest remis - droczyłam się.
Roześmiała się i odrzuciła głowę, a jej czarne loki spłynęły kaskadą na łopatki.
- Za każdym razem, kiedy nie jesteś w stanie wygrać, mówisz, że jest remis.
- Wywodzę się z rodu Ptolemeuszy, a my nie urodziliśmy się po to, żeby przegrywać. - Uśmiechnęłam się, lecz w moich słowach zabrzmiała nuta goryczy. Myśl o czekających mnie obowiązkach zatruła słodycz dnia niczym skórka granatu.
Charmion pierwsza usłyszała kroki.
- Ktoś idzie.
- Kto wie, że tu jesteśmy? - spytałam zirytowana.
- Nie mam pojęcia. Ale podejrzewam, że odkąd twój ojciec leży przykuty do łoża, Pothejnos bacznie cię obserwuje.
Na dźwięk imienia eunucha moje usta wykrzywiły się w grymasie. Pothejnos czaił się w cieniu mojego ojca niczym krokodyl pośród rzecznego sitowia.
Przez ostatnie dziesięć lat był nauczycielem mojego młodszego brata, ale wraz z początkiem choroby faraona jego nauczycielski entuzjazm przygasł. Zwrócił się wtedy ku polityce, krążąc wokół niego na mrocznych mieliznach sali tronowej.
Zacisnęłam złoty pas, który poluzował się od siedzenia na posadzce. Charmion cmoknęła z dezaprobatą za moimi plecami i podeszła, by mi pomóc. Tak długo manewrowała ogniwami, aż przywarł do żeber niczym zbroja. Strzepnęłam z sukni piasek, który ugrzązł między splotami tkaniny, gotowa na spotkanie z przybyszem.
Klapanie sandałów o kamienną posadzkę zwolniło i na balkonie pojawił się sługa. Wszedł ze spuszczonym wzrokiem i padł na kolana, dotykając czołem ziemi.
- Kleopatro, wybranko namaszczona przez boginię Izydę, druga córko Ptolemeusza XII - zaczął, zdyszany od długiej wspinaczki po schodach.
Imię bogini wywołało ukłucie w świeżej ranie w moim umyśle.
Namaszczona przez boginię Izydę, lecz wciąż przez nią nieobdarowana. Odegnałam od siebie tak dobrze znane mi rozczarowanie i odpowiedziałam:
- Słucham.
- Potrzebują cię w pałacu, pani. - Posłaniec przygarbił ramiona, jakby cel jego życia się wypełnił. I być może właśnie tak było.
Moja matka kiedyś oznajmiła:
- Śmierć jest wierną towarzyszką rodu Ptolemeuszy.
Miałam nieco ponad osiem lat, gdy wypowiedziała do mnie te słowa. U moich stóp leżał mężczyzna, w kałuży krwi, która sięgała moich palców. Zaczęłam nimi poruszać, przyglądając się zmarszczkom na krwawej powierzchni. Pamiętam, jak pomyślałam, że nóż na jego gardle jest taki zwyczajny, żadnych złotych czy srebrnych zdobień.
Gdybym miała się zabić, na pewno użyłabym czegoś ładniejszego niż miedź. To była myśl ośmioletniej dziewczynki.
Choć ostatecznie, jak wiecie, skończyło się na truciźnie.
- Dlaczego ten człowiek odebrał sobie życie, mamo? - zapytałam, gdy strażnicy wynieśli zwłoki z sali.
Stała obok mnie, a brzeg jej kapłańskiej szaty był uwalany krwią. Zwróciła ku mnie oczy pełne smutku, podobne do oczu jałówki pobłogosławionej przez boginię Hathor.
- Nie wyobrażał sobie w życiu większego zaszczytu niż służenie córce faraona. I nic, co mógłby jeszcze osiągnąć, by tego nie przyćmiło.
Był pierwszym sługą, który popełnił samobójstwo po rozmowie ze mną.
Kilka dekad później po raz ostatni tę rolę odegrała Charmion.
Odwróciłam się do posłańca, odsuwając od siebie myśli o matce i śmierci.
- Cóż się takiego wydarzyło, że jestem tak pilnie potrzebna w pałacu?
Mężczyzna zadrżał. Nie odpowiedział od razu, a kiedy w końcu zebrał się na odwagę, wychrypiał:
- Twój ojciec, pani, pożegnał się z tym światem, by przejść do następnego.
Charmion wciągnęła powietrze do płuc z dźwiękiem przypominającym syk węża. A potem nie słyszałam już nic.
Poczułam, jak oczy wypala mi żar smutku. Oddech zwolnił i stał się ciężki, jakby krztuszący dym wypełniał moje gardło.
Ojciec nie żyje.
Choć wiedziałam, że to w końcu nastąpi, nic nie jest w stanie przygotować człowieka na utratę tych wszystkich chwil, które już nigdy się nie wydarzą.
Podniosłam oczy ku szczytowi latarni: posąg mojego przodka wieńczył cylindryczną wieżę tuż pod paleniskiem. Martwe oczy Ptolemeusza I, założyciela mojej dynastii, spoglądały na mnie z góry. Nazywano go Soterem - "zbawcą". Dzieliły nas setki lat i w jego macedońskich rysach trudno było się dopatrzyć podobieństwa między nami. Alabastrowy podbródek lekko opadał w kierunku stałego lądu; wzrokiem omiatał imperium, którym przyszło mu rządzić.
- Soterze, powitaj swego następcę na Polach Trzcin - wyszeptałam do siebie.
Ciężkie łzy zmąciły wizerunek Ptolemeusza I, który zaczął się zlewać z obrazem ojca. Jego brwi stały się szersze, szczęka nabrała łagodniejszego wyrazu. Nawet brzuch wypinał teraz z większą dumą.
Ojciec lubił sobie dogodzić. Jego upodobanie do zabaw i świętowania stanowiło jedną z wielu rzeczy, które nas różniły. Ja traktowałam uciechy, nieodłączny element naszego statusu, jak brzemię, podczas gdy on widział w nich powód do radości.
- Musimy żyć jak bogowie, córko, by w ten sposób oddawać im cześć - grzmiał. - Dzięki temu nasz naród wie, że to my sprawujemy nad nim władzę. Zrozumiesz to lepiej, gdy sama zostaniesz faraonem.
Faraon. Wcześniej ta myśl wydawała mi się zbyt odległa, bym mogła to sobie wyobrazić. Teraz poczułam, jak ten tytuł wprawia w drżenie zamknięte w mych żebrach serce.
Twarz Ptolemeusza I Sotera znów zafalowała w moich oczach pełnych łez, których jeszcze nie uroniłam. Alabastrowe oblicze wydawało się coraz bardziej zniekształcone, aż przybrało kształt jednej z wielu twarzy widywanych przeze mnie w snach.
Czy to zapowiedź tego, co ma nadejść?
Próbowałam zrozumieć wizję, która stanęła mi przed oczami: czy ta kobieta jest mądra? Czy może bezlitosna?
Nie miałam do dyspozycji ani sztuk, ani sonetów, ani książek o moim przyszłym upadku. Ale nie martwcie się, mój upadek was nie ominie.
Miałam natomiast coś, co mamy wszyscy: czas. I tylko on mógł pokazać, jakim będę faraonem.
Słońce już zaszło, gdy opuszczałyśmy latarnię. Wędrówka boga Ra przez chmury zmatowiła złote niebo, nadając mu barwę głębokiego pomarańczu.
Ruszyłam w dół skalistego brzegu, o który rozbijały się fale.
- Co ty robisz? - spytała Charmion.
- Stąd szybciej dopłynę do pałacu. Nie mogę tracić czasu na podróż w lektyce przez Heptastadion.
- Kleo. - Charmion używała tego zdrobnienia tylko w zaciszu sypialni.
- Kleopatro - poprawiłam ją poirytowana. Chwała ojca twego.
Zdejmując ubranie, zaczęłam się zastanawiać, czy to, co robię, licuje z moim imieniem.
Charmion westchnęła, po czym jej palce spotkały się z moimi na węźle sukni. Jej dłoń spoczęła tam na moment.
- Wszystko będzie dobrze - powiedziała po chwili. - Ozyrys na pewno wpuści go w zaświaty.
W miarę jak kolejne warstwy ubrania opadały na ziemię niczym płatki kwiatu, czułam, że moje ciało się rozluźnia. Charmion potrafiła mnie pocieszyć jak nikt.
Odwróciłam się do niej i pogładziłam ją po policzku.
- Wiem, że będzie dobrze, ponieważ jesteś przy mnie.
Przytuliła twarz do mojej ręki i podniosła trzy palce do ust.
- Jeden za przeszłość w szczęściu spędzoną, jeden za teraźniejszość cierpliwie znoszoną, jeden za przyszłość i miłość nieskończoną - wyrecytowała modlitwę, którą wymyśliłyśmy jako dzieci.
Poczułam, że te słowa dają mi siłę.
Byłyśmy dla siebie pierwszymi kochankami i przez lata nasza miłość miała charakter czysto fizyczny. Jednak z czasem stała się czymś innym, wyszła na zewnątrz, poza nasze ciała, przeobrażając się w coś potężniejszego od ekstazy czerpanej ze zmysłowej przyjemności. Łącząca nas przyjaźń osiągnęła niebiański wymiar, stając się czymś więcej niż sumą naszych dwóch istnień.
Odwróciłam się od niej. Nie miałam na sobie nic oprócz diademu, pojedynczej obręczy ze złota, którą wieńczyła na czole uniesiona kobra. Charmion wyciągnęła rękę, żeby go zdjąć, ale potrząsnęłam głową.
- Opleć go warkoczem. Gdy dotrę na miejsce, muszę wyglądać jak królowa.
Kiedy skończyła zaplatać moje włosy wokół diademu, kazałam jej wracać lądem do pałacu. Choć umiała pływać - wymykałyśmy się nad Nil tak często, że się nauczyła - wiedziałam, jak bardzo tego nie lubi.
- Nie zostawię cię...
- Idź! - rozkazałam, a nieco ciszej dodałam: - To moja ulubiona suknia. Nie chcę, żeby morska woda zniszczyła włókna.
Charmion zatrzepotała rzęsami. Usłyszała w moim głosie kłamstwo i odrobinę litości.
- Dopilnuję, żeby ją wyprano. Będzie gotowa na wieczór.
Jej długi cień ciągnął się po ziemi, gdy szła wzdłuż brzegu. Im bardziej się oddalała, tym gorętszy stawał się mój oddech, aż w końcu krzyknęłam:
- Nie mogę być królową! Nie dam rady!
- Oczywiście, że dasz! - odkrzyknęła.
Strach ścisnął mi żołądek.
- Pamiętasz, jak ojciec kazał mi stanąć na czele pochodu Ptolemeuszy? - Skończyłam właśnie czternaście lat i podczas pierwszego festiwalu po moich urodzinach postanowił zaprezentować mnie światu jako przyszłego faraona Egiptu.
- Pamiętam.
- Tak? A pamiętasz, jak się potknęłam i przewróciłam na oczach całej Aleksandrii? Jedyne, co miałam zrobić, to poprowadzić tancerki. A nie byłam w stanie zrobić nawet tego.
- Chodzenie rzeczywiście sprawia niektórym trudność.
- To nie jest śmieszne, Charmion. Nie sprawdzałam się w roli córki faraona, jak więc mogę oczekiwać, że będę dobra w roli samego faraona?
Charmion wskazała na ziemię.
- Spójrz.
Powiodłam wzrokiem za jej dłonią.
A tam, rozrzucone na piasku pomiędzy skałami, leżały patyczki do gry w seneta.
- Okazuje się, że wygrałaś - krzyknęła z uśmiechem.
Szanse na zwycięstwo były nikłe, ale widząc, pod jakim kątem patyczki upadły, wiedziałam, że ma rację. Bogowie poprowadzili moją rękę.
Strach w trzewiach zelżał.
- Ptolemeusze nigdy nie przegrywają - powtórzyłam cicho. Jednak tym razem w moich słowach kryła się nadzieja.
- Do zobaczenia w pałacu!
Odwróciłam się twarzą do morza, a moje serce triumfowało. Szybko zanurzyłam się w orzeźwiającej wodzie, pośród spienionych fal. Pora szemu dobiegała końca, powietrze było rozgrzane i suche. Wolałam deszcz i bardziej łagodną pogodę akhetu, ale w tej chwili cieszyłam się z upału.
Moje warkocze przez chwilę unosiły się na pokrytej pianą tafli, gdy schodziłam pod powierzchnię wody. Otworzyłam oczy. Była przejrzysta, mimo wirujących prądów. Zastanawiałam się, jak to jest móc oddychać pod wodą, jak mój młodszy brat. Pobłogosławiony przez boga Sobka, władcę wód, otrzymał ten dar w dzieciństwie.
W pierwszej chwili jego opiekunka zaczęła wrzeszczeć, kiedy w łaźni, kopiąc na wszystkie strony, wyślizgnął się z jej rąk prosto do głębokiej wody. Wezwano straże, co z kolei zaintrygowało mnie i Charmion. Do dziś pamiętam zazdrość, która popłynęła moimi żyłami na widok jego roześmianej twarzy, gdy cały i zdrowy wynurzył się na powierzchnię. Ojciec ogłosił z tego powodu trzydniowe święto.
Bogini Izyda jeszcze nie obudziła we mnie daru. Niektórzy uważali, że to nigdy nie nastąpi. Inni mówili po cichu, że jest zbyt słaby, by dało się go dostrzec. Że jestem nieczysta, niegodna tronu.
Nie zależało mi na potężnej mocy. Mój ojciec został skromnie obdarowany. Jego patronem był Ihy, więc potrafił pięknie i bezbłędnie grać na każdym instrumencie. Ze wszystkich najbardziej upodobał sobie flet.
Płuca zaczęły palić mnie żywym ogniem, więc wprawiłam nogi w ruch i wypłynęłam na powierzchnię. Rozpostarłam ramiona i ruszyłam przed siebie, tnąc taflę wody szybkimi, miarowymi ruchami.
Zdałam sobie sprawę, że już nigdy nie usłyszę słodkiej muzyki ojca.
Fale zlizywały łzy z mojej twarzy, a ja płynęłam dalej, dopóki nie dotarłam do brzegu, na którym stał pałac. Zatrzymałam się dopiero, gdy moje stopy dotknęły piasku.
Plaża wkrótce ustąpiła białym posadzkom Antirhodos. Na południe od tej niewielkiej wyspy ciągnęła się Aleksandria, od zachodu sąsiadował z nią port.
Wyspa szczyciła się własną nekropolią, menażerią, cysterną oraz ogrodami uprawnymi. Choć nazywałam swój dom miastem, nie wydawał mi się wielki. Nie było tu kamienia, na którym bym nie stanęła, ani drzewa, na które bym nie weszła. Kochałam to miejsce najbardziej na świecie.
Ale Antirhodos okazała się zbyt piękna, by przetrwać próbę czasu; w przeciwieństwie do mojego mitu, który nie jest zbyt ładny.
Słyszałam, jak ludzie mówili, że wszystkie ptaki odleciały z wyspy na dzień przed trzęsieniem ziemi, które zniszczyło pałac.
Ale to się wydarzy dopiero setki lat później. Długo po mojej śmierci.
Na ścieżce tuż obok mnie dwoje służących kołysało w tył i przód obwiązanym pasem materiału pniem palmy. Trzeci zbierał spadające daktyle do plecionego kosza.
Przerwali, gdy tylko mnie zauważyli: całkiem nagą, z diademem na głowie.
Wszystko będzie dobrze. Przypomniałam sobie słowa Charmion i wyprostowałam plecy.
Kosz z głuchym łoskotem uderzył o ziemię i słudzy padli na kolana pośród rozsypanych daktyli.
Odchrząknęłam, by mieć pewność, że mój głos zabrzmi dźwięcznie i donośnie.
- Niżej.
Słudzy jeszcze mocniej przywarli twarzami do ziemi. Podniosłam jeden z owoców i powoli zaczęłam go żuć. Morska woda, od której moja ręka wciąż była wilgotna, zadziałała niczym przyprawa, przełamując jego słodycz.
- Przyślijcie kosz daktyli do moich komnat - poleciłam władczym tonem.
- Tak, córko faraona - odpowiedzieli chórem.
- Faraonie - poprawiłam ich.
Wytarłam oblepione resztkami daktyla palce o materiał wciąż obwiązany wokół pnia palmy. Ręce mi się trzęsły jak ojcu, gdy robił użytek ze swojej boskiej mocy.
We mnie nie płonęła iskra boskości, ale miałam własną moc.
I właśnie nadszedł czas, żeby zacząć z niej korzystać.
ROZDZIAŁ 2
51 ROK P.N.E.
Idąc dumnym krokiem, minęłam kamiennego sfinksa strzegącego wejścia do pałacu. Wzdłuż ścian głównego korytarza ciągnęły się misy wypełnione kwiatami lotosu. Gorące popołudniowe powietrze sprawiło, że ich słodka woń skwaśniała, a płatki oraz liście pociemniały i zaczęły więdnąć.
Od tamtego dnia nawet najświeższe kwiaty lotosu już zawsze kojarzyły mi się z zapachem rozkładu, przenosząc mnie w przeszłość, do tej chwili: nogi śliskie od morskiej wody, pod stopami zimny granit, a naprzeciwko mnie tron Egiptu.
Zostawiając za sobą mokre ślady, ruszyłam ku głównej części pałacu. Szłam ostrożnie, żeby się nie poślizgnąć. Pothejnos z pewnością wykorzystałby najmniejszą oznakę słabości, by zszargać moją reputację - zwykły upadek stałby się zarzewiem plotki, że urodziłam się z ogonem skorpiona, by zatruć jadem serce Egiptu.
Nie, nie mogłam pozwolić królewskiemu eunuchowi na podkopanie mojej władzy.
Ojciec by tego nie chciał. Na myśl o nim ugięły się pode mną kolana, ale się nie przewróciłam. Szok jeszcze nie ustąpił miejsca rozpaczy.
Gdzieś przede mną w głębi korytarza rozległ się hałas. Podniosłam wzrok i zobaczyłam lecącego w moją stronę ibisa. Czubki jego białych skrzydeł były czarne, jakby zanurzył je w atramencie.
Leciał na tyle nisko, że wydawało się, jakby za chwilę miał mnie uderzyć zakrzywionym dziobem, wycelowanym prosto w moją głowę. Ibisy nie są agresywne, ale ten naprawdę głośno skrzeczał.
Wtem do moich uszu dobiegł chichot podobny do szelestu palmowych liści.
- Arsinoe! - wykrzyknęłam imię mojej młodszej siostry, udając poirytowanie. Już wiedziałam, że musi być tuż za Qarem.
Ibis przyszedł do Arsinoe w dniu jej siódmych urodzin. Połączyła ich więź, jakiej mógł doświadczyć tylko człowiek pobłogosławiony przez boga Tota. Patron pisarzy obdarował ją językiem ptaków.
Próbowałam tłumić w sobie zazdrość, patrząc, jak siostra i ibis nachylają się ku sobie. Było to o tyle trudne, że dawniej to my, zetknięte czołami, zwierzałyśmy się jedna drugiej ze swoich sekretów.
- Nie chodzi tylko o dźwięk, to coś znacznie więcej - powiedziała mi pewnego razu, gdy próbowałam analizować skrzeczenie Qara.
- Czyli co? - spytałam, ale ona tylko wzruszyła ramionami.
Arsinoe wyłoniła się z głębi korytarza. Choć uśmiech wciąż jeszcze igrał na jej ustach, oczy miała czerwone od płaczu. Rozpostarłam ramiona, a ona do mnie podbiegła i padłyśmy sobie w objęcia.
Była cztery lata młodsza, ale przewyższała mnie wzrostem co najmniej o szerokość dłoni. Kręcone włosy nosiła upięte z boku głowy. Kiedy się we mnie wtuliła, poczułam, jak węzeł wpija mi się w gardło.
Stałyśmy tak przez chwilę bez słowa, aż w końcu zapytała:
- Gdzie się podziało twoje ubranie?
Wypuściłam ją z ramion.
- Charmion ma moje rzeczy. Przypłynęłam tu z latarni.
- A więc b y ł a ś w latarni.
- To ty powiedziałaś Pothejnosowi, żeby mnie tam szukał?
Arsinoe przechyliła głowę.
- Tak. Zapytał mnie, a ja pomyślałam, że chciałabyś wiedzieć... że... - Słowa ugrzęzły jej w gardle, a do oczu napłynęły łzy.
- Gdzie on jest?
- Złożyli jego ciało w świątyni boga Ihy.
Podejrzewałam, że właśnie tam go znajdę. Świątynia wkrótce miała stać się jego grobowcem.
- Chodźmy. - Wzięłam ją pod ramię, udając, że chcę ją wesprzeć, lecz prawda była taka, że to ja potrzebowałam jej wsparcia.
Ruszyłyśmy przez ogrody pałacowe w kierunku nekropolii, gdzie wznosiła się świątynia bóstwa. Kiedy zbliżałyśmy się do wejścia, nagle coś przemknęło mi pod nogami. Aż odskoczyłam.
- Łap go! - rzuciła zdecydowanym tonem Arsinoe. Komenda była skierowana do Qara i ibis natychmiast ją wykonał. Zanurkował i długim dziobem skręcił kark szczurowi, po czym upuścił truchło pod stopami siostry.
Podniosła je z ziemi, jakby to był liść, i rzuciła w stronę morza.
Patrząc, jak niemal od niechcenia pozbywa się zwłok gryzonia, poczułam, że robi mi się niedobrze. Chciałabym móc powiedzieć, że to śmierć mojego ojca uczyniła mnie bardziej wrażliwą na widok zwłok - niezależnie od tego, jak małych - ale prawda była taka, że śmierć od zawsze wytrącała mnie z równowagi.
Dziś widzę w tym ironię.
W końcu dotarłyśmy do wejścia do grobowca, oznaczonego dwiema kolumnami z czerwonego granitu. Gdy wchodziłyśmy do środka, musnęłam stopą chłodny kamień i na moment znalazłam się pomiędzy kolumną i moją siostrą, nie wiedząc, co jest twardsze.
Jesteś za miękka. Słowa ojca dosięgły mnie niczym niechciany kłąb zatęchłego kurzu zza starej skrzyni, którego najlepiej nie zauważać.
- Jestem taka, jaka podobam się bogom - odparowałam wtedy.
Ojciec miał wysoką gorączkę i mówił swobodniej niż zwykle. Rzadko kiedy tak dotkliwie wytykał mi wady charakteru.
- Miękka i bezradna.
- Nieprawda.
To wtedy z jego ust padły słowa, które zraniły mnie niczym ostrze noża:
- Powinienem był się z tobą rozprawić tak, jak to uczyniłem z Bereniką.
Od wielu lat nie wypowiadał na głos jej imienia.
- Nie mów tak, ojcze. Na pewno tak nie myślisz - wyszeptałam wtedy
- Mówiłaś coś? - zapytała Arsinoe, wyrywając mnie z przeszłości.
Kręcąc głową, otrzepałam się z ostatnich drobin kurzu tamtego wspomnienia.
- Nie. Nic mi nie jest.
Migotliwe płomyki świec z knotami z sitowia odbijały się w glinianych misach ustawionych we wnętrzu świątyni. Ciepło i zapach palącego się łoju łagodziły chłód przenikający moje kości.
Na ścianach przesuwały się cienie kapłanów, którzy rozpierzchli się po najdalszych zakątkach świątyni, żeby dać mnie i Arsinoe trochę prywatności. Prawdę mówiąc, nigdy nie czułam się komfortowo pod ich bacznym wzrokiem. Nawet moja matka, jedna z niewielu osób, które naprawdę kochały mnie w dzieciństwie, zdawała się dostrzegać wszystkie moje wady, patrząc na mnie oczami swojego boga.
Potarłam symbol Izydy na karku. Skóra w tym miejscu była nieskazitelnie gładka; często prosiłam Charmion, by podała mi lustro, żebym mogła popatrzeć na znak. I za każdym razem odczuwałam ulgę, widząc, że wciąż tam jest.
Zrobiłam kilka ostatnich kroków dzielących mnie od ciała ojca. Leżał na kamiennej płycie, odziany w lnianą szatę. Ręce miał skrzyżowane na brzuchu, niegdyś tak mocno zaokrąglonym i pełnym śmiechu. Policzki, dawniej kwitnące radością, teraz były wychudzone i blade.
- Znów się uśmiechniesz, gdy wkroczysz do zaświatów.
Wiedziałam, że za cztery dni kapłani zabiorą ciało ojca, by je oczyścić przed złożeniem do grobu po siedemdziesięciu dniach od chwili śmierci. Że je wydrążą i otworzą wątłą klatkę piersiową, by organy wewnętrzne zastąpić mirrą i strączyńcem.
Położyłam dłoń na jego gładkiej szyi, która wkrótce miała zostać oszpecona szwami, na skórze, którą naciągną, by zatrzymać w środku aromatyczne rośliny.
Był cieniem wielkiego człowieka sprzed dwóch lat. Ale dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, Ozyrys wzywał go coraz głośniej do przekroczenia progu zaświatów.
- Jedyne zwłoki, jakie do tej pory widziałam, należały do Bereniki.
Aż podskoczyłam, słysząc głos Arsinoe, bo całkiem zapomniałam, że stoi obok.
- Byłaś wtedy taka mała. Nie sądziłam, że pamiętasz.
Spojrzała na mnie tymi swoimi zimnymi, brązowymi oczami.
- Trudno zapomnieć zakrwawioną szyję własnej siostry.
Skrzywiłam się. Miałam dwanaście lat, kiedy ojciec ją zabił. Jak widzicie, to nie ja miałam rządzić Egiptem, tylko Berenika, starsza siostra, której przeznaczeniem było kontynuowanie dziedzictwa ojca.
- Dziś zostałaby faraonem - powiedziałam.
Gdyby żyła, nie musiałabym obejmować tronu. Poczułam, jak zalewa mnie poczucie winy, gdy uświadomiłam sobie, że pragnienie wskrzeszenia siostry bierze się z moich obaw i wątpliwości dotyczących przejęcia władzy.
Arsinoe parsknęła.
- Rola faraona nigdy nie była jej pisana. Nie przy takim darze, jaki dostała od bogów.
Berenika przyszła na świat ze znamieniem na łydce w kształcie skręconego węża. Uczczono ten fakt hucznymi uroczystościami, ponieważ Hapi, bóg Nilu, odznaczał się hojnością i od chwili, gdy Ptolemeusz został przez niego namaszczony, Egipt cieszył się obfitymi plonami.
Jak się jednak okazało, wróżbita źle odczytał znak na ciele Bereniki. To nie symbol Hapiego widniał na jej łydce, tylko Apopa, demona chaosu o ciele węża.
I rzeczywiście, z roku na rok zbiory wyglądały coraz gorzej. Ojciec twierdził, że rośliny więdną z powodu mocy córki. Ona zawsze zaprzeczała, ale kiedy w dniu jej piętnastych urodzin rój szarańczy spustoszył pola, już dłużej nie mogła ukrywać prawdy.
Konflikt z ojcem doprowadził do wojny domowej, a on nie dał sobie odebrać tronu. Był radosnym człowiekiem, ale potrafił być również bezwzględny. Na jego rozkaz poderżnięto Berenice we śnie gardło.
Cały dzień i całą noc płakałam pośród jej zakrwawionych prześcieradeł.
Teraz, gdy patrzyłam na martwą, pozbawioną wyrazu twarz ojca, przypomniałam sobie, co mi powiedział, wyciągając mnie z zimnego łóżka siostry: "My to Egipt, a Egipt to my. Czasami musimy poświęcić to, co dla nas najdroższe. Bo Egipt musi trwać. Zawsze".
Nie znałam jeszcze koncepcji poświęcenia. Nie wiedziałam, co oznacza utrata tego, co dla mnie najdroższe. Berenika musiała umrzeć, żeby ojciec mógł rządzić w spokoju.
Dziś przyszła kolej na mnie, by krąg nie został przerwany.
- Ojcze, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by Egipt trwał. Zawsze.
Arsinoe wciąż na mnie patrzyła, gdy po raz kolejny wyciągnęłam do niej dłoń.
- Podejdź tu, siostro - powiedziałam. - Czas, bym zasiadła na moim tronie.
Chciałabym móc powiedzieć, że z rozmysłem postanowiłam zrobić scenę, ale w rzeczywistości po prostu zapomniałam, że jestem naga. Gdy wkraczałam do sali tronowej, przyświecał mi jeden cel: rozpocząć rządy jako faraon Egiptu.
Lecz kiedy dotarłam do podestu, poczułam nagle, jakby stopy oblepił mi gęsty miód. Każdy krok wydawał się trudniejszy od poprzedniego. W pewnym momencie zatrzymałam się, uznając, że nie dam rady.
Jeszcze tylko trzy kroki i siądziesz na tronie. Trzy małe kroki.
Może i małe, ale w mojej głowie każdy miał rozmiar piramidy. Ogrom nie do pokonania. Złączyłam kolana, żeby się pode mną nie uginały.
Ojciec miał rację. Jestem na to zbyt słaba. Nie potrafię nawet wejść na tron.
Łzy napłynęły mi do oczu. Sfrustrowana, zaczęłam mrugać, próbując się nie rozpłakać. Myśl o rozczarowaniu ojca moją osobą okazała się silniejsza od rozpaczy.
Nawet jeśli nie chcę tego dla siebie, zrobię to dla niego. Dla Egiptu.
Z okrzykiem wojennym dobywającym się z gardła uniosłam stopę. Kiedy opadła na płyty posadzki, poczułam aprobatę ojca w zaświatach. Ostatnie dwa kroki sprawiły mi już mniej trudności.
Dotknęłam podłokietników tronu i zacisnęłam palce na zdobiących je złotych lwach. Uniosłam wzrok i ujrzałam twarz ojca odwzajemniającą moje spojrzenie. Mozaika na oparciu, starannie ułożona z marmurowych płytek i kolorowych szkiełek, przedstawiała jego oblicze w otoczeniu czterech kobiet - każdą z nich dało się z łatwością zidentyfikować po koronie.
Moja matka, jego druga żona, miała na sobie szatę z kapturem wykonaną z czarnego kamienia. W ramionach trzymała niemowlę, którego oczy zrobiono z kuleczek karneolu. Pogładziłam kamienie w ciepłym pomarańczowym kolorze, po czym usiadłam na tronie ojca.
Po lewej stronie stał drugi, równie ozdobny fotel, na którym zasiadał mój brat. Kiedyś należał do Kleopatry V, pierwszej żony ojca i matki Bereniki.
Przede mną było sześć kobiet, które nosiły imię Kleopatra. Ciotki, matki, nawet siostry i jednocześnie żony. Tak wielu waszych historyków wodziło palcami po dopływach rzeki moich przodków, rozdzielając jej wody w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu mojego imienia - ?????????. Gdzieś po drodze, w odmętach Nilu, zawieruszyła się Kleopatra VI.
Pozwólcie, że wam o niej opowiem.
Niemowlę o karneolowych oczach to moja kolejna martwa siostra. I choć jej ciało trafiło na ten świat, Ozyrys wezwał jej duszę, nim zdążyła wziąć pierwszy oddech.
Tak więc w rzeczywistości byłam trzecia w kolejce do tronu, dlatego nie powinno nikogo dziwić, że miałam opory przed stanięciem na czele Egiptu. Cienie duchów moich sióstr nadciągały z Pól Trzcin, pogrążając w mroku moje myśli.
Odchyliłam się do tyłu i poczułam, jak karneolowe kulki wbijają mi się w plecy.
Brat odetchnął z ulgą, widząc, że siadam obok niego. Choć z woli bogów oboje mieliśmy rządzić państwem, do dnia jego czternastych urodzin to moje słowo było ostateczne. Jego drobna pierś uginała się pod ciężarem złota i drogocennych klejnotów. Próbował posłać mi uśmiech, ale nakrycie głowy zakołysało się niebezpiecznie i jego młoda twarz - stworzona do tego, by się uśmiechać od ucha do ucha - znów przybrała poważny wyraz.
Mój drugi brat, jeszcze młodszy, stał otoczony mamkami. W wieku siedmiu lat wciąż nalegał, by wszędzie towarzyszył mu orszak służących, które miały za zadanie karmić go piersią, zaspokajając jego wieczne nienasycenie kobiecym mlekiem. Leniwym wzrokiem powiódł po sali, najpierw spoglądając bez cienia zainteresowania na Arsinoe, a potem na mnie, na co stać chyba tylko kogoś, na kim nie ciąży brzemię następcy tronu.
Na stole pośrodku rozpościerały się zwoje papirusu przyszpilone do blatu palcami ambitnych doradców z królewskiego dworu. Każdy szukał swojego imienia w testamencie ojca.
Na czele procesji stał Pothejnos, a jego przylizane włosy świeciły niczym latarnia morska. Żywica z drzewa eukaliptusowego, której użył jako pomady, cuchnęła jak ryba porzucona na słońcu i gdy powiew wiatru rozniósł po sali obrzydliwy fetor, ledwo stłumiłam odruch wymiotny.
- Faraonie! - zaskrzeczał. - Moja królowo, to nie wypada!
Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, o co mu chodzi, i dopiero w tym momencie zdałam sobie sprawę, że tron wydaje się jakiś chłodniejszy. Moich ud nie oddzielał od złota żaden materiał.
Wpadłam w panikę. Rzeczywiście, to było wysoce niestosowne. Ale co mogłam zrobić? Włożyłam tyle wysiłku, by wejść na tron, że nie wyobrażałam sobie ponownej wspinaczki. Dlatego postanowiłam zachować się tak, jak mnie uczono: odegrałam swoją rolę.
- Nie wypada? - powtórzyłam. - A jakiż to śmiertelnik ośmiela się kwestionować krew bogów?
Wargi Pothejnosa zadrżały, ale z jego ust nie wydobyło się ani jedno słowo. Dziś przestałam być dla niego córką Ptolemeusza XII. Teraz byłam jego władczynią. Jego faraonem. Jego bogiem.
Jeszcze mocniej zacisnęłam dłonie na podłokietnikach i posłałam bezgłośną modlitwę do Izydy. Wznieć we mnie światło swojej boskości, o pani. Pozwól mi być narzędziem w twych rękach, gdy będę sprawować władzę.
W ciągu kilku ostatnich stuleci panowania dynastii Ptolemeuszy z woli Izydy spłynęły na władców trzy dary, a każdy z nich stanowił ucieleśnienie innego motywu jej legendy.
Była wybitną uzdrowicielką - to ona wskrzesiła ukochanego Ozyrysa, przywracając go do świata żywych. Dwoje spośród moich przodków miało moc uzdrawiania, nawet jeśli wychodziło im to z różnym skutkiem. Izyda była również wspaniałą matką. Dzięki jej łasce jedna z moich przodkiń zdołała wydać na świat pięcioro dzieci.
Nie chciałam, żeby mój dar objawił się w ten sposób, ale poświęciłabym ciało na rzecz pęczniejącego brzucha, gdyby się okazało, że taką właśnie otrzymałam moc. Byłoby to znacznie lepsze niż brak jakiegokolwiek talentu.
Dotychczas żaden Ptolemeusz nie sprawował rządów bez boskiego błogosławieństwa. Byłam pierwsza, dlatego musiałam w inny sposób zabezpieczyć swoją władzę.
- To tak pozdrawiacie swoją królową? - zwróciłam się do zebranych na sali.
Przez twarz Pothejnosa przetoczyły się pierwsze błyskawice nadciągającej burzy, lecz po chwili się opanował, a na jego ustach pojawił się słaby uśmiech.
- Niechaj bogowie pobłogosławią twoje panowanie, Królowo Dwóch Lądów, Kleopatro Theo VII - powiedział, skłaniając głowę.
- Od dziś nazywam się Kleopatra Thea Filopator - ogłosiłam swój pełny tytuł. Bogini Miłująca Ojca. W ten sposób oddałam mu cześć, a jednocześnie subtelnie przypominałam o swoim dziedzictwie.
Pothejnos posłał mi złośliwy, ledwie zauważalny uśmieszek. Zbyt nikły, bym mogła zareagować.
Wskazałam na zwoje.
- Czy to testament ojca?
- Tak, faraonie. Mam go odczytać na głos? - zapytał eunuch.
- Nie. Myślę, że osiemnaście lat nauki wystarczająco przygotowało mnie do tego zadania.
Siedzący obok mnie brat zachichotał i korona, która ledwo trzymała się na jego głowie, potoczyła się po płytach posadzki. Pothejnos natychmiast spiorunował go wzrokiem.
- O nie - szepnął, po czym zgramolił się z tronu i sięgnął po nią drżącymi rękami.
Wstałam i położyłam mu dłoń na ramieniu.
- Nic się nie stało, Mikro Theosie. - Mały Bogu. W jego przydomku pobrzmiewał mój drugi tytuł, Thea - w języku moich przodków "bogini". Choć brat rządził jako Ptolemeusz XIII, ojciec zawsze nazywał go Theosem, co miało wszystkim przypominać, że przeznaczeniem jego najstarszego syna jest zostać faraonem.
W oczach brata odbijał się niepokój. Był wtedy taki młody. Zupełnie nieświadomy czekających go potworności.
Uśmiechnęłam się do niego.
- Pothejnos zabierze cię do twoich komnat. Miałeś ciężki dzień.
Po sali rozszedł się czyjś złowrogi pomruk. Choć miałam bardzo wyczulone ucho, nie rozpoznałam kto to.
Theos pokiwał głową, a jego usta wykrzywiły się w żałosnym grymasie.
- Pół dnia siedziałem na tronie. Chciałbym już pójść do siebie.
- Pół dnia? I to całkiem sam?
Choć Pothejnos wiedział, że jestem w latarni, wezwał mnie dopiero wtedy, gdy słońce chyliło się ku zachodowi.
Twarz eunucha przybrała kamienny wyraz.
Ostrym głosem rozkazałam:
- Zaprowadź mojego brata do jego komnat. A ja odczytam testament.
Theos zgarbił ramiona, wdzięczny za moją interwencję. Gdy Pothejnos wyprowadzał go z sali, zdążył jeszcze w przelocie rzucić mi roziskrzone spojrzenie.
Ach, gdybym wtedy zauważyła, że ogień w jego oczach to nie ledwie tlący się płomyk, lecz rozżarzony do czerwoności węgiel, gotów rozpalić wszystkich wokół. Być może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdybym wiedziała, że Egipt zapłonie piekielnym ogniem jego zdrady.