1
ZMIERZCH REPUBLIKI
15 marca 44 roku p.n.e.
Spogląda w stronę odległego horyzontu, jakby chciała, by ogarnęły ją
słodkie, niosące otuchę wspomnienia.
Jej twarz okala jedwabny szal, a podmuch wiatru wydyma go niczym żagiel.
Jeszcze chwila, a zsunąłby się jej z głowy i uleciał, gdyby nie
zatrzymała go zdecydowanym ruchem dłoni. To jedyny przejaw siły w nagim
ciele tej kobiety, spoczywającej w zagłębieniu gigantycznej muszli.
Wątłe światło brzasku nie wystarcza, by zaznaczyć kontur postaci, której
piękno opowiadają tysiące małych kamiennych płytek, zaklętych w pełne
kobiece kształty na środku dużej sali. Mozaika przedstawia Wenus. Coś
przesuwa się po niej z cichym, ale coraz bliższym szelestem. To
cieniutka suknia, która delikatnie muska posadzkę. Nagle szelest zamiera
i boku Wenus dotyka z lekkością piórka mała, zadbana stopa. Zatrzymuje
się przez chwilę na mozaice, a następnie rusza dalej, niemal bezgłośnie
przemierzając salę, towarzyszy jej tylko szept sukni na posadzce. Przy
każdym kroku biała suknia faluje, podążając za ruchami kobiety niczym
tancerz oplatający swym ciałem partnerkę. Tym rytmicznym ruchem kierują
biodra, zaznaczające się przez chwilę na śnieżnej bieli tuniki jak
delfiny na powierzchni wody, by następnie zanurzyć się ponownie i zniknąć, pozostawiając długim plisom tylko kilka chwil na powrót do ich
wytwornego porządku. W półmroku korytarza tunika zdaje się unosić i opadać, zaledwie kilka wiązek światła przeszywa ciemność, rytmicznie
rzucając blask sukni na ścienne freski: to świetlista pieszczota
gładząca powierzchnię malowideł, lekka niczym obłok. Postać kieruje się
w stronę odległego okna i dopiero w jego świetle odcina się od
otoczenia. Tunika zdaje się rozpływać w powietrzu, przekształcając się w świetlistą aureolę wokół ciała dwudziestopięcioletniej kobiety, drobnej
i szczupłej, ale o wyraźnie zarysowanych krągłościach. Każdy jej ruch
składa się na niewypowiedzianą harmonię kształtów i wdzięku,
pozostawiając wrażenie niezwykłej zmysłowości. Niespieszny krok i rysunek kreślony w powietrzu przez biodra dopełniają reszty. Urok tej
kobiety jest tak samo nieuchwytny jak zapach, który zostawia za sobą. I jest z nią tak samo jak z perfumami: jej prawdziwa tajemnica, bardziej
niż w pięknie, tkwi w odczuciach, które wywołuje w otaczających ją
osobach. Tę tajemnicę nauczyła się umiejętnie dozować i wykorzystywać,
podobnie jak lecznicze mikstury i trucizny - sztukę ich stosowania
opanowała do mistrzostwa.
To Kleopatra.
Wbrew powszechnej opinii jej imię nie jest egipskie, lecz greckie.
Dosłownie znaczy ono "chwała ojca", w rozumieniu: "pochodząca z chwalebnego rodu" (od greckiego ?????, kleos - "chwała", i ????ó?,
patros - "ojciec"). Kleopatra nie jest bowiem Egipcjanką, ale
Greczynką, Macedonką. Należy do dynastii najeźdźców, którzy od niemal
300 lat zasiadają na tronie Egiptu, mają odmienne zwyczaje i posługują
się innym niż miejscowa ludność językiem - greką. Są to Ptolemeusze
(nazywa się ich również Lagidami, ale w tej książce wybraliśmy bardziej
znaną nazwę). Jej pełne imię to Kleopatra Tea Filopatora, czyli "Bogini
Kleopatra miłująca ojca" (z greckiego ?e?, thea - "bogini", i ??????????, philopatora - "ta, która kocha swojego ojca"). Choć brzmi
w naszych uszach jak wyjątkowe imię godne równie wyjątkowej królowej,
nie tylko ona je nosiła. Wiadomo jeszcze o sześciu kobietach o tym samym
imieniu przed nią, dlatego historycy, aby uniknąć zamieszania, nazywają
ją Kleopatrą VII. Skąd aż tak wiele Kleopatr? Otóż tradycją Ptolemeuszy
było nadawanie potomkom powtarzających się imion dynastycznych (podobnie
jak królowie Francji używali imienia Ludwik). Księżniczki zatem noszą
zawsze jedno z tych trzech imion: Arsinoe, Berenika lub właśnie
Kleopatra.
Państwo tej władczyni bardzo różni się od Egiptu faraonów. Od innych
sławnych Egipcjanek, jak choćby Nefertari (żona faraona Ramzesa II),
Nefertiti (żona faraona Echnatona) czy Hatszepsut, dzieli ją odpowiednio
1200, 1300 i ponad 1400 lat. To tak, jakby porównywać kobietę z epoki
nowożytnej z taką, która żyła w czasach Karola Wielkiego lub Królestwa
Longobardów. Kleopatra zna zupełnie inny Egipt: królestwo podbite
najpierw przez Persów i pozostające pod ich władaniem przez kilka
wieków, a następnie zdobyte przez Aleksandra Wielkiego, bez którego nie
byłoby grecko-macedońskiej dynastii Ptolemeuszy, zasiadającej na tronie
przez prawie trzy kolejne stulecia.
Kiedy Kleopatra przychodzi na świat, Egipt wydaje się przeznaczony na
pożarcie przez Rzym, nowe światowe mocarstwo. Ale to właśnie ona, wielka
polityczna osobowość zdolna do dalekosiężnego planowania, przedłuży
życie swego królestwa, a nawet zdobędzie dlań nowe ziemie i nowe
bogactwa: dzięki umiejętnej polityce Kleopatry, zdolnej usidlić najpierw
Cezara, a następnie Antoniusza, Egipt rozciągnie swe panowanie na niemal
całe wschodnie wybrzeże Morza Śródziemnego - od dzisiejszej Turcji po
Libię. Niezwykłe osiągnięcie, zawdzięczane wyłącznie talentowi tej
władczyni. Będzie to ostatnie wielkie panowanie egipskiego królestwa,
nim zniknie ono na zawsze w mrokach historii. Kleopatra pozostanie na
tronie tylko 21 lat, ale losy starożytnego świata skupią się w niej jak
w soczewce, czyniąc z tej władczyni jedną z najpotężniejszych,
najbardziej wpływowych i znaczących kobiet w całej historii ludzkości.
Żadna inna przedstawicielka płci pięknej, może z wyjątkiem królowej
Anglii Elżbiety I, jej w tym nie dorówna. Jednak życie Kleopatry
dobiegnie końca, zanim skończy ona 40 lat.
W świecie zdominowanym przez mężczyzn losy Zachodu znajdą się w rękach
kobiety. Na dodatek w kluczowym momencie, kiedy Rzym będzie
przekształcał się z republiki w cesarstwo. Bez Kleopatry nie byłoby to
możliwe, a przynajmniej nie przyniosłoby takich rezultatów, o jakich
czytamy na kartach naszych podręczników historii: ponieważ po części z jej powodu wybuchnie walka o władzę między Antoniuszem a Oktawianem.
Zwycięzcą tej rywalizacji zostanie Oktawian i rządzić będzie
wystarczająco długo, by położyć solidne fundamenty pod imperium, które
przetrwa całe stulecia.
Przechadzającej się cicho pośród murów pokrytych freskami dziewczynie
przysługuje długa lista tytułów: królowa królów i królowych, królowa
Górnego i Dolnego Egiptu, królowa Cypru... Ale dziś, ponad dwa tysiące
lat później, na dźwięk jej imienia staje przed oczami naszej wyobraźni
kobieta pełna nieodpartego i egzotycznego uroku, wykształcona,
niezależna, umiejąca podporządkować sobie mężczyzn i obudzić w nich
szaloną namiętność. Czy to możliwe, by wszystkie te tytuły i cechy
charakteryzowały zaledwie dwudziestopięcioletnią dziewczynę?
Kleopatra wyszła na pergula, rodzaj balkonu osłoniętego elegancką
drewnianą kratą, która oddziela go od świata zewnętrznego. Jej palce
gładzą misterną snycerkę kraty i czują, jak przepływa przez nią rześkie
powietrze nowego poranka, jego zapach jest przenikliwy i świeży.
Dziewczyna zamyka na chwilę oczy i bierze głęboki oddech. Potem jej
powieki powoli się otwierają i ciepłe, intensywne, świetliste spojrzenie
ogarnia wszystko wokół, podobne do słońca jej ojczystej ziemi, kiedy
wstaje nad bezkresem pustyń Egiptu.
Teraz jednak, pomiędzy jednym a drugim poruszeniem długich rzęs, w jej
oczach odbija się inna ziemia i całkiem inny świat. Patrzymy jej spojrzeniem na wielkie miasto po
drugiej stronie rzeki. To Rzym widziany z Zatybrza, gdzie znajdują się
Horti Caesaris (Ogrody Cezara). Właśnie w tej rozległej posiadłości
Juliusz Cezar gości królową Egiptu, która przybyła do Rzymu.
Doskonale stąd widać ogrom największego miasta w rejonie Morza
Śródziemnego, z każdym rokiem wyrastającego na głównego gracza w ówczesnym świecie. Przez wiele wieków taką potęgą był Egipt. Teraz
jednak wszystko się zmieniło.
Miasto odbija się w oczach Kleopatry coraz wyraźniej, tak ostro i przejrzyście, że możemy już zagłębić się w jego ulice i zacząć poznawać
je z bliska.
Rzym o świcie
Jesteśmy tu w 44 roku p.n.e., u schyłku republiki. Całe pokolenie musi
jeszcze upłynąć do narodzin potęgi cesarstwa rzymskiego. Już od dawna
jednak Rzym jest tym pełnym zamętu wieloetnicznym miastem, które będzie
wprawiać w zadziwienie starożytnych pisarzy i współczesnych archeologów.
A przede wszystkim już jest niezwykle piękny.
Silny wiatr przegnał chmury i deszcz padający przez kilka ostatnich
godzin. Słońce dopiero co wychyliło się na wschodzie, a jego pierwsze
nieśmiałe promienie padły na Wzgórze Kapitolińskie, oświetlając wielką
świątynię Jowisza i jej potężne kolumny. Wewnątrz budowli, obok posągów
Junony i Minerwy, pomiędzy którymi przechodzą w milczeniu kapłani
przygotowujący się do porannych obrzędów, stoi ogromny posąg najwyższego
boga - Jowisza, prawdopodobnie wykonany z kości słoniowej i złota,
prawdziwe arcydzieło. Zresztą widok całej świątyni, zbudowanej na planie
prostokąta o bokach długości 55 i 65 metrów, zapiera dech w piersiach.
Według niektórych źródeł wspaniałe kolumny z korynckimi kapitelami
pochodzą z odległej Grecji; Lucjusz Korneliusz Sulla miał je sprowadzić
aż ze świątyni Zeusa Olimpijskiego w Atenach w 86 (lub 84) roku p.n.e.
Grecka dusza w sercu Rzymu: nie tylko dowód siły rodzącej się
politycznej potęgi, lecz także światło przeszłości rozjaśniające jej
przyszłość. Tego właśnie chciał Sulla. Wraz ze wznoszeniem się tarczy
słońca posągi z pozłacanego brązu i płaskorzeźby na frontonie świątyni
stopniowo się rozjaśniają, a potem nagle zdają się zapalać niczym
pochodnie. Wspaniały i symboliczny spektakl, widoczny z niemal każdego
punktu Rzymu.
Świt zalewa światłem pałace Wiecznego Miasta i ożywia jego barwy:
niebieskawoszara zasłona, która otulała je o świcie, stopniowo znika,
pozwalając, by roziskrzyło się czerwienią dachów.
W tym pierwszym oddechu dnia Rzym przypomina niespokojne morze: jak
okiem sięgnąć widać fale budynków różnej wysokości, mnogość tarasów,
lukarn i dachów piętrzących się na zboczach miejskich wzgórz. Tu i ówdzie, niczym kwiaty na łące, strzelają w górę zielonozłote dachy
świątyń wykonane z pozłacanego brązu, z upływem czasu pokrywającego się
szlachetną śniedzią.
Wygląda to jak zaprojektowana przez wybitnego rzemieślnika klawiatura,
na której życie, niczym utalentowany pianista, wygrywa symfonię
przebudzenia: wszędzie w rześkim powietrzu wznoszą się małe kolumny
białego dymu, znak, że ktoś rozpalił ogień w palenisku: by przygotować
jedzenie, by celebrować rytuały w świątyniach, by rozpalić ogromne piece
w łaźniach lub rozpocząć codzienną pracę w warsztacie rzemieślniczym.
Następnie - mury. Rzym jest wciąż jeszcze miastem zbudowanym z cegły.
Dopiero Oktawian, gdy zostanie jedynowładcą uhonorowanym przez senat
tytułem Augusta, przemieni stolicę w miasto z marmuru, jak sam ją będzie
z przyjemnością nazywać. Przypuszcza się jednak, że owe ceglane mury są
pokryte białym tynkiem, który jaśnieje w słoneczne dni i przymnaża
miastu światła. Stopniowo wypełnia ono zanurzone w półmroku zaułki,
jakby było świetlistą parą. W jednym z takich zaułków widzimy idącego
mężczyznę, który stara się ominąć strumyczek wijący się po ubitej ziemi.
Nad jego głową słychać skrzypienie drewnianych okiennic - otwierają się
one, trzaskając gwałtownie o mur (szklane okna to prawdziwa rzadkość, z pewnością niedostępna prostemu rzymskiemu ludowi). Mężczyzna
przyspiesza. Wie, że porannemu otwieraniu okiennic zazwyczaj towarzyszy
opróżnianie nocników. W krajach Zachodu przez całe wieki domowa łazienka
będzie luksusem dostępnym wyłącznie dla bogatych - w Rzymie zajmują oni
najniższe piętra, gdzie dociera również bieżąca woda, cenne dobro,
którym mogą się cieszyć w swoich domach tylko nieliczni szczęśliwcy
(zazwyczaj arystokraci, osoby zamożne lub posiadające dobre kontakty w administracji publicznej).
Tymczasem prosty lud gnieździ się na wyższych piętrach, pozbawionych
toalet i bieżącej wody, w małych mieszkaniach na wynajem, a nawet -
rzecz nierzadka w zamieszkałej przez biedotę dzielnicy Subura - w podnajmowanych pokojach (często dzieli się je dalej za pomocą
rozwieszonych prześcieradeł i wewnętrznych przegród, aby umożliwić obcym
ludziom zamieszkiwanie w tej samej przestrzeni).
Woda w Rzymie nie jest własnością prywatną, lecz łatwo dostępnym dobrem
publicznym i nigdy jej nie braknie. Trzeba jednak wyjść po nią z domu,
na poziom ulic, przy których znajduje się mnogość fontann publicznych,
rozmieszczonych w przemyślany sposób. Odległość między nimi nigdy nie
jest zbyt duża, aby nie trzeba było chodzić daleko z pełnymi wiadrami i dzbanami: to kapilarna sieć dystrybucyjna, zbudowana, by zaspokoić
pragnienie największego miasta zachodniego świata.
Tak, być może prawdziwym sekretem Rzymu jest właśnie możliwość napojenia
prawie miliona jego mieszkańców. Historia nazwie to miasto na różne
sposoby: Caput Mundi (Stolica Świata), Wieczne Miasto, powtarzać
będzie, że "wszystkie drogi prowadzą do Rzymu". Niewielu jednak pamięta,
że miasto było również określane jako Regina Aquarum, czyli Królowa
Wód, tak bowiem w nie obfitowało w starożytności.
Nadejdzie taki czas - w stosunku do naszej opowieści późniejszy - że
dzięki 11 akweduktom miasto będzie otrzymywać milion litrów bieżącej
wody dziennie! Dopiero w czasach nowożytnych, a dokładnie w roku 1964,
uda się pobić ten wynik. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że Rzym cezarów,
szczególnie pod panowaniem Antoninów, liczył sobie ponad milion
mieszkańców, podczas gdy w dzisiejszym Rzymie jest ich niemal
trzykrotnie więcej, możemy powiedzieć, że w czasach imperium rzymskiego
na głowę każdego mieszkańca przypadało dwa razy więcej wody niż dzisiaj.
Nasz wędrowiec dotarł do końca zaułka, staje przy fontannie i pije.
Potem, ocierając usta wierzchem dłoni, rusza dalej, a za jego plecami
rozlega się krzyk, po którym następują przekleństwa wykrzykiwane po
łacinie. Ktoś został trafiony zawartością nocnika. Dziś taka scena może
wywołać uśmiech, ale w tamtych czasach - absolutnie nie. Wręcz
przeciwnie: wśród wielu paragrafów rzymskiego systemu prawnego wylicza
się również specyficzny rodzaj "ubrudzenia z powietrza", które jest
traktowane jako prawdziwe przestępstwo, z wyraźnie określonymi sankcjami
zależnymi od stopnia uszkodzenia tuniki czy togi i oczywiście od osoby
trafionej zawartością nocnika.
Chociaż słońce wzeszło zaledwie parę minut wcześniej, ulice są już pełne
ludzi. To głównie niewolnicy i słudzy, którzy muszą wykonać swe pierwsze
obowiązki: opatulone i drżące jeszcze z zimna postacie przemykają
zaułkami. Wszędzie są kałuże. W nocy dużo padało, przeszła nawet
prawdziwa burza z piorunami, grzmotami i silnym wiatrem. Na ziemi i w zaułkach leżą porozrzucane liczne przedmioty, które spadły z dachów i balkonów: ubrania rozwieszone do wyschnięcia, a teraz przemoczone i pomięte, kosze, doniczki z kwiatami (choć może to być zaskakujące, już w czasach rzymskich są one szeroko stosowane). Jeszcze nie nadeszła
prawdziwa wiosna, ale to kwestia kilku dni.
Jedno nie ulega wątpliwości: Rzym w tej epoce nie jest jeszcze pełnym
przepychu monumentalnym miastem, jakie można zobaczyć w filmach lub o jakim czytamy w powieściach. Jest uboższy i prostszy, zarówno pod
względem pomników, jak i architektury, i może wydawać się nieco
prowincjonalny w porównaniu z majestatem, jaki osiągnie już
kilkadziesiąt lat później. To miasto chaotyczne i zatłoczone, dość
skromne, a także w pewnym sensie "średniowieczne", ponieważ składa się z labiryntu wąskich zaułków i wysokich, często niestabilnych budynków,
mieniących się kolorami rozwieszonego prania. Pośród tych budynków,
wzdłuż ulic z ubitej ziemi, pomiędzy strumykami ścieków tętni życie i biegają roześmiane, hałaśliwe dzieci. Wielu krytykuje nawierzchnię ulic
Wiecznego Miasta, zwłaszcza opłakany stan clivi (dróg prowadzących pod
górę). Był to problem tak dolegliwy, że Juliusz Cezar nakazał owe drogi
wybrukować, ponieważ uważano je za zbyt zakurzone w lecie i zbyt
błotniste w zimie. To się jednak nie stanie. Dzisiaj dowiemy się
dlaczego.
Koloseum jeszcze nie istniało
Być może zdziwi was, że w czasach Kleopatry w Rzymie nie było jeszcze
wielu budowli, które znamy i które, jak nam się zdaje, istnieją od
zawsze. Co roku do Wiecznego Miasta przyjeżdżają miliony turystów, aby
je podziwiać, ale w opisywanych przez nas czasach musieliby znaleźć
sobie inny powód przyjazdu, ponieważ te budowle nie zostały jeszcze
wzniesione. Ich lista was zaskoczy.
Oto czego Kleopatra, Marek Antoniusz, a także Juliusz Cezar, Cyceron i Oktawian nigdy nie widzieli:
- Budowa Koloseum zostanie rozpoczęta ponad wiek później, dokładnie za
124 lata. Gdzie więc Rzymianie oglądali widowiska? Na potrzeby munera
gladiatoria, czyli walk gladiatorów, wznoszono tymczasowe drewniane
amfiteatry, tak jak dzisiaj stawia się metalowe konstrukcje dla pokazów
i koncertów na placach.
- Panteon zostanie zbudowany przez Marka Agryppę, zięcia Augusta i wiernego mu dowódcę wojskowego, 17 lat później. Jednak obecny wygląd tej
budowli sięga czasów znacznie późniejszych niż epoka, w której żyła
Kleopatra. Panteon, zniszczony przez dwa pożary, zostanie odbudowany pod
rządami Hadriana, a więc około 160 lat od opisywanego teraz dnia, być
może przez samego Apollodorosa z Damaszku, przez niektórych uważanego za
kogoś w rodzaju Leonarda da Vinci imperium rzymskiego, przypuszczalnie
zamordowanego później z rozkazu tego samego Hadriana.
- Łaźnie Karakalli powstaną ponad 250 lat później.
- Łaźnie Trajana ujrzą światło dzienne około 150 lat później.
- Łaźnie Dioklecjana zostaną otwarte 350 lat później.
- Wszystkie fora cesarskie powstaną w okresie od 42 (Forum Augusta) do
166 lat (Forum Trajana) później.
- Znajdujące się na Forum Romanum (Forum Rzymskim) Łuk Tytusa i Łuk
Septymiusza Sewera, tak chętnie fotografowane dziś przez turystów,
pojawią się odpowiednio za 130 i 246 lat.
- Katakumb w czasach Kleopatry i Cezara oczywiście jeszcze nie ma.
Zaczną nieśmiało powstawać wiele lat później, by stopniowo stać się
ogromnym labiryntem, już za panowania Konstantyna w IV wieku.
- Pałace cesarskie na Palatynie na razie nie istnieją. Na wzgórzu stoi
tylko kilka pięknych, zdobionych freskami domus najważniejszych rodów
arystokratycznych miasta. Trzeba będzie poczekać całe 108 lat, na słynny
pożar Rzymu, aby zobaczyć, jak stopniowo są tam wznoszone wielkie pałace
rządzących, gdzie będą żyć i sprawować władzę rzymscy cesarze.
- Domus Aurea (Złoty Dom) pojawi się za ponad stulecie, by zniknąć w ciągu lat kilkudziesięciu.
- W cyrkach i na placach nie ma jeszcze obelisków. Nadal znajdują się
w Egipcie i dopiero August sprowadzi do Rzymu pierwsze dwa z nich na
pokładzie statków zbudowanych specjalnie w tym celu.
I vice versa: 15 marca 44 roku p.n.e., w dniu śmierci Juliusza Cezara, w Rzymie znajdują się pomniki i budowle publiczne, które być może widziała
Kleopatra (choć nie jest pewne, czy jako władczyni obcego państwa mogła
poruszać się wewnątrz pomerium, czyli linii wyznaczającej święte i nieprzekraczalne dla obcych granice tego miasta), ale w dzisiejszych
czasach już ich nie ma:
- Kilka lat wcześniej na Polu Marsowym z rozkazu Cezara została
wybudowana naumachia, czyli instalacja służąca do inscenizacji bitew
morskich.
- W pobliżu Forum znajdowała się świątynia Wenus Genetrix (Wenus
Rodzicielki) i przylegająca do niej przestrzeń sakralna (z posągiem
Kleopatry znajdującym się wewnątrz, naprzeciwko posągu bogini).
- Wznoszona była Basilica Iulia, której budowa nie została jednak
całkowicie ukończona.
- Można było podziwiać imponującą liczbę zrabowanych w Grecji posągów
z brązu o wspaniałości porównywalnej do słynnych brązów z Riace. Do dziś
przetrwały w muzeach jedynie ich nieliczne marmurowe kopie z późniejszego okresu rzymskiego, często uszkodzone. Na szczególną uwagę
zasługiwała znajdująca się w portyku Metellusa (później nazwanym na
cześć siostry Augusta portykiem Oktawii) wspaniała grupa przedstawiająca
Aleksandra Wielkiego galopującego razem z 25 towarzyszami, którzy
polegli w 334 roku p.n.e. w bitwie nad Granikiem. Została zniszczona i przetopiona we wczesnym średniowieczu.
- Pompejusz i Cezar przywieźli do Rzymu ogromne kolekcje grawerowanych
kamieni szlachetnych i pucharów wyciętych w twardym kamieniu, takich jak
Tazza Farnese (zwana też Gemmą Ptolemeuszy).
Jednak Rzym, który znali Cezar, Marek Antoniusz i Kleopatra, nadal
istnieje i wciąż można w nim podziwiać stojące tu przez wieki budowle,
świątynie i pomniki (choć zostały nieco zmodyfikowane w ciągu pokoleń
przez samych Rzymian):
- Circus Maximus (choć w 44 roku p.n.e. był obiektem mniej
przestronnym i nie tak imponującym).
- Forum Rzymskie z licznymi świątyniami, w tym świątynią Westy, gdzie
przechowywany jest święty ogień Rzymu.
- Forum Cezara, niedawno uroczyście otwarte przez dyktatora.
- Wzgórze Kapitolińskie ze świątynią Jowisza.
Tak więc Wieczne Miasto z naszej opowieści różni się od tego, które mamy
na myśli, kiedy powracamy w rozważaniach do epoki klasycznej. Trzeba to
wyraźnie podkreślić, ponieważ będziemy świadkami wydarzeń rozgrywających
się, by tak rzec, w momencie kształtowania się Rzymu: jeszcze nie
rozkwitł, nie stanowi na razie imperium, ale już podporządkował sobie
znaczne obszary geograficzne, przekształcając je w prowincje. Chociaż
stał się teraz politycznym centrum regionu Morza Śródziemnego, nie
odgrywa jeszcze roli kulturalnej, gospodarczej i politycznej siły
napędowej, którą wszyscy mu przyznają. Stanie się taką siłą na końcu
naszej historii: od tego momentu rozpocznie się proces, w którego wyniku
- przechodząc przez pryncypat Augusta - zrodzi się imperium rzymskie.
Ale bez tego, o czym opowiemy na kolejnych stronach, historia byłaby
zupełnie inna. Jest to moment krytyczny dla całego Zachodu. Kto wie,
jaki byłby dzisiejszy świat bez bohaterów tego tomu: Juliusza Cezara,
Oktawiana, Marka Antoniusza i oczywiście Kleopatry, kobiety, która
połączyła ich losy i określiła los Rzymu. Oraz los świata.
Miasto się budzi
Wróćmy do wędrówki po ulicach Rzymu śladami człowieka, którego
zobaczyliśmy, gdy przeskakiwał przez strużki deszczówki płynące w zaułku. Na skrzyżowaniu ulic natrafił
właśnie na grupę ludzi rozprawiających podniesionym głosem: dwa wozy
próbują przejechać, ale przeszkadzają sobie nawzajem. Serca woźniców są
zapalczywe i trywialny problem pierwszeństwa przejazdu sprawia, że w powietrzu rozlegają się krzyki i obelgi. Wokół zebrał się niewielki tłum
rozbawionych gapiów. Jak widać, jeden z widoków doskonale znanych także
z współczesnych rzymskich ulic częsty był już w czasach Kleopatry. Jest
ku temu powód: ze względu na gęstość zaludnienia Cezar zabronił
przejazdu wozów w ciągu godzin dziennych, zamieniając Wieczne Miasto w ogromny obszar ruchu pieszego. Wszystkim pojazdom zaopatrującym
warsztaty, sklepy i pałace wolno poruszać się po ulicach wyłącznie nocą;
pisk kół i przekleństwa woźniców spędzają sen z powiek mieszkańców
niższych pięter. To właśnie dzieje się w przedstawionej chwili: żaden z woźniców nie chce ustąpić, ponieważ pragnie jak najszybciej wydostać się
z miasta przed nadejściem dnia, aby uniknąć grzywny.
Nasz mężczyzna przemyka się chyłkiem obok tłumu wzdłuż ściany budynku i rusza dalej. Jest wysoki i chudy, ma zapadnięte policzki i głęboko
osadzone oczy o przenikliwym spojrzeniu. Gęsta czarna broda sięgająca
piersi wskazuje, że jest filozofem. A dokładnie greckim filozofem:
nazywa się Artemidor z Knidos. Od wielu lat uczy w Rzymie języka, a także mądrości i literatury kraju swego pochodzenia. Wiemy od historyka
Appiana z Aleksandrii, również Greka, że ten pozornie anonimowy człowiek
jest bliskim przyjacielem Juliusza Cezara. Znamy go również dzięki
innemu starożytnemu pisarzowi i filozofowi greckiemu, Plutarchowi. Ten
człowiek przemierzający ulice miasta, które wkrótce z lotu ptaka zacznie
przypominać mrowisko, nie jest jego zwykłym mieszkańcem. Nawet jeśli
brakuje źródeł na potwierdzenie tej tezy, bardzo prawdopodobne, że
trzymany przez niego teraz w ręku zwój papirusu, na którym napisano
kilka linijek, mógłby zmienić historię starożytnego świata i całego
Zachodu.
Trudno oprzeć się skojarzeniu z powieścią o międzynarodowej intrydze:
czy ten mały zwój, drobny, pozornie nic nieznaczący przedmiot, naprawdę
będzie zdolny zmienić bieg przyszłych wydarzeń i historię całej
cywilizacji? Idźmy dalej za Artemidorem.
Miasto się budzi. Jest tak, jakby miało się rozpocząć przedstawienie, a pracownicy przygotowywali scenę. Tutaj sklep otwiera swoje podwoje. Nie
ma jeszcze okien ani opuszczanych rolet wystawowych: każdy sklep (albo
taberna) jest zamykany od wewnątrz drewnianymi panelami ustawianymi
pionowo i utrzymywanymi razem przez długą poprzeczną sztabę. Skrzypienie
pordzewiałej zasuwy jest dźwiękiem znanym każdemu, kto mieszka w pobliżu, podobnie jak stukot desek, podnoszonych, a następnie opieranych
o mur przed sklepem. Stukotowi towarzyszy niewielki obłok pyłu.
Przechodząc obok, Artemidor rzuca szybkie spojrzenie do środka i w ciemności dostrzega ojca i dwójkę dzieci, którzy zaczynają wystawiać
przed taberna swój towar, w tym przypadku barwne tkaniny. Najmłodsze z dzieci wspina się z niesamowitą zwinnością po długiej tyce z brązu, aby
podwiesić kilka poduszek pod powałą. To taberna handlarza tkaninami,
można tu dostać wszelkiego rodzaju materiały, koce i poduszki oraz
"nawet najrzadsze i najbardziej wyrafinowane jedwabie ze Wschodu", jak
lubi powtarzać właściciel z głębi swego sklepu. W świetle lampy widać
tylko jego twarz. Mężczyzna recytuje swoje poranne modlitwy, ofiarowując
wino i pokarm małym brązowym statuetkom umieszczonym w niszy. Owa nisza
ozdobiona drewnianymi kolumienkami to lararium, rodzaj małej domowej
świątyni, miejsce niezwykle ważne w życiu codziennym Rzymian. Składane
tam ofiary gwarantują pomoc larów, domowych bóstw opiekuńczych
chroniących przed kradzieżą, pożarem, chorobą i wszelkim złem.
Nie przypadkiem także często można w mieście zobaczyć przedstawienia
fallusa w erekcji powieszone lub namalowane na ścianie, a niekiedy nawet
wyrzeźbione na chodniku przed sklepem. Nie są one bynajmniej oznaczeniem
lupanaru, czyli domu publicznego. To zwyczajne amulety na szczęście,
mające chronić przed chorobą, dawać energię życiową, przyciągać
pieniądze, a przede wszystkim działać jako swego rodzaju piorunochrony,
oddalać złorzeczenia przechodniów lub innych zazdrosnych sklepikarzy.
Zdarza się, i tak jest w tym przypadku, że jedna ze statuetek lararium
przedstawia Merkurego, boga chroniącego nie tylko kupców, ale także
złodziei. Na tych ulicach różnica między jednymi a drugimi często bywa
naprawdę niewielka.
Artemidor idzie dalej. Kolejny sklep to garncarnia, pełna amfor,
malowanych talerzy i dzbanów, z ostrożnością wyeksponowanych na ławach i drewnianych taboretach przy wejściu. W mnogości przedmiotów wyróżnia się
wspaniały typ ceramiki nazywany terra sigillata, zdobionej połyskliwą
polewą w charakterystycznym jaskrawoczerwonym kolorze. Te eleganckie
naczynia, wytwarzane seryjnie w matrycach, zdobione są wyrafinowanymi
dekoracjami reliefowymi wykonywanymi techniką zwaną obecnie barbotinową
- polega ona na nakładaniu pędzelkiem lub szpatułką grudek zdobienia na
powierzchni naczynia - i są starorzymskim odpowiednikiem ceramiki z Capodimonte lub z S?vres. Każda zamożna rodzina je posiada: to
odpowiedni serwis do przyjmowania gości. Czy Kleopatra kiedykolwiek
używała takich naczyń? Prawdopodobnie tak, ale przyzwyczajona do
srebrnych talerzy, pucharów i kubków z alabastru lub szkła oraz jeszcze
większego luksusu w codziennym życiu zapewne uważała je za tuzinkowe.
Nagły hałas sprawia, że Artemidor odwraca głowę. Oto jakiś niewolnik
niechcący upuścił dzban. Reakcja jego właściciela jest brutalna: stek
nieprzetłumaczalnych obelg poprzedza zaledwie o kilka sekund lawinę
kopniaków i uderzeń, co nam przypomina, jak pełne przemocy jest to
społeczeństwo, gdy porównać je z naszym. Nazywamy je "cywilizacją"
(jakkolwiek starożytną) i tak jest w istocie, ponieważ nigdy w historii
ludzkości nie osiągnięto tak wysokiego poziomu organizacji społecznej
oraz wyrafinowania artystycznego i kulturowego. Jednak w porównaniu z dzisiejszymi czasami w wielu kwestiach, szczególnie związanych z wolnością i prawami człowieka, owa cywilizacja potrafi być bardzo surowa
i okrutna - zwłaszcza wobec swej najniższej warstwy, niewolników.
Zresztą nie tylko wobec nich. W tej epoce pedofilia, niewolnictwo, kara
śmierci, masakry na rubieżach są uważane za coś normalnego i nie
wywołują oburzenia ani poruszenia.
Artemidor przyspiesza kroku, by przemierzać kolejne ulice Rzymu Cezara i Kleopatry, który budzi się do nowego dnia. Nieco dalej słyszy głuchy
stuk, a potem jeszcze jeden, i jeszcze jeden, i kolejny. Na ustawionym
na trójnogu pniaku rzeźnik właśnie tasakiem oddziela od siebie żebra
wołu. Każdemu uderzeniu błyszczącego narzędzia towarzyszy trzepot
przerażonych kur uwiązanych niedaleko nóg mężczyzny. Może przeczuwają
swoje przeznaczenie... W głębi sklepu, za świńskimi głowami, rojem much
i wiszącymi tuszami jagnięcymi, siedzi kobieta. To żona rzeźnika, która
w oczekiwaniu na pierwszego klienta czyści wielkie liczydło. W starożytnym Rzymie to właśnie kobiety zazwyczaj prowadzą sklepowe
rachunki i opiekują się kasą, z pewnością dlatego, że są bardzo dokładne
w liczeniu, a zwłaszcza bardziej godne zaufania od swych mężów w zarządzaniu zarobionymi sestercami.
Artemidor krzywi się i odpędza dłonią muchy kłębiące się wokół masarni,
a następnie przechodzi na drugą stronę ulicy. Teraz otacza go intensywna
woń przypraw wystawionych w taberna, którą właśnie mija. Ten zapach
jest pieszczotą dla jego zmysłów. Ale to nic w porównaniu z aromatem
świeżo upieczonego chleba, witającym go w kolejnym sklepie. Mieści się
tam popina, czyli typowy bar epoki rzymskiej. Pozostałości podobnych
miejsc do dziś można oglądać na stanowiskach archeologicznych, takich
jak Ostia i Pompeje: mają charakterystyczny murowany kontuar w kształcie
litery L z dużymi otworami na powierzchni. Niejeden będzie wam mówił, że
w tych otworach stały dzbany zawierające wino, ale to nieprawda: wino,
co Artemidor mógłby nam od razu potwierdzić, znajdowało się w amforach
ustawionych wzdłuż kontuaru. Z otworów sklepikarz wyciągał suszone
rośliny strączkowe, pszenicę, orkisz i inne produkty spożywcze, które
sprzedawał klientom. W tym czasie bary były również sklepami
spożywczymi, gdzie można było i napić się, i kupić coś do jedzenia.
Niektórzy klienci piją grzane wino, jedzą jajka na twardo i placki z miodem. To w ówczesnym Rzymie rodzaj "śniadania kontynentalnego". Należy
pamiętać, że starożytne rzymskie śniadanie jest zawsze bardzo obfite i -
w zależności od zasobności kieszeni - składa się z mleka, mięsa lub
sera, wina i owoców, składników dostarczających energii potrzebnej do
rozpoczęcia dnia. Dnia, który zaczyna się wcześnie, o świcie, aby jak
najlepiej wykorzystać światło słoneczne.
Ten człowiek może zmienić bieg historii
Artemidor nie zatrzymuje się w popina, idzie naprzód. Nie odczuwa
głodu, jest bardzo spięty i skoncentrowany na tym, co ma zrobić. Jego
ręce się pocą, zasycha mu w gardle, wszystkie zmysły ma wyostrzone do
granic możliwości. Wybiera zaułki i skróty, unika zbyt zatłoczonych
miejsc. Często odwraca się gwałtownie, by sprawdzić, czy nie jest
śledzony, zanim zagłębi się szybkim krokiem w wąskie pasaże. Ma tylko
jeden cel: musi jak najszybciej przekazać wiadomość adresatowi i nie dać
się wcześniej schwytać. To kwestia życia i śmierci. Ale kto jest
adresatem? I co tak ważnego zapisano w owym zapieczętowanym zwoju? Jeśli
dostarczenie go jest rzeczą tak pilną, dlaczego nie powierzono tego
zadania godnemu zaufania i szybkiemu niewolnikowi? Otóż istnieje ryzyko,
że niewolnik może zostać schwytany, a przesłanie przeczytane, co dla
samego Artemidora, a zwłaszcza dla adresata listu, oznaczałoby tylko
jedno: śmierć.
Powiedzieliśmy, że tych kilka linijek mogłoby zmienić bieg historii. O co więc chodzi?
List, który według Appiana naprawdę został napisany i nad ranem 15 marca
44 roku p.n.e. znajdował się w ręku Artemidora, ma tylko jeden cel:
ocalić Gajusza Juliusza Cezara.
Nasz filozof ostrzega w nim swojego przyjaciela, że ktoś spiskuje
przeciwko niemu i będzie próbował go zabić podczas posiedzenia senatu.
Być może wymienia też nazwiska niektórych spiskowców, mając nadzieję, że
Cezar nie pozwoli im się zbliżyć, a może po prostu błaga go, by nie
przychodził na posiedzenie. Nigdy się tego nie dowiemy. Wiemy natomiast,
że gdyby to przesłanie dotarło do celu i gdyby Cezar je przeczytał,
zamach podczas id marcowych mógłby zostać udaremniony, co miałoby trudne
do określenia, lecz z pewnością niezwykle poważne konsekwencje w kolejnych stuleciach.
Wyjątkowo rzadko się zdarza, by jeden człowiek ściskał w dłoni przedmiot
zdolny tak dalece wpłynąć na historię i zmienić los tak wielu ludzi na
przestrzeni wieków. Ten zwój jest niczym klucz pozwalający otworzyć dwa
różne scenariusze: historię bez Cezara, tę, którą znamy, lub historię z Cezarem, a więc tę, w której nie ma starcia między Oktawianem i Antoniuszem ani romansu Antoniusza i Kleopatry. Królowa pozostałaby
towarzyszką Cezara i z pewnością udałoby się jej uzyskać niezależność
dla Egiptu, nie stałby się on więc rzymską prowincją. Nie byłoby,
przynajmniej w najbliższej przyszłości, wyniesienia Oktawiana do
najwyższej godności, nie byłoby imienia-atrybutu August, nie byłoby
narodzin imperium zbudowanego cierpliwie i mądrze, nie byłoby cursus
publicus (niezwykle skutecznej poczty stworzonej w epoce imperialnej),
nie byłoby liczącej sobie 80 tysięcy kilometrów sieci dróg, z których
korzystamy do dziś, nie byłoby wprowadzonych przez Augusta praw i reform. Czy ktokolwiek inny mógłby tego wszystkiego dokonać zamiast
niego? Być może, ale nie zrobiłby tego tak jak Oktawian, który dzięki
swojej niezwykłej długowieczności (zmarł w wieku 77 lat, co było wówczas
rzadkością, choć nie wyjątkiem) miał mnóstwo czasu, aby solidnie
zbudować swoje państwo.
Cezar, będący już w podeszłym wieku, nie miałby tyle czasu do
dyspozycji. Jednak nawet jeśli się pominie ten szczegół, gdyby żył
dłużej, jego świat byłby inny, ukształtowałyby go jego reformy i jego
siła.
Kto wie, jacy bylibyśmy dzisiaj...
Z pewnością w najbliższych godzinach zostanie wprawiony w ruch potężny
motor historii i wywoła efekt domina, wpływający na przyszłe wieki,
przyszłe pokolenia, a ostatecznie nawet życie każdego z nas
współczesnych.
To naprawdę oszałamiające, gdy się pomyśli, że grecki filozof trzyma w swoich spoconych dłoniach losy miliardów ludzi, którzy jeszcze się nie
urodzili. Niewiarygodne.
Z podręczników historii dobrze wiemy, jak potoczyły się wydarzenia, a gdy pamięta się o 23 ciosach sztyletem, które już kilka godzin później
otrzymał dyktator, naturalnym byłoby uznać, że do Cezara nie dotarła
przeznaczona dlań wiadomość. A jednak było inaczej. Artemidor wypełnił
swoją misję i dostarczył zwój Cezarowi. Trudno uwierzyć w to, co
wydarzyło się później.
Toaleta Kleopatry
Kleopatra ma zamknięte powieki. Naprężają się tylko odrobinę, gdy jej
makijażystka Eiras delikatnie opiera złotą pałeczkę, aby narysować
kohlem długą czarną linię, która biegnie od oczu aż do skroni. To być
może najsłynniejsza i najbardziej charakterystyczna cecha egipskiego
makijażu. Ruch jest powolny, ale zdecydowany i płynny. Pałeczka przesuwa
się po dolnej powiece, a następnie rysuje ścieżkę na skórze. Służąca
powtarza ten gest kilkakrotnie, aż do chwili, gdy utworzy doskonale
ciemny pasek pozbawiony smug. Eiras jest z pewnością tajną bronią
Kleopatry: dzięki kohlowi, który wyeliminował lub ukrył wszelkie
niedoskonałości, oczy władczyni wydają się teraz oprawne w czerń niczym
księżyc w pełni na nocnym niebie. Kiedy królowa znów je otwiera, jej i tak fascynujące spojrzenie zyskuje zaskakującą moc.
Mówiono, że gdyby Kleopatra miała krótszy nos, inne byłoby oblicze ziemi
(to znaczy ludzka historia). Sprawą nosa królowej zajmiemy się w naszej
opowieści nieco później. Pewne jest jednak, że egipski makijaż, tak
mocny i intrygujący, stanowi (przemilczany lub rzadko wspominany)
element legendarnego uroku i seksapilu Kleopatry, być może istotniejszy,
niż się przypuszcza.
Eiras jest najlepszą makijażystką na egipskim dworze, a jeśli się weźmie
pod uwagę jej codzienny kontakt z Kleopatrą, być może także kimś więcej:
to prawdopodobnie kobieta, która umie słuchać, a zwierzenia władczyni
zachowuje w tajemnicy. Wiemy, że królowa chciała zawsze mieć ją przy
sobie. Kilka lat później Eiras będzie obecna podczas słynnej bitwy pod
Akcjum i pozostanie u boku Kleopatry, cicha jak zawsze, aż do samego
końca: to w jej ramionach umrze władczyni. Jest zatem bardzo
prawdopodobne, że ulubiona makijażystka towarzyszy swej pani również
tutaj, w Rzymie.
Ale jak wygląda toaleta Kleopatry? Jaki makijaż nosi królowa?
Nie różni się on zasadniczo od makijażu innych egipskich kobiet
(pomijając jakość kosmetyków, perfum i instrumentów, najlepszych i najdroższych w tamtej epoce). W Egipcie kobiety używają kremów do twarzy
wykonanych z naturalnych tłuszczów, do których dodawany jest organiczny
pigment, nadający skórze odrobinę koloru. Inaczej niż dziś ideałem jest
skóra pozbawiona śladów opalenizny: cera ma być jak najjaśniejsza. W tym
celu stosuje się biały podkład wykonany na bazie różnych rodzajów kredy.
Trzeba powiedzieć, że podstawowym składnikiem ówczesnych kosmetyków są
tłuszcze. Mogą być pochodzenia roślinnego (wytwarza się je z oleju
rycynowego, lnianego lub oliwy z oliwek), ale te są bardzo drogie, lub
pochodzenia zwierzęcego, bardziej przystępne cenowo. Do barwienia używa
się naturalnych pigmentów, prawie zawsze pochodzenia mineralnego:
niebieski uzyskuje się z azurytu, zielony z malachitu, czarny zwykle z popiołu, żółty i czerwony z ochry i tak dalej. Zostają one rozdrobnione,
sproszkowane i zmieszane z tłuszczem w niewielkich naczynkach z drewna
lub kości słoniowej. Tym właśnie każdego ranka zajmuje się Eiras.
Następnie kosmetyk delikatnie rozprowadza się na skórze za pomocą
szpatułek. Ochra jest zwykle nakładana na policzki, co nadaje twarzy
ciepło i witalność, a także na usta. Ano właśnie, a z czego robiono
szminkę Kleopatry i innych egipskich kobiet? Zapomnijcie o małym
cylindrycznym pojemniku ze sztyftem, który widzimy dzisiaj. Tak zwany
papirus erotyczny, przechowywany w Muzeum Egipskim w Turynie,
przedstawia malującą się kobietę: do barwienia ust używa ona długiego
rysika, a może pędzelka.
Tak, egipskie przedmioty do makijażu zdecydowanie nie nadają się do
noszenia w torebce (która zresztą jeszcze nie istnieje). Są one mniej
praktyczne niż ich współczesne odpowiedniki, ponieważ używa się ich
tylko w domu, o poranku. Kosmetyczką jest drewniana skrzynka, z zewnątrz
pomalowana i ozdobiona, co nadaje jej jakiś rys osobisty, a wewnątrz
pełna przegródek na szklane butelki z maściami, olejkami i pachnidłami.
Kleopatra siedzi bez ruchu, podczas gdy Eiras, wspomagana przez kilka
służących, przygotowuje ją na kolejny dzień, pozornie nieróżniący się od
innych. Nikt nie wie, że dzisiaj historia starożytnego świata zmieni się
raz na zawsze. Służące kontynuują pracochłonne przygotowania. Kleopatra
wyciąga rękę na stoliku: służąca delikatnie maluje jej paznokcie.
Egipcjanka, tak jak dzisiejsze kobiety, ma je polakierowane. Jakiej
substancji się do tego używa? To może was zaskoczyć: henny.
Egipska kosmetyka kryje w sobie wiele ciekawostek. Ma cel nie tylko
estetyczny, lecz także ochronny. Kremy służą również, a może przede
wszystkim, do zabezpieczenia skóry przed intensywnym słońcem Egiptu i jego niezwykle suchym klimatem.
Emblematycznym przykładem jest kohl: najprawdopodobniej uzyskuje się go
ze spalonego drewna, tłuszczu i antymonu, który jest środkiem
dezynfekującym, naturalnym antyseptykiem chroniącym oko przed
agresywnymi bakteriami, infekcjami grzybiczymi i pasożytami, a także
przed konsekwencjami podrażnienia wywołanego przez słońce i wiatr
niosący tumany pustynnego pyłu.
Kosmetyka dla Egipcjan to zatem przede wszystkim ochrona ciała.
W ten sposób odkrywamy jeszcze inny aspekt higieny intymnej. Jeśli
zadajecie sobie pytanie, jak Kleopatra zaprezentowała się Cezarowi
podczas ich pierwszej wspólnej nocy, możemy na nie odpowiedzieć z absolutną pewnością, nawet jeśli nie wspomniał o tym żaden starożytny
tekst czy autor: jej ciało było całkowicie wydepilowane. Nawyk usuwania
z powierzchni skóry wszelkich włosów (z wyjątkiem rosnących na głowie
oraz rzęs i brwi, ma się rozumieć) wynikał z zasad higieny osobistej,
wymagających pozbywania się wszystkiego, na czym mogłyby się rozwinąć
pasożyty. Małe grzebienie z drobniutkimi zębami, znalezione w grobowcach
egipskich, jak również w Pompejach, świadczą o tym, że w starożytności
(i aż do czasów dzisiejszych) toczono zażartą walkę z wszami. Mniejsze i większe ostrza czy niewielkie pęsety o wyszukanym kształcie, odnalezione
w nietkniętym stanie w grobowcu Kha, którego niezwykłą zawartość można
oglądać w Muzeum Egipskim w Turynie, dowodzą jednoznacznie, że zwyczaj
depilacji był szeroko rozpowszechniony we wszystkich klasach
społecznych. Obecność słoiczka zawierającego resztkę wosku sugeruje
stosowanie substancji zmiękczających, którymi można było namaścić ciało
po depilacji.
Trzeba powiedzieć, że także rzymskie kobiety miały w zwyczaju pełną
depilację ciała, podczas gdy mężczyźni zazwyczaj jej nie stosowali
(chociaż codziennie golili brody). Wyjątkiem był Oktawian: Swetoniusz
wspomina, że August regularnie przypalał włosy na ciele rozgrzanymi do
czerwoności łupinami orzechów, aby skóra była gładka, a odrastające
włosy miękkie. Dość dziwny zwyczaj jak na człowieka przyzwyczajonego
przynajmniej przez pewien czas do surowego wojskowego życia.
Ciekawostką jest, że makijaż i kosmetyki są w Egipcie uniseks: zarówno
kobiety, jak i mężczyźni noszą makijaż i usuwają włosy, a także używają
peruk.
Właśnie zabiegom fryzjerskim oddaje się teraz Kleopatra. Na zakończenie
długiej i skomplikowanej sesji makijażu (zwłaszcza w wypadku tak
wielkiej władczyni jak ona) nadszedł czas, aby założyć perukę. Królowa,
z racji swego grecko-macedońskiego pochodzenia, zazwyczaj nie nosi
klasycznej egipskiej peruki, ale w tym przypadku, z szacunku dla
tradycji, religii, a także potężnej kasty kapłanów, założy właśnie taką,
ponieważ ma sprawować święty obrzęd. Spośród wszystkich władców z dynastii Ptolemeuszy właśnie Kleopatrze najbliższe są naród i kultura
Egiptu, nawet jeśli okazuje to bardziej z politycznej kalkulacji niż z przekonania.
Jedna ze służebnic przynosi sporą drewnianą skrzynkę. Po jej otwarciu
widać masywną czarną perukę, która zostaje ostrożnie wyjęta ze środka. W całym pomieszczeniu rozchodzi się silny zapach perfumowanych olejków.
Peruka jest wykonana z prawdziwych włosów, bardzo czarnych i błyszczących, starannie zebranych w cienkie, faliste pasma, opadające z każdej strony niczym strumienie wody z fontanny. Pasma te kończą się
małym, bardzo ściśle splecionym i niemal zupełnie sztywnym warkoczem,
mającym nadać peruce wagę i nie pozwolić, by uczesanie rozwiewało się na
wietrze.
Włosy peruki są podzielone na trzy równe części: jedna biegnie wzdłuż
karku i zatrzymuje się na wysokości łopatek, pozostałe dwie spływają w dół po bokach, odsłaniając uszy i zatrzymując się nad piersiami. To
właśnie owa trójdzielność nadaje uczesaniu większą stabilność. Od wieków
wszyscy mężczyźni i kobiety w Egipcie noszą podobne peruki, oczywiście
różniące się od siebie kosztownością. Pod nimi skrywają prawdziwe włosy,
które można sobie tylko wyobrazić: gładkie lub kręcone, długie albo
bardzo krótkie (to powszechny zwyczaj), a niekiedy całkowicie wygoloną
skórę. Oczywiście w życiu codziennym nie zawsze zakrywa się głowę peruką
- włosy również się odsłania, a wtedy są one uczesane na różne sposoby i zawsze namaszczone olejkiem.
Peruka została już ostrożnie nałożona na głowę królowej i ozdobiona
grzebieniami z kości słoniowej i złotymi szpilami.
Jeszcze tylko chwila na użycie perfum, którymi skrapia się głowę i ubranie, nie zapominając o kilku kroplach na szyi. W ten sposób kończy
się długa operacja rozpoczęta przez zaufane służki od wyboru
odpowiedniego ubrania, operacja powtarzająca się codziennie przez lata.
Kleopatra przygląda się sobie w lustrze z polerowanego brązu, które
trzyma przed nią Eiras. Psotny uśmieszek bezwiednie wykwita na jej
twarzy. Jest gotowa. Może stawić czoła temu, co przyniesie nadchodzący
dzień.
Uroczy drań
Kleopatra wstaje i rusza przestronnym portykiem, już jednak innym
krokiem niż wcześnie rano: wygląda bardziej władczo, a każdy, kto ją
spotyka, zgina się w milczącym ukłonie. Królowa znika za drzwiami,
zostawiając nam wspaniały widok na majestatyczne Wzgórze Kapitolińskie,
roztaczający się w oddali za arkadami portyku, przez który przeszła. U stóp wzgórza wznosi się Forum, a tuż obok stoi wielki domus, gdzie w tej właśnie chwili niewolnik czeka, aż jego pan opuści sypialnię. Ma dla
niego srebrną tacę z kielichem wina i leczniczą miksturą do zażywania
codziennie rano. Przez całą noc jego pan głośno chrapał po wieczorze
spędzonym wśród salw śmiechu i strumieni wina płynących na uczcie.
Uwielbia otaczać się ludźmi o wątpliwej reputacji, koneserami uroków
życia, z którymi spędza niekiedy całe noce. Na pewno też uprawiał seks z jakąś kobietą. Nieważne jaką. I choć jest żonaty, takie życie prowadzi
już od dawna.
W niedawnej przeszłości skandal wywołał jego romans z popularną aktorką
mimiczną Lykoris, znaną również pod imieniem Cyteris, seksowną
bywalczynią salonów, a przede wszystkim amatorką liczących się mężczyzn.
Zupełnie stracił dla niej głowę (wrócimy jeszcze do tego przy innej
okazji): nawet pokazywał się z tą kobietą na mieście w lektyce
poprzedzanej przez liktorów1. W końcu sam Juliusz Cezar musiał
zażądać od niego, by zmienił postępowanie i wziął pod uwagę swą wysoką
rangę konsula. Nasz bohater posłusznie to uczynił.
Cyceron nazywa go "gladiatorem", ponieważ uważa, że w przypadku tego
mężczyzny rozwój mięśni pochłonął znaczną część energii przeznaczonej
teoretycznie na rozwój umysłu. On sam jednak lubi wykorzystywać swoją
sprawność fizyczną i chętnie eksponuje szeroki, umięśniony tors. Ma
słoneczny, rozbrajający uśmiech z przydającymi mu uroku zmarszczkami -
dzięki niemu kobiety i przyjaciele wybaczają mu wszystko. Możemy go
nazwać "uroczym draniem".
Nazywa się Marcus Antonius. Będziemy o nim mówić Marek Antoniusz albo po
prostu Antoniusz.
Niewolnik przed drzwiami opuszcza głowę, kręci nią niepocieszony i odchodzi.
Dom konsula jest naprawdę duży. Znajduje się obok domus Cezara, na
wzgórzu Welia, nieistniejącym już dziś niewielkim wzniesieniu między
Palatynem a Oppiusem (zniwelowano je w latach dwudziestych XX stulecia,
aby umożliwić wybudowanie via dei Fori Imperiali). Według Andrei
Carandiniego2 "była to pokaźna siedziba, jeśli ją porównać
ze współczesnymi domami średniej wielkości na Palatynie, o powierzchni
wahającej się pomiędzy 915 a 1340 metrów kwadratowych". Gdy jednak
Antoniusz ją nabył, zaczął narzekać na ciasnotę, uznając, że rezydencja
"nie jest dla niego wystarczająca", i powiększył jej rozmiary do ponad
2200 metrów kwadratowych.
Domus posiada duży wewnętrzny ogród otoczony eleganckim portykiem z kolumnami (tak zwany perystyl) o długości aż 86 metrów. To prawdziwy
pałac w samym sercu Rzymu. Centralna część tego wewnętrznego ogrodu
zdradza pewien aspekt osobowości Antoniusza: została przekształcona w miejsce do ćwiczeń fizycznych. A to jeszcze nie koniec - czworoboczny portyk prowadzi do
części domus przeznaczonej na zabiegi pielęgnacji ciała, z obszerną
łaźnią (balneum) wyposażoną w prywatną saunę (laconicum).
Ta piękna rezydencja należała kiedyś do wielkiego przeciwnika Juliusza
Cezara, Pompejusza Wielkiego, a wcześniej do jego ojca, Gnejusza
Pompejusza Strabona. Jak Antoniusz wszedł w jej posiadanie? W sposób
niezbyt elegancki, ale będący owocem zwycięstwa Cezara. Po śmierci
Pompejusza w 48 roku p.n.e. jego skonfiskowane mienie zostało wystawione
na aukcję. Mówimy o ogromnym majątku: według Cycerona sprzedaż
posiadłości Pompejusza Wielkiego przyniosła aż 700 milionów sesterców!
Cezar zlecił Antoniuszowi przeprowadzenie aukcji, a ten oczywiście
wykorzystał okazję, by nabyć tę rezydencję (wraz z kilkoma
nieruchomościami położonymi na Polu Marsowym) po bardzo niskiej cenie.
Ten dom będzie miał teraz swój udział w wielkiej historii.
Rzymskie święto
W ciągu kolejnych minut Rzym stopniowo zapełnia się ludźmi wychodzącymi
z insulae, ogromnych budynków mieszkalnych gęsto wznoszących się w mieście. Mężczyźni dźwigają torby z jedzeniem, inni trzymają na
ramionach małe amfory pełne wina i żartują z przyjaciółmi. Kobiety niosą
płótna, koce i poduszki. Jeszcze zanim na dobre wmieszamy się w tłum,
odczuwamy jego niematerialną obecność: zapach kobiecych perfum, jedzenia
i przypraw, dźwięk głosów, żartów i śmiechów. Dokąd zmierzają ci wszyscy
ludzie? Odpowiedź jest prosta. Dziś są idy marcowe (nazwą idus
Rzymianie oznaczali środek miesiąca, natomiast terminem calendae
określali jego pierwszy dzień), a dla mieszkańców Rzymu oznacza to
jedno: święto Anny Perenny. Aby godnie je uczcić, ludzie schodzą się do
niewielkiej trawiastej doliny pośród wzgórz porośniętych świętymi
lasami, gdzie zabronione jest wycinanie drzew, zbieranie drewna i polowanie na zwierzęta. Znajduje się ona kilka kilometrów od miasta i łatwo dojść tam pieszo wzdłuż via Flaminia. Pośrodku tej doliny bije
święte źródło Anny Perenny. To niewiele mówiące nam dziś imię (jego
brzmienie kojarzy się z jakąś aktorką z lat siedemdziesiątych) odnosi
się do bardzo ważnego dla Rzymian bóstwa opiekującego się nieustanną
odnową roku. Właśnie 15 marca ta dolina wypełnia się ludźmi, stając się
miejscem czegoś w rodzaju starorzymskiego festiwalu. Tego dnia celebruje
się obrzędy religijne, pije się wodę ze świętego źródła, a potem płyną
rzeki wina, a ludzie ucztują aż do świtu, polegując na ziemi. Nie koniec
na tym: tradycja każe, by właśnie w tym miejscu kobieta po raz pierwszy
uprawiała miłość, bo to stanowi dobrą wróżbę na przyszłość. Nie da się
ustalić z całą pewnością, czy tak się dzieje, ale niewątpliwie wielu
korzysta z przychylności nocy i stawia naprędce małe zasłony z kawałków
płótna, by zapewnić sobie nieco prywatności, w czym pomagają dodatkowo
ciemności i niewielka liczba kaganków. Następnego ranka, stąpając lekko
niepewnym krokiem, weterani pełnej namiętności nocy wracają do miasta.
Święte źródło istnieje do dziś i można to miejsce zwiedzać. Prawie
nierozpoznawalne pozostałości jego obramowania, składające się z wciąż
solidnie zespojonych cegieł i marmurowych płyt z doskonale czytelnymi
napisami, znajdują się na głębokości kilku metrów obok współczesnej
restauracji. Zostały odkryte przypadkowo, jak to się często dzieje w Rzymie, przy okazji budowy podziemnego parkingu. Nie ma już w tym
miejscu zalesionych wzgórz, zastąpił je las nowoczesnych budynków, a zamiast łąk mamy asfalt dróg, po których codziennie przejeżdżają tysiące
samochodów. Dolina, dla Rzymian sprzed dwóch tysięcy lat stanowiąca
brzemienne we wspomnienia święte miejsce, dla dzisiejszych rzymian jest
po prostu placem w chaosie ulicznego ruchu - stoi tam wielki kościół i można umówić się na spotkanie; to miejsce nazywa się piazza Euclide. Kto
dziś wie, że tam, gdzie teraz wznosi się chrześcijańska budowla, odbywał
się "Woodstock" czasów starorzymskich i działy się rzeczy ważne dla
ludzi zapomnianych już przez czas?
Wróćmy jednak do naszego piechura dzielnie przemierzającego Rzym.
Artemidor nie wziął pod uwagę, że dziś wszyscy wyjdą z domów tak
wcześnie, i kiedy trafia z zaułka na szerszą ulicę, ogarnia go
nieprzeliczony tłum. Nasz filozof nie może już dłużej unikać
otaczających go zewsząd ludzi, gubi się w tłoku, ściskając jeszcze
mocniej w dłoni zwój papirusu. Łatwo rozpoznać Artemidora po jego
niezdarnym, ale zdecydowanym kroku. Czy zdąży dotrzeć na czas do
Juliusza Cezara?
Odrobina Egiptu nad Tybrem
Już wiecie, że w tych właśnie godzinach w Rzymie dzieje się wielka
historia. Artemidor to jedynie pionek w grze, która zadecyduje o losach
nie tylko Rzymu, lecz także całych narodów (wiele z nich jeszcze się
nawet nie narodziło). I nie jest on jedyną figurą na szachownicy
historii: gdzieś niedaleko znajduje się Juliusz Cezar. Trochę dalej
Marek Antoniusz. Są jeszcze Brutus, Kasjusz, a nawet Cyceron. Jakby
przyciągał ich gigantyczny magnes, wszyscy oni nieświadomie zbliżają się
do tego samego miejsca w jednym kluczowym momencie historii. Zostało już
tylko kilka godzin.
A Kleopatra?
Choć przebywa w mieście, królowa Egiptu nie będzie zaangażowana w nadchodzące wydarzenia, jednak to, co się dziś dokona, uczyni ją
pierwszoplanową bohaterką historii w kolejnych latach. Na razie jednak
władczyni jest daleko - również fizycznie - od tego, co ma się wydarzyć,
ponieważ mieszka po drugiej stronie Tybru (trans Tiberim; dzisiejsza
dzielnica Trastevere, czyli Zatybrze), w luksusowej rezydencji Cezara
poza granicami miasta. Tradycyjnie właśnie tutaj zatrzymują się liczni
peregrini, czyli goście niebędący obywatelami rzymskimi - jak ona. To
nie przypadek. Zgodnie z prawem rzymskim żaden obcy władca, jeśli nie
zostanie oficjalnie zaproszony jako "przyjaciel i sojusznik" Rzymu, nie
może przekroczyć świętej linii, która otacza miasto i zakreśla jego
granice, czyli pomerium (być może nazwa pochodzi od post moerium,
czyli "za murem"). Wszystko, co jest w środku, to prawdziwe miasto ze
świątyniami, senatem, Forum oraz - a jakże! - zgiełkiem typowym dla
każdej metropolii. Bardziej na zewnątrz znajdują się oczywiście inne
dzielnice, ale nie jest to już prawdziwa urbs. Nawet jeśli są częścią
Miasta, ich położenie jest, że tak powiem, mniej sakralne.
Współcześnie Zatybrze jest jedną z najbardziej charakterystycznych
dzielnic Rzymu i stanowi serce nocnego życia, jednak w 44 roku p.n.e. ma
opinię dość obskurnego fragmentu miasta. Leży nisko, na częściowo
bagnistym terenie, bo wody Tybru regularnie go zalewają. Zarówno latem,
jak i zimą powietrze jest tam wilgotne i ciężkie, pełne komarów. Ale gdy
minie się zabudowania w pobliżu rzeki i zacznie się wspinać na wzgórze
Janikulum, wszystko nagle się zmienia. Żadnych powodzi, żadnego dusznego
upału, wieje lekki, świeży wiatr. Na dodatek roztaczający się ze wzgórza
widok na Rzym jest olśniewający. To dlatego Juliusz Cezar zbudował tutaj
Horti Caesaris, jedną ze swych wspaniałych rezydencji, znajdującą się
przy via Portuensis, o milę od bramy miasta. Niestety, nie dotrwały do
naszych czasów choćby opisy budowli, ale na podstawie tego, co wiemy o rzymskich ogrodach, możemy spróbować wyobrazić sobie posiadłość, w której goszczono Kleopatrę, znajdujące się tam eleganckie aleje,
fontanny, posągi, niewielkie świątynie.
Śpiew słowika rozbrzmiewający o brzasku ustąpił teraz miejsca
świergotowi wielu innych ptaków, przeobrażając Ogrody Cezara w salę
koncertową natury. Tu jesteśmy daleko od gwaru miejskich ulic, od
głośnych rozmów w sklepach i krzyku woźniców. Stoimy pośrodku lasu,
otacza nas nieskażona przyroda, wdychamy intensywny zapach żywicy
pulsującej pod korą wysokich sosen zmieszany z wonią ziół wilgotnych od
rosy.
Przed nami strzela w niebo równy szereg cyprysów, a po jego drugiej
stronie wszystko się zmienia: roślinność nie rośnie już tak jak chce,
została przez człowieka poskromiona, udomowiona. Koronom drzew i krzewów
nadano eleganckie kształty, długie żywopłoty stanowią obramowanie
pachnących kwietników. Widzimy krzewy mirtu i bukszpanu, a potem, tuż za
nimi, idealnie przycięte połacie trawy i ogromne rzymskie sosny z koronami w charakterystycznym kształcie parasola, prawdziwe olbrzymy,
które jako jedyne wydają się nie uginać przed wolą człowieka. Zagłębiamy
się w mały labirynt wypielęgnowanych ścieżek biegnących wśród niskich
żywopłotów. W regularnych odstępach pojawiają się posągi z pozłacanego
brązu, świątynki, wielobarwne ołtarze przyozdobione girlandami kwiatów.
Nie brakuje też portyków, w których cieniu można zatrzymać się na
pogawędkę. To prawdziwy Eden w miniaturze.
Swetoniusz twierdzi, że Juliusz Cezar kupił owe ogrody w 49 roku p.n.e.,
aby dać przestrzeń do życia na swobodzie koniom, z którymi przekroczył
Rubikon i które uważano za święte. Już wtedy w centrum posiadłości
znajdował się wspaniały domus, ale nie miał on nic wspólnego z tym, co
Kleopatra podziwia dzisiaj. Budynek został przebudowany: powiększono go
o nowe kolumnady i portyki, ozdobiono freskami i mozaikami. Stał się w ten sposób prawdziwie królewską rezydencją, zanurzoną w niewielkim
sosnowym lesie. Znajduje się tu również istniejące już wcześniej
sanktuarium poświęcone bogini Fortunie. Trochę dalej, za ścianą
wypielęgnowanych żywopłotów widzimy inną świątynię: kończy się tam
właśnie obrzęd ku czci egipskiej bogini Izydy. Przewodniczy mu kobieta.
Wokół niej stoją kapłani o głowach ogolonych do samej skóry i nagich
torsach, przyodziani w szaty sięgające do ziemi. Jedni śpiewają
modlitwy, inni grają na sistrum, instrumencie wydającym rytmiczny,
natrętny dźwięk przypominający metaliczne grzechotanie. Ceremonii,
powtarzanej każdego ranka, towarzyszy także brzmienie innych
instrumentów. Kobieta właśnie pochyliła się przed posągiem bogini,
wypowiadając rytualne formuły. Twarz zakrywają jej pukle czarnych włosów
z peruki opasanej diademem. Ale poznajemy tę białą plisowaną suknię. W niektórych miejscach, na piersi, łonie czy biodrach, przylega ona do
ciała tak ściśle jak rękawiczka. Teraz orantka podnosi twarz, mając oczy
wciąż zamknięte. Wyciąga ręce ku górze, głośno i rytmicznie wypowiada
modlitwę w języku egipskim. To uroczysta chwila i ostatnie słowa
ceremonii. Na chwilę zapada głębokie milczenie. W końcu kobieta wstaje i odwraca się: to Kleopatra.
Królowa odchodzi szybkim krokiem przez szpaler kapłanów; gdy zginają się
przed nią i prostują po jej przejściu, tworzą falę pokłonów. Idzie znów
takim samym krokiem, jaki widzieliśmy dziś rano, lekkim, spokojnym,
zmysłowym. Nieomal unosi się nad ziemią. Kilka metrów za nią podążają
dwaj najwierniejsi słudzy i trzej uzbrojeni strażnicy. Kleopatra jest
obcą królową na terytorium rzymskiego państwa, a wiele osób w Wiecznym
Mieście nie patrzy na nią przychylnym wzrokiem, zwłaszcza ze względu na
jej związek z Juliuszem Cezarem. Nic dziwnego, że Cezar wystawił dla jej
ochrony cały oddział straży, który ma za zadanie nie tylko pilnować
willi, lecz także informować go dyskretnie o tym, z kim spotyka się
królowa. Oczywiście najbliżej Kleopatry znajduje się jej osobista
ochrona, która wraz z nią przybyła z Aleksandrii.
Rzymskie wakacje
Podążając parkowymi alejkami za falującą rytmicznie suknią Kleopatry,
uświadamiamy sobie, że znajdujemy się nie tylko w willi otoczonej
parkiem, lecz także we fragmencie Egiptu przewiezionym do Rzymu.
Królowa zamieszkała w tej luksusowej rezydencji dwa lata temu, w 46 roku
p.n.e., wezwana przez Cezara, kiedy powrócił do Rzymu po zwycięskiej
kampanii w Afryce.
Nie wiemy, czy Kleopatra przebywała nad Tybrem przez całe dwa lata bez
przerwy, aż do dzisiaj, do id marcowych. Jest prawdopodobne, że udała
się do Egiptu, kiedy Cezar wyruszał do Hiszpanii, a następnie wróciła
jesienią 45 roku p.n.e., kilka miesięcy przed zamachem na dożywotniego
dyktatora.
Wróciła nie tylko z miłości do Cezara, lecz także z politycznej
kalkulacji. W nadchodzącej wyprawie Rzymu przeciwko Partom na Wschodzie
Egipt będzie odgrywał strategiczną rolę, dostarczając okrętów i ludzi.
To szczegół, ale ujawnia inteligencję Kleopatry. Jest ona kobietą i królową - owszem, ale przede wszystkim przywódczynią obdarzoną silną
wolą odgrywania istotnej roli politycznej dla dobra swego kraju.
Po tym, jak przywróciła stabilność gospodarczą i administracyjną
państwa, starannie przygotowała swoją podróż do Rzymu, oznajmiając
poddanym, że wyjeżdża, aby zadbać o interesy królestwa. Przedsięwzięcie
należało do skomplikowanych: niełatwo było opuścić Egipt, jeszcze do
niedawna rozdarty licznymi konfliktami wewnętrznymi, i stawić czoła
trudom żeglugi liczącej sobie dwa tysiące kilometrów (jak na owe czasy
odległość ogromną). Ale Kleopatra dobrze to rozegrała: związała ze sobą
Cezara, rodząc mu "oficjalnego" syna (choć co do faktycznego ojcostwa
było sporo wątpliwości, o czym jeszcze opowiemy), rzymski wódz zaś
zagwarantował spokój w królestwie, wysyłając tam swoje oddziały, dzięki
czemu ona mogła udać się do Rzymu. Może i Cezar ma wątpliwości co do
swego ojcostwa, ale nie robi z tego problemu: po pierwsze dlatego, że
dziecko będące synem cudzoziemki nie posiada w rzymskim świecie tytułów
prawnych ani praw spadkowych, a po drugie ze względu na to, że Egipt
jest niezwykle bogatym królestwem, prawdziwym skarbcem dla Rzymu i dla
samego Cezara, zapleczem potrzebnym do realizacji jego ambicji. Nic mu
po Egipcie wrogim albo niepewnym, a Kleopatra jako jego władczyni
stanowi dla Rzymu najlepszą gwarancję stabilności. Krótko mówiąc,
obojgiem powodują nie tylko uczucia, ale i znacznie konkretniejsze
interesy.
A przecież Kleopatra to również kobieta, na dodatek młoda,
dwudziestoparoletnia. Choć jest obdarzona ponadprzeciętną inteligencją i kieruje się głównie kalkulacjami politycznymi, wyjazd do Rzymu niezwykle
silnie porusza jej emocje. Pociąga ją to największe i najpotężniejsze
miasto na świecie i perspektywa zamieszkania w sercu potęgi, która
kontroluje cały region Morza Śródziemnego. Zwłaszcza że będąc w tym
miejscu, jak już wspomnieliśmy, jest w stanie bardzo dobrze dbać o interesy Egiptu.
Być może to nie pierwszy raz, kiedy Kleopatra odwiedza Rzym. Możliwe, że
przybyła tu już wcześniej, kiedy miała 12 lat, razem ze swym ojcem.
Ptolemeusz XII (noszący nieoficjalny przydomek Auletes, czyli
Flecista) szukał wówczas u Rzymian schronienia i pomocy po buncie w Aleksandrii wszczętym przez jego własną córkę Berenikę i jej męża
Archelaosa z Komany. Rzymskie oddziały opanowały Aleksandrię i brutalnie
stłumiły opór, a ojciec naszej Kleopatry ponownie wrócił na tron,
korzystając ze wsparcia rzymskiego garnizonu pozostawionego tam dla jego
obrony. Było to w roku 55 p.n.e.
Wielu uważa, że w czasie obecnej rzymskiej podróży Kleopatra zachowuje
się tak samo, jak wcześniej jej ojciec, począwszy od epatowania
bogactwem i egzotyką, a skończywszy na poruszaniu się po mieście w lektyce. Z pewnością zdobyła sobie spore uznanie w oczach Rzymu, który
formalnie uznaje ją za sprzymierzoną królową. Cezar zlecił nawet
wykonanie jej posągu z pozłacanego brązu i kazał ustawić go w świątyni
Wenus Genetrix, bogini chroniącej jego ród (łac. gens). Kleopatra i jej syn Ptolemeusz Cezar, czyli Ptolemeusz XV, którego wszyscy znają
jako Cezariona, "małego Cezara", nie przybywają do Wiecznego Miasta jako
niewolnicy, ale jako przyjaciele i sprzymierzeńcy. Jest to jej wielki
sukces polityczny.
Wkrótce po dotarciu do Rzymu Kleopatra uczestniczy w triumfie Cezara,
stanowiącym najwyższe wyróżnienie dla zwycięskiego wodza. W uroczystym
pochodzie prowadzona jest w łańcuchach jej młodsza siostra Arsinoe
(która próbowała ją zdetronizować i zabić, a wraz z nią pozbawić życia
również Juliusza Cezara). Cóż za sytuacja: w tej samej uroczystości
Kleopatra występuje jako zaprzyjaźniona i sprzymierzona z Rzymem
władczyni, a jej siostra idzie przed nią jako pokonany i upokorzony
wróg. Cezar rozwiąże ten problem, przywracając siostrze Kleopatry
wolność, a Arsinoe schroni się w świątyni Artemidy w Efezie, stanowiącej
miejsce neutralne, trochę tak, jak Szwajcaria podczas II wojny
światowej.
Oczywiście królowa przywiozła ze sobą jakąś cząstkę swego kraju. Dzięki
pomocy Cezara Horti Caesaris na Zatybrzu krok po kroku przeobraziły
się w dwór egipski. Kleopatra przebywa tutaj z doradcami, zaufanymi
ludźmi, służkami, niewolnikami, nawet z eunuchami. Do tego trzeba dodać
lekarzy, filozofów, krawcowe, kucharzy, a także personel opiekujący się
jej synem Cezarionem.
Wiemy, że w Rzymie jest z nią z pewnością Ammoniusz, jej główny doradca,
człowiek mądry, sprytny - i wkrótce znienawidzony przez Cycerona,
ponieważ nie da mu cennych ksiąg (prawie na pewno pochodzących z Biblioteki Aleksandryjskiej) obiecanych przez królową, być może w zamian
za jakąś przysługę. Obiecany dar nie zostanie przekazany w związku z nagłą śmiercią Cezara.
Jest przy Kleopatrze również stary doradca jej ojca, Serapion, który już
raz był w Rzymie podczas wygnania Ptolemeusza XII: z całego dworu on
najlepiej zna Wieczne Miasto i jego polityczną dynamikę.
Być może jest też Apollodor z Sycylii, zaufany sługa o herkulesowym
wyglądzie - właśnie on potajemnie zaprowadził władczynię na jej pierwsze
spotkanie z Cezarem.
Jest wreszcie Olimpiusz, stary osobisty lekarz Kleopatry, który
prawdopodobnie pomoże jej popełnić samobójstwo.
Królowa uzyskała zgodę, by towarzyszyło jej kilkudziesięciu urzędników i funkcjonariuszy wysokiej rangi, jak na przykład ten tłusty łysy pisarz,
który właśnie z głębokim ukłonem podaje papirus. Ale poza aspektami
administracyjnymi członkowie dworu są tu przede wszystkim po to, by
dotrzymywać swej pani towarzystwa i pomóc jej zachować aleksandryjski
styl życia, swoistą mieszankę światowości i intelektualizmu, za którym
tak bardzo tęskni.
Kleopatra nie jest wyłącznie władczynią ani też nie jest jedynie kobietą
potrzebującą beztroski i przepychu życia typowego dla arystokracji.
Kocha kulturę, jest spragniona wiedzy, uwielbia odkrycia naukowe. W późniejszych wiekach podobne do niej będą Hypatia z Aleksandrii,
cesarzowa bizantyjska Teodora, Eleonora z Akwitanii, Katarzyna Sforza,
Izabela d'Este, Katarzyna Medycejska, królowa Anglii Elżbieta I i caryca
Rosji Katarzyna II. W ciągu tych dwóch lat posiadłość Cezara na Zatybrzu
stała się jednym z miejsc, w których oddycha się kulturą. W ogrodach
rozprawia się głównie o filozofii i chociaż jesteśmy w Rzymie i w rezydencji egipskiej władczyni, dyskusję prowadzi się nie po łacinie ani
nie w języku starożytnego Egiptu, lecz po grecku, w języku mądrości.
Podczas uczt można przyjaźnie gawędzić o najważniejszych teoriach
kosmologicznych z Filostratosem, jednym z najsłynniejszych
aleksandryjskich oratorów i nauczycielem Kleopatry, wprowadzającym ją w zagadnienia filozofii i retoryki.
Przy innej okazji można porozmawiać z Sosigenesem z Aleksandrii, zapewne
najważniejszym astronomem tamtych czasów. Kleopatra przedstawiła go
Cezarowi podczas jego pobytu w Egipcie, a wielu twierdzi, że ów uczony
brał udział w przygotowaniu nowego kalendarza zwanego juliańskim (i używanego aż do renesansu, kiedy to zastąpi go tak zwany kalendarz
gregoriański).
W czasie spaceru po ogrodach można spotkać siedzącego pod pergolą i otoczonego wianuszkiem uważnych słuchaczy Didymosa, słynnego
aleksandryjskiego gramatyka i jednego z najbardziej poważanych na dworze
Kleopatry intelektualistów. Należy on do szkoły założonej w Aleksandrii
przez Arystarcha i sam przez długi czas w niej nauczał. Według Seneki
Didymos jest autorem co najmniej 3,5 tysiąca książek i traktatów. Z powodu swej literackiej "bulimii" bywa nazywany Chalk?nteros ("O spiżowych wnętrznościach"), lecz ma też inny, bardziej serdeczny
pseudonim - Bibliolathas ("Zapominający o książkach"), ponieważ
czasami przeczy sam sobie, nie pamiętając o tym, co twierdził we
wcześniej napisanych dziełach.
Arystokraci odwiedzający salon Kleopatry są pod wrażeniem jej gustu i umiejętności tworzenia odpowiedniej atmosfery, podziwiają estetyczne
wyrafinowanie i typowo orientalny przepych.
Królowa Egiptu wprowadza modę na nowe fryzury, które kopiują Rzymianki,
i zaskakuje mężczyzn swoimi białymi, dopasowanymi sukniami, podobnymi do
tych noszonych przez kapłanki.
Wszyscy są pod wrażeniem tej dziewczyny, tak odmiennej od typowych
rzymskich matron, słabo wykształconych i rzadko obdarzonych podobną
charyzmą. Ona zaś mówi jak mężczyzna, ale z urokiem najbardziej
pożądanej kobiety. Otula cię brzmienie jej zmysłowego głosu, ale
jednocześnie jej inteligencja chwyta cię w pułapkę.
Willa, w której mieszka Kleopatra, jest czymś więcej niż tylko salonem i miejscem spotkań ludzi wykształconych. Jest oazą. Jedzenie, muzyka,
rozmowy i atmosfera przenoszą gości wprost do Aleksandrii. Do delty
Nilu. Do Egiptu. Przy prywatnym molo cumuje nawet królewska łódź. Po tym
niezwykłym świecie na Zatybrzu nie pozostał żaden ślad w wykopaliskach,
choć przecież udało się odkryć willę Hadriana w Tivoli i wiele innych
okazałych rezydencji. Tu jednak mijające wieki zatarły wszelki ślad,
uniemożliwiając dokładne opisanie codziennego życia i architektury.
Pozostały nam tylko mniej lub bardziej prawdopodobne rekonstrukcje.
Cezar i Kleopatra, kochankowie, choć związani małżeństwem z innymi
A Juliusz Cezar? Jest tu u siebie. Przywiózł Kleopatrę do Rzymu jako
kochankę, jako królową i jako zdobycz wojenną, ale doskonale wie, że
naraża się na duże ryzyko. W Rzymie nie jest łatwo, Cezar ma tu wielu
wrogów i krąży już po mieście złośliwa plotka, jakoby zdobywca sam
został podbity przez obcą władczynię, którą teraz podejmuje z najwyższymi honorami i toleruje nawet jej żądanie, by widzieć w niej
reinkarnację Izydy.
Jednak Cezar nie jest naiwny i myliłby się ten, kto chciałby widzieć w jego relacji z Kleopatrą jedynie aspekt romantyczny. Rzymski wódz
pozostaje z nią w związku głównie dlatego, że jest ona królową, a więc
posiada władzę polityczną. Postanawia się z tym zanadto nie afiszować.
Trzyma kochankę z dala od Rzymu, senatu i zwykłego ludu, w luksusowym
pałacu po drugiej stronie rzeki, gdzie może spotykać się z nią w całkowitej dyskrecji. Nie zapominajmy, że jest żonaty. Każdego wieczoru
w domu położonym w sercu Wiecznego Miasta czeka na niego żona,
Kalpurnia.
Tak więc Cezar ma w tym samym mieście i żonę, i kochankę. Spędza czas
zarówno z jedną, jak i z drugą - na oczach wszystkich. Zgodnie ze
współczesną moralnością tak oficjalna natura podwójnego życia byłaby
końcem kariery dla każdego polityka. Jednak nie w republikańskim Rzymie
i nie tylko dlatego, że chodzi o Juliusza Cezara. Rzymianin bowiem może
oficjalnie mieć równocześnie jedną żonę i wiele konkubin. Prawo tego nie
zabrania. Niedozwolone jest natomiast posiadanie dwóch żon. Uczciwie
rzecz biorąc, sytuacja Kleopatry nie wydaje się wcale mniej złożona,
ponieważ również ona jest oficjalnie zamężna. Jej mąż mieszka nawet
razem z nią w willi. To jednak rodzony brat władczyni, Ptolemeusz XIV,
którego poślubiła zgodnie z dziwną dynastyczną tradycją Ptolemeuszy,
nakazującą braciom i siostrom z królewskiego rodu zawieranie małżeństw
między sobą, aby nie mieszać krwi o boskiej czy też półboskiej naturze z krwią zwykłych śmiertelników. Jest on dla Kleopatry mężem bardziej
symbolicznym niż rzeczywistym, na pewno też nie sypiają ze sobą. Również
jego wiek nie czyni go przerażającym konkurentem Cezara: Ptolemeusz ma
zaledwie 13 lat.
Kleopatra jest jednak sprytna, a fakt, że przywiozła ze sobą brata-męża
do Rzymu, świadczy o politycznej dalekowzroczności. Niezależnie od
gwarancji Cezara i obecności rzymskich garnizonów w jej ojczyźnie
pozostawienie w domu współregenta oraz pustego tronu jest zbyt
ryzykowne.
W willi znajduje się jeszcze jedna bardzo bliska sercu Kleopatry osoba.
To najmłodszy mieszkaniec tego miejsca, zaledwie dwuletnie dziecko:
Cezarion jest synem Juliusza Cezara, a przynajmniej tak zawsze
utrzymywała Kleopatra.
Kwestia prawdziwości tego ojcostwa nie została jednoznacznie
rozstrzygnięta. Przemawia za nim to, że królowe z rodu Ptolemeuszy nie
były zazwyczaj rozwiązłe. Cezar mógł być w istocie pierwszym mężczyzną
Kleopatry. Jest również prawdą, że rzymski dyktator, choć wdawał się w wiele miłostek, miał oficjalnie tylko jedną córkę, Julię.
Starożytne źródła nie są zgodne. Plutarch i Swetoniusz twierdzą, że
Cezarion był synem Cezara. Swetoniusz dodaje: "Niektórzy pisarze greccy
podali, że był podobny także do Cezara z powierzchowności i chodu"3. Inni, jak Gajusz Oppiusz i Kasjusz Dion, są przeciwnego
zdania, ten ostatni w szczególności: "[...] syn ten, któremu dała imię
Ptolemeusz, miał być - jak to utrzymywała - owocem jej związku z Cezarem, toteż wołała na niego Cezarion"4.
Dodatkowo sprawę komplikują wątpliwości co do daty narodzin chłopca.
Część uczonych podaje rok 47 p.n.e., inni datują je nawet o kilka lat
później.
Nie możemy jednak podpisać się pod tą ostatnią tezą, a to z następujących powodów. Ze względu na niekompletność naszej wiedzy o okresie sprzed ponad dwóch tysięcy lat próba zweryfikowania ojcostwa za
pomocą dokładnego osadzenia urodzin w kalendarzu byłaby sporym
zuchwalstwem. Ale przecież Cezar i jego współcześni nie są naiwni. Tak
samo dobrze jak my wiedzą, jak się liczy miesiące ciąży, wiedzą to
również i krytycy Cezara, i wrogowie Kleopatry. Jeśli nikt ze
współczesnych, oprócz Cycerona (który jednak żywił do królowej Egiptu
osobistą nienawiść), nie kwestionował ojcostwa Cezara, to wolno
zakładać, że Cezarion był w istocie jego synem.
Skoro Oktawian w przyszłości każe zabić chłopca, to znaczy, że wierzono
w prawdziwość ojcostwa Cezara albo co najmniej brano je poważnie pod
uwagę. Również dlatego, że nie ma innych wiarygodnych hipotez
dotyczących tożsamości ojca Cezariona. Nie zapominajmy, że dla
przyozdobienia budowanego przez siebie Forum Cezar kazał pod koniec 45
roku p.n.e. wykonać ze złoconego brązu posąg przedstawiający Kleopatrę.
Wszystko to przekonuje nas, by nie zajmować ostatecznego stanowiska w tej sprawie. Uznamy, że Cezarion mógł naprawdę być synem Cezara, i nie
będziemy drążyć dalej.
Nie możemy zrobić nic więcej również dlatego, że - jak to mawiali
starożytni - mater semper certa ("tylko matka jest pewna").
Postanowiliśmy więc trzymać się najbardziej rozpowszechnionej tezy,
według której Cezarion naprawdę jest synem Juliusza Cezara i urodził się
23 czerwca 47 roku p.n.e.
Właśnie ten chłopiec biegnie teraz przez portyk do swojej matki, a za
nim podąża służąca, zatroskana, czy aby malec się nie przewróci. Uścisk
dziecka i matki jest długi i pełen czułości. Małe rączki Cezariona
zagłębiają się w fałdy tuniki swej matki, szukając jej opiekuńczego
przytulenia. A najpotężniejsza królowa Afryki staje się na chwilę
najczulszą i najtroskliwszą z matek.
Mężczyzna bawiący się sztyletem
Po drugiej stronie Tybru, daleko od ogrodów otaczających rezydencję
Kleopatry, od pogody i spokoju tego bogatego świata, pewien mężczyzna
walczy z tysiącem demonów rozdzierających jego duszę. W zamknięciu swego
domu siedzi przy wytwornym stoliku z nogami w kształcie lwich łap.
Stojąca na blacie lampka rzuca światło na jego zmęczoną, zapadniętą
twarz. Powierzchnia stołu to doskonale okrągły dysk z białego marmuru.
Na samym środku znajduje się mały, ledwie zauważalny odprysk, w którym
mężczyzna umieścił czubek ostrza sztyletu. Jego palce spoczywają na
rękojeści, a zdecydowane ruchy kciuka sprawiają, że broń wykonuje
gwałtowne obroty niczym oszalała tancerka wirująca na czubkach palców.
Oczy mężczyzny wpatrują się w światło migoczące na ostrzu przy każdym
obrocie. Ta obsesyjnie powtarzana czynność trwa już od dłuższego czasu,
towarzyszyła siedzącemu przy stole przez sporą część nieprzespanej nocy.
Ktoś puka do drzwi. To zaufany niewolnik. Chce wiedzieć, czy ma
przynieść śniadanie. Mężczyzna podnosi wzrok, spogląda na drzwi, ale nie
odpowiada. Tym mężczyzną jest Marek Juniusz Brutus.
W powietrzu wisi coś, czego nie da się ogarnąć rozumem. Coś
nienamacalnego, umykającego zmysłom, niewidocznego. Jakaś trucizna,
która przenika przez mury miasta, rozprzestrzenia się po ulicach, wpełza
w zaułki, biegnie wraz ze słowami szeptanymi do ucha w oparach łaźni,
unosi się ponad trikliniami na ważnych ucztach, wkrada się do
senatorskich umysłów podczas poufnych spotkań. I niesie ze sobą
złowieszcze słowo: śmierć. Śmierć Juliuszowi Cezarowi.
Jakiś czas temu w mieście zawiązał się spisek, jeden z najbardziej
zdradzieckich w historii, zwrócony przeciwko człowiekowi skądinąd
niezwykle kochanemu przez rzymski lud, być może nawet kochanemu mocniej
niż ktokolwiek inny. Człowiekowi, który w kolejnych wiekach stanie się
jedną z najbardziej podziwianych postaci w historii, na równi z Aleksandrem Wielkim. Jak to możliwe?
Według starożytnego rzymskiego historyka Kasjusza Diona przyczyna leży w tym, że różni ludzie na przestrzeni lat przyznali Cezarowi wielkie
honory, które niezwykle szybko stały się przyczyną zazdrości i nienawiści, a te w krótkim czasie sprowadziły na niego śmierć.
Prawdziwe motywy sięgają jednak znacznie głębiej. Cezar stał się nowym
władcą absolutnym Rzymu, odebrawszy faktyczną władzę senatowi. Decyduje
on, a nie senatorowie zgodnie ze swoimi interesami.
Od niepamiętnych czasów władzę w Rzymie sprawują rody arystokratyczne,
reprezentowane w senacie przez swoich przedstawicieli. Jest oczywiste,
że każda decyzja wynika przede wszystkim z interesów i wygody tych
rodzin. Według niektórych historyków republika w 44 roku p.n.e. nie
opiera się już na tej solidnej arystokracji, która powstała wraz z wygnaniem ostatniego króla Rzymu. Grupa ta straciła swoją dawną energię
i pierwotne ideały, brak jej już oświeconych i powściągliwych umysłów z przeszłości. Tacy są tylko nieliczni i stanowią wyraźną mniejszość w senacie, który stał się miejscem przeżartym (znacznie bardziej niż
dotychczas) przez korupcję, szemrane interesy i nadużycia władzy.
Wielkie drzewo gnijące od środka, jak ktoś powiedział. Chciwość
senatorów (realizowana rękami ich wyzwoleńców, czyli niewolników
obdarzonych wolnością, jako że formalnie członkowie senatu nie mogą
wykorzystywać niegodziwych sposobów pomnażania majątku) spowodowała
kryzys w republice, otwierając drogę silnym jednostkom, takim jak
Juliusz Cezar, który został władcą absolutnym.
Również sam Cezar wywodzi się z rodziny arystokratycznej, ale należy do
stronnictwa popularów i przyjął za swoje żądania ludu, jako że ten go w dużej mierze wspiera. Część bardziej konserwatywnej arystokracji
przysięgła mu z tego powodu śmierć (choć nie stanowi to jedynej
przyczyny).
Cel konspiratorów jest prosty: zabić Cezara, faktycznego jedynowładcę,
aby zasiać zamęt i niepewność, ponieważ nie ma równie charyzmatycznej
postaci, która mogłaby zająć jego miejsce. W ten sposób otworzy się
droga, by senat odzyskał swoją dawną rolę i jak za dawnych czasów
rządził bez żadnych skrupułów.
Obrzucanie błotem
Artemidor, którego śladem przemierzamy ulice Rzymu, postanowił znów
zagłębić się w labirynt wąskich uliczek - uważa je za bezpieczniejsze
niż zatłoczone główne arterie miasta. Budynki, między którymi przemyka,
stoją bardzo blisko siebie, tak blisko, że jeśli ich mieszkańcy wychylą
się z okien, mogą uścisnąć dłonie sąsiadom z naprzeciwka, o czym
wspomina Marcjalis w Epigramach. Nawet światło dnia z ledwością
dociera do samej ziemi - jest tylko falującym ostrzem zawisającym na
znacznej wysokości ponad głową Artemidora. Źrenice filozofa są
rozszerzone nie tylko przez panujący tu półmrok, lecz także przez
strach. Jest naprawdę ciemno i przez chwilę wędrowiec zastanawia się,
czy nie byłoby rozsądniej wrócić na szersze ulice. W tych niesławnych
zaułkach często dochodzi do napadów i zabójstw: każdego ranka na ziemi,
w błocie, ktoś znajduje czyjeś martwe ciało. Sprawcy tych morderstw
pozostają nieznani. Do podążania wybraną drogą przekonują Artemidora
inne zmysły. Przykre zapachy zostawił za plecami, a teraz ogarnia go
słodki aromat mleka gotowanego w pobliskim mieszkaniu. Uspokajają go
głosy docierające przez otwarte okna, z balkonów, zza uchylonych drzwi,
wzdłuż których posuwa się naprzód, z głębi mijanych zaułków. Pozwalają
mu zrozumieć, że oto zagłębia się w prawdziwą galaktykę równoległych
istnień, tworzących ten ludzki ul, jakim jest Subura, być może
najbardziej ludowa z dzielnic Rzymu. Jest tak, jakby zewsząd dobiegały
do niego czytane na głos codzienne zapiski z życia tych ludzi. Oto
matka, która śpiewa kołysankę; mężczyzna, cichym głosem odmawiający
poranne modlitwy; niewolnik, który pracuje, nucąc pod nosem piosenkę ze
swojego dalekiego rodzinnego kraju. Kobieta czule żegna się z wychodzącym z domu mężem; gdzieś w oddali inna, jakby dla przeciwwagi,
na cały głos wymyśla swojemu mężczyźnie, winnemu nie wiadomo czego.
Artemidor uśmiecha się i idzie dalej. Niemal nie zwraca uwagi na płacz
dziecka. To zwyczajny dźwięk w dzielnicy zamieszkanej przez prosty lud,
jednak im dalej idzie, tym wyraźniej słyszy kwilenie. Podejrzenie budzi
fakt, że ów płacz nie dobiega z niczyjego domu, ale z końca uliczki,
gdzie nie ma żadnych drzwi ani okien. Po kilku metrach filozof staje jak
wryty. Na końcu zaułka, przy skrzyżowaniu widzi stojącą samotnie
kolumienkę. To uszkodzony cokół bez posągu. U jego podstawy leży kosz z zawiniątkiem - dziecięcy płacz dobiega właśnie stamtąd. To noworodek. W koszu jest również notatka wyjaśniająca, jak w przyszłości odnaleźć
krewnych maleństwa. Dziecko zostało z jakiegoś powodu odrzucone przez
rodzinę, a konkretnie przez ojca. Czy podejrzewał zdradę żony? Może
dostrzegł upośledzenie fizyczne? A może to kolejne już dziecko tej samej
płci co jego liczne rodzeństwo? Albo też rodzinie brak środków na jego
utrzymanie? Nie znamy powodów. Rzymskie prawo i tradycje pozwalają
zostawić dziecko na ulicy, aby ktoś inny mógł je zabrać i wychować jak
własne. Może się zdarzyć, że weźmie je tknięty współczuciem zacny
człowiek albo też ktoś pozbawiony skrupułów, kto uczyni z dziecka
niewolnika. Niemal zawsze podrzutki zostawia się w miejscach dobrze
znanych, takich jak ta kolumna (najbardziej znaną w Rzymie jest tak
zwana columna lactaria, czyli kolumna mleczna, której nazwa
symbolicznie odnosi się do mleka, pokarmu noworodków). Zapisana kartka
lub dołączony przedmiot osobisty mogą pozwolić komuś, kto zaopiekuje się
dzieckiem, na oddanie go w przyszłości biologicznym rodzicom i zażądanie
w zamian zapłaty za cały okres adopcji. Jest to starożytna wersja
naszych okien życia, gdzie zostawia się niechciane dzieci.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki