Klejnoty ciotki Klotyldy - Frances Hodgson Burnett

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Klejnoty ciotki Klotyldy

Bohaterka naszej powieści nie była Amerykanką, chociaż mieszkała w jednym z najwspanialszych domów Nowego-Yorku. Przyszła ona na świat we Francyi w pięknym zamku normandzkim, i tam spędziła pierwsze lata swego dzieciństwa.

Dom w którym ją poznajemy był własnością jej stryja i opiekuna. Otoczona wygodami zajmowała tam kilka pokoi, miała własną służbę, powóz, oraz cały szereg nauczycieli, a mimo to wszystko nie czuła się szczęśliwą. Nie uwierzyłyby temu dzieci sąsiednich domów, dla których Elżunia była przedmiotem stałego zajęcia. Kiedy wyjeżdżała, lub wychodziła na spacer, mnóstwo główek ciekawych pojawiało się w oknach; podziwiano jej sukienki, jej białą twarzyczkę, jej czarne, marzące oczy. Jaka ona szczęśliwa! mówili jej mali sąsiedzi, tocząc długie na ten temat rozmowy, z pewnością ma wszystko czego tylko zapragnie, bo Joanna powiada, że będzie miała miliony. Jaka ona śliczna! ale czemu zawsze smutna? czemu to przypisać? prawdziwie trudnoby znaleść przyczynę.

Elżunia nie domyślała się wcale, że się nią tak zajmowano, rzadko spoglądała na okna sąsiednich domów, a ci śmiejący się i skaczący mali Amerykanie których spotykała na ulicach napełniali ją podziwem, gdyż ich nie pojmowała, nie będąc sama nigdy w podobnem usposobieniu. Utraciwszy rodziców w drugim roku życia, nie zaznała ich pieszczot, ich miłości, która tak dobroczynnie wpływa na słabą dziecinę, rosła w obojętnem otoczeniu jak roślina bez ciepłego promyka słońca. Ztąd smutek w jej oczach, ztąd poważne nad wiek usposobienie. Jedynemi krewnymi jacy jej pozostali, był stryj Bertrand i ciotka Klotylda. Stryj bezżenny mieszkający w Nowym-Yorku prowadził życie swobodne, to też obowiązek opiekowania się dwuletniem maleństwem wcale mu nie przypadł do gustu, i chętnie zdał go swej siostrze z którą dzieliła go różność poglądów i upodobań. O ile on był wesoły i lekkomyślny, o tyle panna Klotylda była poważną i surową. Kiedyś i ona podobne bratu wiodła życie, lecz piękna i bogata, uwielbiana przez wszystkich, poniosła u szczytu powodzenia bolesny cios, który ją zobojętnił na zawsze dla świata. Od owej chwili nie opuściła ani razu normandzkiego zamku, pędząc życie zakonnicy, tem tylko różniące się od klasztornego, że mury ją otaczające były murami własnego jej pałacu. Z początku bała jej się Elżunia, przerażał ją czarny strój i surowa twarz ciotki, lecz powoli przywykła do niej, a nawet pokochała ją całem swem dziecinnem czułem serduszkiem. Sposób jej życia stał się dla małej przykładem i po jakimś czasie śmiejąca, swawolna dziecina, zamieniła się na poważną i smutną. Ciotka poświęciła ją Matce Boskiej, nosiła więc zawsze niebieskie i białe sukienki. Od siódmego roku życia odwiedzała z nią razem ubogich chorych, i była przez nich uwielbianą; dzieci dotykały jej białej sukienki, a ona uśmiechała się do nich tak słodko, że we wszystkich sercach wykwitła dla niej miłość serdeczna. Każde jej ukazanie się było dla tych biedaków świętem prawdziwem, opowiadano sobie o niej cudowne historye. Zobaczycie mówiono nieraz, że panience wyrosną białe skrzydełka i pójdzie do nieba jak anioł, i nikt temu nie przeczył. W tych warunkach przeżyła Elżunia do jedenastego roku, wówczas spotkało ją wielkie nieszczęście. Pewnego dnia ciotka Klotylda nie wyszła ze swego pokoju o zwykłej godzinie, zdziwiło to wszystkich, gdyż nie zdarzało się aby odstępowała od raz przyjętego zwyczaju. Stara służąca Alicya słuchała podedrzwiami, ale w pokoju było zupełnie cicho, poszła więc prosić Elżunię, żeby zajrzała do ciotki, bo sama nie śmie tego uczynić. Dziewczynka weszła do sypialni, lecz nie zastała nikogo, pewno jest w kaplicy pomyślała i otworzywszy ciężkie drzwi weszła do świętego przybytku. Jasne promienie słońca wpadały przez kolorowe okna, zatrzymując się na ciemnej postaci leżącej na posadzce przed ołtarzem. Była to ciotka Klotylda którą śmierć spowodowana chorobą serca jak wezwani lekarze orzekli, zaskoczyła w tem miejscu. Twarz jej była piękna i spokojna, a wyraz słodszy i milszy niż za życia. Podobna do panienki mówiła płacząc Alicya podobniusieńka, tylko jak była młodą, bo wtedy była od niej weselsza. W niespełna dwa miesiące później Elżunia była już u stryja w Nowym Yorku. Zawiadomiony o śmierci siostry przyjechał po siostrzenicę, chociaż niezbyt zachwycony rolą opiekuna, której teraz nie miał już komu oddać. Nie można było jednakże jedenastoletniej już dziewczynki zostawić samej sobie, zwłaszcza że była dziedziczką milionów które się ze śmiercią ciotki powiększyły; zabrał ją przeto z sobą do Ameryki, gdzie oddawna mieszkał będąc gorącym wielbicielem obyczajów tamtejszych. Elżuni wydał się bardzo dziwnym i obcym ten młody i wesoły człowiek, nic a nic nie podobny do starego, poważnego proboszcza który był jej jedyną znajomością. Nawzajem ona zrobiła jeszcze dziwniejsze wrażenie na swoim stryju, o mało, że nie krzyknął z przerażenia ujrzawszy ją w długiej czarnej i niezgrabnie zrobionej sukni. - Ależ drogie dziecko - zawołał - jak ty wyglądasz! I pierwsza rzecz którą dla niej zrobił były sprowadzone z Paryża eleganckie sukienki i młoda pokojówka. Nie mogę jej tak w podróż zabrać, tłomaczył się starej Alicyi, wygląda jak sierota z przytułku. Zanim Elżunia zdjęła swoją ulubioną sukienkę, poszła z proboszczem pożegnać biednych wieśniaków. Zacny kapłan rozczulony był widokiem łez płynących obustronnie, i błogosławieństwami któremi obsypywano dziewczynkę. Wróciwszy z tej wycieczki zamknęła się w kaplicy gdzie spędziła kilka godzin. Życie jakie rozpoczęła w Ameryce wydawało jej się snem. Nie zaniedbano niczego dla jej wygody, otoczono ją zbytkiem do którego nie była przyzwyczajoną. Ale właśnie te wygody, te suknie bogate, te książki z przepysznemi rycinami nie miłe jej były. Wyjeżdżając z nauczycielką do parku spotykała mnóstwo ludzi patrzących na nią ciekawie, co ją onieśmielało i dziwiło. Zwracała na siebie uwagę, zarówno bladą, śliczną twarzyczką, jak marzącem spojrzeniem ciemnych oczu. - Będzie z niej śliczna panienka - rzekł kiedyś Bertrand do jednego ze swych przyjaciół, który zapragnął poznać Elżunię - matka jej była bardzo piękna, ale ożywiona. Wyobraź sobie, że ta mała wstaje w nocy aby się modlić... Mówił nie wiedząc, że tem boleśnie dotknął siostrzenicę, którą sposób jego życia napełniał przerażeniem. Nie widziała go nigdy w kościele, nie miał "swoich" biednych, zato uczęszczał często na różne zabawy, zajmowały go tylko przyjemności światowe; niejedną już godzinę spędziła Elżunia modląc się za niego. Bertrand de Rochemont byłby się pewno zdziwił gdyby mu kto powiedział, że siostrzenica obawia się go, a jednak tak było; nie miała np: odwagi prosić go o pieniądze które chciała przesłać proboszczowi do Normandyi dla biednych, opuszczonych teraz, lub dla biednych których tylu widziała na ulicach Nowego Yorku. Odgadła ona wkrótce że stryjowi życie ciotki Klotyldy na wzór którego ona żyćby pragnęła, wydaje się poprostu śmiesznem. Jakże może powiedzieć mu, że pieniądze wszystkie jakie posiada chciałaby oddać potrzebującym? - Uczynię to kiedyś - myślała - a tymczasem muszę tylko otrzymać jaką drobną kwotę. Z tem postanowieniem poszła Elżunia jednego dnia do gabinetu stryja urządzonego z przepychem, lecz zastawszy go w wygodnem fotelu z cygarem w ustach i książką w ręku straciła odwagę, będąc zaledwie w stanie odpowiadać na jego pytania. Podniecona myślą o głodnych i chorych, o mało mu nie padła do nóg z prośbą, aby ją odesłał do Normandyi, ale i na to nie mogła się zdobyć. Innego dnia wstała raniutko, włożyła swoją kochaną, czarną sukienkę, bo w niej czuła się lepszą, długo modliła się przed ołtarzykiem który sobie sama zrobiła i powzięła stanowczy zamiar rozmówienia się ze stryjem, otrzymała bowiem poprzedniego dnia list od proboszcza z Normandyi zawierający smutne nowiny. We wsi panowała gorączkowa choroba, wino nie obrodziło, obok tego bydło niszczyła zaraza. Za życia panny Klotyldy de Rochemont mieli pomoc, ale teraz? pytanie to zwrócone do Elżuni do niej o pomoc stukało, czuła to dobrze. Całej nocy oka nie zmrużyła; widziała dzieci głodne, starców zmarzniętych, chorych bez pomocy, o Boże! Boże! co robić? Święta Bożego Narodzenia nadchodzą; za życia ciotki Klotyldy były to we wsi święta wesołe, a w tym roku smutek i nędza. - Muszę iść do stryja, muszę go poprosić o pieniądze - myślała drżąc i blednąc ze strachu - boję się, ale muszę się przemódz, święta Elżbieta także cierpiała za swoje dobre uczynki. Elżunia często stawiała sobie za przykład św. Elżbietę znoszącą prześladowania za swą dobroć anielską. Czytywała wiele razy jej życie z którego najwięcej lubiła legendę o różach. Współczuła żywo ze swą patronką, gdy ta niosąc chleb w koszyku dla ubogich spotkała męża który zapytał gwałtownie co niesie, a ona odrzekła mu na to: "Róże" i Bóg nie chcąc dopuścić aby to co mówiła kłamstwem było, chleb zamienił w róże. W myśli zestawiała landgrafa ze stryjem, chociaż nie sądziła, aby był okrutnym, ale mniemała że nie lubi biednych szukając jedynie zabawy i przyjemności, co uważała za złe bardzo. Nie jadła dnia tego śniadania, postanowiła pościć, dopóki nie dokona swego przedsięwzięcia. Ciotka Aniela pościła bardzo często. Długo czekała na stryja, wstawał zawsze późno, a dziś tem później, że był poprzedniego dnia na jakiemś wesołem zebraniu, które przeciągnęło się do późnej nocy. Południe zbliżało się, kiedy usłyszała otwierające się drzwi jego pokoju. Pobiegła szybko na schody, ale tam zatrzymała się drżąc znów ze strachu. - Poczekam aż zje śniadanie, - pomyślała, bo nie wróciła już do siebie, pozostała na schodach, licząc chwile, wlokące się powoli. Stryj nie był sam, usłyszała bowiem głos jednego z jego znajomych, który go odwiedzał od czasu do czasu, i bardzo jej się podobał. Miał miły głos i łagodne, poważne spojrzenie. - Musi mieć dobre serce - myślała Elżunia - a on odgadując widocznie jej sympatyę, spoglądał zawsze na nią przyjaźnie i często o coś zapytywał. Kiedy służący otworzył drzwi, wchodząc, usłyszała, że młodzi ludzie śmiali się, widocznie bawili się dobrze, a potem głos stryja wołającego o konie. - Więc wyjeżdża - i serce Elżuni o mało nie zamarło - trzeba iść prędzej. Zbiegła ze schodów i weszła do saloniku, przez który pan de Rochemont przechodzić musiał. Po chwili drzwi się otworzyły i wszedł wuj z przyjacielem, ale nie spostrzegłszy dziewczynki skierowali się obaj ku wyjściu. - Stryju! - zawołała Elżunia blednąc z wrażenia i bojaźni. Bertrand odwrócił się, i ujrzawszy przed sobą drobną postać w czarnej sukience, z śmiertelnie bladą twarzyczką, uczuł coś nakształt gniewu, spieszył się, nie miał czasu. - Czego chcesz? - zapytał - czemu tu jesteś i dla czego tak czarno ubrana. - Stryju - rzekła Elżunia, a głos jej zamierał w piersiach - chciałam cię prosić o pieniądze, o dużo pieniędzy. Są mi koniecznie potrzebne, dostałam list od proboszcza, zaraza tam panuje, ludzie chorują. Muszę im posłać pieniędzy. Bertrand wzruszył ramionami. - Proboszcz potrzebuje pieniędzy? Moje dziecko, muszę się dowiedzieć bliższych szczegółów, zasięgnąć informacyi. Masz znaczny majątek, lecz jestem twoim opiekunem, i nie mogę ci pozwolić na roztrwonienie go. - Ale oni są tacy biedni, jak im nie mogę pomagać teraz, mają maleńkie winnice, a gdy jest nieurodzaj umierają z głodu. Ciotka Aniela pomagała im zawsze, nawet w urodzajne lata i mówiła, że trzeba się nimi opiekować jak dziećmi.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.