Bohaterka naszej powieści
nie była Amerykanką, chociaż mieszkała w jednym z najwspanialszych
domów Nowego-Yorku. Przyszła ona na świat we Francyi w pięknym
zamku normandzkim, i tam spędziła pierwsze lata swego
dzieciństwa.
Dom w którym ją poznajemy był własnością jej stryja i opiekuna.
Otoczona wygodami zajmowała tam kilka pokoi, miała własną służbę,
powóz, oraz cały szereg nauczycieli, a mimo to wszystko nie czuła
się szczęśliwą.
Nie uwierzyłyby temu dzieci sąsiednich domów, dla których
Elżunia była przedmiotem stałego zajęcia. Kiedy wyjeżdżała, lub
wychodziła na spacer, mnóstwo główek ciekawych pojawiało się w
oknach; podziwiano jej sukienki, jej białą twarzyczkę, jej czarne,
marzące oczy. Jaka ona szczęśliwa! mówili jej mali sąsiedzi, tocząc
długie na ten temat rozmowy, z pewnością ma wszystko czego tylko
zapragnie, bo Joanna powiada, że będzie miała miliony. Jaka ona
śliczna! ale czemu zawsze smutna? czemu to przypisać? prawdziwie
trudnoby znaleść przyczynę.
Elżunia nie domyślała się wcale, że się nią tak zajmowano,
rzadko spoglądała na okna sąsiednich domów, a ci śmiejący się i
skaczący mali Amerykanie których spotykała na ulicach napełniali ją
podziwem, gdyż ich nie pojmowała, nie będąc sama nigdy w podobnem
usposobieniu. Utraciwszy rodziców w drugim roku życia, nie zaznała
ich pieszczot, ich miłości, która tak dobroczynnie wpływa na słabą
dziecinę, rosła w obojętnem otoczeniu jak roślina bez ciepłego
promyka słońca. Ztąd smutek w jej oczach, ztąd poważne nad wiek
usposobienie.
Jedynemi krewnymi jacy jej pozostali, był stryj Bertrand i
ciotka Klotylda. Stryj bezżenny mieszkający w Nowym-Yorku prowadził
życie swobodne, to też obowiązek opiekowania się dwuletniem
maleństwem wcale mu nie przypadł do gustu, i chętnie zdał go swej
siostrze z którą dzieliła go różność poglądów i upodobań. O ile on
był wesoły i lekkomyślny, o tyle panna Klotylda była poważną i
surową. Kiedyś i ona podobne bratu wiodła życie, lecz piękna i
bogata, uwielbiana przez wszystkich, poniosła u szczytu powodzenia
bolesny cios, który ją zobojętnił na zawsze dla świata. Od owej
chwili nie opuściła ani razu normandzkiego zamku, pędząc życie
zakonnicy, tem tylko różniące się od klasztornego, że mury ją
otaczające były murami własnego jej pałacu.
Z początku bała jej się Elżunia, przerażał ją czarny strój i
surowa twarz ciotki, lecz powoli przywykła do niej, a nawet
pokochała ją całem swem dziecinnem czułem serduszkiem. Sposób jej
życia stał się dla małej przykładem i po jakimś czasie śmiejąca,
swawolna dziecina, zamieniła się na poważną i smutną.
Ciotka poświęciła ją Matce Boskiej, nosiła więc zawsze
niebieskie i białe sukienki. Od siódmego roku życia odwiedzała z
nią razem ubogich chorych, i była przez nich uwielbianą; dzieci
dotykały jej białej sukienki, a ona uśmiechała się do nich tak
słodko, że we wszystkich sercach wykwitła dla niej miłość
serdeczna. Każde jej ukazanie się było dla tych biedaków świętem
prawdziwem, opowiadano sobie o niej cudowne historye. Zobaczycie
mówiono nieraz, że panience wyrosną białe skrzydełka i pójdzie do
nieba jak anioł, i nikt temu nie przeczył.
W tych warunkach przeżyła Elżunia do jedenastego roku,
wówczas spotkało ją wielkie nieszczęście.
Pewnego dnia ciotka Klotylda nie wyszła ze swego pokoju o
zwykłej godzinie, zdziwiło to wszystkich, gdyż nie zdarzało się aby
odstępowała od raz przyjętego zwyczaju. Stara służąca Alicya
słuchała podedrzwiami, ale w pokoju było zupełnie cicho, poszła
więc prosić Elżunię, żeby zajrzała do ciotki, bo sama nie śmie tego
uczynić. Dziewczynka weszła do sypialni, lecz nie zastała nikogo,
pewno jest w kaplicy pomyślała i otworzywszy ciężkie drzwi weszła
do świętego przybytku. Jasne promienie słońca wpadały przez
kolorowe okna, zatrzymując się na ciemnej postaci leżącej na
posadzce przed ołtarzem. Była to ciotka Klotylda którą śmierć
spowodowana chorobą serca jak wezwani lekarze orzekli, zaskoczyła w
tem miejscu. Twarz jej była piękna i spokojna, a wyraz słodszy i
milszy niż za życia. Podobna do panienki mówiła płacząc Alicya
podobniusieńka, tylko jak była młodą, bo wtedy była od niej
weselsza.
W niespełna dwa miesiące później Elżunia była już u stryja w
Nowym Yorku. Zawiadomiony o śmierci siostry przyjechał po
siostrzenicę, chociaż niezbyt zachwycony rolą opiekuna, której
teraz nie miał już komu oddać.
Nie można było jednakże jedenastoletniej już dziewczynki
zostawić samej sobie, zwłaszcza że była dziedziczką milionów które
się ze śmiercią ciotki powiększyły; zabrał ją przeto z sobą do
Ameryki, gdzie oddawna mieszkał będąc gorącym wielbicielem
obyczajów tamtejszych.
Elżuni wydał się bardzo dziwnym i obcym ten młody i wesoły
człowiek, nic a nic nie podobny do starego, poważnego proboszcza
który był jej jedyną znajomością. Nawzajem ona zrobiła jeszcze
dziwniejsze wrażenie na swoim stryju, o mało, że nie krzyknął z
przerażenia ujrzawszy ją w długiej czarnej i niezgrabnie zrobionej
sukni.
- Ależ drogie dziecko - zawołał - jak ty wyglądasz! I
pierwsza rzecz którą dla niej zrobił były sprowadzone z Paryża
eleganckie sukienki i młoda pokojówka. Nie mogę jej tak w podróż
zabrać, tłomaczył się starej Alicyi, wygląda jak sierota z
przytułku.
Zanim Elżunia zdjęła swoją ulubioną sukienkę, poszła z
proboszczem pożegnać biednych wieśniaków. Zacny kapłan rozczulony
był widokiem łez płynących obustronnie, i błogosławieństwami
któremi obsypywano dziewczynkę. Wróciwszy z tej wycieczki zamknęła
się w kaplicy gdzie spędziła kilka godzin.
Życie jakie rozpoczęła w Ameryce wydawało jej się snem. Nie
zaniedbano niczego dla jej wygody, otoczono ją zbytkiem do którego
nie była przyzwyczajoną. Ale właśnie te wygody, te suknie bogate,
te książki z przepysznemi rycinami nie miłe jej były. Wyjeżdżając z
nauczycielką do parku spotykała mnóstwo ludzi patrzących na nią
ciekawie, co ją onieśmielało i dziwiło. Zwracała na siebie uwagę,
zarówno bladą, śliczną twarzyczką, jak marzącem spojrzeniem
ciemnych oczu.
- Będzie z niej śliczna panienka - rzekł kiedyś Bertrand do
jednego ze swych przyjaciół, który zapragnął poznać Elżunię - matka
jej była bardzo piękna, ale ożywiona. Wyobraź sobie, że ta mała
wstaje w nocy aby się modlić...
Mówił nie wiedząc, że tem boleśnie dotknął siostrzenicę,
którą sposób jego życia napełniał przerażeniem. Nie widziała go
nigdy w kościele, nie miał "swoich" biednych, zato uczęszczał
często na różne zabawy, zajmowały go tylko przyjemności światowe;
niejedną już godzinę spędziła Elżunia modląc się za niego.
Bertrand de Rochemont byłby się pewno zdziwił gdyby mu kto
powiedział, że siostrzenica obawia się go, a jednak tak było; nie
miała np: odwagi prosić go o pieniądze które chciała przesłać
proboszczowi do Normandyi dla biednych, opuszczonych teraz, lub dla
biednych których tylu widziała na ulicach Nowego Yorku. Odgadła ona
wkrótce że stryjowi życie ciotki Klotyldy na wzór którego ona żyćby
pragnęła, wydaje się poprostu śmiesznem. Jakże może powiedzieć mu,
że pieniądze wszystkie jakie posiada chciałaby oddać potrzebującym?
- Uczynię to kiedyś - myślała - a tymczasem muszę tylko
otrzymać jaką drobną kwotę.
Z tem postanowieniem poszła Elżunia jednego dnia do gabinetu
stryja urządzonego z przepychem, lecz zastawszy go w wygodnem
fotelu z cygarem w ustach i książką w ręku straciła odwagę, będąc
zaledwie w stanie odpowiadać na jego pytania. Podniecona myślą o
głodnych i chorych, o mało mu nie padła do nóg z prośbą, aby ją
odesłał do Normandyi, ale i na to nie mogła się zdobyć.
Innego dnia wstała raniutko, włożyła swoją kochaną, czarną
sukienkę, bo w niej czuła się lepszą, długo modliła się przed
ołtarzykiem który sobie sama zrobiła i powzięła stanowczy zamiar
rozmówienia się ze stryjem, otrzymała bowiem poprzedniego dnia list
od proboszcza z Normandyi zawierający smutne nowiny. We wsi
panowała gorączkowa choroba, wino nie obrodziło, obok tego bydło
niszczyła zaraza. Za życia panny Klotyldy de Rochemont mieli pomoc,
ale teraz? pytanie to zwrócone do Elżuni do niej o pomoc stukało,
czuła to dobrze. Całej nocy oka nie zmrużyła; widziała dzieci
głodne, starców zmarzniętych, chorych bez pomocy, o Boże! Boże! co
robić? Święta Bożego Narodzenia nadchodzą; za życia ciotki Klotyldy
były to we wsi święta wesołe, a w tym roku smutek i nędza.
- Muszę iść do stryja, muszę go poprosić o pieniądze -
myślała drżąc i blednąc ze strachu - boję się, ale muszę się
przemódz, święta Elżbieta także cierpiała za swoje dobre uczynki.
Elżunia często stawiała sobie za przykład św. Elżbietę
znoszącą prześladowania za swą dobroć anielską. Czytywała wiele
razy jej życie z którego najwięcej lubiła legendę o różach.
Współczuła żywo ze swą patronką, gdy ta niosąc chleb w koszyku dla
ubogich spotkała męża który zapytał gwałtownie co niesie, a ona
odrzekła mu na to: "Róże" i Bóg nie chcąc dopuścić aby to co mówiła
kłamstwem było, chleb zamienił w róże. W myśli zestawiała landgrafa
ze stryjem, chociaż nie sądziła, aby był okrutnym, ale mniemała że
nie lubi biednych szukając jedynie zabawy i przyjemności, co
uważała za złe bardzo.
Nie jadła dnia tego śniadania, postanowiła pościć, dopóki
nie dokona swego przedsięwzięcia. Ciotka Aniela pościła bardzo
często. Długo czekała na stryja, wstawał zawsze późno, a dziś tem
później, że był poprzedniego dnia na jakiemś wesołem zebraniu,
które przeciągnęło się do późnej nocy.
Południe zbliżało się, kiedy usłyszała otwierające się drzwi
jego pokoju. Pobiegła szybko na schody, ale tam zatrzymała się
drżąc znów ze strachu.
- Poczekam aż zje śniadanie, - pomyślała, bo nie wróciła już
do siebie, pozostała na schodach, licząc chwile, wlokące się
powoli. Stryj nie był sam, usłyszała bowiem głos jednego z jego
znajomych, który go odwiedzał od czasu do czasu, i bardzo jej się
podobał. Miał miły głos i łagodne, poważne spojrzenie.
- Musi mieć dobre serce - myślała Elżunia - a on odgadując
widocznie jej sympatyę, spoglądał zawsze na nią przyjaźnie i często
o coś zapytywał.
Kiedy służący otworzył drzwi, wchodząc, usłyszała, że młodzi
ludzie śmiali się, widocznie bawili się dobrze, a potem głos stryja
wołającego o konie.
- Więc wyjeżdża - i serce Elżuni o mało nie zamarło - trzeba
iść prędzej. Zbiegła ze schodów i weszła do saloniku, przez który
pan de Rochemont przechodzić musiał. Po chwili drzwi się otworzyły
i wszedł wuj z przyjacielem, ale nie spostrzegłszy dziewczynki
skierowali się obaj ku wyjściu.
- Stryju! - zawołała Elżunia blednąc z wrażenia i bojaźni.
Bertrand odwrócił się, i ujrzawszy przed sobą drobną postać
w czarnej sukience, z śmiertelnie bladą twarzyczką, uczuł coś
nakształt gniewu, spieszył się, nie miał czasu.
- Czego chcesz? - zapytał - czemu tu jesteś i dla czego tak
czarno ubrana.
- Stryju - rzekła Elżunia, a głos jej zamierał w piersiach -
chciałam cię prosić o pieniądze, o dużo pieniędzy. Są mi koniecznie
potrzebne, dostałam list od proboszcza, zaraza tam panuje, ludzie
chorują. Muszę im posłać pieniędzy.
Bertrand wzruszył ramionami.
- Proboszcz potrzebuje pieniędzy? Moje dziecko, muszę się
dowiedzieć bliższych szczegółów, zasięgnąć informacyi. Masz znaczny
majątek, lecz jestem twoim opiekunem, i nie mogę ci pozwolić na
roztrwonienie go.
- Ale oni są tacy biedni, jak im nie mogę pomagać teraz,
mają maleńkie winnice, a gdy jest nieurodzaj umierają z głodu.
Ciotka Aniela pomagała im zawsze, nawet w urodzajne lata i
mówiła, że trzeba się nimi opiekować jak dziećmi.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.